niedziela, 9 czerwca 2024

Skorpion. Tom 3. Marini/Desberg

 


 

 Kurza stopa. Prawie rok minął od wydania drugiego tomu „Skorpiona” i dopiero teraz dostajemy trzeci. Wszystkie wspomnienia związane z poprzednimi odsłonami mam zamglone i z trudem składam elementy układanki do kupy, bo już nie kojarzę, co działo się wcześniej. Niemniej sięgnąłem po tom trzeci z niekłamaną przyjemnością, bo mimo luk w pamięci wiedziałem, że będę bawił się bardzo dobrze – wszak to Marini.

Jego flagowa seria „Skorpion” nie jest komiksem historycznym. To pulpowa fantazja ubrana w kostium, próżno szukać tu więc jakiejś prawdy o epoce. To sen autorów o konwencji płaszcza i szpady, tak jak spaghetti westerny były snami Włochów o dzikim zachodzie. Brak realizmu nie krzywdzi jednak tej opowieści.

Owszem, zapewne fabuły stworzone do spółki (bo Marini figuruje tu jako współscenarzysta) z Belgiem Desbergiem nie są szczególnie mądre i nie skłaniają do refleksji, ale wszystko jest napisane tak, aby umożliwić genialnemu Włochowi rysowanie scen akcji, kostiumów i pięknych kobiet. Myślę, że to wystarczy. Historia nie jest tu najważniejsza. Liczy się atmosfera i świetnie ograne kalki z najsłynniejszej opowieści płaszcza i szpady, czyli z „Trzech muszkieterów”. Podobnie bowiem jak w dziele Dumasa, największym zagrożeniem dla głównego bohatera zdaje się kościół. Bezduszna polityczno-gangsterska machina kierowana przez podstępnych szubrawców, która tu dzięki działaniom występujących przeciwko niej awanturników zaczyna się jednak chybotać. Wtedy okazuje się, że za spiskiem stoi coś jeszcze starszego i potężniejszego.

Prócz Dumasowskich motywów mocno akcentowana jest również przeszłość naszego awanturnika. W tym tomie przykładowo dowiemy się, skąd na jego ciele pojawiło się znamię w kształcie skorpiona, od którego to protagonista wziął swój przydomek oraz kto faktycznie jest jego ojcem. Generalnie autorzy mądrze korzystają z poetyki serialu i powoli odsłaniają kolejne karty. Robią to dobrze, ale jak wspomniałem, to dalej nie jest arcydzieło od strony fabularnej. Warstwa graficzna to jednak pierwsza liga.

Jakby ktoś nie wiedział, dla mnie Marini jest mistrz komiksu tak jak lew jest król dżungli. Być może dla niektórych jego post-disneyowski styl to czystej wody kicz, ale ja kupuję go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Marini zdecydowanie urodził się po to, by rysować „Skorpiona” i za tę serię zostanie zapamiętany

Mazebook. Jeff Lemire

 


 

 Jak na autora, którego jako pierwszego nazwałem swoim „ulubionym”, Jeff Lemire ostatnio trochę ode mnie oberwał. Absolutnie nie wątpię w jego talent, ale po kilku średnich występach na zlecenie korporacji tradycyjnie dojących obiecujących scenarzystów, wypuścił jeszcze (między innymi) „Korzenie rodzinne” oraz „Sztuczną inteligencję”. Okazało się tym samym, że nawet w bardziej niezależnych tytułach potrafi nam się ten Lemire rzucić z motyką na Słońce. W dużym skrócie: przesadne kombinowanie rzadko mu wychodzi, najwyżej bokiem. „Mazebook” już samym tytułem nie zapowiada prostoty, a na dodatek chronologicznie powstał pomiędzy wspomnianymi wcześniej tytułami. Miałem złe przeczucia.

Na stronach „Księgi labiryntów” śledzimy losy Willa, człowieka tak smutnego, że w worach pod oczami mógłby piach na wały nosić. Snuje się on po mieście na autopilocie, pracuje od niechcenia jako inspektor budowlany i uparcie ignoruje wszelkie przebłyski życia sięgające ponad podstawową egzystencję. Will ma jednak ku takiemu zachowaniu dobry powód, jeden z lepszych motywatorów martyrologii bym powiedział: dziesięć lat temu zmarła jego ukochana córeczka, a on sam pod wieloma względami podążył jej śladem. Wszystko zmienia się, gdy nieszczęśnik odbiera telefon i słyszy w słuchawce głos swojej małej Wendy. Głos, który przekonuje go, że utracone dziecko czeka na niego w centrum labiryntu. Czy zrozpaczony ojciec wreszcie postradał zmysły? Odpowiedź znajdziemy na końcu czerwonej nici.

Na szczęście mogę rozwiać wątpliwości – „Mazebook” to bardzo prosta historia, to w tym przypadku plus ogromny. Widziałem w sieci opinie mówiące, że miniseria zawodzi oczekiwania, komentarze ludzi spodziewających się jakiejś psychodelicznej, epickiej baśni. Według słów samego autora taki pierwotnie był zresztą plan, ale Lemire na całe szczęście poszedł po rozum do głowy i został w swojej strefie komfortu, może poza umiejscowieniem akcji w dużym mieście zamiast jakiegoś wypizdowa. Metaforycznego dłubania w podświadomości za pomocą onirycznej wędrówki jest tu sporo, ale trzonem całej fabuły pozostaje życie Willa, a właściwie brak tego życia. Dalsza egzystencja w obliczu ogromnej straty ugryziona od strony, której opisanie było by już zbyt dużym spoilerem.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, nie mogę również dokładnie wytłumaczyć wam, co mi tu nie do końca zagrało. Muszę robić podchody. Przy tej całej godnej pochwały prostocie, Lemire ominął pewne niuanse procesów, które powinny od bohatera wymagać długotrwałej pracy nad sobą. Do zakończenia dochodzimy na skróty i może jest to kwestia magicznego realizmu, ale niektóre aspekty fabuły są na tyle rzeczywiste, że trudno na te uproszczenia przymknąć oko. To w sumie nic nowego w przypadku tego autora, idzie przywyknąć, choć poważne tematy zasługują na nieco dokładniejszy wgląd. Zwłaszcza, gdy to wokół nich obraca się narracja.

Mimo to przejąłem się losami tego przytłoczonego biedaka z okładki. Lemire siły zaoszczędzone przy pobieżnym potraktowaniu złożonych procesów psychologicznych spożytkował, jak to często u niego bywa, stosując skuteczne zabiegi emocjonalne. Brzmi jak tani chwyt, ale chwytanie za serca choćby minimalnie wrażliwych odbiorców jest jego specjalnością. Łatwo nam się zbliżyć do Willa, łatwo nam poznać jego zmarłą córeczkę i polubić ją. Tęsknota oraz typowe dla depresji odrealnienie rzeczywistości są w „Mazebook” namacalne, więc i pozytywne tony na zasadzie kontrastu uderzają mocniej. Ostatecznie komiks zostawia nas z przesłaniem przefiltrowanej przez łzy nadziei, bez wchodzenia totalnie ani w absolutny mrok, ani w przesadną pozytywność. Taka równowaga mi pasuje, to życiowe.

Nie do końca rozumiem za to, czemu autor zaprzyjaźniony z tak ogromnym gronem utalentowanych rysowników wciąż decyduje się samemu ilustrować sporą część swoich dzieł. Lemire ogromnie się pod tym względem wyrobił, to fakt, a „Mazebook” jest prawdopodobnie jego najlepszym dziełem z graficznego punktu widzenia. Sporo pokombinował w kwestii sekwencyjności, korzystając z prostego pomysłu z czerwoną nitką wyprutą ze swetra i z bardziej skomplikowanych zabaw przekuwających architekturę labiryntów w układ kadrów. Wyszło ciekawie, czytelnie w większości przypadków, choć czasem ruch mojego oka rozmijał się z jego planami. Kolory też ogarnął z głową, bo rozgraniczenie szarej rzeczywistości, kolorowych wspomnień i czerwieni prowadzącej bohatera do celu podbija klimat opowieści. Tak samo zresztą emocje na twarzach postaci, z którymi (przy oczywistej prostocie swojej kreski) Lemire zawsze radził sobie bardzo dobrze. Co mi tu więc nie pasuje? Właściwie to nic, jedynie zaznaczam, że z rysunkami Andrei Sorrentino albo Dustina Nguyena „Mazebook” mógłby mnie powalić, a taki Matt Kindt na przykład zdołałby nieco ciekawiej ogarnąć grafiki o w sumie podobnej stylistyce. W skrócie: jest dobrze, bazgroły Lemire’a spełniają swoją funkcję i w sumie rozumiem jego chęć własnoręcznego narysowania tej historii, ale oczyma wyobraźni widzę potencjalnie bardziej zachwycającą wizualnie wersję tego komiksu.

Nie wspominałem chyba o tym jeszcze nigdy, ale szczerze gardzę tym zwyczajem cytowania bardzo pochwalnych opinii z tyłu albumów komiksowych. Według komentarzy Jamesa Tyniona IV, Matta Kindta, czy na podstawie fragmentu recenzji z Multiversity Comics można uznać, że „Mazebook” to arcydzieło, opowieść kompletna i bezdyskusyjnie strącająca czapki z głów malkontentów, włącznie z resztkami owłosienia. To absolutnie nie jest prawda, do perfekcji tu brakuje bardzo wiele, ale wcale a wcale nie czyni to z tego komiksu padaki niewartej waszej uwagi. To porządna, dobrze napisana i ładnie narysowana opowieść, w której bardzo przyziemny, dotkliwy smutek rozłożony jest bez przesadnej wnikliwości na czynniki pierwsze za pomocą onirycznej fantazji. To chyba całkowicie wystarczy, by ten tytuł polecić bez wklejania wam w głowy nierealnych oczekiwań. 

 Autor: Rafał Piernikowski  

piątek, 7 czerwca 2024

Nightwing. Tom 2. Tom Taylor.

  


Wkurzają mnie tacy ludzie jak Chip Zdarsky, Mark Waid, Al Ewing, czy Tom Taylor właśnie. Wydawcy komiksowi na naszym rynku, jeszcze z pewnymi wyjątkami na szczęście, w miarę ostrożnie dobierają pozycje do katalogów, więc o kompletny szajs stosunkowo trudno. Celem poszerzania recenzenckiego clout trzeba jednak czasem na coś ponarzekać i bezpiecznym wyborem jest wtedy superbohaterszczyzna, bo sprzedaje się nawet przy kiepskiej jakości. Przy pierwszym tomie „Nightwinga” od Taylora niestety nie miałem okazji zabłysnąć, w ramach swojego gatunku był to komiks prawie perfekcyjny. Pozostała jedynie nadzieja, że kontynuacja (co często się zdarza) kompletnie pogrzebie nabudowany wcześniej potencjał.

„Bitwa o serce Blüdhaven” wiele tłumaczy już samym tytułem. Pora na kulminację napięć narastających od dłuższego czasu w gothamowej wersji New Jersey. Poziom irytacji Blockbustera, obecnego bossa na dzielni i wcale nie podróby Kingpina, sięga nisko zawieszonego sufitu. W odpowiedzi na Nightwinga coraz mocniej wtykającego idealny nos w coraz większą ilość nieswoich (dyskusyjnie) spraw, odziany w biały gajer, przypakowany zakolak wyciąga z pękających w szwach rękawów najmocniejsze karty. Starcie jest nieuniknione, herosi kontra złole, lud kontra skorumpowana władza, nadzieja i braterstwo przeciwko bezczelności kryminalnej zgnilizny, która toczy miasto. W tym całym chaosie łatwo zapomnieć o grasującym w zaułkach złodzieju serc. Spójrzmy na tytuł. Przypadek? Ni chu… nie.

„Bwahahaha!” – zaśmiałem się triumfalnie. Druga część „Nightwinga” faktycznie jest gorsza od kapitalnego „Skoku w światło”! Skoro więc wreszcie mam ku temu okazję, tę bardzo znaczącą dla was pisemną opinię rozpocznę od labiedzenia. No i dokładnie w tym momencie, pracując intensywnie nad niniejszym tekstem, mój mózg się zawiesił. Musiałem serio ponownie złapać za komiks, by przypomnieć sobie, co mi się właściwie w nim nie podobało, więc ogólnie chyba dramatu nie ma. Największym problemem są tradycyjnie coraz bardziej odczuwalne macki wydawnictwa zaciskające się na względnie kameralnej fabule i wyżymające z niej esencję kalesoniarskiego kiczu. Coraz wyraźniejsze wydłużanie zasięgu Dicka (innuendo absolutely intended) w kierunku szerszych realiów świata DC potrzebne jest temu komiksowi jak Maluchowi chromowane dwudziestocalowe felgi. Seria traci przez to odrobinę tak bardzo miłego naszym sercom skupienia na ulicznym mścicielstwie i generalnie, w porównaniu do pierwszego tomu, decentralizują się w związku z tym wszystkie warstwy komiksu. O tym jednak trochę później.

Muszę tutaj wspomnieć o pozytywnych zaskoczeniach, o elementach, które teoretycznie powinny mnie odrzucić. Nie przeszkadzał mi udział innych superbohaterów, ich obecność była absolutnie logiczna. Trafił się też rozdział z totalnie simpującym Dicka Graysona Nite-Mitem, czyli podobnym do Bat-Mite’a i Pana Mxyzptlk, wszechmocnym, psotnym impem z piątego wymiaru. W odróżnieniu od swoich totalnie wnerwiających ziomków, ten niskorosły omnipotent okazuje się jednak całkiem równym gościem, a historia z jego udziałem ostatecznie jest urocza i pasuje do vibe’u reszty fabuły. Ta atmosfera pozostaje zresztą najmocniejszą stroną runu Toma Taylora, to pełna akcji pigułka rozgrzewającej serduszko pozytywności, która wyrażona jest głównie poprzez świetnie napisane postaci i doskonałe interakcje między nimi, wciąż prawdopodobnie jedne z najlepszych w spandeksowym nurcie. Chemia między Nightwingiem i Batgirl konsekwentnie buduje jeden z najbardziej naturalnych związków w historii DC Comics, a szacunek Dicka wobec spuścizny pozostawionej przez Alfreda i jego trzeźwa interpretacja doświadczeń wyciągniętych z lat spędzonych pod peleryną Batmana tworzą z tej postaci, niby zależnej od bardziej ikonicznych bohaterów, człowieka o własnym, złożonym charakterze. Trudno by mi było tu znaleźć powód, by Nightwinga nie lubić, gdzie aktualnie wydawane komiksy o Supermanie czy Gacku potrafią dawać mi ich na pęczki. Tak jak Blüdhaven jest tym, czym Gotham bywa, gdy ma akurat przerwę od bycia przesadnie mroczną karykaturą, tak Dick jest tu Batmanem w wersji 2.0.

W tych superlatywach powinienem jeszcze znaleźć miejsce na wtrącony już nieco po fakcie mini-akapit o potencjalnie najbardziej zaburzającym akrobatyczną równowagę potknięciu Taylora. W realiach Bat-rodziny chyba najtrudniejszą sztuką jest wprowadzenie nowego, interesującego złoczyńcy. To, co udało się tu na wstępie w przypadku Heartlessa, skończyło się względnym rozczarowaniem. Zakończenie tego wątku robi średnie wrażenie, trąca zmarnowanym potencjałem, a sam złol wychodzi na bootlegowego Husha.

Wspominałem jednak o decentralizacji, bo trudno nie odnieść wrażenia, że narracja nie płynie tu tak płynnie jak w części pierwszej. Częściowo może i to wina przerywników w fabule, ale chyba głównym powodem jest niedosyt ilustracji Bruno Redondo. Oczywiście dalej jest on tu głównym rysownikiem, lista nazwisk odpowiedzialnych za warstwę graficzną w porównaniu ze „Skokiem w światło“ jest jednak ponad dwukrotnie dłuższa. Bardzo często zastanawiam się, jak duży wpływ na sekwencyjność kadrów ma w danym komiksie scenarzysta i tu momenty perfekcji są chyba zasługą doskonałego rezonansu między instrukcjami Taylora i talentem Redondo. Nic wam co prawda oczu nie wypali, najwięcej zmian na ołówku odbywa się na sam koniec, Adriano Lucas wciąż dostarcza kapitalne kolory, a fragmenty kreślone przez Daniele Di Nicuolo czy Javiera Fernandeza wyróżniają się na plus. Ja jednak jestem zadeklarowanym miłośnikiem wizualnej spójności i trudno mi odżałować każdą, nawet najdrobniejszą, przerwę od Redondo i jego perfekcyjnie prowadzącej uwagę czytelnika, gładko konturowanej roboty. No i nie ma już bajerów w stylu tego jednego ujęcia rozciągniętego na cały zeszyt z poprzedniego tomu, ale kilka mniej szpanerskich fikołków w kadrowaniu nadal uświadczymy. Może i dobrze, nie ma co odcinać kuponów od takich popisów.

No to se ponarzekałem! Po zasługującym na prawie pełnoprawną dyszkę „Skoku w światło” dostałem kontynuację, która (trzymając się cyferkowej konwencji) ląduje gdzieś w okolicach ósemki na szynach. Jak na trykociarstwo to i tak wciąż górna półka. Mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać ironicznego charakteru pierwszego akapitu, naprawdę cieszę się, wciąż trafiając na tak porządne komiksy w Marvelu i DC. Tytuły nasączone przez autorów słodkim, serduchowym sosem i dowody na istnienie śladowej chociaż miłości do gatunku w kręgach twórców. Na stronach „Bitwy o serce Blüdhaven” Nightwing może i gubi trochę drogę, ale nadal odwala fikołki w dobrym kierunku, w spektakularnym stylu i z czarującym uśmiechem wymalowanym na absurdalnie atrakcyjnym ryju. Pewne ogniska peleryniarskiej zarazy zaczynają niestety budzić mój niepokój względem kontynuacji. Zobaczymy, jak długo Tom Taylor będzie w stanie się bronić przed morzem bullshitu otaczającym jego małe królestwo. Trzymam kciuki!

 

Autor: Rafał Piernikowski  

środa, 29 maja 2024

Kroniki Jerozolimskie. Guy Delisle.

 



Wznowienie Kronik Jerozolimskich to pomysł trafiony. Gdy w Strefie Gazy trwa właśnie eskalacja, która przybrała formę ludobójstwa ludności cywilnej, warto wrócić do opowieści, w której napięcie między Palestyńczykami a ludnością Żydowską stanowi istotne tło. Guy Delisle przybył do Izraela w 2008 roku i został tam półtorej roku. Sumę swoich obserwacji – tych małych i dużych – zawarł w ponad 300 stronicowym komisie, będącym czymś na kształt reportażu pomieszanego z autobiograficznymi wątkami natury obyczajowej.

Początki są oczywiście trudne. Autor wraz z pranerką i dwójką dzieci próbują zaaklimatyzować się w arabskiej dzielnicy położonej we „wschodniej” Jerozolimie. We „wschodnie”... lub na Zachodnim Brzegu Jordanu, co – jak tłumaczy jedna z bohaterek komiksu - nie jest do końca jasne. Żona narratora pracuje w organizacji MSF zajmującej się pomocą humanitarną Palestyńczykom w Strefie Gazie, dlatego to właśnie Guy przyjmuje rolę kury domowej i opiekuje się dziećmi. Jednak czasami udaje mu się wymknąć w teren, gdzie może w spokoju porysować i pozwiedzać.

I tak - oczami Delisle - poznajemy nie tylko Jerozolimę, ale także Tel Awiw, Ramallah i inne miasta, dzielnice, rubieże. Razem z nim wchodzimy - zarówno do świętych budynków - jak i na place zabaw, zaglądamy do Grobu Pańskiego oraz przydrożnych kawiarni, spacerujemy - raz wzdłuż Ogrójca - raz wzdłuż wielkiego muru oddzielającego Strefę Gazy, obserwujemy przeróżne zwyczaje i święta, spotykamy mniej, lub bardziej specyficznych ludzi najróżniejszych wyznań - innymi słowy – wspólnie z protagonistą po uszy zanurzamy się w tym wielokulturowym tyglu największych religii świata.

Autor jest ateistą, ale „ateistą niewojującym”. Jego stosunek do religii nosi znamiona szacunku połączonego z pewną dozą dystansu. Niemniej interesują go te sprawy. Czasem opisuje jakąś biblijną historię, lub religijny zwyczaj w sposób skrótowy i dosłowny, co oczywiście ma wydźwięk humorystyczny. Polecam zainteresowanie się przepowiednią o tzw. Czerwonej jałówce. Gdy usłyszałem kiedyś o niej po raz pierwszy, myślałem że to teoria spiskowa. Niemniej rzeczywiście Żydzi dążą do odtworzenia tego wymarłego gatunku krowy, aby za sprawą popiołu uzyskanego z jałówki (czerwonej, błądź rudej), przejść rytuał oczyszczenia, który umożliwi im powrót na Świątynne Wzgórze Jerozolimy. Ponoć są już blisko.

Czytając inny komiks Delisle pt. „Shenzhen” o jego pobycie w Chinach miałem mieszane uczucia. Brakowało mi w nim odmalowania powagi sytuacji politycznej państwa, które łamie podstawowe prawa człowieka. Dominowało spojrzenie autora, które jest spojrzeniem mieszczańskim z wiecznie towarzyszącą mu nieznośną lekkością bytu. Dlatego snuta opowieść zamieniła się w serię zgrabnie uszeregowanych, zabawnych lub kuriozalnych sytuacji, które są charakterystyczne dla kontaktów przybysza z obcą mu kulturą.

W Kronikach natomiast dochodzi do ciekawego połączenia obserwacji rzeczy ulotnych, często pozornie błahych (żółw spotkany przy drodze, przepełnione śmietniki) z wydarzeniami poważnymi, nierzadko o charakterze tragicznym („Operacja Płynny Ołów”), których sens polityczny jest nie do pominięcia. Mamy tu także dobrze odmalowaną uciążliwość checkpointów oraz dramat Palestyńczyków, którzy są wyrzucani ze swoich domów i ze swojej ziemi przez tzw. Żydowskich osadników.

Autor nie ucieka się jednak do szybkich ocen. To w klasycznym reportażu uzyskujemy pełen ogląd sytuacji. Delisle natomiast pokazuje nam jedynie te fragmenty rzeczywistości, które zdołał zaobserwować. Jego cartoonowe alter ego, gdy widzi obrazy budzące grozę, bądź zdziwienie, zamiera w osłupieniu pozbawionym komentarza. To czytelnik decyduje o ostatecznej interpretacji tego gestu.

Wspomniana przeze mnie wcześniej nieznośna lekkość bytu, która towarzyszy wędrówkom głównego bohatera także w tym komiksie, mogłaby irytować, gdy nie to, że autor szczerze ją obnaża, w pełni dając o niej świadectwo. Mamy przecież sceny, kiedy Delisle po prostu wygodnie spędza wakacje, np. siedząc na leżaku nad morzem, gdy tymczasem Izraelskie myśliwce przelatują mu nad głową, kierując się w stronę Strefy Gazy, gdzie zrzucą bomby na najpewniej niewinnych ludzi.

Uproszczony styl rysowania nie podlega w tym komiksie ewolucji, jest mniej więcej taki, jak w pozostałych albumach tego twórcy. Autorzy innych obrazkowych opowieści autobiograficznych często wybierają cartoonową kreską, rzecz jasna o odmiennym stylu charakterystycznym dla każdego z nich. Warto zaznaczyć, że język komiksu pomaga tutaj lepiej zrozumieć przedstawioną rzeczywistość (topograficzne bardzo skompilowaną) za pomocą różnych wykresów oraz map, które np. w filmie dokumentalnym, zniknęłyby zanim zdążylibyśmy się im przyjrzeć.

Komiks podzielony jest na rozdziały – miesiące oraz krótkie podrozdziały - epizody, których tytuły sygnalizują kolejne poruszane przez autora tematy. Nie ma jednej linii dramaturgicznej – narracja składa się z serii anegdot, dlatego polecam przerwy w lekturze, aby uniknąć uczucia lekkiego znużenia i monotonii. W historii pojawia się co jakiś czas drobna przerwa – element wytchnienia - w postaci całych plansz „milczących kadrów” - swoistych widokówek z miejsc, które Delisle zobaczył.

Gdy krytykowanie ludobójstwa dokonywanego przez Żydów uchodzi za rzecz kontrowersyjną, a politycy wszelkiej maści nabrali wody w usta - „Kroniki Jerozolimskie” wydają się potrzebną lekturą. Rzecz jasna nie jest to jakieś kompleksowe kompendium wiedzy o Jerozolimie. Komiks zawiera w sobie jedynie/aż subiektywną perspektywę autora oraz to co zdołał zobaczyć, przeżyć (informacje zaczerpnięte z drugiej, czy trzeciej ręki, wypadają tu mniej przekonywająco). Czytelnikowi z łatwością przyjdzie utożsamić się z autorem. W końcu każdy z nas bywa nieco drobnomieszczański i pogubiony w tym pogmatwanym, szalonym świecie. 

 

Autor:  Jakub Gryzowski

czwartek, 16 maja 2024

Frontier. Singelin.

 

 


 Szczerze powiem, że nie doceniałem Singelina. Jego poprzedni wydany u nas komiks „PTSD” urzekł mnie od strony formy, ale fabularnie był taki sobie i pozostawił mnie z niedosytem. Pisząc recenzję, ująłem to dyplomatycznie, ale to był jeden przypadków: znajdź scenarzystę albo get the fuck out. Grafy podobały mi się jednak na tyle, że dałem autorowi drugą szansę. Jestem zaskoczony, bo „Frontier” jest komiksem znakomitym zarówno na poziomie graficznym jak i fabularnym. Chyba najlepszym, jaki czytałem w tym roku.

Tak jak przy „PTSD” wyczuwalne mocno mangowe wpływy przekładały się na fabułę i rysunki, tak we „Frontier” dostajemy rzecz inspirowaną ewidentnie serialem „Expanse”, a przynajmniej ja to tak odbieram. W swojej klasie to jednak komiks wybitny, nie tylko kalka ze znakomitego serialu, który skradł serca widzów (powieści nie czytałem, ponoć są jeszcze lepsze). Porównuję je, bo pojawiają się tu po prostu podobne motywy: wszechmocne korporacje i opór jednostki wobec nich, podbój gwiazd, najemnicy i naukowcy pracujący dla wielkich, bezdusznych firm, problemy ludzi urodzonych już podczas kolonizacji kosmosu, którzy nawet nie stąpali po Ziemi. Warto zauważyć jednak, że tematy społeczno-polityczne i wszelkie efektownie narysowane technikalia stanowią też tło dla opowieści o ludziach z krwi i kości. Nawet jeśli narysowano ich w umownym cartoonowo-mangowym (to też zalicza się do Chibi?) stylu. Mamy tu bowiem naprawdę genialnie zarysowane postacie, przekonująco zbudowany, tętniący życiem świat i wszelkie elementy sprawiające, że kończąc lekturę miałem wrażenie obcowania z dziełem kompletnym. Absolutnym z arcydziełem komiksowego science-fiction.

Rysunki były genialne już w „PTSD”, ale o ile tam nawiązywały mocno do mang z „Ghost in the Shell” na czele, tak tu mamy kosmiczną sagę, której szablonu graficznego znaleźć nie mogę. Możliwe, że jest to dzieło osobne, bo obrany styl wydaje się bardzo oryginalny. Realistyczne jest tu wszystko, łącznie z pojazdami i krajobrazami. Wszystko prócz postaci będących pociesznymi ludkami, żywcem wyjętymi z japońskiej popkultury. To zderzenie dwóch światów: sci-fi znanego z komiksów frankofońskich oraz mangi. Do tego kolorowanie to prawdziwy sztos, a grafiki pięknie wyglądają w dużym formacie i na offsetowym, kremowym papierze (nie znalazłem informacji jaki to papier, ale pasował idealnie). Komiks wydany jest po mistrzowsku i chylę czoła przed całym zespołem, który realizował u nas ten projekt. To w pełni profesjonalna robota.

Nie jestem w tej dziedzinie autorytetem, ale wydaje mi się, że dla miłośników SF ten album to absolutne „musisz mieć”. Mimo realistycznego ukazania tematów społeczno-politycznych i kosmicznego tła czyniącego tę opowieść dojrzałym przedstawicielem science-fiction, nie jest to przeintelektualizowana, trudna opowieść, tylko coś, co wciąga się jednym tchem. Pełna bohaterów, w których się wierzy i których się lubi. Od czasu „Planetes” Makoto Yukimury nie czytałem lepszego komiksu w tym gatunku.

wtorek, 7 maja 2024

Cibi Usagi. Julie i Stan Sakai.

 


 


W tym roku mnie i Usagiemu strzela czterdziestka. Sam czytam przygody Długouchego już niemal pół życia. Nie znudziły mi się nawet przez chwilę, bo Sakai nie zszedł poniżej pewnego poziomu nawet w swoich trudnych życiowych chwilach, a spotkały go takie tragedie jak śmierć wnuka i pierwszej żony. Jako zatwardziały kolekcjoner jego opowieści musiałem więc sięgnąć po „Chibi Usagi”, zrobioną z drugą żoną na pokładzie i przeznaczoną dla dzieci wariacją na temat przygód królika samuraja.

Ogólnie regularne komiksy o Usagim Yojimbo mogą czytać młodzi ludzie, „Chibi…” jednak przeznaczone jest stricte dla kilkulatków. Sam nie dorobiłem się dzieci, ale pozostawałem w krainie opowieści obrazkowych dla najmłodszych bardzo długo, wszak przez lata pisałem o komiksach dla maluchów. Odpuściłem to kilka lat temu i powiem szczerze, że tęskniłem za tą formą rozrywki, za pisaniem dla rodziców, którzy szukają komiksów dla swoich pociech. „Chibi Usagi” przypomniał mi, jak dobre rzeczy z tej półki ukazują się obecnie na naszym rynku.

Czytałem ten niewielki tomik z prawdziwą przyjemnością, mimo iż (jak wspomniałem) mam już na karku czterdziestkę. To mini wariacja na temat „Siedmiu samurajów” Kurosawy, bo bohaterowie zostają niejako wynajęci do uratowania wioseczki przed zbójami. Oczywiście są tu pewne uproszczenia, nie ma też opowieści o honorze samuraja oraz motywów śmierci, które pojawiają się w regularnym komiksie i dziele Kurosawy. Wątki społeczne, jak niewolnicze wykorzystywanie pewnych stworzonek przez złego króla Salamandra, już za to tu znajdziemy. Zamiast ostrych jak brzytwa mieczy samurajskich chibi-postacie korzystają z bokenów, drewnianych treningowych mieczyków, którymi wywijają walcząc z chibi-straszydłami. Wszystko jest tu przerysowane i sympatyczne, co sprawia, że to wymarzona lektura dla dzieci. Dzięki niej Wasze pociechy zanurzą się w iście japońskim świecie, poznają nawet kilka nowych, egzotycznych słówek. Ich wrażliwość nie zostanie niczym skrzywdzona.

Mam wrażenie, że powinno powstać więcej takich książeczek. Usagi Yojimbo to ogólnie samograj i w tej formie sprawdza się równie dobrze co w wersji oryginalnej. Do serialu Netflixa dla dzieci, luźno inspirowanego motywami z komiksu Sakaiego, nigdy się nie przekonałem, ale „Chibi Usagi” kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza i będę straszny: nie oddam swojego egzemplarza żadnemu dziecku! Tym bardziej, że na końcu znajduje się przygoda normalnego Usagiego, który podczas walki z demonem pada zemdlony i we śnie spotka swojego chibi-odpowiednika. No muszę mieć to w kolekcji!

sobota, 20 kwietnia 2024

W0rldtr33. Tynion IV

 


Vertigo wiecznie żywe! Nawet teraz, gdy zostało strącone w otchłań niebytu, przypomina o sobie. „W0rldtr33” to bowiem rzecz, która idealnie wpasowałaby się do katalogu tej słynnej linii wydawniczej. Ten komiks przy okazji ma wszelkie wady i zalety publikacji tego imprintu DC. Mógłby być nawet „cyfrową” przygodą Johna Constantine'a (wszak bywały w komiksach o nim tego typu opowieści).

Dostajemy mocno literacki (to fabuła liczy się tu nie grafika) cyber-thriller dla dojrzałego czytelnika. Współczesną sensacyjną opowieść podrasowaną science-fiction i cyberpunkim, czemu scenarzysta daje zresztą wyraz nazywając swoje postacie od klasyków gatunku: Harlana Ellisona i Williama Gibsona. Inną rzeczą, z którą kojarzył mi się ten komiks, jest opowieść Stiga Larssona o dziewczynie z tatuażem, ale to pewnie dlatego, że ważną częścią tej opowieści jest... dziewczyna z tatuażem. Nie będę wchodził głębiej w fabułę, bo powinniście sami odkrywać zawartą tu intrygę. Powiem tylko tyle: jest ona prawidłowo skonstruowana i album czyta się zdecydowanie dobrze.

Komiks ogółem nie jest zły, a podobno – jak twierdzą inni koledzy recenzenci (takie opinie widziałem) – to słabsza rzecz w dorobku Jamesa Tyniona IV. Ja go chyba jednak nigdy wcześniej nie czytałem, bo jestem trochę na bakier z mainstreamowym, współczesnym komiksem. Więcej o nim jako twórcy napisałby pewnie mój znakomity redakcyjny kolega, Rafał Piernikowski, lecz dostaliście tym razem tylko mnie, a ja się na Tynionie nie znam. Wstyd, ale muszę Wam to jednak wystarczyć. Zaznaczam więc, że osobiście bawiłem się umiarkowanie dobrze, powoli dawkując sobie lekturę.

Graficznie jest średnio, co potęguje skojarzenia z Vertigo, gdzie w wielu tytułach grafiki często bywały służebne wobec fabuły. Tak jest też w tym przypadku i nie zamierzam mydlić Wam oczu: ta warstwa nie zwali Was z nóg. Jest to dość zachowawcze rzemiosło z komputerowymi kolorami. Taki styl zerowy charakterystyczny dla przeznaczonych dla dorosłego odbiorcy, współczesnych, sensacyjnych opowieści tego typu. Jednym to wystarczy, innych może od lektury odrzucić.

Problemem tego komiksu jest fakt, że to przeciętna rzecz (niezła z pewnością, ale też nie powala na kolana) i na rynku, który rozpieszcza nas ostatnio strasznie, jest masa rzeczy wartych większej uwagi, jak choćby kryminalne „Saint-Elme”, również od Nagle! Comics, zachwycające zarówno fabułą jak i rysunkiem. Nie wiem, czy jest w Polsce miejsce dla „W0rldtr33”, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ogólnie czyta się to dobrze. Jeśli cierpicie na brak generycznych komiksów od nieodżałowanego V, to będziecie zadowoleni. Jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co dzieje się na zachodzie, też sięgnijcie po ten album. W innych wypadkach zagłosowałbym portfelem na co innego.

wtorek, 9 kwietnia 2024

Furia. Monde/Burniat

  


Bardzo dobry frankofon znakomicie łączący humor z mocno przygodowym komiksem fantasy w konwencji płaszcza i szpady. Rzecz odbija się od trampoliny motywów zaczerpniętych z legend arturiańskich, ale w ostatecznym rozrachunku poradziłaby sobie bez nich. To nie jest do końca zabawa cytatami. Autorzy stworzyli swój własny, bardzo dobrze funkcjonujący świat, wypełniając go świetnie napisanymi bohaterami. Wyszła rzecz trochę przypominająca „Donżona” i to jego fani powinni zdecydowanie sięgnąć po „Furię”.

Komiks traktuje o córce króla Artura, z którą z zamku prysnął słynny miecz władcy. Oręż okazuje się być spersonifikowany: gada i jest podstępny. Księżniczka natomiast, niechętna względem ożenku z obrzydliwym baronem, łatwo mu wierzy i ma nadzieję rozpocząć po ucieczce wszystko na nowo obok żyjącej w mieście siostry. Jak się pewnie domyślacie, wszystko potoczy się inaczej, niż zaplanowała dwójka bohaterów, których czeka brutalne zderzenie z rzeczywistością . Obrzydliwy baron (będący zupełni kimś innym niż się wydaje) rusza tropem zbuntowanej Księżniczki, a ta przypadkowo znajduje swoją siostrę pracującą w nieoczekiwanym przez nikogo miejscu.

„Furia” niesamowicie łączy w sobie różne style. Mimo iż wiele się tu dzieje fabularnie, to postmoderna formy jest zdecydowanie większa niż treści. Obok siebie funkcjonują odważnie zestawione dwa cartoonowe style: postsfarowski, frankofoński, z zaczerpniętym z zupełnie innych rejonów mocno mangowym, humorystycznym zacięciem. Czyta się to zaskakująco dobrze, acz wyobrażam sobie ludzi, którzy mają z tą eklektyczną mieszanką problem. To nie jest bowiem klasyczny styl francuski, to szalony tygiel czerpiący ewidentnie z różnych szkół opowiadania obrazem. Są tu obok tego wszystkiego niesamowite sceny z potworami niby żywcem wyjęte z „Berserka” Miury, co tylko wzmaga uczucie eklektyzmu i obcowania z czymś inspirowanym japońskim komiksem.

Ostatnio wychodzę na boomera, bo średnio odnajduję się i utożsamiam z komiksami, które przychodzi mi recenzować. „Furia”, mimo iż jest dość nowoczesna i wcale nie kierowana do starych nerdów, skradła mi serce. Jest przy okazji pierwszym tegorocznym albumem, jaki wpisuję na moją listę „The best of 2024”. To zdecydowanie sztosiwo i nie wyobrażam sobie nie wspomnieć o tej pozycji w podsumowaniu roku.

niedziela, 7 kwietnia 2024

Kroma. Lorenzo De Felici

 


Rysownik Lorenzo De Felici jest znany polskiemu czytelnikowi z serii „Oblivion Song” tworzonej do scenariusza Roberta Kirkmana. Mam trzy tomy na półce, nie czytałem ich jeszcze. Po lekturze „Kromy” wiem, że powinienem, bo narysowana jest tak, jakby De Felici sprzedał dupę diabłu za talent.


Tym razem dostajemy do rąk projekt solowy, prawdziwy popis wyobraźni tego nietuzinkowego artysty. Rzecz dzieje się nie wiadomo gdzie i kiedy. Trudno stwierdzić, czy to fantasy, czy science-fiction, więc uznajmy po prostu wszystko za fantasmagoryczną baśń. Bardzo ważnym elementem jest tu budowanie świata, w który wierzy się od pierwszych chwil i chłonie jego nawet najmniejsze elementy. Gorzej zbudowani są bohaterowie, ale nie oni są najbardziej istotni w tej historii. „Kroma” opowiada o dystopijnym społeczeństwie zamieszkującym miasto sąsiadujące z dziką dżunglą. Miasto jest utrzymane w szarościach i zgaszonych kolorach. Dżungla tętni kolorami i życiem. Fabularnie jest mrocznie i krwawo, trudno więc postrzegać ten komiks, mimo jego baśniowości, jako dzieło dla dzieciaków.


Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że wszystko wymyślone zostało, żeby De Felici mógł sobie porysować to, co lubi. Najfajniej uchwycona, prócz znajdujących się w centrum historii postaci, jest dzika przyroda, wraz z wielkimi gadami jako głównym tematem wielu rysunków. Grafik w porywach godnych jakiegoś animowanego przeboju kinowego, dajmy na to Disneya. Mam nadzieję, że nie obrażam tu De Felici'ego, bo nie śledzę zupełnie tego, co tam słychać w animacjach Disneya, mam na myśli te klasyczne. Rzecz raz opiera się na luźnym, cyfrowym (?) szkicu, a innym razem jest bardzo dokładnym rysunkiem skłaniającym się ku semi-realizmowi. Dziełem zawsze bardzo efektownym i znakomicie działającym na poziomie opowieści snutej za pomocą obrazów. Wszystko to podkreślają komputerowo nałożone kolory. Są, warto zaznaczyć, całkiem udane jeśli o estetykę chodzi i nie popadają w kicz. Stanowią zresztą środek narracyjny, bo sceny w mieście zdecydowanie różnią się barwami od tych z dżungli.


„Kroma” nie jest co prawda komiksem niemym, ale niewiele mu brakuje do tego typu historii. To rzecz opowiedziana dynamiczną sekwencyjnością: obrazami, nie dialogiem czy narracją literacką. Myślę też, że komiks zyskałby jeszcze na enigmatyczności, jeśli poprowadzono by go całkiem bez literek. Autorowi bankowo starczyłoby warsztatu. Niemniej i tak jest bardzo dobrze.


De Felici ma bogatą wyobraźnię i trudno przejść obok tej pozycji obojętnie. To kawał znakomitej, artystycznej roboty, coś więcej niż typowe mainstreamowe rzemiosło. Autor ewidentnie rozumie, jakie ma możliwości warsztatowe i wykorzystał je w swojej solowej pracy w 100%. Być może nie jest to szczególnie rozbudowana rzecz od strony intelektualnej, Alana Moore'a się nie spodziewajcie, ale jako komiks rozrywkowy ta opowieść obrazkowa sprawuje się na medal.

Hillbilly. Eric Powell

 


Moje relacje z „Goonem” Ericka Powella są skomplikowane. Nie potrafię nie docenić wykreowanego przez niego świata, ale niewybredne żarty o kupie mnie żenowały. Od strony graficznej uznaję jednak „Zbira” za pierwszą ligę i nawet jeśli nie do końca po drodze mi z humorem tego artysty, to zaliczam jego prace do bardzo udanych. To zdecydowanie coś, co lubię, co mimo wszystko dobrze wspominam. Coś, co rozgościło się i pozostało w mojej wyobraźni.

Cieszę się więc z faktu wydania „Hillbilly” jak głupi z bateryjki, bo Powell przede wszystkim zrezygnował w nim z niesmacznych żartów, zaserwował za to mistrzowski storytelling i kreację świata na najwyższym poziomie. Owszem to na razie tylko krótkie historie inspirowane mocno lekturami z dzieciństwa Powella, ale mimo pozornej prostoty sprawiły mi one niesamowitą przyjemność. Osadzenie akcji w (baśniowych w ujęciu Powella) Appalachach i stworzenie własnej, mocno podszytej siarką i podlanej bimbrem, mitologii zasiedlonej przez wiedźmy i inne stworzenia o piekielnym rodowodzie sprawiło, że polubiłem tę serię z marszu. Przeczytałem pierwszy tom jednym tchem, zachwycając się przy tym dalej według mnie niedocenionymi u nas możliwościami graficznymi Powella oraz piekielną mocą tasaka głównego bohatera.

Graficznie bowiem ten komiks to pierwszorzędna, acz mocno pulpowa robota. Coś, czego brakuje naszemu rynkowi w czasach świetności typowych komputerowych rysunków. Powell rysuje jakby sprzedał duszę diabłu za talent plastyczny. Przy okazji rzecz urzeka na każdym kroku niesamowitą dynamiką i specyficznym, semi-realistycznym stylem rysunku, zakorzenionym gdzieś w baśniowym fantasy, ale uchwyconym w mocno oryginalnych ramach. Szukając porównań: to, co Powell ukazuje w „Hillbillym”, to połączenie stylu Franka Frazetty z Richardm Corbenem. I nie, nie ma przesady w tych porównaniach. Powell jest totalnym mistrzem komiksu.

Nie mam pojęcia, jak rozwiną się historie z uniwersum Hillbilly'ego, ale zatrzymując się na kilka chwil przy pierwszym tomie, jestem całkowicie oczarowany. Śpieszę więc donieść: koniecznie sięgnijcie po nowy komiks Powella, jeśli lubicie wieśniackie południe Stanów Zjednoczonych – tu dodatkowo ukazane w krzywym zwierciadle i podrasowane stworami rodem z opowieści fantasy – nie będziecie zawiedzeni.


poniedziałek, 25 marca 2024

Król Deadpool

 



Dopiero co skończyłem pisać peany na temat jednej z najlepszych historii wyplutych z naznaczonych piętnem przeciętności lędźwi Marvela. W porównaniu do „Nieśmiertelnego Hulka” nawet świetna seria może wypaść blado. Na szczęście Kelly Thompson to utalentowana autorka, po jej świetnym runie „Hawkeye” i może nawet lepszej „Czarnej Wdowie” od każdego następnego komiksu z jej nazwiskiem na okładce spodziewam się całkiem sporo. Niestety Deadpool najwyraźniej nawet z najczystszego źródła potrafi wypompować muł.

„Król Deadpool” jako tytuł robi za całkiem wystarczające streszczenie fabuły. Dodam tylko, że Wade Wilson zostaje tutaj władcą wszelakiej maści potworów na skutek zwyczajnego zlecenia połączonego z pokręconymi zasadami dziedziczenia władzy. Skąd maszkarony wzięły się na Staten Island i do czego to prowadzi? To nieistotne, bo to jeden z tych komiksów, w których Dom Pomysłów nie chciał najwyraźniej pozwolić na znaczącą narrację. Zarówno w ramach całego uniwersum jak i w żywocie najbardziej wyeksploatowanego popkulturowa najemnika w kolorowych fatałaszkach dostajemy historię nieistotną, ale przynajmniej również raczej samodzielną. Jeśli jeszcze jakimś cudem Deadpool się wam nie znudził, możecie ją przeczytać z doskoku.

Z szacunku do autorki zacznę od plusów, a pierwszy z nich to właściwie postacie z drugiego i trzeciego planu niemalże w całokształcie. Choć raczej nigdy nie przyjdzie nam poczytać o większości z nich czegokolwiek znaczącego, to przynajmniej Thompson sprawiła, że zacząłem chcieć, by było inaczej. Gwardia honorowa pyskatego króla zasługuje na spin-off w duchu „Creature Commandos”, całą fabułę (tak to nazwijmy) rozpędza poświęcenie ekstremalnie sympatycznej postaci, a jeśli nie pokochacie Żelusia miłością bezwarunkową, to wątpię w wasze człowieczeństwo. Po drugie w dialogach zdarzają się tu naprawdę błyskotliwe kwestie, dyskusja Deadpoola z Kapitanem Ameryką jest jakościowym szczytem albumu, a fragment z siejącym zamęt kaiju mądrze traktuje o trudnościach związanych z władzą. Szkoda, że to przebłyski w szarocie przeciętności.

Problem „Króla Deadpoola” sprowadza się do tego, co od dawna trapi komiksy z tym bohaterem. To śmiechy na siłę z garścią bezcelowych wątków mających podkreślić skrytą głębię skrywaną przez Wilsona za kurtyną randomowego humoru. Fajnie, ale nie ma w tym absolutnie nic odkrywczego, bardzo powierzchowne skomplikowanie charakteru jest już dla odbiorcy Marvela chlebem powszednim, a i tutaj jest tego wyjątkowo mało. Większość stron wypełniają żarty, których Kelly Thompson chyba nie chciała za bardzo pisać i akcja, z której niewiele wynika. Mam wrażenie, że motywy faktycznie interesujące autorkę, jak faktycznie fajna chemia między Deadpoolem i Elsą Bloodstone oraz generalnie światotwórstwo potworowego Staten Island zostały przez Włodarzy zepchnięte na drugi plan. Naprawdę tęsknię w tym momencie za seriami pisanymi nie tylko przez Posehna i Duggana, ale nawet za dyżurem Daniela Waya. Dużo więcej było w tych runach charakteru.

 
Wyrazistości nie brakuje za to rysunkom, choć mówię to nieco sarkastycznie. Album otwiera Chris Bachalo, u którego stylizacja poszła nieco za daleko w dziecinną karykaturalność. Choć technicznie daje radę i potrafi kreślić dynamiczne sceny, to większość postaci wygląda u niego pokracznie. Najgorzej jednak radzi sobie z przejrzystością narracji, z jakiegoś powodu większość kadrów wygląda u niego jak niezręcznie wycięte z sensownej ilustracji zbliżenia. Później, pod ołówkiem Gerardo Sandovala, robi się znacznie lepiej, ale to nadal ten typ graficznego trykociarstwa, za którym nie przepadam. Wypaczenie proporcji przekraczające już skuteczną intensyfikację z lat 90., jakby każdy rysunek kreślono caps lockiem. Rzecz gustu jednak, poziom jest całkiem wysoki.

Na koniec zawsze zadaję sobie proste pytanie: „czy polecam ten komiks komukolwiek?”. Tak, ale nie wiem komu. „Król Deadpool” unika wpadnięcia do marvelowego rynsztoka, widać w nim nawet sporo niewykorzystanego potencjału i dla zadeklarowanego miłośnika postaci taki poziom powinien być raczej normą. Ja jednak, mimo wszystko, nadal uważając się za fana Deadpoola, byłem zawiedziony. Wydaje mi się, że prawdopodobnie nawet nie samym scenariuszem Kelly Thompson, a kolejnym niespełnieniem całkowicie już prawie zgniecionych nadziei na dobry komiks z Wilsonem w roli głównej. Trzeba zaniżyć oczekiwania dopóki nie zdarzy się cud. 

 

Autor: Rafał Piernikowski  

piątek, 22 marca 2024

Wyżej niz kondory. Anna Zalewska

 

 

 
Literatura wspinaczkowa, alpinistyczna, wszelakie wspominki o tak przecież licznych wyprawach wysokogórskich to całkiem spora działka. Mamy też mnóstwo filmów dokumentalnych dotyczących tej dziedziny oraz festiwali poświęconych górom, gdzie są one wyświetlane. Komiksy górskie to jednak nisza. Anna Zalewska postanowiła ją przynajmniej częściowo wypełnić, oddając swoisty hołd prekursorom polskich osiągnięć na polu zdobywania trudno dostępnych szczytów. 
 
 
„Wyżej niż kondory” to relacja z wyprawy jaką stosunkowo jeszcze młodzi ludzie (trzydziestoparoletni) - naukowcy różnych dziedzin z Koła Wysokogórskiego przy oddziale Polskiego Towarzystwa Taternickiego - podjęli na początku lat 30' XX w. Została ona opisana w reportażu pod tym samym tytułem, który ukazał się w latach 50'. Jego autorem był - jeden z uczestników eskapady - Wiktor Ostrowski. Anna Zalewska, która ma mniej więcej tyle lat ile jej bohaterowie oraz – oczywista - jest miłośniczką gór, postanowiła w komiksowej formie przybliżyć nam tą historię, powszechnie – jak sądzę - słabo rozpoznawalną. 
 
Na pierwszych kartach tej opowieści rysunkowej mamy opis występujących w niej sześciu głównych postaci. Jest i doktor fizyki i geolog, lekarz, dwóch inżynierów, a nawet filmowiec (nakręcony podczas wyprawy film „Dach Ameryki” Stefana Osieckiego niestety nie jest dostępny w Internecie). Następnie przenosimy się do Warszawy 1932 roku, gdzie widzimy, jak owi protagoniści skupieni w Kole Wysokogórskim, dosyć spontanicznie podejmują decyzję o wyprawie w Andy argentyńskie, aby zdobyć szczyt Mercedario, na którym nie postała jeszcze ludzka stopa. 
 
Od słowa do czynu - jednak tego typu przedsięwzięcie to nie bułka z masłem. Zwłaszcza jeśli nie posiada się wystarczających środków finansowych. Na szczęście przed wojną, tak jak i dziś – mimo braku mediów społecznościowych – dochodziło do zrzutek pomagających zrealizować cele, których wartość była zrozumiała dla dużej części społeczeństwa oraz jego instytucji. Autorka komiksu dokładanie wylicza nam poszczególne etapy dosyć złożonych przygotowań. 
 
Pod konie 1933 roku wyprawa nareszcie dochodzi do skutku. Podczas jej trwania polscy badacze-podróżnicy przemierzą niemierzone połacie terenu, zaznają niebezpiecznych sytuacji, zdobędą niejeden szczyt, sporządzą mapy, wytyczą nowe szlaki oraz poczynią mnóstwo badań zgodnych z ich specjalizacjami. To tyle jeśli chodzi o fakty, których przypomnienie jest o tyle cenne, że trudno o narracje jednoznacznie pozytywne na temat zdarzeń z początku XX wieku. Ale komiks Zalewskiej nie wyczerpuje się w wartościach natury dydaktycznej. O czym jeszcze chciała nam autorka opowiedzieć?
„Wyżej niż kondory” to przede wszystkim budująca historia o sile przyjaźni, działaniu w niewielkim gronie osób mających do siebie zaufanie, które przynosi osiągnięcia pozostające poza możliwościami jednostki. Widać wielką empatię autorki dla swoich bohaterów, którzy swoimi wybuchami entuzjazmu zarażają optymizmem, choć bywają w tym nieco infantylni. Ich portret psychologiczny odpowiada mentalności nastolatków, co pozostaje w zgodzie z ich schematycznym portretem rysunkowym. 
 
Kreska Zalewskiej jest delikatna i dosyć minimalistyczna. Udanie koresponduje z użytą tu ograniczoną paletę stonowanych kolorów. Ten typ rysunku może kojarzyć się z wieloma twórcami komiksu autorskiego. Co prawda, to nie majstersztyk à la Rudu Modan, ale mniej więcej podobny kierunek plastycznej formy wyrazu. Odnoszę ponadto wrażenie, że warsztat autorki jest jeszcze w trakcie rozwoju i dopiero zmierza do pełniej krystalizacji, jeśli oczywiście pozostanie ona wierna tworzeniu opowieści rysunkowych (a to ponoć niełatwy chleb). 
 
Komiks Annny Zalewskiej nie wbija w fotel, nie ma w nim gwałtownych konfliktów, zwrotów akcji, czy zdarzeń budzących kontrowersje. Można to potraktować jako pewną odmianę od zalewu narracji szarpiących nasze nerwy i przy tej propozycji po prostu odpocząć, poznając jednocześnie parę faktów z historii polskich wypraw naukowych. Na końcu zeszytu mamy przedruki paru autentycznych czarno-białych zdjęć (+ opisy) z wyprawy naszych bohaterów, co domyka część tych walorów, które określiłbym jako edukacyjne. Jeśli maiłbym polecić grupę docelową tego komiksu, będą to: miłośnicy górskich wypraw, młodsza cześć młodzieży oraz wszyscy ci, których nie rażą pozytywne historie z sympatycznymi bohaterami w rolach głównych. 
 
Autor: Jakub Gryzowski

czwartek, 21 marca 2024

Uniwersum DC według Neila Gaimana.

 


Egmont ma chyba misję wydania wszystkiego komiksowego, co dotknął Neil Gaiman, a nawet rzeczy, których nie dotykał, bo wydają adaptacje jego prozy. Nie wszystko pewnie jest potrzebne, nie wszystko czytam, ale ten album chciałem mieć i postawić na półce obok „Sandmana” i „Czarnej Orchidei”. Tytuł uzupełnia bowiem na naszym rynku pewną lukę w twórczości autora. To antologia zbierająca jego krótsze prace popełnione dla DC Comics. Autor dobrze czuje się w tym świecie, co udowodnił na początku swojej sagi o Sandmanie (moje ulubione fragmenty tej serii). Jak to bywa w przypadku publikacji zbierających wycinki materiałów z różnych lat, rzecz jest nierówna. Są tu lepsze i gorsze historie, niemniej już teraz zaznaczę: brak tu czegoś, co powaliłoby mnie na kolana.


Przez lata działalności Gaimana nazbierało się tego trochę. Są tu głównie komiksy okołobatmańskie, ale nie tylko, bo załapał się też dłuższy Elseworld z Zieloną Latarnią i Supciem. Jest również coś z antologii „Batman: Black and White” (i to coś rysowane przez Bisleya!), miniatura o Deadmanie i kilka plansz o Metamorpho. Część materiału pochodzi z czasów pre-sandmanowych, część (najdłuższa, ta o Batmanie) jest stosunkowo nowa, acz teraz uświadamiam sobie, że minęła już przecież zdrowo ponad dekada od pierwszej publikacji tej historii, dla młodziaków to już zamierzchła historia komiksu.


Mimo iż dość umiarkowanie zachwalam ten zbiorek, to muszę przyznać, że jest on łakomym kąskiem dla fanów Gaimana i komiksów DC. Rzecz świetnie ukazuje fragmenty z różnych okresów kariery tego bardzo ważnego dla komiksu i stajni artysty. Od epigońskich wobec Moore'a (to wszak on uczył Gaimana pisać komiksy) ścian tekstu w pierwszych historiach, po całkiem nowoczesne podejście do rzemiosła w tych bardziej współczesnych. Ukazuje to też, jak czasy się zmieniały i jak ewoluowały sposoby narracji w głównym nurcie historii obrazkowych.


Co ciekawe podobnie grafiki ukazują pewną ewolucję komiksu od strony rysunkowej. To kawałek historii medium w pewnym przekroju. Może i dawno minęły czasy, gdy Bisley gościł na ustach wszystkich, ale dobrze zobaczyć go w akcji. Acz wiadomix, że w tamtym okresie w zespole z Gaimanem tworzył ostateczny dream team. Andy Kubert też zdaje się trochę przebrzmiałym nazwiskiem – w tym przypadku to był nim chyba już w czasie tworzenia tej historii – do ilustrowania Batmana jednak nadał się świetnie. W albumie znalazł się nawet legendarny już dziś Sam Kieth (znany dobrze fanom Sandmana, ale nie tylko), niestety nie ilustrował scenariusza Gaimana, bo jeden z zebranych tu zeszytów jest antologią prac kilku scenarzystów. Mógłbym tak wymieniać długo, ale nie będę Was zanudzał, artystów jest tu wszak co niemiara. Miło się na to geriatryczne przedstawienie patrzy w 4k, bo wszystko podane jest w lekko powiększonym formacie, na kredzie.



Czy jest to więc zabawa głównie dla boomerów? Poniekąd tak. Niemniej bardzo ciekawe jest to, że Gaiman cały czas kumał czaczę i wiedział, jakie są trendy w opowiadaniu za pomocą komiksu. Historie tu zebrane są niestety zazwyczaj tylko drobiazgami, w których autor nie miał szansy rozwinąć skrzydeł, nie zaczynałbym więc przygody z Gaimanem od tego albumu. Najdłuższa i bodaj najważniejsza rzecz w tym zbiorku to „Co się stało z zamaskowanym krzyżowcem?”. Dwuzeszytowa opowieść kończąca symbolicznie przygody Batmana. Są w niej zawarte fajne pomysły dotyczące ogólnie koncepcji Nietoperza. Mam jednak wrażenie, że zostały one upchane w jednym miejscu trochę na siłę. Jednocześnie show w całym komiksie kradnie nikt inny tylko Alfred, ale o tym sza, bo popsuję Wam zabawę.


Gaiman jest powszechnie kochany w komiksowie, bo to miły, elokwentny typ, który namieszał dużo w medium, ale ma też przeciwników. Często zarzuca mu się przeintelektualizowanie, w tym komiksie tego jednak nie czuć. Jak wspomniałem we wstępie, Gaiman lubi świat Batmana i innych bohaterów DC. To czuć w tym albumie. Nawet jeśli materiał tu zebrany nie jest niczym wybitnym, to jest rzeczą ewidentnie pisaną przez nerda dla nerdów. O tej grupie odbiorców Gaiman zdaje się już niestety trochę zapominać, a to przecież dzięki niej zyskał w pierwszej kolejności sławę. Wieńczący ten zbiorek list miłosny do Batmana to coś, czym zapewne pożegnał się z DC na dobre. Świat komiksu jest już bowiem dla niego za mały.

niedziela, 17 marca 2024

Przesilenie. Joanna Sępek

 


Uwaga! Talent! Co prawda jestem bardziej sceptyczny niż inni recenzenci, nie uważam „Przesilenia” za coś, co może aspirować do miana komiksu roku, ale to bardzo przyzwoity debiut. No i jest tu kilka plansz, które autentycznie zerwały mi czapkę z głowy. To dużo.


„Przesilenie” to komiks ewidentnie wpisujący się w moje gusta. Gdy zorientowałem się, że to fantasy z animorfami w roli głównej, sięgnąłem po ten album bez strachu. Rzecz traktuje o parze dość specyficznych bohaterów. Biała Koza i Rudy Lis przemierzają fantastyczną krainę w poszukiwaniu sławy i przygód. Czekają nas więc klasyczne dla gatunku tropesy wsadzone w animorficzną stylistykę, mocno nawiązujące w atmosferze do gier RPG (czy to komputerowych, czy papierowych). Koza ma zdolności magiczne, Lisek jest sprytnym wojownikiem. Oboje o siebie dbają i kochają się. Gdzieś na drugim planie pojawia się tez Niedźwiadek. Cała ta urocza menażeria będzie musiała zmierzyć się nie tylko z potworami czyhającymi w baśniowej krainie, ale i tymi, które tkwią głęboko w nich samych. Z pozoru fabułka jest prosta i naiwna, ale autorka ewidentnie chciała przekazać tym komiksem coś głębszego na poziomie emocjonalnym. Czy się jej udało? Na to pytanie będziecie musieli sobie odpowiedzieć sami. Mnie się umiarkowanie podobało. 

 



Przejdźmy jednak do tego, co widać w tym komiksie gołym okiem, a to wspomniany talent Sępek do opowiadania obrazem. Nie wszystko jeszcze powoduje u czytelnika opad szczeny, ale było tu kilka plansz, przy których zatrzymałem się na dłuższą chwilę. Załączam dwie do tekstu. Patrzcie na to zrozumienie języka komiksu, sposób komponowania planszy. To tu autorka pokazuje rogi. Gdy przychodzi do snucia narracji za pomocą obrazów – a nie samego tekstu – mamy wrażenie, że Sępek znalazła się w odpowiednim miejscu i czasie. Że komiks to zdecydowanie jej medium. 

 



Jeśli chodzi o same grafiki, to osobiście nie podobają mi się w nich kolory. Są zbyt komputerowe. Oczywiście ja generalnie nie lubię cyfrowej koloryzacji, acz nie oznacza to, że nie da się zrobić tego z klasą. Tu zdecydowanie ten element nie trafia w mój gust, choć przyznaję, kolory mają kilka warstw i są położone starannie, jest to więc rzecz dyskusyjna. Sama krecha jest już natomiast całkowicie w porządku. Dominuje antropomorficzny semi-realizm (no bo jak to inaczej nazwać?) i szczypta cartoonu, a do tego wszystko jest narysowane swobodnie, trochę jakby kolory były kładzione bezpośrednio na cyfrowe szkice.


„Przesilenie” to przyzwoity debiut i według mnie powinniście dać Sępek szansę. Sam chętnie sięgnę po jej następne komiksy, mając nadzieję, że autorka rozwinie się jako scenarzystka. Acz już teraz jest dobrze a może być tylko lepiej.

sobota, 16 marca 2024

Mourder Falcon. Daniel Warren Johnson

 


Daniel Warren Johnson stał się w mainstreamowym komiksie zjawiskiem. Nieprzeciętny, wciąż młody (przynajmniej młodszy ode mnie) grafik z rozpoznawalnym stylem wdarł się w świadomość odbiorców za pomocą „Wonder Woman: Martwa Ziemia” i kilku pomniejszych prac dla majorsów. Jest w jego grafikach coś z komiksowego niezalu, ale też pewna dosadna pulpowość. Korzystając z tego, że przestał być anonimowy dla masy czytelniczej, Nagle Comics wypuszcza na naszym rynku jego autorskie projekty i robi to bardzo dobrze.


Słoń mi na ucho nadepnął. Mimo iż jestem zaangażowanym słuchaczem muzyki i lubię dzielić się swoimi odkryciami, to nigdy na niczym nie grałem. Prawdopodobnie dlatego nie do końca docenię fabułę tego komiksu, która za pomocą metafor wychwala pod niebiosa akt grania w zespole metalowym. To właśnie dzięki karkołomnym solówkom główny bohater, Jake, wspiera przybyłą z miejsca zwanego Łomotem istotę, tytułowego Murder Falcona, w walce z potwornymi, iście lovecraftowskimi najeźdźcami Ziemi. Co więcej, Jake formuje zespół złożony z zapaleńców, w którym każdy z zaangażowanych kontroluje inną istotę przybyłą z Łomotu. Od strony fabularnej dostajemy więc takie metalowe Power Rangers, acz kontekst grania jako aktu walki i oporu jest szerszy, głębszy i przemyślany.


Nie będę ukrywał, że „Murder Falcon” jest komiksem dla dzieciaków. Może przez swoją pulpowość nie nadałby się do Krótkich Gatek. W sumie „Battling Boy” Paula Pope'a wyszedł w Kulturze Gniewu, a to moim zdaniem całkiem niezły punkt odniesienia dla komiksu DWJ, bo istnieje między nimi sporo podobieństw. Tu jednak mamy rzecz skrojoną w sam raz pod nastolatków, ale znając gusta naszych czytelników i ich uwielbienie dla Johnsona, nikomu nie będzie to prócz mnie przeszkadzało i po ten komiks sięgną różne grupy wiekowe. To szpanerska, pełna graficznych fajerwerków opowieść, która spełnia swoje zadanie aż za dobrze.


Graficznie jest wszak przecudnie. Daniel Warren Johnson jest twórcą zdecydowanie już ukształtowanym, który świetnie rozumie, czym jest komiks gatunku. Jest przy okazji obdarzony niepodrabialnym stylem mieszającym w sobie różne wpływy oraz sporą dawkę vintage i brudu. Genialnie ogrywa też na swoich grafikach onomatopeje, czyniąc z nich ważną cześć własnego stylu graficznego. Są czytelnicy/recenzenci, którzy zarzucali jego rysunkom nieprzejrzystość. Ja tego zupełnie nie odczuwam i uważam, że to jeden z najlepszych grafików swojego pokolenia, dobrze mu życzę i cieszy mnie jego rosnąca popularność. Bo nawet jeśli to rzecz dla dzieciaków, to nie zmasakruje im gustu jak większość mainstreamowych, cukierkowych prac różnych wyrobników. Z racji tego, że część akcji dzieje się w Japonii, czuć tu tez trochę wpływów mangi. Dodatkowo, jeśli się uprzemy, to można też o tym komiksie myśleć w kategoriach widowiska Kaiju, wszak opowiada o walkach z ogromnymi potworami.


Na koniec, przyznam bez bicia, że jako niegrający na niczym boomer trochę mijam się z warstwą fabularną tego komiksu. Owszem, urzeka mnie metafora metalu jako wulgarnego pokazu siły, który może uratować Ziemię, ale walki z potworami à la Power Rangers to już nie moja para kaloszy. Tak jak w przypadku „Z całej pety” chciałbym czegoś głębszego, może bardziej obyczajowego, lecz najwyraźniej takie komiksy nie obejmują zainteresowań Daniela Warrena Johnsona i to, że nie jestem targetem tego komiksu, to już mój problem. Państwo, szczególnie wy mniej zramolali niż niżej podpisany, na pewno będziecie zadowoleni z lektury.

poniedziałek, 11 marca 2024

Nieśmiertelny Hulk. Tom 5. Ewing/Bennett

 


 

 To cholernie wielkie słowa jak na tekst o komiksie superbohaterskim, ale trudno mi zaakceptować, że to już koniec. Tom numer pięć zamyka popisowy taniec Ala Ewinga w spektaklu znanym jako „Nieśmiertelny Hulk”. To zwieńczenie historii, która w opinii odbiorców i krytyków wyróżniła się niczym promieniujący na szmaragdowo, nieskazitelny klejnot w stercie bezkształtnego plastiku. Rewitalizacja całokształtu sylwetki zielonego olbrzyma i pokaz tego, że w głównonurtowym komiksie superbohaterskim jest jeszcze miejsce na fabuły zaplanowane od A do Z, inteligentne i dojrzałe. Tak, nie zamierzam na sam koniec nagle zacząć jechać po tym runie. Po zamknięciu ostatniego albumu jestem gotów postawić Ewingowi ołtarz.

To pod każdym względem naturalne zwieńczenie serii, która wreszcie połączyła losy dwojga potężnych dzieci Jacka Kirby’ego: wszechpotrafiącego i wszechrozwalacza. Większym spoilerem was nie skrzywdzę. Po absolutnie mocarnym tomie czwartym dwie z wielu osobowości Bruce’a Bannera znalazły się w, delikatnie mówiąc, nieprzychylnym położeniu. Przejebane mają, nie owijając w bawełnę. Trzymający dotąd lejce diabłowaty Hulk gryzie piach, główna osobowość zmieniła się w cronenbergowską, quasi-humanoidalną wersję kabalistycznego drzewa życia, a wszystkim dyryguje teraz Leader z nad wyraz (nawet jak na swoje standardy) napuchniętym czerepem. Każdy w takim momencie zwrócił by się do przyjaciół, ale w przypadku biednego furiata odzianego w fioletowe portki najbliżsi jak zwykle ranią najmocniej. Brzmi głęboko, a chodzi po prostu o to, że Avengers to banda buców.

 
Ostatni tom tej historii leci chyba najmocniej w motywy trykociarskie i z początku średnio mi to grało, ale udział mężnych kalesoniarzy przeświadczonych o własnej racji był raczej nieunikniony przy takiej skali wydarzeń. To też logiczny ciąg dalszy decyzji podejmowanych przez Ala Ewinga od pierwszego zeszytu serii. Jego metoda jest jak szkło powiększające, pod którym oklepane motywy z bajek o mutantach gamma odkrywają przed złaknioną choćby grama jakości publiką masę nowych, często makabrycznych niuansów. Tak właśnie tutaj pojawienie się Avengers służy nie tylko sensacji, bo poza usprawiedliwieniem intensywnego prania się po mordach tworzy skomplikowaną sieć relacji z postaciami osadzonymi w fabule wcześniej. Obnażona zostaje dziecięca strona najbardziej znanej wersji Hulka, co z kolei z niektórych „bohaterów” robi mendy znęcające się nad słabszym. Na tym etapie historii zresztą już każde alter-ego Bannera ma wyjaśnioną rolę, a jednocześnie znajduje się miejsce na ich dalszy rozwój. U Ewinga dynamiczny bohater to za mało, szansę na odkupienie dostaje każda z osobowości protagonisty, że o postaciach pobocznych nie wspomnę.

To tylko jeden z wielu przejawów wyjątkowego talentu autora. Udało mu się stworzyć serię superbohaterską, której zeszyty rozpoczynają się od cytowania – poza Mary Shelley, co tutaj jest oczywistością – Arystotelesa, Longfellowa, Kafki, czy nawet Biblii i to wszystko ma sens, te zagrywki nie rażą pretensjonalnością. Rozwijają się motywy z kabały, bezpośrednie nawiązania do „Boskiej komedii” zespolone groteskowo z lovecraftowskim kosmicznym horrorem, co też łączy mitologię promieniowania gamma z konstrukcją całego wszechświata Marvela. Decyzje tak poważne, że inni autorzy przez lata będą musieli je uparcie ignorować, jak to często w superhero bywa. Ewing podjął masę odważnych kroków i wykorzystał dziesiątki motywów, więc tym bardziej robi wrażenie tak doskonałe dopasowanie elementów pochodzących teoretycznie z różnych układanek. Tu nie ma przypadkowych decyzji, wszystko się łączy, nawet powrót jednej z popularniejszych form Hulka odbywa się nie tylko w atmosferze przytłaczającej zajebistości, ale też w zgodzie z fikcyjną logiką świata przedstawionego i fabułą tej zamkniętej serii. To zaś przenika się ze sposobem na pokonanie nowej grupy przeciwników, powstaniem Red Hulka i rolą Fantastycznej Czwórki w całej opowieści. To tylko jeden przykład w gąszczu makiawelicznie zaplanowanych koneksji. No nie ma w Marvelu obecnie drugiego tak sprawnego łba.

Oderwijmy się jednak od bijatyk z przebierańcami różnej maści i porozmawiajmy o najważniejszym: o zakończeniu. Nie zdradzając zbyt wielu szczegółów, z początku wydało mi się ono zbyt pospiesznie, jakby Ewing nie dostał szansy na rozwinięcie wszystkich pomysłów. Nawet jeśli jest to prawda, to udało mu się te porzucone wątki obrócić w prezentację złowrogich celów antagonistycznego zła totalnego, zapowiedź tego, co może się wydarzyć. Pod każdym innym względem trudno doszukać się tu niedopatrzeń. Jak większość dobrych historii, ta kończy się tam, gdzie (mniej więcej) się rozpoczęła, eskalują motywy gnostyczne, znaczenie ciemnozielonej strony mocy rozszerza się na cały wszechświat, dostajemy również zaskakująco nieinwazyjną w swoim rozmachu pigułkę informacji na temat wspólnej przeszłości Leadera i Hulka. Co najważniejsze jednak, mnogie osobowości Bannera muszą sobie zasłużyć na dotarcie do końca, przejść trudną drogę, zmierzyć się z błędami. Ostatecznie samo istnienie Hulka staje się aktem buntu przeciwko sile sprawczej bez poddawania się wpływowi jej przeciwwagi. Akceptacja własnej natury połączona z faktycznie realizowaną chęcią poprawy, odnalezienie miejsca na litość w zasłużonym gniewie.

Nad kontrowersjami wynikającymi z antysemickich popisów Joe Bennetta wylałem już spore wiadro kwasu, więc nie będę powtarzał, nie chcę psuć pożegnania z tą serią. Cholerna szkoda, że wyszło, jak wyszło. Po pięćdziesięciu zeszytach w towarzystwie tego artysty wyobrażenie sobie „Nieśmiertelnego Hulka” w innym stylu jest niemalże niemożliwe. Jego rysunki przez cały czas pozostawały z jednej strony bardzo bliskie esencji szkoły superhero ze Stanów, ale potrafiły również osunąć się bez wysiłku w perfekcyjnie zilustrowany body horror i uciec od realizmu, gdy było to wymagane. Ma to sens, gość w końcu zaczynał karierę od graficznej grozy. Bennett jest rysownikiem bardzo elastycznym i jednocześnie perfekcjonistą z technicznego punktu widzenia. Potrafił równie dobrze zilustrować sceny durnej kalesoniarskiej naparzanki, by stronę dalej przejść do biblijnego pojebaństwa w stylu obrazów Boscha, a do tego doskonale radził sobie ze zmiennymi układami kadrów. Dlatego też cieszy mnie, że w ostatnim albumie miał sporo okazji do popisu – także w ramach jednego rozdziału zrywającego z tradycyjną narracją komiksową. To właściwie jego pożegnanie z Marvelem, więc abstrahując od słuszności wywalenia go na zbity pysk (a słuszne to było totalnie), przynajmniej oddreptał z klasą. Krzyżyk na drogę, teraz będzie ilustrował komiksy dla libertariańskiego YouTubera, komiczne.

Trudno się rozstać z tak dobrą serią, bo za pewnik możemy uznać, że nieprędko w Domu Średnich Pomysłów trafi się nam znowu taki przebłysk jakości. Al Ewing, w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów z branży, zarówno przy powielaniu pomysłów poprzedników jak i przy wywracaniu tych pomysłów na lewą stronę, wykazuje się ogromną wiedzą na temat uniwersum Marvela, szacunkiem do kreatywnych dokonań mistrzów a przede wszystkim ogromnym skillem pisarskim. Piąty tom „Nieśmiertelnego Hulka” to godny prezent na pożegnanie z serią, która potrafiła górę mięśni w fioletowych gatkach wpisać w nawias społecznie świadomego komentarza, lovecraftowskich odklejeń bez wysiłku ewoluujących w mieszankę sprawnie podanej psychologii i gnostycznego filozofowania na wysokim poziomie. Cudem też udało się to wszystko utrzymać w całkowitej wierności względem peleryniarskich realiów i przyprawić toną ukłonów dla gigantów fikcji takich jak, między wieloma innymi, Jack Kirby czy Cronenberg. Ich duchy, przenikając się z wszechobecnym sercem Ala Ewinga, dały nam tytuł, do którego przez lata będzie porównywana każda nowinka w mainstreamowej części tego medium. Pretendenta do podium nie spodziewam się zbyt prędko.

 

Autor: Rafał Piernikowski 

środa, 6 marca 2024

Pewnego razu gdzieś na końćzu świata. Tom 1. Aaron.

 


„Cóż stało się z Jasonem Aaronem?” – zdają się pytać czytelnicy komiksów na całym świecie. Gość z najzdolniejszego autora młodego pokolenia zmienił się w wyrobnika piszącego bardzo dużo trykociarskich seriali dla majorsów. Nie czytałem oczywiście wszystkiego, co zrobił, ale przerobiony materiał daje mi poczucie, że niegdysiejszy geniusz komiksu rozmienia się na drobne. Owszem, zdarzają się przebłyski i świetne rzeczy jak niedokończone (czemu, kurwa?) „Bękarty z południa” czy ukazujący się raz na ruski rok „Przeklęty”. Niemniej to mały odsetek wśród rzemieślniczej dłubaniny, którą Aaron dzielnie odpierdala dla sowitych czeków od gigantów.


„Pewnego razu gdzieś na końcu świata” stoi gdzieś pośrodku. Rzecz ma bowiem w najlepszych momentach świetną, gęstą narrację Aarona podpatrzoną od własnego największego wroga, czyli Alana Moore'a. Ma też dobrze zarysowanych, bogatych w przeżycia bohaterów, którzy swoje oberwali. Brakuje tu natomiast jeszcze (bo nie wykluczam, że Aaron uzupełni to w następnych tomach) porządnej fabuły, storytellingu z najwyższej półki, jaki obiecują porównania do „Bastionu” czy „The Last of Us”. Świat przedstawiony jest zbudowany niejako w opozycji do tego, co dostaliśmy w „Przeklętym”. Tam biblijne realia były ukazane niemal jako postapo. Tu postapo ukazane jest jak fragment świata wycięty ze starego testamentu z okrutnymi zasadami. W obu przypadkach działa to nieźle, mam jednak wrażenie, że w „Pewnego razu gdzieś na końcu świata” ten element jest wtórny. To oczywiście nic złego, trudno dziś o odkrywczość w tym gatunku, ale moim zdaniem na razie komiks dupy nikomu nie urwie.


Od strony rysunkowej jest bardzo fajnie. Współczesne trendy przyzwyczaiły nas do komputerowej grafiki i do tego, że artyści wykorzystują ją z głową. Wizualnie ten komiks to rzecz dobra, daleka od kiczu. Kolory są raczej zgaszone, nie oczojebne, a sama sekwencyjność stoi na wysokim poziomie. Grafika nie próbuje jednak doganiać narracji literackiej Aarona i jasne jest, kto jest gwiazdą tego komiksu. Kto rządzi i kto za pomocą prozy rozstawia swoją kreacją świata po kątach artystów plastyków.


„Pewnego razu gdzieś na końcu świata” nie jest pozycją wybitną, to jednak zgrabne czytadło z dużym, ważnym nazwiskiem na froncie, a to przyciągnie czytelników złaknionych tego, co Aaron robi w swoich niezależnych projektach. Jeśli myślicie jednak, że znajdziecie tu coś na poziomie „Skalpu” to będziecie zawiedzeni. Dajmy jednak tej serii kredyt zaufania. To dopiero początek, pierwszy tom „Skalpu” też nie był najlepszy, może więc jeszcze się coś w tym ponurym postapo rozwinie na korzyść mojego niegdyś ulubionego scenarzysty. Tego Wam, sobie i Aaronowi życzę.


wtorek, 5 marca 2024

Jenny Finn. Nixey/Mignola

 


Rzecz powstała z burzy mózgów Mike'a Mignoli i Troya Nixeya. Ten drugi wysłał temu pierwszemu sporo szkiców, do atmosfery których Mignola wymyślił i dopasował historię, ustawiając narysowane i wyobrażone już postacie na szachownicy i nadając im charaktery, funkcje oraz znaczenie. Tytułowa Jenny Finn to dziewczynka odnaleziona na otwartym morzu. Wyłoniła się z lovecraftowskiego CZEGOŚ na środku akwenu. Jej śladem – przez wiktoriański Londyn, w którym grasuje morderca dziwek – rusza koleś ze wsi imieniem Joe. Nie sposób oderwać wszystkich poziomów tego komiksu od twórczości Samotnika z Providence. Czuć jednak, że dzieło powstało z wielkiej improwizacji i niezdrowego, nieraz bezsensownego eskalowania motywów przynależnych prozie Lovecrafta. Umówmy się, improwizacja jest jedną ze składowych stylu Mignoli, ale nie jest akurat tą dobrą cechą jego warsztatu. Od strony fabularnej wyszło więc przeciętnie.


Najsłabszym ogniwem tej historii są jednak rysunki. Grafiki Troya Nixeya znałem wcześniej z „Zagłady Gotham”. Marudziłem na nie w recenzji tego nietypowego, lovecraftowskiego Batłomieja, ale przyznam szczerzę, że tam podobały mi się bardziej niż w „Jenny Finn”. Pokraczne postacie z dziwnymi japami być może pasują do atmosfery prozy HPLa, która jest wyjściową dla całej opowieści, ale mnie od nich odrzuca. Gdyby historię zilustrował sam Mignola, wyszłoby jej to na dobre, już wtedy jednak (na przełomie lat 90. i 2000, bo według tego, co mówi Troy, wtedy powstawała ta opowieść) Duży Mike był bardzo zajętym człowiekiem i nie było takiej opcji. Historię Mignola dopasowywał zresztą do rysunków Nixeya, jemu więc musiała przypaść rola ilustrowania opowieści. Grafikom nie pomogły niestety nawet kolory Dave'a Stewarta, który zajął się po latach tym aspektem „Jenny Finn”. Co więcej, wydaje mi się, że w czerni i bieli rysunki te wyglądałyby znacznie lepiej. Tak można też sądzić po szkicach dołączonych na końcu albumiku. Dodatkowo ostatni zeszyt narysował ktoś inny niż Nixey, naśladując przy tym – całkiem wiernie – jego pokraczny styl.


„Jenny Finn” to moim zdaniem niewypał, który wyleczył mnie z chęci posiadania wszystkiego, w czym palce maczał Duży Mike. Dziwię się, że akurat ten komiks wybrano do publikacji po znakomitym Baltimore. Owszem, nie brak mu pulpowej energii typowej dla komiksów Amerykanina, ale na tym jego walory się kończą, bo z drugiej strony na tle najlepszych prac tego autora rzecz wypada jak tytuł drugiej kategorii. To zdecydowanie pozycja odcinająca kupony od sławy Mignoli. Owszem, ma jakieś plusy, jak atmosfera znana z opowiadań Lovecrafta przeniesiona do wiktoriańśkiego Londynu czy kilka fajniejszych grafik (acz te ze szkicownika są najlepsze). To jednak za mało, by uznać tę historię za musiszmiecia i uważam, że Mignola nawet w kolaboracjach z różnymi rysownikami miał w dorobku znacznie lepsze opowieści.

niedziela, 4 lutego 2024

Kaczki. Dwa lata na piaskach. Kate Beaton.

 


To zdumiewające, jak doświadczenie kogoś zupełnie innego niż my, kto żyje bardzo daleko stąd, potrafi być bliskie i poruszające. Kate Beaton opisuje swoją osobistą historię oraz konkretne problemy swojej małej społeczności oraz Kanady w ogóle. Ja jednak - po przeczytaniu paru pierwszych stron - miałem wrażenie, że autorka opowiada o Polsce pierwszych lat transformacji, kiedy to ludzie pozbawieni perspektywach opuszczali swoje wsie, miasta, czy miasteczka, wyjeżdżając za pracą na długie lata na zachód. Mimo tej analogi, trudno nie zauważyć, że w nagrodzonych m.in. nagrodą Eisnera Kaczkach, tematy ekonomiczne ustępują obserwacjom natury obyczajowej, które wybrzmiewają jeszcze bardziej swojsko.


Po otwarciu komiksu natrafiamy na mapki ukazujące miejsca akcji, co dla mnie mającego kłopoty z geografią, jest bardzo pomocne. Mamy więc mapę całej Kanady, jej wschodnią cześć - Nową Szkocję - skąd autorka pochodzi oraz zachodni region Alberty, gdzie znajdują się piaski roponośne, na których spędziła 2 lata. Naraz ukazuje nam się Kate Beaton we własnej - cartoonowej – postaci. W ramach prologu tłumaczy nam, że pochodzi z małej urokliwej wyspy Cape Breton (prowincja Nowa Szkocja), w której tradycyjne zawody obumierają i większość dorastających na niej ludzi jest pogodzona z perspektywą wyjazdu zarobkowego w głąb kraju. Kate czuje się do tego podwójnie zobligowana, ponieważ chce spłacić kredyt studencki, który pozwolił jej zdać studia humanistyczne (ten akurat motyw – kredyt studencki - nie wydaje mi się w naszym kraju specjalnie rozpowszechniony).


Nasza bohaterka opuszcza swój świat i przenosi się w zupełnie inną scenerię. Pierwszy etap to Syncrude, dalsze będą do siebie podobne – księżycowe krajobrazy obsiane infrastrukturą wydobywczą. Specyficzne molochy, które zostały zaprojektowały dla mas pracujących przez wielkie korporacje. Odtąd domem staje się robotniczy barak, a mało przyjemna dla oka przestrzeń życiowa zostaje ograniczona do ściśle wyznaczonych punktów. Ten hermetyczny świat opanowany jest głównie przez mężczyzn. Czego w takim miejscu szuka młoda dziewczyna? Tego co wszyscy – szybkiego zarobku.


Wielkie zakłady wydobywcze są otwarte dla wszystkich, dlatego Kate bez większych problemów dostaje względnie lekką pracę w narzędziowni. Pierwsze kroki nie są łatwe, bohaterce trudno się zaaklimatyzować do specyficznych warunków jej nowej egzystencji. W tym mniej więcej miejscu wyłuszcza się podstawowy temat opowieści Beaton, a są nim relacje społeczne i wpływy środowiskowe. Wrażliwość bohaterki niejednokrotnie będzie wystawiona na próbę, gdyż codziennością staną się dla niej: szorstkie traktowanie, seksizm, a także zwyczajne chamstwo wielu pracowników, którzy - jak podejrzewa autorka - zachowują się tutaj zupełnie inaczej niż w swoich domach oddalonych o setki, czy nawet tysiące kilometrów. Smutną prawdą jest to, że człowiek powoli przestaje reagować i przywyka do drobnych patologi objawiających się pod postacią złośliwostek „kolegów z pracy”, ponieważ ich natrętne teksty są jak powietrze. Co jednak kiedy pewna granica zostaje przekroczona i słowa przyoblekają się w czyny?


Kate Beaton uczciwie opisuje swoje przeżycia - przedstawiony przez nią obraz sytuacji jest wielowymiarowy, dlatego przytacza też pozytywne przykłady relacji z innymi osobami, także płci przeciwnej, które były dla niej dobre i udzielały potrzebnego wsparcia. Tak więc bynajmniej nie jest to zjadliwa feministyczna satyra na samców alfa, ani tym bardziej paszkwil na środowisko proletariatu w ogóle. Pracownicy kopalni stanowią tak wielobarwny, różnorodny konglomerat, że trudno ich jednoznacznie zaszufladkować w staroświeckie i sztywne terminy klasowe.


Kolejnym problemem, który kanadyjska artystka ukazuje - unikając górnolotnych i jednoznacznych deklaracji - jest zagrożenie środowiskowe związane z wydobyciem ropy. Z jednej strony zdaje sobie ona sprawę z dewastacji krajobrazu i ogólnej szkodliwości takiego procederu - zarówno dla przyrody jak i ludzi - z drugiej dobrze wie, że - podobnie jak inni – jest tylko szeregową robotnicą na Gwieździe Śmierci, co daje wymierne zyski, których praca w kulturze na pewno by jej nie zapewniła. Tematy ekologiczne to zaledwie niewyraźnie zarysowane tło opowieści. Tytułowe kaczki zaś pojawiają się w ramach epizodu, jako klarowny symbol migracji do miejsca, które okazuje się przynosić zgubę.


Powieść graficzna Beaton to historia dwóch lat życia rozpisana na przeszło 400 stronach. To nie jest komiks „do zaliczenia” za jednym podejściem. Narracja, która wywołuje wrażenie pewnej monotonii, zbudowana jest z ciągu krótkich, często jednostronicowych epizodów, życiowych obserwacji, nieraz bardzo drobnych i pozornie niewiele znaczących. Wszystkie te ulotne chwile budują jednak spójną rzeczywistość, której ocena zależy od wrażliwości czytelnika. Myślę że bez względu na płeć, każdy kto pamięta jak zaczynał swoją przygodę na rynku pracy i naraz znajdował się w obcym dla siebie środowisku - gdzie obowiązywały: rutyna, specyficzny kodeks oraz dyktowane śmiertelną nudą dziwaczne rytuały - może się z przeżyciami bohaterki utożsamić.


Wielu artystów, którzy decydują się na komiks autobiograficzny wybiera prosty, umowny styl rysowania. Nie inaczej jest w przypadku Kate Beaton. Jej kreska przypominana choćby dokonania Joe'a Matta czy Guy'a Delisle. Jest może nieco bardziej chwiejna, mniej dokładna, a czasem nawet „brzydka”. Szeregi podobnych kadrów przedstawiają postacie - trochę jak w sitcomie – najczęściej w planach bliskich. Twarz to zaledwie parę kresek - autorka z ich pomocą potrafi oddać wiele różnorodnych odcieni emocji. Tego typu narracja zostaje czasem przerwana przez ukazanie jedno lub dwustronicowej panoramy, na której widzimy przemysłową maszynerię i eksploatowane tereny. W tym wypadku wspominana wyżej „brzydota” kreski znajduje swoje pełne uzasadnienie.


„Kaczki” to komiks, który świetnie się czyta - z łatwością wchodzimy w skórę głównej bohaterki, aby śledzić jej upadki i wzloty. Nie ma w tej historii wielu zdarzeń, które określilibyśmy jako wielkie, czy wbijające w fotel, jest za to skromna i szczera obserwacja niuansów wynikających z najróżniejszy życiowych sytuacji, przy udziale obfitego katalogu świetnie zarysowanych indywiduów. Poza tym dowiadujemy się czegoś o Kanadzie. Być może dla niektórych ten kraj nadal jest synonimem dobrobytu i wolności. Co do tej drugiej kwestii straciłem wszelkie złudzenia po tym jak premier Trudeau zamroził konta protestującym przeciwko przymusowi szczepień. À propos zaś nieprzebranego bogactwa Kanady, to autorka nie przemilcza, ale też i nie uwypukla faktu, że jest ono eksploatowane - nie przez narodowe - lecz ponadnarodowe korporacje, silniejsze od jakiegokolwiek rządu pozostającego na ich usługach. Skąd my to znamy? W tym miejscu w ramach dość przykrego paradoksu przychodzi mi na myśl termin „Kanada” jakim ochrzczono obóz w Birkenau, służący za magazyn do składowania zrabowanego majątku ofiar. 

 

Autor: Jakub Gryzowski