poniedziałek, 31 lipca 2023

Czarny młot. Odrodzenie. Część 2. Lemire.

 


 

Jak zawiedzie mnie jedyneczka, to zwykle wielkiej satysfakcji od dwójki nie oczekuję. Kiblowy humor na bok, bo mam dobre wieści: musiałem sobie przypomnieć, co mi nie pasowało w pierwszej części „Odrodzenia“. Nie oznacza to, że kontynuacja jest pozbawiona wad, ale przynajmniej nie wzbudziła od razu flashbacków z poprzedniego względnego rozczarowania. Poruszone delikatnie wątki powoli toczą się w stronę obiecujących horyzontów, do spowodowanego zachwytem ślinotoku jeszcze jednak dosyć daleko.

To już było, więc zaryzykuję spoiler – Lucy, czyli nowy (i jednocześnie już stary) Czarny Młot, straciła rodzinę, bo Pułkownik Dziwny jest dziwny. Nie ma jednak zbyt wiele czasu na zmartwienia, zaczyna się międzywymiarowa chryja, która zresztą może być powiązana z nieciekawym status quo jej miru domowego. Niespodziewanie pomocną rękę wyciąga Skulldigger (polecam jego solowy tytuł) i geniusz, co to umarł, a żyje. Ważą się losy świata, bla bla bla, pod kruchą powloką rzeczywistości kryje się jednak coś znacznie bardziej skomplikowanego. Pod fabularną powierzchownością zresztą też.

Lemire mnie trochę oszukał, chapeau bas, natworzyłem sobie błędnych założeń. Byłem przekonany, że idąc logicznym tokiem chronologii, przyszła w jego uniwersum pora na dekonstrukcję pomrocznej przyziemności komiksów z przełomu lat 90. zeszłego wieku i pierwszej dekady stulecia obecnego. Myliłem się, drugi tom „Czarny Młot. Odrodzenie“ wraca całkowicie do realiów morrisonowej, psychodelicznej dekonstrukcji. Dałem się nabrać, bo to taki Morrison w nowomodnej wrażliwości ujęty (czyli w sumie Gerard Way), konsensus między metaforycznie nierealnym komentarzem schyłku lat 80. i bezpośredniością tytułów całkowicie świeżych. Wreszcie dzieje się dużo, a nuda ginie między roztrzęsionymi granicami wymiarów. Jak psylocybinowe grzyby po popkulturowym deszczu wyrastają znów miodne odniesienia do klasyki komiksu superbohaterskiego z Ziemią 3 od DC Comics na czele.

Problemy są dwa i jeden właściwie wynika bezpośrednio z porównania do serii typu „Doom Patrol“. W dalszym ciągu, mianowicie, nie pokochałem tu bohaterów, a w takim wariactwie to niezbędna kotwica zaangażowania. Po drugie, Lemire przymierza się tu chyba do meta-komentarza na temat czegoś, co przecież już oryginalnie meta-komentarzem było. Powinien więc teoretycznie osiągać wyższy pułap abstrakcji, na razie jest za to w miarę spokojnie. Mogę mieć tylko nadzieję, że autor ma jakiś konkretny plan na zwieńczenie, na mocny nawias zamykający kontekst. Jedna mocna sztampa aż się prosi o jakiś demontaż i zamontowanie w zaskakujący sposób. Obietnic dużo, ale satysfakcji na razie zagwarantować wam nie mogę. Gwarantuję jedynie sporo nowych powodów do zainteresowania się ciągiem dalszym serii.

Lepiej jest też z rysunkami. Szkoda, że musieliśmy w tym celu pożegnać Caitlin Yarsky, bo zawsze popieram angażowanie mniej doświadczonych rysowników, ale komiksowi wyszło to na dobre. Graficzne lejce przejęli w duecie Malachi Ward oraz Matthew Sheean, całkiem już zresztą doświadczeni we wspólnej pracy. Na ich robotę warto zwrócić uwagę głównie przez niespotykane zbyt często zatarcie roli ołówkarza i gościa od tuszu, obaj panowie współpracują bowiem przy wszystkich warstwach ilustracji (przy kolorach działał tu też Bryce Davidson). Po takim przedstawieniu możecie się jednak spodziewać potężnego urwania szczęki, ale z tego całego wymuskanego nowatorstwa wynika nadal warstwa graficzna o dosyć prostym sznycie, choć wyrazistości w tym tomie zdecydowanie więcej. Zdarzają się kadry kapitalne, ogromnie dużo uroku dodaje odklejona poboczna historia o detektywie robalu rysowana przez Richa Tomasso. Ostatecznie jednak nadal do poziomu głównej serii i niektórych bratnich spin-offów jest dosyć daleko. Dziwne to, bo z drobnego researchu wynika, że Ward i Sheean potrafią rozłożyć swoimi planszami na łopatki, ino nie tutaj.

Ma się ku lepszemu, moi drodzy. Jeszcze fanbojstwo Lemire'a nie zginęło, póki żyje nadzieja na pomysłowy rozwój rekonstrukcyjnych wątków. „Czarny Młot. Odrodzenie“ w drugim tomie okazuje się szczęśliwie mieć większość z tych klocków, o których pogubienie podejrzewałem część pierwszą. Nie do końca nadal wiadomo, czy autor zdoła zbudować z nich stabilną konstrukcję, zwłaszcza przy tak chaotycznym procesie budowlanym, ale obserwowanie jego starań jest na chwilę obecną zadowalające. Powściągliwie stwierdzę, że totalnej katastrofy na koniec tu chyba nie będzie. Proszę mnie nie cytować. Jakby co, umywam ręce. 

Autor: Rafał Piernikowski

czwartek, 20 lipca 2023

Saint - Elme. Tom 1. Peeters/Lehman

 


 

Krótko o pierwszym tomie Saint - Elme. Nie ląduje jeszcze na liście najlepszych komiksów roku, ale to dlatego, że to tylko otwarcie. Wraz z drugim tomem raczej odnotuję go na liście.

Noir. Ale nie takie czarne jak dupa szatana, bardziej w stylu "Fargo" Coenów. Kawa z mlekiem. Nie zmienia to faktu, że pierwszy tom Saint - Elme jest rewelacyjny. Napisany ze swadą przez Serge Lehmana i kapitalnie narysowany przez znanego dobrze polskiemu czytelnikowi Frederika Peetersa.


Turystyczna miejscowość, bodaj w sercu alp. Zaludniona przez różnego rodzaju świetnie rozpisane postacie. Od bogatych przemysłowców, po zwykłych ludzi, meneli i gangusów. Trochę Twin Peaks? Trochę, ale bliżej temu komiksowi, jak wspomniałem we wstępie, do kina braci Coen. To rzecz z odrobiną humoru, groteski i nie do końca tak mroczna i enigmatyczna jak opowieści Lyncha. Czyta się ten tomik jednym tchem i na koniec wyje z nerwów, że wszystko urywa się w tak ciekawym momencie.

Peeters rozwija się jako grafik i jego rysunki, okraszone komputerowymi, ale mrocznymi i utrzymanymi w retro tonacji kolorami zasługują na wszelkie zachwyty. To semi realizm, ale uwolniony od stylu typowej powieści graficznej. Rzecz stylistycznie bardziej idzie w stronę gatunkowego, współczesnego frankofona i wychodzi jej to rewelacyjnie.

Nie widzę w tym komiksie większych minusów, uznaję go za rewelacyjny. Z małym ale. To tylko otwarcie. Nie twierdzę, że później będzie gorzej, ale ubolewam nad tym, że nie dane było mi poznać całej historii naraz. To wbrew pozorom dla mnie mnie duży problem. Pamięć już mam niestety nie tą i będę miał problem czekając na następne tomy, bo pozapominam szczegóły intrygi. Kochani wydawcy, puszczajcie integrale. 

środa, 19 lipca 2023

Baltimore. Mignola/Golden/Stenbeck



Zacznę z grubej rury. Dla takiego horrorowego nerda jak ja „Baltimore” będzie jednym z komiksów roku. Nie ma innej opcji. To historia o wampirach swoje korzenie odnajdująca w brytyjskich Hammer horrorach czy może nawet filmach o inkwizycji. Jest mocno dokraszona akcją, ale rządzi się prawami serii komiksowej, czyli łączy wiele elementów pulpowego kina w jedno. Ostatecznie to twór niezwykle unikalny, który prawdopodobnie nie mógł pojawić się w takim kształcie w innym medium. Ok, dziś rzecz pociągnął by dobrze zrobiony serial, ale że komiks nie stał się żadną znaną marką, to raczej nie mamy co na to liczyć.


Kolejny tytuł, jaki dostaliśmy w ramach wydawania przez Egmont całego dorobku Mignoli, to niesamowita, zaludniona fajnie napisanymi bohaterami, długa historia opowiadająca o alternatywnej I Wojnie Światowej, którą gwałtownie skończyła plaga wampiryzmu, nie pozostawiając ostatecznie nikogo wygranym. Na tym tle naszkicowany zostaje portret Lorda Baltimore'a, jednonogiego łowcy wampirów. Mike Mignola dostarczył tutaj (tylko) pomysł, który został przekuty w długą opowieść przez Christophera Goldena. Dość groźny łowca potworów podąża śladem jednego z najpotężniejszych wampirów swoich czasów. To człowiek zdeterminowany, naznaczony przez los, ale też przepełniony jednak pewną pulpową heroicznością charakterystyczną dla bohaterów prozy Howarda, bardziej niż Lovecrafta czy Stokera. Znajdziecie tu motywy z kieszeni, którą Mignola chętnie opróżnia, tworząc nowe światy, ale pomysły użyte przy tej nie były jeszcze nigdy wykorzystane. To też komiks mocno osadzony w europejskich, gotyckich realiach, ukazujący poza wielkimi naznaczonymi grozą zamczyskami również rozszarpywane i dziesiątkowane przez potwory wioseczki oraz miasteczka. W świecie wykreowanym przez Mignole i Goldena trwa coś na kształt końca świata (acz to era pre-holokaustowa – czasy, w których da się jeszcze człowieka nastraszyć potworami), więc na tym poziomie to rzecz bliska BBPO czy późnemu Hellboyowi, ale więcej stycznych na szczęście początkowo nie znajdziemy. Piszę „ na szczęście”, bo nie jest to odcinanie kuponów.


Graficznie rzecz jest znakomita, mimo iż Mignola robi tylko okładki. Rysunkami całości zajął się Ben Stenbeck i wywiązał się z zadania wzorcowo. Jego rysunki to realizm w wersji nieco uproszczonej (pewnie wymagał tego czas, założę się, że Stenbeck umie w te klocki jeszcze lepiej), zalany komputerowymi kolorami. Wszystko więc utrzymane jest w ramach współczesnych konwencji graficznych dominujących w mainstreamie. Niemniej nie dostaniecie tu siermiężnego kiczu, tylko spójne i niezwykle udane grafiki, pełne dynamiki, akcji i walk z potworami.


Target „Baltimore” nie jest wcale tak duży w naszym kraju. Fani horroru rzadko sięgają po komiksy. W tym przypadku jednak powinni. W obrębie medium bowiem przygody Lorda B. nie są czymś szczególnie wybitnym od strony formalnej. Sprawdzą się to za to jako długa saga o łowcy wampirów przeznaczona dla miłośników grozy. Na tym polu komiks wybija się ponad przeciętność i nie znam drugiej podobnej mu historii. No chyba, że słynny (ok, przesadzam, bo to film znany kilku nerdom), wyprzedzający swoje czasy „Captain Kronos – Vampire Hunter” ze studia Hammer, czyli coś na kształt Wiedźmina polującego na wampiry w uniwersum bliskim Stokerowego Drakuli. A takich produktów życzę sobie jak najwięcej.

 

wtorek, 11 lipca 2023

Bomba. Alcante/Bolle/Rodier

 


 

Komiks o bombie atomowej musi być odpowiednich rozmiarów. Didier Alcante, Le Bollee oraz Denis Rodier spłodzili w ciągu paru lat dzieło, które zajmuje grubo ponad 450 stron w dużym formacie. Czy to wystarczy, aby dać rys biograficzny najbardziej niszczycielskiej broni jaką stworzył człowiek? Główny autor scenariusza w posłowiu przejawia pewne wątpliwości. Czytelnik natomiast nie ma złudzeń co do tego, że ma do czynienia z komisem wagi ciężkiej, rzeczą poważną, w której kompetentnie zilustrowano szereg autentycznych zdarzeń minionego wieku.


Historia zaczyna się od wstępu natury kosmologicznej. Oto przemawia do nas bomba we własnej osobie, a właściwie - stary jak sam świat - pierwiastek chemiczny, który później przyczyni się do jej budowy. Przewracamy karty komiksu – mijają olbrzymie interwały czasu, chwilę przystajemy w epoce oświecenia, kiedy to nauka nabrała gwałtownego rozpędu i lądujemy w Niemczech roku 1933, gdzie poznajemy profesora Leo Szilarda. Mimo iż narracja komiksu jest wielowątkowa i przewija się w niej mnóstwo - zarówno autentycznych jak i fikcyjnych - postaci, to właśnie ten człowiek nauki - a nie Oppenheimer czy Enrico Fermi - będzie centralną postacią tej opowieści.


Uczeni z różnych części globu niezależnie od siebie wpadają na trop czegoś, co ostatecznie może przyczynić się do zbudowania zabójczej broni. Autorzy komiksu przenoszą nas w czasie i przestrzeni pieczołowicie opisując cały ten proces. Przeplatane jest to wątkami z życia zwyczajnej rodziny mieszkającej w Hiroszimie. A wśród postaci powszechnie znanych pojawia się np. sam Albert Einstein. To do niego, jako swego mentora, udaje się Szilard, któremu początkowo zależy, aby USA wdrożyły program konstrukcji broni jądrowej, żeby tym samym uprzedzić nazistowskie Niemcy, które - jak mniemał - również pracują nad super bronią. Później jawi się on jako zagorzały pacyfista i przeciwnik bomby atomowej.


W początkowych partiach omawianej powieści graficznej naukowcy są pokazani jako ludzie o czystych sumieniach, którzy są bardzo wrażliwi i przewidujący (niemal – jak np. Szilard - profetyczni). Później, gdy do gry wkracza wielka polityka oraz wojsko, ten obraz ulega pewnemu wypaczeniu. Komiks traktuje w dużej mierze o straszliwej hipokryzji oraz cynizmie wielu środowisk. Amerykańscy prezydenci głoszący swoje wielkie przywiązanie do wartości chrześcijańskich, nie mają problemu z masową zagładą cywili. Lekarze, lekceważąc przysięgę Hipokratesa, wstrzykują pacjentom pluton, nie pytając ich o zgodę na ten niebezpieczny dla życie eksperyment (skąd my to znamy). Wybitni fizycy - nobliści biorą udział w wyścigu zbrojeń rzekomo dla ratowania pokoju, a tak naprawdę bardzo często dla spełnienia własnych chorobliwych ambicji. Co do wojska jest ono w komiksie reprezentowane przez niemal karykaturalną postać generała Grovesa - fanatycznego wyznawcy broni jądrowej.


Narracja, która wielotorowo przebiega na paru płaszczyznach, odkrywa przed nami zarówno podstawową wiedzę na temat naukowego aspektu powstania bomby, jak i kulisy wielkiej polityki, w której jednostki decydują o losach milionów. W dziele nie brakuje także scen obyczajowych z normalnego życie bohaterów oraz dynamicznych sekwencji akcji specjalnych oraz bitew II Wojny Światowej. Wszystkie wątki prowadzą nas oczywiście do wielkiej kulminacji, czyli pierwszego testowego użycia bomby atomowej oraz zrzucenia jej na japońskie miasta. Na ile tylko komiks może oddziaływać sugestywnie, dotykamy straszliwego tragizmu tamtych wydarzeń.


Autorzy fabuły obalają parę wciąż funkcjonujących mitów na temat rzekomo powszechnie znanych wydarzeń historycznych. Amerykanom zależało, aby barbarzyństwo, którego się dopuścili w Hiroszimie oraz Nagasaki, traktowane było przez opinię publiczną jako konieczność, która przyczyniła się do zakończenia wojny i tym samym ocaliła wiele istnień ludzkich. Szilard jest jedną z tych postaci, która udowadnia, ile taka spekulatywna kalkulacja jest warta. „|Projekt Manhattan” był kontynuowany po tym, jak USA dowiedziało się, że III Rzesza nie posiada broni jądrowej i nie będzie jej mieć jeszcze przez lata. Bomba na Hiroszimę spada parę miesięcy po kapitulacji Niemiec, gdy zdolności bitewne Japonii były już na wykończeniu. Belgijski scenarzysta rzetelnie odnotowuje te fakty, kompromitując wszelkie racjonalizacje naukowców, wojskowych i polityków, które miały usprawiedliwić powołanie do życia siły mogącej unicestwić nasz glob.


Twórcom fabuły nie można zarzucić braku przygotowania, jednak wg mnie głównym autorem dzieła, który na okładce powinien być wymienny w pierwszej kolejności, jest rysownik Denis Rodier. Gigantyczna praca jakiej się podjął budzi dużo szacunku. Jego czarno-białe grafiki to klasyczny realizm rodem z komiksów lat 30' i 40'. Artysta swego czasu pracował nad zeszytami Supermana, stąd - jak wspomina w posłowiu – jego umiejętność szybkiego wykonywania plansz. Tempo pracy nie uchybiło jednak pieczołowitości efektu końcowego. Rodier niezwykle wiarygodnie rekonstruuje stroje, wnętrza, elementy militarne oraz architekturę. Dobrze też radzi sobie z ujęciami portretowymi i mimiką bohaterów. W Bombie historia jest zdecydowanie na wierzchu - urodzony w kanadzie rysownik daje jej wybrzmieć z całą powagą, niezakłóconą artystycznymi poszukiwaniami i eksperymentami graficznymi.


„Bomba” to komiks historyczny, który jest pozycją niezmiernie ważną. Wciąż rośnie potrzeba tworzenia narracji dotykających pierwszej połowy XX wieku, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę zjawisko, które można określić mianem zbiorowej amnezji, lub po prostu ignorancją. Komiks jest medium, które nadaje się do opowiadania o historii, tak samo dobrze jak każde inne. Książka popularnonaukowa oczywiście wniosłaby więcej szczegółów, lecz omawiana powieść graficzna i tak posiada ich więcej niż np. słynny film Rolanda Joffe „Projekt Manhattan” (pytanie tylko jak bardzo uproszczony obraz tamtych wydarzeń dostaniemy w nowym obrazie Nolana?). Autorom komiksu oczywiście nie wszystko wyszło rewelacyjnie. Niektóre dialogi wydają się być nieco naiwne, pompatyczne i bardzo deklaratywne, parę postaci pokazanych jest w sposób dość powierzchowny, a sam Szilard ze swoim wojującym pacyfizmem wypada mało przekonująco. Niemniej nie można zaprzeczyć, że stworzono rzecz wielką i niepoślednią, której antywojenne przesłanie jest nam teraz niezwykle potrzebne.


Autor: Jakub Gryzowski

 

sobota, 8 lipca 2023

Jack z Baśni. Księga pierwsza.



Weźcie sobie jakąś uwielbianą serię komiksową, na ten przykład „Baśnie“ Billa Willinghama, a następnie z ogromnej sitwy bajkowych postaci wybierzcie jedną z najbardziej warcholskich. Zabierzcie jej resztki pozytywnych cech, usuńcie jeszcze wypracowany kontekst frapującego settingu i proszę, macie receptę na spin-off, macie „Jacka z Baśni“. Po co to komu?

Jack wyemigrował z fabuły głównej serii, jeśli dobrze pamiętam, gdzieś w połowie drogi między 30 i 40 zeszytem. Po paśmie ogromnych sukcesów dostał kopa w dupę od bajkowej gromady, stracił wszystko i z szelmowskim uśmiechem na gębie ruszył na podbój świata. Świata bardziej otwartego, odległego od restrykcji dusznego Baśniogrodu, ale i wypełnionego zagrożeniami. Już na samym starcie okazuje się, że nie tylko legendarny Adwersarz czyha na dobrostan magicznych ziomków. Złotowłosy cwaniak zostaje capnięty do mrocznego vana i trafia do rządzonego twardą ręką obozu zamkniętego. Tu baśniowcom nic nie brakuje, poza wolnością i niezbędnym wpływem niezłomnego wywrotowca skłonnego zmotywować wszystkich do zbiorowego dyla. Ucieczka to jednak dopiero początek całej szopki.

Główny wątek jakoś tam później leci i rozwijane są historie postaci pobocznych – czasem bardzo ciekawie, czasem przewidywalnie. Pół na pół w kwestii intrygujących zaskoczeń i perspektyw na przyszłość bym rzekł. Szalone perypetie Zabójcy Gigantów (jeden z wielu przydomków Jacka) mają zawadiacki urok, powracają inne, równie irytujące charaktery z „Baśni“. Autorka wykorzystała też okazję, by dorzucić do świata przedstawionego garść twarzy do tej pory pominiętych, częściowo zapomnianych w szerszym gronie czytelniczym. Ekspansja uniwersum Willinghama to chyba największy plus solowych dziejów Jacka. To i humor w każdym zakresie poza komizmem protagonisty.

Trudno bowiem cieszyć mi się z lektury komiksu, nawet przy dobrze poprowadzonej narracji i garści mocnych zalet, gdy główny bohater wkurwia na każdym kadrze. Jak można się było spodziewać, spin-off skupia się na Jacku, średnio bystrym narcyzie, a ten dodatkowo (jak również można było się spodziewać) skupia się na sobie. Poza trzonem fabuły mamy wgląd w przeszłość postaci, śledzimy żałosność jego wielowiekowego jestestwa i nie wynika z tego żadna nauka. Nie ma tu ani grama refleksji, postać najbardziej spragniona dynamicznego rozwoju z literackiego punktu widzenia siedzi z mentalnym zadem przyklejonym do fotela toksycznego samouwielbienia i szowinizmu. Wyrwanie Jacka z Baśniogrodu pozbawiło go tragizmu i resztek dramatycznej głębi. W kontekście tej serii, przynajmniej na chwilę obecną, musimy męczyć się z socjopatą nieustannie unikającym konsekwencji swoich durnych wyborów. To musi się zmienić w następnych tomach, bo dalszy spacer tą ścieżką sprowadzi spin-off do rynsztoku.

Pisałem wcześniej „autorka“, nie wymieniając Billa Willinghama, bo poza nim jest tu wymieniona Lilah Sturges. Może to trochę niesprawiedliwe z mojej strony, nie wiem bowiem, kto jest ostatecznie odpowiedzialny za ujebanie większości niuansu z charakteru Jacka. Całkiem możliwe, że to wynik koktajlu wspólnych pomysłów zmiksowanego w celu stworzenia serii o charakterze innym od „Baśni“. Czegoś nieco bardziej rozrywkowego i luźnego. Czy to było potrzebne? Trudno rzec, częściowo się udało (Babe rządzi!), ale nie potrafię zignorować zgrzytania zębów dostarczanego mi przez pierwszoplanowego baśniowca tego tytułu. Wydaje mi się jednak, że autorka „Lumberjanes“ musi chociaż trochę cisnąć historię w stronę niezbędnych i odczuwalnych nauczek. Patrzę z nadzieją w przyszłość, sygnałów takiego kierunku na razie jest malutko.

Graficznie jest w porządku, momentami lepiej. To umiarkowany oldschool w typie względnego realizmu – na ile to możliwe w takim settingu – w wykonaniu kilku artystów. Dosyć typowe komiksiarstwo z początku tego wieku, w którym czuć jeszcze te pozbawione trykociarskiej ekstremy wpływy lat 90. Najbardziej wyróżnia się krótki występ Andrew Robinsona, zdecydowanie mocniej naznaczony cartoonową stylizacją i gdyby to ode mnie zależało, to w jego wykonaniu widziałbym cały komiks. Reszcie ilustratorów nic tak naprawdę nie brakuje, kreślący większość stron Tony Akins wchodzi czasem tylko za mocno w anatomiczną i mimiczną pokraczność, lenistwa w tłach i detalach nie stwierdzono. Bardziej wyrazista strona graficzna podkreśliłaby jednak wyjątkowy charakter scenariusza. Na pewno byłoby to pomocne w zdecydowanym odcięciu klimatu od względnej powagi oryginału i może scenariusz odbierałbym wtedy lepiej.

Komiksowemu wujowi z bujnym wąsem, który rozwój biblioteczki z premedytacją zatrzymał na 2005 roku, powinno się spodobać. „Jack z Baśni” w pierwszym tomie chyba jeszcze szuka swojej tożsamości i kierunku, a przynajmniej ja mam taką nadzieję. To tytuł zagubiony między oczywistą samoświadomością wszechobecnej żenady i tym, jak mocno brak tej samoświadomości promieniuje z głównego bohatera. Teoretycznie można polecić zatwardziałym fanom głównej serii, ale to spin-off wyraźnie od niej odległy klimatem. Spora porcja dobrej rozrywki w ramach interesującego świata, który też zresztą poszerza tutaj swoje granice. Jeśli sam Jack choćby trochę przestanie być tak boleśnie przykrą postacią, jeśli przez skorupę jego besserwisserstwa strzeli choć jeden jasny promyk introspekcji, to lekturę polecę każdemu. Na razie radzę podchodzić ostrożnie.

 

Autor: Rafał Piernikowski
 

piątek, 7 lipca 2023

Niezwykłe losy Sknerusa McKwacza

 


 

Miejsce gdzie trzymam komiksy o animorfach wygląda z wiadomych przyczyn dość dziecinnie. Tłumaczę się więc czasem laikom z tej części mojej kolekcji. Facet zbliżający się do czterdziestki z pokaźną kolekcją komiksów o Sknerusie dla ludzi niezawiązanych z tematem musi być dość podejrzaną osobą. Na spokojnie zawsze wtedy naświetlam kontekst kulturowy, mówię o Barksie, ale podkreślam głównie istnienie Dona Rosy, którego podejście do komiksów z Kaczogrodu było totalnym game changerem.

Nie wiem, jakie skutki ma moja prezentacja tematu, ale mam nadzieję, że przynajmniej część z was jest w stanie wyobrazić sobie, jak wiele zmienił Rosa w postrzeganiu kaczek. Jak dojrzałe i inteligentne są te historie. Fakt, nie on jedyny opowiadał jednak o młodości McKwacza. Widząc w tym zapewne dobry interes, Egmont postanowił nie kończyć kolekcji (a przynajmniej szata graficzna pozostaje taka sama) i wydał kolejny wyglądający do złudzenia jak tomy Rosy album z komiksami o okresie, gdy Sknerus dopiero starał się o swoją fortunę. Złożono go jednak nie z komiksów mistrza, bo te się wyczerpały, a z opowieści snutych od przeszło pół wieku przez innych autorów kaczych komiksów z różnych zakątków świata.

Zebrane tu historie są, jak to w antologii, oczywiście lepsze i gorsze, nie spadają jednak poniżej pewnego poziomu i czyta się to wszystko bardzo dobrze. Pewnikiem więc, mimo niewątpliwego podstępu wydawcy (fortel godny Braci B), chcecie mieć ten komiks w kaczej kolekcji. Jeśli mam z nim jakiś problem, to fakt, że nie dorasta do historii Rosy od strony psychologicznej, ale też genialny Amerykanin miał czas na rozwinięcie swojego obrazu Sknerusa. Tworzył dłuższe historie, a tu dostajemy głównie niepowiązane ze sobą wyrywki z młodości McKwacza pisane i rysowane przez różnych autorów.

Graficznie też jest różnie, na przestrzeni całego albumu widać jednak, jak przez lata rozwijała się krecha rysowników kaczych komiksiorów. To między innymi dlatego cenny zbiorek, bo rzadko kiedy dostajemy taki Kaczogród w pigułce. Ważna jest więc poniekąd wartość historyczna niniejszego tomu.

Najmłodszy znajdujący się tu komiks pochodzi z 2019 roku. Najstarsze kreacje sięgają lat 60. Komiksy o Sknerusie tworzą pewną mozaikę, ale nie udaje im się scharakteryzować najbogatszego kaczora świata tak dobrze, jak zrobili to najpierw Barks, a potem Rosa. Mimo iż momentami poziom jest wysoki, to ostatecznie historie te nie są arcydziełami i nie zmienią Waszego spojrzenia na Kaczogród. Niemniej będzie to przyjemna lektura.

czwartek, 6 lipca 2023

Sandman. Senni łowyc. Gaiman/ Russell

 


 

Zacznę od odważnego założenia, że ogarniacie kim jest Neil Gaiman. Gość od Sandmana i Amerykańskich Bogów w 1999 roku napisał powieść gęsto ozdobioną ilustracjami Yoshitaki Amano, którego dzieło było zresztą inspiracją dla całej fabuły. Amano, bo tego możecie nie wiedzieć, to artysta o mocno wyrobionej pozycji na rynku nie tylko japońskim, ale i światowym. Wystarczy powiedzieć, że był odpowiedzialny za przepiękne projekty postaci do Final Fantasy i Vampire Hunter D, no definicja najwyższej klasy. Tu wchodzi na scenę Philip Craig Russell, bo ręce go świerzbią, gdy jakieś dzieło Gaimana nie ma adaptacji komiksowej. To dzięki niemu możemy trzymać w łapach wersję Sennych Łowców niewymagającą czytania ścian tekstu.

Według posłowia wersji oryginalnej, którego chwilowo będziemy się na potrzeby tego tekstu trzymać, Senni Łowcy są adaptacją tradycyjnej, japońskiej legendy wciśniętą kontekstem w świat Władcy Snów. Za głównego bohatera możemy uznać mnicha opiekującego się malutką świątynią na odludziu. Atrakcyjność przybytku przyciąga uwagę dwóch zwierzo-duchów, Tanuki i Kitsune, zainteresowanych przepędzeniem człowieka i zajęciem przyjemnego schronienia dla siebie. Podstępne istoty robią więc podchody, mnich nie daje się okantować, borsuk daje za wygraną, a lisica zakochuje się w uduchowionym chłopie. Sielanka mogła by trwać wiecznie, ale zły magnat i okultysta planuje ukraść życie mnicha, a jego towarzyszka podsłuchuje knowania demonicznych sługusów czarownika. Dopiero wtedy właściwie rozpoczyna się właściwa historia o miłości, poświęceniu i zemście.

Komiks zbiera raczej pozytywne opinie, ja też jestem z grubsza zadowolony, więc podyskutuję trochę z zarzutami. Zadajmy sobie na początek pytanie: czy totalnie obrazkowa wersja i tak już bogato ilustrowanej noweli jest w ogóle potrzebna? Teoretycznie nie. Jakby uzdolnionym ilustratorem Russell nie był, kunsztu dzieł Amano raczej nie przebija, więc śmiało można uznać ten tytuł za odgrzewany kotlet w mniej wysublimowanej formie. Jestem jednak pewny, że w tej postaci historia może trafić do szerokiego grona odbiorców, którzy powieścią raczej by się nie zainteresowali, na przykład do mnie. W efekcie może i po oryginał ostatecznie sięgnę.

 
Drugim ze stosunkowo częstych argumentów krytycznych jest rzekoma fetyszyzacja kultury japońskiej. Bo widzicie, oszukałem was trochę, tak jak i oszukał czytelników sam Neil Gaiman. Fabuła Sennych Łowców została przez niego całkowicie zmyślona, nie istnieje żadna legenda o lisicy loffciającej mnicha, ale w zapewnienia autora uwierzyła cała masa ludzi. Teraz, po latach, wypływa oczywiście grono mędrków, którzy twierdzą z wyższością, że przecież to jest oczywiste, że narracja na kilometr wali białym człowiekiem nieudolnie korzystającym ze stereotypów w celu wykonania pokracznej kalki. Absolutnie im nie wierzę – historia ma strukturę i wnioski moralne całkowicie zbieżne z japońską mitologią. Jest złożona, po równo wypełniona nadzieją i goryczą, otwarta na interpretacje przez nieoczywistą konkluzję. Gdybym nie wiedział o kłamstewku Gaimana na starcie, nie miałbym problemu z uwierzeniem w jego słowa.

Nawet uznając słuszność wspomnianych narzekań, prawdopodobnie wciąż udało by mi się znaleźć w lekturze sporo przyjemności. To historia konstrukcyjnie prosta, ale dojrzała emocjonalnie i wypełniona poruszającymi momentami. Spokojna narracja unika przynudzania, a rysunki Russella robią robotę. Wizualnie dostajemy masę motywów z japońskiej tradycji ułożonych w strukturę art noveau ze sporą dawką amerykańskiej szkoły komiksu w detalach, a przytłumione kolory autorstwa Loverna Kindzierskiego dodatkowo przybliżają grafiki do malarstwa z okresu Edo. Wszystko w tym uniwersum ostatnio porównuję do genialnych rysunków J.H. Williamsa III z Uwertury, więc z początku nie byłem pod szczególnym wrażeniem, ale satysfakcja rosła z każdą stroną.

Wciąż mamy do czynienia z kolejną z wielu historii pobocznych ze świata Nieskończonych, pozycją całkowicie opcjonalną i w sumie raczej samodzielną, o ile rozumie się podstawowe założenia wszechświata stworzonego przez Gaimana. Nie umywa się to do głównej serii. W natłoku mocno średnich spin-offów i dodatków stworzonych nieco na siłę Senni Łowcy są jednak jedną z niewielu pozycji, które z czystym sercem mogę polecić. Może trochę za mało tu samego Morfeusza, może fabuła momentami wydaje się wciśnięta w to uniwersum trochę na siłę, ale jeśli sympatia do onirycznych motywów i dodatki z japońskiego folkloru są dla was wystarczającym ubarwieniem prostego czytadła, to raczej nie ryzykujecie rozczarowania przy kontakcie z tym komiksem.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

środa, 5 lipca 2023

Constantine. Zdradliwe iluzje

 


 

Wzięcie tego komiksu do recenzji było błędem, ale zbieram i czytam wszystko, co związane z Hellblazerem. Nie mogłem więc obojętnie przejść obok powieści graficznej dla (starszych, nastoletnich) dzieci opowiadającej o Constantinie. A powinienem. Ten komiks to faktycznie czytadło dla dzieciaków, nie aspiruje do bycia czymkolwiek ponad teen dramę a do tego dość paskudnie grzebie w mitologii Constantine'a. Psuje wiele z tego, co wypracowali twórcy zajmujący się przez lata Johnem.


Pierwszą wyraźną, bolesną zmianą jest uczynienie głównego bohatera gościem z co najmniej klasy średniej. Podczas gdy główną cechą charakteryzującą od początku tego ulicznego maga były robotnicze korzenie. Constantine za młodu (według kanonu) był najeżonym punkowym opryszkiem grającym w kapeli i zajmującym się magią. Tu jest gościem z całkiem dobrego domu (tata odszedł, ale poza tym bez patologii), który w tradycje ma wpisane zajmowanie się magią. No cóż; Lore Constantina polegał na czymś zupełnie innym. Na samotności głównego bohatera, niemożności cofnięcia czasu, oraz permanentnej toksyczności (chyba jedyna cecha Johna którą zachowano, acz w ugrzecznionej formie) tego śmierdzącego tanim browcem pijaczyny. Dostajemy zamiast tego słodkiego cherubinka z ponoć wrodzonym talentem do szalenie niebezpiecznej magii, w której będzie się babrał.

Umówmy się, nawet Hellblazer nie jest podręcznikiem magii tylko pulpową wizją kilku(nastu?) scenarzystów, głównie brytyjskich, którzy na przestrzeni dekad pisali komiksy o Johnie, charakteryzowali go, rozwijali i dorzucali swoje pomysły. Opisywali przy tym dość drobiazgowo nieciekawą, otaczającą go rzeczywistość brudnych angielskich dzielnic (i nie tylko, bo John podróżował również po Stanach...). Najdelikatniej mówiąc, wersja dla dzieciaków nie zgrywa się zupełnie z tym, co w dobrodziejstwie inwentarza posiadają dobre opowieści o Constantinie.


A jak grafika, proszę Państwa? Prócz udziału kilku genialnych artystów nie mieliśmy wiele szczególnie wybitnych momentów jeśli o warstwę plastyczną komiksów o Constantinie chodzi. Tutaj jednak jest naprawdę tragicznie i oczy aż mnie pieką, gdy patrzę na te cukierkowe, średnio profesjonalne grafiki okraszone komputerowymi, obrzydliwymi (w moim poczuciu estetyki) kolorami. Nie chcę takich komiksów i nie chciałbym żeby „Zdradliwe iluzje” kojarzyły się dzieciakom z terminem „powieść graficzna”. Jedyne, co graficznie jest w tym albumie ciekawe, to kilkanaście oryginalnie skomponowanych plansz na kadry w dość odważny sposób, jakiego używa się w bardziej dojrzałych dziełach. To jeden z niewielu plusów tej publikacji, że nie wstydzi się być komiksem. Z drugiej strony, zapewne się domyślacie: trochę mi wstyd, że może być z komiksem kojarzona.


Teraz pamiętnik kombatanta mode on. Za moich czasów nie było wielu komiksów dla dzieci, a to dlatego, że uważano iż ogólnie komiksy są dla dzieci, dostawaliśmy więc często dojrzałe opowieści w bonusie z kolorowymi kalesonami. Owszem, jestem menda i ubolewam nad współczesnym mainstreamem, ale przecież nie damy dzieciakom do ręki publikacji o kalesoniarzach sprzed 20-30 lat, które też mają swoje przywary. Dobrze więc, że powstają dziś takie komiksy dla dzieci. Mam jednak problem. Nie wiem, czy mam prawo oczekiwać czegokolwiek od tego komiksu, skoro nie jestem jego targetem, ale wolałbym iście uliczną, dickensowską opowieść o dzieciaku, który miał przejebane, a nie o emo-żelusiu z dobrego domu. Nie wiem, jak rzecz odbiorą współczesne dzieciaki pasione na Harrym Potterze, ale ja nie jestem w stanie się z tym Constantinem utożsamić. Tak między nami, to polecam zdecydowanie pierwsze „Księgi Magii” Gaimana, które są znacznie lepszym komiksem, też opowiadającym o dzieciaku i to pochodzącym z tego samego uniwersum. Zresztą, dorosły Constantine z powodzeniem był tam jedną z postaci pobocznych.