Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Piernikowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rafał Piernikowski. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 sierpnia 2025

Superman: Świat

 


 

Pisząc o „Batman – Świat” już ponad… cztery lata temu (ja pierdzielę), wstęp zamknąłem stwierdzeniem, że tamten komiks „doskonale pokazuje, jak wiele może pójść źle przy niezaprzeczalnie wielkim potencjale”. W ostatnim akapicie zaś stwierdziłem „Ten album to głównie ciekawostka, która słabsze historie rekompensuje różnorodnością i maksymalnie trzema całkowitymi sztosami”. Tak, żeruję na swoich tekstach z przeszłości, ale to raczej adekwatne podczas pisania o gimmickowym, amerykańskim peleryniarstwie. Wynika to zresztą z konieczności wytknięcia, jak zaskakująco konsekwentnym wydawcą jest DC Comics. 

Uderzmy od razu ad rem. „Superman – Świat” to również tona niewykorzystanych możliwości i trzy perełki w zbiorze piętnastu historii o heroicznym ocieplaczu skisłego wizerunku amerykańskiego snu. Zdecydowana większość autorów poszła tu na łatwiznę, wybierając jeden z dwóch oczywistych kierunków. Dostajemy tu więc głównie bardzo powierzchowne ulotki turystyczne z Supermanem w roli zwiedzającego albo (tych jest więcej) przykłady na to, że dla wielu ludzi z grona tych pozornie kreatywnych istota ich ojczyzn sprowadza się do banalnych fantazji na temat pradawnych źródeł tradycji, głównie tej religijnej. Najbardziej chyba rozbawił mnie rozdział z Kamerunu, kiepsko narysowany zresztą, w którym scenarzysta (Dr Ejob Gaius) ukarał Supka za brak kulturalnej wrażliwości przy niszczeniu źródła mocy mordującego ludzi fanatyka. Nauczkę zresztą serwuje mu lokalny peleryniarz, oczywiście silniejszy od najpotężniejszego nadczłowieka na Ziemi. Z drugiej strony mamy natomiast tureckie bóstwo sprawiające Kal-Elowi mniej więcej tyle samo problemów co żul włamujący się nocą do osiedlowego. Nie wiem, co gorsze.

Reszta słabszych historii utrzymuje się w raczej podobnym tonie. Hiszpania jest ładna i to tyle, Włochy to Dante Alighieri i nic więcej, w Argentynie odwala się coś z naturą, ale po trzykrotnym przeczytaniu tego rozdziału nadal nie do końca go ogarniam. Strzelam jednak, że większość czytających ten tekst najbardziej interesuje, jak wypadł polski fragment napisany przez Bartosza Sztybora i zilustrowany przez Marka Oleksickiego. Powiem tak… może po prostu przejdźmy dalej.

Dobra więc, które państwa zabłysnęły w tej antologii przewidywalnych laurek? Przede wszystkim Brazylia. Jefferson Costa napisał historię z początku wpisującą się we wspomniane wcześniej tory kulturowe, ale ostatecznie zaskakująco głęboką jak na tak krótki format. Na drugim miejscu lądują Czechy dzięki zdecydowanie najbardziej humorystycznie samokrytycznemu podejściu do całego konceptu i całkiem ciekawej, futurystycznej fabule ogółem. Podium zamykają zaś nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy, bo Felix "Flix" Görmann stworzył zwyczajnie prosty komiks w duchu europejskim, absolutnie pozbawiony wspomnianych wcześniej banałów. Ze sporym „ale” może dorzuciłbym tu rozdział z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydaje mi się bowiem, że Satoshi Miyagawa i Kai Kitago umyślnie zakpili z Supka, wykorzystując go do reklamy japońskich spożywczaków. Zamierzone jednak czy nie, obok dobrej mangi to nawet się nie czołgało.

Wizualnie zresztą też niemiecki fragment wyróżnia się na plus pośród typowej, sterylnej superbohaterszczyzny, której nie uniknęli graficy na przykład z Indii (pomimo użycia monochromu), Francji (choć pod względem sekwencyjności i szczegółów Marcial Toledano Vargas to misztrz), czy niestety właśnie Polski. Tutaj też przoduje Brazylia, choć frywolny i nietypowy styl Costy nie każdemu zagra równe nuty z fabułą o supersilnym posiadaczu kwadratowej szczęki. Zalana czarnym tuszem i piękna kolorystycznie warstwa wizualna włoskiego artysty Fabio Celoni wypada o niebo lepiej od scenariusza w tym samym rozdziale, tak samo jak odrobinę surowy semi-realizm Agustína Alessio z Argentyny. Jak to antologie mają w zwyczaju, główną atrakcją jest tu chyba różnorodność, ale i ona niesie się bardzo chwiejną jakością. Wciąż jednak znacznie mniej chwiejną od faktycznej treści tych opowieści.

W sumie dobrze się składa, że przyszło mi ten tekst pisać dosłownie dwa dni po obejrzeniu w kinie „Supermana” spod ręki Jamesa Gunna. Czy był to film idealny? Absolutnie nie, ale moim zdaniem dostaliśmy w nim prawie idealnego Clarka Kenta i totalnie perfekcyjnego Kal-Ela. Doskonale niedoskonałego pacjenta zero potencjalnej globalnej epidemii nadziei i posiadacza najbardziej dojebanego kompasu moralnego. To dla mnie podstawa uroku Człowieka ze Stali. Wartości mocno naiwne, całkowicie jednak warte zachowania w jakimś łatwo dostępnym zakątku serca. Zawsze dziwi mnie, jak wielu scenarzystów piszących komiksy o Supku zapomina o tych cechach i widać to perfekcyjnie w „Superman – Świat”, bo na przestrzeni piętnastu historii faktycznie inspirującego herosa jest jak na lekarstwo. Album całkiem miły dla oczu, fabularnie w większości porażająco powierzchowny i tendencyjny, ledwo ratujący się kilkoma mocniejszymi momentami. Mogło być dobrze, a wyszło, jak wyszło.

 

Autor: Rafał Piernikowski  

wtorek, 6 maja 2025

Nightwing. Czas Tytanów. Tom 3

 




 Czyżby przyszła pora na krytykanckie żniwa? Z uporem maniaka czekałem tylko, aby móc się przysrać do bardzo udanej serii. Do trzech razy sztuka, skoro pierwszy tom zwalił mnie z nóg, a drugi przytrzymał za ramiona przynajmniej w pozycji lekko przykucniętej, na następny powinienem już móc patrzeć z góry. Tendencja spadkowa ma bowiem w zwyczaju przyspieszać, a w przypadku fabuły bezpośrednio podejmującej wątki po wielkim, superbohaterskim evencie jakość powinna zaryć w podłoże z kilotonowym impetem, prawda?

„Nightwing. Czas Tytanów. Tom 3” niemalże groził mi perspektywą konieczności zaznajomienia się z „Mrocznym Kryzysem”, a moja naturalnie buntownicza natura przykazała wziąć forsujących kompletyzm fabularny włodarzy DC pod włos i wyszedłem na tym całkiem nieźle. Wobec tego od razu zaznaczam: nie musicie wydawać tracących na wartości cebulionów na inne komiksy, by kontynuować serię autorstwa Toma Taylora. Trochę obecnej draki wynika z odwaleń dokonanych w ramach innych tytułów, ale tego kontekstu skutecznie doszukacie się na zasadzie domysłów napędzanych drobnymi dawkami ekspozycji. To zdecydowanie plus, choć niestety tylko w kategorii skutecznych rozwiązań problemów, które mogły w ogóle nie zaistnieć. Dzieje Dicka Graysona powinny zostać wątkowo hermetyczne.

Ku mojemu zaskoczeniu tom otwiera bezpośrednia kontynuacja najbardziej bzdurnego (choć miłego w odbiorze) fragmentu poprzedniego zbioru, czyli afery z fanbojującym Nighwinga impem z piątego wymiaru i biedną dziewczynką, co to jej ojciec duszę z demonami przehandlował. W efekcie pięknolicy akrobata wpierdziela się do piekła z misją ratowania małolaty i cel ten osiąga, przynajmniej częściowo, z wykorzystaniem biurokratycznych kruczków. Prosta historia z udziałem większej ilości peleryniarzy, ale szturchnięta kijem oryginalnego podejścia i humoru na tyle trafnie, że smród wtórności się z niej nie wydziela.

Potem jest lepiej, a jeszcze później robi się gorzej. Niestety to „jeszcze później” objętościowo gniecie fajniejsze fragmenty. Taylor wpierw wzbudził moją nadzieję street-levelową eskapadą w towarzystwie Baśki Gordon. Trącało to nawet szansą na powrót do klimatu pierwszego tomu i eksploatacją największej zalety całego runu, czyli jednej z najbardziej naturalnych i nietoksycznych relacji romantycznych w historii całego superbohaterstwa ever. Zamiast brnąć w kierunku tak łatwo osiągalnego sukcesu, Taylor musiał jednak (za nakazem szefostwa jak mniemam) wrócić do kwestii marynistycznych tajemnic Blüdhaven i zrobić z Dicka etatowego pirata na usługach swojej byłej. Fajnie poszerza się tu lore miasta, chemia między bohaterami jest napisana świetnie, niby nie ma na co narzekać. Mimo to nie byłem w stanie się tą historią przejąć, jej klimatyczne oderwanie od reszty runu wymiotło mi z czaszki sporo nagromadzonego wcześniej zachwytu. Poza główną osią scenariusza są też ścieżki poboczne, mniej istotne, ale nie zgłębiam ich, bo na ostateczne odczucia nie miały u mnie żadnego wpływu.

Wspomniany przed chwilą highlight tomu miażdży też wizualnie. Bruno Redondo na wiecznym propsie, nawet jeśli zwykle nie lubię sterylnego, trykociarskiego rysowania. Facet jest mistrzem języka komiksu, a i pojedyncze ilustracje traktuje z pietyzmem czyniącym z nich małe, pop-artowe perełki. Tym razem w ramach popisu walnął cały rozdział z oczu Nightwinga i choć pewnie nie jest to totalne nowatorstwo, to w rękach innego rysownika taki zabieg pewnie by się nie udał. Tu było efektowne i efektywne zarazem, choć ujęta z bocznej kamery sekwencja z tomu pierwszego nadal wypada lepiej. Sporo tu też, między innymi, ilustracji od Travisa Moore i Stephena Byrne na poziomie zadowalającym, przy czym pierwszy nieco wyróżnia się bardziej charakterystycznym stylem, ale obaj fajerwerkami po oczach nie walą. Dobra robota i tyle.

Bardzo porządne superhero moi drodzy. Sporo niewykorzystanego potencjału napoczętego zarówno w częściach poprzednich, jak i nawet w ramach tego albumu, ale totalnie przysrać się jednak nie mogę. W ogólnym rozrachunku mogło być gorzej. Ba, wręcz spodziewałem się, że będzie gorzej i w przypadku każdej innej serii tak pozytywne zaskoczenie byłoby powodem do radości, a tu ostatecznie troszkę mi smutno. Choć drugi tom nie doskoczył do powalającej jakości pierwszego, to nadal rozstawiał gatunkową konkurencję po kątach. Trójeczka za to, co przyznaję z żalem, staje w jednym rzędzie z kolegami uparcie unikającymi wychodzenia przed szereg miałkiej bylejakości. Gdyby nie talent Toma Taylora, byłby to paździerz, a tak mamy tylko prezentację niższej formy od twórcy słusznie wzbudzającego większe oczekiwania. Do końca jego runu został nam już chyba tylko jeden zbiór i nie mogę powiedzieć, bym wiązał z nim szczególnie wielkie nadzieje.

Autor: Rafał Piernikowski


poniedziałek, 2 grudnia 2024

Cyberpunk XOXO. Sztybor/Rebelka

 



Ponoć definicją szaleństwa jest robienie w kółko tego samego i oczekiwanie różnych rezultatów. Cztery razy przeszedłem już drugą z najgłośniejszych gier CD Projekt Red i za każdym razem pysk mi się pieni, bo historia V zawsze kończy się źle. Dla nikogo jednak nie jest tajemnicą, że w Night City nie ma szczęśliwych zakończeń, więc nie będę się powstrzymywał przed spoilerem. „Cyberpunk 2077. XOXO“ też kończy się tragicznie, ale jest to tragedia pod wieloma względami piękna. 

Poprzednie zdanie zwykle bardzo trafnie opisuje historie o miłości, nie inaczej jest tym razem. Rzecz opowiada o krótkim (acz skrajnie krwawym) konflikcie między dwoma gangami. Członkowie Maelstromu wbijają na pełnej w konwój Mox celem podpierdzielenia wartościowego szpeju. Jeden z zajaranych modyfikacjami chłopaków doznaje jednak dotkliwego przypadku motyli w całkowicie już chromowanym bebechu, przez co wywraca na lewą stronę zarówno kumpli jak i swoje życie. Cyberpsychoza czy prawdziwe uczucie? Chuj wie, ważne są skutki.

Skutkiem głównym jest zaś dramatyczna eskalacja, takie akcje w Night City nie pozostają bez echa. Sama fabuła ma tu jednak znikome znaczenie, jest zresztą prosta jak procesy myślowe szeregowych Kosiarzy. Tym, co do „XOXO“ może czytelnika przyciągnąć (poza grafiką, ale o tym później) jest sposób narracji obrany przez Bartosza Sztybora. To samo zresztą może potencjalnego odbiorcę od lektury odstraszyć.

Komiks jest w swoim rodzaju bowiem stosunkowo oryginalny. Momentami psychodeliczny, skrajnie brutalny, ale w pierwszej kolejności wręcz liryczny: bardzo niedosłowny i nawet oniryczny momentami. Jak najgorsza ze złych faz, prowadzi nas w topiącej neurony gorączce przez wzbierający shitstorm, a przy okazji wali alegorie o miłości w postaci typowej kreskówy z antropomorficznymi zwierzakami. Ja przyznam, że jestem pod wrażeniem, bo Sztybor tym sposobem nalewa całkiem sprawnie prawie z pustego. Atmosfera opowieści staje się nieznośnie gęsta, ciężar nieuchronnej tragedii jest bardziej odczuwalny z każdą stroną. Ja takie dramy kupuję z wypiekami na zarośniętych policzkach. Dla części z was może to być jednak przegięte, przytłaczające i nieczytelne.

Podobnie zresztą „Cyberpunk 2077. XOXO” wypada wizualnie. Jakub Rebelka wielce utalentowanym ilustratorem jest, co to tego nikt nie powinien mieć wątpliwości, ale kapitalne grafiki nie zawsze dobrze wypadają w języku komiksu. Dostajemy tym razem rysunki z jednej strony bardzo tożsame z innymi pracami tego artysty, a z drugiej jednocześnie chyba jeden z mocniej abstrakcyjnych pokazów jego stylu. To przepiękna robota, naprawdę, światowy poziom i to w tak oryginalnym wydaniu, że cały zachód powinien z łzami w oczach porównywać to do rzemieślniczo poprawnego i bezpiecznego mainstreamu. To z tego względu prawdopodobnie wielu z was zdecyduje się na zakup. Eksplozje kolorów, eksplozje flaków, perfekcyjne kompozycje na jednych kadrach współgrające z chaosem na innych, wirtuozeria plam barw zamkniętych w bardzo płynnym i delikatnym konturze. Pochwałami zmierzam do pewnego przykrego faktu: jest momentami (często) cholernie nieczytelnie i to chyba najczęściej wyrażany w sieci zarzut odnośnie tego albumu. Ja tu zgodzę się z inna opinią, którą przeczytałem chyba na Goodreads: dla mnie to wygląda jak street art przekuty na język komiksu, taki z najwyższej półki zresztą, co do klimatu dystopijnej metropolii pasuje perfekcyjnie. Zarzutom biedaków, którym oczy się między kadrami gubiły, nie mogę jednak częściowo chociaż nie przytaknąć.

Trudno mi ostatecznie z czystym sercem polecić ten komiks komukolwiek bez cienia wątpliwości. Ja osobiście byłem zachwycony, lektura wciągnęła mnie znowu do mrocznych trzewi Night City i pozwoliła mi przejąć się losami mieszkających w nim wykolejeńców, nawet przy całej tej prostocie założeń scenariusza. Dostrzegam jednak obecność niektórych problemów powszechnie zarzucanych tej miniserii. Przerost formy nad treścią, nieczytelność i abstrakcja mogą być dla niektórych wadami nie do przeskoczenia, nawet jeśli ja nie odczułem ich kłucia prawie wcale. Może to mój zwykle operujący w chaosie mózg wpadł w rezonans z komiksem, a może zwyczajnie takie podejście do fabularyzowanej miłości wydaje mi się trafne: romantyzowanie, świadomość przećpana chemią własnej produkcji i niezrozumiały dla świata zewnętrznego kalejdoskop barw przed oczami. Możecie już rzygać tęczą, nie biorę tego do siebie.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

czwartek, 7 listopada 2024

All Eight Eyes. Foxe

  

Horror o pająkach? Jakie nowatorstwo! Dokładnie takiego poziomu kreatywności spodziewałem się po nominowanym do nagrody Eisnera scenarzyście! Dobra, w sumie spacer po linii najmniejszego oporu nie jest w grozie niczym nowym, gatunek od dawna rzuca się między różnymi spojrzeniami na sprawdzone od lat sztampy. Liczy się ostatecznie realizacja, przetworzenie banału w wyjątkową opowieść. Chyba o to musiało tu chodzić, prawda?

Od razu odpowiem: nie, „All Eight Eyes” to historia prosta jak budowa cepa. W jej ramach okazuje się, że pod płaszczykiem społecznie akceptowanej normalności kryją się potwory o ośmiu odnóżach. Pajęczaki o rozmiarach znacznie przekraczających normy akceptowane przez aktualną wiedzę biologiczną czają się w zakamarkach wielkich miast, a ich ofiarą padają głównie ludzie z marginesu. Tacy, za którymi nikt nie będzie tęsknił. Reynolds, włóczęga i zabijaka jakich mało, jednak tęskni i to uczucie napędza u niego chęć zemsty. W swojej walce przeciwko ukrytemu w ciemnościach złu bierze pod skrzydła młodego wykolejeńca Vica i tak zaczyna się wielka arachnofobiczna przygoda.

Jakim cudem świat nie dostrzega istnienia pająków o rozmiarach sięgających małego autobusu? Czy w grę wchodzi jakaś rządowa konspiracja na wysokim szczeblu? Jak to w ogóle możliwe, że te stworzenia mogą istnieć w ziemskiej atmosferze? „All Eight Eyes” zadaje prawie wszystkie te pytania i na żadne z nich nie odpowiada. Niedopowiedzenia i uproszczenia są chyba największą wadą scenariusza Steve’a
Foxe. Po przyznaniu się, że problem istnieje, do rozwiązania go pozostaje jeszcze daleka droga i to tworzy w fabule rażącą dziurę. Sam pomysł wykorzystania stawonogów (na koniec pojawiają się też inny przedstawiciele tego typu) też zresztą potraktowany został mocno powierzchownie. Są sobie wielkie czupiradła i atakują biedaków odnóżami albo ryjcem. W tej gromadzie funkcjonuje przecież taki ogrom bardzo specyficznych i często obrzydliwych sposobów polowania oraz zabijania, że pominięcie tych możliwości to wielkie niedopatrzenie.


Co jednak dostajemy poza niewykorzystanym potencjałem? Całkiem łatwą w odbiorze, szybką lekturę, która wchodzi gładko, o ile nie zadajecie sobie zbyt wielu pytań. Reynolds to typowy mściciel skupiony jedynie na wyładowaniu gniewu spowodowanego stratą, Vic za to robi za sztampowego padawana spragnionego celu w swoim pokiereszowanym życiu, nic nowego, ale działa to całkiem dobrze. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że serii na plus wyszłoby rozciągniecie na dwa dodatkowe zeszyty. Foxe za bardzo się tu spieszy, poza mankamentami z poprzedniego akapitu nie mamy też za bardzo czasu przywiązać się do bohaterów, a to mogłoby bardzo temu tytułowi pomóc.

Oczywiście warto też wspomnieć o rysunkach, przecież odpowiada za nie nasz rodak, znany już na zachodzie Piotr Kowalski, którego ja głównie kojarzę z komiksowych wersji „Bloodborne”. Krótka piłka: nie jestem fanem. Z technicznego i rzemieślniczego punktu widzenia nie mam człowiekowi nic do zarzucenia. Sprawnie operuje językiem tego medium, kadry układają się w czytelną całość, na pierwszym i drugim planie nie brakuje szczegółów. Jego styl zawsze zbyt mocno trącał mi jednak oklepaną amerykańszczyzną z początku tego wieku, taką niewyplenioną zresztą do czasów obecnych. Zwyczajnie sprawna robota pozbawiona choćby grama wyjątkowego sznytu i klimatu, więc tak samo jak w przypadku wspomnianej adaptacji gry studia From Software, tak i tu nie rozumiem, czemu Kowalski jest wybierany do rysowania horrorów. Chłop umie rysować, ale to nie jego gatunek, ta krecha nadaje się głównie do superhero.

Podsumowaniem całej opinii mogą być więc dwa słowa: przeciętność i niedopracowanie. „All Eight Eyes” może ma jakąś szansę minimalnie przerazić arachnofobów i całkiem dobrze opowiada bardzo prostą historię o potworach i zemście, ale panicznie wręcz boi się zajrzeć głębiej w jakikolwiek zakamarek własnoręcznie wykopanej jamy światotwórstwa. Czasem wolę już chyba bardziej ewidentnie fatalne komiksy, ten jest zwyczajnie absolutnie zbędny.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

poniedziałek, 7 października 2024

Rządy X. Wolverine

 


Dopiero co skończyłem narzekać na odczuwalny spadek jakości w „Rządach X”, a tu dostaję w łapy spin-off tamtych wydarzeń skupiony na Wolverinie. Wiadomo, co by się w świecie Marvela nie działo, konieczna jest wręcz dygresja ukazująca równoległe poczynania Logana, choćby miał przez cztery zeszyty cisnąć kloca. Kura dalej znosi złote jaja, fani postaci dostają więcej włochatego gbura. Wilk syty i owca cała. Szkoda tylko, że tu, nawet bardziej niż w głównej serii X-Men, jedyneczka na grzebiecie jest ogromnie myląca.

Powtórzę kontekst przytoczony przy bardzo niedawnej recenzji „Rządów X” właśnie: Do całej mutanckiej sagi skupionej wokół utworzenia suwerennego państwa homo superior na wyspie Krakoa podchodzę z doskoku. „Rządy X. Wolverine” w pierwszym tomie… kontynuuje wątki z pierwszych siedmiu zeszytów runu Benjamina Percy’ego. Szpiegowskie kombinacje z CIA ciskają Wolverinem w kierunku aukcji, na której wystawiony zostaje jego dawny kumpel, Maverick. Eskaluje też konflikt z wampirami pragnącymi, zupełnie jak włodarzy Domu Pomysłów, wyciućkać juchę Logana do cna.

Ja śledzę mniej więcej główną linię fabularną drużyny Xaviera, poboczne trochę mniej. Dopiero po nadrobieniu braków wydarzenia przedstawione w tym tomie zaczęły się dla mnie trzymać kupy i teoretycznie jest to dokładnie to, czego można się spodziewać po superhero, ale z drugiej strony pierwsza część czegokolwiek powinna być moim skromnym zdaniem choćby odrobinę samowystarczalna. Fan Rosomaka, który sięgnie przypadkiem po akurat to wydanie, będzie bardzo empatyzował z samym Loganem tradycyjnie odczuwającym poważne luki w pamięci.

Jak jednak sprawdzają się te historie, gdy już wie się choćby kapkę, o co w nich chodzi? No tak bez szału, moi drodzy. Oczywiście dostałem dokładnie to, czego się spodziewałem. Wolverine jest smutny i zły na zmianę, czasem rzuci ponurym żartem, jest miejsce dla reszty rosomakowej rodzinki. Krew się leje stosunkowo często jak na trykociarski mainstream, akcja jest miła dla oka i nie nudzi. Masowe mordowanie wampirów również, jakimś cudem, w popkulturze się jeszcze całkowicie nie zestarzało. Totalny akcyjniak, z którego absolutnie nic nie wynika. Jedyną wyraźną wadą jest chyba chaotyczna momentami narracja, bo Percy lubi przesadnie skakać między wątkami.

Graficznie też bez szału w ogóle, ale w pierwszej połowie bardzo pozytywne wrażenie wywarła na mnie architektura kadrów. Rysunki skrobie tu dwóch artystów, więc to pewnie decyzja scenarzysty. Percy za fundament bierze prosty układ geometryczny zwykle ośmiu (czasem nawet szesnastu) prostokątów, a potem w zależności od potrzeb narracji wyskakuje z ich ram albo odpowiednio je łączy. Nic nowego, widzieliście takie triki milion razy, tu jest to zwyczajnie zrobione na tyle dobrze, że muszę pochwalić. Wyjątkowo ładnie wypada to w połączeniu z najbardziej stylizowaną w tym tomie kreską Adama Kuberta w zeszytach #9 i #10, które z kolorami nałożonymi przez Franka Martina wyglądają świetnie. Reszta jest w miarę, bywa gorzej.

No i po co to komu ostatecznie potrzebne? Komplecistom Wolverine’a może, jeśli jacykolwiek jeszcze przedstawiciele tego gatunku zostali w naszym kraju. Zdecydowanie zabierając się za tom numero uno „Rządów X. Wolverine” trzeba pamiętać, że za cholerę nie jest to pierwsza część czegokolwiek i znajomość poprzednich poczynań Logana przynajmniej w ramach „Świtu X” jest niezbędna do czerpania pełnej satysfakcji z lektury, a i wtedy prawdopodobnie nie wywali wam ona zwojów. Kura może i złote jaja znosi, ale pod skorupką często zbuki.

 

Autor: Rafał Piernikowski

Bajania. Willingham.

 


 Całkiem spory fart (bo decyzja wydawcy jest zbyt oczywistym wyjaśnieniem), że akurat przyszło mi wyrażać opinię o jednym z niewielu komiksów w uniwersum Śnienia, którego nie tworzył Neil Gaiman. Pozwoli to uniknąć nieprzyjemnych tematów i skupić się na zabawie w ślepy na prawdziwe problemy eskapizm. „Bajania” to zresztą przecież kwintesencja ucieczki od rzeczywistości, bo zbierają historie w świecie Sandmana napisane przez Billa Willinghama, ojca kultowych „Baśni”. Poziom dopasowania tych odrębnych realiów jest wręcz porażający, momentami może nawet za bardzo.

Dostajemy w ręce właściwie cztery tytuły, historii nieco więcej, bo zamykające album „Wszystko, co kiedykolwiek chcieliście wiedzieć o snach… ale baliście się zapytać!” same w sobie są zbiorem krótkich opowiastko-ciekawostek o… no widzicie sami tytuł. Poza tym w albumie znajdziecie szpiegowską przygodę dyniogłowego woźnego Śnienia i starcie potężnej wiedźmy z czworgiem zabiedzonych bóstw śmierci. Będziecie również mieli okazję spędzić jeden dzień roboczy z Dannym Nodem, prawdopodobnie najbardziej zarobionym asystentem bibliotecznym.

Od razu wyjaśnię zarzut zamykający pierwszy akapit, bo poza nim nie mam zbyt wiele powodów do narzekań. „Bajania” cuchną Willinghamem na kilometr, fanom klasycznych i głębokich smętów onirycznego mistycyzmu charakterystycznego dla Śnienia mogą wydać się zbyt luźne, ale też w sumie od razu grają otwarte karty. Może po postaciach można się zorientować, ale rzadko czuć tu tradycyjnego Morfeusza Gaimana (nawet w luźniejszych jego wersjach), a i w sumie od co poważniejszych „Baśni” lądujemy bardzo daleko. Willingham bawi się tu w cudzej piaskownicy i wychodzi mu to… całkiem nieźle.

Wszystko, może poza miejscami brutalną Teseliadą, to urocza zabawa, w ramach której autor ze Snów robi Baśniowców. Dyniogłowy udaje Bonda i samodzielnie prowadząc narrację, bawi własnym poziomem odrealnienia (w zależności od waszej interpretacji). Danny Nod, spacerujący w krótkich spodenkach i zbierający do wózeczka niezwrócone tomy, z jakiegoś powodu totalnie mnie przerażał, a króciutkie historyjki odpowiadające w niekoniecznie wyczerpujący sposób na najważniejsze pytania o snach służą za fajne, bardzo luźne zamknięcie „Bajań”. Bardzo fajny przykład miłego i stworzonego z fantazją komiksu, który absolutnie nikogo nie zachwyci, ale rozbawić może wielu.

Rzecz może też się podobać wizualnie. Zwykle biadolę straszliwie na tomy, w których ilość rysowników jest minimalnie mniejsza jedynie od liczby stron, ale tutaj to pasuje do założenia. Nie można też zbyt mocno narzekać, mając do czynienia z takimi talentami jak Paul Pope, Albert Monteys (mój faworyt) czy Niko Henrichon. Choć z tymi lepszymi spotykamy się tu jedynie na przestrzeni kilku stron, to i dłuższe fragmenty nie psują zabawy bazgrołami. Poziom przynajmniej porządnego amerykańskiego komiksiarstwa z końcówki lat 90. jest utrzymany po całości.

„Bajania” to ostatecznie moim zdaniem najprędzej opcja dla fanów „Baśni”, którzy chcieliby na chwilę odpocząć od okolic Baśniogrodu i zobaczyć, jak Bill Willingham bawi się w te same gry, co zwykle, ino na innym podwórku, innymi zabawkami. Tytuł urokliwy, niosący śladowe ilości ezoteryki Śnienia, ale nadrabiający braki w tej materii całkiem udanym humorem i ogromną dawką wyobraźni. Niby nic wyjątkowego, zawsze jednak lubię dostać okazję na spojrzenie na znane mi światy z innej perspektywy. Nawet jeśli jest to spojrzenie dosyć powierzchowne, to działa nieźle w rękach kumającego czaczę autora.

 

Autor: Rafał Piernkowski  

sobota, 5 października 2024

Rządy X. X-Men. Tom 1

 



Dla własnej wygody założę, że macie jakiś tam poziom wiedzy o X-Men i zacznę dyskusję od rzeczy dla was oczywistych, o ile oczywiście mam rację: Jonathan Hickman w 2019 roku uratował komiksy o mutantach. Stworzona przez niego saga wyspy Krakoa była na ustach wszystkich (o dziwo zwykle nie były to też usta pogrążone w grymasie niezadowolenia), więc nawet nie czytając tych zeszytów regularnie, mniej więcej wiedziałem, co się na tej egzotycznej, futurystycznej wyspie wyprawia. Przynajmniej do czasu.

Całkowicie zapomniałem, że prawie dokładnie dwa lata temu pisałem na Arkham o początku tej historii. „Ród X/Potęgi X” były dla mnie komiksem przełomowym, a przełomowość ta polegała głównie na zaskakującej jakości. Dawno nie recenzowałem komiksu o X-Men nie krztusząc się co drugie zdanie jakimś „niestety”, „rozczarowanie” albo „Claremont się w grobie przewraca”. Od tamtej pory zmieniło się sporo, ale na szczęście nie wszystko. Niezależnie imperium homo superior wyraźnie traci ciężko wypracowaną stabilność i niestety nie mówię tego jedynie w kontekście fabuły.

Na temat wad początku „Rządów X” nie trzeba się szczególnie rozpisywać. To niemalże exodus Hickmana, który przez uparcie rządzących w Marvelu nie mógł robić tego, co pozwoliło mu dwa lata wcześniej uratować im dupy, czyli zrywać ze status quo. Dostajemy garść teoretycznie nowych wątków, ale wszelka świeżość jest pozorna, reszta to wręcz odkopywanie trupów z mauzoleum mutanckich sztamp (z absolutnie nieangażującymi wycieczkami do Imperium Shi’ar na czele). Tomik zbiera zresztą wyraźnie odrębne opowieści, więc jeżeli coś mocniej was tu zainteresuje, to po bardzo krótkiej dawce satysfakcji będziecie musieli sięgnąć po również wielowątkową kontynuację albo, niestety, cofnąć się wręcz do poprzednich albumów. Ta jedyneczka na grzbiecie okładki jest wobec tego mocno myląca.

Same historie dowodzą jedynie tego, że grajdołek mutanckiego sukcesu trzyma się kupy głównie za sprawą Hickmana właśnie. Poza wspomnianą wyżej kosmiczną eskapadą to garść doskonale napisanych scenariuszy, nawet jeśli ich charakter i wektor potencjalnego rozwoju cuchną potencjalnym rozczarowaniem w najbliższej przyszłości. Pada interesująca zapowiedź heroicznego powrotu X-Men poprzez demokratyczne głosowanie społeczności Krakoa, sama wyspa dowodzi fałszu w stwierdzeniu „stara miłość nie rdzewieje” poprzez chłodne stosunki ze swoją byłą… wyspą również. Najlepszy jest zdecydowanie fragment o wyprawie do futurystycznej Krypty, w której czas płynie inaczej, a zaawansowana społeczność post-ludzi (hodowanych w jajcach aż proszących się o pozew od sióstr Wachowskich) zagraża całemu światu. Absurd, ale działa doskonale dzięki narracyjnym decyzjom autora, sami zobaczycie. Może.

Nie do końca bowiem mogę szczerze wam polecić brnięcie dalej w tę serię. Nawet nie chce mi się gadać za długo o stronie graficznej w tym przypadku. Artystycznie znowu skaczemy z kwiatka na kwiatek. Fakt, jest to zwykle flora bardzo urodziwa, kolorowa i estetyczna, może poza robotą Bretta Bootha, który wyraźnie utknął w latach 90. pod względem przegiętego anatomicznie prężenia muskułów. Ładne rysunki i miłe kolorki nie zmienią jednak przykrej prawdy: czuć tu łabędzi śpiew ekipy kreatywnej odpowiedzialnej za jeden z największych powrotów w historii trykociarstwa, choć prawdziwy ostatni spazm jakości dadzą nam tu Kieron GIllen i Al Ewing jakiś rok później, ale o tym może innym razem. Na razie Claremont może się w grobie nie przewraca, jakieś tam drgania gleby ja jednak czuje.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

niedziela, 11 sierpnia 2024

Jack z Baśni. Tom 3.

  


Poraża mnie moja własna błyskotliwość. Dopiero przy trzecim tomie ogarnąłem zwojami wiele mówiący o samej serii żart wyrażony w tytule „Jack of Fables” (bo wiecie). Chwilową ślepotę względem sprośnej metafory usprawiedliwię między innymi tym, że nie udało się tego zabiegu przełożyć na nasz rodzimy język. Większą rolę jednak mogła odgrywać tutaj moja chwilowa niepoczytalność, bo dopiero czytając swoją recenzję tomu drugiego, przypomniałem sobie, jak zacząłem zauważać u siebie w podświadomości niecny łeb jakiejś wersji syndromu sztokholmskiego. Długo zajęło mi dostrzeżenie bardziej trzeźwych powodów rosnącej sympatii względem komiksu z najbardziej cepowatym protagonistą w historii fikcji.


Może część z was pamięta, że zaznaczałem już wcześniej subwersję naiwnych oczekiwań, jakie miałem czelność wyrazić celem (w moich oczach) niezbędnej poprawy jakości tej historii. Poprzednio wyraziłem też ekscytację perspektywą nadchodzącego crossovera „Jacka z Baśni” z główną linią fabularną rozbudowanego świata przedstawionego. Największego potencjału tego spin-offu doszukiwałem się w jego wkładzie w całe uniwersum i liczyłem na to, że chociaż rykoszetem jakieś odłamki refleksji walną w ryj tego złotowłosego cwaniaka. Gówno z tego wyszło, crossover Egmont już bowiem wydał w 2015 roku, a w trzecim i ostatnim z tomów swojej historii Jack nie wyciąga z pominiętych tu wydarzeń absolutnie żadnych wniosków. Mimo to jestem pod wrażeniem.


Z marszu wracamy więc do wydarzeń z grubsza niezależnych od pozostałych baśni Billa Willinghama. Słowo „bohater” nie przechodzi mi tu przez palce nawet z przedrostkiem „anty-„, więc: Tępy chuj będący z jakiegoś powodu centrum tej opowieści zgarnął niezliczone bogactwa i pogrąża się w paranoicznym wręcz skąpstwie, co z kolei katalizuje efekty uroku podkreślającego jego gadzią naturę. Na drugim końcu świata natomiast na pierwszy plan zaczyna przebijać się Jack, syn Jacka, ten z lodowych lędźwi zrodzony. Przez sporą część albumu to jego heroiczne wyczyny będą dla udręczonych czytelników remedium na nerwy rozwalone bucerstwem Zabójcy Gigantów. Nic co dobre nie trwa jednak wieczne, bo ten skok w jakości jest zwiastunem nieuchronnego końca baśni opartej na innych, dużo mniej sympatycznych założeniach.


Sam Jack może i niewiele wywnioskował z brakujących w tym wydaniu kilku zeszytów, ale fabularnie wynika z nich całkiem sporo. Zaznaczam więc od razu, bez kontaktu z trzynastym tomem „Baśni” będziecie się głowić, czemu Jack Frost jest nagle dorosły i chce być czcigodnym herosem albo kiedy siostry Strony weszły na maniakalnie militarną ścieżkę. Może was też rozczarować brutalne urwanie wątków łączących tę serię poboczną z centralnym nurtem uniwersum. Nie dowiadujemy się tu nic więcej o potężnych Literalnych, dłubania w metafikcyjnej personalizacji założeń literackich również nadszedł kres. Willingham i Sturges szyją już jedynie wątki mające ostatecznie spleść się w definitywne zakończenie, w mocny wymuszony sposób zresztą. Czy jestem rozczarowany? W żadnym wypadku.


Możecie to uznać za srogi fikołek logiczny, ale po godzinach kminienia powodów stojących za moją rosnącą sympatią do „Jacka z Baśni”, wreszcie rozwiązałem tę tajemnicę poliszynela. Tanie chwyty narracyjne i protagonista onanizujący się do własnego portretu są głównymi założeniami tej serii, co zresztą wskazuje już sam tytuł we wspomniany na wstępie sposób. Zakończenie jest pod pewnymi względami fatalne, ale również perfekcyjnie pasuje do całej historii i przy okazji uświadamia dobitnie marudom mojego pokroju, jak pięknie autorzy zrobili nas w balona. To chyba jedyny przykład zagrania w stylu „Ha, tylko udawałem idiotę!”, w który jestem w stanie uwierzyć. Nawet wszyscy bezustannie domagający się nowego, odmienionego, sympatycznego Jacka dostali dokładnie to, o co prosili, ino w zupełnie nieoczekiwany sposób. Sam nie wiem, jak mogłem w komiksie dosłownie uosabiającym gatunki literackie nie dostrzec wcześniej celowości takich zabiegów.


Odsuwam już jednak język od kreatywnych tyłków z okładki, bo nie wszystko się na finiszu udało. Dziura w fabule jest winą wydania, nie samego komiksu, ale i poza brakiem tych kilku zeszytów z crossovera nie wszystko skleja się tu w całość, co przy prowadzonej z premedytacją wyklejance widać bardzo wyraźnie. Trudno pogodzić się z tak nagłym zawróceniem losów tony postaci pobocznych, nawet jeśli było to umyślne, bo przecież to dzięki nim znosiliśmy jakoś do tej pory kretyna z (dwóch pierwszych) okładek. Ogólnie jest bardzo duża szansa, że lekturę skończycie – żeby uniknąć mocniejszych słów – podirytowani i to nie jest doświadczenie dla każdego. Ja lubię muzykę krzywdzącą uszy i filmy klasy G, (pop)kulturowo jestem masochistą, ale absolutnie nie oczekuję od innych takiego samego podejścia. Złe i tanie pisarstwo wciąż robi czytelnikowi źle w mózg, nawet jeśli Bill Willingham i Lilah Sturges znaleźli idealny sposób na stworzenie samousprawiedliwiającego się pod tym względem perpetuum mobile. No i pozostaje jeszcze kwestia humoru, bardziej subiektywna od stosunku do zupy owocowej. Lubię komedię żenady, ale uśmiechnąłem się tu „tylko” kilka razy. Cudzysłów wstawiam, bo często bywa gorzej.


Niewiele się zmienia obsada ilustratorów, więc i mi trudno trzeci raz z rzędu pisać to samo. Tony Akins zasługuje jednak na pominięte wcześniej wyróżnienie, bo odwala przy kadrowaniu takie cuda, że połowa komiksów na moich półkach będzie mi się przez dłuższy czas wydawać sekwencyjnie zabiedzona. Normalnie uznał bym takie kombinacje z kształtami i układem okienek na stronach za przesadę, ale temu gościowi naprawdę udało się to sprzedać, zwłaszcza w licznych momentach doskonale znanego nam (czyli dziadom wychowanym na Thorgalu) mariażu fantasy z science-fiction. Mimo to „Jack z Baśni” już zawsze będzie mi się kojarzył raczej z tymi spokojniejszym, staroszkolnym stylem Russa Browna, który jest dla mnie kwintesencją części amerykańskiej szkoły z lat 80. wciąż jeszcze wtedy zapatrzonej w europejską klasykę. Przez 50 zeszytów nie znalazłem poważniejszego powodu do narzekań, ale i zachwytów nie było zbyt wiele.


Siedem akapitów temu obiecałem wyjaśnić logicznie swoją pozytywną opinię na temat „Jacka z Baśni”. Sami musicie stwierdzić, czy się udało. Ja jeszcze trochę podejrzewam u siebie możliwość zaprzeczenia tony wad tego komiksu przez jakąś mentalną anomalię. Bez popartego toną grafomanii teoretyzowania na temat tego, co, kto, gdzie i w jaki sposób próbował tutaj narracyjnie rozegrać, mogę sprowadzić swoje doświadczenia po przeczytaniu trzech tomów do bardzo banalnego wniosku: Podobało mi się. Polubiłem tę serię, choć z początku uważałem to za niemożliwe, o ile tytułowy Jack nie przestanie być sobą. Nie przestał. Miałem bardzo konkretne oczekiwania, a autorzy bardzo konsekwentnie mieli je w dupie. Można by nawet uznać, że w reakcji na zostanie strollowanym przypisuję temu tytułowi zmyślone zasługi, to prawdopodobne. Z drugiej strony bardzo rzadko zdarza się, by mocne zarzuty po kontakcie z pierwszym tomem zmieniły się u mnie stopniowo w zabawę w adwokata diabła, zwykle jest odwrotnie. Niczego nie żałuję.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

czwartek, 8 sierpnia 2024

Batman Defective Comics. Ram V

  


Nie zliczę, który już raz trzymam w łapach komiks obiecujący mi nowy, ekscytujący początek historii Batmana. Zwykle zamiast robienia po gaciach z zachwytu nad nowymi pomysłami lub nad powrotem do mitycznej dawnej jakości kończy się to wzruszeniem ramion przez schematyczną do bólu sklejkę nietrafionych decyzji fabularnych. Następni autorzy potem te babole odczyniają (albo ignorują) i tak w koło Macieju. Ram V i Simon Spurrier to ostatnimi czasy generatory raczej pozytywnie odbieranych tytułów, więc chyba z ich nazwiskami na okładce można liczyć na jakieś odczarowanie tej klątwy tendencyjności? Ach, moje słodkie wy letnie dzieciaki… też tak miałem przez chwilę taką nadzieję.

Groza wisi nad Gotham. Nie bardziej niż zwykle oczywiście, bo taki na przykład stan wojenny spowodowany przejęciem miasta przez siatkę terrorystów można tu uznać za reprezentacyjne wcielenie zwykłego wtorku. Można więc rzec, że „Batman Detective Comics. Gothamski Nokturn: Uwertura.” (dłuższego tytułu nie było?) zabiera nas w czasy względnie spokojne. Przemytnicy przemytnikują, samozwańczy stróże prawa samozwańczo strzegą prawa. Coś złego dzieje się jednak z Gackiem, tajemnicza słabość zmniejsza dotkliwość złamań, które serwuje on rzezimieszkom zawiedzionym przez system resocjalizacji, spowalnia jego niosące sprawiedliwość kopniaki z półobrotu. To może być problem, gdy w okolicy zaczynają pojawiać się mistyczne zombie, a pradawny i potężny ród zmierza do Gotham, by odzyskać należne im dziedzictwo.

Dokładnie tak, nie przecierajcie oczu, nowy początek kolejny już raz sprowadza się do następnej wersji zapomnianej przeszłości Gotham. Z drugiej strony może jednak przetrzyjcie te oczy, jeśli już zdążyliście zapłakać nad kondycją komiksów superbohaterskich, bo nie jest tak do końca tragicznie. „Gothamski Nokturn” wiele rzeczy robi dobrze. Piękną melodię (Ram V lubi wątki muzyczne) gra tutaj atmosfera, bo tę wspomnianą wcześniej nieco kpiarsko grozę czuć na każdej stronie. Wątki szamotają się pod ciężarem niewidzialnego topora, zło czai się w mroku i bezlitośnie dręczy wszystkich zaangażowanych widmem nadchodzącego ataku. W tej smolistej antycypacji brodzi Batman z potężnym debuffem, którego źródło na chwilę obecną mu umyka. Wiele wskazuje na to, że w niezłomnym geniuszu o sprawności ośmieszającej największych atletów mogło pozostać jeszcze coś faktycznie ludzkiego i to coś zaczyna wreszcie pękać.

Obawiam się jednak tego, jak dalej może zostać poprowadzony ten wątek. Coś mi każe wątpić w zachowanie tak przyziemnych założeń. Głównymi grzechami scenariusza Rama V (i Simona Spurriera odpowiedzialnego za poboczne wątki) jest bowiem absolutny brak subtelności oraz powtarzanie najgłupszych błędów większości poprzedników. Przykładowo tak się bowiem złożyło, że historię zaczynamy z Two-Face’em w wersji zresocjalizowanej. Dent się wyleczył, żyje sobie średnio radośnie, ale ogarnia swojego bliznowatego demona. Włodarzom DC Comics (Marvela zresztą też) rów się nieznośnie poci, gdy jakiś złol się rozwija i dostaje szanse na odkupienie. Prędzej już pozwolą pieniężnie płodnej postaci faktycznie pozostać pod ściółką przez dłuższy okres po kopnięciu w kalendarz. Dlatego też, niemalże za dotknięciem magicznej różdżki, Dent zostaje zmuszony do wykonania moralnego fikołka. Przykładów podobnych zabiegów jest dużo więcej. Ten zresztą nie jest najgorszy, bo prowadzi do całkiem ciekawego konfliktu wewnętrznego, ale największa bolączka „Gothamskiego Nokturnu” kryje się gdzie indziej.

Jeśli bardzo mocno skupicie neurony, może uda wam się zauważyć multum całkiem mądrych rzeczy w tej narracji: zagubienie Gordona po zakończeniu kariery w policji, ciekawą rolę Ligi Cieni, motyw pozytywki mielącej mózgi (nie dosłownie), czy też większa otwartość Batmana na pomoc z zewnątrz. Niestety jest też ogromna szansa, że to wam umknie w gąszczu liter, bo nikt nie potrafi tu zwyczajnie zamknąć na chwilę mordy. Jakby tego było mało, narracja (również wizualna) jest skrajnie poszarpana, więc często wygląda to tak, jakby autorzy nagminnie po drodze do celu zapominali o jakimś wątku albo o obecności ważnej postaci w samym środku sceny. Przegadany chaos bardzo szybko męczy, a umiarkowana intensywność ekspozycji nie robi wrażenia, gdy tę ekspozycję serwuje się nam na każdej stronie w ilościach hurtowych. Najbardziej jest to odczuwalne w częściach pisanych przez Spurriera, celem było tu chyba jakieś podpatrzenie stylu noir, ale w efekcie dostaliśmy byłego komisarza prowadzącego jednocześnie rozbudowany dialog, wewnętrzny monolog i jeszcze dodatkową narrację, na którą brakło nawet miejsca w dymkach. Ram V z kolei daje nam Batmana wciskającego „play” na swoim mózgowym odtwarzaczu refleksji już ułamek sekundy po zniknięciu rozmówcy, a często nawet wcześniej. Szczytem już był dla mnie dręczący psyche Gacka demon, który przez swoją pokraczną paplaninę stał się parodią jakiejkolwiek złowrogości. Nokturn to z definicji forma muzyczna o spokojnym i wyważonym charakterze, ta historia jest jego przeciwieństwem. Tak, zajrzałem do Wikipedii.

Graficznie jest nieźle, w tym zakresie doceniane nazwiska zwykle nie zawodzą, a Rafael Albuquerque ma sporo doświadczenia przy rysowaniu Batmana w sposób bardzo dynamiczny oraz przyjemnie odnajdujący równowagę między znamionami realizmu w proporcjach i wyrazistą, komiksową stylizacją. Z pomocą Dave’a Stewarta – czyli absolutnego, niekwestionowanego mistrza kolorów – można tu spokojnie zagwarantować przynajmniej satysfakcjonujące doświadczenia. Mam jednak wrażenie, że nieco inna szata graficzna bardziej by pasowała do tej konkretnej historii, a przynajmniej do tego, czym z założenia próbuje ona być. Widzę tu potencjał na podkręcenie klimatu horrorowym charakterem ilustracji, odpowiedzialny za niektóre okładki Martin Simmonds (wiadomo, bootlegowy Dave McKean) poczyniłby tu cuda, ale post-mignolowska szkoła typowa dla Duncana Fegredo na przykład też mogłaby pociągnąć tę opowieść w bardziej interesującą stronę. Choć nie jestem wielkim fanem roboty wykonanej we fragmentach z Gordonem przez Danae „Dani” Kilaidoni, jej niejako ulotne i czasem niezgrabne paćkanie pasuje tu znacznie lepiej od typowego, efekciarskiego peleryniarstwa. Gdyby zaś miała rysować bliżej stylu, który zobaczycie w pierwszej kolejności po sprawdzeniu jej nazwiska w Google, bez zawahania wybrałbym ją na główną artystkę całej serii.

Jedna z zawartych w tym zbiorze okładek, kapitalne dzieło Evana Cagle swoją drogą, przedstawia delikatnie tknięty zębem czasu posąg Batmana z obejmującym go, przytłaczającym demonem. Metaforyczna interpretacja tego obrazu może i jest boleśnie oczywista, ale właśnie coś takiego chciałbym dostać w „Gothamskim Nokturnie” i choć nie mogę całkowicie zbesztać tego komiksu, to żal pali me serce, które miało śmiałość miłości do wyeksploatowanego superhero nie porzucić. Dramatyzuję jak cholera, wiem, lecz od kontaktu z kompletnym szajsem zawsze bardziej boli mnie niezrealizowany potencjał obiecujących historii. Nie wiem jeszcze, co Ram V i Spurrier zagrają dalej w ramach tego koncertu, obecny ton melodii jednak obniża trochę moje oczekiwania, bo pomimo wielu świetnych pomysłów i kapitalnej atmosfery, chaos kompozycji ogromnie utrudnia mi jej odbiór.

Nawiązanie muzyczne w moim konkretnym przypadku jest zupełnie nietrafione, jestem w końcu fanem wrzasków i skrajnie amatorskiego hałasu DIY, ale chyba wiecie, o co mi chodzi.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

niedziela, 7 lipca 2024

Flashpoint. Powrót.




Naprawdę nie jestem odpowiednią osobą do pisania tej recenzji. Pamiętacie „Doomsday Clock”, czyli bezczelne wykopanie świata „Strażników” Moore’a z popkulturowej mogiły celem sklejenia go na ślinę z superbohaterskim mainstreamem? Bardzo mi się podobało. Jeśli uniknęliście tego pocisku, to pewnie pamiętacie przynajmniej komiks „Trzech Jokerów”, gdzie to niuanse różnic w sposobie przedstawienia nemesis Batmana spłycono do... no nie będę podpowiadał, wróćcie oczyma do przytoczonego tytułu. Pomysł był słaby, okropnie słaby, ale entuzjastycznie pochwaliłem jego realizację. Ja chyba zwyczajnie należę do grona tych ludzi, których Geoff Johns przekonał, że jest dobrym scenarzystą! Nawet (a może zwłaszcza) gdy zabiera się za skazane na porażkę bzdury.

Może od razu sprostuję: Czy „Flashpoint. Powrót” powala na kolana? Hehe (tu proszę wstawić dwudziestominutowe nagranie maniakalnego śmiechu), nie. Odgrzewanie przetrawionego już trzykrotnie kotleta w tak zręczny sposób nie powinno być jednak możliwe.

Oryginalny „Flashpoint” był bowiem końcem dobrych komiksów w DC Comics. Dziękuję, do widzenia. Dobra, trochę żartuję, trochę tęsknię za klasyką jak to staruchy mają w zwyczaju. Z perspektywy czasu trudno jednak nie myśleć choć odrobinkę ciepło o czasach przed słusznie hejtowanym New 52 i miejscami rozczarowującym Odrodzeniem. Z pewnością jest to nadal jeden z najgłośniejszych przykładów resetu wielkiego uniwersum celem stworzenia szans na świeże porządki. W ramach samego wydarzenia jednak powstał też, na chwilę, osobny świat, w którym wiele spraw potoczyło się raczej kiepsko. Wojna między Amazonkami i Atlantydą rozdupczyła Europę, Barry Allen nigdy nie został Flashem, Superman spędził większość życia jako królik doświadczalny. Najważniejszy jest oczywiście (jak zwykle) Batman, Thomas Wayne w tym przypadku, bo to młody Bruce łyknął kulkę po seansie Zorro. O nim jest ten album i o jego próbach zrozumienia, czemu wrócił do życia w rzeczywistości, która powinna przestać istnieć.

„Po co to komu potrzebne?” jest chyba pierwszym pytaniem, jakie może nasunąć się w kontakcie z tym albumem. Rzecz nie ma absolutnie żadnego wpływu na wydarzenia w głównym uniwersum. Większa część pokręconej intrygi toczy się we wspomnianym alternatywnym wszechświecie, resztki niby wciskają się jakoś w realia Ziemi Prime, ale nijak nie zgrywają się chronologicznie z równolegle wydanymi tytułami, więc całość dla spokoju ducha można uznać za elseworld. Ja zresztą wolę tak zrobić, bo Batman (ten normalny) postępuje tu tak nierozważnie z samolubnych pobudek, że nawet najbardziej parszywym wyrobnikom zdarzało się pisać tę postać lepiej. To był dla mnie chyba największy minus „Powrotu”. Ciśnienie mi skacze, gdy charaktery ikonicznych bohaterów robią takie karkołomne fikołki.

Poza tym mankamentem jest… nieźle? Johns nie potrafi przestać się brandzlować nad swoimi poprzednimi sukcesami, więc dostajemy tu powrót nie tylko do właściwego „Flashpointa”, ale i również sporo motywów narracyjnych wyraźnie nawiązujących do tego nieszczęsnego „Doomsday Clock”. Cała historia trąca takimi ambitnymi, rozbudowanymi tajemnicami, co to je lata temu zwykliśmy śledzić z wypiekami. Rzeczywistość się załamuje, a uwikłane w szaleńczy wir postacie powoli odkrywają elementy układanki, za którą skrywa się jakieś dodatkowe, wymyślne fiksum dyrdum, zwykle dotyczące dłubania w czasie. Na trącaniu się jednak kończy, „Flashpoint. Powrót” ostatecznie rozplątuje zawiłości nagle i nieco na siłę, a i w toku scenariusza nie skręcają się one zbyt mocno.

Sam się sobie dziwię, ale pomimo świadomości wad tej historii, nadal czytało mi się ją bardzo dobrze. Johns wie, jak na osi czasu swojej narracji mądrze porozstawiać absorbujące uwagę wydarzenia. Wie też, poza wspomnianym wcześniej Gackiem, jak pisać interesujące postacie, nawet jeśli często złożonością charakterów przegrywają z ludźmi faktycznie zadowolonymi z owocowych czwartków w robocie. Oswald Cobblepot w roli niby-Alfreda Thomasa Wayne’a to czyste złoto, chcę więcej. Młody Dent stający się Robinem to naciągany motyw, ale jego relacja z Pingwinem oraz z podstarzałym Nietoperzem robi ten komiks. Na koniec sam ojciec Bruce’a właśnie, centrum całego albumu, czyli Batman dziesięciokrotnie bardziej zgorzkniały, bezwzględny i powykręcany reumatyzmem. Ewolucja jego nastawienia do otaczającej rzeczywistości, której samo istnienie ze zrozumiałych przyczyn uważa za problem, to prawdopodobnie najciekawszy motyw „Powrotu”. Prowadzi zresztą też do całkiem mądrych wniosków na temat moralności i radzenia sobie ze stratą. Nie spodziewałem się.

Wizualnie byłem zachwycony, miałem zamiar napisać cały akapit pochwał, a potem skończył się pierwszy zeszyt składający się na ten zbiór. Odpowiedzialny za otwierające album ilustracje Eduardo Risso po kilku przygodach w okolicach Gotham stał się dla mnie rysownikiem definiującym to, jak powinien wyglądać komiks o Batmanie. Mocno naznaczona doświadczeniem w kryminale i grozie kreska tego autora jest takim złotym środkiem między zatopioną w mocno tuszowanej ciemności stylizacją à la Mike Mignola i klasyką komiksu szkoły, powiedzmy, Jima Steranko między innymi. To rysunki, które w nawiasie trykociarskim mogą pasować (i pasują idealnie) prawie wyłącznie do Batmana. Kreślącemu większość albumu Xermánico absolutnie nie odmawiam talentu, wręcz przeciwnie: uwielbiam gościa, ale to trochę tak, jakby porównywać Orsona Wellesa do George’a Millera. Zupełnie inna kategoria. Dlatego też po pierwszym rozdziale „Flashpoint. Powrót” wstałem z kolan, choć ogólnie poziom warstwy wizualnej pozostaje bardzo wysoki i zwolennicy nowoczesnego peleryniarstwa nie znajdą tu powodów do narzekań.

Wielki zbitek niedociągnięć i chwilowych, bardzo ulotnych, przebłysków niesamowitego talentu. Tak bym ostatecznie określił „Flashpoint. Powrót”. Nie odpowiedziałem w końcu na zadane wcześniej pytanie: „Po co to komu potrzebne?”. A po co komu historie faktycznie mające wpływ na mainstreamowe uniwersum DC, skoro i tak zaraz może się wszystko zmienić? Po co komu fikcja w ogóle? To zabawa, w ramach której hermetyczność fabuły sprawdza się całkiem dobrze i dlatego osobiście często wolę elseworldy. W rękach zręcznego rzemieślnika, a takim jest Geoff Johns, nawet bzdurne opowieści o pakerach odzianych w przyciasne getry i o konsekwencjach ich zabaw ze strukturą rzeczywistości mogą sprawić czytelnikowi radość. Nie każdemu czytelnikowi oczywiście, a i fan laserów z dupy będzie musiał tu na kilka rzeczy przymknąć oko. Mojemu przeżartemu superbohaterką mózgowi wystarczyło delikatne przymrużenie.

 

Autor:  Rafał Piernikowski  

wtorek, 2 lipca 2024

Batman. Failsafe. Chip Zdarsky.

  


Możesz sobie być laureatem kilku nagród Eisnera i Harveya, ale jak potężne korpo każe ci zepsuć Batmana, to pytasz tylko „jak bardzo?”. Na szczęście odpowiedź tym razem chyba brzmiała „tak troszkę”, bo Gacek w wykonaniu Chipa Zdarsky’ego, choć jakościowo odległy od jego najlepszych komiksów, nadal może jakąś tam radochę potencjalnemu odbiorcy sprawić. Ja spodziewałem się jednak czegoś zupełnie innego.

Okoliczności fabularne powinny być znane każdemu, kto choćby trochę śledzi obecnie wydawane w Polsce komiksy z tej serii. Bruce Wayne jest biedny, jak na swoje standardy oczywiście, więc wciąż pewnie może pucować się mydłem z płatkami złota. Nightwing działa samodzielnie, a w roli Robina trwają jednocześnie Damian oraz Tim, na którego DC Comics wciąż nie ma żadnego pomysłu. Najważniejsze jednak, że Alfred odszedł z tego padołu i jego brak nieustannie powoduje kolejne dramaty. Przez niedopełnienie kamerdynerskich obowiązków (to nie żart) budzi się bowiem najgroźniejszy do tej pory przeciwnik Batmana: maszyna idealna, której główną misją jest uczynienie problemu Nietoperza zmartwieniem całego świata.

Weźcie sobie pierwszego z brzegu miłośnika Gacława i zadajcie mu pytanie: „co powinno się zadziać w nowych przygodach Mrocznego Rycerza?”. Trochę zgaduję, ale sporo z nas chyba tęskni za ulicznym mścicielstwem, za przyziemnymi historiami o najlepszym detektywie, za trafnym dłubaniem w psychice strachu. Opinie mogą być różne, jednak niewielu fanów (mam nadzieję) udzieliłoby odpowiedzi w stylu „no ja to ogólnie chciałbym znowu cofnąć cały rozwój tej postaci i popatrzeć, jak w atmosferze skrajnej przesady i trykociarskiego absurdu Batman i cała Liga Sprawiedliwości napieprzają się z zabójczym robotem”. Poza wątkami pobocznymi dokładnie taką opowieść tu niestety dostajemy.

Właśnie dodatkowe historie, powiązane mocno z trzonem narracji, podkreślają znacząco braki w „Failsafe”. Pierwsza z perspektywy Catwoman opowiada nam o tłumie bękarcich potomków Pingwina i ich sporze o… kwestię spoilerową. Druga natomiast to kapitalne pogłębienie wprowadzonego wcześniej przez Granta Morrisona retconu, według którego Batman z Zur-En-Arrh to nie kolorowo odziany fan Gacka z innej planety, a rezerwowa część psychiki samego Wayne’a, stworzona na wypadek srogiego kryzysu. Zdarsky oczywiście zgapia tutaj od innych, ale robi to doskonale i mocniejsze skupienie na tych motywach mogłoby dać nam naprawdę kapitalną historie.

Zamiast tego „Failsafe” to „tylko” świetny akcyjniak zbudowany na podbitej do piątej potęgi konwencji Batmana jako geniusza przygotowanego na każdą możliwą sytuację poza taką, w której właśnie to przygotowanie podkłada mu samemu nogę. Przewracając się, zanim sobie ten głupi ryj rozwali, Gacek zapomina jednocześnie o większości dojrzałych wniosków z wcześniejszych zeszytów i znowu bawi się w samotnika, co to swoją rodzinę określa mianem żołnierzy. Ta chwilowa pomroczność mu co prawda przechodzi i to w bardzo epickim stylu, ale cofanie rozwoju postaci w celu natychmiastowego powtórzenia go w ramach własnego scenariusza dla efektu to tani chwyt. Tak samo zresztą jak bawienie się w kolejny raz w odgrzewanie kotletów zarówno ze starszych komiksów jak „Tower of Babel”, jak i całkiem niedawno poruszonych zagrywek z wrabianiem bohaterów w morderstwo i z całym Gotham przejętym przez faszystowską dyktaturę kolejnego złola. To naparzanka z Ligą i Bat-rodziną w rolach głównych, do faktycznie solowego komiksu o Nietoperzu sporo tu brakuje.
Możecie w sumie kojarzyć głośny w internecie motyw z Batmanem przeżywającym upadek z orbity dzięki potędze umysłu i jeszcze potężniejszym gaciom. Tak, to z tego komiksu. To szczyt peleryniarskiej przesady w ramach tego albumu, ale ogólnie klimat fabuły jest podobny.

Jak już jednak wspomniałem, da się z tej lektury wyciągnąć jakąś perwersyjną przyjemność, to jak jazda na rakietowej deskorolce, w akompaniamencie wybuchów, przez pięknie skomponowane ruiny szans na ambitniejszą historię. Ogromna w tym zasługa Jorge’a Jiméneza. Odpowiedzialny za ilustrowanie głównego wątku artysta powinien być od dawna graficznym faworytem miłośników nowoczesnego superbohaterstwa. Ja sam preferuję w tym gatunku dalej posuniętą stylizację (albo mocno konturowaną szczegółowość jak u Ryana Ottleya), ale pod względem dynamiki większość rysowników powinna prosić Jiméneza o pozwolenie na czyszczenie mu butów. Ten komiks porywa nieustannym ruchem, zachowując jednocześnie całkowitą czytelność. Kreśląca fragmenty z Catwoman Belén Ortega też zresztą nie zawodzi. Absolutnym sztosiwem za to jest wątek trzeci, ten o kolorowym alter-ego Gacka, w którym Leonardo Romero (z pomocą jak zawsze perfekcyjnych kolorów od Jordie Bellaire) zaserwował nam przepiękną wycieczkę w czasy klasycznej superbohaterszczyzny.

Jakby Zdarsky skupił się na tej ostatniej historii właśnie, to moglibyśmy dostać najlepszego Batmana od lat. Już teraz przecież „Failsafe” opowiada o tym, że Gacław jest sam dla siebie największym zagrożeniem. Wystarczyło pogrzebać mocniej w tym aspekcie psychiki gryzonia, kazać mu zmierzyć się z konsekwencjami własnej paranoi i nieufności w momencie, w którym zaczął już zostawiać te cechy za sobą. Może dorzucić jakiegoś nowego maniaka na ulice Gotham przy okazji. Zamiast tego dynamika postaci przełączona została na wsteczny bieg, a my dostaliśmy nawalankę z nieciekawym złobotem. Jestem nawet w stanie sądzić, że Zdarsky z premedytacją przejechał się tu na charakterystycznych dla Batmana założeniach złodupnego absurdu, ale jeśli tak było, to mnie ten żart średnio śmieszy. W porównaniu do średniackiej masówki od DC Comics to wciąż dobra rozrywka, marnowanie talentu takich autorów powinno być jednak karalne. Obwiniam włodarzy, bo inaczej byłoby mi przykro.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

niedziela, 9 czerwca 2024

Mazebook. Jeff Lemire

 


 

 Jak na autora, którego jako pierwszego nazwałem swoim „ulubionym”, Jeff Lemire ostatnio trochę ode mnie oberwał. Absolutnie nie wątpię w jego talent, ale po kilku średnich występach na zlecenie korporacji tradycyjnie dojących obiecujących scenarzystów, wypuścił jeszcze (między innymi) „Korzenie rodzinne” oraz „Sztuczną inteligencję”. Okazało się tym samym, że nawet w bardziej niezależnych tytułach potrafi nam się ten Lemire rzucić z motyką na Słońce. W dużym skrócie: przesadne kombinowanie rzadko mu wychodzi, najwyżej bokiem. „Mazebook” już samym tytułem nie zapowiada prostoty, a na dodatek chronologicznie powstał pomiędzy wspomnianymi wcześniej tytułami. Miałem złe przeczucia.

Na stronach „Księgi labiryntów” śledzimy losy Willa, człowieka tak smutnego, że w worach pod oczami mógłby piach na wały nosić. Snuje się on po mieście na autopilocie, pracuje od niechcenia jako inspektor budowlany i uparcie ignoruje wszelkie przebłyski życia sięgające ponad podstawową egzystencję. Will ma jednak ku takiemu zachowaniu dobry powód, jeden z lepszych motywatorów martyrologii bym powiedział: dziesięć lat temu zmarła jego ukochana córeczka, a on sam pod wieloma względami podążył jej śladem. Wszystko zmienia się, gdy nieszczęśnik odbiera telefon i słyszy w słuchawce głos swojej małej Wendy. Głos, który przekonuje go, że utracone dziecko czeka na niego w centrum labiryntu. Czy zrozpaczony ojciec wreszcie postradał zmysły? Odpowiedź znajdziemy na końcu czerwonej nici.

Na szczęście mogę rozwiać wątpliwości – „Mazebook” to bardzo prosta historia, to w tym przypadku plus ogromny. Widziałem w sieci opinie mówiące, że miniseria zawodzi oczekiwania, komentarze ludzi spodziewających się jakiejś psychodelicznej, epickiej baśni. Według słów samego autora taki pierwotnie był zresztą plan, ale Lemire na całe szczęście poszedł po rozum do głowy i został w swojej strefie komfortu, może poza umiejscowieniem akcji w dużym mieście zamiast jakiegoś wypizdowa. Metaforycznego dłubania w podświadomości za pomocą onirycznej wędrówki jest tu sporo, ale trzonem całej fabuły pozostaje życie Willa, a właściwie brak tego życia. Dalsza egzystencja w obliczu ogromnej straty ugryziona od strony, której opisanie było by już zbyt dużym spoilerem.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, nie mogę również dokładnie wytłumaczyć wam, co mi tu nie do końca zagrało. Muszę robić podchody. Przy tej całej godnej pochwały prostocie, Lemire ominął pewne niuanse procesów, które powinny od bohatera wymagać długotrwałej pracy nad sobą. Do zakończenia dochodzimy na skróty i może jest to kwestia magicznego realizmu, ale niektóre aspekty fabuły są na tyle rzeczywiste, że trudno na te uproszczenia przymknąć oko. To w sumie nic nowego w przypadku tego autora, idzie przywyknąć, choć poważne tematy zasługują na nieco dokładniejszy wgląd. Zwłaszcza, gdy to wokół nich obraca się narracja.

Mimo to przejąłem się losami tego przytłoczonego biedaka z okładki. Lemire siły zaoszczędzone przy pobieżnym potraktowaniu złożonych procesów psychologicznych spożytkował, jak to często u niego bywa, stosując skuteczne zabiegi emocjonalne. Brzmi jak tani chwyt, ale chwytanie za serca choćby minimalnie wrażliwych odbiorców jest jego specjalnością. Łatwo nam się zbliżyć do Willa, łatwo nam poznać jego zmarłą córeczkę i polubić ją. Tęsknota oraz typowe dla depresji odrealnienie rzeczywistości są w „Mazebook” namacalne, więc i pozytywne tony na zasadzie kontrastu uderzają mocniej. Ostatecznie komiks zostawia nas z przesłaniem przefiltrowanej przez łzy nadziei, bez wchodzenia totalnie ani w absolutny mrok, ani w przesadną pozytywność. Taka równowaga mi pasuje, to życiowe.

Nie do końca rozumiem za to, czemu autor zaprzyjaźniony z tak ogromnym gronem utalentowanych rysowników wciąż decyduje się samemu ilustrować sporą część swoich dzieł. Lemire ogromnie się pod tym względem wyrobił, to fakt, a „Mazebook” jest prawdopodobnie jego najlepszym dziełem z graficznego punktu widzenia. Sporo pokombinował w kwestii sekwencyjności, korzystając z prostego pomysłu z czerwoną nitką wyprutą ze swetra i z bardziej skomplikowanych zabaw przekuwających architekturę labiryntów w układ kadrów. Wyszło ciekawie, czytelnie w większości przypadków, choć czasem ruch mojego oka rozmijał się z jego planami. Kolory też ogarnął z głową, bo rozgraniczenie szarej rzeczywistości, kolorowych wspomnień i czerwieni prowadzącej bohatera do celu podbija klimat opowieści. Tak samo zresztą emocje na twarzach postaci, z którymi (przy oczywistej prostocie swojej kreski) Lemire zawsze radził sobie bardzo dobrze. Co mi tu więc nie pasuje? Właściwie to nic, jedynie zaznaczam, że z rysunkami Andrei Sorrentino albo Dustina Nguyena „Mazebook” mógłby mnie powalić, a taki Matt Kindt na przykład zdołałby nieco ciekawiej ogarnąć grafiki o w sumie podobnej stylistyce. W skrócie: jest dobrze, bazgroły Lemire’a spełniają swoją funkcję i w sumie rozumiem jego chęć własnoręcznego narysowania tej historii, ale oczyma wyobraźni widzę potencjalnie bardziej zachwycającą wizualnie wersję tego komiksu.

Nie wspominałem chyba o tym jeszcze nigdy, ale szczerze gardzę tym zwyczajem cytowania bardzo pochwalnych opinii z tyłu albumów komiksowych. Według komentarzy Jamesa Tyniona IV, Matta Kindta, czy na podstawie fragmentu recenzji z Multiversity Comics można uznać, że „Mazebook” to arcydzieło, opowieść kompletna i bezdyskusyjnie strącająca czapki z głów malkontentów, włącznie z resztkami owłosienia. To absolutnie nie jest prawda, do perfekcji tu brakuje bardzo wiele, ale wcale a wcale nie czyni to z tego komiksu padaki niewartej waszej uwagi. To porządna, dobrze napisana i ładnie narysowana opowieść, w której bardzo przyziemny, dotkliwy smutek rozłożony jest bez przesadnej wnikliwości na czynniki pierwsze za pomocą onirycznej fantazji. To chyba całkowicie wystarczy, by ten tytuł polecić bez wklejania wam w głowy nierealnych oczekiwań. 

 Autor: Rafał Piernikowski  

piątek, 7 czerwca 2024

Nightwing. Tom 2. Tom Taylor.

  


Wkurzają mnie tacy ludzie jak Chip Zdarsky, Mark Waid, Al Ewing, czy Tom Taylor właśnie. Wydawcy komiksowi na naszym rynku, jeszcze z pewnymi wyjątkami na szczęście, w miarę ostrożnie dobierają pozycje do katalogów, więc o kompletny szajs stosunkowo trudno. Celem poszerzania recenzenckiego clout trzeba jednak czasem na coś ponarzekać i bezpiecznym wyborem jest wtedy superbohaterszczyzna, bo sprzedaje się nawet przy kiepskiej jakości. Przy pierwszym tomie „Nightwinga” od Taylora niestety nie miałem okazji zabłysnąć, w ramach swojego gatunku był to komiks prawie perfekcyjny. Pozostała jedynie nadzieja, że kontynuacja (co często się zdarza) kompletnie pogrzebie nabudowany wcześniej potencjał.

„Bitwa o serce Blüdhaven” wiele tłumaczy już samym tytułem. Pora na kulminację napięć narastających od dłuższego czasu w gothamowej wersji New Jersey. Poziom irytacji Blockbustera, obecnego bossa na dzielni i wcale nie podróby Kingpina, sięga nisko zawieszonego sufitu. W odpowiedzi na Nightwinga coraz mocniej wtykającego idealny nos w coraz większą ilość nieswoich (dyskusyjnie) spraw, odziany w biały gajer, przypakowany zakolak wyciąga z pękających w szwach rękawów najmocniejsze karty. Starcie jest nieuniknione, herosi kontra złole, lud kontra skorumpowana władza, nadzieja i braterstwo przeciwko bezczelności kryminalnej zgnilizny, która toczy miasto. W tym całym chaosie łatwo zapomnieć o grasującym w zaułkach złodzieju serc. Spójrzmy na tytuł. Przypadek? Ni chu… nie.

„Bwahahaha!” – zaśmiałem się triumfalnie. Druga część „Nightwinga” faktycznie jest gorsza od kapitalnego „Skoku w światło”! Skoro więc wreszcie mam ku temu okazję, tę bardzo znaczącą dla was pisemną opinię rozpocznę od labiedzenia. No i dokładnie w tym momencie, pracując intensywnie nad niniejszym tekstem, mój mózg się zawiesił. Musiałem serio ponownie złapać za komiks, by przypomnieć sobie, co mi się właściwie w nim nie podobało, więc ogólnie chyba dramatu nie ma. Największym problemem są tradycyjnie coraz bardziej odczuwalne macki wydawnictwa zaciskające się na względnie kameralnej fabule i wyżymające z niej esencję kalesoniarskiego kiczu. Coraz wyraźniejsze wydłużanie zasięgu Dicka (innuendo absolutely intended) w kierunku szerszych realiów świata DC potrzebne jest temu komiksowi jak Maluchowi chromowane dwudziestocalowe felgi. Seria traci przez to odrobinę tak bardzo miłego naszym sercom skupienia na ulicznym mścicielstwie i generalnie, w porównaniu do pierwszego tomu, decentralizują się w związku z tym wszystkie warstwy komiksu. O tym jednak trochę później.

Muszę tutaj wspomnieć o pozytywnych zaskoczeniach, o elementach, które teoretycznie powinny mnie odrzucić. Nie przeszkadzał mi udział innych superbohaterów, ich obecność była absolutnie logiczna. Trafił się też rozdział z totalnie simpującym Dicka Graysona Nite-Mitem, czyli podobnym do Bat-Mite’a i Pana Mxyzptlk, wszechmocnym, psotnym impem z piątego wymiaru. W odróżnieniu od swoich totalnie wnerwiających ziomków, ten niskorosły omnipotent okazuje się jednak całkiem równym gościem, a historia z jego udziałem ostatecznie jest urocza i pasuje do vibe’u reszty fabuły. Ta atmosfera pozostaje zresztą najmocniejszą stroną runu Toma Taylora, to pełna akcji pigułka rozgrzewającej serduszko pozytywności, która wyrażona jest głównie poprzez świetnie napisane postaci i doskonałe interakcje między nimi, wciąż prawdopodobnie jedne z najlepszych w spandeksowym nurcie. Chemia między Nightwingiem i Batgirl konsekwentnie buduje jeden z najbardziej naturalnych związków w historii DC Comics, a szacunek Dicka wobec spuścizny pozostawionej przez Alfreda i jego trzeźwa interpretacja doświadczeń wyciągniętych z lat spędzonych pod peleryną Batmana tworzą z tej postaci, niby zależnej od bardziej ikonicznych bohaterów, człowieka o własnym, złożonym charakterze. Trudno by mi było tu znaleźć powód, by Nightwinga nie lubić, gdzie aktualnie wydawane komiksy o Supermanie czy Gacku potrafią dawać mi ich na pęczki. Tak jak Blüdhaven jest tym, czym Gotham bywa, gdy ma akurat przerwę od bycia przesadnie mroczną karykaturą, tak Dick jest tu Batmanem w wersji 2.0.

W tych superlatywach powinienem jeszcze znaleźć miejsce na wtrącony już nieco po fakcie mini-akapit o potencjalnie najbardziej zaburzającym akrobatyczną równowagę potknięciu Taylora. W realiach Bat-rodziny chyba najtrudniejszą sztuką jest wprowadzenie nowego, interesującego złoczyńcy. To, co udało się tu na wstępie w przypadku Heartlessa, skończyło się względnym rozczarowaniem. Zakończenie tego wątku robi średnie wrażenie, trąca zmarnowanym potencjałem, a sam złol wychodzi na bootlegowego Husha.

Wspominałem jednak o decentralizacji, bo trudno nie odnieść wrażenia, że narracja nie płynie tu tak płynnie jak w części pierwszej. Częściowo może i to wina przerywników w fabule, ale chyba głównym powodem jest niedosyt ilustracji Bruno Redondo. Oczywiście dalej jest on tu głównym rysownikiem, lista nazwisk odpowiedzialnych za warstwę graficzną w porównaniu ze „Skokiem w światło“ jest jednak ponad dwukrotnie dłuższa. Bardzo często zastanawiam się, jak duży wpływ na sekwencyjność kadrów ma w danym komiksie scenarzysta i tu momenty perfekcji są chyba zasługą doskonałego rezonansu między instrukcjami Taylora i talentem Redondo. Nic wam co prawda oczu nie wypali, najwięcej zmian na ołówku odbywa się na sam koniec, Adriano Lucas wciąż dostarcza kapitalne kolory, a fragmenty kreślone przez Daniele Di Nicuolo czy Javiera Fernandeza wyróżniają się na plus. Ja jednak jestem zadeklarowanym miłośnikiem wizualnej spójności i trudno mi odżałować każdą, nawet najdrobniejszą, przerwę od Redondo i jego perfekcyjnie prowadzącej uwagę czytelnika, gładko konturowanej roboty. No i nie ma już bajerów w stylu tego jednego ujęcia rozciągniętego na cały zeszyt z poprzedniego tomu, ale kilka mniej szpanerskich fikołków w kadrowaniu nadal uświadczymy. Może i dobrze, nie ma co odcinać kuponów od takich popisów.

No to se ponarzekałem! Po zasługującym na prawie pełnoprawną dyszkę „Skoku w światło” dostałem kontynuację, która (trzymając się cyferkowej konwencji) ląduje gdzieś w okolicach ósemki na szynach. Jak na trykociarstwo to i tak wciąż górna półka. Mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać ironicznego charakteru pierwszego akapitu, naprawdę cieszę się, wciąż trafiając na tak porządne komiksy w Marvelu i DC. Tytuły nasączone przez autorów słodkim, serduchowym sosem i dowody na istnienie śladowej chociaż miłości do gatunku w kręgach twórców. Na stronach „Bitwy o serce Blüdhaven” Nightwing może i gubi trochę drogę, ale nadal odwala fikołki w dobrym kierunku, w spektakularnym stylu i z czarującym uśmiechem wymalowanym na absurdalnie atrakcyjnym ryju. Pewne ogniska peleryniarskiej zarazy zaczynają niestety budzić mój niepokój względem kontynuacji. Zobaczymy, jak długo Tom Taylor będzie w stanie się bronić przed morzem bullshitu otaczającym jego małe królestwo. Trzymam kciuki!

 

Autor: Rafał Piernikowski  

poniedziałek, 25 marca 2024

Król Deadpool

 



Dopiero co skończyłem pisać peany na temat jednej z najlepszych historii wyplutych z naznaczonych piętnem przeciętności lędźwi Marvela. W porównaniu do „Nieśmiertelnego Hulka” nawet świetna seria może wypaść blado. Na szczęście Kelly Thompson to utalentowana autorka, po jej świetnym runie „Hawkeye” i może nawet lepszej „Czarnej Wdowie” od każdego następnego komiksu z jej nazwiskiem na okładce spodziewam się całkiem sporo. Niestety Deadpool najwyraźniej nawet z najczystszego źródła potrafi wypompować muł.

„Król Deadpool” jako tytuł robi za całkiem wystarczające streszczenie fabuły. Dodam tylko, że Wade Wilson zostaje tutaj władcą wszelakiej maści potworów na skutek zwyczajnego zlecenia połączonego z pokręconymi zasadami dziedziczenia władzy. Skąd maszkarony wzięły się na Staten Island i do czego to prowadzi? To nieistotne, bo to jeden z tych komiksów, w których Dom Pomysłów nie chciał najwyraźniej pozwolić na znaczącą narrację. Zarówno w ramach całego uniwersum jak i w żywocie najbardziej wyeksploatowanego popkulturowa najemnika w kolorowych fatałaszkach dostajemy historię nieistotną, ale przynajmniej również raczej samodzielną. Jeśli jeszcze jakimś cudem Deadpool się wam nie znudził, możecie ją przeczytać z doskoku.

Z szacunku do autorki zacznę od plusów, a pierwszy z nich to właściwie postacie z drugiego i trzeciego planu niemalże w całokształcie. Choć raczej nigdy nie przyjdzie nam poczytać o większości z nich czegokolwiek znaczącego, to przynajmniej Thompson sprawiła, że zacząłem chcieć, by było inaczej. Gwardia honorowa pyskatego króla zasługuje na spin-off w duchu „Creature Commandos”, całą fabułę (tak to nazwijmy) rozpędza poświęcenie ekstremalnie sympatycznej postaci, a jeśli nie pokochacie Żelusia miłością bezwarunkową, to wątpię w wasze człowieczeństwo. Po drugie w dialogach zdarzają się tu naprawdę błyskotliwe kwestie, dyskusja Deadpoola z Kapitanem Ameryką jest jakościowym szczytem albumu, a fragment z siejącym zamęt kaiju mądrze traktuje o trudnościach związanych z władzą. Szkoda, że to przebłyski w szarocie przeciętności.

Problem „Króla Deadpoola” sprowadza się do tego, co od dawna trapi komiksy z tym bohaterem. To śmiechy na siłę z garścią bezcelowych wątków mających podkreślić skrytą głębię skrywaną przez Wilsona za kurtyną randomowego humoru. Fajnie, ale nie ma w tym absolutnie nic odkrywczego, bardzo powierzchowne skomplikowanie charakteru jest już dla odbiorcy Marvela chlebem powszednim, a i tutaj jest tego wyjątkowo mało. Większość stron wypełniają żarty, których Kelly Thompson chyba nie chciała za bardzo pisać i akcja, z której niewiele wynika. Mam wrażenie, że motywy faktycznie interesujące autorkę, jak faktycznie fajna chemia między Deadpoolem i Elsą Bloodstone oraz generalnie światotwórstwo potworowego Staten Island zostały przez Włodarzy zepchnięte na drugi plan. Naprawdę tęsknię w tym momencie za seriami pisanymi nie tylko przez Posehna i Duggana, ale nawet za dyżurem Daniela Waya. Dużo więcej było w tych runach charakteru.

 
Wyrazistości nie brakuje za to rysunkom, choć mówię to nieco sarkastycznie. Album otwiera Chris Bachalo, u którego stylizacja poszła nieco za daleko w dziecinną karykaturalność. Choć technicznie daje radę i potrafi kreślić dynamiczne sceny, to większość postaci wygląda u niego pokracznie. Najgorzej jednak radzi sobie z przejrzystością narracji, z jakiegoś powodu większość kadrów wygląda u niego jak niezręcznie wycięte z sensownej ilustracji zbliżenia. Później, pod ołówkiem Gerardo Sandovala, robi się znacznie lepiej, ale to nadal ten typ graficznego trykociarstwa, za którym nie przepadam. Wypaczenie proporcji przekraczające już skuteczną intensyfikację z lat 90., jakby każdy rysunek kreślono caps lockiem. Rzecz gustu jednak, poziom jest całkiem wysoki.

Na koniec zawsze zadaję sobie proste pytanie: „czy polecam ten komiks komukolwiek?”. Tak, ale nie wiem komu. „Król Deadpool” unika wpadnięcia do marvelowego rynsztoka, widać w nim nawet sporo niewykorzystanego potencjału i dla zadeklarowanego miłośnika postaci taki poziom powinien być raczej normą. Ja jednak, mimo wszystko, nadal uważając się za fana Deadpoola, byłem zawiedziony. Wydaje mi się, że prawdopodobnie nawet nie samym scenariuszem Kelly Thompson, a kolejnym niespełnieniem całkowicie już prawie zgniecionych nadziei na dobry komiks z Wilsonem w roli głównej. Trzeba zaniżyć oczekiwania dopóki nie zdarzy się cud. 

 

Autor: Rafał Piernikowski  

poniedziałek, 11 marca 2024

Nieśmiertelny Hulk. Tom 5. Ewing/Bennett

 


 

 To cholernie wielkie słowa jak na tekst o komiksie superbohaterskim, ale trudno mi zaakceptować, że to już koniec. Tom numer pięć zamyka popisowy taniec Ala Ewinga w spektaklu znanym jako „Nieśmiertelny Hulk”. To zwieńczenie historii, która w opinii odbiorców i krytyków wyróżniła się niczym promieniujący na szmaragdowo, nieskazitelny klejnot w stercie bezkształtnego plastiku. Rewitalizacja całokształtu sylwetki zielonego olbrzyma i pokaz tego, że w głównonurtowym komiksie superbohaterskim jest jeszcze miejsce na fabuły zaplanowane od A do Z, inteligentne i dojrzałe. Tak, nie zamierzam na sam koniec nagle zacząć jechać po tym runie. Po zamknięciu ostatniego albumu jestem gotów postawić Ewingowi ołtarz.

To pod każdym względem naturalne zwieńczenie serii, która wreszcie połączyła losy dwojga potężnych dzieci Jacka Kirby’ego: wszechpotrafiącego i wszechrozwalacza. Większym spoilerem was nie skrzywdzę. Po absolutnie mocarnym tomie czwartym dwie z wielu osobowości Bruce’a Bannera znalazły się w, delikatnie mówiąc, nieprzychylnym położeniu. Przejebane mają, nie owijając w bawełnę. Trzymający dotąd lejce diabłowaty Hulk gryzie piach, główna osobowość zmieniła się w cronenbergowską, quasi-humanoidalną wersję kabalistycznego drzewa życia, a wszystkim dyryguje teraz Leader z nad wyraz (nawet jak na swoje standardy) napuchniętym czerepem. Każdy w takim momencie zwrócił by się do przyjaciół, ale w przypadku biednego furiata odzianego w fioletowe portki najbliżsi jak zwykle ranią najmocniej. Brzmi głęboko, a chodzi po prostu o to, że Avengers to banda buców.

 
Ostatni tom tej historii leci chyba najmocniej w motywy trykociarskie i z początku średnio mi to grało, ale udział mężnych kalesoniarzy przeświadczonych o własnej racji był raczej nieunikniony przy takiej skali wydarzeń. To też logiczny ciąg dalszy decyzji podejmowanych przez Ala Ewinga od pierwszego zeszytu serii. Jego metoda jest jak szkło powiększające, pod którym oklepane motywy z bajek o mutantach gamma odkrywają przed złaknioną choćby grama jakości publiką masę nowych, często makabrycznych niuansów. Tak właśnie tutaj pojawienie się Avengers służy nie tylko sensacji, bo poza usprawiedliwieniem intensywnego prania się po mordach tworzy skomplikowaną sieć relacji z postaciami osadzonymi w fabule wcześniej. Obnażona zostaje dziecięca strona najbardziej znanej wersji Hulka, co z kolei z niektórych „bohaterów” robi mendy znęcające się nad słabszym. Na tym etapie historii zresztą już każde alter-ego Bannera ma wyjaśnioną rolę, a jednocześnie znajduje się miejsce na ich dalszy rozwój. U Ewinga dynamiczny bohater to za mało, szansę na odkupienie dostaje każda z osobowości protagonisty, że o postaciach pobocznych nie wspomnę.

To tylko jeden z wielu przejawów wyjątkowego talentu autora. Udało mu się stworzyć serię superbohaterską, której zeszyty rozpoczynają się od cytowania – poza Mary Shelley, co tutaj jest oczywistością – Arystotelesa, Longfellowa, Kafki, czy nawet Biblii i to wszystko ma sens, te zagrywki nie rażą pretensjonalnością. Rozwijają się motywy z kabały, bezpośrednie nawiązania do „Boskiej komedii” zespolone groteskowo z lovecraftowskim kosmicznym horrorem, co też łączy mitologię promieniowania gamma z konstrukcją całego wszechświata Marvela. Decyzje tak poważne, że inni autorzy przez lata będą musieli je uparcie ignorować, jak to często w superhero bywa. Ewing podjął masę odważnych kroków i wykorzystał dziesiątki motywów, więc tym bardziej robi wrażenie tak doskonałe dopasowanie elementów pochodzących teoretycznie z różnych układanek. Tu nie ma przypadkowych decyzji, wszystko się łączy, nawet powrót jednej z popularniejszych form Hulka odbywa się nie tylko w atmosferze przytłaczającej zajebistości, ale też w zgodzie z fikcyjną logiką świata przedstawionego i fabułą tej zamkniętej serii. To zaś przenika się ze sposobem na pokonanie nowej grupy przeciwników, powstaniem Red Hulka i rolą Fantastycznej Czwórki w całej opowieści. To tylko jeden przykład w gąszczu makiawelicznie zaplanowanych koneksji. No nie ma w Marvelu obecnie drugiego tak sprawnego łba.

Oderwijmy się jednak od bijatyk z przebierańcami różnej maści i porozmawiajmy o najważniejszym: o zakończeniu. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, z początku wydało mi się ono zbyt pospiesznie, jakby Ewing nie dostał szansy na rozwinięcie wszystkich pomysłów. Nawet jeśli jest to prawda, to udało mu się te porzucone wątki obrócić w prezentację złowrogich celów antagonistycznego zła totalnego, zapowiedź tego, co może się wydarzyć. Pod każdym innym względem trudno doszukać się tu niedopatrzeń. Jak większość dobrych historii, ta kończy się tam, gdzie (mniej więcej) się rozpoczęła, eskalują motywy gnostyczne, znaczenie ciemnozielonej strony mocy rozszerza się na cały wszechświat, dostajemy również zaskakująco nieinwazyjną w swoim rozmachu pigułkę informacji na temat wspólnej przeszłości Leadera i Hulka. Co najważniejsze jednak, mnogie osobowości Bannera muszą sobie zasłużyć na dotarcie do końca, przejść trudną drogę, zmierzyć się z błędami. Ostatecznie samo istnienie Hulka staje się aktem buntu przeciwko sile sprawczej bez poddawania się wpływowi jej przeciwwagi. Akceptacja własnej natury połączona z faktycznie realizowaną chęcią poprawy, odnalezienie miejsca na litość w zasłużonym gniewie.

Nad kontrowersjami wynikającymi z antysemickich popisów Joe Bennetta wylałem już spore wiadro kwasu, więc nie będę powtarzał, nie chcę psuć pożegnania z tą serią. Cholerna szkoda, że wyszło, jak wyszło. Po pięćdziesięciu zeszytach w towarzystwie tego artysty wyobrażenie sobie „Nieśmiertelnego Hulka” w innym stylu jest niemalże niemożliwe. Jego rysunki przez cały czas pozostawały z jednej strony bardzo bliskie esencji szkoły superhero ze Stanów, ale potrafiły również osunąć się bez wysiłku w perfekcyjnie zilustrowany body horror i uciec od realizmu, gdy było to wymagane. Ma to sens, gość w końcu zaczynał karierę od graficznej grozy. Bennett jest rysownikiem bardzo elastycznym i jednocześnie perfekcjonistą z technicznego punktu widzenia. Potrafił równie dobrze zilustrować sceny durnej kalesoniarskiej naparzanki, by stronę dalej przejść do biblijnego pojebaństwa w stylu obrazów Boscha, a do tego doskonale radził sobie ze zmiennymi układami kadrów. Dlatego też cieszy mnie, że w ostatnim albumie miał sporo okazji do popisu – także w ramach jednego rozdziału zrywającego z tradycyjną narracją komiksową. To właściwie jego pożegnanie z Marvelem, więc abstrahując od słuszności wywalenia go na zbity pysk (a słuszne to było totalnie), przynajmniej oddreptał z klasą. Krzyżyk na drogę, teraz będzie ilustrował komiksy dla libertariańskiego YouTubera, komiczne.

Trudno się rozstać z tak dobrą serią, bo za pewnik możemy uznać, że nieprędko w Domu Średnich Pomysłów trafi się nam znowu taki przebłysk jakości. Al Ewing, w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów z branży, zarówno przy powielaniu pomysłów poprzedników jak i przy wywracaniu tych pomysłów na lewą stronę, wykazuje się ogromną wiedzą na temat uniwersum Marvela, szacunkiem do kreatywnych dokonań mistrzów a przede wszystkim ogromnym skillem pisarskim. Piąty tom „Nieśmiertelnego Hulka” to godny prezent na pożegnanie z serią, która potrafiła górę mięśni w fioletowych gatkach wpisać w nawias społecznie świadomego komentarza, lovecraftowskich odklejeń bez wysiłku ewoluujących w mieszankę sprawnie podanej psychologii i gnostycznego filozofowania na wysokim poziomie. Cudem też udało się to wszystko utrzymać w całkowitej wierności względem peleryniarskich realiów i przyprawić toną ukłonów dla gigantów fikcji takich jak, między wieloma innymi, Jack Kirby czy Cronenberg. Ich duchy, przenikając się z wszechobecnym sercem Ala Ewinga, dały nam tytuł, do którego przez lata będzie porównywana każda nowinka w mainstreamowej części tego medium. Pretendenta do podium nie spodziewam się zbyt prędko.

 

Autor: Rafał Piernikowski