piątek, 30 września 2022

Retro. Łukasz Ryłko.

 


 

 Zanim rozczaruję matkę i ojca następnym akapitem, naprędce usystematyzuję: Retro to wznowiony w większym formacie i poszerzony o dwa niezależne opowiadania komiks Łukasza Ryłki ŚmiercionoŚni, który Kultura Gniewu wydała w 2007 roku.

Wracając - to może niezbyt szlachetna uwaga, zwłaszcza na początek, może też trochę wstyd się przyznać, ale w ogóle mi się Retro nie chciało. Z powodu okładki. A ona nawet nie jest taka zła. Ot poklejona z rekwizytów postać detektywa, taki uproszczony Arcimboldo. Niby wszystko gra, koncept rozumiem, ale tak całkiem subiektywnie odbieram jako odpychający. Co więcej okładka wcześniejszego wydania ŚmiercionoŚnych, tego sprzed piętnastu lat, też do mnie nie przemawiała. Poprzednia obiecywała mi coś innego, a obecna obiecuje za mało. Kamień z serca, przyznałam się i zaraz wrócę, jak tylko wyciągnę z szafki woreczek z tym popiołem, co nim będę głowę sypać.

To co to za historia? Ach, całkiem baśniowa. Otóż na rynku pojawił się kapelusz podszyty zroszonym łzami wdowca materiałem z rękawa sukmany, w której Śmierć czyni swoją powinność. Kto wejdzie w posiadanie owego kapelusza, cóż…tego dzień potoczy się całkiem inaczej niż przypuszczał. I więcej zdradzać nie ma sensu, bo zepsuje to zabawę, którą autor przewidział dla czytelnika. Trochę tak widzę ten komiks - złożony i ładny rebus.

W Retro jest nomen omen bardzo retro. To komiks niemy (z wyjątkiem jednego znamiennego zdania), czarno – biały, uśmiechający się z czułością do ikonicznego, dawnego Hollywood. Po drugim i trzecim planie przechadzają się Charlie Chaplin i Harold Lloyd, albo ktoś do złudzenia do niego podobny, kto zawiśnie nawet na wskazówce zegara jak w Safety Last!, a wcześniej zatańczy niczym Tony Curtis w Pół żartem pół serio z nietypową damą. Do detektywa przybędzie panienka w opresji, której łzy wpędzą go w niezłe kłopoty. I będzie padał deszcz. A miasto skryje niejeden sekret, którego rozwiązania trzeba będzie wypatrywać cofając się o kilka stron, by jeszcze raz przepatrzeć kadry. No właśnie miasto. Ukłon w kierunku filmów noir. Zbudowane na fundamencie wyraźnych konturów i głębokich cieni rysunku. Jakby trochę zamglone, tętniące życiem nocnych knajp, teatralnych spektakli i upojnych chwil w hotelowych pokojach.

W ŚmiercionoŚnych Ryłko zaprasza czytelnika do zabawy z konwencjami. Wyprawia na uroczą i momentami zabawną przygodę z ładnym, czytelnym i dopieszczonym rysunkiem, który nie zostawia niedomówień, pozwala mknąć przez tę opowieść nie przejmując się tym, że się w niej niczego nie eksplikuje. A misterna konstrukcja sprawia, że czyta się z równą przyjemnością tak od początku jak i od końca czy środka. Tylko za serce nie chwyta. Nie żeby musiał, no ale nie chwyta.

Inaczej rzecz ma się z opowiadaniami Zimny drań i Opowieść wigilijna to była u mnie ta część dla serca.

Czy warto przeczytać Retro? Jeśli nie zna się ŚmiercionoŚnych – warto. Może się powtórzę, ale to świetnie skonstruowana i narysowana historia. Czy w Was zostanie – nie wiem, ale jestem niemal pewna, że przeczytacie ją dwa razy. 


Autorka: Dominika Senczyszyn

czwartek, 29 września 2022

Silver Surfer. Tom 1. Slott/Allred



Omijam współczesne komiksy superbohaterskie. Nie bijcie, ale uważam, że z niewielkimi wyjątkami są najczęściej złe, a ich złota era dawno przeminęła. Po znakomitym albumie „Silver Surfer: Czarny” duetu Cates/Moore nie bałem się jednak dać szansy runowi ze scenariuszami Dana Slota i rysunkami Michela Alreda. Tym bardziej, że to chwalona seria, która zamknąć ma się u nas w zaledwie dwóch grubych tomach.

Zawiodłem się i popełniłem błąd, myśląc że ta współczesna reinterpretacja słynnego kalesoniarskiego mitu (wiem, Srebrny nie nosi kaleson) będzie miała do zaoferowania coś na poziomie „Czarnego”. Otrzymałem serię nierówną, tylko momentami wchodzącą na poziom, na którym dało się to czytać bez zgrzytania zębami. Nie chodzi jednak o to, że to zły komiks, bo napisany jest lekkim piórem. Mam na myśli dość kontrowersyjne treści w nim zaserwowane. Przede wszystkim autorzy postanowili przenieść środek ciężkości, wprowadzając do opowieści postać kobiecą – Dawn Greenwood, która odpowiedzialna jest również za elementy komediowe (SIC! Komedia w Silver Surferze?), wątki romansu i szereg innych rzeczy nieprzystających do opowieści o dawnym heroldzie Galactusa. Bohaterka pocina z Surferem na jednej desce i razem przemierzają kosmos, a to wpadną na jakieś spektakularne święto na egzotyczną planetę, a to skoczą sobie na lody (serio!). Dostaliśmy postmodernistyczną, współczesną papkę, która bardziej przypomina nieśmieszny sitcom niż dobrą opowieść o superbohaterze. Papkę zgrabnie napisaną, bo czyta się to wszystko bez bólu, ale nie tego oczekiwałem. Z jednej strony trzeba przyznać, że wyjęto wizerunkowi Srebrengo Surfera kij z tyłka, lecz zamiast tego, żeby było śmiesznie, wsadzono mu tam grabie.

Od strony intelektualnej to jest opowieść na poziomie nastoletnich dziewczynek z bohaterką w sukience w kropki, z którą mogą się utożsamiać. Dawn w świecie Srebrnego Surfera jest trochę jak Dorotka w krainie Oz. Otaczają ją nowe, szalone rzeczy wykraczające nierzadko poza jej prowincjonalne pojmowanie. To sprawia, że bohaterka wszystkiemu się dziwi i skutkiem są te nieszczęsne elementy komediowe. Wiem, komiksy superbohaterskie nie słyną z pobudzających intelektualnie treści, ale ja lubię właśnie wyjątki, które są najzwyczajniej inteligentną rozrywką. W tym opasłym tomie tylko jeden story arc jest taki – opowieść o tym jak Silver Surfer zostaje zderzony z niedobitkami ras zgładzonych przez Galactusa i oskarżony o ludobójstwo. Wtedy na chwilę przestaje być śmiesznie i uroczo, a dostajemy prawdziwy, niejednoznaczny dramat jednostki, która musi się uporać z własną przeszłością. Dla tego jednego fragmentu warto ten run (wraz z końcem tego tomu jesteśmy w połowie, może jeszcze coś się tutaj ciekawego wydarzy?) przeczytać.

Grafiki Allreda są również bardzo chwalone. To dobre rzemiosło ze świetnie skomponowanymi, pomysłowymi planszami. Mówi się, że to arcydzieło popartu. No cóż, zobaczymy, czy te rysunki przetrwają próbę czasu, ale jak na dziś są przynajmniej niezłe. Silver Surfer w jego wykonaniu to rozbuchana plastycznie space opera pełna przeróżnych ras i światów do odkrycia, które mogą doprowadzić do oczopląsu. Na tym poziomie wszystko jest si, wszystko się zgadza. Jeśli sięgacie po ten komiks tylko dla rysunków, nie powinniście być zawiedzeni.

Silver Surfer i Dawn, zdecydowanie mają się ku sobie, mimo iż dzielą ich całe galaktyki. To więc opowieść o trudnej miłości. Nie jest to jednak szekspirowskie, dramatyczne uczucie, to nie Romeo i Julia. To rozrywka dla wychowanych na serialach komediowych Amerykanów, którzy romantyzm kojarzą z randkami w pizzeriach i z komediami romantycznymi. Silver Surfer może być w tym związku nieco autystycznym nerdem, co też ma wywoływać komiczne sytuacje (w jednej ze scen trafnie przedstawia się jako „blaszany drwal”, a to postać, która szukała wszak swego serca). Może to wszystko brzmi fajnie w teorii, ale to coś, z czym się zdecydowanie jako odbiorca mijam. Z tych samych powodów miałbym jednak problem w wystawieniu temu komiksowi jednoznacznie złej oceny, bo warsztatowo jest dobrze. Dobijający czterdziestki, cyniczny, doświadczony przez życie brodaty łysol po prostu nie jest targetem tego komiksu.

niedziela, 25 września 2022

Krzyk Ludu. Tardi/Vautrin

 


„Kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie skurwysynem, ale kto na starość socjalistą pozostał, ten jest po prostu głupi” - słowa te przypisywane - ponoć niesłusznie – Bismarckowi, przyszły mi na myśl po przeczytaniu Krzyku ludu duetu Tardi/Vautrin. Ale po kolei.

    Po genialnym antywojennym komiksie Tardiego „To była wojna okopów” wiedziałem, że chcę przeczytać inne powierci graficzne tego Francuza. „Krzyk ludu” zapowiadał się wybitnie - monumentalny fresk historyczny o Komunie Paryskiej, nad którym autorzy pracowali przez lata. Ogólnie interesują mnie narracje nawiązujące do wydarzeń z przeszłości. Przede wszystkim spragniony jestem ciekawych i jednocześnie kompetentnych interpretacji polityczno-historycznych. Co dostałem?

    Już sam wstęp Jeana Vautrina - autora książki, na podstawie której powstał komiks – nieco mnie zmroził. Nie ma to jak deklaratywne utożsamianie się z „prostym ludem” zwłaszcza w wykonaniu ludzi o wyższym statusie społecznym. Nie miałem wątpliwości, że opowieść wyłożona będzie w sposób jednoznacznie chwalący Komunę. I rzeczywiście, podczas lektury miałem wrażenie, że obcuję z dziełem propagandowym. Trochę jakbym oglądał film Siergieja Eisensteina, co właściwie mogłoby być komplementem, gdyby nie to, że „Krzyk ludu” nie powstał przecież w kraju totalitarnym... a może jednak powstał. Komunały Komuny nie padły. W krajach europy zachodniej lewicowo-liberalne tendencje są tak silne, że stanowią niemal powietrze, w którym najdelikatniejszy prąd innej myśli jest natychmiast wyczuwany i tłamszony. Już słyszę ten wrzask oburzenia: że prawa kobiet, że wolne soboty, że... itd. itp. Zdobycze, dobrodziejstwa Komuny. Wszystko spoko, ale - jak mniema - rewolucje zmierzały do wymiany rządzących, rządzeni zaś nigdy się nie liczyli, po prostu ginęli za „piękne idee”, które następnie przekuto w XX wieczne totalitaryzmy realnego oraz narodowego socjalizmu. Gwałtowne przelewy krwi nie przyśpieszały zmian na lepsze, opóźniały je. Ale wróćmy do komiksu.

    Pomijając gloryfikowanie bezhołowia oraz dekonstrukcyjnych działań paryskiej tłuszczy, w komiksie mamy do czynienia z historią kryminalną z akcentem romantycznym. Nie będę jej streszczał, starczy że autorzy robią to ustami bohaterów, co kilkadziesiąt stron (zapewne stanowi to efekt pierwotnej publikacji komiksu w częściach). Intryga jest złożona i wielowątkowa, występuje w niej sporo postaci, także historycznych.  Losy bohaterów przeplatają się, zazębiając o siebie na tle krwawej jatki i pożogi, które ogarnęły Paryż.  

    Mimo iż protagoniści zarysowani są w sposób interesujący, a opowieść miejscami potrafi uwieść swoją maestrią, miałem wrażenie, że jednak ogólnie narracja nieco kuleje, rozwija się zbyt wolno, aby porwać czytelnika i nie dać mu się oderwać od lektury aż do końca (ja przerywałem wielokrotnie). Trudno mi było utożsamić się z motywacjami głównych bohaterów, dlatego po jakimś czasie ich los mi zobojętniał. A może porostu duchowo trzymałem stronę „wersalczyków”. Trudno mi kibicować rozchichotanej gawiedzi, która pali biblioteki, roztrzaskuje pomniki i strzela do księży. No ale ja nie jestem Francuzem. 

    Bezsprzecznie na uwagę zasługują rysunki Tardiego. W tym komiksie jego kreska nie jest tak pieczołowita i precyzyjna, jak w „To była wojna okopów”, ma za to swoisty urok, kojarzący się z XIX wiecznymi karykaturami oraz lekkość - a miejscami powiedziałbym, że nawet nieco anarchizuje. Francuski artysta odtwarza dawny Paryż, słynne budowle, architekturę, ulice - to niezwykle cenna i pracochłonna praca. Siedział nad tym 4 lata. Myślę że pod względem artystycznym, mógłby je spędzić lepiej i mam nadzieję, że już nie da się namówić Vautrinowi na kolejny komiks, co ten złowieszczo zapowiada w epilogu Krzyku Ludu.

    Jeśli chcesz przeczytać awanturniczą historię pełną zwrotów akcji, walk, romansów itp. - to trochę tu tego znajdziesz. Jeśli zaś chcesz się czegoś dowiedzieć o Komunie Paryskiej – to „Krzyk Ludu” zwiera sporo informacji na temat tego wydarzenia, nieraz bardzo drobiazgowych (są też przypisy), lecz naświetlonych tylko pod jednym kątem. Mamy tu oczywiście wątek polski, którego pomimo usilnych chęci nie udało się francuzom zupełnie zmarginalizować. Bez Dąbrowskiego i Wróblewskiego, naszych wspaniałych po powstańczych niedobitkach - podpalaczach europy – niewiele Komuna miałaby do zaproponowania od strony militarnej. W ramach uzupełnienia polecam film „Jarosław Dąbrowski” Bohdana Poręby, który oczywiście ideologicznie również stoi po jedynej słusznej stronie. Zastanawiałem się jaki podać przykład przeciwwagi dla tego zmasowanego ataku propagandy. Gdy na szybko w internecie wpisałem: „książka o Komunie Paryskiej” na pierwszym miejscu wyskoczyło mi dzieło Lenina. Może jednak lepiej zostać przy komiksie. 

Autor: Jakub Gryzowski
 

Męska Skóra. Hubert/Zanzim



Rarytas wśród queerowych komiksów. Alegoryczna baśń, ale przy tym również niejednoznaczna historia kobiety, która przywdziewa męską skórę, by zbliżyć się do swego przyszłego męża gustującego właśnie w pięknych chłopcach. Gdy aranżowane małżeństwo dochodzi do skutku, para nie przestaje spotykać się jako mężczyźni, co w rezultacie prowadzi do wielu ciekawych wydarzeń.


Opowiedziana jak baśń historia dotyka mocno współczesności i problemów z tożsamością płciową. Mimo iż moim zdaniem dużo takich tworów kultury ostatnio, to „Męska skóra” zdecydowanie broni się na ich tle, bo jest po prostu mądrze napisanym komiksem. Szukając jej odpowiedników w kulturze, wskazałbym na „trylogię życia” Piera Paolo Pasoliniego, którą stanowią: „Dekameron”, „Opowieści kanterberyjskie” oraz „Kwiat tysiąca i jednej nocy”. Podobnie jak „Męska skóra” są one opowieściami w kostiumie i przy okazji afirmacją życia. Niesamowity jest zachwyt Huberta (nie będę mu do łóżka zaglądał i pytał o tożsamość płciową, bo to chyba nie miał być taki zmyślny coming out?) nad młodym, męskim ciałem. Ten komiks aż tym ocieka i jestem pewien, że wielu wkurwionych odbiorców nie będzie mogło tego znieść. No cóż, chuj im w oko, żeby nie docenić tej opowieści trzeba nie mieć serca bądź nie potrafić postawić się w sytuacji, w jakiej są bohaterowie zamieszkujący świat, gdzie nie akceptuje się ich seksualności. Świat będący jakby połączeniem średniowiecznych i renesansowych Włoch (nie zauważyłem, żeby było to jakoś dokładnie usytuowane historycznie, a z tymi okresami mi się kojarzy). Co ciekawe, są tu też piękne kobiety, ale z racji tego, że mamy do czynienia z opowieścią z punktu widzenia mężczyzn (czy też kobiet przebranych za mężczyzn – tu się właśnie wkrada ta niejednoznaczność), to właśnie elementy chłopięcego piękna stawiane są na piedestale. Jest to też jednak na pewnym poziomie smutna opowieść, bo traktuje o okłamywaniu siebie samego i stawaniu w roli, w której nie do końca dobrze się czujemy, ale wymuszają to na nas konwenanse. O zatajaniu tożsamości seksualnej, oszukiwaniu się i niezgadzaniu w 100% z własną płciowością.


Graficznie jest przynajmniej dobrze i brawa dla Huberta za wybieranie sobie plastyków do współpracy. Być może to rzecz prostsza graficznie i o jeden poziom mniej piękna niż nomen omen „Piękna ciemność” i „Piękna”, bo zdecydowanie czuć cyfrę w realizacji (kolory). Na tym jednak moje marudzenie się kończy, od strony narracji obrazem i ukazania piękna postaci za pomocą cartoonu jest bowiem znakomicie. Mimo iż pozornie marudzę, że poprzednio było lepiej, to trudno wyobrazić sobie, żeby ktoś zilustrował ten komiks lepiej niż Zanzim. Do tego dochodzą elementy malarstwa średniowiecznego (i nie tylko) świetnie uchwycone na niektórych planszach i przeszczepione na grafikę cartoonową.


Nie będę ukrywał, że jako fan Pasoliniego jestem tym komiksem – zarówno od strony fabularnej jak i graficznej – totalnie oczarowany. Mam też nadzieję, że może otworzy on głowy niektórym ludziom, sprawi iż będą w stanie w końcu postawić się w sytuacji, w jakiej znajdują się ludzie przez całe życie zmuszani do życia w świecie, który nie akceptuje ich seksualności. Ten rok jest w komiksowie zdecydowanie rokiem Huberta a „Męska skóra” to jeden z najlepszych albumów, jakie w 2022 ukazały się w naszym smutnym kraju.

 

poniedziałek, 19 września 2022

Punisher. Marvel Knights - Tom 3. Garth Ennis.

 


Kolejny tom Punishera pisanego przez Ennisa jest, zdaje się, ostatnim komiksem o Franku Castle, jakiego brakowało na naszym rynku od tego scenarzysty. Z jednej strony smutek, że się kończy, z drugiej mają pojawić się Epiki z przedrukami starych historii o Punisherze. Czekam na nie jak na zbawienie, bo stare przygody Franka Zamka to rzecz, na której się wychowywałem. Tymczasem jednak rozliczmy się jeszcze z Ennisem.


Mam wrażenie, że seria Punisher Marvel Knights kończy się lepiej niż się zaczynała. To już podłoże do tego, co zobaczymy w Punisher Max. Dostajemy tu pięć historii, z których najfajniej wypadają mocno westernowe (sam tytuł to nawiązanie do standardu country śpiewanego przez Johnny'ego Casha) „Ulice Loredo”. Opowieść o Franku i dzielnym homoseksualnym szeryfie chcącym za wszelką cenę chronić swoje miasto trafi Was w samo serce. Ciekawa jest również opowieść, w której zawiązany zostaje pakt wilków przeciwko Punisherowi. Spider-man, Wolverine i Daredevil łączą siły, by raz na zawsze położyć kres zabójstwom dokonywanym przez Franka. Wszystko zmienia się w komedię pomyłek, która skończy się zupełnie inaczej, niż się spodziewacie. Jedyną nietrafioną opowieścią w całym tomie jest rzecz traktująca o tajemniczym powrocie Mateczki Gnucci. Fabularnie nie trzyma się kupy i szkoda, że Ennis pożegnał się z nami właśnie taką historią. Co prawda tworzy to klamrę z początkiem serii, ale moim zdaniem jest ona zupełnie nietrafiona. Cały tom zaczyna się natomiast od jednozeszytowej miniatury o spotkaniu Franka z Elektrą, w której najwyraźniej oboje mają się ku sobie.


Niestety, od strony plastycznej rzecz leży i kwiczy. Jedynie opowieść z Elektrą i „Ulice Loredo” uznaję za poprawnie narysowane. No i jeszcze „Zmartwychwstanie Mateczki Gnucci” może się podobać, jeśli jesteście fanami Steve'a Dillona. Ja nie jestem, do tego mam wrażenie, że to rzecz poniżej jego możliwości. Te nieszczęsne grafiki to jeden z powodów, dla których tak czekam na Punisherowego Epika. W tamtych czasach po prostu Frank miał więcej szczęścia do rysowników.


Cóż mogę jeszcze dodać. Chyba tylko to, że to proste historie, niczym filmy sensacyjne z lat 90. dystrybuowane na VHSach. Nie trzeba jakichś szczególnych kluczy intelektualnych do ich odczytania. Punisher wchodzi, Punisher robi swoje, Punisher odchodzi. Wbrew pozorom brak ciężaru intelektualnego jest plusem tych opowieści. Znakomicie się bowiem przy nich odpoczywa, a przy okazji Ennis jest takim pisarzem, że udaje mu się stworzyć coś, w co nie wkrada się zazwyczaj sztampa.

 

wtorek, 13 września 2022

Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza. Daniel Clowes

 


 

„Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza”. Komiks Clowesa jest jak ten tytuł, który przewija się - wyryty sporą czcionką nad portretami poszczególnych bohaterów - na początku każdego z dziecięciu epizodów tego enigmatycznego dzieła. „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza”. Obracamy w myślach te absurdalne, niby nic nie znaczące słowa, niczym mantrę. Bez wątpienia jest w tej historii coś psychodelicznego i niepokojącego zarazem. Amerykańskiemu artyście udało się wytworzyć nastrój, którym sprawnie posługują się wybitni reżyserzy w swoich filmach, a który bardzo trudno osiągnąć w komiksie. Czytelnik ulega tej sugestywnej wizji i ma wrażenie zapadanie się w jakiś odrębny kosmos, inny świat, w którym obowiązują odrębne reguły gry. To tylko kreski na papierze, a my czujemy lekkie mrowienie, może nawet lęk – absolutnie nie mamy pojęcia, co się wydarzy na następnej stronie, w następnym kadrze. Niespodzianek jest sporo.

    Głównego bohatera o imieniu Clay poznajemy w sali kina porno. Film, który tam zobaczy, nie będzie mieć jednak wiele wspólnego z tradycyjnie rozumianą obscenicznością. Wśród obrazów abstrakcyjnych i przesyconych chorą perwersją, ujrzy dobrze mu znaną twarz. Próbując dowiedzieć się czegoś o tym wynaturzonym dziele, nasz protagonista wyrusza w podróż, która okaże się zaprowadzić go dalej niż sądził.

    Po drodze Clay poznaje sporo specyficznych, najczęściej nieprzyjemnych postaci oraz zaznaje niestandardowych przygód. Już pierwsze spotkanie z parą zdegenerowanych i brutalnych gliniarzy nie napawa optymizmem. Dalej jest tylko gorzej. Bohater ląduje wśród nawiedzonych sekciarzy promujących wolną miłość oraz ogólnoświatową rewolucję, poznaje wyjątkowo zdeformowaną dziewczynę Tiny, która się w nim zakochuje oraz faceta o nazwisku Billings, próbującego objaśnić chaos świata za pomocą niezwykle złożonych teorii (czy aby na pewno spiskowych?).   

    Nawet w pobieżnym opisie niektórych zdarzeń umyka to, co najważniejsze w narracji Clowesa. Autor, co rusz podsuwa nam graficzne symbole, wątki, które zahaczają o inne zdarzenia, odwołują się do następnych, lub poprzednich sytuacji. Z szkolarskiego nawyku próbujemy ułożyć sens tej historii, znaleźć do niej klucz, lecz w chwili, gdy już myślimy, że go mamy, twórca nadbudowuje kolejną dygresję, kolejny fałszywy trop. Tym samym lądujemy w podobnej sytuacji jak obłędnie bredzący Billings. 
 
    Ta specyficznie poprowadzona opowieść inicjacyjna, komiks drogi, to nie tylko popis erudycji i nieskrępowanej fantazji twórcy. Jest tu konkretny temat, konkretna trauma do przerobienia, która wyłania się z morza groteskowych zdarzeń i postaci. Nie chciałbym za wiele zdradzać, ale istotnym przedmiotem interpretacji może być przewijająca się przez opowieść piosenka ludowa „Barbara Allen” opowiadająca o utracie kogoś ukochanego i nie możności pogodzenia się z tym. W takim rozumieniu komiks ten staje się obrazem głębokiego kryzysu psychicznego, choroby duszy.

    Jak na tak pokręconą historię styl Daniela Clowesa jest niemal tradycyjny. Precyzyjne rysunki przypominają prace tylko nieco od niego starszego Charlesa Burnsa. Artysta posługuje się najczęściej pionowymi kadrami, na ogół regularnie rozmieszczając 9, lub 7 na jednej stronie. W scenach o wyjątkowej dawce oniryzmu kontury kadrów ulegają lekkiemu rozmyciu, jednakże brak większych eksperymentów formalnych w tym zakresie pozwala na intensywniejsze doznanie ekscesów tkwiących w samej istocie narracji. Twórca „Ghost World” tworzy strumień obrazów, których ukryty sens skrzy się na przecięciu jednej grafiki z drugą. Apogeum dekonstrukcji tak pomyślanej formuły stanowi ostatni, dziesiąty epizod, o którym doprawdy nie sposób już opowiadać przy użyciu słów.

     Klimat tej historii może wywołać u czytelnika sporo skojarzeń - i mimo że powstała ona prawie 30 lat temu, nadal wydaje się interesująca i świeża. Mamy tu bowiem postmodernizm najwyższej próby – swoisty mariaż Thomasa Pynchona i Davida Lyncha  (swoją drogą ciekawe, czy amerykański reżyser inspirował się Aksamitną rękawicą realizując Zagubioną autostradę, której niektóre wątki fabularne zazębiają się z wizją Clowesa). Natrętna intensywność w snuciu opowieści może komuś nasunąć na myśl pisarstwo Davida Fostera Walleca, od paru lat zyskującego u nas coraz większą popularność. Jeśli zaś chodzi o fetyszyzację deformacji ciała, jego dekompozycję i destrukjcję, przed oczami stają mi obsesyjne filmy Davida Cronenberga, łącznie z najnowszym („Zbrodnie przyszłości”) tradycyjnie już nierozumianym przez widzów i krytykę.

    Drugie wydanie Aksamitnej rękawicy to doskonała okazja, aby sięgnąć po ten komiks, który wypada wyjątkowo, nawet na tle innych prac tego autora, przecież także niezwyczajnych, wydanych przez Kulturę Gniewu. Ameryka lat 50' - tak wspaniale i jednocześnie krytycznie ukazana niegdyś w obiektywie Douglasa Sirka - dla następnych pokoleń twórców stanowiła ciągłe źródło inspiracji, szczególnych powrotów odznaczających się gwałtowną potrzebą wydobywania z niej fascynacji i potworności, odsłaniania tego, co ukryte za fasadą idealnie skleconego społeczeństwa. Do kanonu takich artystów należy Daniel Clowes oraz jego „Aksamitna rękawica odlana z żelaza”.  

 

Autor: Jakub Gryzowski 

 

sobota, 10 września 2022

Król Thor. Jason Aaron

 


 

Zagram sobie nauczyciela z podstawówki o średnio wychowawczym podejściu: „Jasiu, Ty przecież zawsze piątki do domu zanosisz, a tu trója?”. Nie spoczywa na mnie jednak ciężar pedagogicznego obowiązku, więc mogę ograniczyć się do krytyki. Jason Aaron to kopalnia pomysłów, gość wprowadził do przygód Thora wiele powiewów świeżości i po wsze czasy będzie mu za to wdzięczność należeć się. Z jakiegoś powodu uznał jednak, że odpowiednim sposobem na zakończenie tego pasma sukcesów będzie garść kompletnych sztamp z zakresu mitologii nordyckiej Marvela.

 




„Król Thor” to takie post-apo do potęgi milionowej. Zamiast planety, której populacja poszła w pizdu na skutek kilku atomowych grzybków, mamy wszechświat zgrzybiały ze starości. Zamiast jednego gościa i jego obligatoryjnego psa, mamy Thora, jego brata, potomczynie i kosmicznego rekina, między innymi. Niby więcej luda, ale na skalę kosmosu zagęszczenie populacji jest równie marne co owłosienie na czubku mojej udręczonej głowy. Co gorsza, Loki uparcie odstawia Lokiego i po dobyciu legendarnego Nekromiecza (+5) rzuca się do gardła swojemu spróchniałemu, omnipotentnemu bratu. To jednak nie wszystko! Atmosferę podkręca też powrót pewnego (tudum, tudum, TUDUUUM!) bladego niemilca.

Ta, Gorr powraca, by siać zniszczenie, weltschmerz i złe nawyki dentystyczne. Czemu? Po co? Mieliśmy zamkniętą historię z dosyć satysfakcjonującym końcem i w miarę złożonego antagonistę, którego story arc został domknięty. Ale nieeee, ludzie za bardzo go lubili, rzucali hajsem w kieszonki wydawcy, trzeba go przywrócić bezzwłocznie. Skoro już i tak mamy w dupie oryginalność, to zagrajmy najbardziej znany motyw z życia Thora! Niech Loki znowu będzie chciał go zamordować, a może jednak nie, ale chyba jednak tak? Bóg kłamstw w wersji zabójczego tsundere to przecież tak pieniężny pomysł. Na koniec zróbmy z tego konflikt za skalę wykraczającą poza realia rzeczywistości, żeby ułatwić odbiorcom wczucie się w fabułę.




Jak zwykle, im więcej, tym gorzej. Mam w swoim rozczarowanym serduszku miejsce na nadzieję, więc wierzę, że to po prostu zarząd Marvela przystawił Aaronowi pistolet do głowy i kazał doić dawno już martwą krowę, bo kiedyś dała pyszne mleczko. Poza całkowicie oderwanym od wyjątkowości reszty runu trzonem, „Król Thor” jest bowiem klimatycznie i jakościowo (pod względem wykonania) spójny z resztą roboty scenarzysty. Facet po prostu potrafi pisać komiksy, trzymać pejsing i prowadzić dialogi nieco zbyt naznaczone patetyzmem. W skrócie, bardzo dobrze wykonał tego potworka. To byłoby dobry komiks, naprawdę, gdybyśmy nie widzieli jego popisowych numerów już dziesiątki razy. Zdecydowanie na plus gra tu oderwanie całości od spandeksowego uniwersum, to ponura, kosmiczna epopeja fantasy. Minusem jest to, że nie można zignorować powiązania tej historii z resztą serii. To wyraźnie zakończenie, w perspektywie całości raczej słabe i dosłownie grające karta Deus ex machina.

Przynajmniej Esad Ribić daje radę, ale to żadne zaskoczenie. Muszę przestać biadolić, jak to za każdym razem robię, że nie wolę przerysowaną stylizację i wyrazistość od quasi-realistycznego, delikatnego, malunkowego perfekcjonizmu w stylu Šejica, Del'Otto, Djurdjevica i Ribicia właśnie (wiem, pewnie nie dla wszystkich ich rysunki wyglądają podobnie). Wyraźnie przecież jarają mnie te epickie kadry udające bardziej udane ilustracje z podręcznika do D&D i naprawdę nie umiem się w „Królu Thorze” do niczego przypierdzielić, może poza minimalnie zbyt bladymi kolorami. Ribić robi też jedną rzecz, która usprawnia jego robotę w medium komiksowym, przynajmniej w porównaniu do podobnych artystów – upraszcza szczegóły i wzmacnia kontury w mniej istotnych i bardziej dynamicznych momentach. To znacznie ułatwia śledzenie akcji, gdy robi się intensywniej i wskazuje nam bez zgrzytu, kiedy powinniśmy wzrok na chwilę zatrzymać. Mistrzowska robota, chcę więcej takiego przemyślanego ilustratorstwa w komiksie amerykańskim.

 



Gdyby skupić się na myśli, że „wszystko dobre, co dobrze się kończy”, wspaniała robota Jasona Aarona przy dziejach boga gromów mogłaby trochę stracić przez to, jak bardzo „Król Thor” polega na mocno już ogranych schematach. Doskonałe wykonanie trochę pomaga, zwłaszcza pod względem wizualnym, ale trudno nie czuć choćby lekkiego kwasu w porównaniu do świeżości poprzednich tytułów, może to tylko klątwa Marvel Fresh. Jak pewnie zauważyliście, uniknąłem porównań do filmu „Thor: Miłość i grom” i zrobiłem to specjalnie, bo mimo wszystko komiks zapamiętam. Może nie lepiej, ale pewnie na dłużej. 


Autor: Rafał Piernikowski


DC Comics: Pokolenia

 


 

„DC Comics: Pokolenia” to dla mnie powiew przeszłości. Berbeciem będąc, gdy wpadał mi w ręce przypadkowy zeszyt komiksowy stanowiący w założeniu część jakiejś większej historii, nie rozumiałem praktycznie nic. Cieszyłem się tylko kolorowymi obrazkami i tabunami barwnych postaci, których też zresztą właściwie nie kojarzyłem. Różnica polega na tym, że wtedy nie wiedziałem nic o uniwersum DC i nie miałem dostępu do całej, zamkniętej treści fabularnej. Teraz wiem dużo i dostęp mam, a nic to nie pomogło.

Pobawmy się w ironizujący marketing: Czytelnicy! Przygotujcie się na kolejne wielkie wydarzenie, po którym świat waszych ukochanych bohaterów zmieni się na zawsze! W towarzystwie kultowych postaci, które w znacznej mierze będziecie musieli sobie przypomnieć poprzez szperanie w Google, wyruszymy na epicką podróż poprzez czas, rzeczywistość i fascynujące krainy. Jedno jest pewne, kres wszystkiego jest bliski, a wy godzinę po lekturze nie będziecie już za cholerę pamiętać, o co w tym wszystkim chodziło.



Żeby była jasność, nie mam nic przeciwko wykorzystywaniu w komiksach mniej znanych postaci, wręcz przeciwnie! Głównym bohaterem jest stworzony przez Kirby'ego Kamandi? Zajebisty pomysł! Bardzo ważną rolę w historii odgrywa Steele? W pytę, za mało go w komiksach, zasługuje na wincyj obecności w DC, może wreszcie coś pomoże mi zapomnieć o tym dramatycznym filmie z Shaquillem O'Nealem. Sinestro zamiast tego zasranego bufona Hala Jordana i na dodatek Booster Gold, mój ulubiony wyprysk srebrnej ery. Batman oczywiście też jest, bo Batman być musi choć na chwilę albo włodarzom DC dupy pękną, ale przynajmniej jest wprowadzony z drobnym twistem. To wszystko brzmi jak recepta na sukces.

Niestety przepracowani kucharze w podrzędnej stołówce nawet z doskonałego przepisu pewnie zrobią szajs bez smaku. „Pokolenia” to komiks bezcelowy i niepotrzebny, skoncentrowana wersja light bardziej rozdmuchanych (i często równie zbędnych) eventów. Archaizm pod względem treści, którego forma też niewiele wynagradza. Kopalnia irytujących zabiegów fabularnych i jeden z wyraźniejszych przykładów totalnego rozwodnienia potencjału. Z łatwością można znaleźć tu sporo wątków, które przy odrobinie większej uwagi ze strony twórców mogłyby zabłysnąć, ale na jakikolwiek rozwój zabrakło czasu i miejsca. 

 




Jestem jednak pobłażliwy i w sumie mało wybredny, więc jak zwykle z kałuży mułu wygrzebałem jakieś perełki. Stojący za całą aferą złol totalnie zaskoczył mnie pewnym aspektem swojego życia i idącymi za tym motywacjami. Po drugie, dinozaury w jakiejkolwiek fabule zawsze stanowią wartość dodaną. Ostatecznie też, wbrew samemu sobie, nadal cieszę się z kontaktu z nieco zapomnianymi postaciami, nawet jeśli żadna z nich nie miała nawet minimum miejsca na pokazanie charakteru.

Na temat szaty graficznej mam do powiedzenia jedno – komiks ma 180 stron, a na wstępie wymieniono w sumie 24 rysowników. Rzygam już takim rozbiciem wizualnym, brak ujednoliconego stylu nie pomaga wcale wczuć się w i tak już chaotyczną historię. Znajdziemy tu oczywiście kilka fajowych ilustracji, ale co z tego, skoro dwie strony dalej akcję kreśli już ktoś zupełnie inny? Z wszystkiego wyciągnąłem na koniec tylko i wyłącznie wrażenie, że cyfrowe kolory szkodzą oldskulowej kresce, poza tym raczej ogólnie trykociarska sztampa. No jak zwykle wyróżnił się John Romita Jr., ale to tylko dlatego, że go nie znoszę.



Marnotrawstwo papieru w tak trudnych czasach. Wykonana na odwal się wersja i tak już mało ambitnych eventów o pozornie tylko wielkiej skali. Nieudana próba gry na spragnionych nostalgii sercach wiernych fanów, więc i w sumie paskudna zagrywka godna potępienia. Rzadko kiedy jestem aż tak krytyczny, ale nie widzę praktycznie żadnego powodu, by mieć ten album u siebie na półce. Nawet gorsze rzeczy są czasem po prostu bardziej wyraziste. 




Autor: Rafał Piernikowski

Czarodzieje i ich dzieje. Tom 2.

 


 

Przez zalew fantasy w naszej kulturze spędzam ostatnio czas głównie w tego typu światach. Z dobrych rzeczy oglądam właśnie „Ród smoka”, anime „Claymore”, a czytać przyszło mi w tym samym czasie właśnie disnejowski komiks „Czarodzieje i ich dzieje”. Aż dziw bierze, że mimo ilości i intensywności, z jaką jesteśmy bombardowani tworami tego typu, te wszystkie opowieści trzymają wysoki poziom. Są oczywiście nietrafione pozycje z tej półki, ale na szczęście ten album do nich nie należy. Zresztą osobiście cenię w fantasy komiksy bardziej od książek. 

 


 


Pierwszy album włochów (bo to franczyza na licencji Disneya tworzona w Italii) zaczynał się nieźle, ale muszę przyznać, że autorzy skrzydła rozwinęli dopiero w niniejszej, drugiej książeczce. Mamy tu nie tylko magiczne pojedynki, ale i szukanie artefaktów, brawurowe walki quasi-mechami jak i smoki. Dużo smoków, co bardzo mnie cieszy, bo (jak pewnie większość z Was) kocham te stworzenia. W tej opowieści nie są one bezmyślnymi bestiami – oprócz rozumności i zdolności mowy mają również własną historię i mitologię, cele, osobiste niesnaski. Są równoprawnymi, nie lada charakternymi bohaterami tej opowieści, co cholernie cieszy i jest mądrze wykorzystane. Przez to wszystko „Czarodzieje ich dzieje” to nie jest zwykła disnejowska humoreska dla dzieci, tylko pełnokrwiste fantasy ze wspaniale rozbudowanym, przemyślanym światem i pełnokrwistymi bohaterami. Album ten, utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze wybieram, zabierając się za akurat ten rodzaj eskapizmu. Jeśli więc lubicie fantasy, to koniecznie sprawdźcie tę pozycję. Nawet jeśli już dawno nie jesteście dziećmi. 

 



Graficznie rzecz jest dość prosta, co bynajmniej nie znaczy, że kiepska. To dynamicznie pociśnięte animorfy, ślicznie pokolorowane, a graficy świetnie odnajdują się w świecie fantazy, mimo pewnej groteskowości, prezentując całe dobrodziejstwo inwentarza związanego z tym gatunkiem.


Przy pierwszym tomie porównywałem ten komiks do „Hugo” czy „Gnata” zaznaczając, że jest nieco gorszy. W tomie drugim jakościowa przepaść jest coraz bardziej zasypywana. „Czarodzieje i ich dzieje” dla mnie będzie miło wspominaną klasyką komiksu fantasy i na pewno nie pozbędę się tych tomów. Gdybym, tak jak Przemek Pawełek przyznawał komiksom znak jakości, to ten na pewno by go dostał. 

 


 

 

Negalyod. tom 2. Vincent Perriot

 

 

Komiks „Negalyod” jest przede wszystkim piękny graficznie. To głównie dlatego nie da się przejść obok niego obojętnie i jeśli cenicie graficznie wypieszczone frankofony, to musicie go nabyć. Stylem rysowania komiks ten czerpie bowiem garściami zarówno z mistrza Moebiusa jak i z patrona wszystkich szaleńców komponujących dziwnie plansze – Philippe Druilleta. Znajdziemy tu, mówiąc krótko, masę komiksowego mięsa. Same przedstawiane tu postacie to natomiast taki trochę realistyczniejszy Sfar, przez co w recenzji pierwszego tomu stwierdziłem, że to połączenie starej szkoły z nową. Myślę, że i teraz lepiej tego nie ujmę. Dorzucę do puli stwierdzenie, że jest tu też coś ze słynnego „Valeriana”. 

 



Warto też zaznaczyć, że autor – Vincent Perriot – ma przede wszystkim hopla na punkcie planów totalnych. To głównie za ich pomocą opowiedziany jest ten komiks. W gruncie rzeczy to bardzo nietypowe zagranie i między innymi dzięki temu „Negalyod” staje się dziełem osobnym, tak oryginalnym a zarazem efektownym. Co ciekawe, autor nie niszczy przez to rytmu opowieści. Narracyjnie wszystko tu gra i buczy. Na kartach komiksu ukazane są post-apokaliptyczne scenerie przedstawiające świat zalany przez oceany. To wszystko, wraz z mistrzowsko i brawurowo narysowanymi potworami morskimi, sprawia, że mamy do czynienia z czymś na kształt wodnej Diuny – co sugeruje już nawet sama okładka. Dodatkowo, tak jak w jedynce, są tu echa „Parku Jurajskiego”. W pierwszym tomie postacie poruszały się na dinozaurach, a tutaj pocinają po niebie na pterodaktylach. 

 



Teraz tradycyjnie przyjdzie mi napisać o fabule i muszę stwierdzić, że ta nie jest jakoś szczególnie nadzwyczajna. Nie ma co prawda dużych mielizn, czyta się to sprawnie i z zainteresowaniem, ale nie sądzę, by po lekturza zostało wam coś więcej niż wspomnienie ładnych obrazków. Do tego dochodzi problem z bohaterami. Postacie są totalnie płaskie i nieciekawe. Jestem tydzień po lekturze tego komiksu i nie pamiętam nawet, jak się nazywały, co je charakteryzowało, jakie miały aspiracje. 

 



Autor „Negalyod” jest moim rówieśnikiem. Cholernie zazdroszczę mu talentu i tego, co potrafi wyczarować na kartach swoich komiksów. Być może nie zasłużył jeszcze na określenie go jednym z najlepszych komiksiarzy swojego pokolenia (acz to pewnie wina pretekstowych fabuł, gdyż jakieś nagrody ma już na koncie), ale talent do grafik ma nieprzeciętny.