Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avant-garde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avant-garde. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

Bionulor - Erik (2012)







Bionulor - za tą nazwą kryje się Sebastian Banaszczyk - to jeden z najciekawszych polskich projektów elektroakustycznych. Artysta powołuje się na takich twórców jak Coil czy Nurse With Wound. W samym zamyśle jego twórczość stoi jednak najbliżej dokonań Wiliama Basinskiego, bowiem za pomocą komputera Banaszczyk prowokuje dekonstrukcję, rozpad sampli zaczerpniętych z różnych źródeł. Na poprzednich albumach na warsztat brał między innymi muzykę dawną, szamańskie, transowe pieśni i ludzki głos. Tym razem za materiał źródłowy posłużyły nagrania jednego z najważniejszych kompozytorów fin de siècle'u - uważanego za prekursora ambientu - Erika Satie.

Zazwyczaj nie czekam na płyty, jednak premiery tego albumu wypatrywałem z niecierpliwością. Byłem ciekaw gdzie tym razem podąży artysta. Ucieszyło mnie, gdy się dowiedziałem co to będzie. Spotkanie Bionulor z Satie wydawało mi się naturalne od strony artystycznej i mądre od strony komercyjnej. Satie to słowo-klucz i mam wrażenie, że wielu miłośników muzyki może sięgnąć po ten album ze względu na jego nazwisko.

Spośród wszystkich płyt firmowanych przez Bionulor, "Erik" wydaje się być najbardziej konwencjonalna. Pierwsza była niezwykle oszczędna, druga mocno eksperymentalna, ta sytuuje się pomiędzy dwoma poprzednimi dokonaniami. Najbardziej interesujące momenty tego albumu to te, w których z nagrań prekursora muzyki tła Banaszczyk wydobywa... muzykę tła - ale o współczesnej formule, złożoną nie tylko z plam, ale i z elektronicznych trzasków i przestrzennych efektów dźwiękowych. Nie jest to jedyna (niestety, bo to genialny w swojej prostocie koncept) barwa tej płyty. Wydaje mi się, że w kilka razy autor w swoich poszukiwaniach poszedł za daleko - są tu fragmenty, gdy zdecydowanie postawił na efekt swoich eksperymentów, na czym ucierpiała spójność i atmosfera. Rozumiem intencje, ale to, co w procesie przetwarzania dźwięku stało się interesujące dla artysty, mnie przy dłuższym obcowaniu z płytą zaczęło irytować - miałem ochotę pomijać niektóre utwory. Tracków jest jednak aż piętnaście (są krótkie i zdają się pełnić funkcję jedynie tematów) a niektóre są tak znakomite, że rozciągnięcie ich i skonstruowanie albumu z zaledwie kilku mogło by wyjść temu materiałowi na dobre.

Z całego dorobku Bionulor ten album wywołał we mnie najmniej emocji, ale trzeba przyznać, że Banaszczyk dopisał kolejny udany rozdział w historii swojego projektu. Po trzech odmiennych stylistyczne płytach udowodnił, że sam zamysł - dźwiękowy recycling - zdaje się niewyczerpaną metodą do tworzenia muzyki elektroakustycznej. Co teraz? Na klawiaturę ciśnie mi się pytanie, czy podążanie tą ścieżką ma dalej sens? Ja na to nie odpowiem - zrobi to za mnie następny album artysty. 




piątek, 9 listopada 2012

Grzegorz Bojanek - Remaining Sounds (2012)



Dowodzony przez Grzegorza Bojanka Etalabel wydał w tym roku kilka znakomitych pozycji, a do tego wszystko wskazuje na to, że on sam w nowy rok wejdzie z dwoma nowymi albumami firmowanymi swoim nazwiskiem - co ciekawe, obydwa wydają stajnie zza oceanu. Pierwsza z nich, "Remaining Sounds", wypuszczona kilka miesięcy temu przez amerykańską wytwórnię Dynamophone, gości w moich głośnikach już od dłuższego czasu. Trzeba przyznać, że czas jest jej sprzymierzeńcem, bo wcale nie mam ochoty przestać jej słuchać.

Dźwięki otwierające album przywodzą na myśl legendarną płytę "Substrata" Biosphere, lub soundtrack z "Thing" stworzony przez Carpentera i Morricone. Jednak jest to tylko pierwsze i mylne wrażenie, bo "Remaining Sounds" oferuje nam zupełnie inny wachlarz dźwięków i emocji. Melancholijny kolaż fieldrecordingów, analogowych trzasków i szumów, mieszający się z dźwiękami gitary akustycznej,  instrumentami dętymi (lub czymś co tak brzmi) a nawet odgłosami przyborów kuchennych (to nie żart), przenosi nas raczej w ciepłe, bezpieczne miejsca. To muzyka wnętrza, z którego obserwujemy padający za oknem deszcz. Nie panuje tu klaustrofobia, a przytulność. Barwa brzmienia potęguje ten efekt. Masteringiem zajął się Krzysztof Orluk, którego poczynania na tym polu cenię i obserwuję od dłuższego czasu. Muszę przyznać, że z materiałem zawartym na "Remaining Sounds" skonstruowane przez niego urządzenie do analogowej obróbki dźwięku zgrało się jak dotąd najlepiej. Ten album potrzebował ocieplonego, lampowego brzmienia.

Lubię spędzać czas z płytami Grzegorza Bojanka. Nie są to może wybitne prace, ale autor bardzo dobrze rozumie płaszczyznę po której się porusza. To sprawia, że jego nagrania stają się synonimem tego, co może dać słuchaczowi ambient. Mimo pojawiających się na "Remaining Sounds" niecodziennych źródeł dźwięku nie jest to "muzyka eksperymentalna" - to kreacja w pełni świadoma swojej konwencji . Przy tym to tak dobry, treściwy album, że mimo tego, że mamy do czynienia z muzyką tła, to nie jest to twórczość która mogła by być bezosobowym, filmowym soundtrackiem. "Remaining Sounds" to twór, który musi funkcjonować samodzielnie.




poniedziałek, 4 czerwca 2012

ChoP vol. 5 | Krzysztof Orluk & Bai Tian - Structure Of

Płytę do recenzji podesłało Etalabel 


Za kilka dni ( 7 czerwca ) oficjalną premierę ma kolejna płyta z reanimowanej w początkach roku oficyny Etalabel.  Tym razem jest to kolaboracja Krzysztofa Orluka, znanego już szerszej grupie polskich słuchaczy zaglądających czasem do szuflady z muzyką elektroakustyczną ( w 2009 nagrał zgarniający dobre recenzje album "Blurred reflection" i był odpowiedzialny między innymi za mastering recenzowanego na Arkham Noiko) i pochodzącego z Chin artysty Bai Tiana. Twórców zeswatali Zen Lu i Grzegorz Bojanek założyciele kolektywu Chop Project, który w program wpisane ma próby nawiązywania dialogu między kulturami za pomocą szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Oczywiście "Structure Of" nie jest płytą dla każdego, ale dla miłośników wszelkich szumów i trzasków będzie to balsam na uszy. Mam jednak nadzieję, że innych odbiorców takie stwierdzenie nie odstraszy - bo nie jest to nieprzyjemna muzyka, a po prostu swego rodzaju abstrakcja, którą nasza percepcja za każdym razem może odczytać inaczej, odkrywać w niej nowe przestrzenie i dźwięki.  Wielowarstwowość to jedna z największych zalet tej produkcji. Magia nachodzących na siebie fieldrecordingów i dźwięków wygenerowanych przez twórców pozwala słuchaczowi coraz bardziej angażować się w tę muzykę. Na przykład dopiero po kilku odsłuchach możemy zorientować się, że ambientowemu pejzażowi trzeciego utworu w pewnym momencie zaczyna towarzyszyć subtelna linia melodyczna grana na flecie przez Bai Tiana.

Stykając się z takim projektem zapewne chciałoby się znaleźć tu wspomniane oznaki wymiany między kulturami - ale w eksperymentalnym, elektroakustycznym kolażu, jaki zaprezentowali twórcy, próżno doszukiwać się sposobów posługiwania się językiem muzyki na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce np. w instrumentalnej ekspresji. Co do emocji, to ich korespondencja odbywa się tylko na płaszczyźnie szeroko pojętej melancholii. Zresztą, jak mówi sam Bai Tian, bardzo interesujące okazało się dla niego to, że Krzysztof Orluk nagrywa rzeczy bardzo zbliżone do jego twórczości. Sprowokowani tym faktem zaczęli powierzać sobie nawzajem sample z własnych archiwów i dokładając coś od siebie komponować na ich bazie autonomiczne utwory. Z owoców tego eksperymentu wybrali osiem reprezentatywnych tracków - cztery firmowane przez Orluka i cztery przez Bai Taina. Kropkę nad "i" postawił znakomity, analogowy mastering Pana Krzysztofa. W ręce dostajemy spójny, przekonujący album (no ok, zgrzyta mi tu przecinający płytę mocno industrialny "Mind Spa" - ale to dalej ciekawy utwór). Jak zaznaczyłem na początku - na pewno niełatwy, ale odwdzięczający się uważnemu słuchaczowi, skłonnemu poświecić tej płycie kilka letnich wieczorów.


 

    KUP

niedziela, 29 stycznia 2012

Noiko – Honey

Płytę do recenzji podesłał Etalabel. Bardzo dziękuję.

Nie tak dawno na blogu pisałem o dwóch wspaniałych zeszłorocznych polskich płytach, życząc sobie, żeby 2012 był pod tym względem równie udany. Dzięki niespodziewanemu powrotowi malutkiej oficyny Etalabel moje skromne życzenie właśnie się spełnia. Najnowsza pozycja w ich katalogu to kolejny dowód na to, że w polskiej elektroakustyce dobrze się dzieje.

Zacznijmy od tego, że jest to płyta lekka i przyjemna, ale nie ma szans, by traktować ją jak muzak. Mimo niewątpliwych walorów relaksacyjnych to rzecz absorbująca słuchacza: zmuszająca do wychwytywania i odczytywania strzępków dźwięków wykorzystanych przez twórcę - pozyskanych zarówno z field recordingu jak i sesji z instrumentami. Konotacje z jazzem sprawiają, że jest tu mnóstwo melancholijnej atmosfery. W efekcie brzmi to na jakimś poziomie jak soundtrack do współczesnego filmu noir i zaryzykuję stwierdzenie, że w pewnym stopniu możemy się tu doszukiwać dalekich związków z konceptem przyświecającym Bohren und der Club of Gore. Niemniej nie wisi nad tą muzyką zagłada i dekadencja kojarzona z czarnym kinem - wręcz przeciwnie, to raczej muzyka słonecznego poranka niż złowieszczej nocy. Tytuł jednego z utworów otwarcie nawiązujący do filmu Howarda Hawksa "To Have and Have Not" - w którym, co znamienne, miejska dżungla została zamieniona na słoneczny port na Martynice - nawet wskazuje, że takie mogły być faktyczne intencje twórcy. Muzyka Noiko to pean pochwalny na cześć miejskiego gwaru, próba przepisania go na instrumentalną improwizację, a potem przedzierzgnięcie jej w abstrakcyjną muzykę elektroakustyczną. Jak snobistycznie by ten opis nie brzmiał, to finalnemu efektowi brak nieznośnego awangardowego zadęcia. Niemal wszystkie dźwięki są tu niezwykle celne - to muzyka eksperymentalna, ale efekt eksperymentu okazał się raczej lubrykantem rzeczywistości. Strzelam, że duża w tym zasługa masteringu Krzysztofa Orluka. Stykam się z jego pracą na tym polu drugi raz w ciągu kilku miesięcy i mimo, że mi z nią nie po drodze - bo wolę zdecydowanie bardziej przymglone brzmienie - to trzeba przyznać, że w tym przypadku był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Album jest tak lekki, że nie brzmi, jakby powstawał cztery lata, raczej jakby został zrobiony w jedno słoneczne popołudnie. Wyobraźcie sobie, że William Basinski pewnego letniego dnia znajduje na swoim stryszku taśmy z nagraniami Jerzego Milana - siada, wciąga krechę i dla zabawy modeluje z nich cacka które zaczynają przypominać coś pokroju Triosk. OK. Porównanie jest na wyrost, ale ta płyta dokładnie tak brzmi. Nie mogę się od niej oderwać.

piątek, 9 września 2011

A sound guide to Warsaw


Bardzo lubię Grzesiuka, mam więc nadzieję, że się Warszawiakom nie narażę swoją opowieścią. Całkiem niedawno wylądowałem na dworcu Warszawa Wschodnia, która wraz z okolicami (pobliskim dworcem autobusowym itd) przyniosła mi skojarzenia z Ugandą czy jakimś innym małym afrykańskim kraikiem żyjącym z kopalni diamentów. Do tej Warszawy jaką zapamiętałem, bardziej pasował by miejski folk o zabójstwach w afekcie, coś w stylu Stagger Lee albo rap o Ruskich nielegalnie handlujących organami do transplantacji. Inicjator projektu "A sound guide to Warsaw" miał jednak inne skojarzenia.


CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>


( Grzegorz Bojanek- Służew. Tak zaczyna się płyta)

próbka 1
(Bionulor- kilinskiego )

kup

(Bardzo tanio. Pewnie warto sprawdzić samemu - więc mimo wszystko zachęcam do kupna).

niedziela, 12 czerwca 2011

Current 93 - HoneySuckle Æons (2011)


W "polskim internecie" znalazłem opinię, że to rzecz dla fanów. Bzdura. To nie jest płyta dla fanów Currenta. Chyba nie było fana, który nie poczułby się nią zawiedziony. Większość przesłuchała ją raz czy dwa razy i nigdy więcej do niej nie wróciła.

CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>



próbka 1

(Sunflower)

próbka 2

(wspomniany w tekście Cuckoo)


kup/buy

sobota, 12 lutego 2011

Bionulor - Sacred Mushroom Chant (2011)



Za udostępnienie płyty do recenzji dziękuję Wrotycz Records i Bionulor.



Zacznijmy od tego, że Pan Banaszczyk ma na swój projekt znakomity pomysł. Metoda, którą nazywa 100% recycling - polegająca na obróbce i diametralnemu przekształcaniu wybranych fragmentów nagrań - może nazywa się gupio, ale sprawdza się znakomicie. Poprzednio użył skrawków muzyki dawnej, tym razem wykorzystał ludzkie głosy. Na warsztat poszły między innymi: szamańska pieśń i słowa wypowiadane przez stąpającego po Księżycu Neila Armstronga.

To, że ów materiał trafia w nasze ręce firmowany jako no.2, działa zdecydowanie na jego korzyść. Pierwsza płyta mimo tego, że była ciekawa, awangardowa i opatrzona intrygującym, ambitnym konceptem - to jednocześnie była na tyle przystępna, że mogła być wsadzona do wora z "ładnym ambientem" czy innym snobistycznym muzakiem. Gdyby Banaszczyk nie wyrobił sobie odpowiedniej marki poprzednim albumem, niewielu słuchaczy poświęciłoby tej płycie tyle czasu, na ile zasłużyła bo - jak to metalowo i groźnie by to nie zabrzmiało - tym razem Bionulor nie bierze jeńców. O ile debiut dawał mu szansę na ogólny poklask, to tym materiałem zamyka się w elektroakustycznym gettcie.

To muzyka przede wszystkim może ostatecznie nie trudniejsza, ale żądająca od słuchacza całkowitej uwagi i - podobnie jak wspomniane w tytule grzyby halucynogenne - wtajemniczenia i szacunku. Mam też wrażenie, że poprzez wykorzystanie nagrań ludzkiego głosu (raczej nieprzypadkowych, bo każde z nich przynależy do innego kręgu kulturowego) Banaszczyk próbuje nam coś konkretnego opowiedzieć o człowieku, istocie jego uduchowienia i cywilizacjach, kulturach przez niego stworzonych. Jeśli miałbym Mushroom do czegoś porównywać, to byłby to lubiany przez twórcę Coil (Time Machines), no i Aube - z którym związki zostały na tej płycie zdecydowanie uwypuklone ( może mam takie wrażenie ze względu na to, że z muzyką Aube osłuchałem się bardziej już po banaszczykowym debiucie). Na szczęście Pan Banaszczyk to na tyle świadome stworzenie, że udaje mu się utrzymać autonomię i po raz kolejny uniknąć w swojej muzyce efektu klonowania.

Nieliczne recenzje, które można znaleźć w internecie, nie są zbyt entuzjastyczne. Rozumiem te stanowiska, ale nie do końca się z nimi zgadzam. Już podczas słuchania poprzedniej pracy Bionulor miałem wrażenie, że niektóre dźwięki nie są "tam, gdzie powinny być", ale ja osobiście uznaję to za całkowicie pożądany efekt uboczny. Nie uważam, żeby ta muzyka była - w złym tego słowa znaczeniu - nieoszlifowana. A jeśli nawet, to w takim sensie, jak nieoszlifowane jest - ostatnio często słuchane przeze mnie - Nachtstucke Asmusa Tietchensa. Natomiast zarzucanie końcówce płyty fruityloopowego szpanerstwa nie wydaje mi się zasadne. Przynajmniej mnie to nie razi. Agresywne wybudzenie słuchacza zdaje się całkowicie świadomym, prostym i czytelnym zabiegiem.

Pierwsze Bionulor było dla mnie najciekawszą płytą na naszym podwórku od czasów Trenów Jacaszka, więc nie ukrywam, że wobec Sacred Mushroom Chant miałem duże oczekiwania. Mimo tego, że dostałem coś innego niż się spodziewałem, to na poziomie artystycznym jestem zaspokojony. Chociaż rok dopiero co się zaczął, to na pewno jedna z ciekawszych polskich płyt 2011.

Próbka

(myspace)

Kup/Buy:

Allegro

(Można nabyć również pierwszą płytę - polecam!)

Wrotycz

(A tu można kupić bezpośrednio od wydawcy - bardzo fajne distro . Również polecam!)

czwartek, 20 stycznia 2011

Towering Inferno - Kaddish (1993)




Owy tekst wygrzebałem ze swoich przepastnych notatników. Pisałem go bodaj latem. Miałem się bliżej przyjrzeć temu albumowi - ale z pewnych względów zaprzyjaźnić się z nim nie sposób. W każdym razie warto przypomnieć o jego istnieniu, bo pewnikiem jeśli na Arkham się o nim nie napisze, to wiele osób nigdy się o nim nie dowie.


75 minutowy memoriał dla ofiar Holocaustu. Do sięgnięcia po tę płytę zachęciły mnie porównania do genialnego Different Trains Steve'a Reicha. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo rozumiem skąd pomysł by zestawiać tak skrajnie różne dzieła. Oprócz ( poniekąd ) podobnego konceptu, prawie nic tych płyt nie łączy. Za to znajduję duże podobieństwa do późnej twórczości Scotta Walkera - najbliżej temu do soundtracku Pola X i niektórych traum z dualogii Tilt/Drift. Kompozycje z Walkerem bezpośrednio łączy forma, która mimo eklektyzmu ostatecznie wędruje w rejony które umownie nazwijmy industrialem (kto słucha Walkera, ten wie o co chodzi) . Wyczuwalny jest tu też ten bardzo nieprzyjemny ciężar, który nie pozwala mi zwykle wysłuchać Drift do końca. Prawdą jest, że są tu cechy martialu, więc ludzie lubujący się w tego typu dźwiękach powinni być oczarowani, ale nazywanie tego martialem byłoby raczej krzywdzące. Skojarzeń szukałbym też poza pop/kontrkulturą, choćby w awangardowych operach Xenakisa - ale do Different Trains to na pewno nie jest podobne. To bardzo dobra płyta - ale jak pewnie się już domyślacie - nie dla każdego, a wysłuchanie jej nie jest miłym doświadczeniem.

wtorek, 7 grudnia 2010

Bird From The Abyss - III




Medytacyjny, gitarowy dron, odwołujący się przy okazji do folków, psychfolków, etno-krautów, amerykańskiego prymitywizmu(Fahey) czy nawet do industrialu. To intuicyjna, grana duszą muzyka, może nie do końca dojrzała i przemyślana, do tego brzmiąca, jakby była nagrana "na setkę" - ale na pewno szczera i bezkompromisowa. Skojarzenia z Harvestmanem (tym com go słuchał - klik) są trafne, ale Bird from The Abbys wypada zdecydowanie oszczędniej, bo jest mniej przestrzenne i bardziej klaustrofobiczne. W każdym razie to dalej podobna transcendentalna muzyka, jednak grana z oczami zwróconymi raczej w sufit niż w niebo. Numeracja wskazuje, że to 3 płyta tego projektu - innych nie słyszałem, ale na pewno sprawdzę.

Download
(zespół udostępnia za free)

próbka

KUP/BUY

poniedziałek, 1 listopada 2010

MB / Maurizio Bianchi - Violichte (2010)



Zapewne jak większość z Was, przygodę z Maurizio Bianchim - jednym z prekursorów noisu - zacząłem i skończyłem na albumie uważanym za jego opus magnum - Symphony For A Genocide. Co prawda zdawałem sobie sprawę, że nie poświęciłem mu dostatecznie dużo uwagi, ale jakoś nie bardzo miałem ochotę babrać się w tej wygranej na analogowych parapetach "symfonii" na cześć fabryk produkujących mydło z ludzi. Już teraz wiem, że najprawdopodobniej postąpiłem niesłusznie, bo może przegapiłem coś bardzo ważnego dla współczesnej muzyki.


To, co Włoch prezentuje na swojej (bodaj) ostatniej kasecie, to - tak po prostu, na chłopski rozum mówiąc - połączenie szumu fal radiowych z przeciągłymi, zapętlonymi dronami wygranymi na wiolonczeli. Jasne, że ta muzyka to sama forma i sam koncept*- ale to nie jest w stanie zmienić faktu, że słuchanie jej jest jak swoista analogowa medytacja - to niesamowicie przyjemne, relaksujące, a zarazem mistyczne przeżycie. Kłóci się to nie tylko z tym, co cechowało rzekomo najwybitniejszy materiał Bianchiego, ale też ze stereotypem radykalnie awangardowego przedsięwzięcia. A może wręcz przeciwnie? Może właśnie ta przystępność stawia tę taśmę w gronie najlepszych tego typu prac? Bo mimo swej archaiczności i pozornego kabotyństwa, Violichte zmusza mnie do instynktownego zestawiania jej z Different Trains Reicha, czy szukając bliżej, współcześniej, z naszym rodzimym Bionulor .

Sprawdźcie tę taśmę. Szczególnie jeśli tak jak ja skreśliliście MB po Symphony For A Genocide. Nie będę ukrywał, że ja dopiero teraz dostrzegłem, gdzie może (podkreślam - może - wcale nie musi) leżeć rzekoma wielkość Włocha.

*
Nawiązujący do prac Giacinto Scelsiego, któremu zresztą Violichte zostało dedykowane.

próbka
(cała strona A)

Download

(wyprzedane... limit do 100 kopi)

sobota, 23 października 2010

Headdress – Turquoise (2008)


Zagrany na akustycznym instrumentarium spójny zbiór eterycznych, awangardowych piosenek i krótkich suit. Mimo, że są tu elementy różnych stylistyk, to nie brzmi to jak "mieszanka" i w żadnym wypadku nie daje się gdziekolwiek zakwalifikować. Jasne, możemy powiedzieć że to alt-country, albo zastanowić się, czy nie pobrzmiewa tu John Fahey, a w konsekwencji Earth, ale to i tak nic nie opisze i nie zbliży nas w żaden sposób do meritum... Realizacja dźwięku, a raczej jej celowy brak, wytwarza nostalgiczną, zadymioną atmosferę - to mroczna płyta, ale nie w taki sposób, w jak sobie zazwyczaj słowo "mroczna" z muzyką kojarzycie. Nie wiem czy znacie to uczucie, ale dla mnie ta muzyka zdaje się mieć swój zapach... pachnie jak koniak, kadzidła opiumowe i ciemna gorzka czekolada.

Powąchajcie...

próbka 1

próbka 2

Download
(on id Reverberations blog)

Kup
Raczej wyprzedane
(250 egzemplarzy chyba tylko było)

piątek, 10 września 2010

Fossegrim - Demo + Abesinthe EP (2009)


Mało pisałem i wrzucałem bo czasu brak... na szczęście mam trochę odłożonego stafu i postaram się co kilka dni coś wrzucić. Ostatnio odkurzyłem też stary dysk i znalazłem kilka rzeczy których nie znacie. Ale na początek moje ostatnie odkrycie - prawdziwy cymes. Fossegrim to praktycznie nieznana postać, na laście ma zaledwie kilku słuchaczy - którzy w większości dostali go ode mnie. Mam cichą nadzieję, że mój blog pomoże w znalezieniu większego audytorium.

Bóg zszedł na Ziemię i śmiga stopem po Stanach. Czasem jeno po cichu czyni cuda i zamienia kasety w krew ( bo techniką cyfrową się brzydzi). Muzycznie to w pewnym sensie neoclassical, ale brzmiący tak, jakby był nagrany w piwnicy Malefica (Xasthur). Musicie koniecznie sprawdzic Fossegrim, bo dla mnie ten facet to geniusz (nie żartuję). Od czasu ostatniej płyty Xasthura nie czułem się aż tak szczelnie otulony ciemnością. Radzę zażywać po zmroku, najlepiej klęcząc ze słuchawkami na uszach. Do tej pory nagrał demko i jedną EPke. Modlę się o więcej. Wszystko wrzuciłem wam do jednego raru. Odsyłam też na stronę ( klik )... ale w sumie oprócz downloadu to tam niewiele jest.


Fossegrim o sobie: "There is not much to say about myself, i am generally nomadic, i do not play "venues" and never on a schedule. I perform mainly to the woods, the streams and, on occasion, the random hiker. Traveling the coast of the Pacific Northwest between San Simeon, California and Blaine, Washington setting up as i feel necessary and adding my melodies to the already beautiful arrangement that my company provides. All recordings are done via cassette or reel to reel... and am in the process of recording new works to be released in cassette format (and possibly cd, but the sound is ruined when made digital)."

środa, 18 sierpnia 2010

Free Rein - Moon Signs Sigh (2009)




Między Moondogiem a Popol Vuh.

Znowu słowa klucze, ale chyba nic więcej dodawać nie muszę. Zainteresowani wiedzą o co chodzi. Korci mnie co by ten zespół porównać do Hala Strana, ale nie dlatego że to podobna muzyka - acz z tej samej półki - tylko dlatego że równie dobrze mogło by to być nagrane 40 lat temu, a mimo wszystko dalej brzmi fascynująco i nie jest okaleczone wtórnością. Karmcie swoje uszy i serca.



Edit: dokładam koncertówke (jednak oprócz brzmienia perkusji i oklasków na końcu, niewiele wskazuje na to że to live) , chyba nawet ciekawsza. Już druga noc mi leci przy tej kapeli. Warto. Szkoda że są kompletnie nieznani, a to co tu widzicie to ripy z CDrów.

FREE REIN: Two Leaves Live (USA 2009)






czwartek, 5 sierpnia 2010

Algarnas Tradgard - Framtiden ar ett Svavande Skepp, Forankrat I Forntiden * (1972)



"Przyszłość jest krążącym statkiem, zakotwiczonym w przeszłości" *

Przed wami fantastyczna muzyczna podróż. Podróż od eksperymentalnych floydów (drugie CD
Ummagummy ofkors), przez krautowy trans i smyczkowe drony po skandynawski hop siupowy folk.

Dawno nie miałem tak dobrego psychodelicznego staffu w playerze. Przaśne ludowe melodie funkcjonują tu obok etno-krautowych dronów a folkowe kołysanki obok neurotycznego Kosmische Musik... To bardzo nieprzewidywalna a może nawet niespójna płyta, ale muszę przyznać że bardzo przyjemnie się z nią obcuje. Instrumentarium jest różne różniste, ale podobno najważniejszym generatorem dźwięku było samo studio. Cisną mi się na klawiaturę słowa wytrychy: Hala Strana, Dom, Popol Vuh, Can a nawet Ulver (Kveldssanger), ale to i tak mało by opisać wszystko to co tu znajdziecie. Ta płyta jest jak pierdolony Pegassusowy kartridż 1001in1. Po zarejestrowaniu tego materiału zespół kilka lat koncertował i pono wytworzył w końcu jakiś koncept dla swojej twórczości. W 1974 nagrał drugą płytę która... przeleżała na półce jakieś trzy dekady. Na szczęście wydano ją w 2001. Jaka jest jej zawartość? Jeszcze nie wiem. Boje się psuć sobie smak po tym zajebistym dropsie. Mam już na koncie kilkanaście odsłuchów i mimo że w kolejce do playera, czeka kilka znakomicie zapowiadających się pozycji, za nic nie mogę się od "Framtiden ar..." uwolnić. Jeszcze tylko jeden raz mamusiu! Jeszcze tylko jeden raz... Proszę!

sobota, 24 lipca 2010

Andrew King and Brown Sierra - Thalassocracy (2008)


Tak się składa że to znowu Andźiejek, ale płyta wpadła mi w player całkiem przypadkowo. Wybaczcie niezamierzoną monotematyczność.

Niebanalna rzecz. Z jednej strony to pieśni ludowe ustawione na industrialu i awangardowych formach elektroniki, z drugiej coś co przywodzi nam na myśl eksperymentalną twórczość Walkera i Sylviana. Możliwe że przyjdą wam do głowy skojarzenia z The Wardrobe (zresztą członek tego duetu - Tony Wakeford - odcisnął się na tym nagraniu realizując dwa tracki) albo z Panzer Rune Currenta, ale będą to skojarzenia odległe bo Thalassocracy to unikalny twór. W czasie słuchania zastanawiam się cały czas "co to kurwa właściwie jest?". No i nie wiem. Pewnie i neofolk, ale na pewno taki jakiego jeszcze nie słyszeliście. Sprawdźcie obowiązkowo.

środa, 23 czerwca 2010

ANBB - Blixa Bargeld + Alva Noto - 09/28/07/ At Recombinant Media Labs [Bootleg]



Dwudziestominutowy bootleg potwierdzający moje przypuszczenia co do występów tej uroczej pary. Bardziej awangardowy, przez co - dla mnie - ciekawszy i przede wszystkim pokazujący co mogło by być gdyby Blixa zaszalał na Ret Marut Handshake. Obydwaj panowie sprawiają wrażenie zgranego i niebojącego się pojechania po bandzie duetu. Co ciekawe, w żadnym stopniu nie można tu mówić o przytłoczeniu muzyki Noto przez szalejącego Blixe - mimo tego, że daje popis którego zdecydowanie zabrakło mi na oficjalnym nagraniu. Powtórzę się, ale naprawdę szkoda że tak wyszło... Aż dodam tag 'pop' do poprzedniego wpisu. Nie mam pojęcia, dlaczego to co mamy na Ret Marut to tak mało odważny i zachowawczy materiał... "Zachowawczy"? No właśnie - co w ich przypadku znaczy "zachowawczy"? Przecie nie tego od nich oczekujemy... No ale nie ważne. Z niecierpliwością czekam na ich poznański występ.

Btw. Ktoś się wybiera (z okolic Wrocławia najlepiej - ale troszkę dalsze okolice, czy zabranie mnie po drodze też by mi raczej odpowiadało) autem na 3 Decades Of Einstürzende Neubauten do Pragi ? Jeśli tak to proszę o cynk...


sobota, 19 czerwca 2010

Harvestman - Lashing the Rye (2005)



Sypało ostatnio znakomitymi płytami, sypało, sypało, aż kibel się zatkał. W playerze gości u mnie dużo staffu (starszego i nowszego), ale niewiele zostaje tam na dłużej. Organizm ignoruje słabszy towar...


...Ale akurat od tej płyty nie mogę się uwolnić. Podrzucił mi ją ktoś mający równie wielkie zaległości w pobocznych projektach Von Tilla(klik) co ja. Miały to być parafrazy folkowych klasyków, ale gdybym o tym nie wiedział, to bym tego w życiu nie odczytał. Dopiero gdy patrzę w rozpiskę widzę tytuł Jack the Orion i przypomina mi się że przecie Bert Jansch śpiewał taką piosenkę. Wszelkie notki w internecie nt tej płyty są dość zachowawcze i nikt tego (ze strachu przed kompromitacją zapewne) nie chce mi naświetlić. Wg mnie nie mamy co się oszukiwać. Nie wiem jakie były zamiary Von Tilla, ale efekt jest inny niż nagranie tributu i nie trzeba tego w jakikolwiek sposób odnosić do pierwowzorów. Tym bardziej, że koncept (mówię o tematyce tej podróży) nie jest ostatecznie sprecyzowany. Wydaje mi się, że tradycyjne folkowe tytuły funkcjonują tu obok psych-folkowych przełomu 60/70. Ostatecznie, nie ma to prawie nic wspólnego ani z jednym, ani z drugim. Za wyjątkiem dwukrotnego udziału kobzy, dosłownych śladów folku trudno tu szukać, a oprócz dwunastominutowego Surround Me żadnej z tych kompozycji nie da się nazwać piosenką. Duża cześć materiału to dronowe suity połączone z floydowskimi przestrzeniami ( tak, tak... Zresztą Von Till przyznaje się do fascynacji floydami - palec w oko floydowym hejterom). Druga dostrzegalna tendencja jest zdecydowanie bardziej oszczędna i awangardowa, ociera się momentami o ambient a często nawet przypomina kraut okolic Popol Vuh ( np Shepp-Crook and Black Dog brzmi jak dźwignięty wprost z ich repertuaru ). Ze strzępków informacji jakie znalazłem w internecie dowiedziałem się że nagrywanie tej płyty było dla Tilla sprawdzeniem możliwości studyjnych zabawek. Zapewne stworzył coś, czego by sam chciał posłuchać i tak się fajnie składa że ja też chcę tego słuchać.

próbka 1

próbka 2

kupić się już chyba nie da... tzn pewnie na ebaju się pojawia.

ps. jesli ktoś jest mi wstanie naświetlić więcej nt zawartości tej płyty to chętnie przeczytam.

edit : szperam dalej za jakimiś info nt tej płyty i trafiłem na ten wywiad(klik) .Sam Von Till mówi o tej płycie:

"Well, the first one was sort of like my first solo album. I didn't have a project in mind, I just had a collection of recordings from over the years of strange stuff that wasn't Neurosis, wasn't Tribes of Neurot, wasn't Steve Von Till songwriting stuff. After a while it took shape and I realized there was a body of work there that was leaning more towards a guitar-based home-recorded psychedelic tribute to European folk songs and folklore and Celtic and Germanic mythology, taking all the things I was interested in and filtering it through traditional filters but coming up with something (laughs) very unorthodox as far as a tribute to traditional music might go. While it looks towards European folklore and folk songs and folk music, it also looks towards what I like about what I think is modern Celtic and Germanic folk music: the krautrock, the space rock, the psychedelic music of the free festivals in England and the folk rock revival of the '70s. How those things inspire me, putting it through my own filter of using my home studio as an instrument to create these strange pieces of music."

środa, 9 czerwca 2010

Current 93 - Haunted Waves, Moving Graves (2010)


Coś nie doczytałem i byłem pewien, że ta płyta będzie przemiśkowanym materiałem z Baalstorm, Sing Omega. Byłem bardzo zdziwiony, gdy wrzuciłem ją do playera i nie usłyszałem piosenek. Tibet znowu mnie zaskoczył. Zaczyna mniej więcej tam gdzie przed chwilą skończył i eksploruje morski dron, który wieńczył jego ostatni album.

Haunted Waves, Moving Graves to ambientowa impresja muzyczna, wygrana na szumie fal, wiolonczeli i zapętlonym fortepianie. Z jednej strony wspaniała płyta, z drugiej mogąca zawieść - szczególnie, jeśli ktoś akceptuje tylko folkowo/piosenkowe oblicze Currenta. Mimo to, zalecam odsłuch nawet (a może przede wszystkim) ludziom nie słuchającym na co dzień Tibeta - z naciskiem na miłośników ambientu i awangardy muzyki poważnej. Tym bardziej, że płyta od razu przywodzi na myśl takie dźwiękowe skarby jak Basinski, najlepsze utwory rodzimego Bionulor, prace minimalistów czy szukając bliżej - Coil z Time Machines. Dla mnie to w pewnym sensie ciekawsza rzecz niż ostatni, pełnoprawny album C93. Zalecam aplikować na spokojnie, w skupieniu albo w półśnie - który i tak jest raczej nieuniknionym efektem tej wyprawy.

sobota, 22 maja 2010

Sensacje XX Wieku : Operacja "Golem" [Sand - Golem (1974)]


Popularność krautrocka, przez lata będącego niedocenianym nurtem, zdaje się w końcu rosnąć. Z jednej strony za sprawą artystów kluczowych dla rozwoju kilku ważnych gatunków, którzy przyznają się do fascynacji sceną niemieckiego rocka okresu 60-70. Z drugiej strony dzięki netowi który w końcu daje możliwość wielu laikom sprawdzić "co to do cholery jest ten szkopski rock?"... Dziś większość "speców" jest zgodnych. Bez Krautu nie było by, między innymi: shoegaze, postrocka, ambientu i całej mainstremowej elektroniki... Może nawet nie było by neofolku w takiej formie jak znamy go obecnie. Pierwszy raz przeszło mi to przez myśl gdy słuchałem krautowego bandu Mythos, brzmiącego jak chore, mocno industrialowe połączenie Joy Division , Popol Vuh i Jethro Tull. Jednak, szczerze powiedziawszy nie sądziłem że... Ale nie uprzedzajmy faktów.

Nasza opowieść zaczyna się w 1974 roku, mniej więcej w tym okresie historii Niemiec kiedy Joschka Fischer kopie policjanta w głowę. Pewnego dnia, do drzwi Klausa Schulze puka młodzian przybyły z dolnej Saksonii - Johannes Vester - i prosi go, by zrealizował płytę jego zespołu. Schulze przystaje na tę propozycję. Zespół nazywa się Sand a LP ma nosić nazwę "Golem". Sprawa nie jest łatwa. Sand nie ma perkusisty, gdyż część muzyków spieprzyła do lasu żyć w jakiejś anarchoprymitywistycznej komunie. Nie rezygnują jednak. Uzbrojeni w syntezator oscylatorowy VCS3 , bas i gitary wkraczają do studia. Rejestrują materiał. Ostatecznie na płytę trafia piec numerów z tamtej sesji. Krótko potem zespół się rozpada, a świat zapomina o nim na ponad dwie dekady...

...Rok 1996. Label Davida Tibeta - Durtro - wydaje kompaktową reedycję "Golema". Wznowienie zostaje opatrzone wieloma bonusami i dodatkową płytką zawierającą cover Sand w wykonaniu Tibeta. Owa piosenka to "May Rain" znana nam dobrze z jego własnej, wydanej pierwotnie w 1992 roku płyty. Bardzo ważnej płyty. "Thunder Perfect Mind", bo o niej mowa to obok "Brown Book" (Death in June) i "Gospel of Inhumanity" (Blood Axis) jedna z najbardziej kluczowych płyt w historii neofolku.

Sam Sand, nawet dla kogoś kto trochę siedzi w kraucie i psychodelii, jest trudny do sklasyfikowania. Mroczne, psychodeliczne ballady, mistyczny trans z dużymi wpływami Popol Vuh - acz cały czas nastawione na narrację słowem - brzmią jak... Current 93. Mówimy sobie w duchu, że to niemożliwe. Current 93, ze swoją potężną dyskografią (wliczając w to nawet ostatnie LP) konceptualnie i brzmieniowo zdaje się być niemal cover bandem, jedno-płytowego wyskoku niemieckiej kapeli z lat 70tych. Podobieństwo jest powalające, a uważni odbiorcy odnajdą nawet dosłowne cytaty . Jednak mimo oryginalności brzmienia (specyficzne rozwiązania wprowadzone ze względu na brak perkusji i duży udział gitary basowej ) Sand nie wydaje się niczym, co mogłoby być jakimś kamieniem milowym. A jednak, przewrotnie, z wiadomych względów nim jest. Pozostaje tylko pytanie, na które będziemy musieli sobie sami odpowiedzieć... czy to David Tibet , czy może Johannes Vester i jego ekipa? Kto? Kto jest brakującym ogniwem apokaliptycznego folku ?... Bo przecie nie możemy winić Klausa Schulze tylko dlatego że tamtego dnia otworzył drzwi...




piątek, 7 maja 2010

The Time And Space Machine - Set Phazer to Stun (2010)


Richard Norris to jeden z weteranów i przechójów brytyjskiej psychodeliczno/pedalsko/awangardowej/etc sceny. Pisał do muzycznych gazetów, był wydawcą, produkował , remixował (Beyond the Wizard's Sleeve ) zapindalał z Davidem Ballem (soft cell) jako The Grid i co dla nas pewnie ważniejsze, wraz z nim łupał w Psychic TV na płytce 'Jack the Tab'. Wyczytałem też że obok Genesisa P. to jedna z najbardziej kluczowych osób dla rozwoju Acid house.

To co prezentuje jako The Time And Space to bardzo fajna psychodeliczna mikstuta o smaku krautu ale znajdziemy tu też kraftwerkowe tekno a nawet dance. Nie jest to jakaś niestrawna mieszanka bo jest tu lekkość i niesamowita przebojowość kojarząca mi się najbardziej z bicz bojsami - typowego surfrocka tez tu trochę pobrzmiewa. Oprócz tego są parafrazy floydów, kawałek (chyba) oparty o cytat z "sympathy for the Devil" i odstający bardzo od całości strikte popowy cover "After Gold Rush" Neila Younga który chyba najmniej podoba mi się z całej płyty.

Rozliczając sie z tym albumem pomyślałem sobie że trochę to przypomina popowe zapędy Gena, tyle że obdarte z traum i groteskowości więc ostateczne wrażenia są raczej całkowicie pozytywne( edit: w sensie przyjemne, relaksacyjne;).

Świetna płyta.




próbka 0
(miazga)

próbka 1
(Czy tu spiewa Perry Farrell?)

próbka 2