środa, 30 grudnia 2020

Authority. Warren Ellis.



Pamiętacie jeszcze jak w komiksach superbohaterskich chodziło głównie o tę przemożną chęć obcowania z przygodą i kontakt z niezwykłą fantazją? Ja też nie, bo 1938 rok był dawno i już II Wojna Światowa wybiła tę naiwność z głowy autorów, a po latach społecznej użyteczności trykociarstwo dotarło do etapu, w którym często i gęsto z założeń odnosi się zarówno do świata rzeczywistego, jak i bezpośrednio do przewinień swojego gatunku. Teraz tytuły oferujące pastisz lub dekonstrukcję mitu boskiego herosa są normą, ale lata temu, już po Strażnikach Moore’a, dosyć ważne w popularyzacji takich pomysłów było Authority Warrena Ellisa. Przynajmniej zanim kontynuatorzy (a niech cię, Millar!) skiepścili koncept.

Wszystko zaczęło się od Stormwatch, fantazyjnego akcyjniaka autorstwa Jima Lee, w którym grupa koksów pod przewodnictwem Narodów Zjednoczonych biła po ryjach wszystko, co tymi ryjami stroiło groźne miny w kierunku naszej cywilizacji. W 1996 roku Warren Ellis przejął serię i od razu postanowił sam zacząć bić po ryju, konkretniej bić fabułę serii w celu wyforsowania jej kierunku adekwatnym do swoich aspiracji. Podbicie brutalności, komentarze społeczne i krytyka rządu weszły pełną parą, ale i to było zbyt delikatne posunięcie.

 



Po dwóch latach patyczkowania się Ellis właściwie ubił większość bohaterów cudzego autorstwa i zaczął pracę nad Authority – komiksem o grupie nadludzi, którzy (odzwierciedlając irytację autora) biorą sprawy w swoje poplamione krwią łapska i postanawiają działać konkretniej. Każdy brzydal ślinący się na myśl o zaburzeniu spokoju naszej planety miał posłużyć za wypatroszoną przestrogę, a bebechy niemilców miały służyć za balsam dla zniszczonej infrastruktury. Okrutni dyktatorzy, mordercze siły równoległych wymiarów i ostatecznie nawet zaskakująco fekalne z barwy bóstwo – potęga Authority zmiecie z planszy każdego cwaniaka.

Fajnie i niefajnie w sumie. Niefajnie, bo ta manifestacja ellisowej frustracji kolorową naiwnością superhero i jego stanowiska politycznego trochę się jednak zestarzała. Żyjemy w cudownych czasach, gdy mroczna satyra jest już powszechnym sposobem na obnażenie w sumie oczywistych słabostek dzieł fikcji w wielu nurtach. Przywykliśmy już do alternatywnych wersji peleryniarskich archetypów, do mrocznych i skomplikowanych furiatów, którzy nie za bardzo powinni służyć za wzór do naśladowania ze względu na wymierzanie sprawiedliwości skuteczną metodą buta wbitego w jelito grube większego zła. W kontekście przestrzegania przed zgubnymi efektami potęgi powiedziano już właściwie wszystko, a na pewno powiedziano więcej, niż mówi Ellis w Authority.

Z drugiej strony, pod pewnymi względami, wypadałoby na dzieło spojrzeć w kontekście czasów jego narodzin, a wtedy to było naprawdę coś. To nie ma jednak większego wpływu na zwykłą przyjemność z lektury, przynajmniej dla szeregowego odbiorcy. Authority czyta się znakomicie – mówię za siebie, za wieloletniego fana heroicznych wygibasów i prostej rozwałki ubranej w prostoduszny patos. Wagę czynów tej grupy bezwzględnych poskramiaczy naprawdę czuć, ciosy trzęsą kadrami, a groza, którą regularnie miażdżą potężnym buciskiem, jest namacalna. Postacie w tym komiksie po prostu ociekają epickością, nawet te będące jawną kpiną z ikon papierowego medium. Dzięki Authority wierzę, że Superman i Batman powinni wreszcie przestać chować się po kątach i skonsumować swój związek, najlepiej publicznie. Do tego dochodzą mocarze, których rodowód i możliwości przywodzą bardziej na myśl fantastykę lekko szarpiącą z weird fiction, czerpanie potęgi z personalizacji konceptów i ubrane w logiczny kontekst kolaże mocy nieco bardziej uznanych superbohaterów.


Głównym generatorem frajdy stała się dla mnie dawno już zapomniana chęć sięgania po wincyj. Przerysowując superhero, Ellis zrobił jednocześnie to, co do superhero mnie zwykle ciągnęło – zainteresował pozornie antypatycznymi charakterami i wzbudził niemalże dziecięcą fascynację ich umiejętnościami. Nie można mu też odmówić skilla w sprawnym prowadzeniu narracji. Liczne nawiązania do przeszłości ekipy są zrozumiałe nawet dla nowego czytelnika (albo dla sklerotyka mojego pokroju), a i początkowo epicka intensywność wydarzeń gradualnie rośnie jeszcze bardziej. Nie ma tu może specjalnej głębi, bić czołem o podłogę nie trzeba, a liczne nawiązania do innych dzieł są (jak na dzisiejsze standardy) raczej grubo ciosane. To wciąż dobra historia, która sprawnie porusza się po swoim gatunku, troszkę tylko deptając innych po głowach. No i Ellis nie jest tu tak ekstremalnie… sobą? Jasne, w porównaniu do grzeczniutkiego Clarka Kenta Authority to oprawcy, ale wszyscy chyba wiemy jak bardzo ten autor potrafi polecieć w czasem nieusprawiedliwioną niczym przesadę.

Gdyby przyszło mi ten album recenzować w chwili jego premiery, to rysunki i całokształt formy obranej przez Briana Hitcha prawdopodobnie wychwalał bym pod niebiosa. Według internetów, co w sumie jest raczej zgodne z moją pamięcią, ta seria przysłużyła się popularyzacji kadrowej sekwencyjności, a z drugiej strony również większych, panoramicznych kadrów i zachwycających szczegółami splashy. Chodziło o to, by zwracać uwagę na ważne detale, ale jednocześnie zachwycać czytelnika uwydatnieniem ogromu wydarzeń w dużym formacie. To nadal działa, dynamika nie zawodzi, a i ilustracji zachwycających rozmachem jest naprawdę masa. Cała ta pieczołowitość nie zmienia jednak faktu, że pod względem stylistyki i cyfrowej kolorystyki Authority wpisuje się w nieco już wymęczony standard superbohaterski. Zdecydowanie górna półka, ale w dyskoncie. Ogromnie cieszy za to spora ilość materiałów dodatkowych w postaci szkiców, okładek i fragmentów scenariusza. Nie wiem tylko, po cholerę dwukrotnie zawarto w nich zajmującą dwie strony obwolutę pierwszego zbiorczego wydania Absolute Authority. No i nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o swojej niechęci do bezpłciowej estetyki kolekcji DC Deluxe. Ja tam zwykle obwoluty chowam do szafy, a tu znów raczej tego zrobić nie mogę, bo całkowicie pusty, czarny grzbiet okropnie prezentuje się na półce. 


Authority to bez wątpienia dzieło przełomowe, ale ta przełomowość w przełożeniu na obecne realia troszkę się przeterminowała. Szczęśliwie uniknęła jednak procesów gnilnych i nie capi kwasem – po prostu ulotniły się nieco aromaty jej szczytowej wyjątkowości. Nawet po olaniu znamion pionierstwa pozostanie nam bardzo zręcznie zilustrowana, epicka młócka wypełniona postaciami charakternymi i oryginalnymi, co zaskakuje zwłaszcza w przypadku bohaterów będących jawną hiperbolą oklepanych archetypów. No i jest to, jak na Warrena Ellisa przynajmniej, komiks całkiem rozsądnie wyważony – nie powinien wywołać torsji u umiarkowanie wrażliwych odbiorców i raczej nie leci w zbędną kontrowersję. Tak, jest tylko ta niezbędna, jak wybebeszanie faszystów i całkowita normalizacja homoseksualnego związku. Jeśli takie okropieństwa generują w waszych wrażliwych serduszkach gniew, to raczej nie jest komiks dla was, reszta trykociarskiego grajdołka będzie się bawić świetnie.

 Autor: Rafał Piernikowski

 


wtorek, 29 grudnia 2020

Dymki z TinTina, jak dymek z komina. Baranowski

 


W tym roku do sprzedaży trafił niezwykle uroczy prezent od Kultury Gniewu i Mirosława Korkusa prowadzącego stronę Nerwosolek.pl. Rzeczony podarunek został sprawiony koneserom twórczości Tadeusza Baranowskiego. To nic innego jak zbiór krótkich historii, które jeszcze w poprzednim wieku mistrz publikował na łamach słynnego frankofońskiego pisma komiksowego „Tintin”. Zawiera on sporo rzeczy nigdy niepublikowanych w naszym kraju, albo takich bardzo trudno dostępnych. Ja część z nich pamiętam jak przez mgłę z gazuni „Super Boom”, ale, jako że moje egzemplarze zaginęły gdzieś w akcji, z lubością przytuliłem niniejszy album.  


Odpowiedzialny za wstęp i zebranie materiałów jest wspomniany Mirosław Korkus. To kolekcjoner i propagator twórczości Tadeusza Baranowskiego. Przez lata zgromadził w swoich zbiorach między innym wszystkie „Tintiny”, w których publikował Mistrz. Zaowocowało to pomysłem na antologię rzeczy stworzonych dla tego zagranicznego pisma. Moim zdaniem idea rozbiła bank i dostaliśmy bardzo udany album z prawdziwymi rarytasami. Coś na kształt modnych w przemyśle muzycznym składanek typu B-Sides & Rarities. 

 



Stałych czytelników Pana Tadeusza zawartość nie zaskoczy. Jest tu spora ilość humorystycznych historyjek z Nerwosolkiem i Entymologią Motylkowską z czasów, gdy wygląd Profesora jeszcze cały czas ewoluował. Jest trochę o wampirach Szlurpie i Blurpie. Moją ulubioną i najcenniejszą częścią tego albumu są jednak niepublikowane u nas nigdy plansze z komiksowej antologii poświęconej Jacquesowi Brellowi. Widziałem je kilka razy na profilu autora, ale nigdy nie sądziłem, że wejdę w ich posiadanie w większym formacie. Udało się i jestem z tego faktu bardzo zadowolony. Warto dodać, że prócz rzeczy tu zebranych, na łamach francuskiej gazuni opublikowana została w odcinkach „Historia wyssana z sopla lodu” stworzona do scenariusza Jeana Dufauxa. To w warstwie graficznej bardziej realistyczna robota, ukazująca inne oblicze stylu Baranowskiego. Na szczęście jej publikację (o ile dobrze pamiętam) planuje niedługo Ongrys. 


 


„Dymki z Tintina jak dymek z komina” to rzecz znakomita, ale zdecydowanie dla zaawansowanego czytelnika Baranowskiego, więc nie polecałbym jej na początek przygody z jego twórczością (zaczynajcie od „Skąd się bierze woda sodowa”!). Niemniej bardzo dobrze, że ta rzecz się ukazała, bo dopełnia ona wiedzę o historii Polskich twórców na obczyźnie. To dla mnie cenne, tym bardziej że Baranowski pozostaje w moim prywatnym rankingu największym Mistrzem krajowych opowieści obrazkowych. Moim zdaniem światowy komiks zdecydowanie dużo stracił przez to, że nie udało mu się zrobić zagranicznej kariery. 



poniedziałek, 21 grudnia 2020

Potwór z bagien. Scott Snyder i Yanicka Paquette

 


Nie jestem fanem Scotta Snydera. Dobre 10 lat temu odpuściłem sobie jego Batmana i teraz trochę żałuję, bo jego run, jaki by nie był, jest długi i stanowi dziś ważny przecinek w historii Mrocznego Rycerza. Czytałem za to „Severed” – komiksowy, czerpiący z sylwetki Alberta Fisha i nieco kingowski horrorek. Powiem szczerze, że oceniłbym go raczej średnio. Po snyderowskie interpretacje „Potwora z bagien” sięgałem więc bez większych oczekiwań.


W związku z powyższym trudno powiedzieć, żebym się zawiódł. Wręcz przeciwnie, z początku, mimo iż autorzy zaserwowali tylko pulpę, bawiłem się świetnie. Snyder nie odcinał kuponów od legendarnego runu Moore'a, będącego jednym z najważniejszych cykli w historii komiksu, a trzaskał przyjemny horror z dużą rozpierduchą i pościgami. Trochę gorowaty a przy tym bezpretensjonalny. Jako miłośnik groszowej grozy czułem się ukontentowany. Do tego dochodzą grafiki Yanicka Paquette. Pierwszy raz stykam się z jego pracami. Mimo iż wszystko zostało pokolorowane komputerowo, to strona graficzna zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Rewelacyjna dynamika, świetnie, sugestywnie ukazane gore i genialne, bardzo mądrze i efektownie zakomponowane układy plansz skłaniają mnie do umieszczenia Paquette'a na liście rysowników, którym trzeba się bliżej przyjrzeć. To właśnie one windują ten komiks (bo umówmy się, scenariusz Snydera to tylko pulpa) do rangi czegoś więcej niż zwykłe czytadło.


 


Tak jest do połowy tego opasłego (520 stron) tomu. Potem coś jednak pęka i zaczyna się jakieś pierdololo, w wymowie chyba nawiązujące do runu Moore'a – a dokładnie części, w której potwór ratuje świat, błąkając się z Deadmanem po płaszczyznach astralnych. Pojawia się mianowicie motyw „zgnilizny”, siły, pochłaniającej świat DC. Na scenę wkracza też nagle Animal Man, według mnie zupełnie bez powodu. Gość nic nie wnosi do historii – pojawia się tylko po to, żeby się pojawić. W grupie Komiksy bez Granic koledzy bardziej oczytani w uniwersum DC naświetlili mi trochę sprawę i wytłumaczyli, o co chodzi. Seria o „Potworze z Bagien” Snydera i „Animal Man” pisany wtedy akurat przez Jeffa Lemire (którego wydaje się u nas ostatnio za dużo – nie nadążam) przecinały się w pewnym momencie i żeby w pełni zrozumieć fabułę, powinno się czytać obie na przemian. Chętnie bym to zrobił, ale ta druga nie pojawiła się jeszcze na naszym rynku, więc trudno mi teraz jednoznacznie ocenić tę część Snyderowskiego „Potwora”.



 Reasumując – jeśli szukacie dobrego, inteligentnego komiksu, albo (nie daj boże) sugerujecie się przy zakupie tego albumu uwielbieniem dla runu Moore'a, to srogo się zawiedziecie. Jeśli chcecie tylko porządnie narysowanego, pulpowego horroru, to walcie w nowego „Potwora” jak w dym. Przynajmniej do połowy spełni Wasze pragnienie. Resztę runu Snydera zalecałbym wciągnąć dopiero po wydaniu „Animal Mana”. Może wtedy wypada atrakcyjniej, bo samodzielnie zupełnie się nie broni.

 



 

sobota, 12 grudnia 2020

Kroniki Francine R. Boris Golzio

 


Komiks o holokauście nie wywołuje już szoku. Sam pomysł jeszcze kilkanaście lat temu mógłby wywoływać opór. Przynajmniej w naszym kraju. Jenak obecnie nurt faktograficzny zdołał się już z powodzeniem zadomowić w historiach obrazkowych dostępnych na naszym rynku. Nie dziwią powieści graficzne o okropnościach II Wojny Światowej, AIDS, czy licznych i jakże skomplikowanych problemach społecznych. Mimo to, zabobonny zarzut banalizacji, podnoszony przez wszelkiej maści konserwatywnych pietystów, nie wydaje mi się wydumaną bzdurą. Niebezpieczeństwo istnieje w tej, jak też i w każdej innej sztuce. Komiks w moim przekonaniu jest najtrudniejszą z nich, dlatego realizacja w nim ambitnego celu implikuje wysokie ryzyko porażki. Jak z tematyką niemieckich obozów koncentracyjnych poradził sobie francuski autor Boris Golzio w swej biograficznej historii „Kroniki Francine R.”?
    
    Opowieść zaczyna się od swoistego prologu, w którym dowiadujemy się, w jaki sposób autor zetknął się z Francine Rivoller, swoją daleką krewną. Boris Golizo zapisał jej relację o przeżyciach wojennych na dyktafonie. Dalsze strony komiksu stanowią ilustrację tych słów.
Francine R. w młodości należała do francuskiego ruchu oporu. W 1944 roku wraz z siostrą zostaje aresztowana przez gestapo, które później brutalnie ją przesłuchuje. Dalsze losy głównej bohaterki to katorga licznych obozów koncentracyjnych, w tym najstraszliwszego – Ravensbruck. Narratorka odsłania przed nami koszmar życia obozowego. Nieustanna walk o życie, bestialskie traktowanie więźniów oraz eksperymenty medyczne przeprowadzanych przez nazistów. Francine jest świadkiem wielu zatrważających scen, jej samej udaje się przeżyć właściwie wyłącznie dzięki paru szczęśliwym przypadkom. Spora część komiksu jest poświęcona wykańczającej pracy jaką Francuzka i inni więźniowie wykonywali w zakładach im. Hermanna Göringa. Francine próbuje tam nawet podjąć działania o charakterze dywersyjnym.  


 


Jak czyta się tą opowieść z perspektywy kogoś, kto z tematyką obozów koncentracyjnych spotyka się nie po raz pierwszy, a do tego mieszka w kraju tak naznaczonym okropnościami II Wojny Światowej jak Polska? Otóż czyta z lekkim rozczarowaniem. Autor we wstępie przekonuje nas, że każda relacja jest ważna. Trudno odmówić mu słuszności. Z pewnością każdą należy zapisać w celu skatalogowania w jakiejś muzealnej izbie pamięci dla potomnych. Niemniej stykamy się tu - nie z relacją czystą – lecz jej artystycznym przetworzeniem. Dlaczego akurat ta historia zasługuje na to wyróżnienie? W literaturze obozowej dwudziestowiecznych totalitaryzmów odnajdziemy przekazy dużo ważniejsze, bardziej wstrząsające i wyróżniające się literacko (Raporty Pileckiego, „Dymy nad Birkenau” Szmaglewskiej, „Książka o Kołymie” Krakowieckiego i wiele, wiele innych). Mamy też głośny komiks „Maus” Arta Spiegelmana, który wg mnie stanowi główny punkt odniesienia przy okazji omawiania historii obrazkowych dotyczących, nie tylko holokaustu, ale II Wojny Światowej w ogóle.


W Kronikach Francine K. - podobnie jak w „Maus” - kreska jest umowna. Jesteśmy tutaj daleko od rysunkowego realizmu, chociaż takie detale jak plan obozu, czy schemat budowy komory gazowej, oddane są w sposób zatrważająco przejrzysty i dokładny. O ile jednak styl Spiegelmana - wywodzący się z komiksowego undergroundu -  bywa chropowaty, toporny, zmienny, ciężki (nieraz mamy wrażenie że autor chce swym piórem Rotringa przebić się przez kartkę), o tyle Golzio idzie raczej w stronę klasycznej lekkości Tintina. Nie przeszkadza to oczywiście w czytaniu, przeciwnie, to bardzo przyjemna lektura. Ale czy słowo „przyjemna” jest w tym wypadku na miejscu? 

 


 


Autor powieści graficznej „Maus” dokonał rzeczy niebywałej i niezwykle ryzykowanej. Swoje wątpliwości dotyczące tego, jak można z Shoah zrobić coś takiego jak komiks, zawarł w samym dziele. Udało mu się. Stworzył historię prawdziwą i przejmującą, która bynajmniej nie uchybia ofiarom ludobójstwa. Z Kronikami sprawa nie jest już tak oczywista. Nie jest to komiks zły, lecz zarazem daleko mu do arcydzieła. Czy to zarzut? Skoro autor podejmuje temat tak poważny, tak „niekomiksowy”, liczę na dzieło wielkiego formatu. Komiks tylko dobry, to w tym wypadku porażka. Coś więc się nie udało? Czy chodzi wyłącznie o rysunki, o to, że w tych twarzach nakreślonych zwinnie dwoma, trzema kreskami, nie sposób dopatrzeć się głębi? A może charakterystyczny dla tego medium skrót, uproszczenia opowieści, które w „Maus” dzięki genialnej narracji buduje konieczny dystans dla pokazania niemożliwego (przez co efekt dramaturgiczny ulega wzmocnieniu), tutaj bardziej przyczynia się do banalizacji tego, co Susan Sontag określiła jako „widok cudzego cierpienia”?


Niedawno wydawnictwo Marginesy wydało „Raport W” Gaetana Nocq (na podstawie zapisków Witolda Pileckiego), o którym miałem już przyjemność pisać na blogu Arkham (klik). Komiks ten pod względem graficznym stoi na antypodach Mausa i Kronik. Jednak zarówno Nocq jak i Spiegelman, przechodzą podobnie intensywny proces zmagania się z formą. Czytelnik zdaje sobie sprawę z  uporczywości poszukiwań odpowiedniego sposobu na opowiedzenie historii oraz ogromu pracy, która stał za ostatecznie uzyskanym efektem. U Golzio takiego wrażenia nie ma. To autor o wyrobionej, charakterystycznej kresce, który po prostu robi swój kolejny komiks. Co jednak oprócz rysunków i narracji odróżnia „Kroniki...” i „Raport W”? Myślę że przede wszystkim postawa głównego bohatera oraz  istotność jego przekazu. 


W niezwykle cennym wstępie do opowieści o losach Francine R. autorstwa Joanny Ostrowskiej, czytamy o nieścisłości niektórych opisów, które wynikają - nie tylko z powodu wad ludzkiej pamięci - ale także ze skłonności głównej bohaterki do koloryzowania niektórych zdarzeń oraz po prostu z charakterystycznych dla jej klasy uprzedzeń (w obozie, zaraz po Niemkach, najgorsze miały być Polki – złodziejki, brutalne, brudne itd.). Niektóre niedomówienia Golzio koryguje swoimi wtrąceniami. Są to wyraźnie odrębne dymki, które służą również naświetleniu i poszerzeniu tła historycznego. Poza tym w komiksie mamy wyłącznie opowieść Francine, osoby zwyczajnej, takiej jakich było tysiące, dziesiątki tysięcy, co autor przedstawia jako zaletę. Dla mnie to jednak problem. W tej historii nie ma nic, co by mnie zbliżyło do głównej bohaterki, nic za co mógłbym ją polubić. Dlatego tak trudno w sposób istotny przeżyć historię Francine R. 

 



   

 Teraz, w tym rojącym się od pytań tekście, chciałbym odpowiedzieć na jedno z najistotniejszych - dla kogo jest ten komiks? Dla interesujących się historią? Jak wspomniałem literatura polska i zagraniczna obfituje w dużo ciekawsze świadectwa z II Wojny Światowej oraz ich przetworzenia pod postacią filmów i komiksów. Dla laików to także nie jest najlepsza lektura „na pierwszy raz”, dlatego że pokazuje obraz niezwykle zawężony. To tylko niewielki wycinek historii obozów koncentracyjnych, subiektywna obserwacja jednej osoby. Do tego należy zaznaczyć, że omawiana powieść graficzna, idealnie wpisuje się w ramy francuskiej polityki historycznej dotyczącej II Wojny Światowej. Stąd notoryczne przecenianie działalności francuskiego ruchu oporu, zdawkowe wzmianki o kolaboracji (Vichy) oraz zupełne milczenie na temat roli Francji w procesie zagłady żydów. Perspektywa francuska zawsze będzie odrębna, gdyż względnie łagodna okupacja ich kraju w żadnym razie nie da się porównać z obłędnym horrorem, który rozgrywał się na wschód od III Rzeszy. Oczywiście owa polityka historyczna uprawiana jest w sposób dużo bardziej elokwentny (przez co bardziej skuteczny) niż u nas. Można ją zatem traktować jako produkt uboczny, lub też wcale jej nie zauważać, bo przecież przy wszystkich swoich mankamentach „Kroniki Francine R.” to nadal komiks dobry i wartościowy. A że nie jest arcydziełem – trudno. Może przyjdzie Wam się z tym pogodzić łatwiej niż mnie.  


 Autr: Jakub Gryzowski  

wtorek, 8 grudnia 2020

Perramus. Sasturain/Breccia

 


W moim prywatnym panteonie twórców, za sprawą wydanych wcześniej albumów (klik i klik), Alberto Breccia urósł do miana prawdziwej legendy komiksu. Sięgałem więc po Perramusa bez strachu i z nie lada oczekiwaniami. 


Niestety zawiodłem się na tym komiksie. Nie na samym Brecci co prawda, bo to jeden z najpiękniej namalowanych przez niego albumów, a na fabule. O ile w poprzednich komiksach tego autora niepokój społeczno-polityczny był obecny gdzieś podskórnie, jedynie symbolicznie, podany w fantastycznej otoczce, to tu wychodzi na pierwszy plan i jest przekazany bardziej dosłownie. Dlatego, że od opisanych w komiksie wydarzeń dzieli nas wiele lat, konteksty zostały zatarte i są nieraz trudne do odczytania, co niestety nie uatrakcyjnia lektury. Nie czyta się tego jednym tchem, a zawarte niuanse bywają trudne to zrozumienia. Dopiero lektura dołączonego na końcu posłowia od tłumaczki coś naświetla (nie wiele, ale jednak), lecz z niewiadomych przyczyn zostało ono umieszczone na końcu i zapoznajemy się z nim, gdy już skończyliśmy obcowanie z komiksem.  

 





 Nie jest jednak tak, że opowieść nie ma uroku i pewnych plusów. Autorzy po mistrzowsku poruszają się w formie „opowieści w odcinkach”, przez co bez problemu łączą mniejsze epizody w mającą ręce i nogi powieść graficzną. Bardzo fajnym pomysłem, żywcem wziętym z komiksów o Corto Maltese, jest umieszczenie w niektórych punktach scenariusza postaci autentycznych. To prawdziwa radocha spotkać na kartach tego komiksu takie postacie jak Borgesa, Sinatrę, czy udać się z bohaterami na poszukiwanie zębów nikogo innego jak Carlosa Gardela. Co istotne, to właśnie ostatnia opowieść (tworzona w weselszych czasach, już po upadku dyktatury) traktująca właśnie o szukaniu zębów słynnego argentyńskiego śpiewaka i skłaniająca się w stronę bardziej awanturniczą niż polityczną, jest najsilniejszym ogniwem całego albumu. 


 Najważniejsza dla mnie, ultrasa Brecci, jest jednak w tym albumie warstwa graficzna. Tworząc „Perramusa” autor stanął na wysokości zadania i zaprezentował naprawdę najwyższy poziom. A przecież o geniusz ocierały się już jego wcześniejsze prace. Tym razem działa za pomocą pędzelka i rozwodnionego tuszu w obrębie stylu realistycznego. Wychodzi mu to wynitnie i tylko domniemywać mogę, jak wielkiego skila i lat praktyki potrzeba, by tak wprawnie pracować na celulozie. Jeśli więc jesteście fanami Brecci, to i tak musicie kupić ten album. 

 


 

 Mimo iż marudzę na „Perramusa”, to bardzo dziękuję Non Stop Comics za możliwość poznania następnego komiksu stworzonego przez Breccię. Mam cichą nadzieję zobaczyć coś jeszcze z jego dorobku na naszym rynku, acz po lekturze tego albumu zdaję sobie sprawę, że te wybitne pozycje powoli topnieją i jakimś problemem w wydawaniu jego następnych rzeczy może być zmurszałość materiału.
 

środa, 2 grudnia 2020

Jak czytać serię Usagi Yojimbo?

 


 Pisałem już obszernie o „Usagi Yojimbo” – mojej ulubionej serii w historii komiksu. Z racji tego, że moim zdaniem wyczerpałem temat, nie podejmę się pociśnięcia kolejnej recenzji i odeślę Was do tego tekstu: klik. Powiem Wam za to, jak czytać serię. Najwyraźniej bowiem nie jest to nie do końca jasne, bo numerki na grzbietach wznowień mogą wywołać pewne zamieszanie. 


Sprawa wygląda tak, że przez 36 lat ukazywania się serii na rynku amerykańskim, Usagiego wydawały różne oficyny. Z tego powodu prawa do różnych momentów serii są u różnych wydawców. Upraszczając nieco (bo wydawców było ostatecznie chyba więcej) cykl wydawniczy Usagiego ogólnie dzieli się na dwa okresy: początek mojej ukochanej opowieści wydawany był pod skrzydłami cenionej oficyny Fantagraphics. Dalsze części wypuścił znowu zasłużony dla komiksu autorskiego Dark Horse. Obecnie serię, po wielu latach, przejęła jeszcze inna firma – mianowicie IDW, które (prócz nowych zeszytów) ma zacząć wydawać komiks od początku, tym razem w kolorze. 


 

Jak to wszystko odbija się na polskich wydaniach? Otóż, jak wspomniałem wcześniej, mamy w serii dwie jedynki. To dlatego, że numeracja zarówno Fantagraphics jak i Dark Horse leci w oryginale od początku, gdyż po przejściu do Dark Horse została ona wyzerowana. Jeśli więc chciałoby się czytać ten komiks, jak pan Bóg przykazał – po kolei, to zalecałbym sięgnięcie najpierw po dwa tomy opatrzone (prócz numerków) podtytułem „Początek”. To są te zeszyty, które wydało Fantagraphics. Dopiero po nich powinno się rozpocząć te z podtytułem „Saga”. To opowieści wydane pod skrzydłami Dark Horse. Z tego co wiem, ma wyjść jeszcze trzeci rodzaj. Nazwany zostanie „Legendy” i zbierze wszystkie poboczne i niezwiązane z głównym kontinuum historie – takie jak „Usagi w kosmosie”, „Senso” i „Yokai”.


Opisane powyżej komiksy to drugie wydania, zbierające po trzy tomy w jednym opasłym woluminie. Dziś wszystkie części wydaje miłościwie panujący na naszym rynku Egmont, ale jeśli chcielibyście sięgnąć z jakiegoś powodu (na przykład kolekcjonerskiego) po pierwsze wydania, to sprawa nie wygląda wcale łatwiej. Sytuacja podobna do takiego zamieszania, jakie jest z Usagim na rynku Amerykańskim, była u nas w latach 2000, gdyż Dark Horse’a wydawał Egmont, a rzeczy z Fantagraphics świętej pamięci Mandragora i to właśnie wydania spod jej skrzydeł powinniście czytać najpierw.   

 




Obecne wznowienia sagi o Usagim przypadły na dość ciekawy moment, gdyż niedawno Stan Sakai po raz wtóry zmienił swojego amerykańskiego wydawcę. Najnowsze części w Stanach mają ukazywać się w kolorze. Zarówno pierwsze, jak i drugie polskie wydanie stroni od barw. W kolorze ukazał się u nas jedynie oniryczny spin off „Yokai”, który wyszedł w nieco powiększonym formacie i twardej oprawie w ramach serii Mistrzowie Komiksu. Nowe odsłony mają jednak zostać zaserwowane w wersji z barwami, zachowując wierność oryginalnym wydaniom. Ogólnie warto kupować Usagiego właśnie po polsku, bo zarówno jakość wydania jak i tłumaczenie stoją na wysokim poziomie. Szkoda tylko, że przygotowując drugą edycję przygód królika-samuraja, Egmont nie zaproponował nam powiększonego formatu i twardych okładek. Z jednej strony to wyraz szacunku do tych, którzy zbierają Usagiego od lat, bo nie muszą podmieniać swojej kolekcji na lepsze wydania. Z drugiej jednak, przygody króliczego ronina zdecydowanie zasługują na to, by wydać je na twardo, jako deluxe.