poniedziałek, 30 października 2023

1629 albo przerażająca historia rozbitków z Dżakarty. Aptekarz diabła. Tom 1. Dorison/Montaigne

 


Opowieść marynistyczna. Wychodzi na to, że jedna z najlepszych jakie czytałem, a jeszcze do końca się nie rozkręciła, bo to tylko pierwszy tom z zapowiadanych dwóch. Ukazanie egzystencji załogi i pasażerów na żaglowcu jest bardzo sugestywne i mam wrażenie, że Dorison dobrze odrobił pracę domową z życia na morzu w tamtym okresie.


Jak wspomniałem, to dopiero pierwszy tom i sytuacja będzie eskalowała aż do wybuchu petardy w tomie drugim, co jest zapowiedziane już we wstępie. Z nawiązań czuć tu trochę „Władcę much” i trochę Josepha Conrada. Rzecz traktuje o próbie buntu na tytułowym statku Dżakarta. Scenarzysta drobiazgowo portretuje wybrane postacie z załogi i pasażerów. Jest przy tym brutalny i naturalistyczny, bo gówno leje się po pokładzie strumieniami. Również gówno moralne, przedstawione tu postacie mają bowiem swoje za uszami i dzieją się nieraz przykre rzeczy. Drastyczne życie pokładowe tworzy silne indywidualności całkiem sprawnie ograne przez scenarzystę. Stworzył on z tych bohaterów podwaliny psychologiczne całej intrygi, która – czego autor nie ukrywa - musi skończyć się tragicznie.


Grafikami zajął się Thimothée Montaigne, którego twórczość akurat zyska u nas na popularności, bo prócz „1629” pojawił się rysowany przez niego komiks „Piata Ewangelia”. Wcześniej mógł być kojarzony jako następca Swolfsa w pracy nad „Księciem Nocy” i jako jeden z rysowników serii „Trzeci Testament” pisanej również przez Dorisona. To zdolny mainstremowy rysownik poruszający się w swojej twórczości po frankofońskim stylu zerowym. Bardzo szczegółowy w tym co robi i wydaje mi się, że był świetnym wyborem na autora serii marynistycznej.


Do wszystkiego dochodzi jeszcze forma wydania, stylizowana na sztambuch pokładowy, na okładce mocno zdobiony złotymi akcentami. To sprawia, że chce się mieć ten album na półce, bo będzie najzwyczajniej ozdobą każdej kolekcji.


Jedyny problem jaki mam z tym komiksem to fakt, że podzielono go na dwie części. Wiemy co prawda, że coś złego się wydarzy, ale jeszcze nie teraz, jeszcze nie w tym tomie. Przez to trudno napisać wyczerpującą recenzję tej pozycji. Czekam spokojnie na dwójkę i mam nadzieję, że nie potrwa to długo.

 

piątek, 27 października 2023

Cinema Panopticum. Thomas Ott.

 
 


Czy komiks potrafi przestraszyć? Chyba niekoniecznie. Film dysponuje znacznie większym „arsenałem rażenia”. Tutaj mamy przecież tylko kreski na papierze. Niemniej poetyka opowieści rysunkowych potrafi być bardziej głęboka i wieloznaczna. Thomas Ott - dobrzej już w Polsce znany szwajcarski artysta - zabiera nas do swojego enigmatycznego świata w czerni i bieli (głównie czerni), gdzie skupia nasze spojrzenie na zamrożonym momencie trwania. Jeżeli - zamiast szybko przekartkowywać – będziemy w „Cinema Panopticum” pilnie się wpatrywali, poczujemy delikatny powiew grozy, który - wychodząc z martwych kart komiksu - schłodzi nasze wciąż jeszcze żywe kości.

To że dostajemy drugie wydanie „Cinema Panopticum” może świadczyć o popularności prac Thomasa Otta w Polsce. Kultura Gniewu wydała w sumie już 6 jego komiksów. Nie ma pomiędzy nimi jakiejś istotnej przepaści formalnej. Autor Lasu ma swój wyrobiony warsztat oraz ukształtowaną wrażliwość, która dyktuje mu pomysły na następne książki.

Streszczanie fabuł szwajcarskiego artysty nie jest ani specjalnie sensowne ani też konieczne. Jego komiksy to cudeńka natury formalnej. Wiodącą rolę odgrywa tutaj - zbudowana za pomocą specyficznej metody graficznej - atmosfera świata przedstawionego. To między innymi z niej wypływają niepokojące treści tych mrocznych historii.

Metoda pracy Thomasa Ott nie jest łatwa. Z deski pokrytej czarną farbą pieczołowicie wydobywa on na świat swoje ponure rysunki przy użyciu cienkiego rylca. W efekcie przypomina to klasycznie wygrawerowane grafiki. Bardzo pracochłonna praca, którą trudno jest przecenić, zwłaszcza że idealnie spaja się ona z obraną narracją oraz tematyką opowieści.

W tym niemym komiksie mamy szereg elementów charakterystycznych dla gatunku szeroko rozumianej grozy. Niewesołe wesołe miasteczko, ponury opustoszały hotel, demoniczny doktor, postacie na skraju szaleństwa oraz śmierć we własnej osobie. Thomas Ott żongluje tutaj znanymi motywami, jednak robi to w taki sposób, że zawsze potrafi zaskoczyć czytelnika niepodziewanym rozwiązaniem danego wątku.

„Cinema Panopticum” to nie tylko jakaś opowieść z dreszczykiem, ale rzecz bazująca na ludzkich lękach i fobiach, głęboko ukrytych w ludzkiej naturze. Świat widziany oczami Thomasa Ott nie jest przyjaznym miejscem dla ludzi. Groza wyłania się spoza każdego węgła. Człowiek jest li tylko igraszką we władzy demoniczny sił, których nie jest w stanie ani poznać ani zrozumieć. Pocieszeniem dla czytelnika pozostaje chwiejne przekonanie o tym, że przecież prawdziwa rzeczywistość nie jest aż tak spaczona i zła. Chyba.

Klimat komiksów Otta porównuje się do filmów Davida Lyncha. Najbliżej mu chyba do również utrzymanej w estetyce czerni i bieli oraz niemal niemej Głowy do wycierania. Autor skończył studia filmowe w Zurychu, co wydało tutaj swoje owoce - „Cinema Panopticum” - co może zapowiadać już sam tytuł - ma bardzo filmową narrację. Brak tu jakiś eksperymentów z kadrowaniem, poszczególne grafiki wyglądają jak niezwykle dopieszczone storyboardy. Między innymi dzięki temu komiks ten ogląda się jak seans w kinie i aż chciałoby się zobaczyć „Cinema Panopticum” jako film animowany.

Można mieć pewien zarzut, że przez niewiele ponad 100 stron komiksu Otta przechodzi się aż nazbyt szybko, nawet jeśli na poszczególnych wycyzelowanych kadrach zawiesimy oko ciut dłużej. Trzeba jednak pamiętać, że nie mamy tutaj do czynienia czytadłem - przyjemnym pożeraczem czasu. „Cinema Panopticum” to obiekt artystyczny – rzecz piękna i sama w sobie. Możemy do niej wracać wielokrotnie i być może w morzu kresek odnajdziemy - pominięte wcześniej a znaczące - detale. Polecam kontemplować ten komiks w jesienne wieczory, lub po północy, ze stonowanym akompaniamentem muzycznym w tle. Choćby w wykonaniu Gerogea Sheringa, którego okładka płyty pojawia się w jednym z kadrów „Cinema Panopticum”. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

wtorek, 24 października 2023

Przygody Stasia i złej nogi. Tomasz Spell.



Przyzwyczajeni jesteśmy od narracji o niepełnosprawnych, które są delikatnie mówiąc jednowymiarowe. W mediach tradycyjnych i internetowych, co rusz organizuje się szlachetną zbiórkę pieniężną dla potrzebujących, epatując przy tym obrazami nieszczęścia, które mają zmiękczyć nasze serca. Dzieła kultury także bywają szablonowe w tym temacie i nierzadko w dosyć prostacki sposób grają na naszych emocjach. Zupełnie inną drogą poszedł Tomasz Spell pokazując - w sowim skromnym a zarazem pięknym komiksie - niepełnosprawność jako cechę pozytywnie wyróżniającą. Ta niezwykłość - bijąca w tym wypadku od „złej nogi” - staje się często źródłem wielu cierpień, lecz zarazem uruchamia osobny, niezwykle bogaty świat wyobrażony, który okazuje się bardziej interesujący niż zwyczajna rzeczywistość.

Tomasz Grządziela aka Tomasz Sepll to jeden z wybitniejszych polskich twórców komiksowych. Za wydaną w 2022 roku Zasadę trójek otrzymał Grand Prix MFKiG w Łodzi, a także sporo innych nagród. „Przygody Stasia i złej nogi” po raz pierwszy w formie albumowej zostały wydane przez Kulturę Gniewu w 2016 roku. Teraz otrzymujemy wydanie drugie, które pokolorowano. Jednak nie to stanowi o najistotniejszej sile tego komisu.

Przygody Stasia... to zgrabna kwadratowa książeczka (16x16 cm). W środku mamy szereg jednostronicowych epizodów, które składają się z czterech, rzadziej z trzech kadrów. Tytułowemu bohaterowi, który jeździ na wózku inwalidzkim, oprócz „złej nogi”, partneruje matka, która na co drugim kadrze pali papierosa. Z tej nie najmłodszej już brunetki o zapadniętych oczach emanuje czysta depresja. Staś natomiast rzadko bywa nieszczęśliwy, chociaż zdążają mu się niewesołe przygody. Przyczyna jego niepełnosprawności ruchowej – „zła noga” - jest tutaj równoważną bohaterką, na którą scedowany jest problem adaptacji z rzeczywistością.

Urok narracji Spella kryje się w tym, że pod powierzchnią lekkich, króciutkich historyjek, autor w subtelny sposób przemyca nam niebłahe treści natury psychologicznej i społecznej. Poszczególne odcinki zakończone charakterystyczną puentą funkcjonują początkowo w oderwaniu od siebie. Powtarzalność tej formuły może nieco nużyć, jednak po jakimś czasie te luźno rzucone na kartkę opowiastki zaczynają budować bardziej złożoną i mającą swe następstwa całość. Mimo iż dominuje tu ton humorystyczny doprawiony obrazem fantazji dziecka, niektóre epizody kończą się nie dowcipem, lecz melancholijną i nieco poetycką zadumą.

Jesteśmy wciągani do świata Stasia. Sporo tu zabawy i fantastycznych wyobrażeń wynikających ze specyficznej relacji bohatera z jego „złą nogą”. Jednak wrażliwy czytelnik dostrzeże, że mamy tu także historię o samotności (dziecka oraz matki) oraz o braku tolerancji dla inności (w środowisku rówieśników, w szkole). Po cichu wybrzmiewa również problem ubóstwa i systemowego wparcia dla osób niepełnosprawnych. Te dojmujące kwestie podlegają jednak specyficznej interpretacji przez głównego bohatera, przez co stają się dlań mniej raniące. Nie chodzi tu o proste zastąpienie gorzkiej rzeczywistości słodkimi rojeniami. Epizody opowiadające o wizytach Stasia u psychologa, unaoczniają nam, że racjonalna interpretacja świata jest także w pewien sposób spaczona i daleka od prawdy.

O ile poruszana przez komiksową opowieść tematyka bywa trudna, to kreska Spella pozostaje zawsze prosta, zwiewna, z groteskowym sznytem. Cartoonowo narysowane postacie mają u niego swoją specyficzną głębię, a historie z ich pomocą opowiedziane, potrafią autentycznie wzruszyć. W tym zawiera się wielka tajemnica warsztatu twórcy. Aż by się chciało, aby rynek obfitował w większą ilość tego typu komiksów, które są nie tylko niegłupie, ale także – mam nadzieję, że nie przesadzam – mogą pełnić funkcję terapeutyczne. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

poniedziałek, 23 października 2023

Monica. Daniel Clowes

 


 

„Monica” to fikcyjna biografia pewnej kobiety sukcesu. Clowes wykorzystuje tę okazję, żeby znów opowiadać o Ameryce. Moralny niepokój towarzyszy tu jednak metafizycznemu i spokojnie możemy dopatrywać się w tym albumie echa zarówno komiksu obyczajowego, folk horroru, Lovecrafta (Ligottiego?), jak i Lyncha czy może nawet Burroughsa.


Co ciekawe, to komiks bratnio podobny do „Lekcji aktorstwa” Nicka Drnaso. To również opowieść o ludziach pogubionych, będących w głębokiej w depresji, szukających ukojenia i własnej tożsamości w sekciarskich środowiskach. Rzecz wcale niemniej głęboka i przenikliwa od komiksu młodszego kolegi Clowesa nominowanego do nagrody Bookera. To ciekawe, że prawdopodobnie jest to obraz współczesnych Amerykanów i takie a nie inne nastroje muszą panować w tamtym społeczeństwie, bo nie wierzę w przypadkową zbieżność tematyki obu komiksów. Targetem dzieła Clowesa są więc wszyscy zainteresowani kierunkiem, w którym podąża współczesna powieść graficzna i tego, co ten nurt mówi o dzisiejszych czasach. Autor jest wszak jednym z jego najważniejszych przedstawicieli i „Monica”, mimo iż może nie jest najlepszym jego komiksem, to brawurowo łączy cechy jego najciekawszych dzieł z „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza” na czele.


Graficznie również nie jest to moim zdaniem najlepszy Clowes. Niemniej widziałem, że czytelnicy są zachwyceni, więc to tylko moje zdanie. Pełen kolor nadał dziełu Amerykanina swoistej klasycznej komiksowości, może się więc podobać nie tylko zwolennikom obyczajowej powieści graficznej, która najczęściej objawia się w oszczędnej czerni i bieli. Narracja jest już jednak typowa dla tego modnego nurtu: gęsta i literacka. Komiks ten jednak stylizowany jest na swoisty pamiętnik głównej bohaterki, więc to uzasadniony wybór artystyczny.


Przypadkiem też nie jest fakt, że obie pozycje – zarówno Drnaso jak i Clowesa – zaprezentowała nam Kultura Gniewu. Wydawca od lat pokazuje nam to, co najciekawsze w światowych trendach komiksowych. „Monicę” wypuścili niemal równolegle z Amerykańską premierą, co oznacza, że i czytelnicy mogą trzymać rękę na pulsie.


 

Saint Elme. Tom 2.

  


Nagle comics znów dowozi. „Saint Elme” to seria kryminalna, którą najlepiej będzie porównać do „Fargo” braci Coen. Rzecz z pogranicza noir i czarnej, groteskowej komedii. Pełna bohaterów fajnie napisanych przez Serge'a Lehmana, małomiasteczkowa opowieść ze śledztwem na pierwszym planie, bezwzględnymi gangusami na drugim i kapitalnie, naprawdę kapitalnie narysowana przez znanego polskim czytelnikom Frederika Peetersa.

Doskonale poprowadzona historia rozgrywa się w małej, alpejskiej wiosce. 80-stronicowy album pochłania się jednym tchem i zagryza koc z nerwów czekając na trzeci tom. To jedna z moich ulubionych serii AD 2023 i wpiszę ją zaraz sobie na listę najlepszych albumów tego roku. Wiem, że nie wszyscy są zachwyceni, ale ja – jako fan Coenów – bardzo doceniam takie postmodernistyczne, kryminalne opowieści z zajebiście nakreślonymi złolami, sugestywnymi scenami przemocy (tu mamy przykładowo znakomite sekwencje tortur, których nie powstydziłby się sam Tarantino), aptekarsko dozowanym napięciem i grotechą.

Warstwa graficzna jest równie porywająca co fabuła. To frankofońska (o ile warstwa graficzna może mieć 'fońskość', ale umówmy się, że może), współczesna i semi-realistyczna robota na najwyższym poziomie. Dodatkowo okraszona znakomitą paletą kolorów jakiej nie widziałem chyba w żadnej innej serii. Zamiast mroków noir mamy wycieczki od granatu, przez seledyn, czerwień a nawet burgund. O ile dobrze rozumiem, kolory nakładał sam Peeters i jest to całkowicie jego kreacja. Samoświadomość u rysownika i jego wyczucie formy zasługuje więc na wielką pochwałę. Jest w tym coś z nietypowej kolorystki filmów Refna, a przynajmniej podobna jest intensywność.

Na koniec refleksja. Nie będę Was oszukiwał, niemal nic nie pamiętam z fabuły pierwszego tomu oprócz tego, że był znakomity. Starość nie radość. Posiłkowałem się streszczeniem zamieszczonym na początku albumu – ale wiadomix – to nie to samo, co czytać wszystko jednym haustem, a tak bym chciał tego doświadczyć. To jest dla mnie jedyny minus tej serii: fakt, że dostajemy ją w częściach, bo ogólnie jest to czyste złoto.

sobota, 14 października 2023

Batman/ Spawn.McFerlane/Capullo

 


Sprawa wygląda tak, że „Batman/Spawn” miał początkowo recenzować szacowny naczelny tego bloga. Zniechęcił się jednak, a skoro ja zwykle biorę na klatę ryzyko obcowania z potencjalnie fatalnym capeshitem… no miało mi to szanse się spodobać. Mogłem chociaż bez uprzedzeń dostrzec mocne strony potworka, nawet jeśli okazałby się ogólnie pokraczny. Czy możemy uznać, że nie miałem racji, żałuję swoich decyzji i na tym zakończyć? Nie? No dobra, to lecimy z cierpieniami młodego wertera (z małej litery bo to rzeczownik od „wertowania”).


Fabuła? Jaka fabuła? Trzy osobne, wydane w różnych latach historie, na kartach których Spawn napierdziela się z Batmanem z powodu okoliczności wyciągniętych mniej lub bardziej z tyłka, a potem przestają bo powstrzymanie jakiegoś większego zła jest bardziej naglące od kłócenia się o to, kto ma bardziej traumatyczną przeszłość i niepraktyczną pelerynę. Pierwszy scenariusz od Todda McFarlane, drugi od Douga Moencha, Chucka Dixona oraz Alana Granta, a trzeci od (heh) Franka Millera. Każdy z panów zdecydowanie daleko od szczytu formy.


Zacznijmy więc może od tego, co potencjalnie da się uznać za zaletę tego marnotrawstwa celulozy. Grubo ponad 100 stron materiałów dodatkowych, nasza okazja na wgląd za kulisy powstawania komiksu, który mógłby nie powstać. Jest to jednak coś, co chciałbym widzieć w każdym większym wydaniu zbiorczym i po usunięciu z tego tomu faktycznej treści ten bonus sam w sobie byłby wart uwagi, bo ani nie ma w nim męczącego substytutu fabuły, a i najbrzydsze rysunki wyglądają całkiem nieźle w postaci szkiców. Poza tym odrobinkę wartości przy dobrych chęciach da się porządną koparką ekshumować z samych historii. U McFarlane'a fajnie zarysowane jest podobieństwo obu mrocznych mścicieli, druga część najbardziej trzyma się kupy z logicznego punktu widzenia, a scenariusz Millera kipi od samoświadomości, do przesady.


Chyba właśnie wypociny Franka Millera były bowiem gwoździem do trumny tego zbioru. Wcześniej byłem znudzony, lekko zażenowany, ironicznie rozbawiony momentami. Todd McFarlane napisał krawędziowy scenariusz ze strzępkami wydarzeń sklejonymi nieudolnie za pomocą komicznie patetycznego narratora, w którym żadna z postaci będących główną atrakcją tego albumu nie zachowuje się w sposób dla siebie typowy a samo ich spotkanie wynika z niepotrzebnie przekombinowanej intrygi. Odpowiedzialna za środkowy fragment trójka autorów doszła do jakiegoś względnie sensownego porozumienia, jeśli można za taki uznać opowieść o demonie psującym elektryczność w Gotham w celu uformowania świetlistego pentagramu na mapie miasta. Frank Miller za to, ło panie, Frank Miller poza wspomnianą już samoświadomością wykroczył poza jakiekolwiek granice reinterpretacji postaci, robiąc z Batmana absolutnie nieśmieszną parodię nawet w porównaniu do własnego „The Dark Knight Returns”. To nie przemyślany śmiech, to boleśnie długo uciągnięty, prymitywny rechot z własnego żartu opowiadanego od wielu lat w coraz bardziej zdegradowanej formie.


Pewnie myślicie, że przynajmniej popatrzeć na coś tu można, oczy nacieszyć jakimiś pięknie ilustrowanymi wygibasami dwójki koksów w czarnych getrach, pozachwycać się spontanicznie tworzącymi się splotami peleryn o kontrastowych kolorach. No trochę takich chwil jest, ale zatrzymajcie czapki na łepetynach. Wiele mówi chyba, że najlepiej wypada w całokształcie Greg Capullo w swoim typowym, trykociarskim wydaniu. Dynamicznie, szczegółowo, technicznie doskonale, przerośnięte płaty czołowe, znacie jego kreskę. Najbardziej staroszkolny wizualnie fragment ilustrowany przez Klausa Jansona może z pewnością spodobać się tym z was, którzy nowomodne superhero uważają za kute na jedno kopyto. Jego strony z daleka zachwycają elaboratnym układem, ale po bliższym przyjrzeniu się większość rysunków wygląda jak pośpieszne wrysy ze strefy autografów na mało znanym konwencie. Kiepsko? Ja tam takie grafiki uwielbiam, tylko uprzedzam. Franka Millera wspomógł rysunkami Todd McFarlane i jest to ewidentnie jego rozpoznawalny, bałaganiarski styl. Nie widziałem jednak dawno gorszych rysunków w jego wykonaniu, od jego roboty przy Spider-Manie dzieli to przepaść, od oryginalnej serii ze Spawnem chyba trochę niedbalstwa. Trochę chyba wczuł się w scenariusz Millera kpiący z czytelników.


Nie dajcie więc z siebie zakpić. Jeśli nie jesteście absolutnymi, bezkrytycznymi kompletystami Spawna, to nie warto. Jeśli jesteście absolutnymi, bezkrytycznymi kompletystami Batmana, to też nie warto. Dla garści porządnych rysunków i godnej podziwu ilości materiałów dodatkowych musielibyście się narazić na wymuszony i bezcelowy team-up, który nijak nie potrafi wykorzystać potencjału pary ikonicznych bohaterów. Ogólnie spotkania kultowych postaci z różnych wydawnictw często rozmijają się z jakością, ale to chyba najbardziej nieudane podejście do tematu, z jakim miałem do tej pory do czynienia.

 

Autor: Rafał Piernikowski


 

Thor. Tom 1. Donny Cates

 


Drugi komiks napisany przez Donny'ego Catesa wpada mi w ręce w tym samym miesiącu. Normalnie byłbym w siódmym niebie, ale na czwarty tom „Venoma” wylałem trochę kwasu, a i poprzedzające tego konkretnego „Thora” wydarzenia z runu Jasona Aarona mocno mnie wymęczyły. Byłem całkowicie gotowy na kolejne rozczarowanie, a tu od groma (rozumiecie żart, hehe) frajdy dostarczyła mi historia, w której władająca piorunami żaba przewodzi ekipie złożonej z asgardzkich bogów, egocentrycznego czarodzieja i teleportującego się psa. Życie jest pełne niespodzianek.

U Thora było ostatnio raczej burzliwie (obiecuję, to ostatnia żenująca gra słów). Okazał się, jak to zaskakująco często bywa, niegodny młota, na którym wypisane jest jego imię, stracił rękę, stracił oko, jego ukochana zmarła na raka i choć przywrócił ją do życia, nie rozbudziło to jednocześnie na nowo ich uczucia. Mogłoby się wydawać, że po pokonaniu Malekitha sprawy się trochę ustabilizowały, gromowładny został nawet nowym Wszechojcem, władcą Asgardu. Przejęcie tronu i potęgi po staruszku Odynie przyniosło jednak tonę odpowiedzialności i to nie takiej fajnej w stylu Spider-Mana, gdzie oznacza ona gibanie się po mieście w podejrzanie opinających ciuszkach oraz tłuczenie nieszczęśników wymagających poważnej pomocy terapeutycznej. To odpowiedzialność z rodzaju tych nudnych. Na całe szczęście (jeśli pominiemy masę ofiar) w Asgardzie rozbija się awaryjnie poważnie ranny Galactus, zwiastując rychłe nadejście dziesiątej już w tym tygodniu pradawnej potęgi zagrażającej całemu wszechświatowi.

Zanim więc zacznę tłumaczyć czemu spodobała mi się kolejna superbohaterska głupotka o przesadnie podbitej skali potencjalnych konsekwencji, wypunktuję dowody na zachowanie resztek zdolności krytycznego myślenia. Jak część z was wie, nie każdemu podobał się run Aarona, zwłaszcza jego późniejsza część. Cates na szczęście zrywa z wieloma decyzjami przeciwnika, ale robi to jednocześnie mocno ignorując większość historii uniwersum Marvela. Pamiętacie, jak Galactus był niezbędnym elementem wszechświata i postacią w sumie neutralną, a ostatnio nawet pozytywną? Bum, tego już nie poruszamy, wracamy do „GALAN JEŚĆ!” i to tylko jeden z wielu przykładów, częściowo nawet usprawiedliwiony okolicznościami. Można to generalnie wybaczyć, w Marvelu przywykliśmy już do ciągłych zmian i miękkich restartów serii przy przejęciu ich przez nowego. To nie świadczy konkretnie o jakości tej serii.

Świadczą o niej za to mnogie fikołki logiczne i niedorzeczności. Mały spoiler, ale reakcją Galactusa na ewidentne zagrożenie płynące ze strony Boga Gromów jest obdarzenie go jeszcze większą mocą, samospełniająca się przepowiednia po całości. Sam Thor też czasem durnieje, bo podczas gdy sam nie ma większych problemów z absolutnym masakrowaniem pożeracza światów, to już pozwolenie na to Beta Ray Billowi absolutnie go przerasta, co powoduje wymuszony konflikt między najbracholszymi z bracholi. Możemy też śmiać się z dziwnej fiksacji scenarzystów Domu Pomysłów na temat problemów z unoszeniem młota i dywagować, czy jest w tym jakiś metafora impotencji. Najgorsze jednak, że zarówno pierwsza jak i druga historia (bo w sumie w tym tomie są dwie) mają raczej miałkie zakończenia pomimo srogo podbitego wcześniej napięcia.

Tak, nie jest to najlepszy komiks Catesa, ale to kolejna przynajmniej porządna wędrówka w kosmos Marvela w jego wykonaniu i zdecydowany skok jakości w porównaniu do końcówki runu Jasona Aarona. Przede wszystkim, przepraszam za powtórzenie, Thor jest znowu Thorem i to niezależnie od trzymanego w łapie narzędzia. Błyszczy odpowiednią wszechpotężnemu bóstwu butą w obliczu największych potęg kosmosu i robi to w absolutnie powalającym stylu. Fajnie też jest znowu mieć komiks o Asgardzie, który nieustannie pamięta o nawiązaniach do mitologii nordyckiej, wraca nawet wersja Ratatoskr ostatnio chyba widziana u Squirrel Girl. Udaje się też powrót do status quo integralności cielesnej protagonisty, ma sens w kontekście, ale więcej zdradzać nie będę. Przede wszystkim jednak jest to zwyczajnie dobrze napisany komiks, wypełnione akcją kadry nie sięgają przesady, w dialogach liczą się charaktery postaci, a chemia w ich relacjach jest jedną z głównych zalet całego tomu. Nawet jeśli są to głównie bohaterowie wciśnięci w lore Thora przez poprzednich autorów.

Cates jest też bowiem zręcznym podpatrywaczem i w innym kontekście byłby to zarzut, ale jemu sztuka kopiowania wychodzi zwykle z korzyścią dla historii. Facet kalkuje zresztą głównie samego siebie, weźcie daddy issues połączone z kosmiczną grozą i dostaniecie połowę komiksów jego autorstwa. Pamiętacie z „Absolute Carnage” motyw z czerwonym symbiontem polującym na wszystkich poprzednich nosicieli glutów z kosmosu? Tu mamy coś właściwie identycznego, ale w wykonaniu świetnie wykminionego nowego-starego złola. Wraca sczerniały od (ponownie) ratowania rzeczywistości Silver Surfer, wraca Beta Ray Bill i oczywiście Loki. Żaden z kotletów nie jest przy tym odgrzany bezcelowo, wszystkie zagrania mają swój cel w tym lekko kiczowatym meczu o wszystko. Autor wie, jak z tego samego zestawy klocków układać różne rozrywkowe konstrukcje o umiarkowanym jedynie stopniu superbohaterskiej głupoty.

Przynajmniej na stronę wizualną nie będę narzekał. Muszę tylko wspomnieć o tych kilku momentach, w których Nic Klein zupełnie zapomniał, jak wyrazić mimikę bez kompletnie niedopasowanej do reszty rysunków karykaturalności. Może jeszcze wypada zaznaczyć, że niektóre z mniej epickich ilustracji walnął leciutko od niechcenia, niedbale. Reszta szaty graficznej to sztos, obiecuję! Zwłaszcza późniejsze fragmenty rysowane przez Aarona Kudera, kolejną niedorobioną wersję Moebiusa, co jest w tym momencie ogromną i całkowicie szczerą pochwałą. Obaj panowie mają diametralnie odmienne sposoby na obrazowanie tego szaleńczego mordobicia w fantazyjnych krainach i jedynie od osobistych preferencji będzie zależeć, które podejście uznamy za lepsze. Klein konturuje oszczędnie, skupiając się na delikatnej plastyczności i dynamicznych zmianach perspektywy. Kadry Kudera są za to bardziej uporządkowane, skomponowane bardzo starannie i z dbałością o zaznaczenie detali odpowiednio zmiennymi, ale zawsze wyraźnymi liniami. Ogromny pokłon dla Matta Wilsona, który potrafił odpowiednio nałożyć barwy na tak odmienne szkice. Wygląda to jak robota dwóch różnych kolorystów. Cates ma zawsze farta do artystów.

Wnioskiem głównym tego tekstu jest chyba wtórność będąca też, przynajmniej dla mnie, stosunkowo bezpieczną przystanią jakiejś gwarantowanej jakości. „Thor” w rękach Donny'ego Catesa wypada słabiej niż również napisane przez niego i funkcjonujące w podobnych realiach fabularnych serie o Thanosie czy Silver Surferze. Z drugiej strony przygoda ze Strażnikami Galaktyki wyszła mu gorzej, a już na pewno poprawa jest widoczna w porównaniu z końcówką poprzedniego runu „Thora”, poza wątkami z Jane Foster. Dostajemy Boga Gromu w postaci, jaką chyba nie tylko ja lubię najbardziej – dumnego i potężnego nadczłowieka w pełnym tego słowa znaczeniu, który jednak wciąż przejawia młodzieńczą energię, może nawet lekkomyślność. Jeśli w scenariuszu trybią kreacje postaci, tempo akcji i pospolity fun z kontaktu z kolejną szaleńczą wersją trykociarskiego mordobicia, to wtórność jest cechą raczej znaną i akceptowaną przez wszystkich zwolenników kosmicznych laserów z dupy.  


Autor: Rafał Piernikowski

piątek, 13 października 2023

Amazing Spider-Man Epic Collection - 8 - Rzeź maksymalna

 


 

Powrót do rzeczy, które lubiliśmy w młodości, może być katalizatorem mentalnej podróży w niezwykłe miejsca. Recenzowanie nowych wydań starych komiksów superbohaterskich zabiera mnie przykładowo na wycieczkę wehikułem czasu. Cofam się do okolic roku 2000, wbijam na świetlicę w Szkole Podstawowej nr 101 w Łodzi, dopadam dziesięcioletnią wersje siebie, kopię na bok pudło z klockami COBI i zaczynam besztać pucołowatego gnojka za fatalny gust. Bardzo niezdrowy proceder z psychologicznego punktu widzenia, zresztą przecież trykoty z lat 80. i 90. sprowadziły mnie na tę barwną drogę, trochę szacunku im się za to należy, prawda? Nowe wydanie „Maximum Carnage” nie dostarcza mi na to pytanie jednoznacznych odpowiedzi.


Burzliwy okres w życiu Petera Parkera, jakby były jakieś inne. Topór wojenny z Venomem teoretycznie zakopany, ale na spokój szans nie ma. Nasz bohater w dalszym ciągu stara się ogarnąć rzeczywistość, w której jego „rodzice” „powrócili” (mam nadzieję, że ten podwójny cudzysłów nie jest przesadnym spoilerem). W takich momentach dobrze znaleźć oparcie w gronie przyjaciół, więc śmiercionośnie zgubna kariera Harry’ego Osborna w roli Zielonego Goblina średnio pomaga ukoić nerwy ścianołaza. To w tym momencie Cletus Kasady daje nogę z ośrodka Ravencroft i zaczyna morderczą rzeź, jakiej świat Marvela jeszcze nie widział, przynajmniej w tamtych latach. Seryjny zabójca odziany we wzmocnioną wersję potężnego symbionta z kosmosu i jego stopniowo kompletowana zbieranina porównywalnie skrzywionych wykolejeńców zaczynają żniwa, a tu jeszcze żona narzeka w domu.


To dziaderskie „hehe, żona zła” przed chwilą było umyślne, przysięgam. Daleko mi zwykle do takich zarzutów, ale w ramach eventu „Rzeź maksymalna” relacja Petera z Mary Jane w porównaniu do przynajmniej kilkunastu poprzedzających zeszytów wydaje się niemalże toksyczna. Zgadzam się, zamartwianie się o męża kicającego po wieżowcach w obcisłych gatkach jest uzasadnione, Carnage sprawę tylko pogarsza. Nie wydaje mi się jednak, by zdrowe było dokładanie garści szantaży emocjonalnych i fochów do licznych zmartwień herosa zmagającego się z maniakiem, który zabija kilkadziesiąt osób dziennie. Widać, że scenarzyści wcisnęli to tylko w celu podkręcenia ciśnienia w narracji i nadania historii wyraźnych klamr emocjonalnych, bo gdy przychodzi co do czego, partnerka nagle przestaje mieć problem z działalnością Pajęczaka.


Takich absurdów i naciągnięć jest tu od groma. Klasycznie dla superhero z tamtych lat rzeczy dzieją się, bo plan tego wymaga, naturalny tok wydarzeń i logika mają znikome znaczenie. W gąszczu wciąż jeszcze niewyplenionej z tego gatunku zbędnej ekspozycji podejmowane są nieustannie złe decyzje. Motywem przewodnim są dywagacje o istotności moralnych granic w działalności mścicieli, Spider-Man nieustannie targany jest wątpliwościami, zastanawia się, czy masakra na tak ogromną skalę usprawiedliwia skrajnie brutalne rozwiązania. Niby fajnie, ale jego miotanie się między różnymi wnioskami irytuje niezmiernie. Czasem nawet przeszkadza swoim sprzymierzeńcom w średnio usprawiedliwionych sytuacjach. To nie rozterki moralne, to kretynizm. Takiego latania w tę i z powrotem jest zresztą w „Rzezi maksymalnej” od cholery, do obu ekip co stronę wskakują nowe postaci jakby tylko czekały za rogiem na sygnał od swojego menedżera, starć między drużynami jest chyba z dwadzieścia, bo z jakiegoś powodu zwycięska strona potrafi na przykład dać dyla. Przedłużanie akcji na siłę jest boleśnie ewidentne.


Zaznaczyłem jednak na początku, że nie jest do końca tak bardzo źle. No nie jest, bo wszystkie powyższe przywary są niestety typowe dla komiksów z tamtych lat, nawet dla najlepszych historii, a ta należała do przynajmniej dobrych. Po pierwsze, choć jaranie się seryjnymi mordercami to żenada, wciąż uważam Carnage’a za jednego z najlepszych złoli Domu Pomysłów. Już wtedy widzieliśmy modę na masowe serwowanie nawróceń i odkupień, a krwistoczerwony symbiont jest po prostu złem, uosobieniem chaosu i morderczej rządzy bez szczególnych motywacji. Takich złoczyńców brakuje, a „Rzeź maksymalna” ukazuje jego charakter perfekcyjnie, serwując jednocześnie bezlitosność o skali niespotykanej w tamtych czasach, choć waga skutków masowego mordu jest potraktowana po macoszemu. Jeśli tytuł nie jest całkowicie solowy, zawsze pochwalam też dobrze dobrane team-upy, a selekcjonerzy w ramach tego albumu spisali się na piątkę. Dostajemy bohaterów znanych, ale w większości nieprzesadnie wyeksploatowanych, wpisanych mocno w kanon Nowego Jorku Marvela, charakterowo zapewniających interesującą chemię w ramach drużyn i pomiędzy nimi oraz zbalansowanych siłowo, by konflikt nie zakończył się za szybko. Tak, sztuczne przedłużanie było zupełnie zbędne. W tej morderczej atmosferze i częściowo pokracznej realizacji pomysłu ogromnie szanuję wciąż grono scenarzystów za ponowne i wyraźne podkreślenie tych cech Spider-Mana, które wiecznie czynić z niego będą bliskiego nam bohatera z sąsiedztwa.


Oczywiście bardzo istotne jest też gilgotanie nostalgii. Podejrzewam, że albumy z serii „Epic Collection” głównie targetowane są do ludzi w moim wieku (lub jeszcze bardziej siwych), którym stare zeszytówki TM-Semic już się niestety rozpadają. Uspokajam więc, częściowo, w ramach tego wydania dostajemy dokładnie to samo, co widzieliśmy w kioskach w roku 1995 z bonusem w postaci crossovera z Punisherem i Sabretoothem, kolory zostały jedynie odświeżone (bez wprowadzania zmian i bez widocznych artefaktów graficznych!), no i tłumaczenie jest inne, lepsze moim zdaniem. W środku artystów oczywiście od cholery. Mark Bagley, któremu wtedy jeszcze wszystko wychodziło pięknie, zwłaszcza symbionty. Sal Buscema ze swoim mocniej powykrzywianym stylistycznie talentem do kreślenia kapitalnych większych kompozycji przy jednoczesnym kaleczeniu mniejszych kadrów. Zaskakująco nowoczesny i kreatywy Tom Lyle oraz kilku innych, w zakresie peleryniarstwa lat 90. to jedne z lepszych rysunków i stęsknieni za oldskulem nie będą mieli powodów do narzekań. Dla mnie wizualnie to był bardzo miły powrót do dzieciństwa.


Wy już dobrze wiecie, czy chcecie ten komiks mieć na półce. Może działam tymi słowami na własną niekorzyść, ale recenzowanie takich tomów średnio ma sens. „Rzeź maksymalna” to ładnie wydana dawka wspomnień skierowana do ludzi, którzy raczej już mają wyrobione zdanie na temat lekko zatęchłego superhero. Jak większość historii z lat naszej młodości, nie unika typowych bzdur peleryniarskich, pretekstowego charakteru narracji i wciąż przesadnej ekspozycji dostosowanej do zeszytowego planu wydawniczego. Jest to też jednak pozycja kultowa i pod pewnymi względami pionierska, co prawie równoważy przytłaczająco tendencyjne podejście starej szkoły komiksowego pisarstwa. Młodsi odbiorcy też mogą się zainteresować, ale tylko jeśli mieli już kontakt z innymi tytułami z tamtych lat i wiedzą, jak mocno nienaturalnie wypadają te scenariusze w porównaniu z seriami wydanymi już po zdecydowanym wejściu popkultury w XXI wiek. To mięsisty kawał historii, nikogo nie powinno dziwić, że po tylu latach wietrzenia lekko capi. 


Autor: Rafał Piernikowski

wtorek, 10 października 2023

Jack z Baśni. Tom 2.



Recenzję poprzedniego tomu „Jacka z Baśni” zakończyłem wyrażając lekkie rozczarowanie, ale również nadzieję na przyszłość. Problem w tym, że tak naprawdę nie wierzyłem w poprawę. W moim przekonaniu autorzy mieli już wykształcony pomysł na tego bohatera i na jego solowy spin-off kultowego „Fables”. Trzymanie się tych założeń z kolei wykluczało według mnie jakąkolwiek zmianę na plus. Co do ustalonych twardo założeń najwyraźniej się nie myliłem, ale związaną z nimi żenadę uznałem za pewnik zbyt szybko.

Fabularnie dostajemy ciąg dalszy, choć okoliczności mocno się zmieniły. Jack i drobiazgowo dobrana ekipa nieszczęśników, którzy na własne nieszczęście skończyli w jego towarzystwie, odkrywają przeciwnika gorszego od Korekty formującego emerytury u Baśniowców. Jego młodszy braciszek, oczywiście kolejny z potężnych Literalnych (w skrócie istoty będące uosobieniem koncepcji literackich), chce magiczny lud całkowicie unicestwić. Skutkuje to obarczeniem największą odpowiedzialnością idioty, na którym nie polegać powinien absolutnie nikt. Podkreślają to również retrospekcje. Wynikiem naturalnie będzie pełna krindżu komedia, ale i dramatu nie zabraknie. Tylko ten cholerny Jack ciągle ma względnego farta.

Przypominam, że liczyłem na jakieś konsekwencje bucostwa protagonisty. Na jakieś drobne początki drogi ku odkupieniu i osmotyczne przeniknięcie samoświadomości z narracji do umysłu Jacka. Nie doczekałem się, zakochany w sobie goguś wciąż jest narcystycznym seksistą prawie najgorszego sortu, nie wyciąga żadnych wniosków, a fatalne skutki jego decyzji dotykają głównie biedaków stojących najbliżej tego toksycznego debila. Mimo to przy lekturze drugiego tomu bawiłem się już znacznie lepiej.

Czemu? Może to już syndrom sztokholmski, ale chyba zrozumiałem zamysł Willinghama i Sturges. W ramach scenariusza Jack własnymi słowami wręcz stara się nas przekonać o swojej istotności i jawnie okazuje irytację, gdy narracja skupia się na innych postaciach. Nie czerpałem więc radości z czytania ani dzięki protagoniście, ani pomimo jego irytującej obecności. Robiłem to wbrew jemu, na złość jego bucowskiej mości i zdałem sobie sprawę, że takie podejście było całkowicie wykonalne również w ramach części pierwszej. Dopiero teraz zauważyłem, jak błyskotliwie napisany jest ten komiks, choć może „łebsko” byłoby tu lepszym określeniem, bo w ogólnym rozrachunku to wciąż spora dawka zwyczajnie głupkowatej rozrywki.

Nie tylko fun jednak tutaj punktuje, bo i na powagę znalazło się sporo miejsca. Dużą część tomu zajmuje wciąż pełne przekąsu, ale dużo mniej śmieszkowe spojrzenie w burzliwą przeszłość złotowłosego dupka, a konkretniej jego starcie z Bigbym. Czy to problem, że spin-off sięga jakościowych wyżyn dopiero przy kontekstowym połączeniu z bohaterem serii głównej? Niekoniecznie, bo i w szerszym zakresie fabularnym wreszcie czeka nas tu poważniejsze wpisanie w lore świata przedstawionego. Śmiem nawet twierdzić, że wątki związane z Literalnymi przebijają początkową grozę Adwersarza z głównej serii. Nie ma się co zresztą dziwić, wątki spin-off dążą wyraźnie w kierunku większego crossovera, którego coraz bardziej nie mogę się doczekać.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

piątek, 6 października 2023

Venom. tom 4. Donny Cates


 

Łatwo zauważyć, czy recenzent lubi scenarzystę opisywanego komiksu, ja się z tym przynajmniej absolutnie nie kryję. Mark Millar coś schrzani? Norma, gówniana fabuła, narracja się kupy nie trzyma. Słabsza pozycja od Chipa Zda

rsky’ego? Nie może być! To wina nacisków złej korporacji i forsowanych przez nią rozwiązań. Tak to też było w przypadku drugiego tomu „Venoma” od Donny’ego Catesa, no trudno chłop miał, bo mu kazali pisać wbrew sobie. Będzie jednak tego dobrego, bo czwarta część serii to ponowny spadek jakości w ramach wyraźnie wymuszonego etapu przejściowego, gra na czas przed wydaniem hype’owanego od jakiegoś czasu „Króla w Czerni”.

 
Album możemy właściwie podzielić na dwie części. Pierwsza to trochę popłuczyny po pokonaniu Carnage’a w tomie poprzednim, bo symbionty nigdy nie znikają całkowicie. Eddie Brock jest zmuszony udać się na przedstawioną nam już w 1991 roku Wyspę Kości. To właściwie dla niego strefa kwarantanny i niby jedyna możliwość na całkowite pozbycie się czerwonego gluta z systemu, a wychodzi z tego coś pomiędzy „Predatorem” i „Wyspą doktora Moreau”. Druga część to właściwie trening przed nieuchronnym atakiem brzydkoryjnego Knulla w okolicznościach całkowicie niezagrażających status quo: w alternatywnej przyszłości. Decyzja prosta, skuteczna, ale i bardzo leniwa.

 
Tęskno mi tu było za kosmicznym horrorem, bo chwilowo najwyraźniej lovecraftowskich motywów zabrakło w magazynie. Mamy horror innego typu, grozę w tropikach z muskularnym złodupcem postawionym naprzeciw przeważającej sile drapieżnego kosmity. Zero oryginalności, całkiem zręcznie poprowadzona akcja, ale w porównaniu do poprzedzających ten tom wydarzeń jest biednie, może poza efektownym wejściem Dylana – syna Brocka, jeśli zdarzyło się wam zapomnieć. Dużo lepiej prezentuje się historia futurystyczna. To też z grubsza banał, dystopijna przyszłość, w której symbionty przejęły wszystkich poza drobniutkim ruchem oporu. Tu jest jednak przynajmniej różnorodnie, trafiają się zaskakujące, choć średnio istotne, twisty fabularne. Cates doskonale dobrał pięcioosobowy skład rebeliantów cisnących uparcie w konflikt przeciwko reszcie świata (tym razem dosłownie) i chciałbym o tej ekipie przeczytać jakiś spin-off, a nowy (choć ostatecznie stary) tajemniczy antagonista w partyzancko zmontowanej zbroi a’la War Machine dopisuje do ambarasu mile widziany dodatkowy wątek.

 
Są w tym wszystkim też większe plusy. Zwłaszcza w drugiej połowie tomu wracamy do drążenia skomplikowanej relacji między Brockiem i jego synem. Młody też dostaje okazję na pokazanie charakteru, potencjału i naturalnych ludzkich odruchów w okolicznościach pomysłowo obnażających jego tęsknotę za normalną rodziną. Zbyt poważnej psychoanalizy tu nie ma, ale to i tak duża porcja niespodziewanej dojrzałości w trykociarskim scenariuszu. Niby norma u Catesa, ale pierwsza historia tego tomu zatłukła moje oczekiwania. W ogólnym rozrachunku rozwijane są tu też pewne potencjalnie kluczowe motywy, sygnały przyszłości Dylana i jego znaczenia w nadchodzącej inwazji. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że podano je w zbędnie rozwleczonej formie. To wszystko to gra na czas, próba wyciśnięcia kasy od czytelników oczekujących konkluzji opowieści o kolejnym wszechpotężnym zgnilcu z czeluści kosmosu, co to zagrozi całemu Wszechświatowi nie tylko ze względu na okropną stylówę utrzymaną klimatem pomiędzy złolem z Power Rangers i członkiem szwedzkiej kapeli heavymetalowej.

 
Podobnie rozmywa się graficznie, choć w sumie na jakość nie można ogólnie narzekać. Miałem wcześniej do obu panów pewne drobne zastrzeżenia, ale bardzo mi tu brakuje większego udziału skrajnie ekstremalnych ilustracji Ryana Stegmana i Ibana Coello. To ponowie wina przejściowości zawartych tu zeszytów, bo w czasie ich powstawania obaj rysownicy byli pewnie już zajęci pracą nad Królem w Czerni, więc podziałali tylko epizodycznie. Poza nimi za większość grafiki w czwartym tomie odpowiadają Mark Bagley i Juan Gedeon. Jak Bagleya nie lubię, przynajmniej w bardziej nowomodnym wydaniu jego stylu, tak dawno nie zaprezentował tak porządnego poziomu. Osobiście jednak preferuję komiksiarstwo w stylu prezentowanym przez Gedeona. Mam jednocześnie świadomość, że jego wybory artystyczne nie muszą każdemu odpowiadać. W ramach superhero rzadko odbiegamy bardziej od realizmu, mimika bywa memicznie przerysowana, sylwetki karykaturalnie nieproporcjonalne. Ja jednak uwielbiam wyrazistość i konkretna forma utkana z ogromu bazowo chaotycznych linii tworzy moim zdaniem bardzo urokliwą, organiczną płynność wizualnej narracji. Przy wyraźnie wyróżniających się w tym tomie kolorach Jesusa Aburtova kreska Gedeona naprawdę błyszczy.

 
Jako fan Donny’ego Catesa i absolutny maniak Venoma z wszystkimi przyległościami mówię wam szczerze: możecie sobie ten tom odpuścić i poczekać na „Króla w Czerni”. Nie mogę za bardzo usprawiedliwiać autora, tym razem widać, że nieszczególnie chciało mu się wysilać zwoje odpowiedzialne w mózgu za kreatywność jedynie w celu sztucznego przedłużania historii przed faktyczną kulminacją, która już lada dzień zresztą zostanie wydana w języku polskim. To, co w tym tomie ważne, spokojnie można streścić w dwóch zdaniach, a nieistotne w ogólnym rozrachunku plusy fabuły stanowią właściwie minimum przyzwoitości oddzielające trykociarstwo fatalne od tego znośnego. Nie wiem, czy w ramach tej serii jest to tom najgorszy – dwójka chyba bardziej mnie wynudziła – ale z pewnością najbardziej zbędny.

 

Autor: Rafał Piernikowski