Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą manga. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 kwietnia 2021

Poranek ściętych głów. Tom 1 i 2. Koike/Kojima

 



ŁABĘDZI ŚPIEW KATA

Opus magnum autorów „Poranka ściętych głów”, to jest serię „Samotny wilk i szczenię” (1970-1976), polski czytelnik miał okazję śledzić lata temu, gdy w kieszonkowej formie wydawało ją (nie doprowadzając zresztą do końca) wrocławskie wydawnictwo Mandragora. Kto miał okazję ową legendarną mangę czytać, orientuje się w specyfice stylu Kazuo Koike i Gōsekiego Kojimy. Drobiazgowe odwzorowanie realiów epoki Edo, szczegółowa, nieprzeładowana dialogami narracja i realistyczne rysunki nie poddające się mangowej manierze małych nosków i wielkich oczu, to również przymioty „Poranka ściętych głów”, serii rozpoczętej w 1972 roku i kontynuowanej równolegle z „Samotnym wilkiem” do roku 1976. Nakładem Hanami właśnie ukazał się drugi tom tej klasycznej mangi, która, choć nie jest owiana tak wielką sławą jak „Kozure Okami”, w niczym nie ustępuje flagowemu dziełu duetu Koike-Kojima. Mało tego – oparta na mniej konwencjonalnym pomyśle jest, w moim przekonaniu, dziełem pod pewnymi względami dojrzalszym.

„Poranek ściętych głów” trudno bowiem wtłoczyć w ramy zwykłej opowieści samurajskiej; to nie komiks akcji lecz surowa kronika życia w schyłkowej fazie epoki Edo, u progu XIX wieku, gdy rozkładający się system feudalny ustępował miejsca młodemu kapitalizmowi, a kodyfikowany przez wieki etos moralny zaczął ulegać korozji. Krótko mówiąc, Koike i Kojima biorą pod lupę tą samą rzeczywistość i problemy, które po mistrzowsku odmalował Akira Kurosawa w filmach „Na dnie” i „Straż przyboczna”, przy czym warto nadmienić, że luźna formuła komiksowej serii pozwala im na naświetlenie realiów epoki pod naprawdę wieloma kątami oraz wyłuskanie z nich całej gamy bezcennych smaczków.

„Samotny wilk i szczenię” był pod względem gatunkowym klasyczną chambarą – samurajską opowieścią drogi z zaakcentowanym motywem zemsty i kulminacjami w postaci efektownych mieczowych rozpraw. Główny bohater, Ogami Itto, wraz z synkiem Daigoro, przemierzał feudalną Japonię wzdłuż i wszerz, angażując się w rozmaite przygody jako „samuraj do wynajęcia”. Trasa jego wędrówki odhaczała kolejne epizody epickiej fabuły.

„Poranek ściętych głów” posiada strukturę całkowicie inną. Nie ma w nim motywu „odysei” bohatera; wszystkie wydarzenia rozgrywają się w granicach stołecznego miasta Edo, które w czasach, w jakich umiejscowiona została akcja, liczyło około miliona mieszkańców. Główny protagonista bardziej jest fabularnym zwornikiem niż postacią centralną, od Ogamiego Itto różni go także społeczne sytuowanie. Bo choć jak tamten jest roninem (bezpańskim samurajem), prowadzi osiadły tryb życia, co więcej nie musi imać się dorywczych zajęć bowiem ma stałą, wielce nietuzinkową, pracę.

Bohater „Poranka ściętych głów”, Yamada Asaemon jest mianowicie referencyjnym testerem mieczy. Sporządzona przez płatnerza katana trafia w jego ręce, a on używając jednego cięcia sprawdza jej jakość i użyteczność. Jako wykwalifikowany rębacz Yamada pełni też funkcję miejskiego kata ścinającego głowy skazańcom (oryginalny tytuł serii, „Kubikiri asa”, znaczy w dosłownym tłumaczeniu „Samuraj-kat”). „Końcowym egzaminem” przysposabiającym go do zawodu było ścięcie własnego ojca w ramach sekundowania mu przy popełnianiu seppuku. Życie Yamady upływa pośród przelanej krwi i wrzasków skazańców odbywających swą ostatnią drogę. Żyje on samotnie, bez rodziny, gdyż nie chce przekazać śmiercionośnego fachu ewentualnemu potomkowi. Dzieje swego rodu pragnie zakończyć na sobie. Jakby zgodnie z logiką epoki, w której klasa samurajów zmierza ku wymarciu.

Intryga każdej z nowel składających się na cykl „Poranek ściętych głów” osnuta jest wokół jakiegoś dramatycznego problemu, który główny bohater musi rozwiązać jednym mistrzowskim cięciem. W pierwszej kolejności chodzi o wspomnianą dekapitację ojca, następnie o egzekucję byłej kochanki, później zaś następują inne trudne (nie tylko technicznie ale przede wszystkim moralnie) zadania. Ich cel nie zawsze sprowadza się do pozbawienia kogoś życia. Na przykład w jednej z nowel węzłowym punktem fabuły jest mistrzowskie przecięcie przez Yamadę ryżowego ciasta mochi.
Niezależnie od tego, co i w jakich okolicznościach przyjdzie głównemu bohaterowi rozpłatać, zaprezentowane w dwóch pierwszych tomach historie są bardzo zróżnicowane, a meandry wiodące do zadania decydującego cięcia zawsze zaskakują, dostarczając czytelnikowi bogatych obserwacji życia XIX-wiecznego Edo: wiedzy na temat konwencji prawnych regulujących poszczególne dziedziny życia czy też niuansów, nieraz z naszego punktu widzenia absurdalnych, samurajskiej etykiety obowiązującej w czasach panowania dynastii Tokugawa.

Inspiracje do swych scenariuszy Koike ponoć w dużym stopniu czerpał z akt policyjnych tamtych czasów, co tylko podbija kronikarską wartość cyklu. Twórcy przeprowadzają nas przez galerię iście potwornych patologii: poznamy, między innymi, obłąkanego pedofila-mordercę i piromankę; poznamy procedury pozwalające policji rekrutować byłych przestępców celem wyłapywania aktywnych niegodziwców oraz skutki wynikających z tego nadużyć. Dowiemy się o kupieckich spekulacjach cenami ryżu doprowadzających samurajów do skraju nędzy – praktyki te, aprobowane po cichu przez szogunat, przyczyniały się do marginalizacji klasy samurajskiej, która w okresie pozbawionym konfliktów zbrojnych stała się niepotrzebna i uciążliwa dla władz. Ale Koike i Kojima ujawnią nam również zdumiewające szczegóły morfologii samurajskiego miecza, sposoby pielęgnacji ostrza przygotowujące do zadania efektownego cięcia i wiele innych osobliwych praktyk, w których ukazaniu nie szczędzą typowo japońskiej pedanterii i drobiazgowości. Czy oglądając samurajskie filmy zastanawialiście się, czemu występujący w nich mistrzowie katany chadzają czasem z otwartym parasolem pomimo braku deszczu? Koike i Kojima odpowiedzą na to i inne pytania. 
 
„Poranek ściętych głów” ujawnia wiele kontrastów charakterystycznych dla przejściowych momentów historii. Rekonstruuje świat, w którym obwarowany ścisłą etykietą, wypełniony śmiercią ale i subtelną filozofią etos mistrzów miecza zderza się z grubiańską małostkowością mieszczan i kupców, windujących się na szczyt drabiny społecznej i coraz śmielej okazujących wyższość nad ubożejącymi samurajami. Świat, w którym stare elity, których pozycja wiązała się z respektowaniem wysokich standardów moralnych i duchowych, muszą ustąpić w hierarchii tłuszczy pozbawionych skrupułów dorobkiewiczów. Być może dlatego komiks ten, powstały w odległej epoce a opowiadający o czasach dla nas wręcz abstrakcyjnych, czyta się jak dzieło zupełnie świeże i aktualne: wszak my również żyjemy w epoce przejściowej.
 
Autor: Piotr Sawicki

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Opowieść Panny Młodej #1 i #2



 Dwudziestoletnia Amira odsłania zakrytą ślubnym welonem twarz i po raz pierwszy widzi swojego dwunastoletniego męża Karluka. To aranżowane małżeństwo dzieli nie tylko spora różnica wieku. Oboje należą do odrębnych mikroświatów Azji Środkowej. Amira pochodzi z plemienia koczowników, Karluk żyje w małej osadzie na Jedwabnym Szlaku. Związek tych dwojga staje się dla Kaoru Mori znakomitym pretekstem do zobrazowania życia, zwyczajów i kultury mieszkańców środkowoazjatyckich stepów.


Mimo iż „Opowieść Panny Młodej” jest przykładem rozrywki lekkiej, łatwej i przyjemnej – co w przypadku współczesnego komiksu nie jest już normą – to dzieło Kaoru Mori posiada dużą wartość etnograficzną. Historia rozgrywa się w XIX wieku, w okresie, gdy duża część koczowników zdecydowała się na stałe osiedlenie. Czuć tu pewną ulotność, ducha odchodzącej epoki, którą autorka chce przybliżyć czytelnikowi, ocalając ją od zapomnienia. Znakomicie poprowadzonym wątkom obyczajowym i przygodowym towarzyszy drobiazgowy dokumentalizm. Autorka wplata w historię całe rozdziały poświęcone rzemiosłu ludów o których opowiada, przy tym robi to z taką gracją, że nie mamy wrażenia obcowania z nudną pogadanką historyczną. Pod tym względem radzi sobie równie dobrze, co twórca serii Usagi Yojimbo, Stan Sakai, będący bardzo cenionym propagatorem kultury Japonii, z tą różnicą, że rysunek Sakaiego jest bardzo umowny, a Kaoru Mori posługuje się realistycznym, drobiazgowym stylem. Bogate orientalne ornamenty pokrywają tła, elementy architektury, narzędzia codziennego użytku i pieczołowicie odtworzone stroje ludowe.   



Hermetyczność japońskiej animacji i komiksu nie jest do końca mitem. Zdarza się, że narracja w mangach jest niestrawna, czy nawet niezrozumiała dla czytelnika nieobeznanego z tą odmianą opowieści obrazkowych. Problem ten nie dotyczy jednak "Opowieści Panny Młodej". Prócz charakterystycznych dla japońskiego komiksu twarzy, rysunek jest tak przystępny (można by rzec, że uniwersalny), że nic tu nie powinno drażnic nawet mocno uczulonych na mangi. Sama narracja tak przejrzysta i klarowna, że chętnie porównałbym ją do  filmowego "stylu zerowego", czy klasycznych europejskich komiksów.

 Kaoru Mori posiada niesamowity dar zjednywania sobie czytelników, nawet tych bardzo wybrednych. Historia którą opowiada jest ciepła i wzruszająca, a przy tym w jakiś magiczny sposób udaje jej się nie przekroczyć tej cienkiej granicy, która dzieli te uczucia od ckliwości i infantylizmu. We Francji została wyróżniona Nagrodą Międzypokoleniową (fr. Prix Intergénérations) na Międzynarodowym Festiwalu Komiksu w Angoulême. Sięgnąć po "Opowieść Panny Młodej" powinni więc wszyscy: zarówno konserwatyści zaczytani w komiksie frankofońskim, miłośnicy historycznych powieści graficznych, jak i ci, którzy w komiksie szukają tylko rozrywki i dobrej historii.



Niestety, "Opowieść Panny Młodej" jak na razie jest zupełnie niedostrzeżona przez polskie środowisko komiksowe. Wpłynęło na to kilka czynników. Komiksiarze przyzwyczajeni są do tego że "te dobre" mangi wydaje Hanami, a komiks Kaoru Mori ukazał się nakładem dość młodego wydawnictwa Studio JG. Następnym powodem jest na pewno wydźwięk polskiego tytułu, który sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z komiksem kierowanym do młodych dziewcząt, które, no cóż - faktycznie stały się w Polsce głównym odbiorcą tej serii. Niemniej jakiekolwiek hermetyzowanie jej  jest niewybaczalnym błędem. "Opowieść Panny Młodej" łączy w sobie wiele gatunków - znajdziemy tu portret wielopokoleniowej rodziny, nieszablonową historię miłosną, wartką, przygodową akcję ale też melancholijną balladę na cześć codzienności.


Przy okazji selekcji tytułów w plebiscycie na komiks roku (http://www.komiksyroku.pl) miałem okazję wymienić kilka słów na temat "Panny młodej" z Rafałem Wójcikiem (http://abrewiacje.wordpress.com/) - znawcą medium, opiekunem komiksowych zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu . Scharakteryzował ją krótko: "to piękny komiks".  Próżno dziś szukać takiego określenia w warsztacie publicysty zajmującego się kulturą. Ja sam w czasie dotychczasowej pracy recenzenckiej chyba nigdy jeszcze go nie użyłem. Zawsze jednak musi być ten pierwszy raz. Nie pozostaje mi nic innego, jak przyznać Rafałowi rację. "Opowieść Panny Młodej" to piękny komiks. Gdybym w podsumowaniu roku kierował się tylko tym co podpowiada mi serce, okrzyknąłbym go  najlepszym albumem 2013 roku.  

środa, 5 czerwca 2013

Apokalipsa według dentysty






Mimo że horror w naszym kraju jest niezwykle popularny, to dalej cierpi z powodu niedowartościowania i braku zrozumienia. Smutna to tendencja, bo ignorowanie go trąci podziałami na sztukę wysoką i niską, a przecież chyba nie było innego komercyjnego gatunku, przez którego pryzmat tak wiele można się dowiedzieć o człowieku. Groza i tematy w niej poruszane są jak senny koszmar będący podświadomą projekcją lęków trapiących nie tylko jednostkę, ale całe społeczeństwa. Żyjąc w epoce dominacji horroru cielesnego (którego wpływy wykraczają często poza ramy gatunku – patrz: „Pasja” Mela Gibsona), jesteśmy w pewnym stopniu uodpornieni na wiele zjawisk kulturowych nacechowanych okrucieństwem. Sama tendencja, utożsamiana często z gore, to również efekt zachodzącej w obszarze sztuki emanacji wewnętrznych, doświadczanych przez jednostkę napięć. W Japonii gatunek ten zdaje się jeszcze bardziej wyskalowany – specjaliści twierdzą, że z powodów politycznych i społeczno-kulturowych.

Junji Ito, podobnie jak jeden z mistrzów kina gore Lucio Fulci, zdobył wykształcenie medyczne – zanim profesjonalnie zajął się tworzeniem komiksów, pracował jako dentysta. Można przypuszczać, że wiele z niepokojącej cielesności i fizjologii pojawiającej się w dziełach tego autora ma swoje korzenie w tym właśnie doświadczeniu.  Jego niedawno wydany w Polsce komiks łatwo dałoby się zbagatelizować, uznając go za jakieś niezdrowe japońskie dewiacje, bo „nie dość, że to horror, to jeszcze manga”. Byłoby to jednak postępowanie świadczące o krótkowzroczności. Zdecydowanie przestrzegam przed wylewaniem dziecka z kąpielą. „Gyo – Odór Śmierci” to krzywe zwierciadło, w którym odbijają się podskórne lęki naszej cywilizacji. Co więcej, wydźwięk utworu jest uniwersalny do tego stopnia, że komiks Ito można interpretować zarówno jako trawestację Biblii, jak i darwinizmu.


niedziela, 7 kwietnia 2013

Manga moralnego niepokoju


Na łamach ArtPapieru piszę o zbiorze komiksów Yoshihiro Tatsumiego „The Push Man and Other Stories”. Na przyszły rok Wydawnictwo Komiksowe zapowiedziało uchodzącą za jego opus magnum biograficzną powieść graficzną „Drifting Life”, myślę więc, że najwyższy czas przyjrzeć się jego twórczości.


 (...) W czasach, gdy tworzone były prace zebrane w omawianym tomie (schyłek lat 60 XX wieku), autor był wydawcą i mimo, że zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że mógł tworzyć coś, co odniosłoby sukces komercyjny, to przekornie wybrał tematykę trudną –  społeczną, zaangażowaną, ocierającą się o tabu – Amerykanie powiedzieliby, że undergroundową. Jego bohaterami (prócz proletariatu) są głównie ludzie z marginesu – często mordercy oraz wszelkiej maści zwyrodnialcy. Autor nie skupia się jednak na tkwiącym w nich potworze. Interesuje go raczej ludzki aspekt ich egzystencji i miejsce, jakie zajmują w społeczeństwie. Zawsze widzi ich jako członków rodziny, pracowników, mężów, nieszczęśliwych kochanków. Jego komiksy – mimo iż można rozpatrywać jego twórczość jako spójną – nie posiadają jednego bohatera. Tatsumi nie boi się jednak obsadzać w głównej roli wciąż ten sam typ postaci: mężczyznę o topornej, kartoflanej twarzy i nijakiej fizjonomii. Szary, mijany na ulicy człowiek o zmęczonym obliczu zdaje się ulubionym aktorem jego dramatów.

piątek, 7 października 2011

Crying Freeman - Kazuo Koike i Ryoich Ikegami


Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo JPF. Bardzo dziękuję.


Nie mam zamiaru spoilerować fabuły tego komiksu. Ale uważam, że przed sięgnięciem po tę pozycję warto wiedzieć, z czym będzie się miało do czynienia. Nie każdy fan sensacji lubi przynależne do lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych tendencje wywodzące się z gangsterskiego kina Hongkongu. A to, co (według mnie) najlepsze w "Crying Freeman", korzenie ma właśnie tam.


Nurt kopano - strzelanego kina gangsterskiego, po wielkim boomie w swojej ojczyźnie, przesiąknął skutecznie do innych krajów. Co w tej chwili dla nas istotne - nawet do posiadającego swoje tradycje gangsterskie kina japońskiego. W Stanach tendencja trafiła na szczególnie żyzny grunt i rozwijała się samodzielnie, została nawet na nowo ochrzczona - wtórnie wobec samej estetyki, lecz jakże trafnie - gun fu. Do tego nurtu możemy włączyć, wykorzystujący najlepsze motywy owej mangi film, w którym maczał palce, stojący w cieniu Quentina Tarantino, utalentowany James Avary.



(Trailer z czasów VHS - łezka się w oku kręci)

"Wybrany" - bo tak funkcjonuje w naszej TV - okroił nie tylko mitologię Freemana ( w którego wcielił się Mark Dacascos ) ale i fabułę. Film okazuje się tak naprawdę adaptacją pierwszych trzech tomów, na których dla własnego dobra komiks powinien się skończyć. Jestem święcie przekonany, że kolejne części napędzane były już tylko komercyjnym sukcesem ...

Umówmy się, że pierwsze trzy tomy, które w kilku słowach mogę określić jako krwawy, okrutny kryminał o tajemniczym płaczącym asasynie, od początku nie był rzeczą, która celowałaby powyżej poprzeczki "sex and violence". Wydaje mi się, że sam pomysł na tytułową postać odbija się od innego klasycznego japońskiego komiksu - "Golgo 13" ( który ma już 160 tomików i to musi być dopiero telenowela! ) opowiadającego o przygodach japońskiego zabójcy w Hongkongu. Koncepcję Freemana z tematycznie bratnich mu pozycji wyróżnia chyba tylko mocno zarysowany wątek romansu, który zapewne miał poszerzyć target czytelniczy o płeć piękną. Z ckliwością, charakterystyczną dla taniego harlekina, autor nakreśla portret kobiety gotowej zrobić wszystko dla seryjnego mordercy w którym się zadurzyła. Proporcje gangsterskiej opowieści zostają przez to w pewien sposób zaburzone, bo rozgrywki między japońską a chińską mafią ostatecznie stanowią efektowne tło dla tego niezwykłego romansu. W rezultacie otrzymujemy bardzo udany, brutalny, wymykający się klasyfikacjom komiks rozrywkowy. Mówiąc o zmienianiu punktu ciężkości, zapewne warto wspomnieć o filmach Tarantino czy Miike, jednak nie ma co się zapędzać w tych porównaniach, bo autorowi scenariusza ostatecznie zabrakło jaj i talentu mistrzów filmowego postmodernizmu.



Przypomnę teraz, że do tej pory pisałem o pierwszych tomach. W trzecim dość nieudolnie zostają domknięte główne wątki związane z poszukiwaniem Freemana przez Yakuzę i zaczyna się z tego robić zupełnie inny komiks. Krwawa historia mafijnej wojny przeistacza się w quasi-szpiegowską opowieść o superłotrze, której nie powstydziłoby się najgłupsze fumetti neri. Freeman z mrocznego, owianego tajemnicą płatnego zabójcy przeradza się w niepokonanego skośnookiego kuzyna Diabolika - śmiga po świecie łodzią podwodną, niweczy zamiary zapanowania nad Japonią sekty, wierzącej, że człowiek pochodzi od niedźwiedzia, pojedynkuje się z gościem walczącym zabójczymi sandałami, a gdy akurat nie wykonuje jakiegoś zlecenia, to ryćka się z szefem konkurencyjnej organizacji mafijnej. Od razu podpowiadam, że nie ma tu wątków gejowskich. Tak jakoś się składa, że "szefem konkurencyjnej organizacji mafijnej" nad wyraz często okazuje się być atrakcyjna kobieta. To tylko część z parady niedorzeczności jakie tu znajdziecie. Nawet tematyka klonowania wykorzystana została jako pretekst do niezwykle długich scen seksu. Kanwa każdego z następnych epizodów zdaje się być coraz bardziej naciągana i pretekstowa, a fabuła z dna podnosi się zaledwie kilka razy ( albo jeden raz - historia przeklętego samurajskiego miecza ). Trochę przykro mi to pisać, bo Kazuo Koike to przecież renomowany scenarzysta...


Standardowe stwierdzenie, że "rysunki zasługują na osobny akapit" to w tym wypadku mało powiedziane. Po trzecim tomie Ryōichi Ikegami staje się jedynym bohaterem tego show. Jego rysunki ostatecznie pozwoliły mi uwierzyć w to, że usprawiedliwiana kulturową konwencją manga do opowiadania historii gatunkowych nadaje się wyśmienicie ( już nie mogę się doczekać momentu, gdy finanse pozwolą mi na zakup - prezentującej się bajecznie pod względem grafiki - serii "Miecz Nieśmiertelnego"). Jasne, że to, co tworzy to kicz, i pewnie nie można mówić o nim jako o artyście, ale rzemieślnikiem jest świetnym. Co prawda widać w jego pracach pośpiech, przez który wali czasem jakieś buble ( uproszczenia powodujące nieczytelność, olewanie estetyki, pomijanie tła), ale mam wrażenie, że nawet nogą rysowałby lepiej, niż większość dzisiejszych mainstreamowych wyrobników. Gdybym kiedykolwiek tworzył komiks tego gatunku, to życzyłbym sobie, żeby mój scenariusz rysował ktoś, kto ma przynajmniej połowę z tego pałera, który w drzemie w łapie Pana Ikegami. Tylko dzięki niemu nie olałem sprawy, przewracałem kartki dalej i równie mocno, jak przestawałem wierzyć w jakość tej historii, zaczynałem wierzyć w jego talent.

Warto zaznaczyć, że "Crying Freeman" jest pierwszym długim mangowym cyklem który skończyłem. Pewnie to dość niefortunna pozycja na początek, ale w pełni rozumiejąc prawa jakie rządziły tą serią domyślam się, że wykończyła ją nadmierna eksploatacja materiału. Pierwsze trzy tomy - już ze względu na to, że to niedroga, a dająca masę frajdy pozycja - mogę polecić każdemu, kto się lubuje w tanim kinie gangsterskim i kopankach z Hongkongu. Fani filmu z Markiem Dacascosem też powinni ustawić je na swojej półce. Natomiast nie wiem, komu mógłbym rekomendować następne siedem tomów... mam wielu wrogów, ale nawet im czegoś takiego nie życzę.

czwartek, 21 lipca 2011

Uzumaki - Spirala - Junji Ito

Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo JPF. Bardzo dziękuję.


Nie jestem fanem ani mangi, ani azjatyckiego horroru. Niewiele o nich wiem. Na szczęście pisząc o "Spirali" wcale nie muszę się taką wiedzą posiłkować. Szukając odniesienia najprościej jest mi wskazać po prostu na wczesną, fizjologiczną część filmografii Cronenberga - więc jeśli o estetykę idzie, z komiksowych skojarzeń poniekąd trafne będzie nazwisko Charlesa Burnsa. Przyjdzie mi też z pomocą odwołanie do Lyncha i jednego z największych arcydzieł telewizji XX wieku - serialu "Twin Peaks". Fani japońskiej popkultury zapewne wskażą jeszcze serię gier "Silent Hill". Pomysł opiera się na bardzo podobnych wzorcach: to umieszczona w prowincjonalnym miasteczku parada dziwności, niepokoju i obrzydliwości...

CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>