czwartek, 6 stycznia 2022

Usagi Yojimbo. Saga - Legendy. Stan Sakai.

 


 

 Już to obwieściłem na instagramie przed świętami. Niniejszy tom Usagiego oznaczony dopiskiem „Legendy” to wymarzony prezent dla kogoś, kto nie miał do czynienia z komiksami Sakaiego i prawdziwa orgia czytelnicza dla fanów „Długouchego”. To serie poboczne, w każdym aspekcie ukazujące inne perspektywy przygód królika ronina. Część jest mistrzowska, część dobra, część nieco słabsza, ale wszystkie zasługują w jakiś sposób na uwagę. 




Na tomik składają się dwie opowieści science-fiction i jedna dziejąca się w regularnym uniwersum Usagiego (acz i w niej podkreślona jest pewna odrębność czasu i miejsca akcji, ale o tym sza). Najgrubsza samodzielna rzecz w tym tomie, „Usagi w kosmosie”, to historie dziejące się w anturażu przypominającym „Gwiezdne wojny” z przeszczepionymi bohaterami, których możemy znać z oryginalnej serii dziejącej się w feudalnej Japonii. To moim zdaniem najlepsza rzecz z całego zbioru, trzymająca poziom oryginalnej serii. Sakai tworzył ją zresztą u szczytu swoich możliwości. „Senso” (czyli „Wojna”) to natomiast bardzo ciekawa, luźna adaptacja „Wojny światów” H.G. Wellsa, wypełniona postaciami z regularnej sagi o Usagim. Dzieło tworzone w bardzo ciekawym, ale też smutnym momencie życia Sakaiego, gdyż w owym czasie na przewlekłą chorobę umierała jego żona. W jakiś sposób widać to na łamach tej opowieści. Graficznie jest bardzo gęsto, ponuro i mrocznie. Od strony fabularnej najsłabszym ogniwem zbioru jest „Yokai”. Historia o walce Usagiego z duchami i potworami, w której główne skrzypce gra jednak poboczna postać: Sasuke, łowca demonów znany z kart regularnej opowieści Sakaiego. To rzecz nieco gorsza od reszty zebranych tu historii i pozbawiona uroku oryginalnej serii. Na szczęście wszystko ratuje warstwa graficzna. Sakai pocisnął grafiki w cudnej akwareli, sprawiając, że wykreowany przez niego świat zyskał jeszcze więcej czaru. 

 



Część z Was ma już te komiksy w poprzednich, samodzielnych wydaniach. Niewiele stracicie nie kupując tej edycji (szczególnie, że „Yokai” było oryginalnie na lepszym papierze i w większym formacie), ale wszyscy ci, którzy nie czytali tych opowieści, po prostu muszą po nie sięgnąć.

Być może te spin-offy nie są tym, co najlepsze ma do zaoferowania seria o Usagim, ale niski próg wejścia sprawia, że to wymarzone tomiszcze na początek przygody z komiksami o króliku samuraju. Do tego zamieszczony tu „Usagi w kosmosie” to perełka i uczta dla fanów wspomnianych „Gwiezdnych Wojen”. Zapewne ich fani w przestrzeni kosmicznej poczują się pewniej niż w feudalnej Japonii. 



Strażnicy Galaktyki #01: Ostatnie wyzwanie. Cates/Shaw

 

 


W teorii wszystko brzmi idealnie. Bardzo cenię Donny'ego Catesa, uwielbiam jego „God Country”, „Cosmic Ghost Ridera” i „Thanos Wins”, Venom też udał mu się całkiem nieźle. Dodatkowo wciąż płonie we mnie ogień miłości do kosmicznego Marvela wzniecony lata temu przez Jacka Kirby'ego. Strażnicy Galaktyki są zresztą teraz na fali, odwalili kawał ważnej roboty w MCU, niedawno wydana gra o dziwo też się udała. Jakim więc cudem zdolnemu scenarzyście udało się napisać tak kiepski komiks?

Jeśli dobrze wyczytałem, akcja tego komiksu dzieje się mniej więcej po „Wojnach Nieskończoności" Gerry'ego Duggana – serii, w której nie miałem pojęcia, co się dzieje, ale bawiłem się dosyć dobrze. Czytając „Strażników Galaktyki” doskonale ogarniam tok wydarzeń, ale radochy jakoś mam dużo mniej. Fabuła jest bowiem stosunkowo prosta, przynajmniej u sedna, bo oto Thanos nie żyje. Jak to bywa z Pomarszczonym Winogronem Zniszczenia, no i w sumie z większością trykociarskich postaci, śmierć jest stanem mocno nietrwałym. Szalony Tytan zapowiedział bowiem swój powrót, więc brat jego Starfoxem znany zwołuje zbiorowisko największych koksów w całym kolorowym wszechświecie w jednym celu. Mają wytropić, pochwycić i uśmiercić córkę złola nad złolami, tę zieloną ma się znaczyć, czyli Gamorę.

Zapytacie czemu? A bo tak, bo tak stwierdził Starfox, Thanos z pewnością odrodzi się właśnie w ciele swojej brutalnie adoptowanej latorośli. Ma to oczywiście jakieś wyjaśnienie, ale nie zdradzając zbyt wiele z fabuły muszę rzec – właśnie to wyjaśnienie czyni tę historię nieznośnie bzdurną. Każdemu nawet średnio bystremu odbiorcy już od pierwszych stron nasunie się na myśl faktyczne rozwiązanie tego czegoś, czego „zagadką” nazwać nie mam czelności. Problem w tym, że żaden z całej zgrai najpotężniejszych rozpierdzielaczy nawet nie wziął takiej oczywistości pod uwagę.

Nie są oni bowiem tutaj postaciami, a z pewnością nie tymi, które zdążyliście przez lata obcowania z komiksami dobrze poznać i pokochać. Odnoszę wrażenie, że Cates z nakazu zgarnął do swoich „Strażników Galaktyki” dziesiątki istotnych, ciekawych postaci i nie pofatygował się choćby minimalnie zapoznać z ich charakterami, z ich tłem fabularnym. Wszyscy, z dumnym Gladiatorem na czele, są bezmyślnymi pionkami pozbawionymi osobowości, Beta Ray Bill to rozwodniony Thor, Groot jest wyłącznie irytujący, Richard Ryder nagle został kretynem, a Adam Warlock z jakiegoś powodu ma raczej wyjebane na sprawy dotyczące potencjalnego powrotu swojego nemesis. To armia zabiegów fabularnych, pięści przyczepione do pustych marionetek, a poza Starlordem jakieś faktyczne cechy charakteru zdradza jedynie Kosmiczny Ghost Rider. Widać, kto jest ulubionym dzieckiem scenarzysty.

W tym całym dramacie udało mi się odnaleźć jakieś drobne ślady talentu Catesa. Strukturalnie rzecz biorąc czyta się to całkiem sprawnie, więc lektura nie zajęła mi na szczęście zbyt wiele czasu. Gdy zignorujemy totalne rozjechanie cech charakteru większości postaci, dialogi są złożone składnie i przemycają nawet czasem humor charakterystyczny dla straźnikowej marki. Szczególnie urzeka pijany Quill dzwoniący do swojej ex. Do dobrze zrealizowanej kosmicznej nawalanki zawsze lubię zresztą zajrzeć, nawet gdy sensu poza akcją ma niewiele, ale przy takim nazwisku na okładce trudno mi ukryć rozczarowanie.

Na szczęście drugie nazwisko nie zawiodło, Geoff Shaw się znaczy i też od razu zaznaczę, że jest to odczucie raczej subiektywne. Styl graficzny charakterystyczny dla nie zaskakującego niczym superbohaterstwa musi spełniać pewne kryteria, by nie spowodować u mnie teraz mdłości, a Shaw z większością z nich radzi sobie nieźle. Są fajowe splashe i spore kadry wprowadzające, kreska jest wyrazista i mocno konturowana, sekwencyjność nie zawodzi (choć czasem akcja zdaje się przeskakiwać jakiś nieobecny kadr). Rysownik też radzi sobie zdecydowanie lepiej z kreśleniem dizajnów postaci, niż scenarzysta z pisaniem ich zachowań. Ogólnie bez zaskoczeń i zachwytów, ale powodów do biadolenia nie ma zbyt wiele.

Ponoć wielcy upadają z najgłośniejszym łomotem. Na całe szczęście Cates to stosunkowo młody pączek na drzewie komiksowych talentów, więc mam szczerą nadzieję, że ten pozbawiony typowej dla autora wrażliwości potworek jest jedynie wyjątkiem – błędem, z którego zostaną wyciągnięte wnioski. Trochę przeraża mnie przeważająca ilość pozytywnych ocen, które „Strażnicy Galaktyki” zebrali w zagranicznych mediach, nie mam pojęcia, skąd się one biorą. Przecież chwytliwie poprowadzona narracja nie powinna tak skutecznie przykryć bezsensownej intrygi i całkowitego zbezczeszczenia charakterów ponad połowy bohaterów występujących w komiksie, prawda? Jak rzadko kiedy, liczę na wasze komentarze i opinie. Sam już nie wiem, czy nie zaczynam czepiać się na siłę.


Autor: Rafał Piernikowski


Boska Komedia Oscara Wilde'a. Javier de Isusi.

 


 

Powieść graficzna opowiadająca o ostatnich latach życia Oscara Wilde'a. To okres, gdy słynny pisarz wyszedł z angielskiego więzienia po dwóch latach, które odbębnił za sodomię. Po odsiadce spierdolił ze wstydu do Francji, gdzie ze względu na lżejsze obyczaje mógł spokojnie oddać się dekadencji.


Wilde jest już tylko cieniem wielkiego dandysa, jakim był przed pudłem. Śmiga zarzygany dorożkami po Paryżu, naciąga znajomych na kolejne kolejki absyntu i Bóg wie co jeszcze. Prześladują go długi i duchy przeszłości. Rzecz nie ma prawa skończyć się dobrze. Niczego się nie nauczył w więzieniu, bo jak dziś wiemy, w Paryżu chlał na potęgę i rżnął masowo młodych mężczyzn (już im w metrykę dla dobra Wilde’a nie będę zaglądał). 

 



Autor niniejszej powieści graficznej jednak nie skupia się na seksualności, co (gdyby nie rozbudowana sekcja z posłowiami i sylwetkami osób związanych z pisarzem) graniczy z przekłamaniem, bo przecież seksualność jest bardzo ważnym elementem tożsamości słynnego Anglika. Postacie pojawiają się i tylko zgadywać możemy, czy Wilde dorwał im się do majtek, czy nie. Autor daje mu za to być oratorem, co w efekcie jest bardzo nie komiksowe, bo dostajemy tu niemal same gadające głowy bez ciekawie narysowanego tła (a wszystko dzieje się przecież w Belle époque, która aż prosi się o barwny komiksowy portret). Owszem, są autorzy, którzy robią podobnie i tworzą dzieła wybitne (nie szukając daleko – Daniel Clowes i Adrian Tomine), ale Javier de Isusi do nich nie należy. Są tu momenty lepsze – wtedy dzieło Hiszpana przypomina dokonania Willa Eisnera, do tego pochwalę pięknie wykorzystane czarne akwarele tudzież rozwodniony tusz (a może to technika komputerowa?) – ale przewaga jest jednak tych gorszych. 

 



Jako osoba zainteresowana Wildem, a nie wiedząca niemal nic o tych latach jego życia, czytałem niniejszy tom z zainteresowaniem, ale nie mogę powiedzieć, żeby to był udany komiks. To trochę daleko posunięty cytat z Wilde'a (który był ponoć lepszym mówcą niż pisarzem), a trochę błąd w sztuce. Tak, jest tu aż tak literacko, gdyż fabuła ponadziewana jest wywiadami z przyjaciółmi pisarza, narysowanymi zresztą na tyle nieumiejętnie, że trudno ich odróżnić. Trochę zaprzeczę sobie, bo choć uważam to dzieło za nieudane, jest ono przy tym dobrym nośnikiem informacji o genialnym twórcy jakim był Wilde. Niemniej, prócz ludzi zainteresowanych jego życiem, nie wiem komu ten komiks miałbym polecić. Przez przegadanie brak w nim bowiem najważniejszej rzeczy jaką musi mieć dobra powieść graficzna – zrozumienia języka komiksu. 

 


 

 

wtorek, 4 stycznia 2022

X-Men. Kompleks Mesjasza. Brubaker.

 

Jeśli pamiętacie moje ostatnie spotkanie z X-Menami, to wiecie, że run Jima Lee spodobał mi się na tyle, by zmotywować mnie do opierdolenia wszystkich zeszytów i tomów, jakie były w moim posiadaniu. Powiedziałem sobie „Krzychu Rychu, nigdy więcej”. Po co się męczyć? Wymiękłem jednak, głównie ze względu na to, że niniejszy tom firmował swoim nazwiskiem uwielbiany przeze mnie Ed Brubaker. Chcę mieć jego wszystkie dzieła na półce, a odpowiedzialny był tu on za zarys całości historii (bo na przestrzeni kilku X-tytułów pisało tę opowieść kilku scenarzystów). Kusiła też zajebista okładka, wyglądająca niemal jak front od płyty Wu-Tang Clan „Iron flag”. Oczywiście wsadziłem rękę w nocnik, jak to zwykle bywa przy X-menach. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że nikt nie umie napisać dobrych historii z takimi zajebistymi postaciami, nawet Brubaker.



Tym razem dostajemy event rozciągnięty na kilka X-tytułów, traktujący o świecie, w którym mutanci zostali wybici do nogi i nie rodzi się już nikt z genem X. Do czasu aż na świat przychodzi ewenement, pierwsze dziecko będące mutantem – mesjasz mający wszystko odmienić i zbawić swój gatunek. Akcja rozgrywa się na przestrzeni całych epok, bo bohaterowie często i gęsto przenoszą się w czasie, ganiając po podwórku jak psy za suką w rui. Owszem, jest to klarownie napisane (to jakiś plus, bo jak wiemy, autorzy Xów lubią wszystko gmatwać), ale moim zdaniem historia nie ma wiele do zaoferowania czytelnikowi. Prócz licznych bójek drużyn odzianych w kolorowe kalesony mutantów, chcących pozyskać dziecko w różnych celach. Jeśli to lubicie, to walcie w ten tom jak w dym. Jeśli szukacie czegoś pobudzającego intelektualnie, to tutaj tego nie znajdziecie.





Graficznie jest natomiast tragicznie na każdym polu. Niniejsza księga to dobry przykład tego jak nie robić komiksów. Niebywałym jest, że tylu autorów (bo całość rysuje spora zgraja twórców) prezentuje tak równy i żałosny zarazem poziom. Moje biedne oczy krwawiły od patrzenia na to widowisko, będące wszystkim tym, co we współczesnym komiksie złe i kiczowate. Najgorsze były jednak oczojebne, komputerowe kolory i to chyba one popsuły całkowicie rysunki kilku całkiem przecież niezłych rzemieślników. Na pokładzie są wszak Silvestri i Bachalo, czyli autorzy, którzy się kulom nie kłaniali.





Ja już to wiem bardzo dobrze, ten komiks mnie tylko w tym utwierdził – nie znoszę komiksów o X-Menach i nie powinienem po nie sięgać. Nie czytałem co prawda jeszcze Mutantów Piskora i Morrisona, mam (o naiwny!) zamiar je nadrobić, bo jestem frajerem i wierzę, że może oni stworzyli dobry komiks. Znając życie prawdopodobnie znów wjebię się na minę.


PS Ok, przejrzałem regały. Została na nich dosłownie jedna mutancka pozycja (nie licząc kilku komiksów o Wolverinie, bo to inna bajka). Lubię mianowicie oldskulową Sagę o mrocznej Phoenix Johna Byrne. I to chyba jedyny run X-menów, który czytałem i mi się podobał.


niedziela, 19 grudnia 2021

Head Lopper. Tom 4.

 


Chcecie wiedzieć, co w trawie piszczy jeśli chodzi o fantasy? Zapomnijcie przede wszystkim o nudnym i drętwym „Kole Czasu”. Serialowy „Wiedźmin”, mimo iż jest całkiem rozrywkowy, to ostatecznie pierwszej wody kicz. Jeśli mogę coś zasugerować, to radzę sięgnąć po „Head Loppera”, którego czwarty tom ukazał się niedawno. Jak już wspominałem w poprzednich reckach, to właśnie tu bije obecnie serce fantasy i to ten komiks stanie się nieśmiertelnym klasykiem wspominanym za 20 lat.

 



Na początku tytułowy Head Lopper, zwany dalej Dekapitatorem bądź Norgalem (palec w oko Rosińskiemu?), był samotny.... wróć! W gruncie rzeczy już od pierwszego tomu nie był samotny. Postać ta zawsze podróżowała po fantastycznych krainach, mając za towarzyszkę odrąbaną głowę wiedźmy Agaty Błękitnej, która o dziwo gada i odpowiedzialna jest za liczne humorystyczne sceny w tym komiksie. Teraz jednak kompania się mocno powiększyła i mamy już opowieść o klasycznej drużynie fantasy dostającej kolejne zlecenia niczym w tanim erpegu. Jest tu więc pewna wtórność i przewidywalność, ale o dziwo nie kaleczy to opowieści, którą czyta się znakomicie. Wchłania się to jak najlepsze opowieści o Conanie – z dodatkiem bardzo wyraźnej nowoczesności – to rzecz wyraźnie będąca dzieckiem tej epoki. Widać to szczególnie wtedy, gdy przyjrzymy się grafice.

 



Andrew Maclean jako rysownik doczekał się porównań nie tylko z samym Mikiem Mignolą, ale też (przez cartoonowość krechy) z legendarnym Genndym Tartakovskym. Wszystko to i tak nic nie znaczy, bo Maclean po prostu ma swój niepodrabialny styl i założę się, że za kilka lat o tym młodym artyście będziemy myśleć jako o mistrzu komiksów. Do tego miana brakuje mu tylko obszernego dorobku, bo z ołówkiem radzi sobie już teraz znakomicie. Jego prace cechuje znakomita dynamika i rewelacyjne sceny krwawych walk z potworami żywcem wyjętymi z „Berserka” Świętej pamięci Kentarō Miury (kolejne porównanie do geniusza komiksu jakiego doczekał się Maclean). Ogólnie trup ściele się tu gęsto, a cyfrowa jucha zalewa strony. Cyfrowa, bo przecież kolory w tym komiksie to nic innego jak komputerowe pastele. Odpowiedzialny za nie jest niejaki Jordie Bellerie i jest mistrzem w swoim fachu. To rzadki przypadek, w którym zdigitalizowane barwy cieszą moje kaprawe oko i mogę ich autora tylko chwalić, bo nadają rysunkom Maclean'a jeszcze większej osobności i klasy. 

 



„Head Lopper” to jedna z moich ulubionych współczesnych serii, bo kocham komiksy fantasy. To produkt do tego stopnia udany w swojej szufladce, że aż nie ma co szukać mu konkurencji. Tak dobrej komiksowej sieki fantasy nie czytałem od czasu wznowienia Slaina „Rogatego Boga”. Nawet dobre „Conany” Busieka i Aarona nie dorastają Lopperowi do pięt, bo graficznie zatrzymują się na przyzwoitym rzemiośle i w przeciwieństwie do dzieła Macleana nie mają od strony artystycznej nic do zaoferowania. Kupcie sobie „Head Loppera”, nawet tylko po to, żeby móc wnukom opowiadać, że byliście w odpowiednim miejscu i czasie, gdy rodziła się klasyka.

piątek, 17 grudnia 2021

Batman: Death Metal 2.

 


 

Jak długo można gadać, że kolejna część komiksu to po prostu „jeszcze więcej tego samego”, zanim nawet dobra zabawa zacznie nam wychodzić bokiem? Szefostwo DC Comics myśli chyba, że takie uparte dojenie pomysłu może trwać wiecznie, bo przecież to uniwersum dziś właściwie opiera się w dużej mierze na niedorzecznych eventach. Co więcej, najbardziej bzdurny i przesadzony pomysł, odwołujący się zresztą do słusznie minionej mody na fabularne ekstremy, sprzedaje się całkiem nieźle. Taki właśnie obraz nasz, drodzy współkonsumenci – do męczonego wielokrotnie motywu alternatywnych światów i kosmicznych kryzysów wystarczy dorzucić jakiś gimmick, a łykniemy to bez żadnej popity.

Wielka orkiestra świrniętej przemocy trwa więc dalej. Batman, Który się śmieje porzuca swój kultowy, kolczasty design w stylu bondage (pokochany przez odbiorców z powodów nadających się do wnikliwej psychoanalizy) na rzecz mrocznego minimalizmu. W braku niepraktycznych dodatków kryje się bowiem potęga, najgorsza wersja Bruce'a Wayne'a zyskała bowiem (nie)boskie moce i przymierza się do buntu przeciwko swojej tymczasowej mamusi, Perpetui. Garstka ocalałych spandeksiarzy rusza więc do boju o wolność, sprawiedliwość i możliwość bezkrytycznej interpretacji amerykańskiego snu. Tym razem będzie to prawdziwy wyścig z czasem, a jego trasa przebiegnie przez największe kryzysy w historii multiwersum.



Nie mam już słów na te niedorzeczności, usprawiedliwianie całkowitego braku logiki wypracowanym przez lata wachlarzem zdupnych zdolności musi mieć jakieś granice, prawda? Najwyraźniej nie, bo ciągle to czytam i z jakiegoś powodu bawię się dobrze. Nadal potrafię zignorować to, że rozwiązania fabularne nie mają nawet szansy nas zaskoczyć. Przywykłem bowiem do braku oczekiwań. Spodziewam się już twistów wynikających tylko i wyłącznie z asów wyciąganych ciągle z licznych rękawów. To zresztą nic, bo przecież nawet gdy w ramach całkowicie pozbawionego sztywnych zasad świata braknie nam możliwości ogarnięcia kałszkwału, możemy sobie jeszcze przywołać siłę wyższą od tej do tej pory najwyższej. No bo kto nam zabroni? Jakaś komisja obrony wartości literackich?

Najgorsze jest to, że właściwie nie mam więcej zarzutów. „Death Metal” w drugim tomie to scenariuszowo nadal sztampowy, trykociarski paździerz i potwierdzenie wszystkiego, co w komiksie superbohaterskim najgorsze. Tendencyjna, pretekstowa wydmuszka, której jedynym celem jest regularne doprowadzanie do epickich scen i naciąganie granic mrocznej przesady przy jednoczesnym zachowaniu możliwie dochodowej kategorii wiekowej. Jeżeli dla was to brzmi okropnie, całkiem słusznie zresztą, trzymajcie się od całej serii z daleka. Ja, sięgając granic akceptacji własnej niewybredności, będę ją czytał z wielką chęcią.

 




Czemu to sobie robię? Bo to prosta rozrywka, bo cała ta draka z negatywnymi wszechświatami, pierdyliardem wersji Batmana i problematycznym metalem jest tak absurdalnie bzdurna, że nie targa ze sobą żadnego ciężaru intelektualnego. Drugi tom co prawda, pomimo ogólnej eskalacji fabularnej, trochę mniej częstuje nas cudownie kretyńskimi scenami, ale ogólnie w dalszym ciągu można liczyć na okazjonalnie humorystyczną jazdę bez trzymanki. Doceniam też nieustanne wplatanie w ten bajzel (i powracających) postaci, bo właśnie takie komiksy przed laty motywowały mnie do poznawania innych serii. Żałuję tylko, że chemia między bohaterami to temat dla Snydera chyba kompletnie nieistotny, no może poza Flashem. Ludziom z DC przecież żyła by pękła, gdyby przy okazji jakiegoś wielkiego wydarzenia nie została poruszona dynamika relacji Barry'ego Allena i Wally'ego Westa. Chłopakom nigdy nie jest dane się na dobre dogadać.

Różnorodność to ta przysłowiowa metoda skryta w sięgającym granic szaleństwie i niejako znajduje to też odbicie w warstwie graficznej. Nie mam nic przeciwko Gregowi Capullo, choć fanem największym nie jestem, chłop daje radę. Z radością zauważyłem jednak, że jego nazwisko na okładce drugiego tomu nijak się ma do rozłożenia pracy w środku albumu. Większość roboty odwalili tu inni rysownicy, w tym dwie naprawdę utalentowane bestie – Riley Rossmo i Francis Manapul, z Juanem Gedeonem na honorowym, trzecim miejscu. W połączeniu z naprawdę genialną robotą kolorystyczną w wykonaniu Iana Herringa i Ivana Plascencii powstał przykład na to, jak to superbohaterstwo może wyglądać wyraziście, troszkę inaczej od przebrzydłej, gładziutkiej sztampy bez popadania w karykaturalność w stylu (tfu) Humberto Ramosa na przykład. Maksimum stylu, wzorowa dynamika, niestandardowe podejście do cieniowania i bach, można przynajmniej sobie z radością oglądać komiks, którego czytać czasem nie warto.



Nikt raczej nie oczekiwał, że batmanowe „Death Metal” przy drugim tomie nagle stanie się rzucającą na kolana epopeją, która snuć będzie dojrzałe rozważania ujęte w niestandardową narrację. Czy jednak, oczekując po prostu durnej zabawy, można ten komiks ludziom polecić? I tak, i nie – jeśli lubicie superhero, ale choć trochę przejadły się wam zabawy w „lepiej, mocniej, bardziej niedorzecznie”, to pewnie odpadliście już przy części pierwszej (albo jej metalowych poprzednikach) i nie macie powodu czytać tego tekstu. Jeśli do tej pory ten wydmuszkowy event was bawił, bezmyślna hulanka szarych komórek raczej nie znajdzie tu powodu do refleksji nad sensem marnowania czasu na takie opowieści. Tak było w moim przypadku, choć frajda z tej eskapady powoli zwalnia.



 

Autor: Rafał Piernikowski

niedziela, 12 grudnia 2021

Ptaszyna. Poelgeest/Bertram

 


 

Rzecz sporych gabarytów. Spasiona, ciężka księga wydrukowana na offsecie – kąsek cieszący oko kolekcjonera. Tak ładnego albumu nie miałem w rękach od dłuższego czasu i powiem szczerze, że wydanie budzi respekt. Komiks ten dostał dodatkowo Eisnera za „najlepszą limitowaną serię” i był nominowany do miana „komiksu roku” z okazji Harvey Awards. To obiecuje czytelnikowi bardzo dużo.

„Ptaszyna” to komiks brutalny i pełen akcji. Przy tym jednak jest pięknie namalowany i poetycki. Zdecydowanie obcujemy tu z przebojową rzeczą, która pojawi się w niejednym podsumowaniu roku (o ile recenzenci zdążą ten komiks przeczytać, bo ukazał się stosunkowo późno). To rozrywka kalibru rzadko chwytanego przez poszukującą komiksów artystycznych Centralę. Tym razem jednak Centralsi postanowili postawić na coś bliższego gustom mainstreamowego odbiorcy i mam wrażenie, że wszystko wyszło dobrze zarówno dla czytelników, jak i dla wydawcy. Oto dostajemy opasłe dzieło science-fiction w wielkim formacie, będące na jednym z poziomów krytyką fundamentalizmu religijnego, po które sięgną chętnie zarówno fani współczesnego niezależnego komiksu, jak i starzy wyjadacze od „Wiecznej Wojny”. I chyba obie grupy będą zadowolone po lekturze, bo to nie tylko niegłupi, ale i piękny komiks, praca zdecydowanie dojrzała artystycznie. Popatrzcie zresztą tylko na te mięsiste (i przy okazji pełne jakiejś niepokojącej cielesności) rysunki. Od razu widać, że to wysoka klasa rzemiosła. Trochę będzie teraz zabawnie, bo to trzecia recka z rzędu, w której wspominam Moebiusa, ale rysunki Iana Bertrama znów mi się kojarzą z twórczością wybitnego Francuza. Nie bijcie i się nie śmiejcie tylko, popatrzcie. Czyż tak nie jest?

 



Bertram rysuje wszystko z nie lada swadą, przedstawiając bohaterów i tła niczym wyjęte z jakiejś wielkiej baśni sci-fi autorstwa Jodorowskyego. Fantazji mu nie brak, przy czym kij z dupy został w całości wyjęty i to nie jest space operowa, ciężka, nudna lektura. Jest tu za to dużo dynamiki i krwawych, szalonych scen, które narysowane są po mistrzowsku. Ciekawe jest, że komiks ten nie dostał nagrody właśnie za rysunki. Bo to warstwa graficzna jednak zdaje się ostatecznie ważniejszym elementem całości. 




 

Prócz wykorzystanej tu mocno europejskiej szkoły rysunku, gdzieś tam pod powierzchnią bije też mangowy duch, co widać na przykład w twarzy tytułowej „Ptaszyny”, która musowo kojarzyła mi się z Alitą. Czuć tu również „Berserka” Miury. Eklektyzm jest zresztą wielkim plusem tego komiksu, bo przenikają się tu różne trendy, które mogły zostać połączone tylko w ostatnich latach. W końcu również w fabule czuć, że „Ptaszyna” to dzieło młodego, a wszak już burzliwego XXI wieku.