wtorek, 5 grudnia 2023

Bomba

 


 

Był taki pasek „Fistaszków”, na którym Linus stwierdzał dosadnie: „Wszystkiego, co wiem, nauczyłem się z telewizji!”. Mam podobnie, tylko z racji wiadomych zainteresowań wiedzę o historii i świecie czerpię z komiksów. Czytałem recenzję Kuby, opublikowaną na tymże blogu, którą popełnił kilka tygodni temu i chyba jednak inaczej widzę ten komiks, ale po kolei.

Powieść graficzna podejmuje już niemal wszelkie tematy. Od komiksów opowiadających o bezdomności, chorobach psychicznych, masturbacji, o pracy na saksach, po te traktujące o podróżach w różne zakątki świata. Mało mnie więc dziwi, że w końcu ktoś zdecydował się opowiedzieć o tak przyprawiającym dziś o ciarki na plecach temacie jak powstanie bomby atomowej.

Powiem szczerze – nigdy nie sięgnąłbym po książkę o bombie atomowej. Nie interesuje mnie literatura popularno-naukowa, a po komiks i owszem, sięgnąłem i lektura była bardzo satysfakcjonująca. Nie widziałem też filmu Nolana, nie jestem jego fanem, a na pewno nie jestem fanem atomówki, mimo iż urodziłem się w rocznicę zrzucenia bomby na Nagasaki (sic!). Mam trochę wyjebane, a trochę się boję dziś tego tematu ze względu na aktualne groźby Rosji. Komiks to co innego, bo to wszak moja dziedzina. Dzieło trójki autorów sprawdza się idealnie jako bryk z historii. Być może brak mu trochę emocjonalności, ale jej nie oczekiwalibyśmy od książki popularno-naukowej, a z tej parafii jest to wszak publikacja. Dramaturgia buduje się tu sama, gdy autorzy przedstawiają fakty, jeden po drugim. Dowiedziałem się z tego komiksu wszystkiego, co chciałem wiedzieć, a nawet rzeczy, których wiedzieć nie musiałem (na przykład ile kochanek miał Oppenheimer) i uważam czas spędzony z tym opasłym albumem za bardzo udany. Rzecz jest cegłówką, którą da się zabić, ale mimo objętości czyta się ją dość łatwo. Nie jesteśmy przytłoczeni ogromem tekstu, bo wszystko jest idealnie wyważone. Może nawet za bardzo komiksowe? Ale dziś postacie jak Hitler i Stalin, a nawet ten Oppenheimer czy Einstein, wydają się bohaterami rodem z komiksu: przerysowanymi i ikonicznymi. Wiem, nieładnie tak mówić, bo zagrożenie jest całkiem realne, ale Putin też zdaje mi się dziś iście Bondowskim, pulpowym łotrem. Od komiksowości nawet w realu dziś nie ma więc ucieczki.

Co ciekawe, warstwa graficzna zdaje się wtórować mojej tezie. To rzecz ani trochę nie przypominająca ani typowej Eisnerowskiej powieści graficznej, ani frankofona. To produkt w warstwie graficznej i narracyjnej najbardziej zbliżony do amerykańskiego mainstreamu, tyle że podanego w czerni i bieli. Kompozycje plansz sprawiają wrażenie dzieła tego typu z lat 90. i nie chodzi mi o to, że są przestarzałe, a o odwagę przy ich komponowaniu. Można to uznać za plus, ale też i za minus. Moim zdaniem wyszło dobrze.

Nie uważam zazwyczaj, żeby szeroki target był plusem, wolę rzeczy adresowane do konkretnego odbiorcy, ale w przypadku publikacji popularno-naukowej uniwersalność przekazu to plus. Mamy więc do czynienia z pozycją, którą mogą przeczytać wszyscy. Zarówno fani trykotów powinni odnaleźć tu znajome warsztatowo tropy i nie zrażą ich one przy lekturze, a i miłośnicy powieści graficznych chętnie postawią tę cegłę na półce. Tak, to bryk, niejako uproszczona opowieść, ale swoją funkcję spełnia wzorcowo. Nie sądzę jednak, że kiedykolwiek wyruszę z autorami „Bomby” ponownie w tę podróż, traktujcie więc ten komiks jako jednorazową przygodę. No ale mało kto w dzisiejszym zalewie nowości sięga drugi raz po tę samą pozycję.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Rusty Brown. Chris Ware.

 


 

Chris Ware był największym nieobecnym naszego rynku komiksowego. Jedyny jego komiks jaki pojawił się po polsku drukiem to fragment właśnie „Rusty'ego Browna” zamieszczony pierwotnie w książce „Księgą innych ludzi”. Przez lata tej nieobecności w Polsce jego dzieła obrosły legendą i chyba wszyscy zainteresowani czekali na nie z utęsknieniem. Nic jednak z tego nie wychodziło z różnych względów. Nader często uznawano te komiksy po prostu za zbyt trudne do wydania od strony edycyjnej. Centrala jako pierwsza podołała i wypuściła jakiś jego album, wbijając się tym samym na szczyty list najważniejszych tytułów AD 2023.

„Rusty Brown”, bo o nim mowa, to rzecz niezwykła i unikalna, ale też trudna w odbiorze. Czytałem go bardzo długo i każde podejście zmiatało mnie z planszy, gdyż komiks ten wymaga od czytelnika 100% zaangażowania i wysiłku intelektualnego. Może nawet wywołać dyskomfort poznawczy u odbiorcy, bo sam w pewnym momencie, zirytowany małym drukiem w pierwszej historii, sięgnąłem po lupę.

Opowieść ta to strumień świadomości opisujący kilka żywotów (często dość nędznych i smutnych) powiązanych fabularnie szkołą, w której uczy się tytułowy Rusty Brown. W czasie snucia historii rysunek Chrisa Ware'a się zmienia, ewoluuje od typowo kreskówkowego, przez oszczędny, umowny po styl niemal realistyczny. Same opowieści zdają się traktować o chorej ze smutku duszy Ameryki. Rzecz w nastroju jest zupełnie inna niż typowy „american dream”. Znajdziemy tu kilka sylwetek bohaterów, zaczynając od dzieciaków-nerdów wiodących pełne stresu i poniżenia życie, przez uczącego literatury smutnego belfra będącego miłośnikiem starej pulpy, po Afroamerykankę będącą nauczycielką w szkole dla białych. Historie są ze sobą tylko luźno powiązane i powstawały w różnych okresach. Jednak nie treść jest głównym walorem tych komiksów.

Strona narracyjna to szczyt tego, co da się wyciągnąć z opowieści obrazkowej i można mieć wrażenie, że o sam akt postmodernistycznego opowiadania chodzi w tym komiksie a nie o żywota przegrywów. Jak wspomniałem we wstępie, rzecz jest jednak wymagająca i nie jest to lektura do poduchy, tylko coś, co mocno Was zaangażuje. To mogłaby być opowieść o czymś zupełnie innym, a i tak byłaby zachwycająca od strony formalnej, bo Ware jest geniuszem komiksu. Wie jak skonstruować planszę, jakimi drogami poprowadzić na niej fabułę, by szczena nam opadła. Nie oznacza to jednak, że komiks Ware'a jest od strony treści o niczym, że to sama forma. Wręcz przeciwnie, bo wyłania się z niej wyraźny obraz wspomnianej wcześniej Ameryki: smutnej, pozbawionej romantyzmu.

Ware pracował nad tym albumem latami i posklejał całość z fragmentów publikowanych w różnych miejscach. Na końcu wylicza wszystkich prezydentów, których kadencje upłynęły w czasie tworzenia tej historii. Rozrzut czasowy sprawił, że opowieści bardzo się różnią stylem i trudno szukać tu takiej spójności jak w przypadku (i tak eklektycznego, ale jednak bardziej spójnego) innego jego ważnego dzieła: „Jimmy'ego Corrigana” (pisałem o nim tutaj: https://rekopisznalezionywarkham.blogspot.com/2022/06/jimmy-corrigan-smartest-kid-on-earth.html ), którego zapowiedział Timof Comics na przyszły rok. Na wielu poziomach czuć jednak ewolucję warsztatu Ware'a i muszę uznać „Rustyego Browna” może nie za lepszy komiks, ale na pewno za trudniejszy. Autor się jednak nie pogubił, bo to też bankowo jeden z najlepszych albumów tego roku. Problem jest z nim taki, że nie jest to opowieść dla wszystkich. Ludzie, którzy szukają w komiksach tylko rozrywki odbiją się od „Rusty'ego...” jak od ściany. Odbiorcy ceniący „plecy konia”, mimo iż mamy do czynienia z mistrzostwem, mogą nie zrozumieć warstwy formalnej albo uznać ją za przeszarżowaną. Ware jednak unika kiczu, wspina się na wyżyny sztuki komiksowej i przy okazji, dzięki swojej wrażliwości, uchwycił kawałek otaczającej go rzeczywistości. To dużo jak na komiksowego nerda. Oprócz formalnej ekwilibrystyki to właśnie ta wrażliwość autora czyni z „Rustyego...” dzieło ponadczasowe.

wtorek, 14 listopada 2023

Monica. Daniel Clowes

  


 Są na rynku komiksowym takie nazwiska, które nie potrzebują reklamy. Daniel Clowes to stary wyjadacz i żywy klasyk, którego najnowsze dzieło stanowi nie lada kąsek dla miłośników opowieści rysunkowych. Niebezpieczeństwem dla artystów mających na swym koncie arcydzieła jest to, że będą z nimi porównywane ich najnowsze prace. „Mocnica” zawiera w sobie większość tendencji, które amerykański twórca rozwijał przez cały swój dorobek. Nie da się jednak nie zauważyć subtelnych zmian w sposobie opowiadania. Clowes wciąż szuka nowych rozwiązań narracyjnych dla swoich zawikłanych postaci i historii. 

    „Monica” - ponad 100 stron w dużym formacie podzielonych na 9 rozdziałów, z których kilka jest oddalonych od głównego nurtu opowieści. Nie przechodzi się przez ten komiks szybko. Warstwa tekstowa wydaje się tu niejednokrotnie dominującą. Moją uwagę, a propos samego wydania, zwrócił papier – nie błyszczący, kredowy – tylko matowy, bardziej szlachetny (satynowy?), w rozdziałach dygresyjnych pożółkły, od którego nie odbija się światło lampki, pod którą czytamy. Dokłada to swoją małą cegiełkę do zbudowania atmosfery komiksu sprzed lat. Mamy wrażenie jakbyśmy wygrzebali jakiś ukryty, zakurzony skarb.

    Opowieść zaczyna się od krótkiej historii świata, która zajmuje całe dwie strony. Następnie przechodzimy do okopów wojny w Wietnamie, gdzie poznajemy niedoszłego ojca Moniki, aby po chwili znaleźć się w Stanach. Tam będziemy śledzić losy Penny, matki tytułowej bohaterki. Kontekst czasu i miejsca akcji jest – nawet bardziej niż zwykle u Clowesa – bardzo istotny. Ameryka, lata 60' – rewolucja seksualna, dragi, totalne pogubienie ideologiczne i mentalne. Penny regularnie zmienia partnerów, nie jest w stanie zdecydować, co tak naprawdę czuje i czego chce. W końcu na świat przychodzi Monica. To jej narrację będziemy czytać w prostokątnych ramach kadrów. Całą historię życia.

    Ogólnie nie są to łatwe sprawy. Autor „Ghost World” zdążył nas już przyzwyczaić do budowania opowieści wielopiętrowych, zawiłych, niewyjaśnionych – nad którymi unosi się aura tajemnicy oraz czegoś głęboko demonicznego. Monica jako już dorosła osoba poszukuje klucza do wyjaśnienia swojego w życia. Czytelnik śledzi ciąg rzuconych na karty komiksu retrospekcji, introspekcji, spekulacji. Złowrogie sekty - sekrety matki – porzucenie – odrzucenie – utrata - nieznany ojciec - trudna młodość. Bohaterka prowadzi śledztwo niczym w filmie noir, jednak gdy elementy układanki zaczynają zbierać się do kupy, nastaje wątek, który kompletnie zaburza fabułę i poszukiwanie sensu trzeba zacząć od nowa. 

    Monica to postać typowa dla bohaterów Clowesa. Introwertyczna, lekko zaburzona, niepewna swoich reakcji oraz tego kim jest. Ten głęboki niepokój tożsamościowy legitymizuje pojawianie się dziwnych, nierealnych incydentów, o których nie wiemy, czy zdarzyły się naprawdę, czy są owocem fantazji i fobii narratorki. Głównym problemem, jaki wyłania się z lektury omawianej powieści graficznej, jest samotność i brak perspektywy zbudowania trwałej więzi z drugą osobą. Stanowi to pokłosie „wolnościowych” poszukiwań pokolenia, które żyło w latach 60'. Jedyną nadzieję stanowi terapia, głębokie przepracowanie tematu, poukładanie sobie w głowie. Ostatecznie należy odrzucić to co było i nastawić się na realizację własnej osoby. Tylko czy to nie kolejna iluzja? 

    Clowes - co nie dziwi - także i w swym najnowszym dziele romansuje z dawną estetyką. Jednakże klisze oraz pewna doza kiczu pełnią u niego rolą inną niż rozrywkową. Pokrywają one lęk metafizyczny, który bohaterowie nie potrafią w inny sposób wyartykułować. Autor Miotacza śmierci nie po raz pierwszy wykazuje, że nasze życie na ziemi jest czymś cholernie dziwnym, mrocznym i nieprzewidywalnym (choć naznaczonym klątwą). Pełne zrozumienie siebie i swojej życiowej roli jest w tej perspektywie kompletnie skazane na porażkę.

    Jeśli czytałeś poprzednie pozycje amerykańskiego rysownika, wiesz jakiej szaty graficznej się spodziewać. Tutaj - jak zresztą w każdej innej jego pracy - jest ona poddana drobnej korekcji dyktowanej charakterystyką opowieści. Można bowiem powiedzieć, że Daniel Clowes wciąż robi jeden komiks, jednak te subtelne zmiany świadczą o tym, że nie jest to do końca prawda. „Monica” na tle poprzednich albumów wypada dosyć poważnie, mimo obecności - stałej u autora - mrocznej groteski. Muszę przyznać, że czasami czułem się nieco przytłoczony nadmiarem tekstu. Rozumiem konieczność takiego zabiegu oraz jego świadome użycie przez twórcę tak bardzo już doświadczonego. Chodziło mu zapewne o sugestywny obraz bohaterki, która przeprowadza nieustanną wiwisekcję swoich stanów psychicznych. Pewne myśli wracają jak mantra, ale wciąż rozbijają się o nieprzekraczalną ścianę, stąd nieustanne ich wałkowanie, chwiejność osobowości. Nie ukrywam, że jednak w pewnych momentach komiks zaczął mnie nieco nużyć, a protagonistka drażnić. Niemal brak tu „czystego komiksu” czyli kadrów bez dymków, lub z ich niewielką ilością, w których rozgrywałaby się jakaś akcja. Mamy za to sporo literatury. Na szczęście całkiem dobrej.

    Po Monicę sięgną wszyscy fani Clowesa, wszak jest to artysta, który wyhodował sporo epigonów, poszerzając możliwości narracyjne medium komiksowego. Wg mojej opinii nie jest on jednak równy, gdyż robi komiksy dobre oraz wybitne. Ten jest „zaledwie” dobry (podobnie jak np. „Miotacz śmierci”). „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza” wyznaczyła górną poprzeczkę, do której trudno jest doskoczyć. Pamiętajmy jednak, że mimo pewnych podobnych wątków – tajemne rytuały, sekty, teorie spiskowe – ambicje powieści graficznej „Monica” są odmiennego rodzaju. Być może nie do końca je rozszyfrowałem, ale mimo to jestem w stanie stwierdzić, że zetknąłem się z pozycją niebłahą, która stanowi interesujące wyzwanie intelektualne dla czytnika.  
 

Autor: Jakub Gryzowski

Zjawiskowa She-Hulk. John Byrne.

 


Komiksy mają sprawiać przyjemność i radość. To dość logiczne, ale niekiedy o tym zapominamy, zagłębiając się w kolejne przyciężkawe, mroczne, nieraz awangardowe utwory. Jasne, choć opowieści obrazkowe to nie tylko radosna pulpa, czasem i coś lekkiego trzeba wrzucić na ruszt. Nie warto się ograniczać do jednego nurtu, bo komiksiory mają wiele do zaoferowania. Nawet te od często wyszydzanego i odsądzanego od czci i wiary Marvela. Ta pozycja jest tego najlepszym dowodem.


„She Hulk” Johna Byrne na jednym poziomie jest radosną rozrywką nieaspirującą do bycia niczym innym. Na drugim to jednak zegarmistrzowska robota niekwestionowanego maestro komiksu jakim jest bez wątpienia ten autor. Alan Moore powiedział kiedyś (w kontekście nadużywania określenia „graphic novel”), że ten komiks to dno i metr mułu. Nigdy go chyba jednak nie czytał, bo nie wyobrażam sobie, jak można nie docenić tej misternej roboty.


Owszem, od strony treści dostajemy komiksowy sitcom, szaloną kreskówkę ze stajni Marvela, ale prezentowane przez Byrne’a wykonanie i zrozumienie języka tego medium wykracza daleko poza uroczą pulpę, jaką niewątpliwie jest też ten album na pierwszym planie. Opowieść o kuzynce Bruce'a Bannera, która zyskała super-moce po transfuzji krwi od krewniaka to prosta rozrywka z obowiązkowymi wieloma występami gościnnymi i niedorzecznymi złolami w kalesonach, ale Jezu na patyku! Jak to jest opowiedziane! Ileż w tych postaciach faktycznego życia, ileż odwagi przy sposobach snucia historii, łamania symbolicznej czwartej ściany i niebywałej lekkości stylu – zarówno od strony graficznej jak i literackiej, które po mistrzowsku się uzupełniają.


Rysunkowo to kosmos, bo Byrne pociskał na pełnej kurwie i był wtedy w mistrzowskiej formie. Mimo iż wykorzystuje zupełnie inne tła niż w typowej super-bohaterskiej sieczce (z czego się zresztą samoświadomy nabija), to zdecydowanie przykuwa oko czytelnika. Stężenie pop-artu w pop-arcie, jakie autor tu osiąga, jest niesamowite. Być może wielu rysowników kręciło się stylistycznie w podobnych rejonach, ale jeśli miałbym wskazać tylko jednego ulubionego gościa od kiczowatego super-hero, to byłby to właśnie on (albo, szukając w zupełnie innych rejonach, J. H. Williams III, ale to temat na inną dyskusję).


Marvel wielokrotnie zasłużył na bęcki, produkując sporo tasiemców (czy to komiksowych czy filmowych), które nie mają wiele do zaoferowania szukającemu inteligentnej rozrywki czytelnikowi. Niemniej „She Hulk”, mimo swojej lekkości gatunkowej, nie należy do dzieł złych czy głupich. Najlepiej świadczy o tym ten zachwyt nad możliwościami medium, jaki widać w pracach Byrne'a, zrozumienie konwencji kalesoniarskiej i wykorzystanie jej komediowego potencjału. Takie dzieła naprawdę rzadko się zdarzają i porównałbym to, co autor zaprezentował w tej szufladzie, do tego, co z fantasy robił w „Gnacie” Jeff Smith. To dzieło tego kalibru.


niedziela, 12 listopada 2023

Batman. Nie tylko biały rycerz.



Ja wiem, że pierwszy rozdział „Białego Rycerza”, pomimo sukcesu sprzedażowego, nie każdemu się tak totalnie podobał. Z drugim było nawet troszeczkę gorzej, ale świadom wszelkich wad obu historii przytuliłem je do swego batmanolubnego serduszka, bo miały coś do powiedzenia. Zaczęliśmy od nowego, względnie oryginalnego sposobu na niemalże karykaturalne podkreślenie faktu znanego każdej w miarę nawet rozsądnej osobie – Batman, jako koncept, średnio się sprawdza w roli sposobu na zakończenie wszelkich trosk miasta wypełnionego zbrodnią. Kontynuacja za to starała pokazać nam, czym taki odziany w mrok mściciel mógłby być i zakończyła w eleganckim stylu karkołomną karierę trykociarską Bruce’a Wayne’a. No tyle że nie zakończyła, bo Sean Murphy musiał nam przedstawić jeszcze najważniejszą lekcję: jak coś się sprzedaje, to komiksowi hegemoni wydoją to do cna.

 
Mały skrót fabularny, bo jeśli nie przyjrzeliście się okładce, to dosłowne tłumaczenie tytułu mogło zbić was z tropu. Oryginalnie historia nazywa się „Beyond the White Knight” i tak, rozchodzi się o białorycerską reinterpretację motywów z kultowego „Batman Beyond”. Dlaczego więc nie „Biały Rycerz przyszłości”? Nie wiem, może komuś to brzmiało głupkowato, ale schodzę z tematu. Rzecz rozgrywa się dwanaście lat po ostatecznym starciu z Azraelem i wyjawieniu prawdy o Gacku ludziom z Gotham. Bruce nie może spokojnie cieszyć się emeryturą w więzieniu, w którym namierzenie chętnych na wpierdziel rzezimieszków przychodzi mu dużo łatwiej. Jego mądra decyzja i wszystkie poświęcenia najwyraźniej kija dały. Gotham cierpi pod jarzmem jednostek paramillitarnych, a aktywa Wayne’ów przejął oszalały megaloman. Na szczęście przyjaciele tylko czekają (właściwie nie wiem czemu czekają) aby ruszyć dupę i stanąć naprzeciw złu ponownie męczącemu ich miasto.

Może już trochę widzicie, w czym jest problem. Dla czytelników poprzednich historii z tego uniwersum powinno być to w miarę oczywiste. Wszystko w „Nie tylko Biały Rycerz” nie mogło by się wydarzyć, gdyby droga przebyta wcześniej przez dosłownie wszystkich bohaterów miała jakiekolwiek znaczenie. Murphy, łasząc się na zarobek albo pod naciskami szefostwa, wypróżnił się na rzadko na swoje decyzje scenariuszowe z wątków poprzedzających ten akcyjniakowy dramacik i cudem tylko udało mu się weń wcisnąć jakąś wartość. Batman z marszu zapomina tutaj o pracy zespołowej, bo wymyślenie mu innej nauczki na potrzeby tego albumu byłoby zbyt trudne, jego epickie poświęcenie i pierwszy logiczny krok w kierunku poprawy sytuacji miasta zdały się na nic, a połowa obsady pobocznej (z Dickiem na czele) zachowuje się tak, jak wymaga od nich dramaturgia narracji. Wszystko, co do tej pory zbudowano w uniwersum „Białego Rycerza” tutaj poszło się walić, w zamian dostajemy grupowe mordobicie w dystopijnych okolicznościach oraz motyw podpatrzony najpewniej z „Cyberpunka 2077”.

 
Bo widzicie, wybaczcie drobny spoiler, komiks odcinający bezwstydnie kupony przynajmniej z dwóch już kultowych serii nie mógłby zmarnować okazji na maksymalną kapitalizację potencjału, Joker musiał w jakiejś formie wrócić. Tym razem jako implant we łbie Bruce’a. Wyjątkowo wybaczam, bo relacja tej dwójki jest jednym z głównych plusów tomu. Bywa zabawnie, bywa absurdalnie nawet w żenujący sposób, ale frajda ze śledzenia dynamiki tego wątku o dziwo nie kiśnie. Usatysfakcjonowało mnie też ogromnie rozwinięcie związku Nietoperza z Harley. W tym przypadku to totalny fanservice, przyznaję, chemia niecodziennych gołąbków od początku wydawała mi się jednak naturalna, więc wspieram ten populistyczny ship całym sercem. Poza tym „Nie tylko Biały Rycerz” to zadowalająca nawalanka superbohaterska w klimacie mrocznego futuryzmu. Może i klawo, ale niezależnie od waszej opinii na temat poprzednich etapów trzonu fabularnego tego alternatywnego uniwersum, wcześniej Sean Murphy mierzył wyraźnie wyżej.

Przynajmniej graficznie nie obniżył lotów. Pod pewnymi względami jest nawet lepiej, bo podobnie do spin-offu z Harley w roli głównej, tutaj kolory również położył bezbłędny mistrz absolutny tego fachu, czyli Dave Stewart. Niezmiennie podziwiam to, jak ten człowiek zawsze doskonale wie, kiedy zagrać delikatną zmianą tonacji, a kiedy ciepnąć mocny kontrast, utrzymując jednocześnie równowagę i atmosferę stron. W odróżnieniu od tamtego albumu tutaj jednak za rysunki nadal odpowiada sam Murphy, więc zwolennicy jego charakterystycznej, dynamicznej krechy i nieco kanciastych sylwetek będą zadowoleni. Ja jestem, ilustracje w tym albumie pomogły mi bardzo w przebrnięciu przez fabułę, w której autor nie szanował własnego dorobku. Przynajmniej możemy sobie popatrzeć, jak w zręcznie rozrysowanych sekwencjach drobne kadry wypełnione ruchem przechodzą w gustownie skomponowane ilustracje o większym rozmachu. Po przeczytaniu kilkunastu komiksów z rysunkami Murphy’ego trochę zaczyna mi co prawda przeszkadzać powtarzalność rysów twarzy wychodzących spod jego ołówków, ale to drobiazg przy bardzo miłym dla oka całokształcie.

Typowe w naszym superbohaterskim piekiełku, znowu dostajemy komiks rozrywkowo zadowalający, ale w gruncie rzeczy zupełnie zbędny. Gdybym był złośliwy, uznałbym „Nie tylko Biały Rycerz” za kontynuację wręcz szkodliwą względem poprzedników, ale w sumie nawet pomimo jej całkowicie olewczego stosunku do wypracowanych wcześniej wartości bawiłem się nieźle. Szczera trója z minusem za akcję, czwórka z dużym plusem za rysunki i pała za rozczarowanie. Wcześniejsze tomy przynajmniej wyróżniały się bowiem w morzu miałkich i jednakich komiksów o Gacławie tłuczącym się po gębach z kosmicznymi potęgami, rzadko ostatnio dostajemy tytuły naprawdę godne zapamiętania. Za rozwodnienie takiego potencjału zawsze będą należeć się baty.

 

Autor:Rafał Piernikowski

 

piątek, 10 listopada 2023

Luther Strode. Justin Jordan/Tradd Moore

 


Postmodernizm na pełnej kurwie. Superbohaterski komiks, w którym czuć echa zarówno „Kick-Assa”, „Invincible” jak i „Dragon Balla”. Rzecz napędzana brutalnością i dużą dawką gore. Niestety opowieść nie dorasta do swoich inspiracji. „Luther” nie jest zabawny jak „Kick-Ass”, nie znajdziemy tu tak sprytnie ogranych schematów jak w „Invincible”. Może faktycznie najbardziej goni graficznie za „Dragon Ballem”, komercyjną mangą i anime? Dodatkowo fabuła została uproszczona nieporadnie wykorzystanym wątkiem mitologicznym.


Przyznam szczerze, tak brutalnego komiksu superbohaterskiego nie czytałem od czasu „Black Summer” Warrena Ellisa i Juana Jose Rypa. To komplement z mojej strony, bo lubię krwawe dzieła sztuki. O ile jednak tamten komiks, prócz graficznego okrucieństwa, był dziełem mocno upolitycznionym, to „Luther Strode” jest produktem zupełnie o niczym albo coś mi umknęło podczas tej lektury. To zbiór efektownie narysowanych walk, poza nimi może jeszcze wątki rodzinne grają jakąś ważną rolę w całej historii. Mimo iż wszystko zaczyna się z street-levelovego poziomu, to bardzo szybko przeistacza się w nieczułą, super-bohaterską pulpę, która nie ma do zaoferowania wiele ponad akcję. To fabularna wydmuszka, a kolejne wydarzenia przestają czytelnika zupełnie obchodzić. Bohaterowie są płascy i nudni. Najfajniejszą cechą tytułowego Luthera są trzy plakaty w jego pokoju. Wyczytamy z nich, że ma dobre gusta filmowe i to jedyne, co o nim się dowiemy ciekawego. Ok, stary lał jego mamę i był ogólnie złym człowiekiem. Luther stara się być jego przeciwieństwem, ale czy coś z tego wynika ważnego dla fabuły? Moim zdaniem to niewykorzystane wątki.


Umówmy się, nie rozmawialibyśmy wcale o tym komiksie gdyby nie grafiki Tradda Moore'a. To on tu jest gwiazdą przedstawienia. Co ciekawe, to nie jest typowy mainstreamowy wyrobnik, który rysuje w efektownym stylu zerowym. Jego krecha może irytować, niektórzy uznają jego narrację obrazem nawet za momentami nieczytelną, ale można też przepaść w jego drobiazgowych ilustracjach sięgających korzeniami do body horroru. To takie sprytne połączenie wspomnianego „Dragon Balla” czy jak kto woli mainstreamowej mangowości, komiksu niezależnego (takiego ze współczesnym autorskim sznytem) i mocnego gore. Niemniej fabularnie są to biedne schematy, powielane do bólu i bez większego uroku.


Moim zdaniem autorowi scenariusza Justinowi Jordanowi brak talentu literackiego i pomysłów. Zderzy się ze ścianą, gdy zacznie robić coś bez Tradda Moore'a, bo to on niesie cały ten komiks na swoich barkach. Szybko się to czyta, to zdecydowany plus, bo Jordan jakby widział, że niewiele tu da radę zdziałać więc  nie męczy ścianami tekstu. Wiedząc, że grafik jest tu głównym atutem, narracją uczynił zlepek potyczek Luthera z jego antagonistami zostawiając rysownikowi pole do popisu.


Na plus zasługuje świetne wydanie, co jest standardem w stajni Nagle! Comics. Nie przeszkadza mi nawet miękka okładka. Cieszą liczne dodatki.


„Luther Strode” to fajnie narysowany, gruby komiks, który jednak nie jest dziełem dla wszystkich. Jego osobność na poziomie graficznym jest niewątpliwą zaletą, ale to trochę za mało, by skraść mi serce. Nie chciałbym być nie fair wobec twórców, a przynajmniej wobec Moore'a, bo włożył wiele pracy w warstwę rysunkową, ale niestety nie kupuję tej fabuły.

 

niedziela, 5 listopada 2023

Wyznania Maski czyli V jak Vendetta (1982–1985, 1988–1989)


 

 

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach Rocznika Fantastycznego 2023.

„V jak Vendetta” to komiks otoczony legendą. Przez lata, gdy z powodów prawnych nie mieliśmy dostępu do „Marvelmana/Miraclemana”, uchodził za pierwszy wielki popis umiejętności pisarskich Alana Moore'a dostępny do wglądu dla szarego czytelnika, za rzecz wybitną i kompletną na zarówno poziomie fabularnym jak i graficznym. Mimo iż jest to do bólu brytyjski komiks, (przynajmniej u genezy) to wykroczył poza swój rynek i uchodzi za światowe arcydzieło w obrębie całego medium, jedno z jego szczytowych osiągnięć stawiane w jednym rzędzie z takimi zaangażowanymi dziełami jak „Maus” Arta Spigelmana czy „Umowa z Bogiem” Willa Eisnera. Wszystko to stało się jednak z pewnym opóźnieniem, już po romansie Moore'a i Davida Lloyda z brytyjskim magazynem „Warrior”, który upadł zanim historia łotrzyka stawiającego czoło całemu totalitarnemu państwu dobiegła końca. „V jak Vendetta” wydano w drugiej połowie lat 80. w Stanach w dziesięciozeszytowej miniserii, wtedy ją również dokończono i pokolorowano. Dzięki temu historia dotarła do szerszego grona odbiorców w takiej formie, w jakiej dziś ją znamy. Obecnie w wydaniach zbiorczych, sprzedawanych w niezliczonych ilościach egzemplarzy, obiega świat i dotyka do głębi ludzi z różnych miejsc na Ziemi, których lektura zastała w nieciekawych czasach. Prowokuje do buntu i refleksji nad otaczającą rzeczywistością. Fabuła oryginalnie jednak jest parabolą opowiadającą o Anglii czasów młodości autorów, mających wówczas niewiele ponad dwadzieścia lat. Był to posępny okres dla Królestwa Brytyjskiego, szczególnie w sferze społeczno-politycznej zdominowanej przez rządy konserwatystów, co odbija się ponurym echem na kartach tej historii.


„V jak Vendetta” to rzecz na pierwszym planie inspirowana znanymi dystopiami science fiction, takimi jak „Rok 84” George'a Orwella czy „451° Fahrenheita” Raya Bradbury'ego, ale odnajdziemy tu też echa literatury obozowej i „Dziennika Anne Frank”. Akcja dzieje się po wybuchu bomby atomowej w Europie (w ówczesnych czasach, gdy Moore zaczynał pisać swój komiks, nie podano jeszcze do wiadomości publicznej, że nic nie jest w stanie przetrwać wybuchu atomówki), w której struktury państwa przetrwały w jakiś cudowny sposób tylko w Anglii. Główny bohater, podpisujący się jako V, to ofiara, która przetrzymywana była przez faszystów w obozie koncentracyjnym, gdzie robiono na nim doświadczenia. Z drugiej strony to jednak też pulpowy łotr biorący odwet na swoich oprawcach, a jego korzeni dopatrywać się możemy w bohaterach odcinkowych opowieści płaszcza i szpady z Hrabią Monte Christo na czele. Jest też na pewnym poziomie jak Zorro czy Batman, dlatego wygodnie rozgościł się na kartach komiksu i świetnie do tego medium pasuje. V jest przy okazji anarchistą i terrorystą, który prócz wymierzania prywatnej zemsty w imię wolności rozdaje ciosy opresyjnemu państwu. Działa niemal jak „Diabolik” ze słynnych włoskich komiksów spod znaku fumetti neri. Nie jest na pewno ugrzecznionym superbohaterem, bo często zabija i zazwyczaj czyni to z osobistych pobudek. Szukając jego korzeni w poprzedzających go słynnych fabułach, wskazałbym też na „Upiora w Operze”, który opowiadał o oszpeconym, szalonym geniuszu muzycznym zepchniętym do życia w kanałach. Natomiast sam Moore mówi wprost, że dużo ukradł z wizerunku pulpowej postaci granej brawurowo przez zamaskowanego Vincenta Price'a w filmie „Odrażający Dr Phibes” (1971). Tak jak Doktorowi Phibesowi, skrywającemu się również za maską, zemsta i szaleństwo przysłaniają bohaterowi Moore'a oczy i pchają go do działania. Natomiast marzenia o utopijnym społeczeństwie anarchistycznym podsycają coraz śmielsze czyny V, które są brawurowymi akcjami wymierzonymi w struktury państwa – podobnie postać grana przez Price'a wymierzała spektakularne kary ludziom odpowiedzialnym za śmierć jego żony. Również tak jak Phibes, V ma przy sobie kobietę – pomocnika. W przypadku V jest to młoda dziewczyna, szesnastoletni podlotek zmuszony przez niewydolny system do prostytuowania się i przy okazji z automatu, przy pierwszej próbie handlu ciałem, wpadający w ręce policji politycznej (z której łap szarmancko ratują ją V) przedstawianej przez Moore'a na kartach tej opowieści niemal jak gestapo. Autor zresztą nie stronił od dosłowności i nie pozostawiał złudzeń: słowo faszysta pada tu nader często.


To bowiem w dużej mierze też komiks o faszystach. Zupełnie nie komiksowych warto dodać, bo nie są to podkręcający wąsa hitlerowscy geniusze zła, a zwykli, szarzy ludzie omamieni przez reżim. Charaktery jakie podarował swoim bohaterom Moore nie czynią z większości z nich typowych antagonistów. To też nie karykatury, niektórych nawet da się lubić. To postacie z krwi i kości, które wplątały się w system z różnych powodów. W objęcia faszyzmu pchnął je nieraz brak nadziei na lepsze jutro, niedostatki w życiu uczuciowym, pragnienie stabilizacji i dobrobytu, a czasem chęć pięcia się w górę i zaistnienia na kartach historii. Niemal żadna postać nie jest tu czarno-biała. To poważne, dobrze skonstruowane portrety psychologiczne dowodzące, że Moore dużo nauczył się podczas swoich poprzednich, małych fuch i pierwsze arcydzieła – dłuższe komiksy – tworzył już świadomy swojego warsztatu.


Jak większość komiksów Moore'a i ten jest fabularyzowanym esejem na jakiś ważny dla autora temat. Jak już się pewnie domyślacie na łamach „V jak Vendetta” pisarz bierze na ruszt faszyzm i rozbiera go na czynniki pierwsze, przypatrując się przy tym strukturom społecznym, by ukazać, jak coś tak strasznego w ogóle może dojść do skutku. Druga płaszczyzna to romantyczna anarchia (Moore jednak rozgranicza chaos i anarchię, dając wyraźnie i mądrze do zrozumienia, że jedno nie jest równe drugiemu). To wizja utopii, która może i powinna zapanować w społeczeństwie idealnym, pozbawionym panów i władców, jednak nie ma szans na powodzenie. W finale rząd zostaje obalony i rozbity, a społeczeństwo wraca wręcz do czasów pierwotnych, ale zakończenie ogólnie pozostaje otwarte. W domyśle możemy sądzić, że historia prawdopodobnie się więc powtórzy i będzie powtarzała w nieskończoność, wszystko przez żądze pchające ludzi ku władzy. „V jak Vendetta” na tym poziomie to komiks anarchistyczny w wydźwięku, ale przy tym, co ciekawe, daleki od poetyki undergroundu.


Przypatrując się postaci V dochodzę też do wniosku, że jest w niej sporo z samego Moore'a, któremu w młodości system dał mocno popalić. Według legendy w szkole średniej został on za handel LSD wyrzucony poza nawias i pozbawiony jakiegokolwiek dalszego wykształcenia. Młody, pochodzący z robotniczej rodziny Alan imał się więc najgorszych zajęć i pewnie nie był zbyt dobrze traktowany, bo w „V jak Vendetta” czuć pewne napięcie, chęć wyrzygania się i literackiej zemsty na społeczeństwie, a może bardziej na ludziach u góry, którzy ustalają nieciekawe zasady tej gry? Czuć, że robiąc z V kulturowego erudytę, słuchającego przeróżnej muzyki, czytającego ambitne książki, grającego na fortepianie i śpiewającego kabaretowo-musicalowe piosenki kuglarza, Moore portretował samego siebie. Znając dziś jego skory do buntu charakter nie mam co do tego wątpliwości. Autor więc, tak jak postać za maską, skrywa się za swoim bohaterem, realizując zapewne swoje głęboko skrywane fantazje. Czyni też przy okazji z protagonisty postać tragiczną, trochę szekspirowską, a może nawet faustowską? Bardzo ciekawie w tym kontekście wypada również forma wydania zbiorczego „V jak Vendetta”. Album zaprojektowany jest tak, że jeśli podniesiemy go na wysokość twarzy, nadrukowane na froncie oblicze głównego bohatera w zbliżeniu, będzie pełniło rolę maski. To dość wymowny zabieg, dający do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy V.


Sama maska, którą, jak głosi kolejna legenda, podarował protagoniście rysownik David Lloyd, to oblicze Guya Fawkesa, niedoszłego zamachowca znanego z tego, że 5 listopada 1605 roku uczestniczył w spisku mającym na celu wysadzenie Izby Lordów. Został złapany i skazany na tortury, a jego postać buntownika przetrwała w miejskim folklorze. Symbol maski przerósł nie tylko komiks ale i swoją legendę – dziś jest wykorzystywany przez anonimowych protestantów na całym świecie z grupą internetowych aktywistów Anonymous na czele. Zdaję sobie sprawę, że pewnie duża w tym zasługa kasowej ekranizacji tego dzieła, wyprodukowanej przez Siostry (wówczas jeszcze braci) Wachowskich, od której jednak sam Moore stara się jako autor odcinać, ale musimy uczciwie przyznać – korzenie słynnych „kuloodpornych idei” tkwią w komiksie.


My znamy „V jak Vendetta” jako kolorowy album z dużą dawką zieleni, zebrany w formie grubej powieści graficznej, ale oryginalnie była to czarno-biała opowieść publikowana w częściach w magazynie „Warrior” który, jak wspominałem we wstępie, wyzionął jednak ducha zanim rzecz dobiegła do finału. Tak, za pierwszym podejściem Moorowi nie udało się jej ukończyć. Dziś tylko na ilustracjach dołączonych w dodatkach możemy podziwiać dzieło Lloyda w oryginale. Jestem pewien, że musiało robić zupełnie inne wrażenie w pierwotnej formie, gdzie łagodnie zaokrąglone brzegi rysunków Lloyda upodabniały się nieco do szablonów służących do nanoszenia farb na mury, często z treściami mającymi być formą protestu. Przypadek to czy świadomy zabieg, tego nie wiem. Niemniej te rysunki bez kolorów zdecydowanie działają na wyobraźnie. Nie jest to może opus magnum ani dla Lloyda (acz ten komiks zapewni mu nieśmiertelność) ani dla Moore'a (mimo iż jest chyba pierwszym jego arcydziełem), ale wszystkie warstwy bardzo dobrze współgrają ze sobą. Jest w tym magia chwili i krzyk zdesperowanego, zapędzonego w kozi róg przez społeczeństwo człowieka. To też w gruncie rzeczy bardzo smutny komiks, bo mimo iż Alan Moore pisał go za czasu rządów Żelaznej Damy, Margaret Thatcher, w ówczesnych nieciekawych realiach go otaczających, to ta opowieść jest dalej aktualna. Polska Anno Domini 2023 odbija się w nim jak w lustrze i obawiam się, że będzie tak również w następnych latach. Jest w tym siła komiksu Moore'a – jest cały czas aktualny, ale niezbyt dobrze świadczy to o kondycji gatunku ludzkiego.

czwartek, 2 listopada 2023

Król w czerni. Donny Cates.

 


Śmiesznie się czytało „Króla w czerni” przy równoczesnym młóceniu do bladego świtu w „Marvel’s Spider-Man 2” na PS5. Nie wiem, czy wieści do was dotarły, ale według wielu ludzi w internecie Marvel, Sony albo studio Insomniac wisi Donny’emu Catesowi sporo hajsu albo przynajmniej tonę uznania za zerżnięcie jego pomysłów na potrzeby gry. Czy słusznie? Raczej tak, skomplikowany temat, ja jednak nie o tym. Kalka jest wyraźna, ale na tyle pokrętna, że moje słowa nie są absolutnie spoilerem dla ludzi, którzy po poznaniu jednego z tych tytułów chcą wziąć się za drugi. Różnice między nimi za to pomogły mi lepiej dostrzec pozytywne i negatywne cechy wielkiego zwieńczenia starcia zapowiadanego w Marvelu od bardzo długiego czasu.

Skoro już udało mi się uniknąć spoilerów na wstępie, a przynajmniej taką mam nadzieję, przy opisie fabuły też opanuje długość swojego jęzora. Wystarczy wam wiedzieć, że jeśli cokolwiek w tym tekście będzie brzmiało dla was niezrozumiale, to „Król w czerni” będzie wymagał od was przypomnienia sobie lub zapoznania się ze wszystkim, co Donny Cates nawyczyniał w lore Venoma i innych glutów (tak będzie). Eddie Brock jest ojcem, nie przychodzi mu to łatwo, a z głębi kosmosu od dłuższego czasu swoje mroczne dupsko w stronę Ziemi wlecze Knull, wszechpotężne bóstwo symbiontów o aparycji przesadnie zębatego frontmana kapeli deathmetalowej lubującej się w jarmarcznych przebierankach. Czas inwazji wreszcie nadszedł i absolutnie nikt na niebieskim globie nie może czuć się bezpieczny.

Ze wskazanych na wstępie różnic głównie chodzi mi o skalę prezentowanych wydarzeń i rozmach prowadzących do nich przygotowań. Gra – ze względu na zamkniętą, krótką formę fabularną – zabiera się za eskalacje bardzo szybko i na szczęście też nie sięga w jej ramach do skali globalnej. „Król w czerni” za to jest finałem niemalże trzyletnich oczekiwań (a nawet siedmioletnich, jeśli wziąć pod uwagę retcon autorstwa Catesa). Zwieńczeniem jednej z najbardziej odważnych decyzji fabularnych w historii Venoma, do której przyrównać można w ostatnich latach chyba jedynie mistyczne konotacje promieniowania gamma wciśnięte w jestestwo Hulka przez Ala Ewinga. Był to krok kontrowersyjny, ale moim zdaniem również bardzo potrzebny w Domu Pomysłów powiew świeżości zgodny z duchem zawsze mile widzianego kosmicznego horroru.

Nie tylko tytuł nawiązujący do spłycanego przez lata dzieła Roberta W. Chambersa łączy Catesa z Lovecraftem. Knull jest istotą przedwieczną, starszą nawet od Maryli Rodowicz, podobnie do niej jest też personifikacją ciemności, pierwszą świadomością zrodzoną w pustce. To pozwala mu naginać mrok do swojej woli i z drugiego krańca wszechświata wpływać na niższe byty, czyli właściwie na wszystkie istoty w jego przypadku. Nie ma bata, żeby jakieś przypakowane przebierańce z podrzędnej planetki mogły mu podskakiwać. Już sam fakt, że zębaty hegemon kosmicznych fąfli staje naprzeciw armii trykociarzy ujmuje mu tonę powagi, ale mimo to jego przytłaczającą potęgę nadal w tym komiksie czuć. Nie pamiętam innego dużego eventu Marvela, w którym bohaterowie na start już wydawali się mieć tak bardzo przerąbane i ten ciężar nadaje „Królowi w czerni” wyjątkowy charakter. Nie dziwi zaangażowanie największych koksów na planecie. Nie dziwi, gdy ponoszą porażki. Zainteresowanego trykotami czytelnika akcja będzie trzymać za gębę bez litości. Przynajmniej na początku.

 
Nie pamiętam bowiem również innego wielkiego eventu superbohaterskiego, który skończyłby się tak szybko i to w efekcie deus ex machiny wziętej z tak głębokich czeluści metaforycznej dupy zabiegów literackich. Rozwiązanie nie jest może całkowicie przez Catesa zmyślone, ma jakiś tam sens w szerszym nawiasie kosmicznych bzdur Marvela, ale wkład własny bohaterów w ostateczny sukces jest znikomy. To też obnażył mi kontakt z produkcją studia Insomniac. W przeciwieństwie do gry, zwycięstwo tutaj nie wymaga wysiłku, przybywa samo w ostatecznym momencie i nie niesie ze sobą żadnych poświęceń. Z tym ostatnim można się nie zgodzić jedynie po zapoznaniu się z również zawartą w tym tomie kontynuacją burzliwego konfliktu. Szczegółów zdradzać nie będę, zwieńczenie jest interesujące i warto je poznać samemu.

Głównym jego plusem jest relacja Eddiego z jego synem, Dylanem, podobnie zresztą jak w całej reszcie runu Catesa. Przez te dziesiątki lat, które minęły od powstania „Zabójczego obrońcy” autorzy bali się chyba trochę podjąć pałeczkę ruszoną pierwotnie przez Davida Michelinie. Venom niby był bohaterem, ale skala jego moralności pozostawała w bardzo chwiejnym miejscu i lata akrobacji z innymi kolorami symbiontów niewiele zmieniły. Moim zdaniem dopiero Cates pchnął Eddiego w heroizm za pomocą banalnie prostego pomysłu. Rodzicielstwo jest tak wiarygodnym motywatorem, że nawet ratując calutki świat Venom pozostaje Venomem w całej swojej zębato-mackowatej złowrogości. Również relacje z innymi postaciami, ze Spider-Manem na czele, są jak zwykle u tego autora niezwykle angażujące. Można nawet czasem zapomnieć, że czytamy o zmyślonych dziwakach prężących muskuły w kolorowych getrach.

Graficznie wygrywa tutaj krótki fragment kosmicznej rozpierduchy zaserwowany na końcu albumu przez Keva Walkera. Stęskniłem się za symbiontami spod ołówków Ibana Coello i Ryana Stegmana, ale przy ich kapitalnej robocie musiałem i tak przynajmniej wspomnieć o tej perełce. Nawet jak na Walkera to złoto niespotykane, stylistycznie wyjątkowe i pocieniowane jak u Mignoli. Cała reszta głównej części albumu zachwyca wszystkim, może poza leciutko zbyt cartoonowym podejściem do mord, zwłaszcza u pana Coello. Bardziej za to podoba mi się u niego gruba, pewna krecha. Razem ze Stegmanem dostarczają ilustracje wypełnione intensywnymi ujęciami ruchu, zębatej agresji tysiąca macek i obowiązkowych w kosmosie Marvela laserów z dupy. W solidnym konturowaniu ta rozpierducha jest zwyczajnie wyraźniejsza, detale też robią większe wrażenie. Obaj jednak reprezentują szkołę opozycji w stosunku do typowego trykociarskiego realizmu i za to należy im się szacunek. 

 
Ostateczny werdykt? No z pewnością jest to lepsze od czwartego tomu „Venoma”, którego zawartość była wyraźnie zapychaczem przed wydarzeniami z „Króla w czerni”. Finałowe, wyczekane starcie z Knullem wita czytelników potężnym jebnięciem w pysk (takim przyjemnym, bez kinkshamingu proszę), potem serwuje kilka mocnych ciosów, ale bardzo szybko traci kondycję i pada na deski w kiepskim stylu. Wciąż uważam jednak, że Donny’emu Catesowi udało się mniej więcej zakończyć przygodę z Venomem w blasku chwały, paradując ze swoimi biegłościami na widoku. Jak na kosmiczną naparzankę rajtuzowców z kolejnym omnipotentnym niszczycielem wszelkich rzeczywistości historia ląduje zaskakująco daleko od żenady. Jestem ogromnie ciekawy, jak te wątki pociągnie Al Ewing.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

poniedziałek, 30 października 2023

1629 albo przerażająca historia rozbitków z Dżakarty. Aptekarz diabła. Tom 1. Dorison/Montaigne

 


Opowieść marynistyczna. Wychodzi na to, że jedna z najlepszych jakie czytałem, a jeszcze do końca się nie rozkręciła, bo to tylko pierwszy tom z zapowiadanych dwóch. Ukazanie egzystencji załogi i pasażerów na żaglowcu jest bardzo sugestywne i mam wrażenie, że Dorison dobrze odrobił pracę domową z życia na morzu w tamtym okresie.


Jak wspomniałem, to dopiero pierwszy tom i sytuacja będzie eskalowała aż do wybuchu petardy w tomie drugim, co jest zapowiedziane już we wstępie. Z nawiązań czuć tu trochę „Władcę much” i trochę Josepha Conrada. Rzecz traktuje o próbie buntu na tytułowym statku Dżakarta. Scenarzysta drobiazgowo portretuje wybrane postacie z załogi i pasażerów. Jest przy tym brutalny i naturalistyczny, bo gówno leje się po pokładzie strumieniami. Również gówno moralne, przedstawione tu postacie mają bowiem swoje za uszami i dzieją się nieraz przykre rzeczy. Drastyczne życie pokładowe tworzy silne indywidualności całkiem sprawnie ograne przez scenarzystę. Stworzył on z tych bohaterów podwaliny psychologiczne całej intrygi, która – czego autor nie ukrywa - musi skończyć się tragicznie.


Grafikami zajął się Thimothée Montaigne, którego twórczość akurat zyska u nas na popularności, bo prócz „1629” pojawił się rysowany przez niego komiks „Piata Ewangelia”. Wcześniej mógł być kojarzony jako następca Swolfsa w pracy nad „Księciem Nocy” i jako jeden z rysowników serii „Trzeci Testament” pisanej również przez Dorisona. To zdolny mainstremowy rysownik poruszający się w swojej twórczości po frankofońskim stylu zerowym. Bardzo szczegółowy w tym co robi i wydaje mi się, że był świetnym wyborem na autora serii marynistycznej.


Do wszystkiego dochodzi jeszcze forma wydania, stylizowana na sztambuch pokładowy, na okładce mocno zdobiony złotymi akcentami. To sprawia, że chce się mieć ten album na półce, bo będzie najzwyczajniej ozdobą każdej kolekcji.


Jedyny problem jaki mam z tym komiksem to fakt, że podzielono go na dwie części. Wiemy co prawda, że coś złego się wydarzy, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tym tomie. Przez to trudno napisać wyczerpującą recenzję tej pozycji. Czekam spokojnie na dwójkę i mam nadzieję, że nie potrwa to długo.

 

piątek, 27 października 2023

Cinema Panopticum. Thomas Ott.

 
 


Czy komiks potrafi przestraszyć? Chyba niekoniecznie. Film dysponuje znacznie większym „arsenałem rażenia”. Tutaj mamy przecież tylko kreski na papierze. Niemniej poetyka opowieści rysunkowych potrafi być bardziej głęboka i wieloznaczna. Thomas Ott - dobrzej już w Polsce znany szwajcarski artysta - zabiera nas do swojego enigmatycznego świata w czerni i bieli (głównie czerni), gdzie skupia nasze spojrzenie na zamrożonym momencie trwania. Jeżeli - zamiast szybko przekartkowywać – będziemy w „Cinema Panopticum” pilnie się wpatrywali, poczujemy delikatny powiew grozy, który - wychodząc z martwych kart komiksu - schłodzi nasze wciąż jeszcze żywe kości.

To że dostajemy drugie wydanie „Cinema Panopticum” może świadczyć o popularności prac Thomasa Otta w Polsce. Kultura Gniewu wydała w sumie już 6 jego komiksów. Nie ma pomiędzy nimi jakiejś istotnej przepaści formalnej. Autor Lasu ma swój wyrobiony warsztat oraz ukształtowaną wrażliwość, która dyktuje mu pomysły na następne książki.

Streszczanie fabuł szwajcarskiego artysty nie jest ani specjalnie sensowne ani też konieczne. Jego komiksy to cudeńka natury formalnej. Wiodącą rolę odgrywa tutaj - zbudowana za pomocą specyficznej metody graficznej - atmosfera świata przedstawionego. To między innymi z niej wypływają niepokojące treści tych mrocznych historii.

Metoda pracy Thomasa Ott nie jest łatwa. Z deski pokrytej czarną farbą pieczołowicie wydobywa on na świat swoje ponure rysunki przy użyciu cienkiego rylca. W efekcie przypomina to klasycznie wygrawerowane grafiki. Bardzo pracochłonna praca, którą trudno jest przecenić, zwłaszcza że idealnie spaja się ona z obraną narracją oraz tematyką opowieści.

W tym niemym komiksie mamy szereg elementów charakterystycznych dla gatunku szeroko rozumianej grozy. Niewesołe wesołe miasteczko, ponury opustoszały hotel, demoniczny doktor, postacie na skraju szaleństwa oraz śmierć we własnej osobie. Thomas Ott żongluje tutaj znanymi motywami, jednak robi to w taki sposób, że zawsze potrafi zaskoczyć czytelnika niepodziewanym rozwiązaniem danego wątku.

„Cinema Panopticum” to nie tylko jakaś opowieść z dreszczykiem, ale rzecz bazująca na ludzkich lękach i fobiach, głęboko ukrytych w ludzkiej naturze. Świat widziany oczami Thomasa Ott nie jest przyjaznym miejscem dla ludzi. Groza wyłania się spoza każdego węgła. Człowiek jest li tylko igraszką we władzy demoniczny sił, których nie jest w stanie ani poznać ani zrozumieć. Pocieszeniem dla czytelnika pozostaje chwiejne przekonanie o tym, że przecież prawdziwa rzeczywistość nie jest aż tak spaczona i zła. Chyba.

Klimat komiksów Otta porównuje się do filmów Davida Lyncha. Najbliżej mu chyba do również utrzymanej w estetyce czerni i bieli oraz niemal niemej Głowy do wycierania. Autor skończył studia filmowe w Zurychu, co wydało tutaj swoje owoce - „Cinema Panopticum” - co może zapowiadać już sam tytuł - ma bardzo filmową narrację. Brak tu jakiś eksperymentów z kadrowaniem, poszczególne grafiki wyglądają jak niezwykle dopieszczone storyboardy. Między innymi dzięki temu komiks ten ogląda się jak seans w kinie i aż chciałoby się zobaczyć „Cinema Panopticum” jako film animowany.

Można mieć pewien zarzut, że przez niewiele ponad 100 stron komiksu Otta przechodzi się aż nazbyt szybko, nawet jeśli na poszczególnych wycyzelowanych kadrach zawiesimy oko ciut dłużej. Trzeba jednak pamiętać, że nie mamy tutaj do czynienia czytadłem - przyjemnym pożeraczem czasu. „Cinema Panopticum” to obiekt artystyczny – rzecz piękna i sama w sobie. Możemy do niej wracać wielokrotnie i być może w morzu kresek odnajdziemy - pominięte wcześniej a znaczące - detale. Polecam kontemplować ten komiks w jesienne wieczory, lub po północy, ze stonowanym akompaniamentem muzycznym w tle. Choćby w wykonaniu Gerogea Sheringa, którego okładka płyty pojawia się w jednym z kadrów „Cinema Panopticum”. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

wtorek, 24 października 2023

Przygody Stasia i złej nogi. Tomasz Spell.



Przyzwyczajeni jesteśmy od narracji o niepełnosprawnych, które są delikatnie mówiąc jednowymiarowe. W mediach tradycyjnych i internetowych, co rusz organizuje się szlachetną zbiórkę pieniężną dla potrzebujących, epatując przy tym obrazami nieszczęścia, które mają zmiękczyć nasze serca. Dzieła kultury także bywają szablonowe w tym temacie i nierzadko w dosyć prostacki sposób grają na naszych emocjach. Zupełnie inną drogą poszedł Tomasz Spell pokazując - w sowim skromnym a zarazem pięknym komiksie - niepełnosprawność jako cechę pozytywnie wyróżniającą. Ta niezwykłość - bijąca w tym wypadku od „złej nogi” - staje się często źródłem wielu cierpień, lecz zarazem uruchamia osobny, niezwykle bogaty świat wyobrażony, który okazuje się bardziej interesujący niż zwyczajna rzeczywistość.

Tomasz Grządziela aka Tomasz Sepll to jeden z wybitniejszych polskich twórców komiksowych. Za wydaną w 2022 roku Zasadę trójek otrzymał Grand Prix MFKiG w Łodzi, a także sporo innych nagród. „Przygody Stasia i złej nogi” po raz pierwszy w formie albumowej zostały wydane przez Kulturę Gniewu w 2016 roku. Teraz otrzymujemy wydanie drugie, które pokolorowano. Jednak nie to stanowi o najistotniejszej sile tego komisu.

Przygody Stasia... to zgrabna kwadratowa książeczka (16x16 cm). W środku mamy szereg jednostronicowych epizodów, które składają się z czterech, rzadziej z trzech kadrów. Tytułowemu bohaterowi, który jeździ na wózku inwalidzkim, oprócz „złej nogi”, partneruje matka, która na co drugim kadrze pali papierosa. Z tej nie najmłodszej już brunetki o zapadniętych oczach emanuje czysta depresja. Staś natomiast rzadko bywa nieszczęśliwy, chociaż zdążają mu się niewesołe przygody. Przyczyna jego niepełnosprawności ruchowej – „zła noga” - jest tutaj równoważną bohaterką, na którą scedowany jest problem adaptacji z rzeczywistością.

Urok narracji Spella kryje się w tym, że pod powierzchnią lekkich, króciutkich historyjek, autor w subtelny sposób przemyca nam niebłahe treści natury psychologicznej i społecznej. Poszczególne odcinki zakończone charakterystyczną puentą funkcjonują początkowo w oderwaniu od siebie. Powtarzalność tej formuły może nieco nużyć, jednak po jakimś czasie te luźno rzucone na kartkę opowiastki zaczynają budować bardziej złożoną i mającą swe następstwa całość. Mimo iż dominuje tu ton humorystyczny doprawiony obrazem fantazji dziecka, niektóre epizody kończą się nie dowcipem, lecz melancholijną i nieco poetycką zadumą.

Jesteśmy wciągani do świata Stasia. Sporo tu zabawy i fantastycznych wyobrażeń wynikających ze specyficznej relacji bohatera z jego „złą nogą”. Jednak wrażliwy czytelnik dostrzeże, że mamy tu także historię o samotności (dziecka oraz matki) oraz o braku tolerancji dla inności (w środowisku rówieśników, w szkole). Po cichu wybrzmiewa również problem ubóstwa i systemowego wparcia dla osób niepełnosprawnych. Te dojmujące kwestie podlegają jednak specyficznej interpretacji przez głównego bohatera, przez co stają się dlań mniej raniące. Nie chodzi tu o proste zastąpienie gorzkiej rzeczywistości słodkimi rojeniami. Epizody opowiadające o wizytach Stasia u psychologa, unaoczniają nam, że racjonalna interpretacja świata jest także w pewien sposób spaczona i daleka od prawdy.

O ile poruszana przez komiksową opowieść tematyka bywa trudna, to kreska Spella pozostaje zawsze prosta, zwiewna, z groteskowym sznytem. Cartoonowo narysowane postacie mają u niego swoją specyficzną głębię, a historie z ich pomocą opowiedziane, potrafią autentycznie wzruszyć. W tym zawiera się wielka tajemnica warsztatu twórcy. Aż by się chciało, aby rynek obfitował w większą ilość tego typu komiksów, które są nie tylko niegłupie, ale także – mam nadzieję, że nie przesadzam – mogą pełnić funkcję terapeutyczne. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

poniedziałek, 23 października 2023

Monica. Daniel Clowes

 


 

„Monica” to fikcyjna biografia pewnej kobiety sukcesu. Clowes wykorzystuje tę okazję, żeby znów opowiadać o Ameryce. Moralny niepokój towarzyszy tu jednak metafizycznemu i spokojnie możemy dopatrywać się w tym albumie echa zarówno komiksu obyczajowego, folk horroru, Lovecrafta (Ligottiego?), jak i Lyncha czy może nawet Burroughsa.


Co ciekawe, to komiks bratnio podobny do „Lekcji aktorstwa” Nicka Drnaso. To również opowieść o ludziach pogubionych, będących w głębokiej w depresji, szukających ukojenia i własnej tożsamości w sekciarskich środowiskach. Rzecz wcale niemniej głęboka i przenikliwa od komiksu młodszego kolegi Clowesa nominowanego do nagrody Bookera. To ciekawe, że prawdopodobnie jest to obraz współczesnych Amerykanów i takie a nie inne nastroje muszą panować w tamtym społeczeństwie, bo nie wierzę w przypadkową zbieżność tematyki obu komiksów. Targetem dzieła Clowesa są więc wszyscy zainteresowani kierunkiem, w którym podąża współczesna powieść graficzna i tego, co ten nurt mówi o dzisiejszych czasach. Autor jest wszak jednym z jego najważniejszych przedstawicieli i „Monica”, mimo iż może nie jest najlepszym jego komiksem, to brawurowo łączy cechy jego najciekawszych dzieł z „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza” na czele.


Graficznie również nie jest to moim zdaniem najlepszy Clowes. Niemniej widziałem, że czytelnicy są zachwyceni, więc to tylko moje zdanie. Pełen kolor nadał dziełu Amerykanina swoistej klasycznej komiksowości, może się więc podobać nie tylko zwolennikom obyczajowej powieści graficznej, która najczęściej objawia się w oszczędnej czerni i bieli. Narracja jest już jednak typowa dla tego modnego nurtu: gęsta i literacka. Komiks ten jednak stylizowany jest na swoisty pamiętnik głównej bohaterki, więc to uzasadniony wybór artystyczny.


Przypadkiem też nie jest fakt, że obie pozycje – zarówno Drnaso jak i Clowesa – zaprezentowała nam Kultura Gniewu. Wydawca od lat pokazuje nam to, co najciekawsze w światowych trendach komiksowych. „Monicę” wypuścili niemal równolegle z Amerykańską premierą, co oznacza, że i czytelnicy mogą trzymać rękę na pulsie.


 

Saint Elme. Tom 2.

  


Nagle comics znów dowozi. „Saint Elme” to seria kryminalna, którą najlepiej będzie porównać do „Fargo” braci Coen. Rzecz z pogranicza noir i czarnej, groteskowej komedii. Pełna bohaterów fajnie napisanych przez Serge'a Lehmana, małomiasteczkowa opowieść ze śledztwem na pierwszym planie, bezwzględnymi gangusami na drugim i kapitalnie, naprawdę kapitalnie narysowana przez znanego polskim czytelnikom Frederika Peetersa.

Doskonale poprowadzona historia rozgrywa się w małej, alpejskiej wiosce. 80-stronicowy album pochłania się jednym tchem i zagryza koc z nerwów czekając na trzeci tom. To jedna z moich ulubionych serii AD 2023 i wpiszę ją zaraz sobie na listę najlepszych albumów tego roku. Wiem, że nie wszyscy są zachwyceni, ale ja – jako fan Coenów – bardzo doceniam takie postmodernistyczne, kryminalne opowieści z zajebiście nakreślonymi złolami, sugestywnymi scenami przemocy (tu mamy przykładowo znakomite sekwencje tortur, których nie powstydziłby się sam Tarantino), aptekarsko dozowanym napięciem i grotechą.

Warstwa graficzna jest równie porywająca co fabuła. To frankofońska (o ile warstwa graficzna może mieć 'fońskość', ale umówmy się, że może), współczesna i semi-realistyczna robota na najwyższym poziomie. Dodatkowo okraszona znakomitą paletą kolorów jakiej nie widziałem chyba w żadnej innej serii. Zamiast mroków noir mamy wycieczki od granatu, przez seledyn, czerwień a nawet burgund. O ile dobrze rozumiem, kolory nakładał sam Peeters i jest to całkowicie jego kreacja. Samoświadomość u rysownika i jego wyczucie formy zasługuje więc na wielką pochwałę. Jest w tym coś z nietypowej kolorystki filmów Refna, a przynajmniej podobna jest intensywność.

Na koniec refleksja. Nie będę Was oszukiwał, niemal nic nie pamiętam z fabuły pierwszego tomu oprócz tego, że był znakomity. Starość nie radość. Posiłkowałem się streszczeniem zamieszczonym na początku albumu – ale wiadomix – to nie to samo, co czytać wszystko jednym haustem, a tak bym chciał tego doświadczyć. To jest dla mnie jedyny minus tej serii: fakt, że dostajemy ją w częściach, bo ogólnie jest to czyste złoto.

sobota, 14 października 2023

Batman/ Spawn.McFerlane/Capullo

 


Sprawa wygląda tak, że „Batman/Spawn” miał początkowo recenzować szacowny naczelny tego bloga. Zniechęcił się jednak, a skoro ja zwykle biorę na klatę ryzyko obcowania z potencjalnie fatalnym capeshitem… no miało mi to szanse się spodobać. Mogłem chociaż bez uprzedzeń dostrzec mocne strony potworka, nawet jeśli okazałby się ogólnie pokraczny. Czy możemy uznać, że nie miałem racji, żałuję swoich decyzji i na tym zakończyć? Nie? No dobra, to lecimy z cierpieniami młodego wertera (z małej litery bo to rzeczownik od „wertowania”).


Fabuła? Jaka fabuła? Trzy osobne, wydane w różnych latach historie, na kartach których Spawn napierdziela się z Batmanem z powodu okoliczności wyciągniętych mniej lub bardziej z tyłka, a potem przestają bo powstrzymanie jakiegoś większego zła jest bardziej naglące od kłócenia się o to, kto ma bardziej traumatyczną przeszłość i niepraktyczną pelerynę. Pierwszy scenariusz od Todda McFarlane, drugi od Douga Moencha, Chucka Dixona oraz Alana Granta, a trzeci od (heh) Franka Millera. Każdy z panów zdecydowanie daleko od szczytu formy.


Zacznijmy więc może od tego, co potencjalnie da się uznać za zaletę tego marnotrawstwa celulozy. Grubo ponad 100 stron materiałów dodatkowych, nasza okazja na wgląd za kulisy powstawania komiksu, który mógłby nie powstać. Jest to jednak coś, co chciałbym widzieć w każdym większym wydaniu zbiorczym i po usunięciu z tego tomu faktycznej treści ten bonus sam w sobie byłby wart uwagi, bo ani nie ma w nim męczącego substytutu fabuły, a i najbrzydsze rysunki wyglądają całkiem nieźle w postaci szkiców. Poza tym odrobinkę wartości przy dobrych chęciach da się porządną koparką ekshumować z samych historii. U McFarlane'a fajnie zarysowane jest podobieństwo obu mrocznych mścicieli, druga część najbardziej trzyma się kupy z logicznego punktu widzenia, a scenariusz Millera kipi od samoświadomości, do przesady.


Chyba właśnie wypociny Franka Millera były bowiem gwoździem do trumny tego zbioru. Wcześniej byłem znudzony, lekko zażenowany, ironicznie rozbawiony momentami. Todd McFarlane napisał krawędziowy scenariusz ze strzępkami wydarzeń sklejonymi nieudolnie za pomocą komicznie patetycznego narratora, w którym żadna z postaci będących główną atrakcją tego albumu nie zachowuje się w sposób dla siebie typowy a samo ich spotkanie wynika z niepotrzebnie przekombinowanej intrygi. Odpowiedzialna za środkowy fragment trójka autorów doszła do jakiegoś względnie sensownego porozumienia, jeśli można za taki uznać opowieść o demonie psującym elektryczność w Gotham w celu uformowania świetlistego pentagramu na mapie miasta. Frank Miller za to, ło panie, Frank Miller poza wspomnianą już samoświadomością wykroczył poza jakiekolwiek granice reinterpretacji postaci, robiąc z Batmana absolutnie nieśmieszną parodię nawet w porównaniu do własnego „The Dark Knight Returns”. To nie przemyślany śmiech, to boleśnie długo uciągnięty, prymitywny rechot z własnego żartu opowiadanego od wielu lat w coraz bardziej zdegradowanej formie.


Pewnie myślicie, że przynajmniej popatrzeć na coś tu można, oczy nacieszyć jakimiś pięknie ilustrowanymi wygibasami dwójki koksów w czarnych getrach, pozachwycać się spontanicznie tworzącymi się splotami peleryn o kontrastowych kolorach. No trochę takich chwil jest, ale zatrzymajcie czapki na łepetynach. Wiele mówi chyba, że najlepiej wypada w całokształcie Greg Capullo w swoim typowym, trykociarskim wydaniu. Dynamicznie, szczegółowo, technicznie doskonale, przerośnięte płaty czołowe, znacie jego kreskę. Najbardziej staroszkolny wizualnie fragment ilustrowany przez Klausa Jansona może z pewnością spodobać się tym z was, którzy nowomodne superhero uważają za kute na jedno kopyto. Jego strony z daleka zachwycają elaboratnym układem, ale po bliższym przyjrzeniu się większość rysunków wygląda jak pośpieszne wrysy ze strefy autografów na mało znanym konwencie. Kiepsko? Ja tam takie grafiki uwielbiam, tylko uprzedzam. Franka Millera wspomógł rysunkami Todd McFarlane i jest to ewidentnie jego rozpoznawalny, bałaganiarski styl. Nie widziałem jednak dawno gorszych rysunków w jego wykonaniu, od jego roboty przy Spider-Manie dzieli to przepaść, od oryginalnej serii ze Spawnem chyba trochę niedbalstwa. Trochę chyba wczuł się w scenariusz Millera kpiący z czytelników.


Nie dajcie więc z siebie zakpić. Jeśli nie jesteście absolutnymi, bezkrytycznymi kompletystami Spawna, to nie warto. Jeśli jesteście absolutnymi, bezkrytycznymi kompletystami Batmana, to też nie warto. Dla garści porządnych rysunków i godnej podziwu ilości materiałów dodatkowych musielibyście się narazić na wymuszony i bezcelowy team-up, który nijak nie potrafi wykorzystać potencjału pary ikonicznych bohaterów. Ogólnie spotkania kultowych postaci z różnych wydawnictw często rozmijają się z jakością, ale to chyba najbardziej nieudane podejście do tematu, z jakim miałem do tej pory do czynienia.

 

Autor: Rafał Piernikowski


 

Thor. Tom 1. Donny Cates

 


Drugi komiks napisany przez Donny'ego Catesa wpada mi w ręce w tym samym miesiącu. Normalnie byłbym w siódmym niebie, ale na czwarty tom „Venoma” wylałem trochę kwasu, a i poprzedzające tego konkretnego „Thora” wydarzenia z runu Jasona Aarona mocno mnie wymęczyły. Byłem całkowicie gotowy na kolejne rozczarowanie, a tu od groma (rozumiecie żart, hehe) frajdy dostarczyła mi historia, w której władająca piorunami żaba przewodzi ekipie złożonej z asgardzkich bogów, egocentrycznego czarodzieja i teleportującego się psa. Życie jest pełne niespodzianek.

U Thora było ostatnio raczej burzliwie (obiecuję, to ostatnia żenująca gra słów). Okazał się, jak to zaskakująco często bywa, niegodny młota, na którym wypisane jest jego imię, stracił rękę, stracił oko, jego ukochana zmarła na raka i choć przywrócił ją do życia, nie rozbudziło to jednocześnie na nowo ich uczucia. Mogłoby się wydawać, że po pokonaniu Malekitha sprawy się trochę ustabilizowały, gromowładny został nawet nowym Wszechojcem, władcą Asgardu. Przejęcie tronu i potęgi po staruszku Odynie przyniosło jednak tonę odpowiedzialności i to nie takiej fajnej w stylu Spider-Mana, gdzie oznacza ona gibanie się po mieście w podejrzanie opinających ciuszkach oraz tłuczenie nieszczęśników wymagających poważnej pomocy terapeutycznej. To odpowiedzialność z rodzaju tych nudnych. Na całe szczęście (jeśli pominiemy masę ofiar) w Asgardzie rozbija się awaryjnie poważnie ranny Galactus, zwiastując rychłe nadejście dziesiątej już w tym tygodniu pradawnej potęgi zagrażającej całemu wszechświatowi.

Zanim więc zacznę tłumaczyć czemu spodobała mi się kolejna superbohaterska głupotka o przesadnie podbitej skali potencjalnych konsekwencji, wypunktuję dowody na zachowanie resztek zdolności krytycznego myślenia. Jak część z was wie, nie każdemu podobał się run Aarona, zwłaszcza jego późniejsza część. Cates na szczęście zrywa z wieloma decyzjami przeciwnika, ale robi to jednocześnie mocno ignorując większość historii uniwersum Marvela. Pamiętacie, jak Galactus był niezbędnym elementem wszechświata i postacią w sumie neutralną, a ostatnio nawet pozytywną? Bum, tego już nie poruszamy, wracamy do „GALAN JEŚĆ!” i to tylko jeden z wielu przykładów, częściowo nawet usprawiedliwiony okolicznościami. Można to generalnie wybaczyć, w Marvelu przywykliśmy już do ciągłych zmian i miękkich restartów serii przy przejęciu ich przez nowego. To nie świadczy konkretnie o jakości tej serii.

Świadczą o niej za to mnogie fikołki logiczne i niedorzeczności. Mały spoiler, ale reakcją Galactusa na ewidentne zagrożenie płynące ze strony Boga Gromów jest obdarzenie go jeszcze większą mocą, samospełniająca się przepowiednia po całości. Sam Thor też czasem durnieje, bo podczas gdy sam nie ma większych problemów z absolutnym masakrowaniem pożeracza światów, to już pozwolenie na to Beta Ray Billowi absolutnie go przerasta, co powoduje wymuszony konflikt między najbracholszymi z bracholi. Możemy też śmiać się z dziwnej fiksacji scenarzystów Domu Pomysłów na temat problemów z unoszeniem młota i dywagować, czy jest w tym jakiś metafora impotencji. Najgorsze jednak, że zarówno pierwsza jak i druga historia (bo w sumie w tym tomie są dwie) mają raczej miałkie zakończenia pomimo srogo podbitego wcześniej napięcia.

Tak, nie jest to najlepszy komiks Catesa, ale to kolejna przynajmniej porządna wędrówka w kosmos Marvela w jego wykonaniu i zdecydowany skok jakości w porównaniu do końcówki runu Jasona Aarona. Przede wszystkim, przepraszam za powtórzenie, Thor jest znowu Thorem i to niezależnie od trzymanego w łapie narzędzia. Błyszczy odpowiednią wszechpotężnemu bóstwu butą w obliczu największych potęg kosmosu i robi to w absolutnie powalającym stylu. Fajnie też jest znowu mieć komiks o Asgardzie, który nieustannie pamięta o nawiązaniach do mitologii nordyckiej, wraca nawet wersja Ratatoskr ostatnio chyba widziana u Squirrel Girl. Udaje się też powrót do status quo integralności cielesnej protagonisty, ma sens w kontekście, ale więcej zdradzać nie będę. Przede wszystkim jednak jest to zwyczajnie dobrze napisany komiks, wypełnione akcją kadry nie sięgają przesady, w dialogach liczą się charaktery postaci, a chemia w ich relacjach jest jedną z głównych zalet całego tomu. Nawet jeśli są to głównie bohaterowie wciśnięci w lore Thora przez poprzednich autorów.

Cates jest też bowiem zręcznym podpatrywaczem i w innym kontekście byłby to zarzut, ale jemu sztuka kopiowania wychodzi zwykle z korzyścią dla historii. Facet kalkuje zresztą głównie samego siebie, weźcie daddy issues połączone z kosmiczną grozą i dostaniecie połowę komiksów jego autorstwa. Pamiętacie z „Absolute Carnage” motyw z czerwonym symbiontem polującym na wszystkich poprzednich nosicieli glutów z kosmosu? Tu mamy coś właściwie identycznego, ale w wykonaniu świetnie wykminionego nowego-starego złola. Wraca sczerniały od (ponownie) ratowania rzeczywistości Silver Surfer, wraca Beta Ray Bill i oczywiście Loki. Żaden z kotletów nie jest przy tym odgrzany bezcelowo, wszystkie zagrania mają swój cel w tym lekko kiczowatym meczu o wszystko. Autor wie, jak z tego samego zestawy klocków układać różne rozrywkowe konstrukcje o umiarkowanym jedynie stopniu superbohaterskiej głupoty.

Przynajmniej na stronę wizualną nie będę narzekał. Muszę tylko wspomnieć o tych kilku momentach, w których Nic Klein zupełnie zapomniał, jak wyrazić mimikę bez kompletnie niedopasowanej do reszty rysunków karykaturalności. Może jeszcze wypada zaznaczyć, że niektóre z mniej epickich ilustracji walnął leciutko od niechcenia, niedbale. Reszta szaty graficznej to sztos, obiecuję! Zwłaszcza późniejsze fragmenty rysowane przez Aarona Kudera, kolejną niedorobioną wersję Moebiusa, co jest w tym momencie ogromną i całkowicie szczerą pochwałą. Obaj panowie mają diametralnie odmienne sposoby na obrazowanie tego szaleńczego mordobicia w fantazyjnych krainach i jedynie od osobistych preferencji będzie zależeć, które podejście uznamy za lepsze. Klein konturuje oszczędnie, skupiając się na delikatnej plastyczności i dynamicznych zmianach perspektywy. Kadry Kudera są za to bardziej uporządkowane, skomponowane bardzo starannie i z dbałością o zaznaczenie detali odpowiednio zmiennymi, ale zawsze wyraźnymi liniami. Ogromny pokłon dla Matta Wilsona, który potrafił odpowiednio nałożyć barwy na tak odmienne szkice. Wygląda to jak robota dwóch różnych kolorystów. Cates ma zawsze farta do artystów.

Wnioskiem głównym tego tekstu jest chyba wtórność będąca też, przynajmniej dla mnie, stosunkowo bezpieczną przystanią jakiejś gwarantowanej jakości. „Thor” w rękach Donny'ego Catesa wypada słabiej niż również napisane przez niego i funkcjonujące w podobnych realiach fabularnych serie o Thanosie czy Silver Surferze. Z drugiej strony przygoda ze Strażnikami Galaktyki wyszła mu gorzej, a już na pewno poprawa jest widoczna w porównaniu z końcówką poprzedniego runu „Thora”, poza wątkami z Jane Foster. Dostajemy Boga Gromu w postaci, jaką chyba nie tylko ja lubię najbardziej – dumnego i potężnego nadczłowieka w pełnym tego słowa znaczeniu, który jednak wciąż przejawia młodzieńczą energię, może nawet lekkomyślność. Jeśli w scenariuszu trybią kreacje postaci, tempo akcji i pospolity fun z kontaktu z kolejną szaleńczą wersją trykociarskiego mordobicia, to wtórność jest cechą raczej znaną i akceptowaną przez wszystkich zwolenników kosmicznych laserów z dupy.  


Autor: Rafał Piernikowski

piątek, 13 października 2023

Amazing Spider-Man Epic Collection - 8 - Rzeź maksymalna

 


 

Powrót do rzeczy, które lubiliśmy w młodości, może być katalizatorem mentalnej podróży w niezwykłe miejsca. Recenzowanie nowych wydań starych komiksów superbohaterskich zabiera mnie przykładowo na wycieczkę wehikułem czasu. Cofam się do okolic roku 2000, wbijam na świetlicę w Szkole Podstawowej nr 101 w Łodzi, dopadam dziesięcioletnią wersje siebie, kopię na bok pudło z klockami COBI i zaczynam besztać pucołowatego gnojka za fatalny gust. Bardzo niezdrowy proceder z psychologicznego punktu widzenia, zresztą przecież trykoty z lat 80. i 90. sprowadziły mnie na tę barwną drogę, trochę szacunku im się za to należy, prawda? Nowe wydanie „Maximum Carnage” nie dostarcza mi na to pytanie jednoznacznych odpowiedzi.


Burzliwy okres w życiu Petera Parkera, jakby były jakieś inne. Topór wojenny z Venomem teoretycznie zakopany, ale na spokój szans nie ma. Nasz bohater w dalszym ciągu stara się ogarnąć rzeczywistość, w której jego „rodzice” „powrócili” (mam nadzieję, że ten podwójny cudzysłów nie jest przesadnym spoilerem). W takich momentach dobrze znaleźć oparcie w gronie przyjaciół, więc śmiercionośnie zgubna kariera Harry’ego Osborna w roli Zielonego Goblina średnio pomaga ukoić nerwy ścianołaza. To w tym momencie Cletus Kasady daje nogę z ośrodka Ravencroft i zaczyna morderczą rzeź, jakiej świat Marvela jeszcze nie widział, przynajmniej w tamtych latach. Seryjny zabójca odziany we wzmocnioną wersję potężnego symbionta z kosmosu i jego stopniowo kompletowana zbieranina porównywalnie skrzywionych wykolejeńców zaczynają żniwa, a tu jeszcze żona narzeka w domu.


To dziaderskie „hehe, żona zła” przed chwilą było umyślne, przysięgam. Daleko mi zwykle do takich zarzutów, ale w ramach eventu „Rzeź maksymalna” relacja Petera z Mary Jane w porównaniu do przynajmniej kilkunastu poprzedzających zeszytów wydaje się niemalże toksyczna. Zgadzam się, zamartwianie się o męża kicającego po wieżowcach w obcisłych gatkach jest uzasadnione, Carnage sprawę tylko pogarsza. Nie wydaje mi się jednak, by zdrowe było dokładanie garści szantaży emocjonalnych i fochów do licznych zmartwień herosa zmagającego się z maniakiem, który zabija kilkadziesiąt osób dziennie. Widać, że scenarzyści wcisnęli to tylko w celu podkręcenia ciśnienia w narracji i nadania historii wyraźnych klamr emocjonalnych, bo gdy przychodzi co do czego, partnerka nagle przestaje mieć problem z działalnością Pajęczaka.


Takich absurdów i naciągnięć jest tu od groma. Klasycznie dla superhero z tamtych lat rzeczy dzieją się, bo plan tego wymaga, naturalny tok wydarzeń i logika mają znikome znaczenie. W gąszczu wciąż jeszcze niewyplenionej z tego gatunku zbędnej ekspozycji podejmowane są nieustannie złe decyzje. Motywem przewodnim są dywagacje o istotności moralnych granic w działalności mścicieli, Spider-Man nieustannie targany jest wątpliwościami, zastanawia się, czy masakra na tak ogromną skalę usprawiedliwia skrajnie brutalne rozwiązania. Niby fajnie, ale jego miotanie się między różnymi wnioskami irytuje niezmiernie. Czasem nawet przeszkadza swoim sprzymierzeńcom w średnio usprawiedliwionych sytuacjach. To nie rozterki moralne, to kretynizm. Takiego latania w tę i z powrotem jest zresztą w „Rzezi maksymalnej” od cholery, do obu ekip co stronę wskakują nowe postaci jakby tylko czekały za rogiem na sygnał od swojego menedżera, starć między drużynami jest chyba z dwadzieścia, bo z jakiegoś powodu zwycięska strona potrafi na przykład dać dyla. Przedłużanie akcji na siłę jest boleśnie ewidentne.


Zaznaczyłem jednak na początku, że nie jest do końca tak bardzo źle. No nie jest, bo wszystkie powyższe przywary są niestety typowe dla komiksów z tamtych lat, nawet dla najlepszych historii, a ta należała do przynajmniej dobrych. Po pierwsze, choć jaranie się seryjnymi mordercami to żenada, wciąż uważam Carnage’a za jednego z najlepszych złoli Domu Pomysłów. Już wtedy widzieliśmy modę na masowe serwowanie nawróceń i odkupień, a krwistoczerwony symbiont jest po prostu złem, uosobieniem chaosu i morderczej rządzy bez szczególnych motywacji. Takich złoczyńców brakuje, a „Rzeź maksymalna” ukazuje jego charakter perfekcyjnie, serwując jednocześnie bezlitosność o skali niespotykanej w tamtych czasach, choć waga skutków masowego mordu jest potraktowana po macoszemu. Jeśli tytuł nie jest całkowicie solowy, zawsze pochwalam też dobrze dobrane team-upy, a selekcjonerzy w ramach tego albumu spisali się na piątkę. Dostajemy bohaterów znanych, ale w większości nieprzesadnie wyeksploatowanych, wpisanych mocno w kanon Nowego Jorku Marvela, charakterowo zapewniających interesującą chemię w ramach drużyn i pomiędzy nimi oraz zbalansowanych siłowo, by konflikt nie zakończył się za szybko. Tak, sztuczne przedłużanie było zupełnie zbędne. W tej morderczej atmosferze i częściowo pokracznej realizacji pomysłu ogromnie szanuję wciąż grono scenarzystów za ponowne i wyraźne podkreślenie tych cech Spider-Mana, które wiecznie czynić z niego będą bliskiego nam bohatera z sąsiedztwa.


Oczywiście bardzo istotne jest też gilgotanie nostalgii. Podejrzewam, że albumy z serii „Epic Collection” głównie targetowane są do ludzi w moim wieku (lub jeszcze bardziej siwych), którym stare zeszytówki TM-Semic już się niestety rozpadają. Uspokajam więc, częściowo, w ramach tego wydania dostajemy dokładnie to samo, co widzieliśmy w kioskach w roku 1995 z bonusem w postaci crossovera z Punisherem i Sabretoothem, kolory zostały jedynie odświeżone (bez wprowadzania zmian i bez widocznych artefaktów graficznych!), no i tłumaczenie jest inne, lepsze moim zdaniem. W środku artystów oczywiście od cholery. Mark Bagley, któremu wtedy jeszcze wszystko wychodziło pięknie, zwłaszcza symbionty. Sal Buscema ze swoim mocniej powykrzywianym stylistycznie talentem do kreślenia kapitalnych większych kompozycji przy jednoczesnym kaleczeniu mniejszych kadrów. Zaskakująco nowoczesny i kreatywy Tom Lyle oraz kilku innych, w zakresie peleryniarstwa lat 90. to jedne z lepszych rysunków i stęsknieni za oldskulem nie będą mieli powodów do narzekań. Dla mnie wizualnie to był bardzo miły powrót do dzieciństwa.


Wy już dobrze wiecie, czy chcecie ten komiks mieć na półce. Może działam tymi słowami na własną niekorzyść, ale recenzowanie takich tomów średnio ma sens. „Rzeź maksymalna” to ładnie wydana dawka wspomnień skierowana do ludzi, którzy raczej już mają wyrobione zdanie na temat lekko zatęchłego superhero. Jak większość historii z lat naszej młodości, nie unika typowych bzdur peleryniarskich, pretekstowego charakteru narracji i wciąż przesadnej ekspozycji dostosowanej do zeszytowego planu wydawniczego. Jest to też jednak pozycja kultowa i pod pewnymi względami pionierska, co prawie równoważy przytłaczająco tendencyjne podejście starej szkoły komiksowego pisarstwa. Młodsi odbiorcy też mogą się zainteresować, ale tylko jeśli mieli już kontakt z innymi tytułami z tamtych lat i wiedzą, jak mocno nienaturalnie wypadają te scenariusze w porównaniu z seriami wydanymi już po zdecydowanym wejściu popkultury w XXI wiek. To mięsisty kawał historii, nikogo nie powinno dziwić, że po tylu latach wietrzenia lekko capi. 


Autor: Rafał Piernikowski

wtorek, 10 października 2023

Jack z Baśni. Tom 2.



Recenzję poprzedniego tomu „Jacka z Baśni” zakończyłem wyrażając lekkie rozczarowanie, ale również nadzieję na przyszłość. Problem w tym, że tak naprawdę nie wierzyłem w poprawę. W moim przekonaniu autorzy mieli już wykształcony pomysł na tego bohatera i na jego solowy spin-off kultowego „Fables”. Trzymanie się tych założeń z kolei wykluczało według mnie jakąkolwiek zmianę na plus. Co do ustalonych twardo założeń najwyraźniej się nie myliłem, ale związaną z nimi żenadę uznałem za pewnik zbyt szybko.

Fabularnie dostajemy ciąg dalszy, choć okoliczności mocno się zmieniły. Jack i drobiazgowo dobrana ekipa nieszczęśników, którzy na własne nieszczęście skończyli w jego towarzystwie, odkrywają przeciwnika gorszego od Korekty formującego emerytury u Baśniowców. Jego młodszy braciszek, oczywiście kolejny z potężnych Literalnych (w skrócie istoty będące uosobieniem koncepcji literackich), chce magiczny lud całkowicie unicestwić. Skutkuje to obarczeniem największą odpowiedzialnością idioty, na którym nie polegać powinien absolutnie nikt. Podkreślają to również retrospekcje. Wynikiem naturalnie będzie pełna krindżu komedia, ale i dramatu nie zabraknie. Tylko ten cholerny Jack ciągle ma względnego farta.

Przypominam, że liczyłem na jakieś konsekwencje bucostwa protagonisty. Na jakieś drobne początki drogi ku odkupieniu i osmotyczne przeniknięcie samoświadomości z narracji do umysłu Jacka. Nie doczekałem się, zakochany w sobie goguś wciąż jest narcystycznym seksistą prawie najgorszego sortu, nie wyciąga żadnych wniosków, a fatalne skutki jego decyzji dotykają głównie biedaków stojących najbliżej tego toksycznego debila. Mimo to przy lekturze drugiego tomu bawiłem się już znacznie lepiej.

Czemu? Może to już syndrom sztokholmski, ale chyba zrozumiałem zamysł Willinghama i Sturges. W ramach scenariusza Jack własnymi słowami wręcz stara się nas przekonać o swojej istotności i jawnie okazuje irytację, gdy narracja skupia się na innych postaciach. Nie czerpałem więc radości z czytania ani dzięki protagoniście, ani pomimo jego irytującej obecności. Robiłem to wbrew jemu, na złość jego bucowskiej mości i zdałem sobie sprawę, że takie podejście było całkowicie wykonalne również w ramach części pierwszej. Dopiero teraz zauważyłem, jak błyskotliwie napisany jest ten komiks, choć może „łebsko” byłoby tu lepszym określeniem, bo w ogólnym rozrachunku to wciąż spora dawka zwyczajnie głupkowatej rozrywki.

Nie tylko fun jednak tutaj punktuje, bo i na powagę znalazło się sporo miejsca. Dużą część tomu zajmuje wciąż pełne przekąsu, ale dużo mniej śmieszkowe spojrzenie w burzliwą przeszłość złotowłosego dupka, a konkretniej jego starcie z Bigbym. Czy to problem, że spin-off sięga jakościowych wyżyn dopiero przy kontekstowym połączeniu z bohaterem serii głównej? Niekoniecznie, bo i w szerszym zakresie fabularnym wreszcie czeka nas tu poważniejsze wpisanie w lore świata przedstawionego. Śmiem nawet twierdzić, że wątki związane z Literalnymi przebijają początkową grozę Adwersarza z głównej serii. Nie ma się co zresztą dziwić, wątki spin-off dążą wyraźnie w kierunku większego crossovera, którego coraz bardziej nie mogę się doczekać.

 

Autor: Rafał Piernikowski