poniedziałek, 25 maja 2026

Pracownicy Morza

  


 

Viktor Hugo wielkim pisarzem był, ale uczciwie przyznam: ni diabła nic nie wiem o jego twórczości. „Pracownicy morza” wyglądali jednak na tyle atrakcyjnie, że strasznie się na nich napaliłem i uznałem przeczytanie tego komiksu za obowiązek. Stylem wszak przypominają zarówno szaleństwa Toppiego jak i grafiki Gustava Dore, a może nawet Andreasa. Uwielbiam to, co tu się dzieje w warstwie wizualnej. Od strony plastycznej to zresztą kolejny komiks w ofercie Egmontu, który pasuje do ich stałej oferty jak pięść do nosa (co się bardzo chwali!) i bardziej można by się spodziewać czegoś takiego po, na przykład, Mandioce.

Po lekturze mam jednak wrażenie, że ktoś wybrał go do oferty ze względu na grafikę a nie na treść, bo fabularnie album nie dowozi, delikatnie mówiąc. Nawet jeśli ze względu na moje nieobycie z pisarstwem Hugo trudno mi oceniać, na ile jest to udana adaptacja. I mówi to ktoś, kto zdecydowanie ceni komiks marynistyczny i typowo europejski. Owszem, rzecz prezentuje się naprawdę spektakularnie, kompozycje plansz podane w wielkim formacie i niezaprzeczalny power, jaki ma w łapie Michael Durand (podobno na rynku frankofońskim bardzo ceniony twórca), wgniatają czytelnika w fotel. Problem leży jednak w tym, że autor – mimo świetnego pomysłu na stylizację plansz tak – średnio potrafi posklejać całą historię za pomocą grafik tak, by zaserwować przekonującą całość. Przez to najzwyczajniej męczył mnie ten album. Z jednej strony jarałem się dostarczoną tu stylistyką, z drugiej nie obchodziły mnie zupełnie losy portretowanych postaci. Strzelam więc, że to problem adaptacyjny, który zgubił całą głębie psychologiczną, jaką mógł zawrzeć w swojej powieści Hugo. Może oczywiście miałem zły okres, ale naprawdę szarpałem się z tym komiksem z tydzień czasu, przeplatając lekturę innymi, znacznie strawniejszymi tytułami.

Nie zrozummy się źle, Egmontowi i nowym ludziom w jego zarządzie (pozdrawiam serdecznie) chwali się, że chcą w końcu próbować czegoś innego niż majtki na kalesony. Tylko fajnie by było, gdyby udało się trochę lepiej selekcjonować tytuły. O ile ostatnio bardzo starałem się wybronić „Otchłań zmartwychwstań” – mimo iż była to dość siermiężną szmirą – to w przypadku „Pracowników morza” nie mam pomysłów na pozytywną argumentację. Graficznie to oczywiście perełka, widać to na pierwszy rzut oka, za to nie muszę świecić gałami, ale albo ja nie dorosłem do tej opowieści (acz przyznam się, że faktycznie nie cenię lekturkowców), albo jest po prostu słabo. 

Projekt Rust

 


 

 „Jaka jest Pana narodowość?” — „Jestem pijakiem” — odpowiada śmieszek Bogart w słynnej „Cassablance”. Myślałem kiedyś nad podobną ripostą i jeśli by ktoś zapytał mnie o mój kulturowy rodowód, bez wahania odparłbym, że należę do Plemion Semickich. Wiem, ten suchar brzmi dziwnie a i Braunowcy by mi tego nie przepuścili (swoją drogą, lider, wraz z tymi Jaszczurami, to w chuj komiksowe postacie), ale takie są fakty. Kształtowałem się jako człowiek w latach 90., a najważniejszą rolę wtedy odgrywały w moim życiu komiksy z wydawnictwa TM-Semic, które między 90 a 98 rokiem wypuszczało na polski rynek pozycje z kalesoniarzami.

Pewnie dorosłym, poważnym ludziom może wydawać się to śmieszne, ale wydawnictwo to faktycznie przeprowadziło mnie przez trudne i mroczne lata 90. Był to dla mnie okres uczęszczania do szkoły podstawowej, w której się nie odnajdywałem, a dręcząca mnie nieleczona depresja i życiowe problemy rozpierdalały mnie na czynniki pierwsze. Można powiedzieć, że komiksy były ucieczką od rzeczywistości, byłoby to jednak duże uproszczenie. To dzięki propozycjom TM-Semic stałem się świadomym odbiorcą kultury. Dzięki tytułom jak „Silver Surfer” Moebiusa czy „Batman: Machiny” McKevera otarłem się o prawdziwą sztukę, poznałem co to refleksja nad dziełem, jak złożona potrafi być alegoria głębokiej fikcji i jak wiele mówi ona o naszym świecie. Bo patrzyłem wtedy pierwszy raz — i tak już mi zostało do dziś, inaczej nie potrafię — na świat przez pryzmat sztuki.

Za każdym wydawnictwem stoją oczywiście konkretni ludzie. Twarzą tej oficyny, mającą kontakt z czytelnikami, był prowadzący strony klubowe Arkadiusz Wróblewski, ale równie ważną — albo może ważniejszą — okazuje się dziś stojący wówczas nieco w cieniu redaktor naczelny, Marcin Rustecki. To o nim jest ta książka. Wywiad rzeka opowiadający nie tyle o człowieku komiksu, co właśnie człowieku kultury, bo Rust (jak nazywają go przyjaciele i jak podpisuje swoje prace) zajmował się nie tylko jednym medium. Ważną rzeczą jest fakt, że jeszcze przed stanem wojennym udało mu się spierdolić do Londynu, gdzie jako młody człowiek, prócz parania się budowlanką, mógł karmić się kulturą tak, jak później mnie karmił komiksami w latach 90. Wrócił zresztą do Polski dokładnie po upadku żelaznej kurtyny, ze świetną znajomością angielskiego i obyciem w kręgach popkultury. Co ciekawe, będąc na emigracji nie czytywał zbyt wiele superhero. Wciągał komiks europejski i brytyjski. Kalesoniarzami zajął się dopiero wtedy, gdy dostał prace we wspomnianej firmie. Dzięki niej też ze średnio opłacanego emigranta stał się nagle — jak sam to ujął chyba na łamach tego wywiadu rzeki — kimś na kształt gwiazdy rocka. A przynajmniej tak się czuł przez niemal dekadę. Jeździł po Comic Conach, spotykał Stana Lee, zwiedzał najwspanialsze miasta w Stanach, a jego dobrze płatna praca polegała na czytaniu komiksów. Mówi zresztą o tym okresie jako o najpiękniejszym w swoim życiu. W tej branży po 2000 roku to prawie nieosiągalny status. Sam wiem o tym dobrze, bo naiwnie przez jakiś czas pędziłem za podobnym komiksowym marzeniem (próbując żyć z pisania), które ostatecznie okazało się nie do zrealizowania dla gnojka z prowincji.

Oprócz fantastycznych opowieści o życiu, które wyciągnął z Rusta przepytujący go
Jakub Demiańczuk (na co dzień piszący znakomite teksty o komiksach do Polityki) i wspominkowych pocztówek z epoki gdy używało się do komiksów naprawdę kiepskiego papieru, książka zawiera również masę ważnych dla Rusteckiego tytułów. Wchodzimy mu do głowy, by poznać prawdziwe, skrupulatnie nakreślone kompendium tego, co go kształtowało. To o tyle ważne, że gustowi tego człowieka zawdzięczamy wiele wspaniałych tytułów, jakie ukazały się na naszym rynku z jego ulubionym „Lobo” rysowanym przez Bisleya na czele. Książkę zresztą kończy kilka list będących topkami filmów, komiksów, literatury i muzyki. Sam uwielbiam takie wyliczanki. Zarówno poznawać, jak i samemu preparować. Postanowiłem więc swój tekst też zakończyć listą ulubionych komiksów ze stajni Semika, którą kilka lat temu wyprodukowałem.

1) „Weapon X” (najlepszy komiks Marvela ever)
2) „Batman: Machiny” (komiks, który mnie stworzył jako odbiorcę sztuki)
3) „Silver Surfer” Moebiusa (pierwsze zetknięcie z pracami mistrza)
4) „Spider-Man: Torment” (po latach stwierdzam, że najbardziej lubię horrory z pająkiem)
5) „Batman: Zabójczy żart” (Klasyk. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby to dawać dzieciom)
6) „Daredevil” (przez lata jedyna szansa na zetknięcie z Diabłem z Hell's Kitchen)
7) „Punisher: Eurohit” (albo i „Year One”, ale od „Eurohitu” zaczęła się moja miłość do Franka)
8 ) „Batman: Venom” (teraz może nie jest to zbyt odkrywcze, ale wtedy, dla 12-letniego mnie, warstwa psychologiczna była mega głęboka)
9) „Rise of the midnight sons” (niestety wyszło u nas pokrojone, ale to i tak genialny horror Marvela — wiem, że nie wszyscy cenią, ale ja jestem wielkim fanem tej historii)
10) „Sabretooth” (Texeira!)
11) „Batman versus Predator” (totalny sztos)
12) „Aliens vs. Predator” (jeżu, ile mam wspomnień z tym komiksem, kupił mi go dziadek, czytałem 100 razy)
13) „Aliens: Labirynt” (pierwszy Woodring, mamo, jak ja chciałem więcej takich komiksów)
14) „Lobo. Ostatni Czarnian” (!)
15) „Ghost Rider 2099” (wtedy Bachalo potrafił, w pewnym momencie to był mój ulubiony rysownik)
16) „Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena” (znów horror z pająkiem, mam w stanie niemal idealnym, jakby wczoraj kupione w kiosku)
17) Oryginalne Żółwie Ninja (spod ręki Kevina Eastmana, z okładkami Glena Fabry - wtedy tylko my i włosi dostaliśmy te okładki).
Dodałbym jeszcze Ghost Ridera Howarda Mackie, ale bym oszukiwał, bo czytałem go już w zachodnim zbiorczaku.

Pace, Love, Rustecki.