Wszędzie tam, gdzie natykamy się na historię sfiksowanego naukowca, który po zażyciu jakiegoś specyfiku w sposób drastyczny zmienia swoje oblicze, mamy do czynienia z echem opowieści o Dr Jekyllu i Panu Hydzie. W tej rozdwojonej postaci jest coś na tyle atrakcyjnego, że stała się ona ikoną popkultury (popularniejsze są chyba tylko motywy faustyczne). Klasyczna nowela Stevensona odciska swoje piętno także na klasyce polskiego komiksu. W 1982 roku – dwa lata przed moim urodzeniem - wydano w PRL-u opowieść obrazkową duetu Stefan Weinfeld i Marek Szyszko pt. „Dr Jekyll & Mr Hyde”. Obecnie dostajemy nowe, kolekcjonerskie wydanie tego komiksu. Tym samym narzuca się pytanie, które można traktować wyłącznie jako retoryczne: czy do klasyków warto wracać?
Mam spory sentyment do tego komiksu. Jego stare wydanie, na żółtym papierze, posiadam – tak jakby - od zawsze. Leży obecnie gdzieś na dnie szafy w moim rodzinnym domu, obok innych reliktów minionej epoki. W warstwie fabularnej jest to oczywiście ekstrakt z dzieła Stevensona. Weinfeld nie po raz pierwszy podjął się tego typu zadania. Ten najpopularniejszy wówczas autor scenariuszy komiksowych poradził sobie z tym zadaniem na tyle, na ile to było możliwe w zeszycie o sześćdziesięciu paru stronach. Jednak tym, co przyciąga uwagę w pierwszej kolejności, nie jest sama tylko historia, tylko – jak to się mówi – świetna krecha. Tutaj przywodzi dokonania samego Jeana Girauda.
Wymieniany zazwyczaj na trzecim, czy nawet czwartym miejscu – po Rosińskim, Wróblewskim i Polchu – Marek Szyszko – rysownik, grafik, ilustrator - w niczym tamtym nie ustępuje. Ten pierwszy, twórca Thorgala, powiedział o nim kiedyś, że potrafił narysować wszystko. Z Weinfeldem współpracował w magazynie „Relax”, robił komiksy krótsze i dłuższe, historyczne, fantastyczne, sensacyjne, podróżnicze. Parę adaptacji literackich oraz awanturniczych biografii. Miał tę wyjątkową umiejętność, że swoją kreskę potrafił subtelnie przekształcać, dopasowując do opowiadanej historii.
Warto w tym kontekście wspomnieć o następnej przygodzie ze Stevensonem, którą duet Weinfeld - Szyszko zaliczył parę lat później tworząc komiksową adaptację Wyspy skarbów. Ludzie mojego pokolenia zapewne pamiętają tą charakterystyczną okładkę z pięknie namalowanym dziobem galeonu prującym wzburzone fale i mizernym chłopcem kurczowo zaciskającym palce na rękojeści pistoletu. Brat wycinał z tego komiksu sylwetki niektórych piratów – tak były fajne. Kreska Szyszki jest tu szybsza, bardziej zwiewna, jakby sprzęgnięta z naturą awanturniczej, marynistycznej przygody (choć może miał na ten album po prostu mniej czasu). Nastrój Dr Jekylla jest zgoła inny. Mroczny klimat wiktoriańskiej Anglii jest tu oddany z pełnym pietyzmem (ulice, wnętrza, meble – są świadectwem doskonałej kwerendy). Rysunki są ciężkie od gęstych linii inkera, przez co uzyskują bardziej statyczny charakter. Choć nie brak też dynamizujących zabiegów montażowych. W scenach o intensywnym napięciu emocjonalnym linie oddzielające poszczególne kadry zostają zniesione. Niejeden rysunek można by z Jekylla wyciąć i powiesić w ramce. Na szczęście brat ten tytuł oszczędził.
Sposób opowiadania tej historii obrazkowej może nie przypaść do gustu entuzjastom współcześnie tworzonych komiksów. Mamy tu parę archaicznych rozwiązań fabularnych. Czujemy niejednokrotnie aż nazbyt posuniętą skrótowość, gdy całe sceny rozgrywane są w jednym tylko kadrze, a spore epizody, na jednej lub dwóch stronach. W odróżnieniu jednak od wielu komiksowych ramot, nie uświadczymy tutaj przeładowania tekstem, narracja jest bardzo klarowna, przez co całość czyta się świetnie, choć może nazbyt szybko. Bez wątpienia jest to rzecz dla miłośników czegoś, co popularnie nazywamy Old School. Komiks ten miał, jak mniemam, już w dniu swojej premiery urzekać swoją klasyczną aurą.
Wydawnictwo Kurc proponuje nam nowe wydanie tego tytułu i w sumie dziwne jest tylko to, że dostajemy je dopiero teraz (po obecnych na naszym rynku wznowieniach Wróblewskiego, Christy i innych). Prezentuje się ono wspaniale, jest ciut większego formatu, posiada twardą oprawę i offsetowy papier. Są też kolory, co w zapowiedziach mogło budzić pewien niepokój. Na szczęście ich autor, Mateusz Kurczoba, który sam tworzy komiksy, poradził sobie dobrze. Został zachowany klimat retro, kolory o skąpej palecie są przytłumione, jakby przez czas lekko nadgniłe. Nie wiem jaką techniką zostały nałożone, ale przypominają akwarele bez widocznej interwencji komputera (dzięki Bogu). Kolorysta nie zdecydował się na eksperymenty typu: niekonsekwentne podmienianie kolorów, czy pomalowanie całej planszy jedną barwą, co stanowiłoby dla mnie ciekawe nawiązanie do technicznych niedoskonałości dawnych publikacji. W obszernym posłowiu zabrakło niestety paru słów na temat pracy oraz intencji Kurczoba.
Pora wspomnieć o kolejnej zalecie nowego wydania, którą niewątpliwe są dodatki. Tekst Pawła Ciołkiewicza zmieszczony na końcu komiksu opowiada szeroko o recepcji dzieła Stevensona, jego licznych adaptacjach i nawiązaniach. Natomiast artykuł Marcina Osucha i Konrada Wągrowskiego przybliża nam sylwetki autorów opowieści rysunkowej. Do tego dostajemy jeszcze parę ilustracji Marka Szyszki.
Na koniec pozostaje tylko odpowiedzieć na wcześniej postawione (retoryczne) pytanie. Po co wracać do staroci? Niewątpliwie jest coś nieprzemożnie urzekającego w opowieści szkockiego autora sprzed ok. 140 lat, że tyle razy, na różne sposoby do niej wracamy. Każdy twórca i interpretator, gdzie indziej rozkłada akcenty. Niektórzy skupiają się na aspektach związanych z ukrytą, mroczną stroną ludzkiej natury. Witkacy zainspirowany powieścią Stevensona namalował siebie jako Dr Jekylla i Pana Hyde'a, co współgrało z jego filozoficzną ideą dwoistości bytu. Dla mnie ta historia jest interesująca, ponieważ pod przykrywką gatunkowej powiastki, ukrywa lęki związane z post-oświeceniową obsesją absolutnej kontroli społecznej, czemu służyć miały wynalazki współczesnej nauki (Huxley w Nowym wspaniałym świecie, idzie tym tropem dużo dalej). Dr Jekyll miał przecież dobre intencje, chciał za pomocą związków chemicznych sprawić żeby ludzie byli lepsi. Oczywiście skończyło się to bardzo źle. Jak zawsze gdy wchodzimy w buty Pana Boga.
Autor: Jakub Gryzowski






