sobota, 20 kwietnia 2024

W0rldtr33. Tynion IV

 


Vertigo wiecznie żywe! Nawet teraz, gdy zostało strącone w otchłań niebytu, przypomina o sobie. „W0rldtr33” to bowiem rzecz, która idealnie wpasowałaby się do katalogu tej słynnej linii wydawniczej. Ten komiks przy okazji ma wszelkie wady i zalety publikacji tego imprintu DC. Mógłby być nawet „cyfrową” przygodą Johna Constantine'a (wszak bywały w komiksach o nim tego typu opowieści).

Dostajemy mocno literacki (to fabuła liczy się tu nie grafika) cyber-thriller dla dojrzałego czytelnika. Współczesną sensacyjną opowieść podrasowaną science-fiction i cyberpunkim, czemu scenarzysta daje zresztą wyraz nazywając swoje postacie od klasyków gatunku: Harlana Ellisona i Williama Gibsona. Inną rzeczą, z którą kojarzył mi się ten komiks, jest opowieść Stiga Larssona o dziewczynie z tatuażem, ale to pewnie dlatego, że ważną częścią tej opowieści jest... dziewczyna z tatuażem. Nie będę wchodził głębiej w fabułę, bo powinniście sami odkrywać zawartą tu intrygę. Powiem tylko tyle: jest ona prawidłowo skonstruowana i album czyta się zdecydowanie dobrze.

Komiks ogółem nie jest zły, a podobno – jak twierdzą inni koledzy recenzenci (takie opinie widziałem) – to słabsza rzecz w dorobku Jamesa Tyniona IV. Ja go chyba jednak nigdy wcześniej nie czytałem, bo jestem trochę na bakier z mainstreamowym, współczesnym komiksem. Więcej o nim jako twórcy napisałby pewnie mój znakomity redakcyjny kolega, Rafał Piernikowski, lecz dostaliście tym razem tylko mnie, a ja się na Tynionie nie znam. Wstyd, ale muszę Wam to jednak wystarczyć. Zaznaczam więc, że osobiście bawiłem się umiarkowanie dobrze, powoli dawkując sobie lekturę.

Graficznie jest średnio, co potęguje skojarzenia z Vertigo, gdzie w wielu tytułach grafiki często bywały służebne wobec fabuły. Tak jest też w tym przypadku i nie zamierzam mydlić Wam oczu: ta warstwa nie zwali Was z nóg. Jest to dość zachowawcze rzemiosło z komputerowymi kolorami. Taki styl zerowy charakterystyczny dla przeznaczonych dla dorosłego odbiorcy, współczesnych, sensacyjnych opowieści tego typu. Jednym to wystarczy, innych może od lektury odrzucić.

Problemem tego komiksu jest fakt, że to przeciętna rzecz (niezła z pewnością, ale też nie powala na kolana) i na rynku, który rozpieszcza nas ostatnio strasznie, jest masa rzeczy wartych większej uwagi, jak choćby kryminalne „Saint-Elme”, również od Nagle! Comics, zachwycające zarówno fabułą jak i rysunkiem. Nie wiem, czy jest w Polsce miejsce dla „W0rldtr33”, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ogólnie czyta się to dobrze. Jeśli cierpicie na brak generycznych komiksów od nieodżałowanego V, to będziecie zadowoleni. Jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co dzieje się na zachodzie, też sięgnijcie po ten album. W innych wypadkach zagłosowałbym portfelem na co innego.

wtorek, 9 kwietnia 2024

Furia. Monde/Burniat

  


Bardzo dobry frankofon znakomicie łączący humor z mocno przygodowym komiksem fantasy w konwencji płaszcza i szpady. Rzecz odbija się od trampoliny motywów zaczerpniętych z legend arturiańskich, ale w ostatecznym rozrachunku poradziłaby sobie bez nich. To nie jest do końca zabawa cytatami. Autorzy stworzyli swój własny, bardzo dobrze funkcjonujący świat, wypełniając go świetnie napisanymi bohaterami. Wyszła rzecz trochę przypominająca „Donżona” i to jego fani powinni zdecydowanie sięgnąć po „Furię”.

Komiks traktuje o córce króla Artura, z którą z zamku prysnął słynny miecz władcy. Oręż okazuje się być spersonifikowany: gada i jest podstępny. Księżniczka natomiast, niechętna względem ożenku z obrzydliwym baronem, łatwo mu wierzy i ma nadzieję rozpocząć po ucieczce wszystko na nowo obok żyjącej w mieście siostry. Jak się pewnie domyślacie, wszystko potoczy się inaczej, niż zaplanowała dwójka bohaterów, których czeka brutalne zderzenie z rzeczywistością . Obrzydliwy baron (będący zupełni kimś innym niż się wydaje) rusza tropem zbuntowanej Księżniczki, a ta przypadkowo znajduje swoją siostrę pracującą w nieoczekiwanym przez nikogo miejscu.

„Furia” niesamowicie łączy w sobie różne style. Mimo iż wiele się tu dzieje fabularnie, to postmoderna formy jest zdecydowanie większa niż treści. Obok siebie funkcjonują odważnie zestawione dwa cartoonowe style: postsfarowski, frankofoński, z zaczerpniętym z zupełnie innych rejonów mocno mangowym, humorystycznym zacięciem. Czyta się to zaskakująco dobrze, acz wyobrażam sobie ludzi, którzy mają z tą eklektyczną mieszanką problem. To nie jest bowiem klasyczny styl francuski, to szalony tygiel czerpiący ewidentnie z różnych szkół opowiadania obrazem. Są tu obok tego wszystkiego niesamowite sceny z potworami niby żywcem wyjęte z „Berserka” Miury, co tylko wzmaga uczucie eklektyzmu i obcowania z czymś inspirowanym japońskim komiksem.

Ostatnio wychodzę na boomera, bo średnio odnajduję się i utożsamiam z komiksami, które przychodzi mi recenzować. „Furia”, mimo iż jest dość nowoczesna i wcale nie kierowana do starych nerdów, skradła mi serce. Jest przy okazji pierwszym tegorocznym albumem, jaki wpisuję na moją listę „The best of 2024”. To zdecydowanie sztosiwo i nie wyobrażam sobie nie wspomnieć o tej pozycji w podsumowaniu roku.

niedziela, 7 kwietnia 2024

Kroma. Lorenzo De Felici

 


Rysownik Lorenzo De Felici jest znany polskiemu czytelnikowi z serii „Oblivion Song” tworzonej do scenariusza Roberta Kirkmana. Mam trzy tomy na półce, nie czytałem ich jeszcze. Po lekturze „Kromy” wiem, że powinienem, bo narysowana jest tak, jakby De Felici sprzedał dupę diabłu za talent.


Tym razem dostajemy do rąk projekt solowy, prawdziwy popis wyobraźni tego nietuzinkowego artysty. Rzecz dzieje się nie wiadomo gdzie i kiedy. Trudno stwierdzić, czy to fantasy, czy science-fiction, więc uznajmy po prostu wszystko za fantasmagoryczną baśń. Bardzo ważnym elementem jest tu budowanie świata, w który wierzy się od pierwszych chwil i chłonie jego nawet najmniejsze elementy. Gorzej zbudowani są bohaterowie, ale nie oni są najbardziej istotni w tej historii. „Kroma” opowiada o dystopijnym społeczeństwie zamieszkującym miasto sąsiadujące z dziką dżunglą. Miasto jest utrzymane w szarościach i zgaszonych kolorach. Dżungla tętni kolorami i życiem. Fabularnie jest mrocznie i krwawo, trudno więc postrzegać ten komiks, mimo jego baśniowości, jako dzieło dla dzieciaków.


Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że wszystko wymyślone zostało, żeby De Felici mógł sobie porysować to, co lubi. Najfajniej uchwycona, prócz znajdujących się w centrum historii postaci, jest dzika przyroda, wraz z wielkimi gadami jako głównym tematem wielu rysunków. Grafik w porywach godnych jakiegoś animowanego przeboju kinowego, dajmy na to Disneya. Mam nadzieję, że nie obrażam tu De Felici'ego, bo nie śledzę zupełnie tego, co tam słychać w animacjach Disneya, mam na myśli te klasyczne. Rzecz raz opiera się na luźnym, cyfrowym (?) szkicu, a innym razem jest bardzo dokładnym rysunkiem skłaniającym się ku semi-realizmowi. Dziełem zawsze bardzo efektownym i znakomicie działającym na poziomie opowieści snutej za pomocą obrazów. Wszystko to podkreślają komputerowo nałożone kolory. Są, warto zaznaczyć, całkiem udane jeśli o estetykę chodzi i nie popadają w kicz. Stanowią zresztą środek narracyjny, bo sceny w mieście zdecydowanie różnią się barwami od tych z dżungli.


„Kroma” nie jest co prawda komiksem niemym, ale niewiele mu brakuje do tego typu historii. To rzecz opowiedziana dynamiczną sekwencyjnością: obrazami, nie dialogiem czy narracją literacką. Myślę też, że komiks zyskałby jeszcze na enigmatyczności, jeśli poprowadzono by go całkiem bez literek. Autorowi bankowo starczyłoby warsztatu. Niemniej i tak jest bardzo dobrze.


De Felici ma bogatą wyobraźnię i trudno przejść obok tej pozycji obojętnie. To kawał znakomitej, artystycznej roboty, coś więcej niż typowe mainstreamowe rzemiosło. Autor ewidentnie rozumie, jakie ma możliwości warsztatowe i wykorzystał je w swojej solowej pracy w 100%. Być może nie jest to szczególnie rozbudowana rzecz od strony intelektualnej, Alana Moore'a się nie spodziewajcie, ale jako komiks rozrywkowy ta opowieść obrazkowa sprawuje się na medal.

Hillbilly. Eric Powell

 


Moje relacje z „Goonem” Ericka Powella są skomplikowane. Nie potrafię nie docenić wykreowanego przez niego świata, ale niewybredne żarty o kupie mnie żenowały. Od strony graficznej uznaję jednak „Zbira” za pierwszą ligę i nawet jeśli nie do końca po drodze mi z humorem tego artysty, to zaliczam jego prace do bardzo udanych. To zdecydowanie coś, co lubię, co mimo wszystko dobrze wspominam. Coś, co rozgościło się i pozostało w mojej wyobraźni.

Cieszę się więc z faktu wydania „Hillbilly” jak głupi z bateryjki, bo Powell przede wszystkim zrezygnował w nim z niesmacznych żartów, zaserwował za to mistrzowski storytelling i kreację świata na najwyższym poziomie. Owszem to na razie tylko krótkie historie inspirowane mocno lekturami z dzieciństwa Powella, ale mimo pozornej prostoty sprawiły mi one niesamowitą przyjemność. Osadzenie akcji w (baśniowych w ujęciu Powella) Appalachach i stworzenie własnej, mocno podszytej siarką i podlanej bimbrem, mitologii zasiedlonej przez wiedźmy i inne stworzenia o piekielnym rodowodzie sprawiło, że polubiłem tę serię z marszu. Przeczytałem pierwszy tom jednym tchem, zachwycając się przy tym dalej według mnie niedocenionymi u nas możliwościami graficznymi Powella oraz piekielną mocą tasaka głównego bohatera.

Graficznie bowiem ten komiks to pierwszorzędna, acz mocno pulpowa robota. Coś, czego brakuje naszemu rynkowi w czasach świetności typowych komputerowych rysunków. Powell rysuje jakby sprzedał duszę diabłu za talent plastyczny. Przy okazji rzecz urzeka na każdym kroku niesamowitą dynamiką i specyficznym, semi-realistycznym stylem rysunku, zakorzenionym gdzieś w baśniowym fantasy, ale uchwyconym w mocno oryginalnych ramach. Szukając porównań: to, co Powell ukazuje w „Hillbillym”, to połączenie stylu Franka Frazetty z Richardm Corbenem. I nie, nie ma przesady w tych porównaniach. Powell jest totalnym mistrzem komiksu.

Nie mam pojęcia, jak rozwiną się historie z uniwersum Hillbilly'ego, ale zatrzymując się na kilka chwil przy pierwszym tomie, jestem całkowicie oczarowany. Śpieszę więc donieść: koniecznie sięgnijcie po nowy komiks Powella, jeśli lubicie wieśniackie południe Stanów Zjednoczonych – tu dodatkowo ukazane w krzywym zwierciadle i podrasowane stworami rodem z opowieści fantasy – nie będziecie zawiedzeni.