niedziela, 20 września 2026

Trzecia Kamera

 


Nazista z aparatem fotograficznym na okładce – nie trzeba mnie bardziej zachęcać. Od dawna interesuję się tematem propagandy, będącej udziałem wielkich systemów totalitarnych XX wieku, których zdobycze w tymże zakresie są rozwijane we współczesnych korporacjach medialnych i reklamowych. Komiks „Trzeciak kamera” to jednak nie jakiś suchy wykład naukowy, tylko brawurowa, trzymająca w napięciu opowieść rozgrywająca się w ruinach powojennego Berlina.


Oblężona stolica Trzeciej Rzeszy. Wdzierają się ruscy, chaos i śmierć. Tymczasem Hitler przed swym bunkrem, w dobrodusznej postawie namaszcza dzieci na ich ostatnią drogą w imieniu jedynej słusznej idei walki do samego końca. To znany wszystkim obrazek z filmów propagandowych - chyba jeden z najpopularniejszych ukazujących ostatnie dni II Wojny Światowej. Tym sposobem poznajemy tego, kto stał za kamerą – Waltera Frentza.


Walter Frentz to autentyczna postać operatora kamery Kompanii Wojennej Luftwaffe. Komiks na podstawie scenariusza Cedrica Apikiana, z świetnymi, realistycznymi rysunkami Denisa Rodiera („The Death of Superman”), stanowi pewną konfabulację na podstawie fragmentu powojennego życiorysu niemieckiego propagandzisty. Osobnymi bohaterami opowieści są żołnierze amerykańscy - agenci kontrwywiadu - szukający zbrodniarzy hitlerowskich. Postacią jednak najbardziej komiksową jest ukryty w ruinach Berlina Hauptsturmführer Strauss, psychopatyczny nazista zawiadujący niedobitkami Werwolf'u, który w dość infantylny sposób utożsamia się z bohaterami oper Wagnera (sic!). Wiadomo, jak Niemcy to i Wagner.


Całość jest sklecona jak dobry senasyjniak. Sporo i ciekawie się dzieje. Mamy tu także elementy kryminału, w którym karty odsłaniane są powoli, a autorzy wymagają od czytelnika pewnej dozy czujności. Jest to więc zdecydowanie pozycja rozrywkowa, mimo ciężaru historycznej makabry w tle. Nie znaczy to jednak, że pewne ważne problemy nie zostały napoczęte. Chodzi przede wszystkim o kwestię odpowiedzialności. Czy tłumaczenia Waltera Frentza, że robił on tylko zdjęcia, zdejmują zeń ciężar współwiny za zbrodnie systemu?


Odwiedź jest niestety dosyć wyświechtana. To stale (za Szkołą frankfurcką) powtarzany frazes - zresztą nieprawdziwy – że mianowicie każdy na miejscu tych ludzi – nazistów – zrobiłby to samo, że tak naprawdę byli to normalni ludzie kochający dzieci oraz zwierzęta. Opór tej tezie daje choćby Hannah Arendt w swojej słynnej książce „Eichmann w Jerozolimie”, w której to dokładnie wykazuje różne, odmienne postawy, ludzi oraz krajów, wobec nazistowskiej opresji. Poza tym, jeśli ktoś uważa, że jest niewinny, bo tylko wykonywał swoją pracę, nawet jeśli ta praca polegała na decydowaniu o zagładzie innych ludzi (tłumaczenia Eichmann), to jest to - delikatnie mówiąc - mało przekonujące.


Dla mnie najciekawsze w tej publikacji okazało się bogato ilustrowane i rzetelnie napisane historyczne posłowie. Co powinno nam uprzytomnić, że rzeczywistość jest ciekawsza sama w sobie i niekoniecznie trzeba ją podrasowywać fabularnymi – często wziętymi z sufitu - wątkami. Reasumując - Trzecią kamerę fajnie się czyta, jest ładnie narysowana, kolorowa, nie przytłacza ogromem tekstu – wprost przeciwnie - jest w niej wiele „milczących plansz” z żywą narracją komiksową oraz ciekawie - umiejętnie rozłożone na planszy - sceny akcji. Nie znajdziemy jednak w tej pozycji jakiejś głębszej refleksji na temat manipulowania masami ludzkimi za pomocą obrazu i dźwięku. Dlatego też dla interesujących się historią, propagandą oraz problemem niemieckiej winy i jej wyparcia, polecałbym inne lektury. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

niedziela, 2 sierpnia 2026

Dr Jekyll & Mr Hyde. Szyszko/Weinfeld

 



 Wszędzie tam, gdzie natykamy się na historię sfiksowanego naukowca, który po zażyciu jakiegoś specyfiku w sposób drastyczny zmienia swoje oblicze, mamy do czynienia z echem opowieści o Dr Jekyllu i Panu Hydzie. W tej rozdwojonej postaci jest coś na tyle atrakcyjnego, że stała się ona ikoną popkultury (popularniejsze są chyba tylko motywy faustyczne). Klasyczna nowela Stevensona odciska swoje piętno także na klasyce polskiego komiksu. W 1982 roku – dwa lata przed moim urodzeniem - wydano w PRL-u opowieść obrazkową duetu Stefan Weinfeld i Marek Szyszko pt. „Dr Jekyll & Mr Hyde”. Obecnie dostajemy nowe, kolekcjonerskie wydanie tego komiksu. Tym samym narzuca się pytanie, które można traktować wyłącznie jako retoryczne: czy do klasyków warto wracać? 
 Mam spory sentyment do tego komiksu. Jego stare wydanie, na żółtym papierze, posiadam – tak jakby - od zawsze. Leży obecnie gdzieś na dnie szafy w moim rodzinnym domu, obok innych reliktów minionej epoki. W warstwie fabularnej jest to oczywiście ekstrakt z dzieła Stevensona. Weinfeld nie po raz pierwszy podjął się tego typu zadania. Ten najpopularniejszy wówczas autor scenariuszy komiksowych poradził sobie z tym zadaniem na tyle, na ile to było możliwe w zeszycie o sześćdziesięciu paru stronach. Jednak tym, co przyciąga uwagę w pierwszej kolejności, nie jest sama tylko historia, tylko – jak to się mówi – świetna krecha. Tutaj przywodzi dokonania samego Jeana Girauda.  


 Wymieniany zazwyczaj na trzecim, czy nawet czwartym miejscu – po Rosińskim, Wróblewskim i Polchu – Marek Szyszko – rysownik, grafik, ilustrator - w niczym tamtym nie ustępuje. Ten pierwszy, twórca Thorgala, powiedział o nim kiedyś, że potrafił narysować wszystko. Z Weinfeldem współpracował w magazynie „Relax”, robił komiksy krótsze i dłuższe, historyczne, fantastyczne, sensacyjne, podróżnicze. Parę adaptacji literackich oraz awanturniczych biografii. Miał tę wyjątkową umiejętność, że swoją kreskę potrafił subtelnie przekształcać, dopasowując do opowiadanej historii. 


 Warto w tym kontekście wspomnieć o następnej przygodzie ze Stevensonem, którą duet Weinfeld - Szyszko zaliczył parę lat później tworząc komiksową adaptację Wyspy skarbów. Ludzie mojego pokolenia zapewne pamiętają tą charakterystyczną okładkę z pięknie namalowanym dziobem galeonu prującym wzburzone fale i mizernym chłopcem kurczowo zaciskającym palce na rękojeści pistoletu. Brat wycinał z tego komiksu sylwetki niektórych piratów – tak były fajne. Kreska Szyszki jest tu szybsza, bardziej zwiewna, jakby sprzęgnięta z naturą awanturniczej, marynistycznej przygody (choć może miał na ten album po prostu mniej czasu). Nastrój Dr Jekylla jest zgoła inny. Mroczny klimat wiktoriańskiej Anglii jest tu oddany z pełnym pietyzmem (ulice, wnętrza, meble – są świadectwem doskonałej kwerendy). Rysunki są ciężkie od gęstych linii inkera, przez co uzyskują bardziej statyczny charakter. Choć nie brak też dynamizujących zabiegów montażowych. W scenach o intensywnym napięciu emocjonalnym linie oddzielające poszczególne kadry zostają zniesione. Niejeden rysunek można by z Jekylla wyciąć i powiesić w ramce. Na szczęście brat ten tytuł oszczędził. 


 Sposób opowiadania tej historii obrazkowej może nie przypaść do gustu entuzjastom współcześnie tworzonych komiksów. Mamy tu parę archaicznych rozwiązań fabularnych. Czujemy niejednokrotnie aż nazbyt posuniętą skrótowość, gdy całe sceny rozgrywane są w jednym tylko kadrze, a spore epizody, na jednej lub dwóch stronach. W odróżnieniu jednak od wielu komiksowych ramot, nie uświadczymy tutaj przeładowania tekstem, narracja jest bardzo klarowna, przez co całość czyta się świetnie, choć może nazbyt szybko. Bez wątpienia jest to rzecz dla miłośników czegoś, co popularnie nazywamy Old School. Komiks ten miał, jak mniemam, już w dniu swojej premiery urzekać swoją klasyczną aurą. 


 Wydawnictwo Kurc proponuje nam nowe wydanie tego tytułu i w sumie dziwne jest tylko to, że dostajemy je dopiero teraz (po obecnych na naszym rynku wznowieniach Wróblewskiego, Christy i innych). Prezentuje się ono wspaniale, jest ciut większego formatu, posiada twardą oprawę i offsetowy papier. Są też kolory, co w zapowiedziach mogło budzić pewien niepokój. Na szczęście ich autor, Mateusz Kurczoba, który sam tworzy komiksy, poradził sobie dobrze. Został zachowany klimat retro, kolory o skąpej palecie są przytłumione, jakby przez czas lekko nadgniłe. Nie wiem jaką techniką zostały nałożone, ale przypominają akwarele bez widocznej interwencji komputera (dzięki Bogu). Kolorysta nie zdecydował się na eksperymenty typu: niekonsekwentne podmienianie kolorów, czy pomalowanie całej planszy jedną barwą, co stanowiłoby dla mnie ciekawe nawiązanie do technicznych niedoskonałości dawnych publikacji. W obszernym posłowiu zabrakło niestety paru słów na temat pracy oraz intencji Kurczoba.    


 Pora wspomnieć o kolejnej zalecie nowego wydania, którą niewątpliwe są dodatki. Tekst Pawła Ciołkiewicza zmieszczony na końcu komiksu opowiada szeroko o recepcji dzieła Stevensona, jego licznych adaptacjach i nawiązaniach. Natomiast artykuł Marcina Osucha i Konrada Wągrowskiego przybliża nam sylwetki autorów opowieści rysunkowej. Do tego dostajemy jeszcze parę ilustracji Marka Szyszki. 


 Na koniec pozostaje tylko odpowiedzieć na wcześniej postawione (retoryczne) pytanie. Po co wracać do staroci? Niewątpliwie jest coś nieprzemożnie urzekającego w opowieści szkockiego autora sprzed ok. 140 lat, że tyle razy, na różne sposoby do niej wracamy. Każdy twórca i interpretator, gdzie indziej rozkłada akcenty. Niektórzy skupiają się na aspektach związanych z ukrytą, mroczną stroną ludzkiej natury. Witkacy zainspirowany powieścią Stevensona namalował siebie jako Dr Jekylla i Pana Hyde'a, co współgrało z jego filozoficzną ideą dwoistości bytu. Dla mnie ta historia jest interesująca, ponieważ pod przykrywką gatunkowej powiastki, ukrywa lęki związane z post-oświeceniową obsesją absolutnej kontroli społecznej, czemu służyć miały wynalazki współczesnej nauki (Huxley w Nowym wspaniałym świecie, idzie tym tropem dużo dalej). Dr Jekyll miał przecież dobre intencje, chciał za pomocą związków chemicznych sprawić żeby ludzie byli lepsi. Oczywiście skończyło się to bardzo źle. Jak zawsze gdy wchodzimy w buty Pana Boga.  

 

Autor: Jakub Gryzowski 

czwartek, 30 lipca 2026

Papuga Fridy Kahlo. Jason.

 



Nie przesadzę, jeśli powiem, że Jason jest jednym z najważniejszych artystów mojego życia. Nie pisałem o jego twórczości od wielu lat, bo jakoś nie było okazji, ale bardzo się cieszę, że już od jakiegoś czasu — za sprawą wydawnictwa Kurc — na polskim rynku pojawiają się kolejne zbiorki jego prac. „Papuga Fridy Kahlo” jest tym najnowszym. 


Czasem myślę, że Jason nie istniałby artystycznie bez cytatu. Bez całej kulturowej otoczki, do której nawiązuje niczym najciekawsi postmoderniści filmowi lat 90. i początku 2000 (bo w gruncie rzeczy, mimo dobierania stricte komiksowych środków tematycznie kluczy najwięcej wokół celuloidowych nurtów i gatunków), nie miałby tyle wdzięcznych motywów i pretekstów do snucia swoich opowieści. Warto jednak zauważyć, że z jednej strony inspiruje go Jean-Pierre Melville, z drugiej slapstick rodem z początków kina, a z trzeciej wybite za narkotykowe długi zęby słynnego jazzmana-samobójcy, Cheta Bakera. Nawiązania są wyjątkowo bogate. Tematycznie nie stoi więc twardo w jednym miejscu i raczej rzadko się powtarza, chyba że chodzi o jego ukochane noir. Nieraz bowiem parafrazował „Asfaltową dżunglę” czy „Killing” Kubricka.


Formalnie w jego komiksach pozornie nie dzieje się dużo. Jason opanował swój minimalizm do perfekcji i przy użyciu oszczędnych środków potrafi opowiedzieć zarówno thriller polityczny, jak i spektakularną historię sci-fi. Chętnie sięga po pulpę, ale jego noir czy fantastyka naukowa zawsze podszyte są wątkami egzystencjalnymi — nieraz kafkowskimi — co mimo korzystania z popkulturowych elementów czyni z niego całkiem poważnego artystę, a nie tylko gatunkowego kuglarza pokroju Tarantino.
Trudno powiedzieć ostatecznie, czy Jason jest quasi-bitnikiem, punkowcem czy jeszcze czymś innym. Myśląc o nim zawsze postrzegam go jednak jako autora kontrkulturowego, mimo iż dawno wyszedł z undergroundu i jest publikowany przez najważniejsze wydawnictwa na świecie, a jego oryginalne prace osiągają całkiem fajne ceny. Na pewno nie jest już osobą działającą na spontanie; przez lata wyrobił sobie warsztat, z którego korzysta bardzo świadomie. Z Jasonem już od dobrych dwóch dekad trzeba się na scenie komiksowej liczyć. To bardzo ciekawe, bo pochodzący z Norwegii artysta musiał zapewne włożyć masę pracy w budowanie swojej pozycji w krajach anglosaskich i frankofońskich.
Jason doczekał się (sam tak zresztą pisałem) porównań z kinem Jima Jarmuscha, bliski jest mu również Aki Kaurismäki czy wspomniany na rewersie niniejszej książeczki Wes Anderson. Egzystencjalny wydźwięk jego miniatur zbliża je też do niepohamowanej sugestywności i siły miniatur i poezji Charlesa Bukowskiego, którego Norweg zdaje się szczególnie sobie ukochał, bo portretował go kilka razy i zrobił nawet okładkę do norweskiego wydania jego twórczości.


Jak wspomniałem, na pewnym poziomie jego praca to filmowa robota. Zamiast aktorów używa jednak prościutko narysowanych animorfów o beznamiętnych twarzach, łudząco podobnych do Bustera Keatona. Psy, ptaki oraz inne zwierzaki chodzące na dwóch nogach i porozumiewające się jak ludzie to dla niego postacie, z których korzysta niezwykle sprawnie, niczym z plejady znanych aktorów złotej ery Hollywood. Nierzadko odwołuje się przy tym do istniejących postaci, przykładowo parafrazując w tym tomiku „Noc myśliwego” z Robertem Mitchumem. Korzysta wtedy — po mistrzowsku — z rekwizytu i kostiumu. Spojrzymy raz na rysunek i od razu wiemy, że to dany aktor, dana postać.


Jason lubi dramat, ludzkie tragedie i smutne tematy. Ostatnio zaaranżował nawet na potrzeby komiksu niezwykle dołującą biografię Nicka Drakea, jednego z najsłynniejszych brytyjskich folkerów. Bardzo czekam na następne komiksy tego twórcy. Część już mam na półce po angielsku, więc jestem trochę do przodu z tematem na tle naszego rynku. Jednak nawet ja mam w zbiorach jakieś braki i mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo Kurc pozwoli je sukcesywnie uzupełnić. 

poniedziałek, 25 maja 2026

Pracownicy Morza

  


 

Viktor Hugo wielkim pisarzem był, ale uczciwie przyznam: ni diabła nic nie wiem o jego twórczości. „Pracownicy morza” wyglądali jednak na tyle atrakcyjnie, że strasznie się na nich napaliłem i uznałem przeczytanie tego komiksu za obowiązek. Stylem wszak przypominają zarówno szaleństwa Toppiego jak i grafiki Gustava Dore, a może nawet Andreasa. Uwielbiam to, co tu się dzieje w warstwie wizualnej. Od strony plastycznej to zresztą kolejny komiks w ofercie Egmontu, który pasuje do ich stałej oferty jak pięść do nosa (co się bardzo chwali!) i bardziej można by się spodziewać czegoś takiego po, na przykład, Mandioce.

Po lekturze mam jednak wrażenie, że ktoś wybrał go do oferty ze względu na grafikę a nie na treść, bo fabularnie album nie dowozi, delikatnie mówiąc. Nawet jeśli ze względu na moje nieobycie z pisarstwem Hugo trudno mi oceniać, na ile jest to udana adaptacja. I mówi to ktoś, kto zdecydowanie ceni komiks marynistyczny i typowo europejski. Owszem, rzecz prezentuje się naprawdę spektakularnie, kompozycje plansz podane w wielkim formacie i niezaprzeczalny power, jaki ma w łapie Michael Durand (podobno na rynku frankofońskim bardzo ceniony twórca), wgniatają czytelnika w fotel. Problem leży jednak w tym, że autor – mimo świetnego pomysłu na stylizację plansz tak – średnio potrafi posklejać całą historię za pomocą grafik tak, by zaserwować przekonującą całość. Przez to najzwyczajniej męczył mnie ten album. Z jednej strony jarałem się dostarczoną tu stylistyką, z drugiej nie obchodziły mnie zupełnie losy portretowanych postaci. Strzelam więc, że to problem adaptacyjny, który zgubił całą głębie psychologiczną, jaką mógł zawrzeć w swojej powieści Hugo. Może oczywiście miałem zły okres, ale naprawdę szarpałem się z tym komiksem z tydzień czasu, przeplatając lekturę innymi, znacznie strawniejszymi tytułami.

Nie zrozummy się źle, Egmontowi i nowym ludziom w jego zarządzie (pozdrawiam serdecznie) chwali się, że chcą w końcu próbować czegoś innego niż majtki na kalesony. Tylko fajnie by było, gdyby udało się trochę lepiej selekcjonować tytuły. O ile ostatnio bardzo starałem się wybronić „Otchłań zmartwychwstań” – mimo iż była to dość siermiężną szmirą – to w przypadku „Pracowników morza” nie mam pomysłów na pozytywną argumentację. Graficznie to oczywiście perełka, widać to na pierwszy rzut oka, za to nie muszę świecić gałami, ale albo ja nie dorosłem do tej opowieści (acz przyznam się, że faktycznie nie cenię lekturkowców), albo jest po prostu słabo. 

Projekt Rust

 


 

 „Jaka jest Pana narodowość?” — „Jestem pijakiem” — odpowiada śmieszek Bogart w słynnej „Cassablance”. Myślałem kiedyś nad podobną ripostą i jeśli by ktoś zapytał mnie o mój kulturowy rodowód, bez wahania odparłbym, że należę do Plemion Semickich. Wiem, ten suchar brzmi dziwnie a i Braunowcy by mi tego nie przepuścili (swoją drogą, lider, wraz z tymi Jaszczurami, to w chuj komiksowe postacie), ale takie są fakty. Kształtowałem się jako człowiek w latach 90., a najważniejszą rolę wtedy odgrywały w moim życiu komiksy z wydawnictwa TM-Semic, które między 90 a 98 rokiem wypuszczało na polski rynek pozycje z kalesoniarzami.

Pewnie dorosłym, poważnym ludziom może wydawać się to śmieszne, ale wydawnictwo to faktycznie przeprowadziło mnie przez trudne i mroczne lata 90. Był to dla mnie okres uczęszczania do szkoły podstawowej, w której się nie odnajdywałem, a dręcząca mnie nieleczona depresja i życiowe problemy rozpierdalały mnie na czynniki pierwsze. Można powiedzieć, że komiksy były ucieczką od rzeczywistości, byłoby to jednak duże uproszczenie. To dzięki propozycjom TM-Semic stałem się świadomym odbiorcą kultury. Dzięki tytułom jak „Silver Surfer” Moebiusa czy „Batman: Machiny” McKevera otarłem się o prawdziwą sztukę, poznałem co to refleksja nad dziełem, jak złożona potrafi być alegoria głębokiej fikcji i jak wiele mówi ona o naszym świecie. Bo patrzyłem wtedy pierwszy raz — i tak już mi zostało do dziś, inaczej nie potrafię — na świat przez pryzmat sztuki.

Za każdym wydawnictwem stoją oczywiście konkretni ludzie. Twarzą tej oficyny, mającą kontakt z czytelnikami, był prowadzący strony klubowe Arkadiusz Wróblewski, ale równie ważną — albo może ważniejszą — okazuje się dziś stojący wówczas nieco w cieniu redaktor naczelny, Marcin Rustecki. To o nim jest ta książka. Wywiad rzeka opowiadający nie tyle o człowieku komiksu, co właśnie człowieku kultury, bo Rust (jak nazywają go przyjaciele i jak podpisuje swoje prace) zajmował się nie tylko jednym medium. Ważną rzeczą jest fakt, że jeszcze przed stanem wojennym udało mu się spierdolić do Londynu, gdzie jako młody człowiek, prócz parania się budowlanką, mógł karmić się kulturą tak, jak później mnie karmił komiksami w latach 90. Wrócił zresztą do Polski dokładnie po upadku żelaznej kurtyny, ze świetną znajomością angielskiego i obyciem w kręgach popkultury. Co ciekawe, będąc na emigracji nie czytywał zbyt wiele superhero. Wciągał komiks europejski i brytyjski. Kalesoniarzami zajął się dopiero wtedy, gdy dostał prace we wspomnianej firmie. Dzięki niej też ze średnio opłacanego emigranta stał się nagle — jak sam to ujął chyba na łamach tego wywiadu rzeki — kimś na kształt gwiazdy rocka. A przynajmniej tak się czuł przez niemal dekadę. Jeździł po Comic Conach, spotykał Stana Lee, zwiedzał najwspanialsze miasta w Stanach, a jego dobrze płatna praca polegała na czytaniu komiksów. Mówi zresztą o tym okresie jako o najpiękniejszym w swoim życiu. W tej branży po 2000 roku to prawie nieosiągalny status. Sam wiem o tym dobrze, bo naiwnie przez jakiś czas pędziłem za podobnym komiksowym marzeniem (próbując żyć z pisania), które ostatecznie okazało się nie do zrealizowania dla gnojka z prowincji.

Oprócz fantastycznych opowieści o życiu, które wyciągnął z Rusta przepytujący go
Jakub Demiańczuk (na co dzień piszący znakomite teksty o komiksach do Polityki) i wspominkowych pocztówek z epoki gdy używało się do komiksów naprawdę kiepskiego papieru, książka zawiera również masę ważnych dla Rusteckiego tytułów. Wchodzimy mu do głowy, by poznać prawdziwe, skrupulatnie nakreślone kompendium tego, co go kształtowało. To o tyle ważne, że gustowi tego człowieka zawdzięczamy wiele wspaniałych tytułów, jakie ukazały się na naszym rynku z jego ulubionym „Lobo” rysowanym przez Bisleya na czele. Książkę zresztą kończy kilka list będących topkami filmów, komiksów, literatury i muzyki. Sam uwielbiam takie wyliczanki. Zarówno poznawać, jak i samemu preparować. Postanowiłem więc swój tekst też zakończyć listą ulubionych komiksów ze stajni Semika, którą kilka lat temu wyprodukowałem.

1) „Weapon X” (najlepszy komiks Marvela ever)
2) „Batman: Machiny” (komiks, który mnie stworzył jako odbiorcę sztuki)
3) „Silver Surfer” Moebiusa (pierwsze zetknięcie z pracami mistrza)
4) „Spider-Man: Torment” (po latach stwierdzam, że najbardziej lubię horrory z pająkiem)
5) „Batman: Zabójczy żart” (Klasyk. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby to dawać dzieciom)
6) „Daredevil” (przez lata jedyna szansa na zetknięcie z Diabłem z Hell's Kitchen)
7) „Punisher: Eurohit” (albo i „Year One”, ale od „Eurohitu” zaczęła się moja miłość do Franka)
8 ) „Batman: Venom” (teraz może nie jest to zbyt odkrywcze, ale wtedy, dla 12-letniego mnie, warstwa psychologiczna była mega głęboka)
9) „Rise of the midnight sons” (niestety wyszło u nas pokrojone, ale to i tak genialny horror Marvela — wiem, że nie wszyscy cenią, ale ja jestem wielkim fanem tej historii)
10) „Sabretooth” (Texeira!)
11) „Batman versus Predator” (totalny sztos)
12) „Aliens vs. Predator” (jeżu, ile mam wspomnień z tym komiksem, kupił mi go dziadek, czytałem 100 razy)
13) „Aliens: Labirynt” (pierwszy Woodring, mamo, jak ja chciałem więcej takich komiksów)
14) „Lobo. Ostatni Czarnian” (!)
15) „Ghost Rider 2099” (wtedy Bachalo potrafił, w pewnym momencie to był mój ulubiony rysownik)
16) „Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena” (znów horror z pająkiem, mam w stanie niemal idealnym, jakby wczoraj kupione w kiosku)
17) Oryginalne Żółwie Ninja (spod ręki Kevina Eastmana, z okładkami Glena Fabry - wtedy tylko my i włosi dostaliśmy te okładki).
Dodałbym jeszcze Ghost Ridera Howarda Mackie, ale bym oszukiwał, bo czytałem go już w zachodnim zbiorczaku.

Pace, Love, Rustecki.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Otchłań Zmartwychwstań.

 


Generalnie jestem zdania, że w komiksie nie ma odpowiednika czegoś takiego jak kino eksploatacji czy, jak to się popularnie mówi w naszym kraju, „kino klasy B”. Owszem, są tam jakieś podziały gatunkowe, ale najtańszą pulpą w komiksie zajmowali się wszak często mistrzowie, nie ma więc tu mowy o czymś drugiej jakości. Komiks zazwyczaj jest albo dobry, albo zły. Jednak zderzenie czytelnika z niżej opisywanym, kostiumowym horrorem, już u podstaw musi wywołać pewne skojarzenia z tanią rozrywką i kulturą niewysoką. 
 
W „Otchłani zmartwychwstań” (cóż za serowy tytuł) mamy dość toporne nawiązania do klasycznych już opowieści grozy, zarówno Lovecrafta jak i ogólnie konwencji mroźnego piekła z „Terrorem” na czele. Rozciągnięta na raptem sto stron fabuła jest prosta jak drut, ma stosunkowo szybko zarysowane postacie i raczej niezgrabnie klonuje różne motywy. Przez to nie dostajemy nic szczególnie wyszukanego czy oryginalnego. Jest tu też kilka kuriozalnych scen i osobliwy twist, który autorzy mogliby sobie darować. Inną sprawą jest to, jak się ten komiks czyta – przyznam, że pomijając te wpadki fabularne, wciąga się go bardzo miło. 
 
Rysunki generycznością dorównują fabule. To przy okazji jednak też komiks podkreślający to, co stwierdziłem w pierwszym akapicie. Mimo pewnego braku artystycznego sznytu – a do tego estetycznie kręcąc się wokół stylu zerowego, typowego realistycznego frankofońskiego czytadła, nawet jeśli rysownik jest z Chile to nie ucieknie od takich porównań – to bardzo dobra robota w swojej klasie. Oczywiście można powiedzieć „każda potwora znajdzie swego amatora” i nie przeczę, że jestem miłośnikiem fabuł opartych o konwencję mroźnego piekła, pewnie też dlatego trudno mi osądzić ten komiks – nomen omen – chłodno. Nic jednak nie poradzę, podobało mi się najzwyczajniej i nie żałuję ani chwili poświęconej temu albumowi. 
 
Już ponoć gdzieś tam ptaszki śpiewają, jak to ten album jest tragicznie słaby. Musiał stwierdzić to jednak ktoś z bardzo niską tolerancją na tanie horrory. Inna sprawa, że jako miłośnika kostiumowej grozy i mroźnych opowieści pewnie łatwo mnie kupić. Bierzecie więc na ten tekst pewną poprawkę i sięgajcie po „Otchłań zmartwychwstań” na własną odpowiedzialność. Z pewnością nie takie generyczne frankofony w przeszłości jednak wciągaliście. Największym problemem jest więc pewnie przesyt takiego materiału na rynku, ale z drugiej strony dobrze, że Egmont nie ogranicza się do amerykańskiego mainstreamu i serwuje nam również takie historie.

środa, 4 marca 2026

Krew Dziewicy - Sammy Harkham

 


„Krew dziewicy” figuruje w zapowiedziach Kultury Gniewu dopiero na przyszły rok. Miałem jednak szczęście i udostępniono mi ten komiks (jeden z najbardziej wyczekiwanych w historii oficyny) przedpremierowo, jeszcze przed Świętami. Jako nerd filmowy z wielką przyjemnością sięgnąłem po ten album, świetnie zrealizowaną widokówkę znad krawędzi wątpliwego sukcesu w Fabryce Snów i przy okazji jedną z najlepszych obyczajowych powieści graficznych, jakie ostatnio czytałem.

Zdradzę Wam tajemnice: o filmach zazwyczaj pisze mi się znacznie trudniej niż o komiksach. Komiksy robią dwaj/trzej goście siedzący na dupie (pewnie są wyjątki), czytasz ich dzieło i wszystko już wiesz. Jeśli natomiast chcesz puścić bardzo dobry tekst o kinie, uwzględniając okoliczności powstawania utworu i wyczerpując temat, musisz odwalić research. Takie pisanie to ciężka praca, w której – jeśli się będziesz opierdalał – wyjdzie twoja ignorancja. Szczególnie że o perypetiach niektórych autorów na planie, czy nawet w życiu osobistym, warto poczytać w kontekście ich twórczości. Dopiero wtedy nabiera ona rumieńców. Potężna ilość takich person kryje się w historii horroru i kina eksploatacji, u nas częściej zwanego (czasem błędnie, ale przyjęło się to określenie i nic na to nie poradzimy) kinem klasy B. Zaczynając od Eda Wooda, przez Mario Bavę, czy hardkorowców pokroju Cronenberga i Żuławskiego, na postaci zmarłego nie tak dawno Rogera Cormana kończąc.


„Krew dziewicy” jest opowieścią właśnie o fragmencie takiego żywota kogoś, kto mógłby być trybikiem w świcie Cormana, gdy ten święcił swoje sukcesy w kinach samochodowych. To fabularyzowana imaginacja o specyficznym środowisku, które z bliska wydaje się zasiedlone całkiem zwykłymi ludźmi rzuconymi przez los w pewne czasy i miejsce. Konkretnie mam na myśli okres świetności niskobudżetowych horrorów i ich masowej produkcji. Jako kinofil i nałogowy odbiorca komiksów, kocham filmy o robieniu filmów prawie tak samo mocno jak komiksy o komiksiarzach. Obrazy pokroju „Wybuchu” De Palmy czy tytuły takie jak „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza Ci sił”, to to, co tygryski lubią najbardziej. „Krew dziewicy” Sammyego Harkhama staje nawet bliżej ludzi romansujących z dziesiątą muzą, bo same dzieła zdają się autora nie do końca interesować. Zamiast tego wchodzi dosłownie do łóżek realizatorów, pokazuje słabostki, problemy rodzinne, porażki, wzniesienia i dręczące ich obawy. Tu trzeba zaznaczyć, że wbrew pozorom (jeśli o formę chodzi) to jest to mało filmowy komiks. To mocno eisnerowska kronika upadków. Ta formuła to zresztą wybór trafny, bo idealnie pasuje do przyglądania się ludziom i zjawiskom. W swojej kategorii Harkham ląduje dość wysoko na podium. Jego portrety, zarówno bohaterów jak i branży, wydają się bowiem bardzo realistyczne i odbiorcy łatwo wejść w zaproponowane przez autora realia. Dodatkowo kilkakrotnie sięga on do bardzo poetyckich rozwiązań. Przykładowo dość trafne wydaje się zestawienie przez niego holokaustu z obskurnym kinem grozy i sugestią dla czytelnika, by ten zastanowił się, czym naprawdę jest horror. Takie spojrzenie wpisuje się w filozofię gatunku.


Graficznie Harkham nie sięga gdzie nie potrzeba. Cały komiks narysowany jest cartoonową kreską mocno przypominającą estetykę gazetowych pasków. Nie potrzeba tu nic więcej, by uwiarygodnić swoje dorosłe „Fistaszki”. Uproszczenie rysunku nie oznacza jednak, że jest brzydko czy nieciekawie. Ilustracje pokazują też rogi w momentach, gdy milczący bohater tej opowieści – Miasto – zaczyna żyć na naszych oczach własnym życiem, czy we fragmentach przywołujących bardziej impresyjne układy kadrów.


Jeśli miałbym zestawiać „Krew dziewicy” ze znanymi mi tytułami, postawiłbym ją obok „Codziennej walki” Larceneta, „Niedoskonałości” Tomine i „Ciemności Smalandii” Bromandera. Trzech arcydzieł skupiających się na barwnych postaciach z silnie zarysowanymi charakterami, które – mimo bycia wytworem czyjejś wyobraźni – są tak bardzo żywymi osobistościami, że wierzymy w te kreacje do głębi i mamy wrażenie obcowania z prawdziwą biografią.