czwartek, 29 kwietnia 2021

Poranek ściętych głów. Tom 1 i 2. Koike/Kojima

 



ŁABĘDZI ŚPIEW KATA

Opus magnum autorów „Poranka ściętych głów”, to jest serię „Samotny wilk i szczenię” (1970-1976), polski czytelnik miał okazję śledzić lata temu, gdy w kieszonkowej formie wydawało ją (nie doprowadzając zresztą do końca) wrocławskie wydawnictwo Mandragora. Kto miał okazję ową legendarną mangę czytać, orientuje się w specyfice stylu Kazuo Koike i Gōsekiego Kojimy. Drobiazgowe odwzorowanie realiów epoki Edo, szczegółowa, nieprzeładowana dialogami narracja i realistyczne rysunki nie poddające się mangowej manierze małych nosków i wielkich oczu, to również przymioty „Poranka ściętych głów”, serii rozpoczętej w 1972 roku i kontynuowanej równolegle z „Samotnym wilkiem” do roku 1976. Nakładem Hanami właśnie ukazał się drugi tom tej klasycznej mangi, która, choć nie jest owiana tak wielką sławą jak „Kozure Okami”, w niczym nie ustępuje flagowemu dziełu duetu Koike-Kojima. Mało tego – oparta na mniej konwencjonalnym pomyśle jest, w moim przekonaniu, dziełem pod pewnymi względami dojrzalszym.

„Poranek ściętych głów” trudno bowiem wtłoczyć w ramy zwykłej opowieści samurajskiej; to nie komiks akcji lecz surowa kronika życia w schyłkowej fazie epoki Edo, u progu XIX wieku, gdy rozkładający się system feudalny ustępował miejsca młodemu kapitalizmowi, a kodyfikowany przez wieki etos moralny zaczął ulegać korozji. Krótko mówiąc, Koike i Kojima biorą pod lupę tą samą rzeczywistość i problemy, które po mistrzowsku odmalował Akira Kurosawa w filmach „Na dnie” i „Straż przyboczna”, przy czym warto nadmienić, że luźna formuła komiksowej serii pozwala im na naświetlenie realiów epoki pod naprawdę wieloma kątami oraz wyłuskanie z nich całej gamy bezcennych smaczków.

„Samotny wilk i szczenię” był pod względem gatunkowym klasyczną chambarą – samurajską opowieścią drogi z zaakcentowanym motywem zemsty i kulminacjami w postaci efektownych mieczowych rozpraw. Główny bohater, Ogami Itto, wraz z synkiem Daigoro, przemierzał feudalną Japonię wzdłuż i wszerz, angażując się w rozmaite przygody jako „samuraj do wynajęcia”. Trasa jego wędrówki odhaczała kolejne epizody epickiej fabuły.

„Poranek ściętych głów” posiada strukturę całkowicie inną. Nie ma w nim motywu „odysei” bohatera; wszystkie wydarzenia rozgrywają się w granicach stołecznego miasta Edo, które w czasach, w jakich umiejscowiona została akcja, liczyło około miliona mieszkańców. Główny protagonista bardziej jest fabularnym zwornikiem niż postacią centralną, od Ogamiego Itto różni go także społeczne sytuowanie. Bo choć jak tamten jest roninem (bezpańskim samurajem), prowadzi osiadły tryb życia, co więcej nie musi imać się dorywczych zajęć bowiem ma stałą, wielce nietuzinkową, pracę.

Bohater „Poranka ściętych głów”, Yamada Asaemon jest mianowicie referencyjnym testerem mieczy. Sporządzona przez płatnerza katana trafia w jego ręce, a on używając jednego cięcia sprawdza jej jakość i użyteczność. Jako wykwalifikowany rębacz Yamada pełni też funkcję miejskiego kata ścinającego głowy skazańcom (oryginalny tytuł serii, „Kubikiri asa”, znaczy w dosłownym tłumaczeniu „Samuraj-kat”). „Końcowym egzaminem” przysposabiającym go do zawodu było ścięcie własnego ojca w ramach sekundowania mu przy popełnianiu seppuku. Życie Yamady upływa pośród przelanej krwi i wrzasków skazańców odbywających swą ostatnią drogę. Żyje on samotnie, bez rodziny, gdyż nie chce przekazać śmiercionośnego fachu ewentualnemu potomkowi. Dzieje swego rodu pragnie zakończyć na sobie. Jakby zgodnie z logiką epoki, w której klasa samurajów zmierza ku wymarciu.

Intryga każdej z nowel składających się na cykl „Poranek ściętych głów” osnuta jest wokół jakiegoś dramatycznego problemu, który główny bohater musi rozwiązać jednym mistrzowskim cięciem. W pierwszej kolejności chodzi o wspomnianą dekapitację ojca, następnie o egzekucję byłej kochanki, później zaś następują inne trudne (nie tylko technicznie ale przede wszystkim moralnie) zadania. Ich cel nie zawsze sprowadza się do pozbawienia kogoś życia. Na przykład w jednej z nowel węzłowym punktem fabuły jest mistrzowskie przecięcie przez Yamadę ryżowego ciasta mochi.
Niezależnie od tego, co i w jakich okolicznościach przyjdzie głównemu bohaterowi rozpłatać, zaprezentowane w dwóch pierwszych tomach historie są bardzo zróżnicowane, a meandry wiodące do zadania decydującego cięcia zawsze zaskakują, dostarczając czytelnikowi bogatych obserwacji życia XIX-wiecznego Edo: wiedzy na temat konwencji prawnych regulujących poszczególne dziedziny życia czy też niuansów, nieraz z naszego punktu widzenia absurdalnych, samurajskiej etykiety obowiązującej w czasach panowania dynastii Tokugawa.

Inspiracje do swych scenariuszy Koike ponoć w dużym stopniu czerpał z akt policyjnych tamtych czasów, co tylko podbija kronikarską wartość cyklu. Twórcy przeprowadzają nas przez galerię iście potwornych patologii: poznamy, między innymi, obłąkanego pedofila-mordercę i piromankę; poznamy procedury pozwalające policji rekrutować byłych przestępców celem wyłapywania aktywnych niegodziwców oraz skutki wynikających z tego nadużyć. Dowiemy się o kupieckich spekulacjach cenami ryżu doprowadzających samurajów do skraju nędzy – praktyki te, aprobowane po cichu przez szogunat, przyczyniały się do marginalizacji klasy samurajskiej, która w okresie pozbawionym konfliktów zbrojnych stała się niepotrzebna i uciążliwa dla władz. Ale Koike i Kojima ujawnią nam również zdumiewające szczegóły morfologii samurajskiego miecza, sposoby pielęgnacji ostrza przygotowujące do zadania efektownego cięcia i wiele innych osobliwych praktyk, w których ukazaniu nie szczędzą typowo japońskiej pedanterii i drobiazgowości. Czy oglądając samurajskie filmy zastanawialiście się, czemu występujący w nich mistrzowie katany chadzają czasem z otwartym parasolem pomimo braku deszczu? Koike i Kojima odpowiedzą na to i inne pytania. 
 
„Poranek ściętych głów” ujawnia wiele kontrastów charakterystycznych dla przejściowych momentów historii. Rekonstruuje świat, w którym obwarowany ścisłą etykietą, wypełniony śmiercią ale i subtelną filozofią etos mistrzów miecza zderza się z grubiańską małostkowością mieszczan i kupców, windujących się na szczyt drabiny społecznej i coraz śmielej okazujących wyższość nad ubożejącymi samurajami. Świat, w którym stare elity, których pozycja wiązała się z respektowaniem wysokich standardów moralnych i duchowych, muszą ustąpić w hierarchii tłuszczy pozbawionych skrupułów dorobkiewiczów. Być może dlatego komiks ten, powstały w odległej epoce a opowiadający o czasach dla nas wręcz abstrakcyjnych, czyta się jak dzieło zupełnie świeże i aktualne: wszak my również żyjemy w epoce przejściowej.
 
Autor: Piotr Sawicki

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Pan Higgins wraca do domu i Nasze potyczki ze złem. Mignola/Johnson-Cadwell

 


 

Dwa cienkie albumiki w twardej oprawie wydane przez Non Stop Comics, firmowane nazwiskiem Mike'a Mignoli i mniej znanego Warwicka Johnsona-Cadwella już na poziomie zajawek w sieci rozpaliły tkwiącego we mnie retro-horrorowego nerda. Jak bowiem zapewnia Duży Mike, to rzecz inspirowana starą, brytyjską szkołą filmową opowieści o walce z wampirami.

Niestety autorzy mają pecha, bo trafiając na mnie jako recenzenta, nadziali się na maniaka brytyjskiego horroru, który nawet w „Wolverine: Orgins” widzi nawiązania do Hammerowskiego „The Curse of the Werewolf”. Zresztą sięgam często po rzeczy inspirowane różnymi opowieściami tego typu. Trudno więc mnie zachwycić i od razu mówię: „Profesor Bell” Sfara czy nawet „Baltimore” samego Mignoli, (komiks odnoszący się do podobnych wzorców popkulturowych a o niebo lepszy, nie wiem, dlaczego to nie on został wydany) są znacznie ciekawsze od strony fabularnej. Ta bowiem w Mignolowskich „Pogromcach Wampirów” leży i kwiczy. W obu przypadkach ledwie zaczyna raczkować, a już dochodzi do finału, pozostawiając czytelnika z dużym niedosytem a wampiry z kołkami w sercach. Nie ma tu dobrze zarysowanych postaci ani szczególnie rozbudowanych intryg. W najlepszym przypadku to tylko pretekst do tego, żeby Johnson-Cadwell sobie porysował. Rzecz przegrywa nawet z frankofońskim wampirzym czytadłem „Książę Nocy”, spod pędzla Swolfsa, a to już jest średniak do tego również jadący na sentymencie czytelników do retro-horroru.

 



I tu dochodzimy do najlepszego elementu obu albumów. Bo rysunki Johnsona-Cadwella, mimo iż ten nie jest mistrzem Mignolą, są po prostu w chuj urocze. Bardziej kojarzą się z europejską, niezależną szkołą grafiki komiksowej niż z amerykańskim mainstreamem. To najwyższej jakości cartoon, genialnie zgrywający się z tematyką bliską Hammerowskim baśniom o hrabim Draculi, gdzie Transylwania przemianowana została na Batstein, do którego dojeżdża się w trymiga dorożką z Londynu. Dla tych rysunków chce mi się w ogóle czekać na następne odcinki tej opowieści. Wątpię jednak w to, że się pojawią – już w drugim tomie Mignola figuruje na liście płac tylko jako pomysłodawca serii i twórca okładki. Wszystko zależy więc od tego, jak bardzo rysownikowi będzie trzeba kosić kasiorę na nazwisku sławnego kolegi. A może po prostu potraktował to jako sposób na przetrwanie pandemii? 



Miłośnicy brytyjskiego horroru to żaden target, bo jest ich najzwyczajniej jeszcze mniej niż wampirów. U nas po komiks ten sięgną więc głównie kompleciści Mignoli. Zawiodą się jednak, bo „Pogromcy Wampirów” według dużego Mike'a to nic nadzwyczajnego. Ja sam muszę mieć te albumy w kolekcji, bo do wspomnianych komplecistów należę. Jeśli Wy nie musicie tego kupować, to wydajcie lepiej kasę na „Profesora Bella” Sfara, który porusza podobne tematy, a jego inspiracje sięgają tych samych źródeł. Gwarantuję, że jest o niebo lepszym komiksem. O „Baltimore” nawet nie wspomnę, bo pewnie większość z Was, na przekór zwlekającym z wydaniem go oficynom, ma już ten album na półce w oryginale.




Daredevil tom 0. Smith/Mack/ i inni.


 


Mega Grubas. I nie mam tu na myśli Kevina Smitha, który napisał lwią część tego albumu, tylko objętość niniejszym opisywanego przeze mnie Daredevila z zerówką na grzbiecie. Egmont postanowił uzupełnić dziury runu vol. 2 i zaserwował nam składak z rzeczy wypełniających luki w seriach, które pisali Brian Michael Bendis i Ed Brubaker. Dostaliśmy tym samym ponad 500 stron (ciężkie cholernie, można tym serio zabić) przygód Śmiałka z Hell's Kitchen. Jako że nie zbieram importowanych omniaków, to jeden z najgrubszych komiksów superbohaterskich, jakie mam na półce.


Początek całego cyklu, oznaczonego w historii Daredevila jako vol. 2, znany pod tytułem „Diabeł stróż” to miniseria pióra słynnego reżysera kina niezależnego Kevina Smitha, rysowana przez Joe'go Quesadę, latami zajmującego wysokie stanowisko w Marvelu. Niestety nie jest udanym komiksem. Strona literacka to rozwlekła grafomania. W moich oczach ratuje ją tylko imponująca znajomość uniwersum Daredevila, którą popisał się autor. To sprawia, że czuję do tego komiksu sympatię, ale jeśli mam być z Wami szczery, to nie mogę go uznać za dzieło udane – to ewidentnie amatorka. Samo rozstawianie pionków na szachownicy jest niezbyt umiejętne, a narracja bywa rozwlekła i nudna. Wobec strony graficznej mam również mieszane uczucia. Sam rysunek Quesady i piękne kompozycje plansz (kilka razy nawiązujące do secesji) bardzo mi się podobają. Efekt jednak niszczy komputerowe kolorowanie, które nadaje warstwie wizualnej komplet złych cech mainstreamowych grafik z tamtego okresu. 

 



Na szczęście druga zebrana tu historia wypada lepiej. Napisane przez cały tabun scenarzystów (Davida Macka, Joego Quesade i Jimmyego Palmiottiego), „Części całości” wprowadzają przede wszystkim w życie Matta Murdocka kolejną kobietę prowadzącą podwójne życie. Głucha indiańska piękność Echo to fajnie napisana postać, ale jak na mój gust zbyt podobna do Elektry. Świetnie rozpisany jest tu również Kingpin, któremu autorzy poświęcili sporą część finałowego zeszytu. Choć ten run to żadne arcydzieło, w ostatecznym rozrachunku dostajemy przyzwoicie napisaną historię, która cieszy pomimo jak zwykle  komputerowej grafiki. Na pewno jest lepsza niż wcześniej opisywany przeze mnie cykl Smitha.

Trzecią długą historią jest pięciozeszytowy run pisany przez Boba Gale’a i Phila Winslade’a. Nie mówią mi nic te nazwiska, co mnie nie dziwi. Fabuła, dziejąca się w dużej mierze na wokandzie, nie dorównuje najlepszym tego typu historiom ze Śmiałkiem i oceniłbym ją jako przeciętną w swojej kategorii. Dodatkowo jej finał jest naciągany jak kalesony dziadka Hitlera. Rysunkowo jest poprawnie. Komputerowe kolory jak zwykle kaleczą mi oczy. 

 



Potem wchodzi on. W chwale, bo od dłuższego czasu robił już okładki do serii i były one w tych momentach najsilniejszym ogniwem cyklu. David Mack, mistrz eksperymentalnego komiksu, nie gorszy niż sam Dave McKean, a u nas jeszcze nie tak bardzo ceniony (to się jednak zmieni, bo ponoć już niedługo dostaniemy jego serię Kabuki). Opowiada nam origin występującej we wcześniejszych runach głuchoniemej bohaterki Echo. Robi to po mistrzowsku, a przy tym, nie popadając w kicz, cytuje Klimta, Picassa czy Van Ghoga. Korzysta z mieszanych technik, nawet bawi się w wyklejanki. Co za tym idzie, po prostu zmiata konkurencję z planszy, zarówno od strony wartości intelektualnej samej opowieści, jak i kreatywnością grafik. Jedynym minusem jego runu jest fakt, który wspomniałem już przy poprzednim wejściu na scenę prowadzonej tu postaci – Echo jest zbyt podobna do Elektry. A czy Mack przegrywa z Millerem i Sienkiewiczem (bo to oczywiste porównanie samo ciśnie mi się na klawiaturę)? Na to każdy będzie musiał odpowiedzieć sobie sam. 

 



Podsumujmy: Śmiałek z Hell’s Kitchen od czasu Franka Millera ma niebywałe szczęście do scenarzystów. Niniejszy zbiór udowadnia, że nie zawsze był to wybitny komiks. Bardzo dobrze jednak, że wydano ten album w naszym kraju, bo ja jako ultras Daredevila byłem bardzo ciekaw tych historii. Nawet jeśli są słabsze od flagowych opowieści.


czwartek, 22 kwietnia 2021

Oszałamiające bajki urłałckie. Prosiak

 


Wychowałem się na Prosiaku. Nie ma w tym krzty przesady. Gdy byłem dzieckiem mój starszy barat jeździł rowerem do autora "Ósmej czary" do pobliskich Chmielowic (koło Opola) i zaopatrywał się u niego - nie tylko w opowieści rysunkowe - ale także punkowe ziny, naszywki i inne gadżety. Do niedawna miałem jeszcze koszulkę ze statuą wolności, która zamiast trzymać pochodnię, pokazuje fuck'a. Jednak to właśnie komiksy Krzysztofa Owedyka, które on sam niezależnie i chałupniczo wydawał, były dla mnie najważniejsze. Czasem szydercze, czasem mroczne, konsekwentnie poddawały zjadliwej krytycy liczne instytucje i zjawiska społeczne, jednocześnie ucząc do nich zdrowego dystansu. Ile z tego przedostało się do pięknie wydanych przez Kulturę Gniewu - w twardej oprawie i na kredowym papierze - "Bajek Urłałckich"?


 

Najnowsze wydawnictwo Prosiaka składa się z kilkudziesięciu najczęściej jednostronicowych historyjek. Album dzieli się na 3 części. W pierwszej mamy prace z 1994 roku, w drugiej z 2003, a w trzeciej świeże opowieści, które są nieco dłuższe. Wszystkie „Bajki Urłałckie” łączy wspólne uniwersum, czyli właśnie tytułowa Urłałcja. To przedziwne miejsce, świat na opak, w którym przeplatają się sytuacje oraz postacie znane z bajek, legend i folkloru. W tym misz-maszu motywów króluje poczucie nonsensu. Owedyk dekonstruuje powszechnie znane historie ludowe i łączy ze sobą bohaterów z odmiennych rzeczywistości, bawiąc się przy tym skojarzeniami oraz absurdalną grą słów. I tak - zamiast Janosika, mamy Jenosika, który ograbia bogatych grabiami (sic!), wygrabiając z nich pchły na strawę dla ciemnego ludu. Jest i Kapciuszek (oczywiście zamiast Kopciuszka), który po prostu capi okrutnie. Na szczęście książę Jędryk okazuje się fetyszystycznym amatorem śmierdzących stóp. W zbiorze natkniemy się także na historię wiejskiego parobka wiodącego - w swoim mniemaniu - niezwykle nudny żywot. Jednak, gdy odnajduje magiczny kwiat paproci, naraz włącza się we współczesny wyścig szczurów, co przewrotnie okazuje się spełnieniem jego marzeń o spotkaniu ludzi pełnych pasji i energii. W tym miejscu zaznacza się obecna w całej twórczości Prosiaka, złośliwa krytyka środowisk wielkich korporacji, a szczególnie - powszechnie w nich panującej - karykaturalnej nowomowy. 


 

Takich odniesień do współczesności nie ma jednak tak wiele, chociaż to właśnie one bawiły mnie najbardziej. Czytając album odczuwałem niedosyt tego, co w moim odczuciu jest największą zaletą komiksowych narracji autor „Będziesz smażyć się w piekle”. Chodzi mi, nie tylko o - przepojoną duchem buntu i oporu - kontestację współczesnego świata, ale także o zwyczajne trzymanie się ziemi. Proste obyczajowe obrazki wycięte ze zwykłego życia, świetnie współgrały z sytuacjami absurdalnymi i nierealistycznymi w takich komiksach jak „Blixa i Żorżeta” czy „Ratboy”. Oczywiście formuła zaproponowana w Bajkach Urłałckich wyklucza tego typu podejście. Podejrzewam że ich tworzenie musiało stanowić dla Prosiaka nie lada zabawę oraz spore wytchnienie pomiędzy dłuższymi historiami. Jednak tak intensywne spiętrzenie pomysłów mniej lub bardziej poronionych, może trochę męczyć. Nie każdy dowcip się tu udał, historyjki są nierówne. Miałem też wrażenie pewnej powtarzalności. W jednej z „bajek” mamy do czynienia z hordą kozaków, która okazuje się być armią żywych butów o tej właśnie nazwie. Zdaje się, że ten sam dowcip pojawił się w parodii „Ogniem i mieczem” Michała Śledzińskiego. No cóż, pewnie zwykły zbieg okoliczności. Na marginesie muszę przyznać, że obu autorów łączy podobne - czerpiące z zabawnych kalamburów słownych - poczucie humoru oraz umowność zaproponowanych rysunków.

Jeśli chodzi o styl rysowania, Prosiak udowodnił, że odnajduje się w różnych estetykach. „Ósma czara” ma realistyczne grafiki, zaś w magazynie „Prosiacek” mamy do czynienia z całą gamą rożnych stylów i technik. „Bajki Urłałckie” posiłkują się karykaturalną, wręcz prymitywną kreską z intencjonalnym rozchwianiem i nieporadnościami. Z racji że album obejmuje prace z 25 lat, rysunki zmieniają się, podobnie jak ich rozmieszczanie na planszy. W najstarszych historiach narracja jest silnie skondensowana, aby móc zmieścić się na jednej stronie. Mamy także spore przeładowanie tekstami w dymkach (co być może wynika to zinowych nawyków). Najnowsze „bajki” prezentują się dużo lepiej. Styl jest bardziej pewny i unormowany, a opowieści szczodrzej rozbite na większą ilość plansz, przez co uzyskują sporo oddechu. 


 

Odradzałbym zaczynać swoją przygodę z Prosiakiem od tego albumu. Można wyrobić sobie fałszywą opinię o autorze, który w wg mnie jest twórcą już legendarnym. W latach 90' – obok Jacka Podsiadły prowadzącego słynną audycję radiową „Studnia” - był niezrównywanym komentatorem ówczesnych przemian, kimś kto – w rzeczywistości do cna przekłamanej – w końcu mówi prawdę. Bardzo rzadki to głos. Myślę że obecnie potrzebujemy go jeszcze bardziej, mimo iż oczekiwania rynku - masowego czytelnika - były i są inne. Fani twórczości Krzysztofa Owedyka zapewne na „Bajki Urłałckie” się skuszą. Dostajemy w końcu kawał świetnie wydanego komiksu, który zwyczajnie bawi. Jest też parę niewybrednych żartów z księży. Tak więc nie najgorsza to rozrywka. Tylko tyle i aż tyle.

Autor: Jakub Gryzowski

 

czwartek, 8 kwietnia 2021

Czarna Orchidea. Gaiman/McKean

 


Alchemia polega na tym, że pan mistyk-specjalista bierze sobie pierwiastek A i przy zachowaniu zasad równej wymiany transmutuje go w pierwiastek B. Tak to działa w sporym uproszczeniu i według zasad z najlepszego anime ever, faktyczne szczegóły historyczne są nudne. W komiksach natomiast alchemia polega na wygrzebaniu z wora zapomnienia postaci kompletnie nieistotnej i przekonfigurowaniu jej fabularnego kośćca w opowieść fascynującą i wartą zapamiętania na lata. Majstrami w tym przypadku są Neil Gaiman i Dave McKean, a betonem zamienionym w złoto jest „Czarna Orchidea”.

Generalnie to chodzi o superbohaterszczyznę. Jest sobie tytułowa bohaterka i ma ona moce, takie dosyć typowe dla pulpowego noir. Poza standardowym pakietem zwiększonych możliwości fikołkowych Czarna Orchidea jest totalną wymiataczką w dziedzinie przebieranek i tę umiejętność wykorzystuje, a jakże, do infiltracji i dochodzeń. Możemy tylko przypuszczać, że do tej pory wychodziło jej to całkiem nieźle. Niestety nam przyjdzie poznać jej historię w momencie, w którym zostaje złapana, zastrzelona i spalona. Skutkiem zaskakująco rozsądnego overkilla nie są jednak napisy końcowe, a początek hipnotyzującej, mistycznej tułaczki na granicy świadomości.

 


 

W sumie to nieprzypadkowo wspomniałem na wstępie o alchemii. Carl Gustav Jung dopatrywał się w zapiskach o tej dziedzinie alegorii do procesu indywiduacji. W skrócie chodzi o formowanie jaźni, które to miało zachodzić w dużej mierze w krainie snów. Zawsze bardzo lubiłem w recenzje wpychać słowo „oniryczny”, bo mądrze brzmi i do wielu narracji naprawdę pasuje. Teraz czuję, że powinienem wszystkie te poprzednio użyte oniryzmy zachować sobie do tekstów o dziełach Gaimana. „Czarna Orchidea” to nie jest komiks superbohaterski, to opryskany rozlanym tuszem wydruk z maszyny rejestrującej sny, tylko przypadkiem w krainie Morfeusza tańcują Batman, Poison Ivy i Swamp Thing.

Tak właściwie to mam do autora ogromny szacunek za to, jak zręcznie udało mu się osadzić narrację w uniwersum DC Comics i jednocześnie uniknąć popkulturowego smrodu przepoconego spandeksu. Wziął sobie bohaterkę, która nie obchodziła absolutnie nikogo i dobudował jej mitologię mogącą usprawiedliwić swobodny lot po bezkresie nawiązań i inspiracji. Tę zwiewną, tajemniczą mgiełkę zbudował przy okazji na szkielecie całkiem konkretnego, mrocznego origin story. Pokazał, że konsekwencje nadludzkich zdolności, takie jak powrót do życia, to nie zawsze jest (i nie powinien być) bezstresowy spacerek.

 



Z drugiej strony nie jestem pewny, czy nie dałem się zwyczajnie kupić przesadzonej, pretensjonalnej idei. Po odarciu z tego przekombinowanego, sennego romantyzmu „Czarna Orchidea” jest historią stosunkowo prostą, głębi nadaje jej jedynie ogromny talent Gaimana do mazania po nitkach onirycznego (musiałem) płótna. Nie musi to być wada, ale w sumie nie mogę nawet całkowicie szczerze stwierdzić, że ten album czyta się przyjemnie. Musiałem zrobić sobie przerwę, choć tomy takiej objętości połykam zwykle na raz, a z żadną z protagonistek (nie będę bardziej spoilerował) nie poczułem prawdziwej więzi. Bardziej pochłonęło mnie wszystko, co się z nimi działo.

Podobne nastawienie mam do ilustracji Dave’a McKeana. Nie ukrywam, generalnie ten komiks jest wizualnie powalający, każda strona to mała galeria spójnych, nieco psychodelicznych dzieł sztuki, których tonacje zmieniają się jedynie na skutek wyraźnych fluktuacji wątków. Artysta operuje prostymi kadrami, ale często ucieka z ich ram. W ich granicach zawsze doskonale wie co i z jakiej perspektywy ukazać. Robi to zresztą z mistrzowskim kunsztem, muska lekko realizm, ale szybko pierwsze skrzypce zaczynają grać malowane barwy, a kształty wyłaniają się z nich z trudem. Budowanie klimatu na poziomie mistrzowskim, trochę gorzej to wszystko jednak wypada pod kątem narracji wizualnej. Płynność jest bardzo umowna, zdarzało mi się mylić kolejność kadrów między stronami. Może to tak miało być? Nie wiem, w sumie chyba ten mętlik trochę pogłębił uczucie przebijania się przez warstwy nieświadomości. Koniec końców, pomimo łyżki dziegciu, podobało mi się to bardziej niż „Azyl Arkham. Poważny dom na poważnej ziemi”. McKean był tu po prostu bardziej przejrzysty.





 

"Czarna Orchidea” bardzo chciałaby być jednym z tych legendarnych dzieł, które zawsze będą na ustach wszystkich maniaków komiksów lubiących uważać się za koneserów nieco bardziej wysublimowanej formy tego medium. Prawie się udało. Prawie bo to Gaiman u początku swojej kariery, nienauczony jeszcze subtelności i zabiegów narracyjnych koniecznych do poprowadzenia nieskazitelnej narracji komiksowej. Nie brakowało jednak wiele – żeby była jasność, gdybym miał ocenić cyferką (co czasem bywa wygodne dla wyjaśnienia zawoalowanych myśli), wlepiłbym pionę z plusem. To przepiękna graficznie i fabularnie, urzekająca córa najbardziej klasycznych reimaginacji superbohaterskich. Zwiewna i delikatna opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości. Nie działa tylko idealnie jako komiks, ale zdecydowanie warto jej to wybaczyć. Must have.

 Autor: Rafał Piernikowski 

niedziela, 4 kwietnia 2021

Kingdom Come. Przyjdź Królestwo. Waid/Ross

 


Umówmy się, graficznie komiksy Alexa Rossa to pierwszej wody kicz. Udowodnił on jednak swoimi pracami, że jego styl świetnie pasuje do opowiadania historii superbohaterskich. Sam jestem wielkim fanem jego innego komiksu, stworzonego do spółki z Kurtem Busiekiem „Marvels” z 1994 roku. To wyjątkowo udana czteroczęściowa miniseria, która w cudowny sposób przeprowadza czytelnika przez historię Marvela. Sięgając po „Kingdom Come. Przyjdź królestwo”, osadzone dla odmiany w uniwersum DC, miałem więc wyśrubowane wymagania. 

 

 

Jeśli ma się na pokładzie Rossa, jest się już wygranym, bo twój komiks kupią kolekcjonerzy zbierający wszystko, co stworzył ich niezwykle ceniony za swoje rzemiosło idol. Fajnie byłoby jednak mieć też dobry scenariusz. W „Kingdom Come. Przyjdź królestwo” za warstwę literacką odpowiada Mark Waid. Postanowił stworzyć kolejną opowieść o świecie zagrożonym globalnym zniszczeniem, opowieść do bólu amerykańską, doprawioną przebrzmiałym już chyba wtedy (1996) zimnowojennym lękiem przed bombą atomową. Nie wiem, jak geniusz wpadł (sarkazm alert) na pomysł stworzenia takiej opowieści, ale w gruncie rzeczy ratowanie świata przez superbohaterów nie musi oznaczać czegoś wtórnego i złego. Taki scenariusz mają też przykładowo „Strażnicy” Moore'a i Gibbonsa, a mimo upływu lat trzymają się rewelacyjnie. Waid ma jednak kij od szczotki bardzo mocno osadzony w miejscu, gdzie nie dochodzi światło słoneczne, przez co fabule brakuje kontrastu w zestawieniu z równie sztywnymi, pompatycznymi rysunkami Rossa. 

 



 

Dość śmieszne wydają mi się też stwierdzenia niektórych czytelników, którzy się kajkoszom nie kłaniali, jakoby kunszt Rossa był „prawdziwą sztuką”. No ok, gość ma wyrobioną łapę, ale hiperrealizm nadaje się bardziej na okładki pulpowych magazynów (w tym Ross jest niekwestionowanym mistrzem) niż do galerii sztuki. Do komiksów natomiast jego warsztatowi brak dynamiki, czy o zgrozo, w ogóle zrozumienia, o co w komiksowym fachu jako takim chodzi, bo czasem bardzo istotna jest pewna umowność rysunku i design kadru. Na tym poziomie twórczość Rossa jest ogólnie na każdej płaszczyźnie przestrzelona. Można bronić tego komiksu, stwierdzać dość jasny fakt, że opowieść została tak uszyta, by autor mógł sobie porysować swoje iście socrealistyczne, czy jak kto woli – i tak źle, i tak niedobrze – żywcem wyjęte z „Triumfu woli” scenki rodzajowe. Niemniej poziom patosu jest tu aż mdląco ogromny. 

 




Pozostaje się modlić, żeby album ten, opatrzony przez niektórych etykietką dzieła wybitnego, nie dostał się w ręce ludzi mających złe zdanie o medium, bo dzięki niemu utwierdzą się w przekonaniu, że komiks superbohaterski to coś złego, kiczowatego (tyle raz co tu nie użyłem chyba jeszcze tego słowa w tekście) i w gruncie rzeczy szkodliwego. Coś niosącego ze sobą wartości, od których wrażliwsi lewacy zgrzytają zębami. Bóg, honor, Kingdom Come.

 

Top 10. Smax i inne opowieści. Moore/Di Filippo

 


Niniejszy album zbiera trzy miniserie. Dwie z nich to spin-offy do świetnego cyklu „Top 10” autorstwa Alana Moore'a poczynione przez niego samego, a trzecia fabuła jest kontynuacją napisaną przez Paula Di Filippo. Wyprzedzę Wasze pytania i już na wstępie powiem – wszystkie trzy są niezłe. Z kronikarskiego obowiązku przejdę jednak dalej, bo chciałbym je Wam pokrótce opisać. 
 
„Top 10” traktuje o dziesiątym komisariacie policji w nietypowej metropolii zaludnionej przez superherosów, rozumne roboty i insze stworzenia z nadprzyrodzonymi mocami. Dla Moore'a stanowiło to punkt wyjścia do opowiadania o tyglu kulturowym i odmienności jednostek w wielkim mieście. W oryginale udawało mu się to znakomicie. Tu wychodzi niewiele gorzej. 
 
 

 
 
Pierwsza opowieść zatytułowana „W roku 1949”, jak sama nazwa wskazuje, opowiada o wspomnianym mieście w latach powojennych. Tylko częściowo jednak dotyczy dziesiątego komisariatu. Ważniejsze wydają się tu relacje międzyludzkie i odkrywanie przez jedną postać swojej tożsamości seksualnej. To niezła historia, której zarzuciłbym chyba tylko fakt, iż słabo eksploatuje tak istotny w oryginale, wdzięczny motyw zatłoczonego miasta. Narysowana jest bardzo udaną, realistyczną kreską i pokolorowana (strzelam, że to nie cyfra) akwarelami. 
 
Drugą opowieścią jest spin-off traktujący o jednej z pobocznych postaci głównej serii – niebieskim funkcjonariuszu Smaxie. Moore wpadł na pomysł wysłania obdarzonego nadludzkimi zdolnościami osiłka w rodzinne strony. Tak się składa, że Smax pochodzi z innego wymiaru, który przypomina nasze opowieści fantasy czy baśnie. Bohaterowi przyjdzie się zmierzyć nie tylko ze smokiem (brawurowo wykreowanym przez Moore'a na podobieństwo kota – totalne mistrzostwo odchodzące od typowego ukazywania tych istot), ale i z traumatyczną przeszłością i dość specyficznymi, skomplikowanymi konotacjami rodzinnymi. To rzecz zabawna i udana na równi z oryginałem, z tym że penetruje zupełnie inne rejony fantastyki. Graficznie dominuje tu oczojebny cartoon, ale taki rysunek świetnie pasuje do atmosfery opowieści. 
 

 
 
Trzecią miniserią jest bezpośrednia kontynuacja losów dziesiątej komendy pisana już przez innego scenarzystę – Paula Di Filippo. Pochwalę go, bo mimo iż może nie udało mu się stworzyć opowieści równie zabawnej jak Moor'owy oryginał, to moim zdaniem świetnie zachował atmosferę panującą w biurach tytułowej dziesiątki. Stworzył jednak dzieło do bólu epigońskie względem opowieści słynnego Brytyjczyka, naśladujące go na każdej płaszczyźnie – dla jednych będzie to zaletą, dla innych wadą. Ja szczerze powiem, że bardzo polubiłem te postacie i chciałbym poczytać więcej ich przygód, nawet jeśli miałyby być napisane przez Filippo. 
 
Oczywiście, jak to z seriami pobocznymi bywa, są słabsze od pierwowzoru. Niemniej nie na tyle, żebyście mogli je przepuścić. To nie jest ścisły top komiksów Moore'a, nie była nią już nawet oryginalna miniseria, ale jeśli jesteście komplemencistami Bestii z Northampton, to chcecie te trzy drobiazgi przeczytać i pewnie też mieć na półce.
 

 

piątek, 2 kwietnia 2021

Hubert. Ben Gijsemans

 


Potencjał medium komiksowego można wykorzystać wielorako. Na przykład budując wartką historię przy pomocy umiejętnie zastosowanych skrótów. Gdy jeszcze do tego doda się ekspresję stylu i pomysłowe kadrowanie, kreski na papierze przeistaczają się w rozrywkę, która wgniata w fotel niczym dobre kino akcji. Jest jeszcze inna, przeciwna droga. Wyciszenie, kontemplacja, asceza. To główne środki wyrazu Bena Gijsemansa zastosowane w Hubercie – komiksie artystycznym absolutnie pozbawionym pretensjonalności mogącej kojarzyć się z tym określeniem.

W powieści graficznej belgijskiego twórcy nie mamy zbyt rozdmuchanej dramaturgii. Głównie obserwujemy, jak główny bohater obserwuje (sic!). Odwiedzając wielkie muzea Francji i Belgii, Hubert – pan w średnim wieku - przez dłuższy czas kontempluje arcydzieła światowego malarstwa. Interesuje go sztuka impresjonistów (jak choćby słynna „Olimpia” Maneta), ale i starsze obrazy. Główną uwagę skupia na klasycznym pięknie kobiecych postaci. Sam również maluje. Wzoruje się na zdjęciach, które wcześniej zrobił obrazom w muzeum. Gijsemans nie pokazuje czytelnikom wiele więcej. Mamy oczywiście parę prozaicznych obrazków: jazda samochodem, czytanie gazety, oglądanie tv. Hubert parę razy „wraca na ziemię” w momencie kontaktu z drugim człowiekiem. Nie są to udane chwile. Czasem musi się wręcz bronić, jak przed namolną sąsiadką, która próbuje go uwieść. Jednak te wszystkie, niewielkie przecież zdarzenia, są przerwą w istotnym życiu, którego seans zawiera się w obcowaniu z wielką sztuką. 

 


 

Jest jeszcze jeden element w życiu naszego protagonisty, który scala to, co rzeczywiste, ze światem wykreowanym przez mistrzów pędzla. To widok pięknej sąsiadki z zza okna podlewającej kwiaty na parapecie. Ona również będzie zatrzymywała wzrok Huberta na dłużej niż chwilę, stawiając przed nim tajemnicze wyzwanie.

Trudno o tak daleko posuniętą jedność treści i formy, jak w przypadku tego komiksu. Nieraz nadużywam terminologii filmowej w celu opisania jakiejś powieści graficznej, jednakże nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Hubert” spełnia wszelkie wymogi „Slow Cinema”. Autor ukazuje nam swoją historię w szeregu identycznych kadrów, w których minimalizm „dziania się” jest ukazany w takich samych planach. Mamy także wiele „pustych plam”, momentów ciszy – bohater wychodzi z kadru, a „kamera” (nasze spojrzenie) tkwi w miejscu rejestrując dalej. Arcydzieła malarstwa obserwujemy razem z bohaterem w rozbitych na wiele części detalach oraz w grafikach rozlewających się na całe plansze. To na nich rozgrywa się prawdziwe życie, które jest atrakcyjne i głębokie, gdy tymczasem świat poza obrazem jest monotonny - trąci martwotą. 

 


 

Aż trudno uwierzyć, że dzieło autora wywodzącego się z gandawskiej School of Arts, to debiut, którego pierwsze rozdziały stanowiły pracę dyplomową. Historia, a przede wszystkim ujęcie formalne zaproponowane przez Gijsemansa, przywodzą na myśl pracę starego mistrza. Autor z drobiazgowością charakterystyczną dla japońskich drzeworytów okresu Edo, kreuje przed nami dzieło o sztuce, które same jest sztuką. W tym konsekwentnym dążeniu do ideału, podejmowaniu na powrót tego samego trudu – narysowania tego samego kadru z ledwie zauważalną wewnątrzkadrową zmianą – jest coś z medytacji, będącej głównym tematu tego komiksu.

Oczywiście „Hubert” to także opowieść o samotności, ale nie w wydaniu tragicznym. W dziele Gijsemansa dużo ważniejsze wydaje się uchwycenie tajemniczej więzi między człowiekiem a dziełem sztuki. Owa relacja, dostępna jedynie nielicznym i tak trudna do przekazania innym, zdaje się owocować cichą radością, swoistą harmonią pojedynczej i samowystarczalnej egzystencji, której tło stanowi odpychający chaos tzw. „normalnego życia”. 

 



Dla wielu uczta zaproponowana przez belgijskiego twórcę, będzie daniem przeznaczonym wyłącznie dla koneserów, znawców dobrego smaku. O komiksach artystycznych niekiedy krzywdząco mówi się, że dobrze wyglądają leżąc na półce, gdzie mogą zaimponować naszym gościom. Rzeczywiście, na upartego dzieło Gijsemansa możemy przeczytać w niespełna 5 minut - w końcu niewiele w nim pada słów – i odłożyć na przeznaczone do tego wyeksponowane miejsce. Jednak dla czytelnika, który ma sobie przynajmniej odrobinę coś z Huberta, komiks ten może być zaproszeniem do dłuższego wniknięcia w wyszukane trajektorie kompozycji dawnego malarstwa. Ten - otwierający się przed nami - wspaniały świat – inaczej niż ma to miejsce w sztuce współczesnej – wyraża się poprzez klasyczne piękno ujęte w majestatycznej, kunsztownej formie i właśnie dlatego potrafi nas – przynajmniej niektórych z nas - uwieść.

 Autor: Jakub Gryzowski