piątek, 30 października 2026

Ideo. Jacek Świdziński

 


Każdy z nas co nieco słyszał o XX wiecznych teoriach lingwistycznych zahaczających o filozofię. Język tworzy odrębny świat, który jest zawarty w nim samym - i tak dalej i tak dalej. Komiks to medium zarówno nowoczesne (popkultura) jak i głęboko archaiczne (pierwotne malunki naskalne). Niemal każdy mieszkaniec ziemi potrafi zrozumieć historię obrazkową bez dymków. Co ciekawe, powieści graficzne świetnie sprawdzają się w opisywaniu procesów zachodzących w języku. Udowodnił to chociażby Scott McCloud w „Zrozumieć komiks”. Udowodnił to także Jacek Świdziński w swoim najnowszym komiksie poświęconym twórcy języka esperanto.


„Ideo” poprzedzone jest wstępem dr Martyny Faustyny Zaniewskiej z Białostockiego Ośrodka Kultury. Przez chwilę zdawało mi się, że to jakiś rodzaj stylizacji. Ale to typowa laudacja + podziękowanie. Samą opowieść otwiera rysunkowy wykład antropologiczny na temat teorii powstawania języka. Prymitywizm komiksowych środków wyrazu jest tu wyjątkowo mocno uzasadniony. Następnie przenosimy się do Białegostoku drugiej połowy XIX wieku. Tutaj mamy krótki rys historyczny. W owym czasie obecna stolica Podlasia w wyniku polityki carskiej Rosji była zdominowany przez Żydów. Nie miało to na celu wyłącznie rozwoju handlu, chodziło też o zmarginalizowanie żywiołu polskiego oraz sabotowanie polskich dążeń niepodległościowych, o czym jednak komiks nie wspomina.


W tym wieloetnicznym oraz - co istotne - wielojęzykowym (z istotną przewagą j. rosyjskiego) środowisku dorasta Ludwik Zamenhof, późniejszy okulista, ale przede wszystkim twórca języka esperanto. Na dalszych stronach komiksu śledzimy losy tej postaci. Wraz z częstą zmianą miejsc pobytu oraz rosnącym doświadczeniem, ten polak żydowskiego pochodzenia, niejednokrotnie weryfikuje swoje poglądy i angażuje się w najróżniejsze ruchy społeczne i intelektualne, które mają odpowiedzieć na jego główną idée fixe: jak sprawić, aby ludzie wszystkich krajów pojednali się ponad granicami państw. Zamenhof dochodzi do wniosku, że główną przeszkodą stojąca na drodze do zbudowania raju na ziemi jest język.


Esperanto miało być pozytywną odpowiedzą na światowy kryzys. To język uniwersalny i prosty, który w założeniu nie miał zastępować języków narodowych, tylko jako narzędzie pomocnicze, służyć do skomunikowania ze sobą wszystkich ludzi. Ostatecznie stał się ciekawostką dla lingwistów oraz przedmiotem zainteresowania dla ograniczonej liczby osób zrzeszonych w klubach na całym świecie. Piękny sen się nie ziścił, ale sama idea co jakiś czas odżywa w przedziwnych mutacjach aktualnych ruchów społecznych (fiksacje lewicy: mowa inkluzywna, niebinarna etc.). Tym co połączyło ludzi, nie okazał się jakiś konkretny język, tylko Internet i mgła informacyjna kanalizowana przez globalne korporacje.


To z całą pewnością interesujące, że Jacek Świdziński przybliża nam postać, o której każdy coś tam może słyszał, ale tak naprawdę bez pikantnych szczegółów. Zamenhof wpisuje się w poczet idealistów znamienny dla czasów gwałtownego rozwoju nowoczesnych nacjonalizmów – także różnych odmian nacjonalizmu żydowskiego - i diametralnych zmian układu sił na świecie. Na takim podglebiu, jak grzyby po deszczy, wyrastają jednostki mające na tyle odwagi, dobrej woli oraz naiwności, aby głośno marzyć o powszechnej równości i solidarności wszystkich homo sapiens. Niestety podobne idee były nierzadko podchwytywane przez wielkie totalitaryzmy XX wieku. Internacjonalistyczny imperializm jest mrocznym rewersem pomysłów sielankowych.


„He who controls the language rules the world” - to maksyma, którą można by przypisać wielkim dobroczyńcom ludzkości, jednak na ogół kojarzona jest z jej największymi oprawcami. Lingwistyka była pasją Stalina – jak trzeźwo zauważa narrator w komiksie Świdzińskiego. Goebbels cynicznie posługiwał się słowem manipulując masami. XX wieczni lewicujący myśliciele w rodzaju Foucault sporo zużyli atramentu dla opisu relacji władzy i języka. Pierre Drieu la Rochelle, francuski intelektualista, na długo przed II Wojną Światową - podobnie jak Zamenhof - marzył o wielkiej ludzkiej wspólnocie bez granic. Jego idea Stanów Zjednoczonych Europy to protoplasta dzisiejszej Unii Europejskiej. Notorycznie zmieniał swą partyjną przynależność - od lewa do prawa, od monarchistów do socjalistów. Ostatecznie postawił na hitleryzm niemiecki i kolaborację. Ludzie o dobrych intencjach potrafią nieraz fatalnie się pomylić, pół biedy jeśli tylko ze szkodą dla siebie.


O twórczości Jacka Świdzińskiego nie wypada mówić źle. To jeden z najbardziej uznanych komiksiarzy na polskim rynku. Jest on niemal zagłaskany przez naszą krytykę. Jednak obcując z historiami autora Brzasku, warto zdawać sobie sprawę z obecnej w nich lewicowej optyki. Z „Ideo” mam podobny problem jak z poprzednim jego komiksem pt. „Festiwal”. Laureat paszportu Polityki nie ukrywa swego sentymentu a nawet życzliwości dla haseł rewolucyjnych i komunistycznych. W swojej postawie przypomina mi trochę postać Nanni Morettiego. W jego ostatnim filmie pt. „Lepsze jutro” główny bohater - alter ego autora - intencjonalnie stara się nie dostrzegać zła komunizmu, ocalając jego - rzekomo czystą - ideę. Tylko czy taki zabieg jest możliwy w realnym życiu?


Nie zabrakło u Świdzińskiego obowiązkowego wątku polskiego antysemityzmu. Bez niego w intelektualnym mainstreamie ani rusz. Oczywiście ani słowa - czy rysunku - o żydowskim antypolonizmie. Nie bez znaczenia jest fakt, że podstawą literacką dla „Ideo” stanowiły książki Waltera Żelaznego, który przez 15 lat był agentem bezpieki i donosił na kolegów. Zawsze warto poddać krytycznej analizie tych, którzy piszą naszą historię, gdyż ich motywacje i pobudki często budzą uzasadnione wątpliwości. Temat stosunków Polsko-żydowskich jest dużo bardziej złożony niż nam się to na ogół przedstawia. Piotr Nowak w swojej książce „Jak Żydzi chcieli Polakom ukraść księżyc” opisuje m.in. wrogość Żydów wobec swych zasymilowanych pobratymców, takich jak Zamenhof. Esperant miało służyć także im, jednak naród wybrany brał pod uwagę wyłącznie alternatywę: Jidysz - Hebrajski. Białostoczanin nie mógł więc liczyć w tym środowisku na najmniejsze ślady powodzenia. Komiks wątek ten ledwie sygnalizuje. To grząski grunt.


Jeszcze parę słów o estetyce. Świdziński prezentuje nam w „Ideo” styl, do którego zdążył już nas wszystkich przyzwyczaić. Jeśli da się tu dostrzec jakieś ślady progresji, to wyłącznie na drodze do jeszcze większej minimalizacji przekazu. Celność skrótu artysty jest trudna do podrobienie. Doszedł on do kresu obranej przez siebie formuły komiksu. Przyznam jednak, że bardziej podobały mi się grafiki autora „A niech cię, Tesla!” na szpaltach Przekroju, gdzie na dużym rysunku potrafił on zawrzeć mnogość różnorodnych szczegółów. Sprawiało to wrażenie zagadkowej gęstości, do której czytelnik może znaleźć swój własny klucz. Niemniej także w „Ideo” wyróżnia się to, co jest największą zaletą telnetu tego twórcy – ironia zwięzłej riposty. I to właśnie dystans, poczucie humoru, sprawiają że ten niewielkich rozmiarów komiks połyka się z niekłamaną przyjemnością. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

niedziela, 20 września 2026

Trzecia Kamera

 


Nazista z aparatem fotograficznym na okładce – nie trzeba mnie bardziej zachęcać. Od dawna interesuję się tematem propagandy, będącej udziałem wielkich systemów totalitarnych XX wieku, których zdobycze w tymże zakresie są rozwijane we współczesnych korporacjach medialnych i reklamowych. Komiks „Trzeciak kamera” to jednak nie jakiś suchy wykład naukowy, tylko brawurowa, trzymająca w napięciu opowieść rozgrywająca się w ruinach powojennego Berlina.


Oblężona stolica Trzeciej Rzeszy. Wdzierają się ruscy, chaos i śmierć. Tymczasem Hitler przed swym bunkrem, w dobrodusznej postawie namaszcza dzieci na ich ostatnią drogą w imieniu jedynej słusznej idei walki do samego końca. To znany wszystkim obrazek z filmów propagandowych - chyba jeden z najpopularniejszych ukazujących ostatnie dni II Wojny Światowej. Tym sposobem poznajemy tego, kto stał za kamerą – Waltera Frentza.


Walter Frentz to autentyczna postać operatora kamery Kompanii Wojennej Luftwaffe. Komiks na podstawie scenariusza Cedrica Apikiana, z świetnymi, realistycznymi rysunkami Denisa Rodiera („The Death of Superman”), stanowi pewną konfabulację na podstawie fragmentu powojennego życiorysu niemieckiego propagandzisty. Osobnymi bohaterami opowieści są żołnierze amerykańscy - agenci kontrwywiadu - szukający zbrodniarzy hitlerowskich. Postacią jednak najbardziej komiksową jest ukryty w ruinach Berlina Hauptsturmführer Strauss, psychopatyczny nazista zawiadujący niedobitkami Werwolf'u, który w dość infantylny sposób utożsamia się z bohaterami oper Wagnera (sic!). Wiadomo, jak Niemcy to i Wagner.


Całość jest sklecona jak dobry senasyjniak. Sporo i ciekawie się dzieje. Mamy tu także elementy kryminału, w którym karty odsłaniane są powoli, a autorzy wymagają od czytelnika pewnej dozy czujności. Jest to więc zdecydowanie pozycja rozrywkowa, mimo ciężaru historycznej makabry w tle. Nie znaczy to jednak, że pewne ważne problemy nie zostały napoczęte. Chodzi przede wszystkim o kwestię odpowiedzialności. Czy tłumaczenia Waltera Frentza, że robił on tylko zdjęcia, zdejmują zeń ciężar współwiny za zbrodnie systemu?


Odwiedź jest niestety dosyć wyświechtana. To stale (za Szkołą frankfurcką) powtarzany frazes - zresztą nieprawdziwy – że mianowicie każdy na miejscu tych ludzi – nazistów – zrobiłby to samo, że tak naprawdę byli to normalni ludzie kochający dzieci oraz zwierzęta. Opór tej tezie daje choćby Hannah Arendt w swojej słynnej książce „Eichmann w Jerozolimie”, w której to dokładnie wykazuje różne, odmienne postawy, ludzi oraz krajów, wobec nazistowskiej opresji. Poza tym, jeśli ktoś uważa, że jest niewinny, bo tylko wykonywał swoją pracę, nawet jeśli ta praca polegała na decydowaniu o zagładzie innych ludzi (tłumaczenia Eichmann), to jest to - delikatnie mówiąc - mało przekonujące.


Dla mnie najciekawsze w tej publikacji okazało się bogato ilustrowane i rzetelnie napisane historyczne posłowie. Co powinno nam uprzytomnić, że rzeczywistość jest ciekawsza sama w sobie i niekoniecznie trzeba ją podrasowywać fabularnymi – często wziętymi z sufitu - wątkami. Reasumując - Trzecią kamerę fajnie się czyta, jest ładnie narysowana, kolorowa, nie przytłacza ogromem tekstu – wprost przeciwnie - jest w niej wiele „milczących plansz” z żywą narracją komiksową oraz ciekawie - umiejętnie rozłożone na planszy - sceny akcji. Nie znajdziemy jednak w tej pozycji jakiejś głębszej refleksji na temat manipulowania masami ludzkimi za pomocą obrazu i dźwięku. Dlatego też dla interesujących się historią, propagandą oraz problemem niemieckiej winy i jej wyparcia, polecałbym inne lektury. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

niedziela, 2 sierpnia 2026

Dr Jekyll & Mr Hyde. Szyszko/Weinfeld

 



 Wszędzie tam, gdzie natykamy się na historię sfiksowanego naukowca, który po zażyciu jakiegoś specyfiku w sposób drastyczny zmienia swoje oblicze, mamy do czynienia z echem opowieści o Dr Jekyllu i Panu Hydzie. W tej rozdwojonej postaci jest coś na tyle atrakcyjnego, że stała się ona ikoną popkultury (popularniejsze są chyba tylko motywy faustyczne). Klasyczna nowela Stevensona odciska swoje piętno także na klasyce polskiego komiksu. W 1982 roku – dwa lata przed moim urodzeniem - wydano w PRL-u opowieść obrazkową duetu Stefan Weinfeld i Marek Szyszko pt. „Dr Jekyll & Mr Hyde”. Obecnie dostajemy nowe, kolekcjonerskie wydanie tego komiksu. Tym samym narzuca się pytanie, które można traktować wyłącznie jako retoryczne: czy do klasyków warto wracać? 
 Mam spory sentyment do tego komiksu. Jego stare wydanie, na żółtym papierze, posiadam – tak jakby - od zawsze. Leży obecnie gdzieś na dnie szafy w moim rodzinnym domu, obok innych reliktów minionej epoki. W warstwie fabularnej jest to oczywiście ekstrakt z dzieła Stevensona. Weinfeld nie po raz pierwszy podjął się tego typu zadania. Ten najpopularniejszy wówczas autor scenariuszy komiksowych poradził sobie z tym zadaniem na tyle, na ile to było możliwe w zeszycie o sześćdziesięciu paru stronach. Jednak tym, co przyciąga uwagę w pierwszej kolejności, nie jest sama tylko historia, tylko – jak to się mówi – świetna krecha. Tutaj przywodzi dokonania samego Jeana Girauda.  


 Wymieniany zazwyczaj na trzecim, czy nawet czwartym miejscu – po Rosińskim, Wróblewskim i Polchu – Marek Szyszko – rysownik, grafik, ilustrator - w niczym tamtym nie ustępuje. Ten pierwszy, twórca Thorgala, powiedział o nim kiedyś, że potrafił narysować wszystko. Z Weinfeldem współpracował w magazynie „Relax”, robił komiksy krótsze i dłuższe, historyczne, fantastyczne, sensacyjne, podróżnicze. Parę adaptacji literackich oraz awanturniczych biografii. Miał tę wyjątkową umiejętność, że swoją kreskę potrafił subtelnie przekształcać, dopasowując do opowiadanej historii. 


 Warto w tym kontekście wspomnieć o następnej przygodzie ze Stevensonem, którą duet Weinfeld - Szyszko zaliczył parę lat później tworząc komiksową adaptację Wyspy skarbów. Ludzie mojego pokolenia zapewne pamiętają tą charakterystyczną okładkę z pięknie namalowanym dziobem galeonu prującym wzburzone fale i mizernym chłopcem kurczowo zaciskającym palce na rękojeści pistoletu. Brat wycinał z tego komiksu sylwetki niektórych piratów – tak były fajne. Kreska Szyszki jest tu szybsza, bardziej zwiewna, jakby sprzęgnięta z naturą awanturniczej, marynistycznej przygody (choć może miał na ten album po prostu mniej czasu). Nastrój Dr Jekylla jest zgoła inny. Mroczny klimat wiktoriańskiej Anglii jest tu oddany z pełnym pietyzmem (ulice, wnętrza, meble – są świadectwem doskonałej kwerendy). Rysunki są ciężkie od gęstych linii inkera, przez co uzyskują bardziej statyczny charakter. Choć nie brak też dynamizujących zabiegów montażowych. W scenach o intensywnym napięciu emocjonalnym linie oddzielające poszczególne kadry zostają zniesione. Niejeden rysunek można by z Jekylla wyciąć i powiesić w ramce. Na szczęście brat ten tytuł oszczędził. 


 Sposób opowiadania tej historii obrazkowej może nie przypaść do gustu entuzjastom współcześnie tworzonych komiksów. Mamy tu parę archaicznych rozwiązań fabularnych. Czujemy niejednokrotnie aż nazbyt posuniętą skrótowość, gdy całe sceny rozgrywane są w jednym tylko kadrze, a spore epizody, na jednej lub dwóch stronach. W odróżnieniu jednak od wielu komiksowych ramot, nie uświadczymy tutaj przeładowania tekstem, narracja jest bardzo klarowna, przez co całość czyta się świetnie, choć może nazbyt szybko. Bez wątpienia jest to rzecz dla miłośników czegoś, co popularnie nazywamy Old School. Komiks ten miał, jak mniemam, już w dniu swojej premiery urzekać swoją klasyczną aurą. 


 Wydawnictwo Kurc proponuje nam nowe wydanie tego tytułu i w sumie dziwne jest tylko to, że dostajemy je dopiero teraz (po obecnych na naszym rynku wznowieniach Wróblewskiego, Christy i innych). Prezentuje się ono wspaniale, jest ciut większego formatu, posiada twardą oprawę i offsetowy papier. Są też kolory, co w zapowiedziach mogło budzić pewien niepokój. Na szczęście ich autor, Mateusz Kurczoba, który sam tworzy komiksy, poradził sobie dobrze. Został zachowany klimat retro, kolory o skąpej palecie są przytłumione, jakby przez czas lekko nadgniłe. Nie wiem jaką techniką zostały nałożone, ale przypominają akwarele bez widocznej interwencji komputera (dzięki Bogu). Kolorysta nie zdecydował się na eksperymenty typu: niekonsekwentne podmienianie kolorów, czy pomalowanie całej planszy jedną barwą, co stanowiłoby dla mnie ciekawe nawiązanie do technicznych niedoskonałości dawnych publikacji. W obszernym posłowiu zabrakło niestety paru słów na temat pracy oraz intencji Kurczoba.    


 Pora wspomnieć o kolejnej zalecie nowego wydania, którą niewątpliwe są dodatki. Tekst Pawła Ciołkiewicza zmieszczony na końcu komiksu opowiada szeroko o recepcji dzieła Stevensona, jego licznych adaptacjach i nawiązaniach. Natomiast artykuł Marcina Osucha i Konrada Wągrowskiego przybliża nam sylwetki autorów opowieści rysunkowej. Do tego dostajemy jeszcze parę ilustracji Marka Szyszki. 


 Na koniec pozostaje tylko odpowiedzieć na wcześniej postawione (retoryczne) pytanie. Po co wracać do staroci? Niewątpliwie jest coś nieprzemożnie urzekającego w opowieści szkockiego autora sprzed ok. 140 lat, że tyle razy, na różne sposoby do niej wracamy. Każdy twórca i interpretator, gdzie indziej rozkłada akcenty. Niektórzy skupiają się na aspektach związanych z ukrytą, mroczną stroną ludzkiej natury. Witkacy zainspirowany powieścią Stevensona namalował siebie jako Dr Jekylla i Pana Hyde'a, co współgrało z jego filozoficzną ideą dwoistości bytu. Dla mnie ta historia jest interesująca, ponieważ pod przykrywką gatunkowej powiastki, ukrywa lęki związane z post-oświeceniową obsesją absolutnej kontroli społecznej, czemu służyć miały wynalazki współczesnej nauki (Huxley w Nowym wspaniałym świecie, idzie tym tropem dużo dalej). Dr Jekyll miał przecież dobre intencje, chciał za pomocą związków chemicznych sprawić żeby ludzie byli lepsi. Oczywiście skończyło się to bardzo źle. Jak zawsze gdy wchodzimy w buty Pana Boga.  

 

Autor: Jakub Gryzowski 

czwartek, 30 lipca 2026

Papuga Fridy Kahlo. Jason.

 



Nie przesadzę, jeśli powiem, że Jason jest jednym z najważniejszych artystów mojego życia. Nie pisałem o jego twórczości od wielu lat, bo jakoś nie było okazji, ale bardzo się cieszę, że już od jakiegoś czasu — za sprawą wydawnictwa Kurc — na polskim rynku pojawiają się kolejne zbiorki jego prac. „Papuga Fridy Kahlo” jest tym najnowszym. 


Czasem myślę, że Jason nie istniałby artystycznie bez cytatu. Bez całej kulturowej otoczki, do której nawiązuje niczym najciekawsi postmoderniści filmowi lat 90. i początku 2000 (bo w gruncie rzeczy, mimo dobierania stricte komiksowych środków tematycznie kluczy najwięcej wokół celuloidowych nurtów i gatunków), nie miałby tyle wdzięcznych motywów i pretekstów do snucia swoich opowieści. Warto jednak zauważyć, że z jednej strony inspiruje go Jean-Pierre Melville, z drugiej slapstick rodem z początków kina, a z trzeciej wybite za narkotykowe długi zęby słynnego jazzmana-samobójcy, Cheta Bakera. Nawiązania są wyjątkowo bogate. Tematycznie nie stoi więc twardo w jednym miejscu i raczej rzadko się powtarza, chyba że chodzi o jego ukochane noir. Nieraz bowiem parafrazował „Asfaltową dżunglę” czy „Killing” Kubricka.


Formalnie w jego komiksach pozornie nie dzieje się dużo. Jason opanował swój minimalizm do perfekcji i przy użyciu oszczędnych środków potrafi opowiedzieć zarówno thriller polityczny, jak i spektakularną historię sci-fi. Chętnie sięga po pulpę, ale jego noir czy fantastyka naukowa zawsze podszyte są wątkami egzystencjalnymi — nieraz kafkowskimi — co mimo korzystania z popkulturowych elementów czyni z niego całkiem poważnego artystę, a nie tylko gatunkowego kuglarza pokroju Tarantino.
Trudno powiedzieć ostatecznie, czy Jason jest quasi-bitnikiem, punkowcem czy jeszcze czymś innym. Myśląc o nim zawsze postrzegam go jednak jako autora kontrkulturowego, mimo iż dawno wyszedł z undergroundu i jest publikowany przez najważniejsze wydawnictwa na świecie, a jego oryginalne prace osiągają całkiem fajne ceny. Na pewno nie jest już osobą działającą na spontanie; przez lata wyrobił sobie warsztat, z którego korzysta bardzo świadomie. Z Jasonem już od dobrych dwóch dekad trzeba się na scenie komiksowej liczyć. To bardzo ciekawe, bo pochodzący z Norwegii artysta musiał zapewne włożyć masę pracy w budowanie swojej pozycji w krajach anglosaskich i frankofońskich.
Jason doczekał się (sam tak zresztą pisałem) porównań z kinem Jima Jarmuscha, bliski jest mu również Aki Kaurismäki czy wspomniany na rewersie niniejszej książeczki Wes Anderson. Egzystencjalny wydźwięk jego miniatur zbliża je też do niepohamowanej sugestywności i siły miniatur i poezji Charlesa Bukowskiego, którego Norweg zdaje się szczególnie sobie ukochał, bo portretował go kilka razy i zrobił nawet okładkę do norweskiego wydania jego twórczości.


Jak wspomniałem, na pewnym poziomie jego praca to filmowa robota. Zamiast aktorów używa jednak prościutko narysowanych animorfów o beznamiętnych twarzach, łudząco podobnych do Bustera Keatona. Psy, ptaki oraz inne zwierzaki chodzące na dwóch nogach i porozumiewające się jak ludzie to dla niego postacie, z których korzysta niezwykle sprawnie, niczym z plejady znanych aktorów złotej ery Hollywood. Nierzadko odwołuje się przy tym do istniejących postaci, przykładowo parafrazując w tym tomiku „Noc myśliwego” z Robertem Mitchumem. Korzysta wtedy — po mistrzowsku — z rekwizytu i kostiumu. Spojrzymy raz na rysunek i od razu wiemy, że to dany aktor, dana postać.


Jason lubi dramat, ludzkie tragedie i smutne tematy. Ostatnio zaaranżował nawet na potrzeby komiksu niezwykle dołującą biografię Nicka Drakea, jednego z najsłynniejszych brytyjskich folkerów. Bardzo czekam na następne komiksy tego twórcy. Część już mam na półce po angielsku, więc jestem trochę do przodu z tematem na tle naszego rynku. Jednak nawet ja mam w zbiorach jakieś braki i mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo Kurc pozwoli je sukcesywnie uzupełnić. 

poniedziałek, 25 maja 2026

Pracownicy Morza

  


 

Viktor Hugo wielkim pisarzem był, ale uczciwie przyznam: ni diabła nic nie wiem o jego twórczości. „Pracownicy morza” wyglądali jednak na tyle atrakcyjnie, że strasznie się na nich napaliłem i uznałem przeczytanie tego komiksu za obowiązek. Stylem wszak przypominają zarówno szaleństwa Toppiego jak i grafiki Gustava Dore, a może nawet Andreasa. Uwielbiam to, co tu się dzieje w warstwie wizualnej. Od strony plastycznej to zresztą kolejny komiks w ofercie Egmontu, który pasuje do ich stałej oferty jak pięść do nosa (co się bardzo chwali!) i bardziej można by się spodziewać czegoś takiego po, na przykład, Mandioce.

Po lekturze mam jednak wrażenie, że ktoś wybrał go do oferty ze względu na grafikę a nie na treść, bo fabularnie album nie dowozi, delikatnie mówiąc. Nawet jeśli ze względu na moje nieobycie z pisarstwem Hugo trudno mi oceniać, na ile jest to udana adaptacja. I mówi to ktoś, kto zdecydowanie ceni komiks marynistyczny i typowo europejski. Owszem, rzecz prezentuje się naprawdę spektakularnie, kompozycje plansz podane w wielkim formacie i niezaprzeczalny power, jaki ma w łapie Michael Durand (podobno na rynku frankofońskim bardzo ceniony twórca), wgniatają czytelnika w fotel. Problem leży jednak w tym, że autor – mimo świetnego pomysłu na stylizację plansz tak – średnio potrafi posklejać całą historię za pomocą grafik tak, by zaserwować przekonującą całość. Przez to najzwyczajniej męczył mnie ten album. Z jednej strony jarałem się dostarczoną tu stylistyką, z drugiej nie obchodziły mnie zupełnie losy portretowanych postaci. Strzelam więc, że to problem adaptacyjny, który zgubił całą głębie psychologiczną, jaką mógł zawrzeć w swojej powieści Hugo. Może oczywiście miałem zły okres, ale naprawdę szarpałem się z tym komiksem z tydzień czasu, przeplatając lekturę innymi, znacznie strawniejszymi tytułami.

Nie zrozummy się źle, Egmontowi i nowym ludziom w jego zarządzie (pozdrawiam serdecznie) chwali się, że chcą w końcu próbować czegoś innego niż majtki na kalesony. Tylko fajnie by było, gdyby udało się trochę lepiej selekcjonować tytuły. O ile ostatnio bardzo starałem się wybronić „Otchłań zmartwychwstań” – mimo iż była to dość siermiężną szmirą – to w przypadku „Pracowników morza” nie mam pomysłów na pozytywną argumentację. Graficznie to oczywiście perełka, widać to na pierwszy rzut oka, za to nie muszę świecić gałami, ale albo ja nie dorosłem do tej opowieści (acz przyznam się, że faktycznie nie cenię lekturkowców), albo jest po prostu słabo. 

Projekt Rust

 


 

 „Jaka jest Pana narodowość?” — „Jestem pijakiem” — odpowiada śmieszek Bogart w słynnej „Cassablance”. Myślałem kiedyś nad podobną ripostą i jeśli by ktoś zapytał mnie o mój kulturowy rodowód, bez wahania odparłbym, że należę do Plemion Semickich. Wiem, ten suchar brzmi dziwnie a i Braunowcy by mi tego nie przepuścili (swoją drogą, lider, wraz z tymi Jaszczurami, to w chuj komiksowe postacie), ale takie są fakty. Kształtowałem się jako człowiek w latach 90., a najważniejszą rolę wtedy odgrywały w moim życiu komiksy z wydawnictwa TM-Semic, które między 90 a 98 rokiem wypuszczało na polski rynek pozycje z kalesoniarzami.

Pewnie dorosłym, poważnym ludziom może wydawać się to śmieszne, ale wydawnictwo to faktycznie przeprowadziło mnie przez trudne i mroczne lata 90. Był to dla mnie okres uczęszczania do szkoły podstawowej, w której się nie odnajdywałem, a dręcząca mnie nieleczona depresja i życiowe problemy rozpierdalały mnie na czynniki pierwsze. Można powiedzieć, że komiksy były ucieczką od rzeczywistości, byłoby to jednak duże uproszczenie. To dzięki propozycjom TM-Semic stałem się świadomym odbiorcą kultury. Dzięki tytułom jak „Silver Surfer” Moebiusa czy „Batman: Machiny” McKevera otarłem się o prawdziwą sztukę, poznałem co to refleksja nad dziełem, jak złożona potrafi być alegoria głębokiej fikcji i jak wiele mówi ona o naszym świecie. Bo patrzyłem wtedy pierwszy raz — i tak już mi zostało do dziś, inaczej nie potrafię — na świat przez pryzmat sztuki.

Za każdym wydawnictwem stoją oczywiście konkretni ludzie. Twarzą tej oficyny, mającą kontakt z czytelnikami, był prowadzący strony klubowe Arkadiusz Wróblewski, ale równie ważną — albo może ważniejszą — okazuje się dziś stojący wówczas nieco w cieniu redaktor naczelny, Marcin Rustecki. To o nim jest ta książka. Wywiad rzeka opowiadający nie tyle o człowieku komiksu, co właśnie człowieku kultury, bo Rust (jak nazywają go przyjaciele i jak podpisuje swoje prace) zajmował się nie tylko jednym medium. Ważną rzeczą jest fakt, że jeszcze przed stanem wojennym udało mu się spierdolić do Londynu, gdzie jako młody człowiek, prócz parania się budowlanką, mógł karmić się kulturą tak, jak później mnie karmił komiksami w latach 90. Wrócił zresztą do Polski dokładnie po upadku żelaznej kurtyny, ze świetną znajomością angielskiego i obyciem w kręgach popkultury. Co ciekawe, będąc na emigracji nie czytywał zbyt wiele superhero. Wciągał komiks europejski i brytyjski. Kalesoniarzami zajął się dopiero wtedy, gdy dostał prace we wspomnianej firmie. Dzięki niej też ze średnio opłacanego emigranta stał się nagle — jak sam to ujął chyba na łamach tego wywiadu rzeki — kimś na kształt gwiazdy rocka. A przynajmniej tak się czuł przez niemal dekadę. Jeździł po Comic Conach, spotykał Stana Lee, zwiedzał najwspanialsze miasta w Stanach, a jego dobrze płatna praca polegała na czytaniu komiksów. Mówi zresztą o tym okresie jako o najpiękniejszym w swoim życiu. W tej branży po 2000 roku to prawie nieosiągalny status. Sam wiem o tym dobrze, bo naiwnie przez jakiś czas pędziłem za podobnym komiksowym marzeniem (próbując żyć z pisania), które ostatecznie okazało się nie do zrealizowania dla gnojka z prowincji.

Oprócz fantastycznych opowieści o życiu, które wyciągnął z Rusta przepytujący go
Jakub Demiańczuk (na co dzień piszący znakomite teksty o komiksach do Polityki) i wspominkowych pocztówek z epoki gdy używało się do komiksów naprawdę kiepskiego papieru, książka zawiera również masę ważnych dla Rusteckiego tytułów. Wchodzimy mu do głowy, by poznać prawdziwe, skrupulatnie nakreślone kompendium tego, co go kształtowało. To o tyle ważne, że gustowi tego człowieka zawdzięczamy wiele wspaniałych tytułów, jakie ukazały się na naszym rynku z jego ulubionym „Lobo” rysowanym przez Bisleya na czele. Książkę zresztą kończy kilka list będących topkami filmów, komiksów, literatury i muzyki. Sam uwielbiam takie wyliczanki. Zarówno poznawać, jak i samemu preparować. Postanowiłem więc swój tekst też zakończyć listą ulubionych komiksów ze stajni Semika, którą kilka lat temu wyprodukowałem.

1) „Weapon X” (najlepszy komiks Marvela ever)
2) „Batman: Machiny” (komiks, który mnie stworzył jako odbiorcę sztuki)
3) „Silver Surfer” Moebiusa (pierwsze zetknięcie z pracami mistrza)
4) „Spider-Man: Torment” (po latach stwierdzam, że najbardziej lubię horrory z pająkiem)
5) „Batman: Zabójczy żart” (Klasyk. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby to dawać dzieciom)
6) „Daredevil” (przez lata jedyna szansa na zetknięcie z Diabłem z Hell's Kitchen)
7) „Punisher: Eurohit” (albo i „Year One”, ale od „Eurohitu” zaczęła się moja miłość do Franka)
8 ) „Batman: Venom” (teraz może nie jest to zbyt odkrywcze, ale wtedy, dla 12-letniego mnie, warstwa psychologiczna była mega głęboka)
9) „Rise of the midnight sons” (niestety wyszło u nas pokrojone, ale to i tak genialny horror Marvela — wiem, że nie wszyscy cenią, ale ja jestem wielkim fanem tej historii)
10) „Sabretooth” (Texeira!)
11) „Batman versus Predator” (totalny sztos)
12) „Aliens vs. Predator” (jeżu, ile mam wspomnień z tym komiksem, kupił mi go dziadek, czytałem 100 razy)
13) „Aliens: Labirynt” (pierwszy Woodring, mamo, jak ja chciałem więcej takich komiksów)
14) „Lobo. Ostatni Czarnian” (!)
15) „Ghost Rider 2099” (wtedy Bachalo potrafił, w pewnym momencie to był mój ulubiony rysownik)
16) „Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena” (znów horror z pająkiem, mam w stanie niemal idealnym, jakby wczoraj kupione w kiosku)
17) Oryginalne Żółwie Ninja (spod ręki Kevina Eastmana, z okładkami Glena Fabry - wtedy tylko my i włosi dostaliśmy te okładki).
Dodałbym jeszcze Ghost Ridera Howarda Mackie, ale bym oszukiwał, bo czytałem go już w zachodnim zbiorczaku.

Pace, Love, Rustecki.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Otchłań Zmartwychwstań.

 


Generalnie jestem zdania, że w komiksie nie ma odpowiednika czegoś takiego jak kino eksploatacji czy, jak to się popularnie mówi w naszym kraju, „kino klasy B”. Owszem, są tam jakieś podziały gatunkowe, ale najtańszą pulpą w komiksie zajmowali się wszak często mistrzowie, nie ma więc tu mowy o czymś drugiej jakości. Komiks zazwyczaj jest albo dobry, albo zły. Jednak zderzenie czytelnika z niżej opisywanym, kostiumowym horrorem, już u podstaw musi wywołać pewne skojarzenia z tanią rozrywką i kulturą niewysoką. 
 
W „Otchłani zmartwychwstań” (cóż za serowy tytuł) mamy dość toporne nawiązania do klasycznych już opowieści grozy, zarówno Lovecrafta jak i ogólnie konwencji mroźnego piekła z „Terrorem” na czele. Rozciągnięta na raptem sto stron fabuła jest prosta jak drut, ma stosunkowo szybko zarysowane postacie i raczej niezgrabnie klonuje różne motywy. Przez to nie dostajemy nic szczególnie wyszukanego czy oryginalnego. Jest tu też kilka kuriozalnych scen i osobliwy twist, który autorzy mogliby sobie darować. Inną sprawą jest to, jak się ten komiks czyta – przyznam, że pomijając te wpadki fabularne, wciąga się go bardzo miło. 
 
Rysunki generycznością dorównują fabule. To przy okazji jednak też komiks podkreślający to, co stwierdziłem w pierwszym akapicie. Mimo pewnego braku artystycznego sznytu – a do tego estetycznie kręcąc się wokół stylu zerowego, typowego realistycznego frankofońskiego czytadła, nawet jeśli rysownik jest z Chile to nie ucieknie od takich porównań – to bardzo dobra robota w swojej klasie. Oczywiście można powiedzieć „każda potwora znajdzie swego amatora” i nie przeczę, że jestem miłośnikiem fabuł opartych o konwencję mroźnego piekła, pewnie też dlatego trudno mi osądzić ten komiks – nomen omen – chłodno. Nic jednak nie poradzę, podobało mi się najzwyczajniej i nie żałuję ani chwili poświęconej temu albumowi. 
 
Już ponoć gdzieś tam ptaszki śpiewają, jak to ten album jest tragicznie słaby. Musiał stwierdzić to jednak ktoś z bardzo niską tolerancją na tanie horrory. Inna sprawa, że jako miłośnika kostiumowej grozy i mroźnych opowieści pewnie łatwo mnie kupić. Bierzecie więc na ten tekst pewną poprawkę i sięgajcie po „Otchłań zmartwychwstań” na własną odpowiedzialność. Z pewnością nie takie generyczne frankofony w przeszłości jednak wciągaliście. Największym problemem jest więc pewnie przesyt takiego materiału na rynku, ale z drugiej strony dobrze, że Egmont nie ogranicza się do amerykańskiego mainstreamu i serwuje nam również takie historie.