wtorek, 5 grudnia 2023

Bomba

 


 

Był taki pasek „Fistaszków”, na którym Linus stwierdzał dosadnie: „Wszystkiego, co wiem, nauczyłem się z telewizji!”. Mam podobnie, tylko z racji wiadomych zainteresowań wiedzę o historii i świecie czerpię z komiksów. Czytałem recenzję Kuby, opublikowaną na tymże blogu, którą popełnił kilka tygodni temu i chyba jednak inaczej widzę ten komiks, ale po kolei.

Powieść graficzna podejmuje już niemal wszelkie tematy. Od komiksów opowiadających o bezdomności, chorobach psychicznych, masturbacji, o pracy na saksach, po te traktujące o podróżach w różne zakątki świata. Mało mnie więc dziwi, że w końcu ktoś zdecydował się opowiedzieć o tak przyprawiającym dziś o ciarki na plecach temacie jak powstanie bomby atomowej.

Powiem szczerze – nigdy nie sięgnąłbym po książkę o bombie atomowej. Nie interesuje mnie literatura popularno-naukowa, a po komiks i owszem, sięgnąłem i lektura była bardzo satysfakcjonująca. Nie widziałem też filmu Nolana, nie jestem jego fanem, a na pewno nie jestem fanem atomówki, mimo iż urodziłem się w rocznicę zrzucenia bomby na Nagasaki (sic!). Mam trochę wyjebane, a trochę się boję dziś tego tematu ze względu na aktualne groźby Rosji. Komiks to co innego, bo to wszak moja dziedzina. Dzieło trójki autorów sprawdza się idealnie jako bryk z historii. Być może brak mu trochę emocjonalności, ale jej nie oczekiwalibyśmy od książki popularno-naukowej, a z tej parafii jest to wszak publikacja. Dramaturgia buduje się tu sama, gdy autorzy przedstawiają fakty, jeden po drugim. Dowiedziałem się z tego komiksu wszystkiego, co chciałem wiedzieć, a nawet rzeczy, których wiedzieć nie musiałem (na przykład ile kochanek miał Oppenheimer) i uważam czas spędzony z tym opasłym albumem za bardzo udany. Rzecz jest cegłówką, którą da się zabić, ale mimo objętości czyta się ją dość łatwo. Nie jesteśmy przytłoczeni ogromem tekstu, bo wszystko jest idealnie wyważone. Może nawet za bardzo komiksowe? Ale dziś postacie jak Hitler i Stalin, a nawet ten Oppenheimer czy Einstein, wydają się bohaterami rodem z komiksu: przerysowanymi i ikonicznymi. Wiem, nieładnie tak mówić, bo zagrożenie jest całkiem realne, ale Putin też zdaje mi się dziś iście Bondowskim, pulpowym łotrem. Od komiksowości nawet w realu dziś nie ma więc ucieczki.

Co ciekawe, warstwa graficzna zdaje się wtórować mojej tezie. To rzecz ani trochę nie przypominająca ani typowej Eisnerowskiej powieści graficznej, ani frankofona. To produkt w warstwie graficznej i narracyjnej najbardziej zbliżony do amerykańskiego mainstreamu, tyle że podanego w czerni i bieli. Kompozycje plansz sprawiają wrażenie dzieła tego typu z lat 90. i nie chodzi mi o to, że są przestarzałe, a o odwagę przy ich komponowaniu. Można to uznać za plus, ale też i za minus. Moim zdaniem wyszło dobrze.

Nie uważam zazwyczaj, żeby szeroki target był plusem, wolę rzeczy adresowane do konkretnego odbiorcy, ale w przypadku publikacji popularno-naukowej uniwersalność przekazu to plus. Mamy więc do czynienia z pozycją, którą mogą przeczytać wszyscy. Zarówno fani trykotów powinni odnaleźć tu znajome warsztatowo tropy i nie zrażą ich one przy lekturze, a i miłośnicy powieści graficznych chętnie postawią tę cegłę na półce. Tak, to bryk, niejako uproszczona opowieść, ale swoją funkcję spełnia wzorcowo. Nie sądzę jednak, że kiedykolwiek wyruszę z autorami „Bomby” ponownie w tę podróż, traktujcie więc ten komiks jako jednorazową przygodę. No ale mało kto w dzisiejszym zalewie nowości sięga drugi raz po tę samą pozycję.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Rusty Brown. Chris Ware.

 


 

Chris Ware był największym nieobecnym naszego rynku komiksowego. Jedyny jego komiks jaki pojawił się po polsku drukiem to fragment właśnie „Rusty'ego Browna” zamieszczony pierwotnie w książce „Księgą innych ludzi”. Przez lata tej nieobecności w Polsce jego dzieła obrosły legendą i chyba wszyscy zainteresowani czekali na nie z utęsknieniem. Nic jednak z tego nie wychodziło z różnych względów. Nader często uznawano te komiksy po prostu za zbyt trudne do wydania od strony edycyjnej. Centrala jako pierwsza podołała i wypuściła jakiś jego album, wbijając się tym samym na szczyty list najważniejszych tytułów AD 2023.

„Rusty Brown”, bo o nim mowa, to rzecz niezwykła i unikalna, ale też trudna w odbiorze. Czytałem go bardzo długo i każde podejście zmiatało mnie z planszy, gdyż komiks ten wymaga od czytelnika 100% zaangażowania i wysiłku intelektualnego. Może nawet wywołać dyskomfort poznawczy u odbiorcy, bo sam w pewnym momencie, zirytowany małym drukiem w pierwszej historii, sięgnąłem po lupę.

Opowieść ta to strumień świadomości opisujący kilka żywotów (często dość nędznych i smutnych) powiązanych fabularnie szkołą, w której uczy się tytułowy Rusty Brown. W czasie snucia historii rysunek Chrisa Ware'a się zmienia, ewoluuje od typowo kreskówkowego, przez oszczędny, umowny po styl niemal realistyczny. Same opowieści zdają się traktować o chorej ze smutku duszy Ameryki. Rzecz w nastroju jest zupełnie inna niż typowy „american dream”. Znajdziemy tu kilka sylwetek bohaterów, zaczynając od dzieciaków-nerdów wiodących pełne stresu i poniżenia życie, przez uczącego literatury smutnego belfra będącego miłośnikiem starej pulpy, po Afroamerykankę będącą nauczycielką w szkole dla białych. Historie są ze sobą tylko luźno powiązane i powstawały w różnych okresach. Jednak nie treść jest głównym walorem tych komiksów.

Strona narracyjna to szczyt tego, co da się wyciągnąć z opowieści obrazkowej i można mieć wrażenie, że o sam akt postmodernistycznego opowiadania chodzi w tym komiksie a nie o żywota przegrywów. Jak wspomniałem we wstępie, rzecz jest jednak wymagająca i nie jest to lektura do poduchy, tylko coś, co mocno Was zaangażuje. To mogłaby być opowieść o czymś zupełnie innym, a i tak byłaby zachwycająca od strony formalnej, bo Ware jest geniuszem komiksu. Wie jak skonstruować planszę, jakimi drogami poprowadzić na niej fabułę, by szczena nam opadła. Nie oznacza to jednak, że komiks Ware'a jest od strony treści o niczym, że to sama forma. Wręcz przeciwnie, bo wyłania się z niej wyraźny obraz wspomnianej wcześniej Ameryki: smutnej, pozbawionej romantyzmu.

Ware pracował nad tym albumem latami i posklejał całość z fragmentów publikowanych w różnych miejscach. Na końcu wylicza wszystkich prezydentów, których kadencje upłynęły w czasie tworzenia tej historii. Rozrzut czasowy sprawił, że opowieści bardzo się różnią stylem i trudno szukać tu takiej spójności jak w przypadku (i tak eklektycznego, ale jednak bardziej spójnego) innego jego ważnego dzieła: „Jimmy'ego Corrigana” (pisałem o nim tutaj: https://rekopisznalezionywarkham.blogspot.com/2022/06/jimmy-corrigan-smartest-kid-on-earth.html ), którego zapowiedział Timof Comics na przyszły rok. Na wielu poziomach czuć jednak ewolucję warsztatu Ware'a i muszę uznać „Rustyego Browna” może nie za lepszy komiks, ale na pewno za trudniejszy. Autor się jednak nie pogubił, bo to też bankowo jeden z najlepszych albumów tego roku. Problem jest z nim taki, że nie jest to opowieść dla wszystkich. Ludzie, którzy szukają w komiksach tylko rozrywki odbiją się od „Rusty'ego...” jak od ściany. Odbiorcy ceniący „plecy konia”, mimo iż mamy do czynienia z mistrzostwem, mogą nie zrozumieć warstwy formalnej albo uznać ją za przeszarżowaną. Ware jednak unika kiczu, wspina się na wyżyny sztuki komiksowej i przy okazji, dzięki swojej wrażliwości, uchwycił kawałek otaczającej go rzeczywistości. To dużo jak na komiksowego nerda. Oprócz formalnej ekwilibrystyki to właśnie ta wrażliwość autora czyni z „Rustyego...” dzieło ponadczasowe.