Każdy, kto ma w domu czworonoga, zdaje sobie sprawę, że to nie maskotka. Posiadanie zwierzaka uruchamia naszą odpowiedzialność, a czasem przyczynia się też do wielu wyrzeczeń. Jednak gdy pupil wtula się w twój bok, uświadamiasz sobie, że warto. Warto wejść w tą relację, która wzbogaca nie mniej niż relacja z drugim człowiekiem, tylko że działa na nieco innych rejestrach. Nikt o tym nie opowiedział równie pięknie, jak koreańska artystka Keum Suk Gebndry-Kim w swoim komiksie „Pieskie szczęście”.
Autorka słynnej powieści graficznej „Trawa” jest dobrze znana polskiemu czytelnikowi, także za sprawą innych komisów wydanych przez Kulturę Gniewu, w których często porusza tematykę historyczną swojego kraju. Tym razem snuje opowieść o swych osobistych doświadczeniach związanych z opieką nad czworonogami. Robi to w sposób tak wieloaspektowy i poruszający, że Pieskie szczęście osobiście zaliczam do największych osiągnięć artystki.
W pierwszym rozdziale poznajemy Marchewkę, czyli psa którego bohaterka komiksu Yuna nabywa w sklepie zoologicznym. Decyzja ta okupiona jest wieloma mniej lub bardziej racjonalnymi wątpliwościami. Aby pupil miał większą swobodę, dziewczyna wraz ze swoim chłopakiem Hunem przenoszą się na wieś. Rzeczywistość, którą tam zastają, daleko odbiega od tego co stanowiło normalność w nowoczesnym Seulu.
Tutaj trafiamy na kwestię kulturowej odmienności. Mimo iż w Polsce nie brak przykładów znęcania się nad zwierzętami, koreańska prowincja prezentuje inny kaliber problemu. Pies wciąż może stać się tam obiektem kulinarnego zainteresowania, a ogólna wrażliwość na potrzeby oraz cierpienie naszych braci mniejszych, bywa nieraz mocno przytępiona. Narratorka mierzy się z trudnym losem spotykanych przez siebie czwórnogów i próbuje go zmienić na lepsze. Oczywiście, nie zawsze jest w stanie im pomóc, stąd dotkliwy smutek jaki wyłania się z tej pozornie tylko błahej opowieści.
Do Marchewki dołącza podrzucony szczeniak o imieniu Kartofel. Na dalszych stronach poznajmy kolejne psy, których pojawianie się i znikanie, często okryte jest tajemnicą. Gendry–Kim, dzięki ciekawemu zabiegowi, przybliża nam perspektywę zwierząt. Gdy bohaterowie rozmawiają ze sobą, zamiast ich zbliżeń i kontrplanów, widzimy otoczenie, gównie psy (przestrzeń pozakadrowa - zabieg jak w filmie Nowej Fali). To one dominują w kadrach, to ich spojrzenia – niczym wyrzut sumienia - prześladują zarówno Yunę, jak i czytelnika.
Historia ta może nie oddziaływałby tak silne, gdyby nie jej forma. Uwielbiam styl tej artystki, który wciąż ewoluuje, nie ulegając skostnieniu. Sceny wyobrażone lub obrazy przyrody utrzymane są w innej estetyce, charakteryzującej się poetycką ekspresją. Gendry–Kim, oprócz intensyfikacji gęstości kreski, używa w nich pociągnięć pędzla oraz dużych, zajmujących całą stronę kadrów. Pies, który z tej czy innej przyczyny stracił życie, lub jego los jest nieznany, pozostawia po sobie swój zanikający kontur. Ten prosty zabieg zdradzający metafizyczną wrażliwość, autorka wykorzystała także w swojej wcześniejszej pracy pt. „Czekanie”.
Nie zetknąłem się jeszcze z dziełem kultury, które tak sugestywnie opisywałoby relację między człowiekiem a zwierzęciem. Autorce nie chodziło o uczłowieczenie psów, które miałyby pełnić rolę dzieci („psieci”). Pokazuje nam raczej odrębność ich świata, ale także pola, na których jesteśmy w stanie się do siebie zbliżyć i w jakimś też sensie porozumieć, zdobywając przy okazji bardzo ważną lekcję. Natura stanowi system naczyń połączonych, dlatego jesteśmy za siebie odpowiedzialni. Masz psa, rozważasz posiadanie psa – nieważne – ten komiks bierz w ciemno.
Autor: Jakub Gryzowski






