KOMIKS DLA WSZYSTKICH
Z Bartkiem Sutorem, scenarzystą
komiksowym, spotkałem się 21 lutego na Kocurach, czyli na imprezie
poświęconej polskiemu komiksowi niezależnemu, która odbyła się
we wrocławskiej BarBarze.
Wpadłem tam po godzinie dwunastej.
Natłok tytułów, twórców, mini wydawnictw i entuzjastów
przekraczał moje wcześniejsze wyobrażenia. Z trudem przeciskałem
się pomiędzy szpalerami stoisk. Ludzie cierpliwie wyczekiwali w
wolno topniejących kolejkach po komiks i/lub rozmowę z jego
autorem. Przestrzeń lokalu wydawała się za mała, aby nas
wszystkich pomieścić. Szukając na naszą rozmowę spokojniejszego
miejsca, poszliśmy z Bartkiem do pobliskiej kawiarni.
Jakub Gryzowski: Nie będę
udawał, że się nie znamy, bo się znamy. Tyle że ostatnio
widzieliśmy się 20 lat temu w Państwowym Pomaturalnym Studium
Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (SKIBA, szkoła już nie istnieje
– przyp. red.). Czytałem wtedy komiksy, jeszcze czytałem, byłem
przed tą przerwą, która jest tak charakterystyczna, może typowa.
Krzysztof chyba ją kończył i wracał do komiksu. A jak było z
Tobą, interesowałeś się komiksem?
Bartek Sutor: Cały czas. Lubię
sobie żartować, że to była miłość nieodwzajemniona. Szukałem
wtedy w komiksie rzeczy, których nie znajdowałem. Ale zawsze
pozostawała pasja z dzieciństwa, z lat 90'. A kiedy weszła
dorosłość, czas studiów i pojawiły się inne rzeczy - DVD, gry
komputerowe - to nastąpiła rozłąka z komiksem. Nieoczekiwanie,
wraz z pewnymi luzerami, pomyślałem aby na serio pójść w film –
Hafciarka film.
JG: Tak się nazywała nasza
grupa filmowa. Ale poważnie? Chciałeś stać się częścią
przemysłu filmowego?
BS: Weź poprawkę na to, że
miałem 20 parę lat. Ale zaliczyłem staż w TVP, interesował mnie
montaż...
JG: Pamiętam, że twoje filmy
były bardzo konceptualne, w stylu Zbigniewa Rybczyńskiego.
BS: Zabawa formą...
JG: Dzielenie ekranu na parę
części. Trochę jak plansza w komiksie...
BS: Tak, powiedziałbym nawet,
że ta mechanika, która mnie wtedy interesowała, przyświeca mi
także teraz.
JG:
Nie wszedłeś do branży filmowej, za to zaliczyłeś
incydent z byciem wydawcą komiksów (wydawnictwo Sutoris – przy.
red.). Czy właśnie wtedy wpadłeś na pomysł, żeby nie tylko
wydawać cudze komiksy, ale i tworzyć własne? Pisać scenariusze?
BS: Nigdy nie sądziłem, że
ktoś mógłby być zainteresowany moim tekstem. Ale zawsze miałem
ochotę pracować przy komiksie, tak od kuchni. Składu druku
nauczyłem się w wydawnictwie Mandragora, w którym pracowałem
zaraz po studiach. Oczywiście jednocześnie cały czas rysowałem
swoje komiksy, pisałem historie – wszystko do szuflady.
JG: Często się zdarza u
filologów, że mają ambicje literackie. Ale co było dalej, Twoje
wydawnictwo upadło...
BS: Działo się wiele różnych
rzeczy, wyjechałem na parę lat za granicę. Kiedy wróciłem w 2018
roku byłem nabuzowany tym, co widziałem w Londynie, Chicago –
sklepy komisowe, wydania zeszytowe. Wróciłem do starych komiksów,
zacząłem je kolekcjonować. Sięgnąłem też po nową ofertę,
która okazała się dla mnie fantastyczna. Wielu wydawców proponuje
obecnie komiks rozrywkowy, ale niekoniecznie superhero, tylko rzeczy
w rodzaju „Superntaural”; „Coś zabija dzieciaki” czy „The
Walking Dead”. To mnie zawsze interesowało - gatunek, ale dla ciut
dojrzalszego czytelnika. Więc kiedy pojawił się pomysł, żeby
wydać coś swojego, chciałem nawiązać do takiej stylistyki.
JG: Ale jak złapałeś kontakt
środowiskiem komiksowym?
BS: Paru ludzi pamiętało mnie
jeszcze z czasów Sutoris. Na pewno pomogło mi też nawiązanie
współpracy przy serii „Wydział 7”. Zaproponowałem chłopakom
wsparcie pod względem technicznym - liternictwo i ujednolicenie
szaty graficznej.
JG: Czyli droga do wydawania
swoich rzeczy, prowadziła od tej raczej mniej wdzięcznej roli, za
którą twórcy na ogół nie przypadają.
BS: Być może tak jest, ale
mnie zawsze interesował ten aspekt komiksu - estetyka wydania.
Pracuję nad tym z dużą satysfakcją. I po jakimś czasie
stwierdziłem, że mogę sam opowiadać historie w tym medium.
Zaczęło się od krótkich opowiadań publikowanych w magazynie
„Akt”...
JG: A pierwsza dłuższa rzecz
to „Konsjerż”?
BS: Tak. Do tej pory były to
historie 4-6 stronicowe + dwie serie zeszytowe, składające się z
rozdziałów po 20 stron. Dziś mamy premierę drugiego zeszytu „Mój
kochany straszny potwór”, do tego jest seria, która będzie
kontynuowana - „Ciemny odcień czerni”. To wszystko format
amerykański, zeszytowy, natomiast „Konsjerż” ma już formę
albumową.
JG: Wybrałeś sobie do tej
historii rysowniczkę, Łucję Marczyńską, która nie miała
doświadczenia komiksowego.
BS: Łucja jest niezwykle
pozytywnie nastawiona do nowych wyzwań. To świetna graficzka,
posiada wysoki etos pracy, więc fakt, że nigdy wcześniej nie
zrobiła komiksu, nie stanowił dla niej żadnego problemu.
JG: Jej styl jest trochę retro,
taki pop-art – gruba, ikoniczna kreska. Czy właśnie to Cię
ujęło?
BS: Zależy mi na tym, aby
komiks, który tworzę, był przejrzysty. Aby mógł przemówić
nawet do kogoś, kto nie czyta komiksów na co dzień. Są artyści i
czytelnicy, którzy cenią sobie eksperymenty graficzne...
JG: Ale Tobie zależy na
przejrzystości...
BS: Tak, chodzi o komiks
środka...
JG: Którego nie ma.
BS: Takie odnoszę wrażenie.
JG: Jest albo wielka sztuka,
albo totalny chłam.
BS: Nie chcę tu wyjść na
jakiegoś papieża komiksu i wydawać jakieś górnolotne sądy.
JG: Polscy komiksiarze to
wrażliwy gatunek, warto więc ważyć słowa.
BS: Myślę że wielu naszych
twórców oddało pola wszystkim tym tytułom, które są do nas
sprowadzane zza granicy. Mamy na rynku masę batmanów, spider-manów.
Więc oni kalkulują, że trzeba iść raczej w stronę takich rzeczy
autorskich.
JG: Może to kwestie wymogów
warsztatowych?
BS: Raczej dyscypliny. Chodzi o
odzwierciedlenie tym samych wzorców, które sprawdzają się w
komiksie mainstreamowym + nawet taka banalna rzecz jak terminowość,
czyli przyzwyczajanie czytelnika do tego, że mamy regularne serie.
JG: U nas nie ma takiej
struktury, pasa transmisyjnego dla konsumpcji tego typu komiksu.
BS: Wiem, u nas komiks robi się
z pasji, komiks zawodowy raczkuje, niewielu twórców żyje z
komiksu.
JG: Wróćmy do Konsjerża. Mnie
ta historia kojarzyła się z przypowieściami z kultowej serii
telewizyjnej pt. „Strefa mroku”. Jakie są Twoje inspiracje
literackie, komiksowe?
BS: Bardziej siedzi mi w głowie
kanadyjski serial z lat 90' pt. „Odyseja”. Pamiętam go z
dzieciństwa. Obecnie bliżej mi do klimatów z „Czarnego lustra”.
Zawsze ceniłem też twórczość Kieślowskiego.
JG: Kieślowski to nie gatunek.
BS: Nie, ale tworzył
przypowieści moralne...
JG: Konsjerż to moralitet, no
tak.
BS: Lubię też te wszystkie
fajne rzeczy z lat 90': wczesny Nolan, Fincher...
JG: Ciekawe, że cały czas
mówisz o filmie.
BS: Komiksowi bliżej do filmu
niż do literatury.
JG: W wywiadzie, który oglądem
z Tobą na YT, wspomniałeś, że cenisz sobie podział pracy.
BS: Jak najbardziej, każdy
powinien robić to, w czym czuje się najlepiej. Zdarza się, że
proponuję rysownikom pomoc w zakresie liternictwa, żeby nie
zawracali już sobie tym głowy.
JG: Zdarzało Ci się pracować
z różnymi rysownikami. Czy to bywa... problematyczne?
BS: Jeśli pojawiają się
jakieś problemy, to wyłącznie natury kreatywnej. Niesamowicie
cenię wszystkich tych twórców, z którymi współpracowałem.
Każdy z nich miał trochę inną wizję komiksu, a ja starałem się
do tego dopasować, żebyśmy razem osiągnęli jak najlepszy efekt.
Nigdy nie mówię rzeczy typu – „Ta postać powinna być
narysowana tak czy siak”. Akceptuję styl swojego rysownika.
JG: Ale dajesz propozycje
plansz, układu kadrów, a w nich planów, perspektyw?
BS: Tak, oczywiście. W ten
sposób decyduję o rytmie historii...
JG: To są właśnie te
konotacje z kinem.
BS: Kino, fascynacja montażem
filmowym. Uwielbiam montować i edytować. Jak wymyślam kolejne
motywy scenariusza, to nie zaczynam od tekstu, tylko od wyobrażania
sobie planszy – ile kadrów się na niej znajdzie, w jakim
układzie, czy wystarczy mi jedna strona, czy scena przeciągnie się
na dwie.
JG: Zmierzamy do finału naszej
rozmowy. Bomba na koniec - jak oceniasz polskie środowisko komiksu
niezależnego?
BS: Właściwie to nie odróżniam
komiksu niezależnego od komiksu zależnego. Nasz rynek i tak jest
oddolny, chyba że mówmy o rzeczach typu Wielka Kolekcja Komiksów
Marvela, gdzie są redaktorzy, ludzie na etacie itd. itd. Jednak
większość polskich komiksów to inicjatywa oddolna, dotyczy to
nawet uznanych twórców, którzy żyją z komiksu. Oni nie tworzą
na zamówienie, po prostu dzielą się z czytelnikiem swoimi
autorskimi pomysłami, bez jakichś tam ograniczeń ze strony
wydawcy.
JG: Właśnie wyszliśmy z
Kocurów. Można tam było kupić komiksy, ziny, ale przede wszystkim
zanurzyć się w całej tej otoczce związanej z samodzielnym ich
wydawaniem. Jakieś gadżety, artefakty. No i przede wszystkim
możliwość spotkania z autorem. Lubisz to?
BS: Uwielbiam konwenty i kontakt
z takim samym fanem komiksu jak ja, ale chciałbym żeby to, co mam
do przekazania czytelnikowi, zawierało się w całości w
opowiadanej przeze mnie historii. Dlatego sam nie określiłbym się
jako „niezal”.
JG: To zawsze jest kwestia
wyboru drogi. Myślisz w przyszłości o rozwijaniu się w ramach
komiksowego undergroundu, czy może marzysz o tym, że w Polsce
będziemy mieć sklepy komiksowe i warunki do konsumpcji komiksu
środka?
BS: Zdecydowanie to drugie, tym
bardziej że to pierwsze ma się świetnie.
JG: Tak jak piwo kraftowe.
BS: Tak jest. Ja za to celuję
trochę w taki eskapizm – chcę opowiedzieć bajeczkę, w której
jest się w stanie odnaleźć każdy, niekoniecznie tylko fan
komiksu, ale też ktoś, kto chce zwyczajnie wejść w fabułę.
Pewien rodzaj immersji, która towarzyszy niektórym serialom,
książkom czy grom.
JG: Więc ani drogie albumy, ani
underground.
BS: Komiks środka. Jak np. we
Włoszech. Albo z innej beczki, popatrz, co zrobił Netflix w Polsce.
Wielu rodzimych twórców mogło się wypowiedzieć dzięki tej
platformie i być zrozumianym na całym świecie. Taki „Heweliusz”...
JG: Tak, świetne. Nie czuło
się tam osławionej presji politycznej poprawności.
BS: No właśnie. Więc chodzi
mi o coś tego typu. Taki komiks dla wszystkich.
JG: Dobre na tytuł.
Bartek Sutor - wczesny
millenials, napływowy wrocławianin. Wydawał, redagował, tłumaczył
(full-serwis!). Obecnie scenarzysta komiksów „Konsjerż”,
„Ciemny odcień czerni”, „Mój kochany straszny potwór” i
kilku shortów. Docenia dobre liternictwo. Kolekcjoner starych
marveli.
Jakub Gryzowski – filmowiec
amator. Współtwórca grupy filmowej Hafciarka. Redaktor Rękopisu
znalezionego w Arkham oraz czasopisma Witkacy!