środa, 4 marca 2026

Krew Dziewicy - Sammy Harkham

 


„Krew dziewicy” figuruje w zapowiedziach Kultury Gniewu dopiero na przyszły rok. Miałem jednak szczęście i udostępniono mi ten komiks (jeden z najbardziej wyczekiwanych w historii oficyny) przedpremierowo, jeszcze przed Świętami. Jako nerd filmowy z wielką przyjemnością sięgnąłem po ten album, świetnie zrealizowaną widokówkę znad krawędzi wątpliwego sukcesu w Fabryce Snów i przy okazji jedną z najlepszych obyczajowych powieści graficznych, jakie ostatnio czytałem.

Zdradzę Wam tajemnice: o filmach zazwyczaj pisze mi się znacznie trudniej niż o komiksach. Komiksy robią dwaj/trzej goście siedzący na dupie (pewnie są wyjątki), czytasz ich dzieło i wszystko już wiesz. Jeśli natomiast chcesz puścić bardzo dobry tekst o kinie, uwzględniając okoliczności powstawania utworu i wyczerpując temat, musisz odwalić research. Takie pisanie to ciężka praca, w której – jeśli się będziesz opierdalał – wyjdzie twoja ignorancja. Szczególnie że o perypetiach niektórych autorów na planie, czy nawet w życiu osobistym, warto poczytać w kontekście ich twórczości. Dopiero wtedy nabiera ona rumieńców. Potężna ilość takich person kryje się w historii horroru i kina eksploatacji, u nas częściej zwanego (czasem błędnie, ale przyjęło się to określenie i nic na to nie poradzimy) kinem klasy B. Zaczynając od Eda Wooda, przez Mario Bavę, czy hardkorowców pokroju Cronenberga i Żuławskiego, na postaci zmarłego nie tak dawno Rogera Cormana kończąc.


„Krew dziewicy” jest opowieścią właśnie o fragmencie takiego żywota kogoś, kto mógłby być trybikiem w świcie Cormana, gdy ten święcił swoje sukcesy w kinach samochodowych. To fabularyzowana imaginacja o specyficznym środowisku, które z bliska wydaje się zasiedlone całkiem zwykłymi ludźmi rzuconymi przez los w pewne czasy i miejsce. Konkretnie mam na myśli okres świetności niskobudżetowych horrorów i ich masowej produkcji. Jako kinofil i nałogowy odbiorca komiksów, kocham filmy o robieniu filmów prawie tak samo mocno jak komiksy o komiksiarzach. Obrazy pokroju „Wybuchu” De Palmy czy tytuły takie jak „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza Ci sił”, to to, co tygryski lubią najbardziej. „Krew dziewicy” Sammyego Harkhama staje nawet bliżej ludzi romansujących z dziesiątą muzą, bo same dzieła zdają się autora nie do końca interesować. Zamiast tego wchodzi dosłownie do łóżek realizatorów, pokazuje słabostki, problemy rodzinne, porażki, wzniesienia i dręczące ich obawy. Tu trzeba zaznaczyć, że wbrew pozorom (jeśli o formę chodzi) to jest to mało filmowy komiks. To mocno eisnerowska kronika upadków. Ta formuła to zresztą wybór trafny, bo idealnie pasuje do przyglądania się ludziom i zjawiskom. W swojej kategorii Harkham ląduje dość wysoko na podium. Jego portrety, zarówno bohaterów jak i branży, wydają się bowiem bardzo realistyczne i odbiorcy łatwo wejść w zaproponowane przez autora realia. Dodatkowo kilkakrotnie sięga on do bardzo poetyckich rozwiązań. Przykładowo dość trafne wydaje się zestawienie przez niego holokaustu z obskurnym kinem grozy i sugestią dla czytelnika, by ten zastanowił się, czym naprawdę jest horror. Takie spojrzenie wpisuje się w filozofię gatunku.


Graficznie Harkham nie sięga gdzie nie potrzeba. Cały komiks narysowany jest cartoonową kreską mocno przypominającą estetykę gazetowych pasków. Nie potrzeba tu nic więcej, by uwiarygodnić swoje dorosłe „Fistaszki”. Uproszczenie rysunku nie oznacza jednak, że jest brzydko czy nieciekawie. Ilustracje pokazują też rogi w momentach, gdy milczący bohater tej opowieści – Miasto – zaczyna żyć na naszych oczach własnym życiem, czy we fragmentach przywołujących bardziej impresyjne układy kadrów.


Jeśli miałbym zestawiać „Krew dziewicy” ze znanymi mi tytułami, postawiłbym ją obok „Codziennej walki” Larceneta, „Niedoskonałości” Tomine i „Ciemności Smalandii” Bromandera. Trzech arcydzieł skupiających się na barwnych postaciach z silnie zarysowanymi charakterami, które – mimo bycia wytworem czyjejś wyobraźni – są tak bardzo żywymi osobistościami, że wierzymy w te kreacje do głębi i mamy wrażenie obcowania z prawdziwą biografią.



wtorek, 3 marca 2026

KOMIKS DLA WSZYSTKICH: Jakub Gryzowski rozmawia z Bartkiem Sutorem.

 


KOMIKS DLA WSZYSTKICH


Z Bartkiem Sutorem, scenarzystą komiksowym, spotkałem się 21 lutego na Kocurach, czyli na imprezie poświęconej polskiemu komiksowi niezależnemu, która odbyła się we wrocławskiej BarBarze.


Wpadłem tam po godzinie dwunastej. Natłok tytułów, twórców, mini wydawnictw i entuzjastów przekraczał moje wcześniejsze wyobrażenia. Z trudem przeciskałem się pomiędzy szpalerami stoisk. Ludzie cierpliwie wyczekiwali w wolno topniejących kolejkach po komiks i/lub rozmowę z jego autorem. Przestrzeń lokalu wydawała się za mała, aby nas wszystkich pomieścić. Szukając na naszą rozmowę spokojniejszego miejsca, poszliśmy z Bartkiem do pobliskiej kawiarni.


Jakub Gryzowski: Nie będę udawał, że się nie znamy, bo się znamy. Tyle że ostatnio widzieliśmy się 20 lat temu w Państwowym Pomaturalnym Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (SKIBA, szkoła już nie istnieje – przyp. red.). Czytałem wtedy komiksy, jeszcze czytałem, byłem przed tą przerwą, która jest tak charakterystyczna, może typowa. Krzysztof chyba ją kończył i wracał do komiksu. A jak było z Tobą, interesowałeś się komiksem?


Bartek Sutor: Cały czas. Lubię sobie żartować, że to była miłość nieodwzajemniona. Szukałem wtedy w komiksie rzeczy, których nie znajdowałem. Ale zawsze pozostawała pasja z dzieciństwa, z lat 90'. A kiedy weszła dorosłość, czas studiów i pojawiły się inne rzeczy - DVD, gry komputerowe - to nastąpiła rozłąka z komiksem. Nieoczekiwanie, wraz z pewnymi luzerami, pomyślałem aby na serio pójść w film – Hafciarka film.


JG: Tak się nazywała nasza grupa filmowa. Ale poważnie? Chciałeś stać się częścią przemysłu filmowego?


BS: Weź poprawkę na to, że miałem 20 parę lat. Ale zaliczyłem staż w TVP, interesował mnie montaż...


JG: Pamiętam, że twoje filmy były bardzo konceptualne, w stylu Zbigniewa Rybczyńskiego.


BS: Zabawa formą...


JG: Dzielenie ekranu na parę części. Trochę jak plansza w komiksie...


BS: Tak, powiedziałbym nawet, że ta mechanika, która mnie wtedy interesowała, przyświeca mi także teraz.


JG: Nie wszedłeś do branży filmowej, za to zaliczyłeś incydent z byciem wydawcą komiksów (wydawnictwo Sutoris – przy. red.). Czy właśnie wtedy wpadłeś na pomysł, żeby nie tylko wydawać cudze komiksy, ale i tworzyć własne? Pisać scenariusze?


BS: Nigdy nie sądziłem, że ktoś mógłby być zainteresowany moim tekstem. Ale zawsze miałem ochotę pracować przy komiksie, tak od kuchni. Składu druku nauczyłem się w wydawnictwie Mandragora, w którym pracowałem zaraz po studiach. Oczywiście jednocześnie cały czas rysowałem swoje komiksy, pisałem historie – wszystko do szuflady.


JG: Często się zdarza u filologów, że mają ambicje literackie. Ale co było dalej, Twoje wydawnictwo upadło...


BS: Działo się wiele różnych rzeczy, wyjechałem na parę lat za granicę. Kiedy wróciłem w 2018 roku byłem nabuzowany tym, co widziałem w Londynie, Chicago – sklepy komisowe, wydania zeszytowe. Wróciłem do starych komiksów, zacząłem je kolekcjonować. Sięgnąłem też po nową ofertę, która okazała się dla mnie fantastyczna. Wielu wydawców proponuje obecnie komiks rozrywkowy, ale niekoniecznie superhero, tylko rzeczy w rodzaju „Superntaural”; „Coś zabija dzieciaki” czy „The Walking Dead”. To mnie zawsze interesowało - gatunek, ale dla ciut dojrzalszego czytelnika. Więc kiedy pojawił się pomysł, żeby wydać coś swojego, chciałem nawiązać do takiej stylistyki.


JG: Ale jak złapałeś kontakt środowiskiem komiksowym?


BS: Paru ludzi pamiętało mnie jeszcze z czasów Sutoris. Na pewno pomogło mi też nawiązanie współpracy przy serii „Wydział 7”. Zaproponowałem chłopakom wsparcie pod względem technicznym - liternictwo i ujednolicenie szaty graficznej.


JG: Czyli droga do wydawania swoich rzeczy, prowadziła od tej raczej mniej wdzięcznej roli, za którą twórcy na ogół nie przypadają.


BS: Być może tak jest, ale mnie zawsze interesował ten aspekt komiksu - estetyka wydania. Pracuję nad tym z dużą satysfakcją. I po jakimś czasie stwierdziłem, że mogę sam opowiadać historie w tym medium. Zaczęło się od krótkich opowiadań publikowanych w magazynie „Akt”...


JG: A pierwsza dłuższa rzecz to „Konsjerż”?


BS: Tak. Do tej pory były to historie 4-6 stronicowe + dwie serie zeszytowe, składające się z rozdziałów po 20 stron. Dziś mamy premierę drugiego zeszytu „Mój kochany straszny potwór”, do tego jest seria, która będzie kontynuowana - „Ciemny odcień czerni”. To wszystko format amerykański, zeszytowy, natomiast „Konsjerż” ma już formę albumową.


JG: Wybrałeś sobie do tej historii rysowniczkę, Łucję Marczyńską, która nie miała doświadczenia komiksowego.


BS: Łucja jest niezwykle pozytywnie nastawiona do nowych wyzwań. To świetna graficzka, posiada wysoki etos pracy, więc fakt, że nigdy wcześniej nie zrobiła komiksu, nie stanowił dla niej żadnego problemu.


JG: Jej styl jest trochę retro, taki pop-art – gruba, ikoniczna kreska. Czy właśnie to Cię ujęło?


BS: Zależy mi na tym, aby komiks, który tworzę, był przejrzysty. Aby mógł przemówić nawet do kogoś, kto nie czyta komiksów na co dzień. Są artyści i czytelnicy, którzy cenią sobie eksperymenty graficzne...


JG: Ale Tobie zależy na przejrzystości...


BS: Tak, chodzi o komiks środka...


JG: Którego nie ma.


BS: Takie odnoszę wrażenie.


JG: Jest albo wielka sztuka, albo totalny chłam.


BS: Nie chcę tu wyjść na jakiegoś papieża komiksu i wydawać jakieś górnolotne sądy.

JG: Polscy komiksiarze to wrażliwy gatunek, warto więc ważyć słowa.


BS: Myślę że wielu naszych twórców oddało pola wszystkim tym tytułom, które są do nas sprowadzane zza granicy. Mamy na rynku masę batmanów, spider-manów. Więc oni kalkulują, że trzeba iść raczej w stronę takich rzeczy autorskich.


JG: Może to kwestie wymogów warsztatowych?


BS: Raczej dyscypliny. Chodzi o odzwierciedlenie tym samych wzorców, które sprawdzają się w komiksie mainstreamowym + nawet taka banalna rzecz jak terminowość, czyli przyzwyczajanie czytelnika do tego, że mamy regularne serie.


JG: U nas nie ma takiej struktury, pasa transmisyjnego dla konsumpcji tego typu komiksu.


BS: Wiem, u nas komiks robi się z pasji, komiks zawodowy raczkuje, niewielu twórców żyje z komiksu.


JG: Wróćmy do Konsjerża. Mnie ta historia kojarzyła się z przypowieściami z kultowej serii telewizyjnej pt. „Strefa mroku”. Jakie są Twoje inspiracje literackie, komiksowe?


BS: Bardziej siedzi mi w głowie kanadyjski serial z lat 90' pt. „Odyseja”. Pamiętam go z dzieciństwa. Obecnie bliżej mi do klimatów z „Czarnego lustra”. Zawsze ceniłem też twórczość Kieślowskiego.


JG: Kieślowski to nie gatunek.


BS: Nie, ale tworzył przypowieści moralne...


JG: Konsjerż to moralitet, no tak.


BS: Lubię też te wszystkie fajne rzeczy z lat 90': wczesny Nolan, Fincher...


JG: Ciekawe, że cały czas mówisz o filmie.


BS: Komiksowi bliżej do filmu niż do literatury.


JG: W wywiadzie, który oglądem z Tobą na YT, wspomniałeś, że cenisz sobie podział pracy.


BS: Jak najbardziej, każdy powinien robić to, w czym czuje się najlepiej. Zdarza się, że proponuję rysownikom pomoc w zakresie liternictwa, żeby nie zawracali już sobie tym głowy.


JG: Zdarzało Ci się pracować z różnymi rysownikami. Czy to bywa... problematyczne?


BS: Jeśli pojawiają się jakieś problemy, to wyłącznie natury kreatywnej. Niesamowicie cenię wszystkich tych twórców, z którymi współpracowałem. Każdy z nich miał trochę inną wizję komiksu, a ja starałem się do tego dopasować, żebyśmy razem osiągnęli jak najlepszy efekt. Nigdy nie mówię rzeczy typu – „Ta postać powinna być narysowana tak czy siak”. Akceptuję styl swojego rysownika.


JG: Ale dajesz propozycje plansz, układu kadrów, a w nich planów, perspektyw?


BS: Tak, oczywiście. W ten sposób decyduję o rytmie historii...


JG: To są właśnie te konotacje z kinem.


BS: Kino, fascynacja montażem filmowym. Uwielbiam montować i edytować. Jak wymyślam kolejne motywy scenariusza, to nie zaczynam od tekstu, tylko od wyobrażania sobie planszy – ile kadrów się na niej znajdzie, w jakim układzie, czy wystarczy mi jedna strona, czy scena przeciągnie się na dwie.


JG: Zmierzamy do finału naszej rozmowy. Bomba na koniec - jak oceniasz polskie środowisko komiksu niezależnego?


BS: Właściwie to nie odróżniam komiksu niezależnego od komiksu zależnego. Nasz rynek i tak jest oddolny, chyba że mówmy o rzeczach typu Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, gdzie są redaktorzy, ludzie na etacie itd. itd. Jednak większość polskich komiksów to inicjatywa oddolna, dotyczy to nawet uznanych twórców, którzy żyją z komiksu. Oni nie tworzą na zamówienie, po prostu dzielą się z czytelnikiem swoimi autorskimi pomysłami, bez jakichś tam ograniczeń ze strony wydawcy.


JG: Właśnie wyszliśmy z Kocurów. Można tam było kupić komiksy, ziny, ale przede wszystkim zanurzyć się w całej tej otoczce związanej z samodzielnym ich wydawaniem. Jakieś gadżety, artefakty. No i przede wszystkim możliwość spotkania z autorem. Lubisz to?


BS: Uwielbiam konwenty i kontakt z takim samym fanem komiksu jak ja, ale chciałbym żeby to, co mam do przekazania czytelnikowi, zawierało się w całości w opowiadanej przeze mnie historii. Dlatego sam nie określiłbym się jako „niezal”.


JG: To zawsze jest kwestia wyboru drogi. Myślisz w przyszłości o rozwijaniu się w ramach komiksowego undergroundu, czy może marzysz o tym, że w Polsce będziemy mieć sklepy komiksowe i warunki do konsumpcji komiksu środka?


BS: Zdecydowanie to drugie, tym bardziej że to pierwsze ma się świetnie.


JG: Tak jak piwo kraftowe.


BS: Tak jest. Ja za to celuję trochę w taki eskapizm – chcę opowiedzieć bajeczkę, w której jest się w stanie odnaleźć każdy, niekoniecznie tylko fan komiksu, ale też ktoś, kto chce zwyczajnie wejść w fabułę. Pewien rodzaj immersji, która towarzyszy niektórym serialom, książkom czy grom.


JG: Więc ani drogie albumy, ani underground.


BS: Komiks środka. Jak np. we Włoszech. Albo z innej beczki, popatrz, co zrobił Netflix w Polsce. Wielu rodzimych twórców mogło się wypowiedzieć dzięki tej platformie i być zrozumianym na całym świecie. Taki „Heweliusz”...


JG: Tak, świetne. Nie czuło się tam osławionej presji politycznej poprawności.


BS: No właśnie. Więc chodzi mi o coś tego typu. Taki komiks dla wszystkich.


JG: Dobre na tytuł.




Bartek Sutor - wczesny millenials, napływowy wrocławianin. Wydawał, redagował, tłumaczył (full-serwis!). Obecnie scenarzysta komiksów „Konsjerż”, „Ciemny odcień czerni”, „Mój kochany straszny potwór” i kilku shortów. Docenia dobre liternictwo. Kolekcjoner starych marveli.


Jakub Gryzowski – filmowiec amator. Współtwórca grupy filmowej Hafciarka. Redaktor Rękopisu znalezionego w Arkham oraz czasopisma Witkacy!


środa, 5 listopada 2025

V jak Vendetta. Alan Moore. DC Compact

 


 
„V jak Vendetta” to komiks otoczony legendą. Przez lata, gdy z powodów prawnych nie mieliśmy dostępu do „Marvelmana/Miraclemana”, uchodził za pierwszy wielki popis umiejętności pisarskich Alana Moore'a dostępny do wglądu dla szarego czytelnika, za rzecz wybitną i kompletną na zarówno poziomie fabularnym jak i graficznym. Mimo iż jest to do bólu brytyjski komiks, (przynajmniej u genezy) to wykroczył poza swój rynek i uchodzi za światowe arcydzieło w obrębie całego medium, jedno z jego szczytowych osiągnięć stawiane w jednym rzędzie z takimi zaangażowanymi dziełami jak „Maus” Arta Spigelmana czy „Umowa z Bogiem” Willa Eisnera. Wszystko to stało się jednak z pewnym opóźnieniem, już po romansie Moore'a i Davida Lloyda z brytyjskim magazynem „Warrior”, który upadł zanim historia łotrzyka stawiającego czoło całemu totalitarnemu państwu dobiegła końca. „V jak Vendetta” wydano w drugiej połowie lat 80. w Stanach w dziesięciozeszytowej miniserii, wtedy ją również dokończono i pokolorowano. Dzięki temu historia dotarła do szerszego grona odbiorców w takiej formie, w jakiej dziś ją znamy. Obecnie w wydaniach zbiorczych, sprzedawanych w niezliczonych ilościach egzemplarzy, obiega świat i dotyka do głębi ludzi z różnych miejsc na Ziemi, których lektura zastała w nieciekawych czasach. Prowokuje do buntu i refleksji nad otaczającą rzeczywistością. Fabuła oryginalnie jednak jest parabolą opowiadającą o Anglii czasów młodości autorów, mających wówczas niewiele ponad dwadzieścia lat. Był to posępny okres dla Królestwa Brytyjskiego, szczególnie w sferze społeczno-politycznej zdominowanej przez rządy konserwatystów, co odbija się ponurym echem na kartach tej historii.
 
„V jak Vendetta” to rzecz na pierwszym planie inspirowana znanymi dystopiami science fiction, takimi jak „Rok 84” George'a Orwella czy „451° Fahrenheita” Raya Bradbury'ego, ale odnajdziemy tu też echa literatury obozowej i „Dziennika Anne Frank”. Akcja dzieje się po wybuchu bomby atomowej w Europie (w ówczesnych czasach, gdy Moore zaczynał pisać swój komiks, nie podano jeszcze do wiadomości publicznej, że nic nie jest w stanie przetrwać wybuchu atomówki), w której struktury państwa przetrwały w jakiś cudowny sposób tylko w Anglii. Główny bohater, podpisujący się jako V, to ofiara, która przetrzymywana była przez faszystów w obozie koncentracyjnym, gdzie robiono na nim doświadczenia. Z drugiej strony to jednak też pulpowy łotr biorący odwet na swoich oprawcach, a jego korzeni dopatrywać się możemy w bohaterach odcinkowych opowieści płaszcza i szpady z Hrabią Monte Christo na czele. Jest też na pewnym poziomie jak Zorro czy Batman, dlatego wygodnie rozgościł się na kartach komiksu i świetnie do tego medium pasuje. V jest przy okazji anarchistą i terrorystą, który prócz wymierzania prywatnej zemsty w imię wolności rozdaje ciosy opresyjnemu państwu. Działa niemal jak „Diabolik” ze słynnych włoskich komiksów spod znaku fumetti neri. Nie jest na pewno ugrzecznionym superbohaterem, bo często zabija i zazwyczaj czyni to z osobistych pobudek. Szukając jego korzeni w poprzedzających go słynnych fabułach, wskazałbym też na „Upiora w Operze”, który opowiadał o oszpeconym, szalonym geniuszu muzycznym zepchniętym do życia w kanałach. Natomiast sam Moore mówi wprost, że dużo ukradł z wizerunku pulpowej postaci granej brawurowo przez zamaskowanego Vincenta Price'a w filmie „Odrażający Dr Phibes” (1971). Tak jak Doktorowi Phibesowi, skrywającemu się również za maską, zemsta i szaleństwo przysłaniają bohaterowi Moore'a oczy i pchają go do działania. Natomiast marzenia o utopijnym społeczeństwie anarchistycznym podsycają coraz śmielsze czyny V, które są brawurowymi akcjami wymierzonymi w struktury państwa – podobnie postać grana przez Price'a wymierzała spektakularne kary ludziom odpowiedzialnym za śmierć jego żony. Również tak jak Phibes, V ma przy sobie kobietę – pomocnika. W przypadku V jest to młoda dziewczyna, szesnastoletni podlotek zmuszony przez niewydolny system do prostytuowania się i przy okazji z automatu, przy pierwszej próbie handlu ciałem, wpadający w ręce policji politycznej (z której łap szarmancko ratują ją V) przedstawianej przez Moore'a na kartach tej opowieści niemal jak gestapo. Autor zresztą nie stronił od dosłowności i nie pozostawiał złudzeń: słowo faszysta pada tu nader często.
 
To bowiem w dużej mierze też komiks o faszystach. Zupełnie nie komiksowych warto dodać, bo nie są to podkręcający wąsa hitlerowscy geniusze zła, a zwykli, szarzy ludzie omamieni przez reżim. Charaktery jakie podarował swoim bohaterom Moore nie czynią z większości z nich typowych antagonistów. To też nie karykatury, niektórych nawet da się lubić. To postacie z krwi i kości, które wplątały się w system z różnych powodów. W objęcia faszyzmu pchnął je nieraz brak nadziei na lepsze jutro, niedostatki w życiu uczuciowym, pragnienie stabilizacji i dobrobytu, a czasem chęć pięcia się w górę i zaistnienia na kartach historii. Niemal żadna postać nie jest tu czarno-biała. To poważne, dobrze skonstruowane portrety psychologiczne dowodzące, że Moore dużo nauczył się podczas swoich poprzednich, małych fuch i pierwsze arcydzieła – dłuższe komiksy – tworzył już świadomy swojego warsztatu.
 
Jak większość komiksów Moore'a i ten jest fabularyzowanym esejem na jakiś ważny dla autora temat. Jak już się pewnie domyślacie na łamach „V jak Vendetta” pisarz bierze na ruszt faszyzm i rozbiera go na czynniki pierwsze, przypatrując się przy tym strukturom społecznym, by ukazać, jak coś tak strasznego w ogóle może dojść do skutku. Druga płaszczyzna to romantyczna anarchia (Moore jednak rozgranicza chaos i anarchię, dając wyraźnie i mądrze do zrozumienia, że jedno nie jest równe drugiemu). To wizja utopii, która może i powinna zapanować w społeczeństwie idealnym, pozbawionym panów i władców, jednak nie ma szans na powodzenie. W finale rząd zostaje obalony i rozbity, a społeczeństwo wraca wręcz do czasów pierwotnych, ale zakończenie ogólnie pozostaje otwarte. W domyśle możemy sądzić, że historia prawdopodobnie się więc powtórzy i będzie powtarzała w nieskończoność, wszystko przez żądze pchające ludzi ku władzy. „V jak Vendetta” na tym poziomie to komiks anarchistyczny w wydźwięku, ale przy tym, co ciekawe, daleki od poetyki undergroundu.
 
Przypatrując się postaci V dochodzę też do wniosku, że jest w niej sporo z samego Moore'a, któremu w młodości system dał mocno popalić. Według legendy w szkole średniej został on za handel LSD wyrzucony poza nawias i pozbawiony jakiegokolwiek dalszego wykształcenia. Młody, pochodzący z robotniczej rodziny Alan imał się więc najgorszych zajęć i pewnie nie był zbyt dobrze traktowany, bo w „V jak Vendetta” czuć pewne napięcie, chęć wyrzygania się i literackiej zemsty na społeczeństwie, a może bardziej na ludziach u góry, którzy ustalają nieciekawe zasady tej gry? Czuć, że robiąc z V kulturowego erudytę, słuchającego przeróżnej muzyki, czytającego ambitne książki, grającego na fortepianie i śpiewającego kabaretowo-musicalowe piosenki kuglarza, Moore portretował samego siebie. Znając dziś jego skory do buntu charakter nie mam co do tego wątpliwości. Autor więc, tak jak postać za maską, skrywa się za swoim bohaterem, realizując zapewne swoje głęboko skrywane fantazje. Czyni też przy okazji z protagonisty postać tragiczną, trochę szekspirowską, a może nawet faustowską? Bardzo ciekawie w tym kontekście wypada również forma wydania zbiorczego „V jak Vendetta”. Album zaprojektowany jest tak, że jeśli podniesiemy go na wysokość twarzy, nadrukowane na froncie oblicze głównego bohatera w zbliżeniu, będzie pełniło rolę maski. To dość wymowny zabieg, dający do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy V.
 
Sama maska, którą, jak głosi kolejna legenda, podarował protagoniście rysownik David Lloyd, to oblicze Guya Fawkesa, niedoszłego zamachowca znanego z tego, że 5 listopada 1605 roku uczestniczył w spisku mającym na celu wysadzenie Izby Lordów. Został złapany i skazany na tortury, a jego postać buntownika przetrwała w miejskim folklorze. Symbol maski przerósł nie tylko komiks ale i swoją legendę – dziś jest wykorzystywany przez anonimowych protestantów na całym świecie z grupą internetowych aktywistów Anonymous na czele. Zdaję sobie sprawę, że pewnie duża w tym zasługa kasowej ekranizacji tego dzieła, wyprodukowanej przez Siostry (wówczas jeszcze braci) Wachowskich, od której jednak sam Moore stara się jako autor odcinać, ale musimy uczciwie przyznać – korzenie słynnych „kuloodpornych idei” tkwią w komiksie.
 
My znamy „V jak Vendetta” jako kolorowy album z dużą dawką zieleni, zebrany w formie grubej powieści graficznej, ale oryginalnie była to czarno-biała opowieść publikowana w częściach w magazynie „Warrior” który, jak wspominałem we wstępie, wyzionął jednak ducha zanim rzecz dobiegła do finału. Tak, za pierwszym podejściem Moorowi nie udało się jej ukończyć. Dziś tylko na ilustracjach dołączonych w dodatkach możemy podziwiać dzieło Lloyda w oryginale. Jestem pewien, że musiało robić zupełnie inne wrażenie w pierwotnej formie, gdzie łagodnie zaokrąglone brzegi rysunków Lloyda upodabniały się nieco do szablonów służących do nanoszenia farb na mury, często z treściami mającymi być formą protestu. Przypadek to czy świadomy zabieg, tego nie wiem. Niemniej te rysunki bez kolorów zdecydowanie działają na wyobraźnie. Nie jest to może opus magnum ani dla Lloyda (acz ten komiks zapewni mu nieśmiertelność) ani dla Moore'a (mimo iż jest chyba pierwszym jego arcydziełem), ale wszystkie warstwy bardzo dobrze współgrają ze sobą. Jest w tym magia chwili i krzyk zdesperowanego, zapędzonego w kozi róg przez społeczeństwo człowieka. To też w gruncie rzeczy bardzo smutny komiks, bo mimo iż Alan Moore pisał go za czasu rządów Żelaznej Damy, Margaret Thatcher, w ówczesnych nieciekawych realiach go otaczających, to ta opowieść jest dalej aktualna. Polska Anno Domini 2023 odbija się w nim jak w lustrze i obawiam się, że będzie tak również w następnych latach. Jest w tym siła komiksu Moore'a – jest cały czas aktualny, ale niezbyt dobrze świadczy to o kondycji gatunku ludzkiego.

niedziela, 12 października 2025

Pillow Man. Mężczyzna naszych marzeń.

 


Nie do końca wiem, jak to ująć, żeby to źle nie zabrzmiało. Ten uroczy i niepozorny komiks jest jednak najodważniejszą i chyba najlepszą rzeczą, jaką premierowo wydał Egmont od dobrych kilku lat, przynajmniej jeśli o komiksy dla dojrzałego czytelnika chodzi. To frankofon, ale nie w tym stylu, do którego przyzwyczaiły nas „Plansze Europy”. Nie znajdziemy tu realistycznego stylu zerowego. To też nie fantastyka. W gruncie rzeczy to opowieść bliższa poetyce komiksów Sfara, choć też nie do końca można ją zestawiać z dziełami tego autora. Rzecz osobna? Trochę tak. 

„Pilow Man” jest obyczajówką ocierająca się o komedię, a przy tym – użyje takie określenie-wytrych – to okruchy życia pełną gębą. Dostajemy opowieść o kolesiu, który po trzech latach bezrobocia w końcu znajduje nową, fajną fuchę. Praca jest jednak dość osobliwa, bo polega na towarzyszeniu w łóżku samotnym osobom mającym problem w zasypianiu w pojedynkę. W kraju, w którym nie ma pracy dla ludzi z jego wykształceniem, znalezienie czegoś takiego to nie lada fartłomiej. Wydaje się, że to nic wstydliwego, praca jak praca, ale nasz bohater zataja swoje zajęcie i przez to popada w konflikt ze swoją partnerką. Mówiąc krótko: dostajemy francuską komedię pomyłek i to one nakręcać będą kolejne zdarzenia. 

Mimo iż autor „Pillow Mana” tworzy komiks daleki od tego, co w Polsce nazwalibyśmy mainstreamowym frankofonem, to wcale nie sili się on też na bardzo głęboką opowieść. Ten album nie zmieni Wam życia, ani nie porusza szczególnie czułych strun. To raczej historia stosunków międzyludzkich, slajd z życia normalnych, przeciętnych Francuzów. Pokazuje nam przedstawicieli paryskiej klasy średniej, bo Jean (główny bohater) mimo bezrobocia nie jest jakoś szczególnie zubożały. Nie czuć tu głębokiego dramatu, co może dla niektórych stanowić problem, gdyż mówimy o komiksie lekkim, łatwym i przyjemnym, ale to też siła tego albumu. Również target wyróżnia „Pilow Mana”, jak bowiem wspomniałem, nie jest to typowy frankofon, a przy tym to również utwór daleki niezalowi. Nie spodoba się bankowo ani młodym czytelnikom, ani nerdom od Thorgala, ale całkiem możliwe, że ten komiks urzekłby twoją mamę, gdybyś jej go podsunąć.  

„Pilow Man” z pozoru wydaje się pozycją, która lepiej pasowałaby do katalogu Kultury Gniewu czy oficyny Timof i cisi wspólnicy, ale mam nadzieję, że może w Egmoncie – wśród tego całego kolorowego superhero i komiksów dla twardogłowych nerdów – znajdzie się miejsce na takie perełki. Na albumy nieoczywiste, a przy tym ładne i mądre. Może nie zmieni Wam ten komiks życia, ale moim zdaniem warto go przeczytać. 

środa, 13 sierpnia 2025

Superman: Świat

 


 

Pisząc o „Batman – Świat” już ponad… cztery lata temu (ja pierdzielę), wstęp zamknąłem stwierdzeniem, że tamten komiks „doskonale pokazuje, jak wiele może pójść źle przy niezaprzeczalnie wielkim potencjale”. W ostatnim akapicie zaś stwierdziłem „Ten album to głównie ciekawostka, która słabsze historie rekompensuje różnorodnością i maksymalnie trzema całkowitymi sztosami”. Tak, żeruję na swoich tekstach z przeszłości, ale to raczej adekwatne podczas pisania o gimmickowym, amerykańskim peleryniarstwie. Wynika to zresztą z konieczności wytknięcia, jak zaskakująco konsekwentnym wydawcą jest DC Comics. 

Uderzmy od razu ad rem. „Superman – Świat” to również tona niewykorzystanych możliwości i trzy perełki w zbiorze piętnastu historii o heroicznym ocieplaczu skisłego wizerunku amerykańskiego snu. Zdecydowana większość autorów poszła tu na łatwiznę, wybierając jeden z dwóch oczywistych kierunków. Dostajemy tu więc głównie bardzo powierzchowne ulotki turystyczne z Supermanem w roli zwiedzającego albo (tych jest więcej) przykłady na to, że dla wielu ludzi z grona tych pozornie kreatywnych istota ich ojczyzn sprowadza się do banalnych fantazji na temat pradawnych źródeł tradycji, głównie tej religijnej. Najbardziej chyba rozbawił mnie rozdział z Kamerunu, kiepsko narysowany zresztą, w którym scenarzysta (Dr Ejob Gaius) ukarał Supka za brak kulturalnej wrażliwości przy niszczeniu źródła mocy mordującego ludzi fanatyka. Nauczkę zresztą serwuje mu lokalny peleryniarz, oczywiście silniejszy od najpotężniejszego nadczłowieka na Ziemi. Z drugiej strony mamy natomiast tureckie bóstwo sprawiające Kal-Elowi mniej więcej tyle samo problemów co żul włamujący się nocą do osiedlowego. Nie wiem, co gorsze.

Reszta słabszych historii utrzymuje się w raczej podobnym tonie. Hiszpania jest ładna i to tyle, Włochy to Dante Alighieri i nic więcej, w Argentynie odwala się coś z naturą, ale po trzykrotnym przeczytaniu tego rozdziału nadal nie do końca go ogarniam. Strzelam jednak, że większość czytających ten tekst najbardziej interesuje, jak wypadł polski fragment napisany przez Bartosza Sztybora i zilustrowany przez Marka Oleksickiego. Powiem tak… może po prostu przejdźmy dalej.

Dobra więc, które państwa zabłysnęły w tej antologii przewidywalnych laurek? Przede wszystkim Brazylia. Jefferson Costa napisał historię z początku wpisującą się we wspomniane wcześniej tory kulturowe, ale ostatecznie zaskakująco głęboką jak na tak krótki format. Na drugim miejscu lądują Czechy dzięki zdecydowanie najbardziej humorystycznie samokrytycznemu podejściu do całego konceptu i całkiem ciekawej, futurystycznej fabule ogółem. Podium zamykają zaś nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy, bo Felix "Flix" Görmann stworzył zwyczajnie prosty komiks w duchu europejskim, absolutnie pozbawiony wspomnianych wcześniej banałów. Ze sporym „ale” może dorzuciłbym tu rozdział z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydaje mi się bowiem, że Satoshi Miyagawa i Kai Kitago umyślnie zakpili z Supka, wykorzystując go do reklamy japońskich spożywczaków. Zamierzone jednak czy nie, obok dobrej mangi to nawet się nie czołgało.

Wizualnie zresztą też niemiecki fragment wyróżnia się na plus pośród typowej, sterylnej superbohaterszczyzny, której nie uniknęli graficy na przykład z Indii (pomimo użycia monochromu), Francji (choć pod względem sekwencyjności i szczegółów Marcial Toledano Vargas to misztrz), czy niestety właśnie Polski. Tutaj też przoduje Brazylia, choć frywolny i nietypowy styl Costy nie każdemu zagra równe nuty z fabułą o supersilnym posiadaczu kwadratowej szczęki. Zalana czarnym tuszem i piękna kolorystycznie warstwa wizualna włoskiego artysty Fabio Celoni wypada o niebo lepiej od scenariusza w tym samym rozdziale, tak samo jak odrobinę surowy semi-realizm Agustína Alessio z Argentyny. Jak to antologie mają w zwyczaju, główną atrakcją jest tu chyba różnorodność, ale i ona niesie się bardzo chwiejną jakością. Wciąż jednak znacznie mniej chwiejną od faktycznej treści tych opowieści.

W sumie dobrze się składa, że przyszło mi ten tekst pisać dosłownie dwa dni po obejrzeniu w kinie „Supermana” spod ręki Jamesa Gunna. Czy był to film idealny? Absolutnie nie, ale moim zdaniem dostaliśmy w nim prawie idealnego Clarka Kenta i totalnie perfekcyjnego Kal-Ela. Doskonale niedoskonałego pacjenta zero potencjalnej globalnej epidemii nadziei i posiadacza najbardziej dojebanego kompasu moralnego. To dla mnie podstawa uroku Człowieka ze Stali. Wartości mocno naiwne, całkowicie jednak warte zachowania w jakimś łatwo dostępnym zakątku serca. Zawsze dziwi mnie, jak wielu scenarzystów piszących komiksy o Supku zapomina o tych cechach i widać to perfekcyjnie w „Superman – Świat”, bo na przestrzeni piętnastu historii faktycznie inspirującego herosa jest jak na lekarstwo. Album całkiem miły dla oczu, fabularnie w większości porażająco powierzchowny i tendencyjny, ledwo ratujący się kilkoma mocniejszymi momentami. Mogło być dobrze, a wyszło, jak wyszło.

 

Autor: Rafał Piernikowski  

sobota, 31 maja 2025

Dni demonów. Peach Momoko.

 


Manga, japoński komiks – jak zwał tak zwał – cieszy się na świecie niesłabnącą popularnością. Nie znam statystyk, ale na oko u nas chyba większą niż superhero. Sam piszę o niej mało i mimo iż kupuje ją i czytam, to nie uważam się za speca w tej dziedzinie. Niemniej lubię tę kategorię i nie jestem w jej zakresie zupełnie laikiem. Czytam ją częściej od współczesnych komiksów Marvela, od których odbijam się ilekroć po coś sięgnę, a trzeba Wam wiedzieć, że jestem fanem autorów z Domu pomysłów, ale tych tworzących w latach 80. i 90.



Połączenie mangi z uniwersum Marvela wydało mi się jednak na tyle kuszące, że postanowiłem sięgnąć po bardzo ciekawie się zapowiadający komiks autorstwa kobiety podpisującej się pod swoimi pracami jako Peach Momoko. Nigdy nie czytałem jej prac, ale dostępne mi grafiki były zdecydowanie godne podziwu. Gdy wziąłem w ręce i przekartkowałem ogromny, piękknie wydany album „Dni Demonów”, utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że od strony plastycznej to najwyższa półka. W opowieściach obrazkowych liczy się jednak coś innego niż wybitna graficzna robota. Tu zdaje się jest pies pogrzebany, bo mimo iż narracyjnie to dobra rzecz, to fabuła pozostawia wiele do życzenia.



Przede wszystkim, szumne nazywanie tego, co dostałem „alternatywnym światem Marvela inspirowanym japońskim folklorem” jest dużym nadużyciem. Nie ma tu wielu śladów czegokolwiek z Domu Pomysłów, prócz imion i designu niektórych postaci. Na tym poziomie to zwykły skok na kasę. Historia jest całkowicie autonomiczna i dla mnie – mimo wszystko fana Marvela – nic tu się nie zgadza. Najfajniejszym elementem są faktycznie motywy przypełzłe z Japońskiego folkloru, ale stylizowana na japońską „bajkę magiczną” fabuła nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Według mnie dostałem pięknie namalowaną wydmuszkę. Generalnie zwyciężyły mnie świetne, różniące się momentami style rysunku i bajeczne komputerowe kolory, w najlepszych momentach imitujące delikatne akwarele. Nie było to wszystko jednak na tyle dobre, by usprawiedliwić miałkość fabularną. Jeśli więc w komiksie cenicie nie tylko rysunki, to tu nie macie czego szukać.



Zastanówmy się jednak chwilę. Mam 40 lat, najchętniej czytałbym oldskulowe frankofony i pojebane mangi dla dorosłych. Peach Momoko to jednak totalny mainstream dla współczesnych dzieciaków, mocno kochających popkulturę i tradycję Kraju Kwitnącej Wiśni. Prawdopodobnie więc mijam się z tym komiksem u podstaw. Choć jest mi z tym źle, „najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę”. Nic jednak nie poradzę na swoje preferencje czytelnicze, odmienne od dzisiejszych nastolatków. Z drugiej strony piszę o komiksach dla dzieciaków do RYMSu i chyba umiem rozpoznać dobrą rzemieślniczą robotę. Może więc nie jest to do końca moja wina?

Catwoman. Rzymskie Wakacje. Loeb/Sale/Stewart

 


Złożony z sześciu zeszytów spin-off batmańskiego, halloweenowego cyklu autorstwa Loeba i Sale'a wjechał na sklepowe półki. „Catwoman: Rzymskie Wakacje” to historia wypadu Catwoman do Rzymu, umiejscowiona gdzieś między „Długim Halloween” i „Mrocznym zwycięstwem”. Od razu mówię: rzecz jest więcej niż dobra. Może nie wybitna fabularnie ze względu na pewne ograniczenia i nieco – że tak brzydko powiem – komiksowe uproszczenia, za to od strony graficznej zdecydowanie genialna.



Oczywiście nie będę na siłę polecał tego komiksu. Zaznaczę od razu: jeśli nie lubicie kobiet rysowanych przez Tima Sale'a, nie macie tu czego szukać. Owszem, to nie bat-porno, ale rysownik wycisnął duży potencjał zmysłowości i erotyki jaki tkwi w postaci naszej ulubionej kotki i sprawił, że jego Selina Kyle jest jedną z najgorętszych lasek w historii medium. Fabularnie, w najlepszych momentach (jak relacja Catwoman i Ridlera), jest lekko i z humorem. Mimo iż czasem Loeb uderzał w ciemniejsze, smutniejsze rejony życia bohaterki, to w gruncie rzeczy nastawcie się na niezobowiązującą rozrywkę z lekką nutką noirowej narracji.



Jak wskazuje tytuł tomiku, akcja dzieje się głównie w słonecznej Italii. Rzecz jednak nie udaje europejskiego komiksu czy kina, odnosi się raczej do klasycznych, hollywoodzkich produkcji; dajmy na to filmów z Audrey Hepburn, co podkreśla seria fantastycznych okładek nawiązująca do starych plakatów. Zresztą sam album to mistrzostwo designu i między innymi dlatego warto mieć ten komiks na półce. To zwyczajnie ładny przedmiot.



Kocham od razu rozpoznawalny cartoon Tima Sale’a, czemu dawałem wyraz już wiele razy. Na tym poziomie nic się nie zmieniło. Może odrobinę mniej tu mroku i grotechy, a więcej luzu i zjawiskowo pięknej Seliny, ale graficznie to bezsprzecznie najwyższa półka. Dodatkowo komiks kolorował nikt inny jak Dave Stewart, czyli najbardziej rozchwytywany kolorysta w branży. W tym albumie pokazuje rogi i ugruntowuje swoją niezachwianą pozycję absolutnego mistrza kolorów. Jako człowiek, który nie tworzy komiksów, jestem trochę zdezorientowany. Wyczytałem bowiem, że barwy zostały nałożone przy pomocy komputera, a w życiu bym tego nie stwierdził, jeśli miałbym kierować się efektem wykonanej pracy. Jest tu wiele warstw i cieni, sugerujących raczej ręczną, malarską robotę. To moi drodzy jednak cyfra, ale wykorzystana w iście mistrzowski sposób. Duet graficzny Sale & Stewart to więc zdecydowanie dream team, który już nigdy się nie powtórzy.



Muszę na koniec, z kronikarskiego obowiązku, zaznaczyć, że jestem zaskoczony pewnym elementem składowym. Mianowicie troszkę dziwi mnie forma wydania, inna od poprzednich części: tu jest grafika pod obwolutą, w poprzednich odsłonach było tylko quasi–płótno. Ten brak konsekwencji to jednak drobny szczegół, dzięki któremu upchnięto w polskim wydaniu dwie okładki. Sygnalizuję jedynie tym z Was jeszcze czekającym na zakup: bierzcie nowe wydania tego cyklu, niedługo będą wznowione. Wszystko wskazuje bowiem na to, że pod obwolutką znajdziecie wodotryski.