niedziela, 9 czerwca 2024

Skorpion. Tom 3. Marini/Desberg

 


 

 Kurza stopa. Prawie rok minął od wydania drugiego tomu „Skorpiona” i dopiero teraz dostajemy trzeci. Wszystkie wspomnienia związane z poprzednimi odsłonami mam zamglone i z trudem składam elementy układanki do kupy, bo już nie kojarzę, co działo się wcześniej. Niemniej sięgnąłem po tom trzeci z niekłamaną przyjemnością, bo mimo luk w pamięci wiedziałem, że będę bawił się bardzo dobrze – wszak to Marini.

Jego flagowa seria „Skorpion” nie jest komiksem historycznym. To pulpowa fantazja ubrana w kostium, próżno szukać tu więc jakiejś prawdy o epoce. To sen autorów o konwencji płaszcza i szpady, tak jak spaghetti westerny były snami Włochów o dzikim zachodzie. Brak realizmu nie krzywdzi jednak tej opowieści.

Owszem, zapewne fabuły stworzone do spółki (bo Marini figuruje tu jako współscenarzysta) z Belgiem Desbergiem nie są szczególnie mądre i nie skłaniają do refleksji, ale wszystko jest napisane tak, aby umożliwić genialnemu Włochowi rysowanie scen akcji, kostiumów i pięknych kobiet. Myślę, że to wystarczy. Historia nie jest tu najważniejsza. Liczy się atmosfera i świetnie ograne kalki z najsłynniejszej opowieści płaszcza i szpady, czyli z „Trzech muszkieterów”. Podobnie bowiem jak w dziele Dumasa, największym zagrożeniem dla głównego bohatera zdaje się kościół. Bezduszna polityczno-gangsterska machina kierowana przez podstępnych szubrawców, która tu dzięki działaniom występujących przeciwko niej awanturników zaczyna się jednak chybotać. Wtedy okazuje się, że za spiskiem stoi coś jeszcze starszego i potężniejszego.

Prócz Dumasowskich motywów mocno akcentowana jest również przeszłość naszego awanturnika. W tym tomie przykładowo dowiemy się, skąd na jego ciele pojawiło się znamię w kształcie skorpiona, od którego to protagonista wziął swój przydomek oraz kto faktycznie jest jego ojcem. Generalnie autorzy mądrze korzystają z poetyki serialu i powoli odsłaniają kolejne karty. Robią to dobrze, ale jak wspomniałem, to dalej nie jest arcydzieło od strony fabularnej. Warstwa graficzna to jednak pierwsza liga.

Jakby ktoś nie wiedział, dla mnie Marini jest mistrz komiksu tak jak lew jest król dżungli. Być może dla niektórych jego post-disneyowski styl to czystej wody kicz, ale ja kupuję go z całym dobrodziejstwem inwentarza. Marini zdecydowanie urodził się po to, by rysować „Skorpiona” i za tę serię zostanie zapamiętany

Mazebook. Jeff Lemire

 


 

 Jak na autora, którego jako pierwszego nazwałem swoim „ulubionym”, Jeff Lemire ostatnio trochę ode mnie oberwał. Absolutnie nie wątpię w jego talent, ale po kilku średnich występach na zlecenie korporacji tradycyjnie dojących obiecujących scenarzystów, wypuścił jeszcze (między innymi) „Korzenie rodzinne” oraz „Sztuczną inteligencję”. Okazało się tym samym, że nawet w bardziej niezależnych tytułach potrafi nam się ten Lemire rzucić z motyką na Słońce. W dużym skrócie: przesadne kombinowanie rzadko mu wychodzi, najwyżej bokiem. „Mazebook” już samym tytułem nie zapowiada prostoty, a na dodatek chronologicznie powstał pomiędzy wspomnianymi wcześniej tytułami. Miałem złe przeczucia.

Na stronach „Księgi labiryntów” śledzimy losy Willa, człowieka tak smutnego, że w worach pod oczami mógłby piach na wały nosić. Snuje się on po mieście na autopilocie, pracuje od niechcenia jako inspektor budowlany i uparcie ignoruje wszelkie przebłyski życia sięgające ponad podstawową egzystencję. Will ma jednak ku takiemu zachowaniu dobry powód, jeden z lepszych motywatorów martyrologii bym powiedział: dziesięć lat temu zmarła jego ukochana córeczka, a on sam pod wieloma względami podążył jej śladem. Wszystko zmienia się, gdy nieszczęśnik odbiera telefon i słyszy w słuchawce głos swojej małej Wendy. Głos, który przekonuje go, że utracone dziecko czeka na niego w centrum labiryntu. Czy zrozpaczony ojciec wreszcie postradał zmysły? Odpowiedź znajdziemy na końcu czerwonej nici.

Na szczęście mogę rozwiać wątpliwości – „Mazebook” to bardzo prosta historia, to w tym przypadku plus ogromny. Widziałem w sieci opinie mówiące, że miniseria zawodzi oczekiwania, komentarze ludzi spodziewających się jakiejś psychodelicznej, epickiej baśni. Według słów samego autora taki pierwotnie był zresztą plan, ale Lemire na całe szczęście poszedł po rozum do głowy i został w swojej strefie komfortu, może poza umiejscowieniem akcji w dużym mieście zamiast jakiegoś wypizdowa. Metaforycznego dłubania w podświadomości za pomocą onirycznej wędrówki jest tu sporo, ale trzonem całej fabuły pozostaje życie Willa, a właściwie brak tego życia. Dalsza egzystencja w obliczu ogromnej straty ugryziona od strony, której opisanie było by już zbyt dużym spoilerem.

Nie chcąc zdradzać zbyt wiele, nie mogę również dokładnie wytłumaczyć wam, co mi tu nie do końca zagrało. Muszę robić podchody. Przy tej całej godnej pochwały prostocie, Lemire ominął pewne niuanse procesów, które powinny od bohatera wymagać długotrwałej pracy nad sobą. Do zakończenia dochodzimy na skróty i może jest to kwestia magicznego realizmu, ale niektóre aspekty fabuły są na tyle rzeczywiste, że trudno na te uproszczenia przymknąć oko. To w sumie nic nowego w przypadku tego autora, idzie przywyknąć, choć poważne tematy zasługują na nieco dokładniejszy wgląd. Zwłaszcza, gdy to wokół nich obraca się narracja.

Mimo to przejąłem się losami tego przytłoczonego biedaka z okładki. Lemire siły zaoszczędzone przy pobieżnym potraktowaniu złożonych procesów psychologicznych spożytkował, jak to często u niego bywa, stosując skuteczne zabiegi emocjonalne. Brzmi jak tani chwyt, ale chwytanie za serca choćby minimalnie wrażliwych odbiorców jest jego specjalnością. Łatwo nam się zbliżyć do Willa, łatwo nam poznać jego zmarłą córeczkę i polubić ją. Tęsknota oraz typowe dla depresji odrealnienie rzeczywistości są w „Mazebook” namacalne, więc i pozytywne tony na zasadzie kontrastu uderzają mocniej. Ostatecznie komiks zostawia nas z przesłaniem przefiltrowanej przez łzy nadziei, bez wchodzenia totalnie ani w absolutny mrok, ani w przesadną pozytywność. Taka równowaga mi pasuje, to życiowe.

Nie do końca rozumiem za to, czemu autor zaprzyjaźniony z tak ogromnym gronem utalentowanych rysowników wciąż decyduje się samemu ilustrować sporą część swoich dzieł. Lemire ogromnie się pod tym względem wyrobił, to fakt, a „Mazebook” jest prawdopodobnie jego najlepszym dziełem z graficznego punktu widzenia. Sporo pokombinował w kwestii sekwencyjności, korzystając z prostego pomysłu z czerwoną nitką wyprutą ze swetra i z bardziej skomplikowanych zabaw przekuwających architekturę labiryntów w układ kadrów. Wyszło ciekawie, czytelnie w większości przypadków, choć czasem ruch mojego oka rozmijał się z jego planami. Kolory też ogarnął z głową, bo rozgraniczenie szarej rzeczywistości, kolorowych wspomnień i czerwieni prowadzącej bohatera do celu podbija klimat opowieści. Tak samo zresztą emocje na twarzach postaci, z którymi (przy oczywistej prostocie swojej kreski) Lemire zawsze radził sobie bardzo dobrze. Co mi tu więc nie pasuje? Właściwie to nic, jedynie zaznaczam, że z rysunkami Andrei Sorrentino albo Dustina Nguyena „Mazebook” mógłby mnie powalić, a taki Matt Kindt na przykład zdołałby nieco ciekawiej ogarnąć grafiki o w sumie podobnej stylistyce. W skrócie: jest dobrze, bazgroły Lemire’a spełniają swoją funkcję i w sumie rozumiem jego chęć własnoręcznego narysowania tej historii, ale oczyma wyobraźni widzę potencjalnie bardziej zachwycającą wizualnie wersję tego komiksu.

Nie wspominałem chyba o tym jeszcze nigdy, ale szczerze gardzę tym zwyczajem cytowania bardzo pochwalnych opinii z tyłu albumów komiksowych. Według komentarzy Jamesa Tyniona IV, Matta Kindta, czy na podstawie fragmentu recenzji z Multiversity Comics można uznać, że „Mazebook” to arcydzieło, opowieść kompletna i bezdyskusyjnie strącająca czapki z głów malkontentów, włącznie z resztkami owłosienia. To absolutnie nie jest prawda, do perfekcji tu brakuje bardzo wiele, ale wcale a wcale nie czyni to z tego komiksu padaki niewartej waszej uwagi. To porządna, dobrze napisana i ładnie narysowana opowieść, w której bardzo przyziemny, dotkliwy smutek rozłożony jest bez przesadnej wnikliwości na czynniki pierwsze za pomocą onirycznej fantazji. To chyba całkowicie wystarczy, by ten tytuł polecić bez wklejania wam w głowy nierealnych oczekiwań. 

 Autor: Rafał Piernikowski  

piątek, 7 czerwca 2024

Nightwing. Tom 2. Tom Taylor.

  


Wkurzają mnie tacy ludzie jak Chip Zdarsky, Mark Waid, Al Ewing, czy Tom Taylor właśnie. Wydawcy komiksowi na naszym rynku, jeszcze z pewnymi wyjątkami na szczęście, w miarę ostrożnie dobierają pozycje do katalogów, więc o kompletny szajs stosunkowo trudno. Celem poszerzania recenzenckiego clout trzeba jednak czasem na coś ponarzekać i bezpiecznym wyborem jest wtedy superbohaterszczyzna, bo sprzedaje się nawet przy kiepskiej jakości. Przy pierwszym tomie „Nightwinga” od Taylora niestety nie miałem okazji zabłysnąć, w ramach swojego gatunku był to komiks prawie perfekcyjny. Pozostała jedynie nadzieja, że kontynuacja (co często się zdarza) kompletnie pogrzebie nabudowany wcześniej potencjał.

„Bitwa o serce Blüdhaven” wiele tłumaczy już samym tytułem. Pora na kulminację napięć narastających od dłuższego czasu w gothamowej wersji New Jersey. Poziom irytacji Blockbustera, obecnego bossa na dzielni i wcale nie podróby Kingpina, sięga nisko zawieszonego sufitu. W odpowiedzi na Nightwinga coraz mocniej wtykającego idealny nos w coraz większą ilość nieswoich (dyskusyjnie) spraw, odziany w biały gajer, przypakowany zakolak wyciąga z pękających w szwach rękawów najmocniejsze karty. Starcie jest nieuniknione, herosi kontra złole, lud kontra skorumpowana władza, nadzieja i braterstwo przeciwko bezczelności kryminalnej zgnilizny, która toczy miasto. W tym całym chaosie łatwo zapomnieć o grasującym w zaułkach złodzieju serc. Spójrzmy na tytuł. Przypadek? Ni chu… nie.

„Bwahahaha!” – zaśmiałem się triumfalnie. Druga część „Nightwinga” faktycznie jest gorsza od kapitalnego „Skoku w światło”! Skoro więc wreszcie mam ku temu okazję, tę bardzo znaczącą dla was pisemną opinię rozpocznę od labiedzenia. No i dokładnie w tym momencie, pracując intensywnie nad niniejszym tekstem, mój mózg się zawiesił. Musiałem serio ponownie złapać za komiks, by przypomnieć sobie, co mi się właściwie w nim nie podobało, więc ogólnie chyba dramatu nie ma. Największym problemem są tradycyjnie coraz bardziej odczuwalne macki wydawnictwa zaciskające się na względnie kameralnej fabule i wyżymające z niej esencję kalesoniarskiego kiczu. Coraz wyraźniejsze wydłużanie zasięgu Dicka (innuendo absolutely intended) w kierunku szerszych realiów świata DC potrzebne jest temu komiksowi jak Maluchowi chromowane dwudziestocalowe felgi. Seria traci przez to odrobinę tak bardzo miłego naszym sercom skupienia na ulicznym mścicielstwie i generalnie, w porównaniu do pierwszego tomu, decentralizują się w związku z tym wszystkie warstwy komiksu. O tym jednak trochę później.

Muszę tutaj wspomnieć o pozytywnych zaskoczeniach, o elementach, które teoretycznie powinny mnie odrzucić. Nie przeszkadzał mi udział innych superbohaterów, ich obecność była absolutnie logiczna. Trafił się też rozdział z totalnie simpującym Dicka Graysona Nite-Mitem, czyli podobnym do Bat-Mite’a i Pana Mxyzptlk, wszechmocnym, psotnym impem z piątego wymiaru. W odróżnieniu od swoich totalnie wnerwiających ziomków, ten niskorosły omnipotent okazuje się jednak całkiem równym gościem, a historia z jego udziałem ostatecznie jest urocza i pasuje do vibe’u reszty fabuły. Ta atmosfera pozostaje zresztą najmocniejszą stroną runu Toma Taylora, to pełna akcji pigułka rozgrzewającej serduszko pozytywności, która wyrażona jest głównie poprzez świetnie napisane postaci i doskonałe interakcje między nimi, wciąż prawdopodobnie jedne z najlepszych w spandeksowym nurcie. Chemia między Nightwingiem i Batgirl konsekwentnie buduje jeden z najbardziej naturalnych związków w historii DC Comics, a szacunek Dicka wobec spuścizny pozostawionej przez Alfreda i jego trzeźwa interpretacja doświadczeń wyciągniętych z lat spędzonych pod peleryną Batmana tworzą z tej postaci, niby zależnej od bardziej ikonicznych bohaterów, człowieka o własnym, złożonym charakterze. Trudno by mi było tu znaleźć powód, by Nightwinga nie lubić, gdzie aktualnie wydawane komiksy o Supermanie czy Gacku potrafią dawać mi ich na pęczki. Tak jak Blüdhaven jest tym, czym Gotham bywa, gdy ma akurat przerwę od bycia przesadnie mroczną karykaturą, tak Dick jest tu Batmanem w wersji 2.0.

W tych superlatywach powinienem jeszcze znaleźć miejsce na wtrącony już nieco po fakcie mini-akapit o potencjalnie najbardziej zaburzającym akrobatyczną równowagę potknięciu Taylora. W realiach Bat-rodziny chyba najtrudniejszą sztuką jest wprowadzenie nowego, interesującego złoczyńcy. To, co udało się tu na wstępie w przypadku Heartlessa, skończyło się względnym rozczarowaniem. Zakończenie tego wątku robi średnie wrażenie, trąca zmarnowanym potencjałem, a sam złol wychodzi na bootlegowego Husha.

Wspominałem jednak o decentralizacji, bo trudno nie odnieść wrażenia, że narracja nie płynie tu tak płynnie jak w części pierwszej. Częściowo może i to wina przerywników w fabule, ale chyba głównym powodem jest niedosyt ilustracji Bruno Redondo. Oczywiście dalej jest on tu głównym rysownikiem, lista nazwisk odpowiedzialnych za warstwę graficzną w porównaniu ze „Skokiem w światło“ jest jednak ponad dwukrotnie dłuższa. Bardzo często zastanawiam się, jak duży wpływ na sekwencyjność kadrów ma w danym komiksie scenarzysta i tu momenty perfekcji są chyba zasługą doskonałego rezonansu między instrukcjami Taylora i talentem Redondo. Nic wam co prawda oczu nie wypali, najwięcej zmian na ołówku odbywa się na sam koniec, Adriano Lucas wciąż dostarcza kapitalne kolory, a fragmenty kreślone przez Daniele Di Nicuolo czy Javiera Fernandeza wyróżniają się na plus. Ja jednak jestem zadeklarowanym miłośnikiem wizualnej spójności i trudno mi odżałować każdą, nawet najdrobniejszą, przerwę od Redondo i jego perfekcyjnie prowadzącej uwagę czytelnika, gładko konturowanej roboty. No i nie ma już bajerów w stylu tego jednego ujęcia rozciągniętego na cały zeszyt z poprzedniego tomu, ale kilka mniej szpanerskich fikołków w kadrowaniu nadal uświadczymy. Może i dobrze, nie ma co odcinać kuponów od takich popisów.

No to se ponarzekałem! Po zasługującym na prawie pełnoprawną dyszkę „Skoku w światło” dostałem kontynuację, która (trzymając się cyferkowej konwencji) ląduje gdzieś w okolicach ósemki na szynach. Jak na trykociarstwo to i tak wciąż górna półka. Mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać ironicznego charakteru pierwszego akapitu, naprawdę cieszę się, wciąż trafiając na tak porządne komiksy w Marvelu i DC. Tytuły nasączone przez autorów słodkim, serduchowym sosem i dowody na istnienie śladowej chociaż miłości do gatunku w kręgach twórców. Na stronach „Bitwy o serce Blüdhaven” Nightwing może i gubi trochę drogę, ale nadal odwala fikołki w dobrym kierunku, w spektakularnym stylu i z czarującym uśmiechem wymalowanym na absurdalnie atrakcyjnym ryju. Pewne ogniska peleryniarskiej zarazy zaczynają niestety budzić mój niepokój względem kontynuacji. Zobaczymy, jak długo Tom Taylor będzie w stanie się bronić przed morzem bullshitu otaczającym jego małe królestwo. Trzymam kciuki!

 

Autor: Rafał Piernikowski  

środa, 29 maja 2024

Kroniki Jerozolimskie. Guy Delisle.

 



Wznowienie Kronik Jerozolimskich to pomysł trafiony. Gdy w Strefie Gazy trwa właśnie eskalacja, która przybrała formę ludobójstwa ludności cywilnej, warto wrócić do opowieści, w której napięcie między Palestyńczykami a ludnością Żydowską stanowi istotne tło. Guy Delisle przybył do Izraela w 2008 roku i został tam półtorej roku. Sumę swoich obserwacji – tych małych i dużych – zawarł w ponad 300 stronicowym komisie, będącym czymś na kształt reportażu pomieszanego z autobiograficznymi wątkami natury obyczajowej.

Początki są oczywiście trudne. Autor wraz z pranerką i dwójką dzieci próbują zaaklimatyzować się w arabskiej dzielnicy położonej we „wschodniej” Jerozolimie. We „wschodnie”... lub na Zachodnim Brzegu Jordanu, co – jak tłumaczy jedna z bohaterek komiksu - nie jest do końca jasne. Żona narratora pracuje w organizacji MSF zajmującej się pomocą humanitarną Palestyńczykom w Strefie Gazie, dlatego to właśnie Guy przyjmuje rolę kury domowej i opiekuje się dziećmi. Jednak czasami udaje mu się wymknąć w teren, gdzie może w spokoju porysować i pozwiedzać.

I tak - oczami Delisle - poznajemy nie tylko Jerozolimę, ale także Tel Awiw, Ramallah i inne miasta, dzielnice, rubieże. Razem z nim wchodzimy - zarówno do świętych budynków - jak i na place zabaw, zaglądamy do Grobu Pańskiego oraz przydrożnych kawiarni, spacerujemy - raz wzdłuż Ogrójca - raz wzdłuż wielkiego muru oddzielającego Strefę Gazy, obserwujemy przeróżne zwyczaje i święta, spotykamy mniej, lub bardziej specyficznych ludzi najróżniejszych wyznań - innymi słowy – wspólnie z protagonistą po uszy zanurzamy się w tym wielokulturowym tyglu największych religii świata.

Autor jest ateistą, ale „ateistą niewojującym”. Jego stosunek do religii nosi znamiona szacunku połączonego z pewną dozą dystansu. Niemniej interesują go te sprawy. Czasem opisuje jakąś biblijną historię, lub religijny zwyczaj w sposób skrótowy i dosłowny, co oczywiście ma wydźwięk humorystyczny. Polecam zainteresowanie się przepowiednią o tzw. Czerwonej jałówce. Gdy usłyszałem kiedyś o niej po raz pierwszy, myślałem że to teoria spiskowa. Niemniej rzeczywiście Żydzi dążą do odtworzenia tego wymarłego gatunku krowy, aby za sprawą popiołu uzyskanego z jałówki (czerwonej, błądź rudej), przejść rytuał oczyszczenia, który umożliwi im powrót na Świątynne Wzgórze Jerozolimy. Ponoć są już blisko.

Czytając inny komiks Delisle pt. „Shenzhen” o jego pobycie w Chinach miałem mieszane uczucia. Brakowało mi w nim odmalowania powagi sytuacji politycznej państwa, które łamie podstawowe prawa człowieka. Dominowało spojrzenie autora, które jest spojrzeniem mieszczańskim z wiecznie towarzyszącą mu nieznośną lekkością bytu. Dlatego snuta opowieść zamieniła się w serię zgrabnie uszeregowanych, zabawnych lub kuriozalnych sytuacji, które są charakterystyczne dla kontaktów przybysza z obcą mu kulturą.

W Kronikach natomiast dochodzi do ciekawego połączenia obserwacji rzeczy ulotnych, często pozornie błahych (żółw spotkany przy drodze, przepełnione śmietniki) z wydarzeniami poważnymi, nierzadko o charakterze tragicznym („Operacja Płynny Ołów”), których sens polityczny jest nie do pominięcia. Mamy tu także dobrze odmalowaną uciążliwość checkpointów oraz dramat Palestyńczyków, którzy są wyrzucani ze swoich domów i ze swojej ziemi przez tzw. Żydowskich osadników.

Autor nie ucieka się jednak do szybkich ocen. To w klasycznym reportażu uzyskujemy pełen ogląd sytuacji. Delisle natomiast pokazuje nam jedynie te fragmenty rzeczywistości, które zdołał zaobserwować. Jego cartoonowe alter ego, gdy widzi obrazy budzące grozę, bądź zdziwienie, zamiera w osłupieniu pozbawionym komentarza. To czytelnik decyduje o ostatecznej interpretacji tego gestu.

Wspomniana przeze mnie wcześniej nieznośna lekkość bytu, która towarzyszy wędrówkom głównego bohatera także w tym komiksie, mogłaby irytować, gdy nie to, że autor szczerze ją obnaża, w pełni dając o niej świadectwo. Mamy przecież sceny, kiedy Delisle po prostu wygodnie spędza wakacje, np. siedząc na leżaku nad morzem, gdy tymczasem Izraelskie myśliwce przelatują mu nad głową, kierując się w stronę Strefy Gazy, gdzie zrzucą bomby na najpewniej niewinnych ludzi.

Uproszczony styl rysowania nie podlega w tym komiksie ewolucji, jest mniej więcej taki, jak w pozostałych albumach tego twórcy. Autorzy innych obrazkowych opowieści autobiograficznych często wybierają cartoonową kreską, rzecz jasna o odmiennym stylu charakterystycznym dla każdego z nich. Warto zaznaczyć, że język komiksu pomaga tutaj lepiej zrozumieć przedstawioną rzeczywistość (topograficzne bardzo skompilowaną) za pomocą różnych wykresów oraz map, które np. w filmie dokumentalnym, zniknęłyby zanim zdążylibyśmy się im przyjrzeć.

Komiks podzielony jest na rozdziały – miesiące oraz krótkie podrozdziały - epizody, których tytuły sygnalizują kolejne poruszane przez autora tematy. Nie ma jednej linii dramaturgicznej – narracja składa się z serii anegdot, dlatego polecam przerwy w lekturze, aby uniknąć uczucia lekkiego znużenia i monotonii. W historii pojawia się co jakiś czas drobna przerwa – element wytchnienia - w postaci całych plansz „milczących kadrów” - swoistych widokówek z miejsc, które Delisle zobaczył.

Gdy krytykowanie ludobójstwa dokonywanego przez Żydów uchodzi za rzecz kontrowersyjną, a politycy wszelkiej maści nabrali wody w usta - „Kroniki Jerozolimskie” wydają się potrzebną lekturą. Rzecz jasna nie jest to jakieś kompleksowe kompendium wiedzy o Jerozolimie. Komiks zawiera w sobie jedynie/aż subiektywną perspektywę autora oraz to co zdołał zobaczyć, przeżyć (informacje zaczerpnięte z drugiej, czy trzeciej ręki, wypadają tu mniej przekonywająco). Czytelnikowi z łatwością przyjdzie utożsamić się z autorem. W końcu każdy z nas bywa nieco drobnomieszczański i pogubiony w tym pogmatwanym, szalonym świecie. 

 

Autor:  Jakub Gryzowski

czwartek, 16 maja 2024

Frontier. Singelin.

 

 


 Szczerze powiem, że nie doceniałem Singelina. Jego poprzedni wydany u nas komiks „PTSD” urzekł mnie od strony formy, ale fabularnie był taki sobie i pozostawił mnie z niedosytem. Pisząc recenzję, ująłem to dyplomatycznie, ale to był jeden przypadków: znajdź scenarzystę albo get the fuck out. Grafy podobały mi się jednak na tyle, że dałem autorowi drugą szansę. Jestem zaskoczony, bo „Frontier” jest komiksem znakomitym zarówno na poziomie graficznym jak i fabularnym. Chyba najlepszym, jaki czytałem w tym roku.

Tak jak przy „PTSD” wyczuwalne mocno mangowe wpływy przekładały się na fabułę i rysunki, tak we „Frontier” dostajemy rzecz inspirowaną ewidentnie serialem „Expanse”, a przynajmniej ja to tak odbieram. W swojej klasie to jednak komiks wybitny, nie tylko kalka ze znakomitego serialu, który skradł serca widzów (powieści nie czytałem, ponoć są jeszcze lepsze). Porównuję je, bo pojawiają się tu po prostu podobne motywy: wszechmocne korporacje i opór jednostki wobec nich, podbój gwiazd, najemnicy i naukowcy pracujący dla wielkich, bezdusznych firm, problemy ludzi urodzonych już podczas kolonizacji kosmosu, którzy nawet nie stąpali po Ziemi. Warto zauważyć jednak, że tematy społeczno-polityczne i wszelkie efektownie narysowane technikalia stanowią też tło dla opowieści o ludziach z krwi i kości. Nawet jeśli narysowano ich w umownym cartoonowo-mangowym (to też zalicza się do Chibi?) stylu. Mamy tu bowiem naprawdę genialnie zarysowane postacie, przekonująco zbudowany, tętniący życiem świat i wszelkie elementy sprawiające, że kończąc lekturę miałem wrażenie obcowania z dziełem kompletnym. Absolutnym z arcydziełem komiksowego science-fiction.

Rysunki były genialne już w „PTSD”, ale o ile tam nawiązywały mocno do mang z „Ghost in the Shell” na czele, tak tu mamy kosmiczną sagę, której szablonu graficznego znaleźć nie mogę. Możliwe, że jest to dzieło osobne, bo obrany styl wydaje się bardzo oryginalny. Realistyczne jest tu wszystko, łącznie z pojazdami i krajobrazami. Wszystko prócz postaci będących pociesznymi ludkami, żywcem wyjętymi z japońskiej popkultury. To zderzenie dwóch światów: sci-fi znanego z komiksów frankofońskich oraz mangi. Do tego kolorowanie to prawdziwy sztos, a grafiki pięknie wyglądają w dużym formacie i na offsetowym, kremowym papierze (nie znalazłem informacji jaki to papier, ale pasował idealnie). Komiks wydany jest po mistrzowsku i chylę czoła przed całym zespołem, który realizował u nas ten projekt. To w pełni profesjonalna robota.

Nie jestem w tej dziedzinie autorytetem, ale wydaje mi się, że dla miłośników SF ten album to absolutne „musisz mieć”. Mimo realistycznego ukazania tematów społeczno-politycznych i kosmicznego tła czyniącego tę opowieść dojrzałym przedstawicielem science-fiction, nie jest to przeintelektualizowana, trudna opowieść, tylko coś, co wciąga się jednym tchem. Pełna bohaterów, w których się wierzy i których się lubi. Od czasu „Planetes” Makoto Yukimury nie czytałem lepszego komiksu w tym gatunku.

wtorek, 7 maja 2024

Cibi Usagi. Julie i Stan Sakai.

 


 


W tym roku mnie i Usagiemu strzela czterdziestka. Sam czytam przygody Długouchego już niemal pół życia. Nie znudziły mi się nawet przez chwilę, bo Sakai nie zszedł poniżej pewnego poziomu nawet w swoich trudnych życiowych chwilach, a spotkały go takie tragedie jak śmierć wnuka i pierwszej żony. Jako zatwardziały kolekcjoner jego opowieści musiałem więc sięgnąć po „Chibi Usagi”, zrobioną z drugą żoną na pokładzie i przeznaczoną dla dzieci wariacją na temat przygód królika samuraja.

Ogólnie regularne komiksy o Usagim Yojimbo mogą czytać młodzi ludzie, „Chibi…” jednak przeznaczone jest stricte dla kilkulatków. Sam nie dorobiłem się dzieci, ale pozostawałem w krainie opowieści obrazkowych dla najmłodszych bardzo długo, wszak przez lata pisałem o komiksach dla maluchów. Odpuściłem to kilka lat temu i powiem szczerze, że tęskniłem za tą formą rozrywki, za pisaniem dla rodziców, którzy szukają komiksów dla swoich pociech. „Chibi Usagi” przypomniał mi, jak dobre rzeczy z tej półki ukazują się obecnie na naszym rynku.

Czytałem ten niewielki tomik z prawdziwą przyjemnością, mimo iż (jak wspomniałem) mam już na karku czterdziestkę. To mini wariacja na temat „Siedmiu samurajów” Kurosawy, bo bohaterowie zostają niejako wynajęci do uratowania wioseczki przed zbójami. Oczywiście są tu pewne uproszczenia, nie ma też opowieści o honorze samuraja oraz motywów śmierci, które pojawiają się w regularnym komiksie i dziele Kurosawy. Wątki społeczne, jak niewolnicze wykorzystywanie pewnych stworzonek przez złego króla Salamandra, już za to tu znajdziemy. Zamiast ostrych jak brzytwa mieczy samurajskich chibi-postacie korzystają z bokenów, drewnianych treningowych mieczyków, którymi wywijają walcząc z chibi-straszydłami. Wszystko jest tu przerysowane i sympatyczne, co sprawia, że to wymarzona lektura dla dzieci. Dzięki niej Wasze pociechy zanurzą się w iście japońskim świecie, poznają nawet kilka nowych, egzotycznych słówek. Ich wrażliwość nie zostanie niczym skrzywdzona.

Mam wrażenie, że powinno powstać więcej takich książeczek. Usagi Yojimbo to ogólnie samograj i w tej formie sprawdza się równie dobrze co w wersji oryginalnej. Do serialu Netflixa dla dzieci, luźno inspirowanego motywami z komiksu Sakaiego, nigdy się nie przekonałem, ale „Chibi Usagi” kupuję z całym dobrodziejstwem inwentarza i będę straszny: nie oddam swojego egzemplarza żadnemu dziecku! Tym bardziej, że na końcu znajduje się przygoda normalnego Usagiego, który podczas walki z demonem pada zemdlony i we śnie spotka swojego chibi-odpowiednika. No muszę mieć to w kolekcji!

sobota, 20 kwietnia 2024

W0rldtr33. Tynion IV

 


Vertigo wiecznie żywe! Nawet teraz, gdy zostało strącone w otchłań niebytu, przypomina o sobie. „W0rldtr33” to bowiem rzecz, która idealnie wpasowałaby się do katalogu tej słynnej linii wydawniczej. Ten komiks przy okazji ma wszelkie wady i zalety publikacji tego imprintu DC. Mógłby być nawet „cyfrową” przygodą Johna Constantine'a (wszak bywały w komiksach o nim tego typu opowieści).

Dostajemy mocno literacki (to fabuła liczy się tu nie grafika) cyber-thriller dla dojrzałego czytelnika. Współczesną sensacyjną opowieść podrasowaną science-fiction i cyberpunkim, czemu scenarzysta daje zresztą wyraz nazywając swoje postacie od klasyków gatunku: Harlana Ellisona i Williama Gibsona. Inną rzeczą, z którą kojarzył mi się ten komiks, jest opowieść Stiga Larssona o dziewczynie z tatuażem, ale to pewnie dlatego, że ważną częścią tej opowieści jest... dziewczyna z tatuażem. Nie będę wchodził głębiej w fabułę, bo powinniście sami odkrywać zawartą tu intrygę. Powiem tylko tyle: jest ona prawidłowo skonstruowana i album czyta się zdecydowanie dobrze.

Komiks ogółem nie jest zły, a podobno – jak twierdzą inni koledzy recenzenci (takie opinie widziałem) – to słabsza rzecz w dorobku Jamesa Tyniona IV. Ja go chyba jednak nigdy wcześniej nie czytałem, bo jestem trochę na bakier z mainstreamowym, współczesnym komiksem. Więcej o nim jako twórcy napisałby pewnie mój znakomity redakcyjny kolega, Rafał Piernikowski, lecz dostaliście tym razem tylko mnie, a ja się na Tynionie nie znam. Wstyd, ale muszę Wam to jednak wystarczyć. Zaznaczam więc, że osobiście bawiłem się umiarkowanie dobrze, powoli dawkując sobie lekturę.

Graficznie jest średnio, co potęguje skojarzenia z Vertigo, gdzie w wielu tytułach grafiki często bywały służebne wobec fabuły. Tak jest też w tym przypadku i nie zamierzam mydlić Wam oczu: ta warstwa nie zwali Was z nóg. Jest to dość zachowawcze rzemiosło z komputerowymi kolorami. Taki styl zerowy charakterystyczny dla przeznaczonych dla dorosłego odbiorcy, współczesnych, sensacyjnych opowieści tego typu. Jednym to wystarczy, innych może od lektury odrzucić.

Problemem tego komiksu jest fakt, że to przeciętna rzecz (niezła z pewnością, ale też nie powala na kolana) i na rynku, który rozpieszcza nas ostatnio strasznie, jest masa rzeczy wartych większej uwagi, jak choćby kryminalne „Saint-Elme”, również od Nagle! Comics, zachwycające zarówno fabułą jak i rysunkiem. Nie wiem, czy jest w Polsce miejsce dla „W0rldtr33”, nie mogę jednak zaprzeczyć, że ogólnie czyta się to dobrze. Jeśli cierpicie na brak generycznych komiksów od nieodżałowanego V, to będziecie zadowoleni. Jeśli chcecie być na bieżąco z tym, co dzieje się na zachodzie, też sięgnijcie po ten album. W innych wypadkach zagłosowałbym portfelem na co innego.