czwartek, 30 czerwca 2022

Jimmy Corrigan: The Smartest Kid on Earth. Chris Ware.

 Ponad dekadę temu zacząłem pisać dla Kolorowych Zeszytow. Przez kilka lat w parę osób, pod dowództwem Kuby Oleksaka robiliśmy tam najlepsze dziennikarstwo komiksowe jakie się wtedy dało i chyba byliśmy w tamtym momencie bezkonkurencyjni. Po jakimś czasie nasze drogi się rozeszły a i Kolorowe z czasem przygasły. Dziś powoli się odradzają, a ja wracam na ich łamy ze swoją autorską rubryką o komiksach z importu. Mam nadzieję, że będziecie zaglądać, czytać, lajkować i kibicować. Na początek tekst o legendarnym "Jimmim Corriganie".


 

Mutant. Połączenie Edwarda Hoppera z Andym Warholem i Danielem Clowesem. Jednak nie oszukujmy się: przede wszystkim Chris Ware to Chris Ware – artysta osobny. Śpieszę jednak wyjaśnić, dlaczego na początku sięgnąłem po porównania do tych wielkich osobowości świata sztuki. Hopper, bo za pomocą swoich plansz, z których bije niebywały smutek, w magiczny sposób dotyka istoty człowieczeństwa i samotności jednostki w społeczeństwie. Warhol, bo korzysta w swojej narracji i w stylu ze sztuki użytkowej. Clowes, bo to rysujący cartoonowe w stylistyce komiksy nerd, który opowiada quasi-biograficzne historie za pomocą obrazkowego medium.


W ukazującym się pierwotnie w odcinkach, a wydanym zbiorczo ponad dwie dekady temu, „Jimmy Corrigan, the Smartest Kid on Earth” dostajemy dwie opowieści, dwa strumienie świadomości, które w pewnym momencie się zazębią, ale nie zdradzę jak i kiedy, żeby nie psuć Wam zabawy z odbioru tego dzieła. Obydwie mają jednak dość podobną tematykę, traktują mianowicie o nieudolnym ojcostwie i niejako konsekwencjach, jakie odciska ono na przyszłym życiu dzieci. Jedna opowiada o braku ojca, druga traktuje o posiadaniu za tatę straszliwego chuja. Co ciekawe sam Ware spotkał swojego ojca pierwszy raz właśnie w okresie, gdy tworzył ten komiks.


Jeden poziom historii dzieje się we współczesności i opowiada o dorosłym człowieku, tytułowym Jimmym Corriganie. Bohaterowi nadarza się okazja pojechać na święto dziękczynienia do swojego ojca, którego do tej pory nie znał. Druga historia traktuje również o Jimmym Corriganie, ale innym, bo opowiedziana jest z perspektywy małego, złamanego przez dość podłą egzystencję chłopca, żyjącego w czasach rewolucji przemysłowej w Chicago. Obie różnią się znacznie sposobem narracji. Pierwsza to klasyczna powieść graficzna w Eisnerowskim stylu, w której fabuła popychana jest przez dialogi i głównie rozgrywa się w pomieszczeniach. Druga to historia gęsta od zapisanej kursywą narracji pierwszoosobowej pełna melancholijnych plenerów i architektury. W obu, mimo iż to dość kameralne opowieści z niedużą ilością postaci, udało się po mistrzowsku zarysować tło społecznie czasów, w których rozgrywa się akcja.


Same historie są w porządku, ale nie po to dziś się tu zebraliśmy, by dywagować nad smutnym życiem nerda Jimmy'ego. Bardziej interesuje nas to, że jego alter ego ze świata żywych, Chris Ware, jest geniuszem komiksu. To jedna z tych person, które nie tylko rozumieją język komiksu ale też go poszerzają. Tak jak dla wielu komiksiarzy inspiracją jest sztuka sakralna i wieloplanowe ołtarze, tak dla niego natchnieniem jest instrukcja do składania mebli. Zawsze śmiałem się z komiksowych instrukcji Ikei, ale Ware się najwidoczniej wziął je na śmiertelnie poważnie. Używa tego typu przemysłowych grafik i przekrojów technicznych, by snuć swoje depresyjne opowieści. Wykorzystuje też sztukę użytkową w postaci plakatów, znaków drogowych, architektury, ulotek, dizajnu opakowań wraz z ich liternictwem, które staje się zresztą dla niego częścią warstwy narracyjnej. Między innymi dlatego to rzecz trudna do przełożenia na inny język, bo trzeba wiele namieszać w samych grafikach, których część stanowią słowa. Ogólnie kadr komiksu to znak, ale Ware rozdmuchuje tę idę do potęgi entej, więc piktogram staje się u niego bardzo złożony i potrafi przekazać więcej niż 1000 słów.



Do tego wszystkiego dochodzą dodatki, jak miniaturowa makieta domku Jimmy'ego (tego z czasów rewolucji przemysłowej) do wycięcia i sklejenia czy obwoluta samego komiksu, która jest między innymi modelem 3d tytułowego bohatera do samodzielnego złożenia i Bóg wie czym jeszcze (za głupi jestem żeby to wszystko rozkminić).


Ware nie ma szczęścia do publikacji w naszym kraju. „Jimy'ego Corrigana” do swojego katalogu dekadę temu chciała wrzucić Kultura Gniewu, ale jak na razie nic z tego nie wyszło. Jedyny Ware po polsku, o którym mi wiadomo, to kilkustronicowa, znakomita historyjka z antologii literackiej „Księga innych ludzi” pod redakcją Zadie Smith. Z jednej strony smutna sprawa, z drugiej mam od czego zacząć nowy cykl wpisów poświęconych komiksom z importu. Ware jest bowiem najważniejszym żyjącym komiksiarzem, który nie doczekał się u nas jeszcze samodzielnego albumu. 

 

TEKST PIERWOTNIE UKAZAŁ SIĘ NA ŁAMACH KOLOROWYCH ZESZYTÓW

 

niedziela, 19 czerwca 2022

RIP. Gaet's/Monier

 


 

Przede wszystkim zastanawia mnie czy istnieje w ogóle taki zawód, czy to może pomysł scenarzysty. Bohater „RIP” pracuje jako koleś który zajmuje się zmarłymi. Nie jest jednak pracownikiem firmy pogrzebowej, a przynajmniej w fabule nic na to nie wskazuje. Zdrapuje samobójców z chodnika, czyści miejsca z trupów, które leżały martwe od kilku lat i nikt się nimi nie zainteresował, w końcu zabiera rzeczy z domu denata i dzieli, na te wartościowe i nie. Te mające jakąś większą cenę oddaje rodzinie zmarłego a te niewiele warte przekazuje swoim przełożonym. Z tego co zrozumiałem to między innymi z ich sprzedaży utrzymuje się jego firma. Parszywa robota, ale wdzięczny obrazek do opisania dla utalentowanego literata. Takim też jest scenarzysta serii niejaki Gaet's.


Chłop ma nie lada talent. To taki Bukowski, bo genialnie przedstawia parszywe życie naszego bohatera. To taki Alan Moore, bo świetnie rozumie język komiksu i tworzy gęste, dobre treści. Towarzyszy mu Julien Monier. Nieprzeciętny grafik, który maluje, w semirealistycznym stylu, chyba komputerowo te całe obrazy komiksowej patologii przedstawiającej życie naszego nieudacznika w najgorszej robocie na świecie. Otrzymujemy rzecz nieprzeciętną, egzystencjalną, ale też gatunkową gdyż wszystko nosi od strony narracyjnej cechy noir. Tematycznie, to trochę coś co mogłoby wyjść spod ręki Thomasa Otta, tylko doprawione genialną warstwą literacką. Jak wspomniałem prócz egzystencjalnego bagna pojawia się tu wątek kryminalny. Nasz bohater kradnie z miejsca pracy drogocenny pierścionek, i próbuje ukryć znalezisko. Brak przedmiotu wychodzi jednak na jaw i problemy zaczyna mieć reszta ekipy. Z informacji zawartych na ostatnich stronach wnioskuję, że następne tomy będą opowiadały o innych członkach gangu czyścicieli. Fajny pomysł. Na szóstkę. Tym bardziej, że mimo iż tom będzie stanowił część większej całości, to świetnie sprawdza się jako zamknięta historia.


Rzecz podzielona jest na króciutkie fragmenty poprzecinane planszami-przerywnkami, na których pojawiają się różne przerywniki, głównie cytaty z innych dzieł, piosenek, encyklopedii, filmów (w tym z „Dobrego, złego i brzydkiego”. Hell yeah!). Dzięki temu komiks ma niespotykany zupełnie rytm. Dramaturgia budowana jest niczym w starszym serialu, od reklamy do reklamy, nie na przestrzeni całego albumu. To bardzo ciekawy zabieg i zastanawiam się czy komiks nie ukazywał się przypadkiem w tak małych fragmentach? No nie ważne, ale wszystko tu od tej strony gra i buczy.


Nie wiem czy wynikło to z mojej pisaniny, ale „RIP” to dla mnie komiks genialny, jeden z najlepszych albumów tego roku. I gratuluję Non Stop Comic pomysłu wydania tego depresyjnego, a jednak groteskowego, przez co niezwykle zabawnego ścierwa. Czekam na tom drugi.

 

środa, 15 czerwca 2022

Queenie. Matka chrzestna Harlemu. Colomba/ Levy




Ludziska z Non Stop Comics próbują prześcignąć sami siebie w wydawaniu pięknych komiksów. Forma podania „Queenie. Matka chrzestna Harlemu” zwala z nóg. Gruby papier, matowa okładka ze złoceniami ­– to wszystko zachwyca i zachęca do sprawdzenia, co jest w środku.

„Queenie. Matka chrzestna Harlemu” to historyczna powieść graficzna chwytająca się przy okazji konwencji kryminału. Komiks opowiada o kobicie, która trzęsła w swoim czasie tytułowym kawałkiem Nowego Jorku. Rzecz zachwyca od strony graficznej, pieczołowicie oddaje epokę, w której dzieje się akcja. To portret nie tylko silnej kobiety, ale i dzielnicy legendarnej nie tylko wśród czarnej mniejszości. Niestety to też przy okazji zupełnie nieudany komiks.

Przede wszystkim zawodzi scenariusz. Opiera się on nie tyle na dogłębnym eksplorowaniu życiorysu postaci słynnej gangsterki, co na kilku motywach z jej bogatej historii. Przez to dostajemy nieprzekonującą opowieść z niezbyt dobrze zarysowanymi postaciami. Brak tu całkowicie pogłębionych portretów psychologicznych, a fabuła jest szczątkowa. Autorzy próbują nadrabiać wstępem i sylwetkami postaci, które znajdują się na końcu albumu, ale nie o to chodzi w komiksie, żeby nadbudowywać fabułę literackością. To może zrobić Moore – pisząc arcydzieło, jedynie doprawiać elementami literackimi – a nie hudefak, który zostaje zostawiony z czytelnikiem i ma mu zaimponować swoim warsztatem narracyjnym, a nie potrafi tego dokonać. Fajnie, że pojawiają się tu takie persony jak słynni jazzmani – Theloniousa Monk, Duke Elington i inne autentyczne postacie kultury czarnych, ale nic, zupełnie nic z tych cameo nie wynika. Nie mają wpływu na fabułę, nie są sportretowani jako bohaterowie swoich ziomków. Są przedstawiani z imienia i nazwiska i zaraz znikają ze sceny. Nie jest to też opowieść o rasizmie i emancypacji, mimo iż autorzy bardzo by chcieli, by tym była. To płyciutka opowiastka pozująca jedynie na wielką powieść graficzną, na której zakup dadzą się naciągnąć naiwniacy nie czytający Arkham. Widzicie? Co byście beze mnie zrobili?

Na szczęście komiks broni się od strony graficznej. Mistrzowskie operowanie czernią i bielą, znakomicie pociśnięte ulice, rekwizyty, stroje, architektura, obskurne zakamarki Harlemu oraz realistycznie narysowani bohaterowie to zdecydowanie największe plusy tej opowieści. Autorka rysunków jest nie lada rzemieślnikiem i rozumie, o co chodzi w komiksie. Szkoda tylko, że dała się wciągnąć w rysowanie tych pierdoletów, które zapewne nie przysporzyły jej satysfakcji.

Jest mi przykro, że tak brutalnie rozprawiam się z tym komiksem, ale jestem nim zdecydowanie zawiedziony, bo przecież pomysł miał wielki potencjał. Jeśli chcecie psubraty przeczytać dobrą powieść graficzną od NSC to sięgnijcie zdecydowanie po recenzowane u nas niedawno „Dni Piasku”. Od „Queenie” trzymajcie się z daleka.

 

Nocny Krzyk. Borja Gonzalez

 


Debiut Borja Gonzaleza, czyli „Black Holes”, odebrałem jako ciekawostkę. Ot, dobry, niezależny, interesujący w formie komiks, który pozostawił mnie bez większych refleksji. Sięgając po drugi album tego autora, nie spodziewałem się więc Hiszpańskiej inkwizycji. Być może dalej nie jest to arcydzieło, ale widać duży progres i bardzo cieszę się, że Non Stop Comics postawiło na tak nieoczywistego konia, konsekwentnie wydając jego komiksy. Trzeba wspierać młodych zdolnych.


Komiks traktuje o pewnej wydającej zina z gotycką grozą wiedźmie, która pewnego dnia jedzie do lasu i w przy pomocy magicznego rytuału przywołuje zaklętego w książce demona w postaci kobiety. Co ciekawe stwór okazuje się całkiem sympatyczny, a do tego czyta mangi, ogląda anime i ogólnie jest zafascynowany popkulturową Japonią. Trzecią postacią tego obrazkowego dramatu jest fanka wiedźmy, młoda czytelniczka jej zina śmigająca na desce i również poczytująca „Czarodziejkę z księżyca”. Komiks ma raptem 140 stron, a autorowi udaje się bardzo szybko zarysować ciekawe kobiecie postacie, które są najmocniejszym elementem tego tytułu. Fabuła jest bowiem pretekstowa i służy jedynie temu, byśmy przez chwilę poprzyglądali się tej uroczej menażerii. Są też fajne nawiązania do popkultury i kontrkultury przemycone pod postacią plakatów na ścianach i w gustach bohaterek. Autor nie ma przy tym za grosz kompleksów, nie aspiruje do opowiadania nie wiadomo jak głębokiej historii i nie podrabia żadnego ze znanych mi twórców komiksowych. Więcej związków znajduję tu z kinem niż z powieściami graficznymi.


Postacie rysowane przez Borja Gonzaleza nie mają twarzy. Tym bardziej ciekawi mnie to, w jaki sposób wyciąga on tyle ekspresji ze swoich bohaterek. Musi to być jakiś wrodzony talent albo magia, bo bardzo dobrze rozróżniamy nie tylko kto jest na kadrze, ale i wiemy, jakie ma samopoczucie, czy jest zirytowany, zły czy zachwycony. Artysta dużo wyraża za pomocą sylwetek bohaterek, których rysowanie doprowadził do perfekcji. Na brawa zasługują też świetnie dobrane, zgaszone kolory nadające wszystkiemu emo-gotyckiego charakteru. Mimo iż postacie to głównie kobiety, to nie jest to komiks nastawiony na fan service i jest tu zero erotyzmu. Jest zmysłowość, ale nie podszyta seksualnością.


Robiąc notkę na fanpage o „Black Holes” porównałem ten komiks do filmu "O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu". Podtrzymuję to zestawienie przy okazji „Nocnego Krzyku”. Następuje jakieś duchowe podobieństwo między dziełami Borja Gonzaleza a kinem Any Lily Amirpour. Miłośnicy kultury niezależnej zdecydowanie mają tu czego szukać.

 

wtorek, 14 czerwca 2022

Sandman. Tom 5. Zabawa w ciebie. Neil Gaiman

 


 

Nieubłaganie nadchodzi chwila premiery serialowego „Sandmana” i już nic nie będzie takie samo. Pal sześć, że dzieło Neila Gaimana stanie się mainstreamem, było wszak od dawna jednym z najpopularniejszych komiksów dla dorosłych. Bardziej chodzi mi o odarcie historii jej pierwotnej formy. Nawet jeśli McKean będzie robił czołówki do odcinków, to oldskulową, nawiązującą do starych komiksowych horrorów krechę zamieni się na komputerowe, kreowane sztucznie sny i koszmary. Mimo iż na początku byłem dość entuzjastyczny, to ostatecznie zaczynam myśleć, że to się może nie udać. Jeden z bastionów nerdozy zostanie nam znów odebrany, a co gorsza, odarty z formy.


Na szczęście nie we wszystkich tomach „Sandmana” warstwa graficzna jest aż tak ważna. W opisywanej dziś przeze mnie „Zabawie w ciebie” też nie gra kluczowej roli. Ten tom wydaje mi się rzeczą, którą da się przenieść na ekrany. Od strony fabularnej to opowieść nawiązująca do wcześniejszej historii, „Dom lalki”, znów grzebie w idei wieloświatu, a doprawiona jest mocno urban-fantasy i mocnym horrorem cielesnym. Pozycja może słabsza od najlepszych, ulubionych przeze mnie części, ale dalej znakomita. Przy tym bardzo współczesna, nowoczesna w treści. Nawet poruszane tu tematy odmienności seksualnej (jednym z bohaterów jest transwestyta), które w momencie pierwszej publikacji były egzotyczne, dziś nie wydają się niczym niezwykłym. Atmosfera, kradnąca sporo z Barkerowskiego horroru, jest też zbudowana w iście kinematograficzny sposób i faktycznie przeraża. Biedne osiedle gdzieś w brudnych zakamarkach Nowego Jorku i jego mieszkańcy przenoszący się do krainy wyśnionej przez jedną z bohaterek to wręcz filmowy samograj, brzmi jak fabuła jakiegoś VHSowego hiciora z lat 90. 

 

 

 

Gaiman się oczywiście na jakimś poziomie powtarza. To znów podszyta gnostyckimi ideami opowieść o śmierci i rozpadzie świata rządzonego przez demiurga. Niemniej autor powtarza się z elokwencją godną mistrza grozy. Niekoniecznie jednak jest to sztos od strony komiksowej. Kompozycje plansz i narracja są dość proste i nie wykorzystują możliwości medium w stu procentach. Rysunki w tym tomie nie są też mistrzostwem świata, to ówczesny solidny, rzemieślniczy poziom.

 



„Zabawa w ciebie”, mimo iż, jak wspomniałem, jest całkiem niezła, nie zapadała mi w pamięć tak jak najlepsze odsłony serii. Niemniej podana osobno, jako samodzielna powieść graficzna, robi duże wrażenie i chętnie zobaczę ją na ekranie swojego telewizora. Zacząłem się nawet zastanawiać nad tym, że przecież „Sandmana” nie postrzegałem nigdy jako dzieła idealnego, zawsze mi coś w nim zgrzytało. Moja obecna łagodność wobec Gaimana, jest pewnie po części spowodowana syndromem Mamonia. W gruncie rzeczy może nawet dało by się coś w tym komiksie poprawić, wrzucając go do świata celuloidu? Taką mam nadzieję, a ta umiera przecież ostatnia. Trzymajmy mocno kciuki.


 


niedziela, 12 czerwca 2022

Incel. Jan Mazur.



Kto nie nabijał się z „przegrywów”, niech pierwszy rzuci kamieniem. Wolimy historię o ludziach, którym nie wyszło, o pechowcach ponoszących mniej, lub bardziej spektakularne klęski życiowe. Zaratustrę wymieniamy na Kaczora Donalda. Nie należy się temu dziwić - widok cudzego cierpienia może być bardziej „budujący”, niż sukces bliźniego, który może wpędzić w kompleksy i wywołać niepokój. „Incel”, czyli - jak podaje encyklopedia miejskiego slangu – człowiek, który nie może nawiązać relacji intymnych z płcią piękną, jest doskonałym materiałem na obiekt szyderstw. Narracja w najnowszym komiksie Jana Mazura zbudowana jest jednak w taki sposób, że śmiech niejednokrotnie zamrze nam w gardle. Mimo umowności kreski, opowiedziana historia wypada tak autentycznie, że trudno się od niej bezpiecznie zdystansować.


Tekst z tylnej strony okładki komiksu niejako uprzedza: „Bartek żyje. I to chyba najlepsza rzecz jaką można o nim powiedzieć”. Główny bohater prowadzi życie niezwykle monotonne. Jest kasjerem w sklepie Żabka. Po pracy wraca do mieszkania, które dzieli ze współlokatorem. Nic go z nim nie łączy, oprócz wyrzutów, których musi od niego wysłuchiwać. Głównymi zajęciami w czasie wolnym są: klikanie na komputerze, słuchanie black metalu oraz masturbacja.


Gdyby ten automatyzm swoistego przeciw-życia pokazać w całej jego pełni, lub raczej pustce, nie powinno się nic wydarzyć. Otrzymalibyśmy za to dzieło konceptualne i awangardowe. Coś tam jednak się dzieje, zmienia. Bartek podczas wypadu do lasu poznaje swoich przyszłych kompanów - totalnych mizoginów, krzewiących ideę prawdziwej męskości, cokolwiek miałoby to znaczyć. Tymczasem jeden z jego filmików na YouTube komentuje... dziewczyna, która – co już zakrawa na niepodobieństwo - podziela jego upodobania muzyczne. Zarysowuje się więc perspektywa wyjścia z jaskini.


Niezwykle istotnym elementem fabuły Jana Mazura jest portal przegrywczan.org, na którym nasz protagonista regularnie relacjonuje wszystkie swoje klęski oraz wątłe nadzieje. Silna potrzeba publicznego samobiczowania zdradza psychiczne pęknięcie bohatera, który de facto – na tym polega cały dramatyzm opowieści – nie wie czego chce. Tak gorliwe i pełne odnalezienie się w roli życiowego nieudacznika, uniemożliwia mu przełamanie złej passy i nawiązanie normalnych relacji międzyludzkich. Ale czy to tylko jego wina? Kolejnym istotnym tematem autora Końca świata w Makowicach jest presja opinii społecznej, lub po prostu złe języki, złośliwe podszeptywania innych, równie - a może nawet bardziej - zakompleksionych jednostek.


Gdyby problematykę Incela zawrzeć w jakimś eseju socjologicznym, rodzące się wnioski nie wypadłby tak interesująco, jak za sprawą specyficznej formy języka komiksowego. W sumie można tak powiedzieć - i zawsze to mówię - o wszystkich udanych tworach tego medium. Mazura powszechnie zalicza się do szacownego grona, któremu nadam tu umowne miano prymitywistów polskich (za najwybitniejszego przedstawiciela tego nurtu uważam Jacka Świdzińskiego). Złośliwi dyletanci mówią, że taki styl wynika z braku opanowania klasycznego rysunku. Zarzut być może w pojedynczych przypadkach trafiony, nie wydaje mi się godny roztrząsania w przypadku recenzowanego komiksu. Forma Incela często komunikuje dużo więcej, niż jest zawarte w skąpych dialogach i ubogiej akcji. Poza tym, to przede wszystkim z osobliwości rysunku wynika groteskowo-sarkastyczny wymiar opowieści. Powtarzalność kadrów - które nie są kserowane, tylko z uporem przez ich autora odtwarzane - buduje mantrowy nastrój przepływu rzeczywistości, z której uleciał wszelki sens i znaczenie. Świat jest umowny, kruchy, a jednocześnie nieznośnie niezmienny. Nieraz czas wypada ze swych kolein i nastają charakterystyczne pauzy, w których dosłownie nic się nie dzieje: bohater stoi, siedzi, leży, czeka na czyjąś odpowiedź, lub też sam zapomina języka w gębie – i tak przez parę kadrów, stron. Komiksowy teatr absurdu.


Trudno byłoby sobie wyobrazić tą historię opowiedzianą za pomocą innej grafiki. Mimo że Jan Mazur poświęca swym minimalistycznym rysunkom - jak sądzę - nieco mniej czasu niż np. Charles Burns, to cóż z tego, skoro wszystko się zgadza - forma służy treści, a treść formie. Podśmiewającym się cynikom proponuję narysowanie komiksu tego typu i konsekwentnie wytrwanie w obranej estetyce przez kilkaset stron. Każdy, kto kiedykolwiek próbował swych sił w komiksie, wie że nie jest to łatwe.


Incel to świetny komiks, który łatwo i szybko się czyta. Zaproponowana opowieść dotyka wielu problemów współczesności - pustka egzystencjalna, izolacja, samotność, uzależnienie od internetu, absolutny brak perspektyw metafizycznych. Wszystko to okraszone jest językiem, który nie przypomina klasycznej polszczyzny. Wypowiadane zdania sygnalizują tylko pewną próbę nawiązania komunikacji, są niczym strzępy, porwane telegramy, które nie są w stanie oddać rzeczywistego stanu emocjonalnego bohaterów, co mogłoby stanowić asumpt do autentycznej wymiany myśli. Nieco bardziej wylewne są ich zapiski w sieci. Tu daje o sobie znać, podbijająca efekt humorystyczny, strywializowana nowomowa komputerowych trolli – bałamutna, uboga składniowo, a bogata we wtręty z języka angielskiego i wyrażenia slangowe.


Najnowsza propozycja Jana Mazura - poza zachwytem - nasunęła mi pewien problem. W historii protagonisty, która jest zarówno zabawna jak i smutna, niejeden czytelnik mógłby się przejrzeć, wyłapując pewne paralele ze swoim życiem. Na przeszkodzie stoi jednak daleko posunięte szyderstwo w tonie narracji - spojrzenie z góry. Traktując pracę kasjera w żabce, czy słuchanie black metalu, jako symboli przegranego życia, autor przyłącza się do elity wybrańców, która za pomocą takich, lub podobnych stereotypów stygmatyzuje tzw. „przegrywów”. A przecież to właśnie taka postawa otoczenia wywołuje u bohaterów Mazura zespół kompleksów krępujących ich potencjalne możliwości, o czym przecież jego komiks traktuje. Jako osoba, która pracowała w różnych miejscach, daleki jestem od pozytywistycznej idealizacji stanowisk usługowych niższego szczebla. Trudno być szczęśliwym, gdy łamane są twoje prawa pracownicze, wykonujesz otępiające czynności i do tego zarabiasz grosze. Jednak pogardliwe nastawienie społeczeństwa, nie buduje dla ciebie trampoliny, tylko jeszcze bardziej wpycha ci nos w gówno.


Powyższej łyżki dziegciu nie należy odczytywać jako radykalnej krytyki pracy autora Tam gdzie rosną mirabelki. Zwrócenie uwagi na pewien problem natury etycznej stanowi bowiem o bogactwie zaproponowanej treści oraz możliwościach jej interpretacji. Bądź co bądź, to jedno z ciekawszych wydarzeń komiksowych sceny polskiej w tym roku. 

 

Autor: Jakub Gryzowski


 

sobota, 11 czerwca 2022

Daredevil. Mark Waid. Tom 1.

 


„Daredevil” jest dla mnie królem komiksów o kalesoniarzach. Kocham streat-levelową odmianę tego gatunku i po wszystkim, co przeczytałem, muszę z ręką na sercu wyznać, że miał on w ongoingu więcej szczęścia do scenarzystów niż dajmy na to Batłomiej. Nie bijcie, wiem – to kontrowersyjna teza, ale za najlepszy run Batłomieja uważam animowany TAS, a to źle świadczy o komiksowym odpowiedniku gacka. Waid, mimo iż nie stworzył arcydzieła, udowodnił pierwszą częścią swojego runu, że ma swój pomysł na pisanie przygód Śmiałka z Hell's Kitchen.

Cechą charakterystyczną Daredevila od kilku dekad, dokładnie od czasów interpretacji Franka Millera, jest noirowość i związana z tym nurtem poetyka. Z biegiem czasu autorzy zapomnieli na śmierć o korzeniach tej postaci i wałkowali w kółko opowieści w tym stylu. Nie ma w tym nic złego, bo są to najlepsze odsłony serii. Mark Waid, podchodząc do pisania zrestartowanej po raz trzeci serii, postanowił jednak odejść od tej tradycji i przywrócić Daredevilowi pulpowość przysługującą mu z ramienia superbohaterszczyzny. Z jednej strony to nie to czego oczekiwałem, z drugiej muszę powiedzieć, że nie wyszło źle. Owszem, Waid to nie Frank Miller (w swoich najlepszych latach) ani nawet Brian Michael Bendis czy nawet Ed Brubaker, ale wywiązał się nieźle z zadania i zaserwował nam komiks, który czyta się bardzo przyjemnie. 



Mimo restartu seria jest bezpośrednią kontynuacją runu vol. 2 i świat Murdocka jest pisany z wszelkimi konsekwencjami tego, co zrobili z Daredevilem poprzedni twórcy. Wszyscy wiedzą przykładowo, że nasz niewidomy prawnik jest superbohaterem, wiadomix też, że opętał go zły demon i że cierpiętnik przyjął na siebie ten cały syf jaki wylali mu na łeb poprzedni scenarzyści. Nie przeszkadza to Waidowi wprowadzić nieco radosnej, awanturniczej i kalesoniarskiej przygody do życia Matta. Robi to z wyczuciem, bez przeginki, dzięki czemu czyta się to łatwo i przyjemnie i nie uświadczyłem tu jakichś niestrawnych kocopołów czy kija w tyłku. Najfajniejsze jest jednak dalej to, co mało superbohaterskie, mianowicie zeszyt chyba świąteczny, w którym Murdock prowadzi dzieci z wycieczki szkolnej, z popsutego w śnieżycy autobusu do bezpiecznego schronienia. Przyziemna historia najlepiej charakteryzuje jego postać wraz z całym bagażem ideowym tej postaci. Smuci mnie tylko odejście od symboli religijnych otaczających tę postać. Wiem, że dziś to passe, ale ja lubię Murdocka za ten cierpiętny element jego charakteru. Daredevil Waida tym różni się między innymi od wariacji jego poprzedników, że jest optymistą wbrew wszystkiemu, co mu się przytrafiło.

 




Grono scenarzystów Daredevila formowane było z nie lada przechujów, ale i grafikom niewiele można zarzucić. Run Waida ilustruje głównie Paolo Rivera i wychodzi mu to całkiem nieźle. Krechę ma przyzwoitą, a i kolory (autorstwa Javiera Rodrigueza), mimo iż komputerowe, muszę uznać za zjadliwe. Świetnie wywiązuje się też z zagrywek formalnych, które zlecił mu narysować Waid. Świat Matta Murdocka zostaje nam przedstawiony z pierwszej ręki. W rysunkach wykorzystano przestrzenną imitację tego, jak mogłaby wyglądać ta cała echolokacja pozwalająca niewidomemu bohaterowi poruszać się tak skutecznie w świecie widzących. Przygody śmiałka narysowane są więc z brawurą i kopie on tyłki bandziorom aż miło. 




Jestem jednak odrobinę zawiedziony. Nie było tu bowiem ani jednego drania-ninja, a co to za Daredevil bez tych karaluchów z Dłoni. Niemniej jak na razie Waid ma moje błogosławieństwo, mimo że – ostrzegam – nie tworzy wybitnej serii a tylko czytadło. Chwali mu się jednak przełamywanie Daredevilowych schematów i wpuszczenie świeżego powietrza do jego uniwersum. Czekam na tom drugi.