piątek, 31 lipca 2020

Tajne Imperium. Spencer/Sorrentino

Kolejny gościnny występ Rafała Piernikowskiego, który zdaje się niedługo zostanie pełnoprawnym członkiem tego sracza. Enjoy.



Tak na dobry początek powtórzę coś, co miałem okazję wyrazić ostatnio w pewnym internetowym kałszkwale – research przed pisaniem recenzji jest cholernie ważny, ale odwalanie go przed samym czytaniem może diametralnie zmienić odbiór komiksu. Nie byłem specjalnie entuzjastyczny przed lekturą historii mającej zwieńczyć sprawę nazistowskiego oblicza Kapitana Ameryki. Chciałem nawet zacząć tekst od żartu, w którym to bym sugerował, że ktoś w końcu zauważył prawdziwe oblicze Stanów Zjednoczonych, haha, hehe. Przecież to niemożliwe, przecież to chodzi o typowy, bezpłciowy przewrót w estetyce kolorowych trykotów. Przecież na pewno celem jest jedynie przyciągnięcie czytelnika tanią kontrowersją wycelowaną w jednego z najbardziej rozpoznawalnych nadludzi. Okazało się, że żartując, byłem bliższy prawdy, niż podczas poważnych insynuacji.

Oto bowiem spełnił się najgorszy koszmar, którego nikt nie śmiał nawet śnić. Jeżeli ziemscy superbohaterowie nauczyli się czegokolwiek przez lata swojej działalności, oprócz dogłębnej znajomości najlepszych maści na otarcia, to był to całkiem oczywisty dla wszystkich fakt, że na Steve’a Rogersa zawsze można liczyć. Uratuje wszystkich w skrajnie patowej sytuacji, zmotywuje sprzymierzeńców, przekabaci umiarkowanych antagonistów, walnie patetyczną przemowę w stylu nieco wyposzczonego Leonidasa. Tym razem stało się jednak inaczej – wykorzystując zaufanie właściwie wszystkich herosów, Kapral Nowyświat przejął władzę nad najpotężniejszym krajem świata i uczynił z niego faszystowską utopię. Zawsze w takiej sytuacji akcja skupia się na ruchu oporu, ale rozbici bohaterowie nie za bardzo mogą wykonać jakiś ruch, a co tu dopiero gadać o stawianiu oporu. Nadzieja, choć teoretycznie powinna żyć wiecznie, umiera wielokrotnie.

Rajuśku, jak ja nie byłem na to gotowy. Postawmy sprawę jasno – „Tajne Imperium” absolutnie nie jest komiksem idealnym, ale jak na normy trykociarskie sięga pewnych wyżyn. Nie wspominajmy już nawet o moim zaskoczeniu, bo wynika ono głównie z uprzedzeń do pomysłów przesadnie kontrastujących ze status quo. Scenariusz Nicka Spencera faktycznie zapunktował tam, gdzie oczekiwałby tego każdy czytelnik znający jedynie pusty kontekst historii. Jeden z największych idealistów fikcyjnej wersji naszej ukochanej Ziemi stał się nagle nazistowskim dyktatorem. Niektórzy zaskakująco szybko odnaleźli swoje miejsce w tej nowej rzeczywistości, wielu była ona na rękę. Pod pewnymi względami nowy porządek poprawił funkcjonowanie społeczeństwa i nie uciekło to uwadze zdesperowanych jednostek. Naczelny wódz Hydry, pomimo przejścia na ciemną stronę dosłownie wszystkich mocy, zachował główne cechy swojego oryginalnego charakteru – pozostał postacią charyzmatyczną, inteligentną, momentami (co chyba najgorsze) całkowicie zrozumiałą.



To jest właśnie w Tajnym Imperium najlepsze i jednocześnie straszliwie przejmujące. Spencer doskonale prezentuje ciągoty nie tylko post-kowbojskiej społeczności, ale i całego świata. Niektórzy bez zastanowienia rzucają się w konformizm, inni znajdują sobie usprawiedliwienia, aby dopasować nowe realia do swoich potrzeb. Poprzez doskonale dawkowane zwroty akcji i pełną angażujących wątków narrację nieustannie śledzimy beznadziejne zmagania ostatnich buntowników, którzy również dalecy są od idealnych archetypów herosów przeciwstawiających się reżimowi. Jak na komiks superbohaterski (!) traktujący o zmaganiach teoretycznie dobrych i uciśnionych z reżimem, wszystko jest tu zaskakująco nieoczywiste i dalekie od wyraźnej dychotomii. Ten fakt, podczas lektury, zachwycał i martwił mnie z jednakową intensywnością.

Tak jak już jednak wspomniałem, nie jest idealnie. Spencer czasami gubi się, prezentując niezgrabnie rzucające się w oczy szczegóły. Postacie zbyt mocno odchodzą od osobowości, które na przestrzeni lat zdążyliśmy tak dobrze poznać. Jessica Jones zachowuje się jak typowa superbohaterka, naiwność Thora przerasta wszelkie oczekiwania, a Punisher porzuca swoje paradygmaty dla ewidentnie złudnej iluzji. Zgrzyty wkurwiają też momentami w samej narracji, gdy (przykładowo) Stephen Strange przybywa jako wsparcie do bohaterów, z którymi współpracował od samego początku. To banalne błędy, nie powinno ich tu być, ale przy intensywności faszystowskiej nawałnicy umknęły uwadze twórców i skryły się we wszechobecnej dominacji pretekstowości i okazjonalnie zbyt mocnej ekspozycji. „Tajne Imperium” to najbardziej ambitny event w historii Marvela, przynajmniej z ideologicznego punktu widzenia. Cierpi jednak z powodu tych samych konieczności, które często kładły na łopatki rozdmuchanych poprzedników. Do pewnych odgórnych pomysłów scenarzysta dopasować się po prostu musiał i zaowocowało to wymuszeniami, naiwnym zawiązaniem akcji i obrzydliwie pompatycznym, wręcz wydębionym zakończeniem. Epilog trochę ratuje sytuację, ale decyzyjne osoby w Marvelu wyraźnie nie były gotowe na faktycznie znaczący fabularnie rozpierdol zaproponowany przez scenarzystę. Tak, usprawiedliwiam Spencera, bo jego zasługi są tym razem oczywiste (poza potknięciami przy kilku szczegółach), a błędy bardzo wyraźnie wynikają z konieczności powrotu do nudnej i bezpiecznej stabilizacji.



Prawie żadnych zastrzeżeń nie mam za to do warstwy wizualnej. Skoro „prawie”, to ograniczę się do rozległego opisania tych pozornie ograniczonych narzekań – pod względem graficznej narracji i charakterystycznej stylistyki przoduje Andrea Sorrentino, ale jeśli widzieliście jakikolwiek jego komiks, to widzieliście wszystkie. Gość jest bowiem mistrzem umiarkowanej awangardy w żonglowaniu architekturą kadru i doskonale kreśli poszczególne sceny, ale po znalezieniu swojej niszy ma wyraźnie wyjebane na rozwój i rysuje superhero z użyciem identycznych zabiegów, jak przy kreśleniu ilustracji do (przykładowo) „Gideon Falls”. Pełne onirycznej nadziei partie kreśli za to pozbawiony rozwiniętego talentu narracyjnego Rod Reis, broniący się płynnością pojedynczych obrazków, kontrastującą z głównym wątkiem. W międzyczasie porywają nas co prawda bardziej trykociarskie sceny, rysowane m.in. przez Daniela Acuñę, Steve’a McNivena i Lenila Francisa Yu, ale zdarzają się też generujące rozczarowanie banały. Najgorzej, wśród galerii kreatywnych gwiazd, wypadają partie typowo superbohaterskie autorstwa (głównie) Jesúsa Saiza. Żebyście mnie jednak tutaj zrozumieli – dawno nie widziałem, by ktoś tak trafnie przypasował rysowników do poszczególnych wątków historii. Wszystko, na co wyraźnie nie psioczę, działa w „Tajnym Imperium” przynajmniej poprawnie. Są momenty wizualnie świetne, potencjalni kandydaci na plakaty w pokoju zadeklarowanego nerda, a album ogółem (dzięki tej przemyślanej różnorodności) trzyma się po prostu kupy i nie wybija czytelnika z klimatu nawet w tych słabszych momentach.




Spoiler alert – cieszę się, że ostatecznie heros stworzony przez komiksową logikę spandeksowej czwartej Rzeszy okazał się obmierzłym, zgorzkniałym i zagubionym chujkiem. Spencerowi udało się, za pomocą peleryniarskiej fabuły, wpisać nadużycia, okrucieństwo i parszywy reżim w ramy obserwowanego przez nas codziennie człowieczeństwa. Za cholerę nie spodziewałem się czegoś takiego w komiksie od Marvela, a zwłaszcza w takim związanym mocno z jednym z najbardziej promowanych eventów. „Tajne Imperium”, pomimo licznych wad, zaskakuje trafnymi obserwacjami i przemyślanymi decyzjami artystycznymi. Rekompensuje uniwersalne konieczności i wszechobecną pretekstowość nie tylko sprawną narracją, ale też odwagą w łamaniu ustalonych od lat wizerunków źródeł popularności dochodowego merchandisingu. Jak już wspomniałem, to nie w żadnym stopniu album idealny, ale w spandeksowym mainstreamie nie możemy raczej liczyć na bardziej uparte napierdzielanie pod prąd.

Autor: Rafał Piernikowski

wtorek, 28 lipca 2020

Promethea 1-3 Moore/Williamsa III




 

"Ludzie byli - i są - zbyt płytcy i tchórzliwi, by znieść fakt przemijania wszystkiego, co żyje. Przyozdabia się go więc różowym optymizmem postępu, w który w istocie nikt nie wierzy, zasłania się literaturą, ukrywa pod powłoką ideałów, żeby tylko niczego nie widzieć. Lecz przemijanie, powstawanie i zanikanie jest formą wszystkiego, co rzeczywiste: od gwiazd, których losu nie potrafimy odgadnąć, aż do nie uformowanej masy ludzkiej na naszej planecie. Jednostkowe życie zwierzęcia, rośliny czy człowieka jest równie przemijające jak życie ludów i kultur. Każde stworzenie ulega upadkowi, każda myśl, każdy czyn, każdy wynalazek - zapomnieniu. Wszędzie wokół nas dają się odczuć zaginione dzieje wielkiego losu. Wszędzie przed naszymi oczami leżą ruiny dawnych dzieł obumarłych kultur. Dopełnieniem pychy Prometeusza sięgającego nieba, by dać ludziom boską moc, jest jego upadek."

Oswald Spengler


1. Promethea

Punktem wyjściowym, jaki obrał Moore przy tworzeniu tego komiksu, są związki superbohaterstwa i mitów. Wiele razy wspominał, że dla niego są to bardzo zbliżone tematy. Oczywiście nie jest to żadna nowość - popkultura często podpierała się tego typu motywami. Nie szukając daleko, wystarczy wspomnieć choćby Gaimanowskiego "Sandmana" czy "Thora" umieszczonego przez Stana Lee i Jacka Kirby'ego w marvelowskim uniwersum. Zamysł jest podobny - postmodernizm, czy synkretyzm kulturowy, przeradza się tu w synkretyzm mistycyzmu, bogów, okultyzmu, religii i konwencji superhero. Koncept głównej bohaterki polega jednak na tym, że nie jest ona tylko mityczną postacią - jest mitem samym w sobie. Żyjącą, upersonifikowaną historią, która za pomocą magii / kreacji odradza się, ożywa w każdym pokoleniu twórców i jako symbiont żyje w nosicielu nadając mu nadludzką moc. Ze względu na to, że tytułowa Promethea została przywołana przez artystów zajmujących się różnymi mediami, Moore demonstruje też jak działa mit w kulturze, jak się przekształca na przestrzeni wieków i, w końcu, w jakiej formie przedostał się do komiksów.

Przez dwa pierwsze wydania zbiorcze Moore oswaja czytelnika z wykreowanym przez siebie światem, próbując stworzyć pozory inteligentnej, superbohaterskiej, pulpowej serii. Przy okazji pokazuje, jak w przekonujący sposób zbudować dziś takie uniwersum. Pojawiająca się na drugim planie drużyna superbohaterów szybko staje się dla nas awatarem Fantastycznej Czwórki, a złoczyńcę przebranego za arlekina, nietrudno odczytać jako następną wariację na temat Jokera. Po kilku zeszytach czujemy się w tej serii jak w domu - jak w "Domu Pomysłów" albo jak w DC - jednak niedługo potem bohaterowie zaczynają żyć własnym życiem. Na innym poziomie możemy to oczywiście odczytać jako przykład przeszczepienia mitu. Moore udowadnia też, że nawet grając według zasad rządzących gatunkiem można być odkrywczym. Dobitnie i po raz wtóry podkreśla, że konwencja superhero jest tylko alegorią i nikogo nie więzi. Jedyną granicą jest wyobraźnia twórców.

Model fabularny "Promethei" zmienia się wraz z ostatnim zeszytem drugiego wydania zbiorczego. Przedstawiając konstrukcję wszechświata za pomocą Wielkich Arkanów Tarota Moore wprowadza swoje dzieło i świadomość czytelnika na zupełnie inne tory. Podejmuje temat transgresji na różnych poziomach; opowieści - wspomnianego przekształcania się mitów, historii zakorzenionych w kulturze, które są wciąż na nowo interpretowane; dualizmu osobowości człowieka - czytając "Prometheę" dostrzegamy, że wbrew pozorom w komiksie superbohaterskim temat ten jeszcze się nie wyczerpał; i w końcu świata - zmieniającego się podczas wkraczania w nową erę.


2. Magia w teorii i praktyce.

Pod koniec XX wieku przemysł komiksowy stał się bezpieczną kryjówką dla wszelkiej maści mistyków. Nietrudno zauważyć, że złoty okres tej tendencji zbiegł się z dojrzewaniem amerykańskiego mainstreamowego komiksu i tzw. British Invasion. Oczywiście elementy mistycyzmu były obecne wcześniej w amerykańskim komiksie - jednak były bardzo powierzchowne i postawione na chybotliwej spuściźnie pulpowych fantastów początku XX wieku (H.P. Lovecrafta, R.E. Howarda i pomniejszych) czerpiących głównie ze szczątkowych materiałów, które dostarczały im popularne wówczas publikacje Madame Bławatskiej. Europejczycy mający dużo dłuższą tradycję ezoteryczną - nie odżegnując się ani od pulpowych wzorców ani od Bławatskiej - potraktowali tematykę znacznie poważniej. Sam Alan Moore był jednym z pierwszych Brytyjczyków piszących regularnie na amerykański rynek. Pytany o magię twierdzi, że w jej tajniki wszedł stosunkowo późno, bo po czterdziestce - żartuje, że miało to się stać jego remedium na kryzys wieku średniego. Jednak czytając jego wcześniejsze prace dostrzec można, że jego wizja świata już wcześniej była jakoś zbieżna z tym, co będzie prześladować jego twórczość na przełomie wieków. Odpytywany dalej podkreśla, że dla niego magia jest nierozerwalnie związana z aktem kreacji - tworzeniem światów, historii, eksploracją mitów. "Promethea" jest fabularyzowaną manifestacją jego poglądów na ten temat. Przy czym jest równie znakomitym komiksem, jak podręcznikiem magii.

Jedna z popularnych teorii wśród badaczy Tarota mówi, że jego korzenie sięgają aż cywilizacji Egiptu i że wywodzi się od hieroglifów. Co ciekawe, wśród ludzi zajmujących się komiksem pojawia się teza, że również on pochodzi od pisma starożytnych Egipcjan. Podobnie do kart, komiks jako piktogram jest chłonny i potrafi być bardzo złożony  - łatwo przyjmuje symbole i estetyki. Jednak dziś znaki, które atakują nas zewsząd, stają się puste, zdewaluowane - klątwą ponowoczesności jest między innymi fakt, że przestały działać. We współczesnej kulturze nie tylko czytelnicy, ale i publicyści gubią się często w gąszczu cytatów i nawiązań, nie są w stanie w pełni odczytywać tego, co mówi do nich twórca, albo nadinterpretują, szukając przekazu tam, gdzie go nie ma. Mimo, że "Promethea" aż kipi od różnorakiej symboliki, to ostatecznie jest przeciwieństwem tych tendencji. Moore napełnia symbole jak kielichy w kartach Tarota - postmodernistyczna dekonstrukcja łączy się u niego zawsze z powtórną konstrukcją. Podczas lektury jest cały czas przy czytelniku i prowadzi go za rękę, tłumaczy wiele drobnych aspektów. Jego definicje kart Tarota i opisy wielu innych zagadnień - jak kabała czy thelema -  są bardzo dojrzałe i wyczerpujące. Wymagało to zapewne ogromu pracy, ale dzięki temu, (jak to zazwyczaj bywa u Moore'a) "Promethea" jest lekturą bardzo satysfakcjonującą, będącą prawdopodobnie jedną z najlepszych współczesnych publikacji z tego zakresu.

Alternatywny, silnie stechnologizowany Nowy Jork, w którym rozgrywa się akcja, jest odbiciem naszej cywilizacji na przełomie wieków. Moore zadaje pytania charakterystyczne dla tego okresu: kim jesteśmy, czym jesteśmy, dokąd zmierza ludzkość? Porusza problematykę (nadal aktualnych) lęków cywilizacyjnych jakie dotykają społeczeństwa wchodzące w nowe milenium. Nad stworzonym przez niego uniwersum zdaje się wisieć apokalipsa, co więcej sama Promethea ma przyczynić się do zniszczenia materialnego świata, ale obok niego istnieją jeszcze inne. To właśnie do jednego z nich ma przeprowadzić ludzkość. Przy okazji, Moore dochodzi do istoty sprawy, bo poruszając te tematy zmierza do koncepcji eonów Alistaira Crowleya. Świat wykreowany w "Promethei" zdaje się stać na progu Eonu Horusa - to era, w której nasza rzeczywistość ma się diametralnie przekształcić. Zmiany mają być bolesne i gwałtowne, ale są nieuchronne a ludzkość przeobrazi się jak motyl wyfruwający z poczwarki. Thelema jest tu co prawda wyeksponowana - sam Crowley pojawia się kilka razy -  ale Moore wykorzystując ten koncept szuka też stycznych z Erą Wodnika, ezoterycznym judaizmem i hinduską ideą następujących po sobie światów. Co ciekawe, rozpatrując te elementy na poziomie komiksu superbohaterskiego, dojdziemy do wniosku, że koło się zamyka - wszak owa apokalipsa to nic innego, jak swojego rodzaju reboot uniwersum.



3. Komiks w teorii i praktyce.

Ten komiks nie byłby tym, czym jest, bez grafik J.H. Williamsa III. Przede wszystkim umacniają one konwencję superhero, z którą rysownik był kojarzony i w której czuje się najlepiej. Jednak Williams III, który przed pracą z Moorem był często określany jako jeden z wielu naśladowców Jima Lee, przedostaje się w swoim rzemiośle na zupełnie inny poziom. Nawet jeśli w lwiej części to pomysły Moore'a - a warto tu zaznaczyć, że swoim grafikom oddaje on scenariusze z opisanym, a nie rozrysowanym, układem plansz  - to dla większości rysowników byłoby to niemożliwe do zrealizowania. Trzeba przyznać, że Williams III jest wybitnym rzemieślnikiem z niesamowitą wyobraźnią i umiejętnościami narracyjnymi, a współpraca z genialnym Brytyjczykiem pozwoliła rozwinąć mu skrzydła, obudzić tkwiący w nim potencjał i zacząć myśleć inaczej o formie komiksowej.

Tak jak tworzone mniej więcej w tym samym okresie "Zagubione dziewczęta" próbowały przepisywać komiks na sztukę secesji, tak "Promethea" przepisuje sztukę secesyjną na komiks. Nietrudno też dostrzec wpływ surrealizmu, ilustracji książkowej i prasowej, jak i pierwszych antycznych języków, piktogramów, hieroglifów. Autorzy wyciskają też masę narracyjnego potencjału ze sztuki sakralnej - to z jednej strony wręcz oczywiste, a z drugiej zaskakujące, że tak wielką inspiracją dla komiksiarza mogą być wielopanelowe kościelne ołtarze. Co istotne, nie jest to tylko szpanerstwo i popisywanie się erudycją. Wszystko znalazło się tu z jakiegoś powodu i ma związki z tym, co czytamy na kartach komiksu. Oczywiście ważną rolę w grafice odegrała magia, mistycyzm i sztuki plastyczne z nimi związane.

 Dzieło Moore'a i Williamsa III to dla innych twórców nieprzebrana skarbnica pomysłów i lekcja z której mogą nauczyć się bardzo wiele na temat sposobów prowadzenia narracji i języka komiksu. Autorzy wznoszą się na wyżyny inwencji i pokazują, jak wyglądałoby medium, gdyby jego rozwój nie był hamowany. Co ciekawe, sztuczki narracyjne których używają, to często rozwiązania zaczerpnięte z opowieści obrazkowych powstałych w początkach XX wieku, gdy język komiksu dopiero się rozwijał. Niektóre plansze w pierwszych tomach to wręcz dosłowne parafrazy grafik z "Little Nemo" Winsora McCaya i jego antywojennych prac propagandowych. Nie jest to jednak epigoństwo, czy tylko powrót do korzeni - cytując prace prekursorów zaczynają eksperymentować z ich sposobami narracji i wykorzystują je do celów, jakie obrał Moore.

Każdy, kto czytał "Logikomiks", zwróci zapewne uwagę na to, jak wiele rozwiązań zaczerpnęli jego twórcy z "Promethei". Nie chodzi tylko o zabiegi formalne, ale również o takie elementy, jak rozważania na temat roli słowa w historii myśli ludzkiej. Skoro "Bóg to Słowo", a jednymi z pierwszych pism i form przekazu były malunki naskalne i pisma obrazkowe, to dlaczego Bóg nie miałby się nam objawić w formie komiksu? Zbieżny jest również teren działań autorów - eksplorują niewykorzystany potencjał medium, które, sprawnie użyte, staje się znakomitym narzędziem do obrazowania pewnych idei.Wydarzenia i linia narracyjna są tu często pretekstowe. Treścią stają się grafiki same w sobie. Na jednej planszy często widzimy wydarzenia rozciągnięte na linii narracyjnej, ale dziejące się poza czasem, niezależnie od niego, czy raczej dzianie się wszystkich zdarzeń w tym samym momencie. W immaterii - świecie marzeń i w świecie astralnym - sekwencyjność często ustępuje ukazaniu wielu wydarzeń na planie totalnym. Nie pierwszy raz Moore przemyca w twórczości swoje widzenie świata związane z filozoficzną koncepcją czterowymiarowości - głoszącą, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są jednakowo realne - ale chyba pierwszy próbuje opisać ją dosłownie za pomocą komiksu.


4. Prometeusz

Opowieści towarzyszą ludzkości od zarania. Dopóki Szeherezada opowiada swoje historie - dopóty trwa świat. Zaryzykuje tezę, że za naszego życia obraz medium kształtował właśnie Alan Moore. Nie zastanawialiśmy się pewnie co będzie, gdy go zabraknie - a prawda jest taka, że odwracając się od potentatów amerykańskiej branży komiksowej pozostawił po sobie pustkę. W Polsce, z racji zaległości, nie odczuwamy tego aż tak silnie, ale dewaluacja w komiksie superbohaterskim postępuje - tudzież, jak twierdzą niektórzy, jego artystyczna formuła po prostu się wyczerpała. Dla Moore'a "Promethea" stała się pewnym sposobem na wskazanie czego w komiksie brakuje i zdaje się dobitnie mówić, że należałoby zrewidować myślenie o formie komiksowej, jakie jest dziś zakorzenione w mainstreamie. Jest jednak pewna cena, jaką artysta musi zapłacić, gdy wywraca medium do góry nogami jak Wisielca na karcie Tarota - tu nie ma miejsca na branie jeńców. W "Promethei" ta forma wyrazu stała się skomplikowana, hermetyczna, wymagająca - niezwykle trudna w odbiorze nie tylko dla laika, ale i dla człowieka obytego z komiksem. Jednak czytelnik który da mu się zabrać ma szansę na przeżycie katharsis. Katharsis, które powinno  dotknąć również mainstreamowe oblicze medium. No cóż, jakby nie patrzeć, to Moore już raz je zreformował  - pisząc "Watchmen" w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Tym razem niestety nie poszły za nim rzesze komiksowych twórców. Kres wydawnictwa ABC, którego "Promethea" była jedną ze sztandarowych serii, kończy pewną epokę w komiksie superbohaterskim - tak jak "Czas Apokalipsy" kończył epokę świetności amerykańskiego kina autorskiego.

wtorek, 21 lipca 2020

Zemsta Hrabiego Skarbka. Sente/Rosiński




Pewnego dnia Jean Van Hame, wieloletni współpracownik Grzegorza Rosińskiego, spakował się i wyruszył na wyprawę dookoła świata. Zostawił tym samym naszego bohatera bez pisarza dostarczającego materiał na kolejne rysowane przez niego komiksy. Z pomocą naszemu rodakowi przyszedł Yves Sente, którego do pracy miała ponoć zwerbować świętej pamięci żona Pana Grzegorza.

Zanim Sente napisał scenariusz, twórcy pogadali sobie. Rosiński miał ochotę narysować coś w stylu płaszcza i szpady, a do tego dobrze by było, gdyby opowieść traktowała o piratach, no i została zabarwiona nutką erotyki. Rysownik nie obraziłby się też, gdyby jakoś odnosiła się do jego rodzinnego kraju – Polski. Belg usiadł więc do roboty i o dziwo pyknął historię nie tylko mającą ręce i nogi, ale jeszcze zawierającą wszystkie wspomniane elementy.


Sente to przyzwoity rzemieślnik, ale fabuła „Zemsty Hrabiego Skarbka”, będąca w gruncie rzeczy sprytną parafrazą (jedną z postaci pobocznych jest wszak „murzyn” Dumasa) „Hrabiego Monte Christo”, nie urzeka. Powstała ewidentnie po to, by Rosiński mógł ponapawać się swoim malarskim stylem, który jeszcze wtedy był dla niego czymś nowym. Przeglądałem inne stworzone w ten sposób komiksy Rosińskiego i „Zemsta Hrabiego Skarbka” jest w tej dziedzinie jednym z lepszych. Dodatkową atrakcją jest fakt, iż historia opowiada o Polskim malarzu mszczącym się na swoich oprawcach, co pewnie sprawiało, że autorowi (jako emigrantowi) łatwo było się utożsamić z bohaterem.

Jak pewnie pamiętacie z poprzednich akapitów, Rosiński planując komiks z Sante, prosił o coś z domieszką erotyki. Musiał się nie spodziewać tego, co Belg mu przyniesie, gdyż pomimo zawarcia sceny seksu na etapie szkiców, nie pocisnął ich w finalnym dziele. My dziś dostajemy album nie tylko powiększony formatem, ale uzupełniony właśnie o sceny niewykorzystane w pierwotnym wydaniu i głównie dlatego, nawet jeśli macie starą edycję, warto zainwestować również w nową. Szkice Rosińskiego zostały wpisane w miejsca historii, w których miały się pojawić pierwotnie, co genialnie dopełnia fabuły i zapewniam Was, że gdyby autor odważył się je namalować, to stałyby się one główną atrakcją tego komiksu. Owszem, poszłaby fama, że wujcio Grzesiu to kawał świntucha, który narysował pornola, ale odrobina skandalu nikomu by przecież nie zaszkodziła. Założę się, że bohater komiksu by się ze mną zgodził w tej kwestii, w końcu sam produkował piękne kobiece akty.



Przeglądałem ten album przy piwku z kumplem, który nie przepada za malarskim okresem Pana Grzegorza – osobiście uważa, że jest genialnym rysownikiem, malarzem niekoniecznie – i nawet on potwierdził bardzo dobrą jakość zawartych tu ilustracji. Zgodziliśmy się obaj, że „Zemsta Hrabiego Skarbka” nie jest najlepszym komiksem Rosińskiego, ale każdy jego fan powinien mieć ten album na półce, bo być może to najlepsze jego dzieło malarskie.


Batman. Szalona miłość i inne opowieści. Dini/Timm




Każdy z Was ma pewnie swój ulubiony okres w historii Batmana. W moim przypadku wyznaczają go powieści graficzne od Franka Millera („Rok pierwszy” i „Powrót Mrocznego Rycerza”, potem to już była chała) oraz wszystkie rzeczy od Joepha Loeba i Tima Sale. No a z celuloidowych tworów bardzo podobał mi się tylko drugi Batman Burtona i animacje, które wyszły spod ręki Paula Diniego i Bruca Timma. Co więcej, uważam, że nigdy nie było nawet długiego komiksowego runu Batmana o poziomie tak wysokim i równym, jak ten zaserwowany nam przez dwóch wyżej wspomnianych panów.

Jestem więc ultrasem Batman TAS i obok „Szalonej Miłości” nie mogłem przejść obojętnie. Zakochałem się w tym niewielkim zbiorku prezentującym nieliczne komiksy, które Dini i Timm zrobili na boku w trakcie pracy nad serialem. To nie tylko wspaniały dodatek do ich pracy animacyjnej, ale też twór całkowicie pełnoprawny. Timma może trudno bowiem nazwać komiksiarzem sensu stricto, bo tworzy najwięcej na mały ekran, ale zdecydowanie ma również talent do opowiadania historii obrazkowych. Do tego dochodzi ta do bólu cartoonowa krecha, którą się albo kocha, albo nienawidzi – ja ją ubóstwiam. Nic w tym dziwnego, w końcu za dzieciaka to w dużej mierze Batman TAS kształtował moją wrażliwość plastyczną.



Fabułki oferowane przez duet twórców nie są co prawda zbyt skomplikowane, ale gwarantuję, że fanom serialu przypadną do gustu. Główny człon tej publikacji stanowi kilkudziesięciostronicowa „Szalona Miłość”. To utwór, w którym autorzy trochę mocniej skupiają się na jeszcze nie tak mocno eksploatowanej Harley Quinn. Robią to wyśmienicie, ukazując trafnie jej trudne związki z Jokerem i kosę, jaką (z winy swojego kochanka) Harley ma z Batmanem. Nie jest to jedyna dobra opowieść w tym zbiorze, ale inne są dość krótkie, co nie pozwala autorom na głębsze wejście w charakterystykę postaci i ciekawsze zarysowanie fabuły. Wisienką na torcie, na którą chciałbym jeszcze zwrócić uwagę, jest ostatni komiks „My Dwoje” – miniatura noir pierwotnie stworzona dla publikacji Batman Black and White. Co ciekawe to znów opowieść o chorej miłości, w której tym razem główną rolę odgrywa Harvey Dent, czyli Two Face.



„Szalona Miłość” to moim zdaniem komiks, który na półce musi mieć każdy szanujący się fan Batmana. Nie tylko jego animowanej inkarnacji, ale to właśnie czytelnikom wychowanym na TAS na pewno spodoba się najbardziej. Z jednej strony jest fajnym dodatkiem, postscriptum do serialu, z drugiej jest też wspaniałym artbookiem z ilustracjami Bruca Timma. Nie poszerza co prawda mocno uniwersum nietoperza, a przynajmniej nie tak samo, jak animacja, ale i tak sprawdza się jako papierowa pocztówka z jednego z najpiękniejszych okresów w historii Batmana. Szkoda, że materiału powstało tak mało, bo komiksy tej spółki są po prostu cudowne i mógłbym je pochłaniać pasjami.



wtorek, 7 lipca 2020

Silver Surfer. Moebius, Stan Lee i inni.


To chyba będzie nasza nowa świecka tradycja. Już drugi rok z rzędu mam zamiar w wakacje poczytać więcej komiksów Marvela niż zazwyczaj i zrelacjonować dla Was lekturę. Na pierwszy ogień idzie album z Egmontowskiej linii Marvel Classic – Silver Surfer.

Niniejszy komiks to antologia i jak każda publikacja tego typu zawiera zróżnicowany jakościowo towar. Trochę jednak nie rozumiem, jaki był cel łączenia ze sobą znajdujących się czterech opowieści, bo za nic do siebie nie pasują. Wszystkie łączy co prawda postać tytułowa, ale poza tym widać tu znaczny dysonans. Nie będę Wam ściemniał i wyłożę kawę na ławę – jedna historia jest wybitna i trzy są słabiutkie.


Najważniejszym i umieszczonym na początku tego zbioru komiksem jest „Przypowieść” – dwuzeszytówka narysowana przez Moebiusa do scenariusza Stana Lee. To jedna z najważniejszych historii obrazkowych w moim życiu, gdyż jej pierwsze wydanie wypuszczone przez TM Semic ukazało mi, gdy byłem dzieckiem, że komiks potrafi nieść ze sobą wartości artystyczne przez duże A. Trafiłem na tę opowieść w odpowiednim miejscu i czasie. To chyba nawet pierwsza pozycja, która podczas lektury dała mi świadomość, że właśnie obcuję z czymś szczególnym. Tak, obok komiksu Batman „Machiny” McKevera to było moje pierwsze świadome spotkanie z odważną, dającą do myślenia sztuką. Scenariusz nastukany przez nikogo innego jak samego Stana Lee może wydawać się dziś pretekstowy. Wszak chodziło w nim głównie o to, żeby Moebius sobie porysował Silver Surfera, ale ze względu na to, że autor mądrze pogrywa z wątkiem religijnym, można go uznać za całkiem inteligentne rzemiosło. Ba! Nawet za coś kontrkulturowego! Aż dziw pomyśleć, że to wszystko działo się w samym sercu Marvela.
 Nie scenariusz jest tu jednak istotny, a stojące na najwyższym poziomie grafy. Z racji tego, że mam do tego komiksu duży sentyment, to umiejscawiam je wysoko wśród albumów Moebiusa. Jego rzemiosło jest tu jednak odrobinę inne niż w albumach frankofońśkich. Znajdziemy tu inne kadrowanie, nieco odmienne podejście do kompozycji plansz, jakby Jean chciał nieco dostosować się do nowego rynku (sam przyznaje, że inspirował się komiksem „Vuzz” Philippe Druilleta). Niemniej to cały czas wybitna robota i każdą planszę z powodzeniem wieszałbym sobie na ścianie, bo to arcydzieła popartu.

Po tej genialnej historii, gdy już uda się Wam zebrać szczęki z podłogi, następują jeszcze trzy. „Łowcy Niewolników” ze scenariuszem Lee i grafami Keitha Polarda to narysowana jak typowe czytadło kosmiczna nawalanka bez ikry. Przeglądając ten album pobieżnie, myślałem, że sprawę uratuje trzeci – krótka powieść graficzna „Requiem” (wydana u nas już kiedyś przez Muchę) opowiadająca o ostatnich dniach Srebrnego Surfera. Komiks ze scenariuszem J. Michela Straczynskiego i hiperrealistycznymi rysunkami Esada Ribicia. Tak się nie stało. Wątek miał być nostalgiczny, ale zupełnie mnie nie ruszył, a rysunki Ribica po dłuższym obcowaniu okazały się kiczowate. Czwarta – „W imię twoje” – to absolutne okropieństwo, od którego oczy bolą. Scenariusz napisał Simon Spurrier – autor tekstu do niezłego komiksu „Coda” (klik), który jednak nie stanął tym razem na wysokości zadania i nie stworzył niczego zajmującego. Najgorsze są tu jednak rysunki, za które odpowiada jegomość o dość podejrzanym rasowo imieniu i nazwisku, czyli Tan Eng Huat. Są najzwyczajniej nieczytelne i to, że znalazły się w jednym albumie z pracami Moebiusa, woła o pomstę do nieba.


Powtarzam się, wiem, ale tego wymaga sytuacja – ten album ma do zaoferowania tylko komiks z rysunkami Moebiusa stworzony do scenariusza Stana Lee. Obok reszty zebranych tu opowieści w najlepszym wypadku przejdziecie obojętnie. Zamiast ponad 300 stronicowego czytadła zbierającego średnie (a niektóre i złe) historyjki, wolałbym dostać „Przypowieść” wydaną w jakimś ogromnym formacie. Ten komiks zdecydowanie na to zasługuje. Reszta mogłaby nie istnieć.

Sabrina. Nick Drnaso




Nawet nie wiem, kiedy dokładnie się to stało, ale w ostatnich latach zmieniłem się z pana od komiksu niezależnego w gościa od ambitnego mainstreamu. Czasem traktuję go chłodno, ale jednak więcej o nim piszę niż o indykach. Niemniej staram się trzymać rękę na pulsie i wyławiać co ważniejsze pozycje niezależne. Co by się nie działo, nie mogłem przejść obojętnie obok „Sabriny”, pierwszego w historii komiksu nominowanego do nagrody Brookera.

Tytułowej kobiety niemal nie ma w tym albumie. Pojawia się na okładce i kilku pierwszych stronach, by zniknąć i więcej się w tym komiksie osobiście nie pojawić. Jednak jej widmo będzie wisieć nad wszystkim, co dzieje się pod okładką. Sabrina została bowiem porwana i brutalnie zamordowana, a opowieść traktuje głównie o facecie, który przyjął pod swój dach jej chłopaka – swojego starego kumpla. Gość jest totalnie załamany, nie wie co ze sobą zrobić i popada w skrajną depresję. Dobroczyńca, na co dzień pracujący w Departamencie Obrony, bierze na siebie nie tylko piętno opiekowania się chorym z rozpaczy kumplem, ale też staje się jego tarczą, bo wszelkie media chcące drążyć temat i rozmawiać z jego przyjacielem w rezultacie odbijają się od naszego opiekuna i atakują właśnie jego. To wszystko generuje sporo trudnych sytuacji, z którymi będzie musiał zmierzyć się bohater. Nie jest to nic spektakularnego, bo w rezultacie bliżej „Sabrinie” do komiksu obyczajowego (acz w swojej kategorii to pozycja z górnej półki), ale gwarantuję, że to rzecz zajmująca czytelnika i dająca do myślenia o współczesności. Być może to dzieło bardziej aktualne za wielką wodą, bo przemyca na swoich kartach sporo amerykańskiej mentalności, ale i tak obcuje się z nim jak z najlepszym kinem niezależnym spod znaku Sundance.


Moim zdaniem sama historia – mimo iż oryginalna, bo tak nie opowiadał o mocno medialnych morderstwach jeszcze nikt – nie jest tu najważniejsza. Istotniejsze jest komiksowe rzemiosło, w którym młodziutki (30 lat jak na komiksiarza to dość mało) Nick Drnaso jest bardzo biegły. Jego warsztat to czerpiące garściami z Herge klasyczne ligne claire, które wykorzystane zostaje w bardzo inteligentny sposób. Osadzenie tego typu rysunków w takiej, a nie innej konwencji sprawia jednak, że pomyślimy o tym twórcy jako o spadkobiercy trochę starszej od niego izraelskiej artystki Rutu Modan (kliku klik). Jest to bardzo trafne porównanie, bo gdybyście mnie chcieli zrobić w bambuko i ukazali prace Drnaso bez adnotacji czyja to robota, to strzelałbym właśnie, że to komiks, który wyszedł spod ręki Modan.


Równie genialna co warstwa graficzna jest płaszczyzna opowiadania obrazem. Prócz typowo ilustracyjnych zagrywek autor sięga też pewną ręką po narrację za pomocą szumu informacyjnego (w której mistrzem jest nie kto inny jak sam Frank Miller), tym razem wykorzystując do tego formę mediów społecznościowych i maili. To swoisty znak czasów i rzecz bardzo podkreślająca fakt, iż to komiks aktualny, dziejący się właśnie dzisiaj, opowiadający o zastałej przez nas rzeczywistości, której wszyscy jesteśmy uczestnikami.

Jeśli jesteście zainteresowani komiksem niezależnym spod znaku Tomine, Clowesa i Burnsa (niedługo Drnaso będzie wymieniany jednym tchem obok tych panów), to nie mam pewnie co Was namawiać do kupna „Sabriny”, bo w ten tydzień od premiery zdążyliście już ją kupić, albo już macie ją na celowniku. Jeśli jednak dopiero wchodzicie w komiks niezależny, to również śmiało możecie sięgnąć po dzieło Drnaso. To jeden z najlepszych albumów tego roku i mam nadzieję, że wkrótce pojawi się u nas debiut tego artysty, „Beverly”, który zdobył nagrodę Los Angeles Times przyznawaną za najlepszą powieść graficzną. Jestem tego komiksu bardzo ciekaw.