niedziela, 26 kwietnia 2026

Otchłań Zmartwychwstań.

 


Generalnie jestem zdania, że w komiksie nie ma odpowiednika czegoś takiego jak kino eksploatacji czy, jak to się popularnie mówi w naszym kraju, „kino klasy B”. Owszem, są tam jakieś podziały gatunkowe, ale najtańszą pulpą w komiksie zajmowali się wszak często mistrzowie, nie ma więc tu mowy o czymś drugiej jakości. Komiks zazwyczaj jest albo dobry, albo zły. Jednak zderzenie czytelnika z niżej opisywanym, kostiumowym horrorem, już u podstaw musi wywołać pewne skojarzenia z tanią rozrywką i kulturą niewysoką. 
 
W „Otchłani zmartwychwstań” (cóż za serowy tytuł) mamy dość toporne nawiązania do klasycznych już opowieści grozy, zarówno Lovecrafta jak i ogólnie konwencji mroźnego piekła z „Terrorem” na czele. Rozciągnięta na raptem sto stron fabuła jest prosta jak drut, ma stosunkowo szybko zarysowane postacie i raczej niezgrabnie klonuje różne motywy. Przez to nie dostajemy nic szczególnie wyszukanego czy oryginalnego. Jest tu też kilka kuriozalnych scen i osobliwy twist, który autorzy mogliby sobie darować. Inną sprawą jest to, jak się ten komiks czyta – przyznam, że pomijając te wpadki fabularne, wciąga się go bardzo miło. 
 
Rysunki generycznością dorównują fabule. To przy okazji jednak też komiks podkreślający to, co stwierdziłem w pierwszym akapicie. Mimo pewnego braku artystycznego sznytu – a do tego estetycznie kręcąc się wokół stylu zerowego, typowego realistycznego frankofońskiego czytadła, nawet jeśli rysownik jest z Chile to nie ucieknie od takich porównań – to bardzo dobra robota w swojej klasie. Oczywiście można powiedzieć „każda potwora znajdzie swego amatora” i nie przeczę, że jestem miłośnikiem fabuł opartych o konwencję mroźnego piekła, pewnie też dlatego trudno mi osądzić ten komiks – nomen omen – chłodno. Nic jednak nie poradzę, podobało mi się najzwyczajniej i nie żałuję ani chwili poświęconej temu albumowi. 
 
Już ponoć gdzieś tam ptaszki śpiewają, jak to ten album jest tragicznie słaby. Musiał stwierdzić to jednak ktoś z bardzo niską tolerancją na tanie horrory. Inna sprawa, że jako miłośnika kostiumowej grozy i mroźnych opowieści pewnie łatwo mnie kupić. Bierzecie więc na ten tekst pewną poprawkę i sięgajcie po „Otchłań zmartwychwstań” na własną odpowiedzialność. Z pewnością nie takie generyczne frankofony w przeszłości jednak wciągaliście. Największym problemem jest więc pewnie przesyt takiego materiału na rynku, ale z drugiej strony dobrze, że Egmont nie ogranicza się do amerykańskiego mainstreamu i serwuje nam również takie historie.