czwartek, 8 kwietnia 2021

Czarna Orchidea. Gaiman/McKean

 


Alchemia polega na tym, że pan mistyk-specjalista bierze sobie pierwiastek A i przy zachowaniu zasad równej wymiany transmutuje go w pierwiastek B. Tak to działa w sporym uproszczeniu i według zasad z najlepszego anime ever, faktyczne szczegóły historyczne są nudne. W komiksach natomiast alchemia polega na wygrzebaniu z wora zapomnienia postaci kompletnie nieistotnej i przekonfigurowaniu jej fabularnego kośćca w opowieść fascynującą i wartą zapamiętania na lata. Majstrami w tym przypadku są Neil Gaiman i Dave McKean, a betonem zamienionym w złoto jest „Czarna Orchidea”.

Generalnie to chodzi o superbohaterszczyznę. Jest sobie tytułowa bohaterka i ma ona moce, takie dosyć typowe dla pulpowego noir. Poza standardowym pakietem zwiększonych możliwości fikołkowych Czarna Orchidea jest totalną wymiataczką w dziedzinie przebieranek i tę umiejętność wykorzystuje, a jakże, do infiltracji i dochodzeń. Możemy tylko przypuszczać, że do tej pory wychodziło jej to całkiem nieźle. Niestety nam przyjdzie poznać jej historię w momencie, w którym zostaje złapana, zastrzelona i spalona. Skutkiem zaskakująco rozsądnego overkilla nie są jednak napisy końcowe, a początek hipnotyzującej, mistycznej tułaczki na granicy świadomości.

 


 

W sumie to nieprzypadkowo wspomniałem na wstępie o alchemii. Carl Gustav Jung dopatrywał się w zapiskach o tej dziedzinie alegorii do procesu indywiduacji. W skrócie chodzi o formowanie jaźni, które to miało zachodzić w dużej mierze w krainie snów. Zawsze bardzo lubiłem w recenzje wpychać słowo „oniryczny”, bo mądrze brzmi i do wielu narracji naprawdę pasuje. Teraz czuję, że powinienem wszystkie te poprzednio użyte oniryzmy zachować sobie do tekstów o dziełach Gaimana. „Czarna Orchidea” to nie jest komiks superbohaterski, to opryskany rozlanym tuszem wydruk z maszyny rejestrującej sny, tylko przypadkiem w krainie Morfeusza tańcują Batman, Poison Ivy i Swamp Thing.

Tak właściwie to mam do autora ogromny szacunek za to, jak zręcznie udało mu się osadzić narrację w uniwersum DC Comics i jednocześnie uniknąć popkulturowego smrodu przepoconego spandeksu. Wziął sobie bohaterkę, która nie obchodziła absolutnie nikogo i dobudował jej mitologię mogącą usprawiedliwić swobodny lot po bezkresie nawiązań i inspiracji. Tę zwiewną, tajemniczą mgiełkę zbudował przy okazji na szkielecie całkiem konkretnego, mrocznego origin story. Pokazał, że konsekwencje nadludzkich zdolności, takie jak powrót do życia, to nie zawsze jest (i nie powinien być) bezstresowy spacerek.

 



Z drugiej strony nie jestem pewny, czy nie dałem się zwyczajnie kupić przesadzonej, pretensjonalnej idei. Po odarciu z tego przekombinowanego, sennego romantyzmu „Czarna Orchidea” jest historią stosunkowo prostą, głębi nadaje jej jedynie ogromny talent Gaimana do mazania po nitkach onirycznego (musiałem) płótna. Nie musi to być wada, ale w sumie nie mogę nawet całkowicie szczerze stwierdzić, że ten album czyta się przyjemnie. Musiałem zrobić sobie przerwę, choć tomy takiej objętości połykam zwykle na raz, a z żadną z protagonistek (nie będę bardziej spoilerował) nie poczułem prawdziwej więzi. Bardziej pochłonęło mnie wszystko, co się z nimi działo.

Podobne nastawienie mam do ilustracji Dave’a McKeana. Nie ukrywam, generalnie ten komiks jest wizualnie powalający, każda strona to mała galeria spójnych, nieco psychodelicznych dzieł sztuki, których tonacje zmieniają się jedynie na skutek wyraźnych fluktuacji wątków. Artysta operuje prostymi kadrami, ale często ucieka z ich ram. W ich granicach zawsze doskonale wie co i z jakiej perspektywy ukazać. Robi to zresztą z mistrzowskim kunsztem, muska lekko realizm, ale szybko pierwsze skrzypce zaczynają grać malowane barwy, a kształty wyłaniają się z nich z trudem. Budowanie klimatu na poziomie mistrzowskim, trochę gorzej to wszystko jednak wypada pod kątem narracji wizualnej. Płynność jest bardzo umowna, zdarzało mi się mylić kolejność kadrów między stronami. Może to tak miało być? Nie wiem, w sumie chyba ten mętlik trochę pogłębił uczucie przebijania się przez warstwy nieświadomości. Koniec końców, pomimo łyżki dziegciu, podobało mi się to bardziej niż „Azyl Arkham. Poważny dom na poważnej ziemi”. McKean był tu po prostu bardziej przejrzysty.





 

"Czarna Orchidea” bardzo chciałaby być jednym z tych legendarnych dzieł, które zawsze będą na ustach wszystkich maniaków komiksów lubiących uważać się za koneserów nieco bardziej wysublimowanej formy tego medium. Prawie się udało. Prawie bo to Gaiman u początku swojej kariery, nienauczony jeszcze subtelności i zabiegów narracyjnych koniecznych do poprowadzenia nieskazitelnej narracji komiksowej. Nie brakowało jednak wiele – żeby była jasność, gdybym miał ocenić cyferką (co czasem bywa wygodne dla wyjaśnienia zawoalowanych myśli), wlepiłbym pionę z plusem. To przepiękna graficznie i fabularnie, urzekająca córa najbardziej klasycznych reimaginacji superbohaterskich. Zwiewna i delikatna opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości. Nie działa tylko idealnie jako komiks, ale zdecydowanie warto jej to wybaczyć. Must have.

 Autor: Rafał Piernikowski 

niedziela, 4 kwietnia 2021

Kingdom Come. Przyjdź Królestwo. Waid/Ross

 


Umówmy się, graficznie komiksy Alexa Rossa to pierwszej wody kicz. Udowodnił on jednak swoimi pracami, że jego styl świetnie pasuje do opowiadania historii superbohaterskich. Sam jestem wielkim fanem jego innego komiksu, stworzonego do spółki z Kurtem Busiekiem „Marvels” z 1994 roku. To wyjątkowo udana czteroczęściowa miniseria, która w cudowny sposób przeprowadza czytelnika przez historię Marvela. Sięgając po „Kingdom Come. Przyjdź królestwo”, osadzone dla odmiany w uniwersum DC, miałem więc wyśrubowane wymagania. 

 

 

Jeśli ma się na pokładzie Rossa, jest się już wygranym, bo twój komiks kupią kolekcjonerzy zbierający wszystko, co stworzył ich niezwykle ceniony za swoje rzemiosło idol. Fajnie byłoby jednak mieć też dobry scenariusz. W „Kingdom Come. Przyjdź królestwo” za warstwę literacką odpowiada Mark Waid. Postanowił stworzyć kolejną opowieść o świecie zagrożonym globalnym zniszczeniem, opowieść do bólu amerykańską, doprawioną przebrzmiałym już chyba wtedy (1996) zimnowojennym lękiem przed bombą atomową. Nie wiem, jak geniusz wpadł (sarkazm alert) na pomysł stworzenia takiej opowieści, ale w gruncie rzeczy ratowanie świata przez superbohaterów nie musi oznaczać czegoś wtórnego i złego. Taki scenariusz mają też przykładowo „Strażnicy” Moore'a i Gibbonsa, a mimo upływu lat trzymają się rewelacyjnie. Waid ma jednak kij od szczotki bardzo mocno osadzony w miejscu, gdzie nie dochodzi światło słoneczne, przez co fabule brakuje kontrastu w zestawieniu z równie sztywnymi, pompatycznymi rysunkami Rossa. 

 



 

Dość śmieszne wydają mi się też stwierdzenia niektórych czytelników, którzy się kajkoszom nie kłaniali, jakoby kunszt Rossa był „prawdziwą sztuką”. No ok, gość ma wyrobioną łapę, ale hiperrealizm nadaje się bardziej na okładki pulpowych magazynów (w tym Ross jest niekwestionowanym mistrzem) niż do galerii sztuki. Do komiksów natomiast jego warsztatowi brak dynamiki, czy o zgrozo, w ogóle zrozumienia, o co w komiksowym fachu jako takim chodzi, bo czasem bardzo istotna jest pewna umowność rysunku i design kadru. Na tym poziomie twórczość Rossa jest ogólnie na każdej płaszczyźnie przestrzelona. Można bronić tego komiksu, stwierdzać dość jasny fakt, że opowieść została tak uszyta, by autor mógł sobie porysować swoje iście socrealistyczne, czy jak kto woli – i tak źle, i tak niedobrze – żywcem wyjęte z „Triumfu woli” scenki rodzajowe. Niemniej poziom patosu jest tu aż mdląco ogromny. 

 




Pozostaje się modlić, żeby album ten, opatrzony przez niektórych etykietką dzieła wybitnego, nie dostał się w ręce ludzi mających złe zdanie o medium, bo dzięki niemu utwierdzą się w przekonaniu, że komiks superbohaterski to coś złego, kiczowatego (tyle raz co tu nie użyłem chyba jeszcze tego słowa w tekście) i w gruncie rzeczy szkodliwego. Coś niosącego ze sobą wartości, od których wrażliwsi lewacy zgrzytają zębami. Bóg, honor, Kingdom Come.

 

Top 10. Smax i inne opowieści. Moore/Di Filippo

 


Niniejszy album zbiera trzy miniserie. Dwie z nich to spin-offy do świetnego cyklu „Top 10” autorstwa Alana Moore'a poczynione przez niego samego, a trzecia fabuła jest kontynuacją napisaną przez Paula Di Filippo. Wyprzedzę Wasze pytania i już na wstępie powiem – wszystkie trzy są niezłe. Z kronikarskiego obowiązku przejdę jednak dalej, bo chciałbym je Wam pokrótce opisać. 
 
„Top 10” traktuje o dziesiątym komisariacie policji w nietypowej metropolii zaludnionej przez superherosów, rozumne roboty i insze stworzenia z nadprzyrodzonymi mocami. Dla Moore'a stanowiło to punkt wyjścia do opowiadania o tyglu kulturowym i odmienności jednostek w wielkim mieście. W oryginale udawało mu się to znakomicie. Tu wychodzi niewiele gorzej. 
 
 

 
 
Pierwsza opowieść zatytułowana „W roku 1949”, jak sama nazwa wskazuje, opowiada o wspomnianym mieście w latach powojennych. Tylko częściowo jednak dotyczy dziesiątego komisariatu. Ważniejsze wydają się tu relacje międzyludzkie i odkrywanie przez jedną postać swojej tożsamości seksualnej. To niezła historia, której zarzuciłbym chyba tylko fakt, iż słabo eksploatuje tak istotny w oryginale, wdzięczny motyw zatłoczonego miasta. Narysowana jest bardzo udaną, realistyczną kreską i pokolorowana (strzelam, że to nie cyfra) akwarelami. 
 
Drugą opowieścią jest spin-off traktujący o jednej z pobocznych postaci głównej serii – niebieskim funkcjonariuszu Smaxie. Moore wpadł na pomysł wysłania obdarzonego nadludzkimi zdolnościami osiłka w rodzinne strony. Tak się składa, że Smax pochodzi z innego wymiaru, który przypomina nasze opowieści fantasy czy baśnie. Bohaterowi przyjdzie się zmierzyć nie tylko ze smokiem (brawurowo wykreowanym przez Moore'a na podobieństwo kota – totalne mistrzostwo odchodzące od typowego ukazywania tych istot), ale i z traumatyczną przeszłością i dość specyficznymi, skomplikowanymi konotacjami rodzinnymi. To rzecz zabawna i udana na równi z oryginałem, z tym że penetruje zupełnie inne rejony fantastyki. Graficznie dominuje tu oczojebny cartoon, ale taki rysunek świetnie pasuje do atmosfery opowieści. 
 

 
 
Trzecią miniserią jest bezpośrednia kontynuacja losów dziesiątej komendy pisana już przez innego scenarzystę – Paula Di Filippo. Pochwalę go, bo mimo iż może nie udało mu się stworzyć opowieści równie zabawnej jak Moor'owy oryginał, to moim zdaniem świetnie zachował atmosferę panującą w biurach tytułowej dziesiątki. Stworzył jednak dzieło do bólu epigońskie względem opowieści słynnego Brytyjczyka, naśladujące go na każdej płaszczyźnie – dla jednych będzie to zaletą, dla innych wadą. Ja szczerze powiem, że bardzo polubiłem te postacie i chciałbym poczytać więcej ich przygód, nawet jeśli miałyby być napisane przez Filippo. 
 
Oczywiście, jak to z seriami pobocznymi bywa, są słabsze od pierwowzoru. Niemniej nie na tyle, żebyście mogli je przepuścić. To nie jest ścisły top komiksów Moore'a, nie była nią już nawet oryginalna miniseria, ale jeśli jesteście komplemencistami Bestii z Northampton, to chcecie te trzy drobiazgi przeczytać i pewnie też mieć na półce.
 

 

piątek, 2 kwietnia 2021

Hubert. Ben Gijsemans

 


Potencjał medium komiksowego można wykorzystać wielorako. Na przykład budując wartką historię przy pomocy umiejętnie zastosowanych skrótów. Gdy jeszcze do tego doda się ekspresję stylu i pomysłowe kadrowanie, kreski na papierze przeistaczają się w rozrywkę, która wgniata w fotel niczym dobre kino akcji. Jest jeszcze inna, przeciwna droga. Wyciszenie, kontemplacja, asceza. To główne środki wyrazu Bena Gijsemansa zastosowane w Hubercie – komiksie artystycznym absolutnie pozbawionym pretensjonalności mogącej kojarzyć się z tym określeniem.

W powieści graficznej belgijskiego twórcy nie mamy zbyt rozdmuchanej dramaturgii. Głównie obserwujemy, jak główny bohater obserwuje (sic!). Odwiedzając wielkie muzea Francji i Belgii, Hubert – pan w średnim wieku - przez dłuższy czas kontempluje arcydzieła światowego malarstwa. Interesuje go sztuka impresjonistów (jak choćby słynna „Olimpia” Maneta), ale i starsze obrazy. Główną uwagę skupia na klasycznym pięknie kobiecych postaci. Sam również maluje. Wzoruje się na zdjęciach, które wcześniej zrobił obrazom w muzeum. Gijsemans nie pokazuje czytelnikom wiele więcej. Mamy oczywiście parę prozaicznych obrazków: jazda samochodem, czytanie gazety, oglądanie tv. Hubert parę razy „wraca na ziemię” w momencie kontaktu z drugim człowiekiem. Nie są to udane chwile. Czasem musi się wręcz bronić, jak przed namolną sąsiadką, która próbuje go uwieść. Jednak te wszystkie, niewielkie przecież zdarzenia, są przerwą w istotnym życiu, którego seans zawiera się w obcowaniu z wielką sztuką. 

 


 

Jest jeszcze jeden element w życiu naszego protagonisty, który scala to, co rzeczywiste, ze światem wykreowanym przez mistrzów pędzla. To widok pięknej sąsiadki z zza okna podlewającej kwiaty na parapecie. Ona również będzie zatrzymywała wzrok Huberta na dłużej niż chwilę, stawiając przed nim tajemnicze wyzwanie.

Trudno o tak daleko posuniętą jedność treści i formy, jak w przypadku tego komiksu. Nieraz nadużywam terminologii filmowej w celu opisania jakiejś powieści graficznej, jednakże nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Hubert” spełnia wszelkie wymogi „Slow Cinema”. Autor ukazuje nam swoją historię w szeregu identycznych kadrów, w których minimalizm „dziania się” jest ukazany w takich samych planach. Mamy także wiele „pustych plam”, momentów ciszy – bohater wychodzi z kadru, a „kamera” (nasze spojrzenie) tkwi w miejscu rejestrując dalej. Arcydzieła malarstwa obserwujemy razem z bohaterem w rozbitych na wiele części detalach oraz w grafikach rozlewających się na całe plansze. To na nich rozgrywa się prawdziwe życie, które jest atrakcyjne i głębokie, gdy tymczasem świat poza obrazem jest monotonny - trąci martwotą. 

 


 

Aż trudno uwierzyć, że dzieło autora wywodzącego się z gandawskiej School of Arts, to debiut, którego pierwsze rozdziały stanowiły pracę dyplomową. Historia, a przede wszystkim ujęcie formalne zaproponowane przez Gijsemansa, przywodzą na myśl pracę starego mistrza. Autor z drobiazgowością charakterystyczną dla japońskich drzeworytów okresu Edo, kreuje przed nami dzieło o sztuce, które same jest sztuką. W tym konsekwentnym dążeniu do ideału, podejmowaniu na powrót tego samego trudu – narysowania tego samego kadru z ledwie zauważalną wewnątrzkadrową zmianą – jest coś z medytacji, będącej głównym tematu tego komiksu.

Oczywiście „Hubert” to także opowieść o samotności, ale nie w wydaniu tragicznym. W dziele Gijsemansa dużo ważniejsze wydaje się uchwycenie tajemniczej więzi między człowiekiem a dziełem sztuki. Owa relacja, dostępna jedynie nielicznym i tak trudna do przekazania innym, zdaje się owocować cichą radością, swoistą harmonią pojedynczej i samowystarczalnej egzystencji, której tło stanowi odpychający chaos tzw. „normalnego życia”. 

 



Dla wielu uczta zaproponowana przez belgijskiego twórcę, będzie daniem przeznaczonym wyłącznie dla koneserów, znawców dobrego smaku. O komiksach artystycznych niekiedy krzywdząco mówi się, że dobrze wyglądają leżąc na półce, gdzie mogą zaimponować naszym gościom. Rzeczywiście, na upartego dzieło Gijsemansa możemy przeczytać w niespełna 5 minut - w końcu niewiele w nim pada słów – i odłożyć na przeznaczone do tego wyeksponowane miejsce. Jednak dla czytelnika, który ma sobie przynajmniej odrobinę coś z Huberta, komiks ten może być zaproszeniem do dłuższego wniknięcia w wyszukane trajektorie kompozycji dawnego malarstwa. Ten - otwierający się przed nami - wspaniały świat – inaczej niż ma to miejsce w sztuce współczesnej – wyraża się poprzez klasyczne piękno ujęte w majestatycznej, kunsztownej formie i właśnie dlatego potrafi nas – przynajmniej niektórych z nas - uwieść.

 Autor: Jakub Gryzowski

wtorek, 30 marca 2021

Invincible. 9 i 10. Kirkman/Ottley

 

Słuchajcie, jest sprawa. Podobno jedna z moich ulubionych serii – „Invincible” – ma niezbyt zadowalające wyniki sprzedażowe. Nie grozi jej na szczęście skasowanie i zostanie na pewno wydana do końca, ale publikacja jej spin-offów, które miałyby się pojawić już po wydaniu całej głównej fabuły, stoi pod znakiem zapytania. Nie może tak być. Tyle razy Wam już polecałem tę serię, a Wy dalej po nią nie sięgnęliście? Ok, zróbmy to więc jeszcze raz.

 



Jeśli chodzi o wybitne komiksy superhero, nie mówiąc już o tych wszystkich rzeczach z głównego nurtu, mało co może się z Invincible równać. Ok, wyprzedzając Wasze sugestie – mamy co prawda komiksy Alana Moore'a, ale Kirkman (tak ten typ od „Żywych trupów”, których dalej nie przeczytałem) wyłamuje się z szeregu i nie podrabia tego, co z kalesonami zrobił słynny Brytyjczyk. A przecież, najlepsze komiksy spod znaku maski i peleryny to właśnie odcinanie kuponów od dzieł Bestii z Northampton. „Niezwyciężony” na ich tle to osobna jakość i mimo iż wykorzystuje bezczelnie wiele cech dużych, mainstreamowych komiksów superbohaterskich, to w 99% przypadków kasuje konkurencję. Scenarzysta wspaniale zajął się bowiem wyciąganiem z mitologii superhero motywów, które dobrze działają, eliminując przy tym te, które ni chuja nie trybią. Nie ma tu też o dziwo jakiejś szczególnie mocno rozwiniętej psychologii postaci, jak ma to miejsce u Moore'a. Krirkman stawia na 100% funu i nieważne czy opowiada młodzieżową dramę z kalesonami w tle, czy też opisuje wielkie kosmiczne bitwy – zawsze dostarcza genialnej, nieprzeintelektualizowanej rozrywki. W tych komiksach jest bowiem wszystko to, o co w superbohaterskim czytadle chodzi. Do tego dochodzą niesamowicie dobre, mądrze rozpisane fabularne twisty i postacie, które często bywają niejednoznaczne od strony moralnej.

 



Wszystko to uzupełniają genialne grafiki. Rysownik serii, Ryan Ottley, jest po prostu mistrzem w swoim fachu. Jego kresce nie są w stanie zaszkodzić nawet oczojebne kolory, którymi warstwa graficzna aż ocieka. Wręcz przeciwnie – zgrywają się z nią, idealnie wpisując się w nową szkołę superbohaterskich ilustracji, a jednak będąc przy tym rzeczą kilka klas lepszą niż dzisiejsze typowe rysunki mainstreamowych rajtuzów.

Wiem, pewnie trudno Wam w te wszystkie pochwały uwierzyć. Ja też byłem z początku sceptyczny wobec serii Kirkmana, ale dziś, przy 9 i 10 tomie serii, nie mam wątpliwości co do tego, że mam do czynienia z dziełem genialnym, które zapisze się w historii komiksu złotymi zgłoskami. Olejcie więc współczesne, restartowane co chwila serie superhero i swoje zaskórniaki zainwestujcie w „Invincible”. Gwarantuję, że po lekturze wrócicie mi podziękować.  

 





Potworna kolekcja. Niles/Wrightson

 


Lektura „Potwornej kolekcji” pozostawiła mnie wewnętrznie rozdartym. To zderzenie tak różnych jakościowo prac i tak różnych temperamentów artystycznych, że czyni mnie jako recenzenta dość bezradnym. Nie zrozummy się źle – to album, który chcę mieć na półce, prawdopodobnie i Wy chcecie mieć go w swoich zbiorach. Wolałbym jednak być w sytuacji, w której chwalę dzieło kompletne, skończone, wybitne. Jednak do tego miana „Potwornej kolekcji” daleko. Nie uprzedzajmy jednak faktów. Opowiedzmy po kolei o tym, z czym mamy do czynienia.
 

 

Być może Steve Niles jest super gościem, fajnym kumplem, z którym świetnie się pracuje. O tym świadczyłyby zresztą wszystkie znaki na niebie i ziemi, bo współpracował z nie lada tuzami przemysłu komiksowego. Czytałem kilka jego prac i powiem szczerze – nie daję za jego twórczość złamanego faka. W swoich dziełach pozuje na nie lada rzemieślnika od horroru, niemal komiksowego Stephena Kinga, a jest gościem tworzącym bardzo przeciętne fabułki, o których po chwili się zapomina. W większości przypadków ratują je jednak – o czym już wspomniałem – niebagatelni rysownicy.

Kim natomiast był nieżyjący już niestety Bernie Wrightson? To niezaprzeczalnie geniusz komiksu a do tego prawdziwy majster of horror, całym sercem i dorobkiem oddany gatunkowi. Odnajdywał się chyba w każdej jego odnodze, od mrocznego gotyku po horror cielesny. To on, do spółki z Lenem Weinem, stworzył ikonicznego dziś Potwora z Bagien, to on był główną inspiracją przy wyrabianiu stylu ubóstwianego u nas Andreasa – wystarczy zestawić jego czarno białe prace z tym, co znajdziemy w „Cromwell Stone”, by zobaczyć, że Andrzej jest jego epigonem. 
 
 

 

Ten album to właśnie zderzenie tych dwóch twórców. I jakość, jaką na danych poziomach prezentuje ten tom, charakteryzują ogromne kontrasty. Od strony literackiej mamy tu dziełko byle wyrobnika, dość lekki pulpowy horrorek (niezgrabnie próbujący upodobnić się do Hellboya) okraszony groteskowym humorem, a z drugiej wydane na grubym papierze i w wielkim formacie dzieło geniusza, robiące takie wrażenie, że oczy wychodzą z orbit.

Wszystko zostało na szczęście uzupełnione obszerną galerią Berniego Wrightsona, przedstawiającą jego prace z różnych okresów. Grafika komiksu i ten zbiór artów usprawiedliwiają zostawienie sobie tego albumu w kolekcji. 
 

 

Gdy recenzowałem niezły Batmański album „Sekta”, ubolewałem nad tym, że dalej wydano w Polsce za mało komiksów Wrightsona. Dalej czuję niedosyt i mam cichą nadzieję zapoznać się z jakimiś wybitnymi dziełami z jego dorobku. Pozostaje tylko żałować, że artysta tym razem nie trafił na scenarzystę na swoim poziomie.

niedziela, 28 marca 2021

Miotacz Śmierci. Daniel Clowes

 


Daniel Clowes dał się już poznać polskiemu czytelnikowi i to od najlepszej strony. Takie tytuły jak „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza” czy „Dawid Boring” przysporzyły mu dozgonnych fanów, którzy cenią sobie „porąbane” historie i niekonwencjonalną, głęboko psychodeliczną narrację. „Ghost World” doczekał się popularnej ekranizacji, co zapewne pomogło twórczości niezależnego autora, stać się bardziej rozpoznawalną, także poza środowiskiem stricte komiksowym. Kultura Gniewu wydała właśnie w dużym formacie „Miotacz śmierci”, który odsłania przed nami kolejne oblicze niezwykle pojemnej fantazji Clowesa.

W pierwszych kadrach komiksu widzimy jak niemłody już Andy, wyprowadzając psa na spacer, rozsnuwa przed nami opowieść swojego życia. W retrospekcji poznajemy naszego bohatera oraz jego najlepszego kumpla Louie jako nastolatków. Andy mieszka z dziadkiem i gosposią, chodzi do szkoły, platonicznie kocha się w dziewczynie o imieniu Dusty - jest zwyczajnym dzieciakiem mieszkającym w stanach. Do czasu. Wszystko ulega zmianie, gdy Louie częstuje go papierosem, co budzi ukryte moce naszego bohatera, który naraz staje się bohaterem iście komiksowym. Andy zaczyna szukać okazji do wykorzystania swej nadludzkiej siły, co - jak się okazuje - nie jest wcale takie łatwe. We wszystkich staraniach pomaga mu nieodłączny przyjaciel. Sprawy się komplikują, gdy dziadek wręcza chłopakowi paczkę od nieżyjącego ojca. W środku jest miotacz śmierci, który bez śladu potrafi unicestwiać każdego człowieka i każdą rzecz. Wkrótce pojawi się parę kuszących okazji do wykorzystania tej straszliwej broni. 
 

 

Daniel Clowes kreśli przed nami groteskowy portret amerykańskiej społeczności z jej ukrytymi pragnieniami oraz przemocą, która jest ich istotnym elementem. „Miotacz śmierci” to parodia komiksu superbohaterskiego, ale nie tylko. Nawet jeśli przedstawione wydarzenia rozgrywają się w rejonach czystej fantazji, autor stawia realne pytanie o seans i moralną wartość posiadania nadludzkich zdolności. Ilu problemów moglibyśmy się pozbyć, gdyby mogły one wyparować ot tak - przy pomocy miotacza śmierci. Super-moce to jednak kłopot, a ich użycie nierzadko kończy się źle. Ludzie śnią o herosie, ale tak naprawdę nikt go nie potrzebuje. Amerykański mit superbohatera to dla Clowesa tragikomiczny absurd. Podobnie jak dla Alana Moore'a w Strażnikach, gdzie owa tematyka została przedstawiona nieco wnikliwiej i w poważniejszym tonie.

Historia Andy'yego to opowieść o charakterze inicjacyjnym. Rzecz jasna utarte konwencje ulegają tutaj poważnej transformacji i wykoślawieniu. Postępowanie głównego bohatera wydaje się automatyczne, niemal bezrefleksyjne. Od razu wchodzi w schemat herosa w trykocie, ponadto ulega manipulacjom Louie, któremu zależy na zrealizowaniu swoich prywatnych interesów. Motyw dojrzewania – podobnie jak pozostałe elementy dzieła Clowesa - przepojony jest duchem absurdu. W fabularnym rozgardiaszu gubią się wątki dotyczące zwyczajnej prozodii życia nastolatka oraz zabiegania o miłość, na którą nie ma już czasu. Gdy w końcu przychodzi rozliczyć się z własnym życiem, pozostaje smutek wynikający z braku osobistej realizacji. 
 

 

„Miotacz śmierci” (jak większość historii Daniela Clowesa, które później wydano w postaci albumu) początkowo ukazywał się w krótkich, na ogół jedno - lub pół - planszowych odcinkach w „Eightball” (alternatywnej serii komiksowej w całości stworzonej przez Clowesa). Każda część opowieści okraszona jest tytułem, który nieraz bardzo pomysłowo został wkomponowany w pozostały układ graficzny. W żadnej z wydanych do tej pory opowieści obrazkowych tego autora, nie odczuwało się tak bardzo „poszatkowania” zaproponowanej narracji, która jest tutaj bardzo luźna - przypomina nieco sitcom. Niektóre fragmenty komiksu są dygresyjne - uciekają od głównego nurtu wydarzeń. Czasami zmienia się sposób rysowania, który staje się bardziej karykaturalny. Różnice występują także w zakresie kolorystyki i odmiennego rozplanowania kadrów. Sam styl artysty to jednak dobrze znany fanom tego autora „uproszczony realizm” z groteskowym zacięciem, który ma w sobie coś z ducha twórczości pop art - coś bardzo amerykańskiego. Komiksy Clowesa rozgrywają się w umownej interpretacji USA lat 50' czy 60', jakby to właśnie w tamtym czasie wykuto podstawowe mity „prawdziwej ameryki”. Spokój jaki panuje w grafikach autora „Ghost World”, ich pozorna zwyczajność - podobnie jak niektóre fragmenty filmów Douglasa Sirka, czy Davida Lyncha - wywołują niepokój, gdyż przeczuwamy, że pod wierzchnią warstwą przedstawionej rzeczywiści, czai się coś innego – to co realne i jednocześnie absolutnie anormalne. 
 

 
Najnowsza na naszym rynku propozycja Daniel Clowesa nie jest wg mnie jego najlepszym komiksem. Znacznie bardziej przypadł mi do gustu album „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza”, który - mimo całego szaleństwa w nim zawartego - stanowił spójną historię. Lepiej też w moim odczuciu wypadły tam czarno-białe rysunki. Mimo iż rozumiem intencję autora, który sprzedaje nam swoją historię pod postacią swoistej parodii popkulturowego miksu narracyjnego, to dla twórcy tego kalibru, wymagania mam wyjątkowo wyśrubowane. Na pewno Miotacza śmierci nie trzeba polecać miłośnikom twórczości Clowesa. Ci którzy dobrze odnajdują się w tej estetyce i - mniej lub bardziej - poronionym świecie, nie powinni być specjalnie zawiedzeni. Dla nieznających autora, to być może właśnie ta pozycja jest najlepsza na pierwszy raz, gdyż ze wszystkich komiksów Clowesa, ten wypada najbardziej „łagodnie”, niemal przyjaźnie i zachęcająco. 
 
Autor: Jakub Gryzowski