poniedziałek, 25 maja 2026

Pracownicy Morza

  


 

Viktor Hugo wielkim pisarzem był, ale uczciwie przyznam: ni diabła nic nie wiem o jego twórczości. „Pracownicy morza” wyglądali jednak na tyle atrakcyjnie, że strasznie się na nich napaliłem i uznałem przeczytanie tego komiksu za obowiązek. Stylem wszak przypominają zarówno szaleństwa Toppiego jak i grafiki Gustava Dore, a może nawet Andreasa. Uwielbiam to, co tu się dzieje w warstwie wizualnej. Od strony plastycznej to zresztą kolejny komiks w ofercie Egmontu, który pasuje do ich stałej oferty jak pięść do nosa (co się bardzo chwali!) i bardziej można by się spodziewać czegoś takiego po, na przykład, Mandioce.

Po lekturze mam jednak wrażenie, że ktoś wybrał go do oferty ze względu na grafikę a nie na treść, bo fabularnie album nie dowozi, delikatnie mówiąc. Nawet jeśli ze względu na moje nieobycie z pisarstwem Hugo trudno mi oceniać, na ile jest to udana adaptacja. I mówi to ktoś, kto zdecydowanie ceni komiks marynistyczny i typowo europejski. Owszem, rzecz prezentuje się naprawdę spektakularnie, kompozycje plansz podane w wielkim formacie i niezaprzeczalny power, jaki ma w łapie Michael Durand (podobno na rynku frankofońskim bardzo ceniony twórca), wgniatają czytelnika w fotel. Problem leży jednak w tym, że autor – mimo świetnego pomysłu na stylizację plansz tak – średnio potrafi posklejać całą historię za pomocą grafik tak, by zaserwować przekonującą całość. Przez to najzwyczajniej męczył mnie ten album. Z jednej strony jarałem się dostarczoną tu stylistyką, z drugiej nie obchodziły mnie zupełnie losy portretowanych postaci. Strzelam więc, że to problem adaptacyjny, który zgubił całą głębie psychologiczną, jaką mógł zawrzeć w swojej powieści Hugo. Może oczywiście miałem zły okres, ale naprawdę szarpałem się z tym komiksem z tydzień czasu, przeplatając lekturę innymi, znacznie strawniejszymi tytułami.

Nie zrozummy się źle, Egmontowi i nowym ludziom w jego zarządzie (pozdrawiam serdecznie) chwali się, że chcą w końcu próbować czegoś innego niż majtki na kalesony. Tylko fajnie by było, gdyby udało się trochę lepiej selekcjonować tytuły. O ile ostatnio bardzo starałem się wybronić „Otchłań zmartwychwstań” – mimo iż była to dość siermiężną szmirą – to w przypadku „Pracowników morza” nie mam pomysłów na pozytywną argumentację. Graficznie to oczywiście perełka, widać to na pierwszy rzut oka, za to nie muszę świecić gałami, ale albo ja nie dorosłem do tej opowieści (acz przyznam się, że faktycznie nie cenię lekturkowców), albo jest po prostu słabo. 

Projekt Rust

 


 

 „Jaka jest Pana narodowość?” — „Jestem pijakiem” — odpowiada śmieszek Bogart w słynnej „Cassablance”. Myślałem kiedyś nad podobną ripostą i jeśli by ktoś zapytał mnie o mój kulturowy rodowód, bez wahania odparłbym, że należę do Plemion Semickich. Wiem, ten suchar brzmi dziwnie a i Braunowcy by mi tego nie przepuścili (swoją drogą, lider, wraz z tymi Jaszczurami, to w chuj komiksowe postacie), ale takie są fakty. Kształtowałem się jako człowiek w latach 90., a najważniejszą rolę wtedy odgrywały w moim życiu komiksy z wydawnictwa TM-Semic, które między 90 a 98 rokiem wypuszczało na polski rynek pozycje z kalesoniarzami.

Pewnie dorosłym, poważnym ludziom może wydawać się to śmieszne, ale wydawnictwo to faktycznie przeprowadziło mnie przez trudne i mroczne lata 90. Był to dla mnie okres uczęszczania do szkoły podstawowej, w której się nie odnajdywałem, a dręcząca mnie nieleczona depresja i życiowe problemy rozpierdalały mnie na czynniki pierwsze. Można powiedzieć, że komiksy były ucieczką od rzeczywistości, byłoby to jednak duże uproszczenie. To dzięki propozycjom TM-Semic stałem się świadomym odbiorcą kultury. Dzięki tytułom jak „Silver Surfer” Moebiusa czy „Batman: Machiny” McKevera otarłem się o prawdziwą sztukę, poznałem co to refleksja nad dziełem, jak złożona potrafi być alegoria głębokiej fikcji i jak wiele mówi ona o naszym świecie. Bo patrzyłem wtedy pierwszy raz — i tak już mi zostało do dziś, inaczej nie potrafię — na świat przez pryzmat sztuki.

Za każdym wydawnictwem stoją oczywiście konkretni ludzie. Twarzą tej oficyny, mającą kontakt z czytelnikami, był prowadzący strony klubowe Arkadiusz Wróblewski, ale równie ważną — albo może ważniejszą — okazuje się dziś stojący wówczas nieco w cieniu redaktor naczelny, Marcin Rustecki. To o nim jest ta książka. Wywiad rzeka opowiadający nie tyle o człowieku komiksu, co właśnie człowieku kultury, bo Rust (jak nazywają go przyjaciele i jak podpisuje swoje prace) zajmował się nie tylko jednym medium. Ważną rzeczą jest fakt, że jeszcze przed stanem wojennym udało mu się spierdolić do Londynu, gdzie jako młody człowiek, prócz parania się budowlanką, mógł karmić się kulturą tak, jak później mnie karmił komiksami w latach 90. Wrócił zresztą do Polski dokładnie po upadku żelaznej kurtyny, ze świetną znajomością angielskiego i obyciem w kręgach popkultury. Co ciekawe, będąc na emigracji nie czytywał zbyt wiele superhero. Wciągał komiks europejski i brytyjski. Kalesoniarzami zajął się dopiero wtedy, gdy dostał prace we wspomnianej firmie. Dzięki niej też ze średnio opłacanego emigranta stał się nagle — jak sam to ujął chyba na łamach tego wywiadu rzeki — kimś na kształt gwiazdy rocka. A przynajmniej tak się czuł przez niemal dekadę. Jeździł po Comic Conach, spotykał Stana Lee, zwiedzał najwspanialsze miasta w Stanach, a jego dobrze płatna praca polegała na czytaniu komiksów. Mówi zresztą o tym okresie jako o najpiękniejszym w swoim życiu. W tej branży po 2000 roku to prawie nieosiągalny status. Sam wiem o tym dobrze, bo naiwnie przez jakiś czas pędziłem za podobnym komiksowym marzeniem (próbując żyć z pisania), które ostatecznie okazało się nie do zrealizowania dla gnojka z prowincji.

Oprócz fantastycznych opowieści o życiu, które wyciągnął z Rusta przepytujący go
Jakub Demiańczuk (na co dzień piszący znakomite teksty o komiksach do Polityki) i wspominkowych pocztówek z epoki gdy używało się do komiksów naprawdę kiepskiego papieru, książka zawiera również masę ważnych dla Rusteckiego tytułów. Wchodzimy mu do głowy, by poznać prawdziwe, skrupulatnie nakreślone kompendium tego, co go kształtowało. To o tyle ważne, że gustowi tego człowieka zawdzięczamy wiele wspaniałych tytułów, jakie ukazały się na naszym rynku z jego ulubionym „Lobo” rysowanym przez Bisleya na czele. Książkę zresztą kończy kilka list będących topkami filmów, komiksów, literatury i muzyki. Sam uwielbiam takie wyliczanki. Zarówno poznawać, jak i samemu preparować. Postanowiłem więc swój tekst też zakończyć listą ulubionych komiksów ze stajni Semika, którą kilka lat temu wyprodukowałem.

1) „Weapon X” (najlepszy komiks Marvela ever)
2) „Batman: Machiny” (komiks, który mnie stworzył jako odbiorcę sztuki)
3) „Silver Surfer” Moebiusa (pierwsze zetknięcie z pracami mistrza)
4) „Spider-Man: Torment” (po latach stwierdzam, że najbardziej lubię horrory z pająkiem)
5) „Batman: Zabójczy żart” (Klasyk. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby to dawać dzieciom)
6) „Daredevil” (przez lata jedyna szansa na zetknięcie z Diabłem z Hell's Kitchen)
7) „Punisher: Eurohit” (albo i „Year One”, ale od „Eurohitu” zaczęła się moja miłość do Franka)
8 ) „Batman: Venom” (teraz może nie jest to zbyt odkrywcze, ale wtedy, dla 12-letniego mnie, warstwa psychologiczna była mega głęboka)
9) „Rise of the midnight sons” (niestety wyszło u nas pokrojone, ale to i tak genialny horror Marvela — wiem, że nie wszyscy cenią, ale ja jestem wielkim fanem tej historii)
10) „Sabretooth” (Texeira!)
11) „Batman versus Predator” (totalny sztos)
12) „Aliens vs. Predator” (jeżu, ile mam wspomnień z tym komiksem, kupił mi go dziadek, czytałem 100 razy)
13) „Aliens: Labirynt” (pierwszy Woodring, mamo, jak ja chciałem więcej takich komiksów)
14) „Lobo. Ostatni Czarnian” (!)
15) „Ghost Rider 2099” (wtedy Bachalo potrafił, w pewnym momencie to był mój ulubiony rysownik)
16) „Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena” (znów horror z pająkiem, mam w stanie niemal idealnym, jakby wczoraj kupione w kiosku)
17) Oryginalne Żółwie Ninja (spod ręki Kevina Eastmana, z okładkami Glena Fabry - wtedy tylko my i włosi dostaliśmy te okładki).
Dodałbym jeszcze Ghost Ridera Howarda Mackie, ale bym oszukiwał, bo czytałem go już w zachodnim zbiorczaku.

Pace, Love, Rustecki.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Otchłań Zmartwychwstań.

 


Generalnie jestem zdania, że w komiksie nie ma odpowiednika czegoś takiego jak kino eksploatacji czy, jak to się popularnie mówi w naszym kraju, „kino klasy B”. Owszem, są tam jakieś podziały gatunkowe, ale najtańszą pulpą w komiksie zajmowali się wszak często mistrzowie, nie ma więc tu mowy o czymś drugiej jakości. Komiks zazwyczaj jest albo dobry, albo zły. Jednak zderzenie czytelnika z niżej opisywanym, kostiumowym horrorem, już u podstaw musi wywołać pewne skojarzenia z tanią rozrywką i kulturą niewysoką. 
 
W „Otchłani zmartwychwstań” (cóż za serowy tytuł) mamy dość toporne nawiązania do klasycznych już opowieści grozy, zarówno Lovecrafta jak i ogólnie konwencji mroźnego piekła z „Terrorem” na czele. Rozciągnięta na raptem sto stron fabuła jest prosta jak drut, ma stosunkowo szybko zarysowane postacie i raczej niezgrabnie klonuje różne motywy. Przez to nie dostajemy nic szczególnie wyszukanego czy oryginalnego. Jest tu też kilka kuriozalnych scen i osobliwy twist, który autorzy mogliby sobie darować. Inną sprawą jest to, jak się ten komiks czyta – przyznam, że pomijając te wpadki fabularne, wciąga się go bardzo miło. 
 
Rysunki generycznością dorównują fabule. To przy okazji jednak też komiks podkreślający to, co stwierdziłem w pierwszym akapicie. Mimo pewnego braku artystycznego sznytu – a do tego estetycznie kręcąc się wokół stylu zerowego, typowego realistycznego frankofońskiego czytadła, nawet jeśli rysownik jest z Chile to nie ucieknie od takich porównań – to bardzo dobra robota w swojej klasie. Oczywiście można powiedzieć „każda potwora znajdzie swego amatora” i nie przeczę, że jestem miłośnikiem fabuł opartych o konwencję mroźnego piekła, pewnie też dlatego trudno mi osądzić ten komiks – nomen omen – chłodno. Nic jednak nie poradzę, podobało mi się najzwyczajniej i nie żałuję ani chwili poświęconej temu albumowi. 
 
Już ponoć gdzieś tam ptaszki śpiewają, jak to ten album jest tragicznie słaby. Musiał stwierdzić to jednak ktoś z bardzo niską tolerancją na tanie horrory. Inna sprawa, że jako miłośnika kostiumowej grozy i mroźnych opowieści pewnie łatwo mnie kupić. Bierzecie więc na ten tekst pewną poprawkę i sięgajcie po „Otchłań zmartwychwstań” na własną odpowiedzialność. Z pewnością nie takie generyczne frankofony w przeszłości jednak wciągaliście. Największym problemem jest więc pewnie przesyt takiego materiału na rynku, ale z drugiej strony dobrze, że Egmont nie ogranicza się do amerykańskiego mainstreamu i serwuje nam również takie historie.

środa, 4 marca 2026

Krew Dziewicy - Sammy Harkham

 


„Krew dziewicy” figuruje w zapowiedziach Kultury Gniewu dopiero na przyszły rok. Miałem jednak szczęście i udostępniono mi ten komiks (jeden z najbardziej wyczekiwanych w historii oficyny) przedpremierowo, jeszcze przed Świętami. Jako nerd filmowy z wielką przyjemnością sięgnąłem po ten album, świetnie zrealizowaną widokówkę znad krawędzi wątpliwego sukcesu w Fabryce Snów i przy okazji jedną z najlepszych obyczajowych powieści graficznych, jakie ostatnio czytałem.

Zdradzę Wam tajemnice: o filmach zazwyczaj pisze mi się znacznie trudniej niż o komiksach. Komiksy robią dwaj/trzej goście siedzący na dupie (pewnie są wyjątki), czytasz ich dzieło i wszystko już wiesz. Jeśli natomiast chcesz puścić bardzo dobry tekst o kinie, uwzględniając okoliczności powstawania utworu i wyczerpując temat, musisz odwalić research. Takie pisanie to ciężka praca, w której – jeśli się będziesz opierdalał – wyjdzie twoja ignorancja. Szczególnie że o perypetiach niektórych autorów na planie, czy nawet w życiu osobistym, warto poczytać w kontekście ich twórczości. Dopiero wtedy nabiera ona rumieńców. Potężna ilość takich person kryje się w historii horroru i kina eksploatacji, u nas częściej zwanego (czasem błędnie, ale przyjęło się to określenie i nic na to nie poradzimy) kinem klasy B. Zaczynając od Eda Wooda, przez Mario Bavę, czy hardkorowców pokroju Cronenberga i Żuławskiego, na postaci zmarłego nie tak dawno Rogera Cormana kończąc.


„Krew dziewicy” jest opowieścią właśnie o fragmencie takiego żywota kogoś, kto mógłby być trybikiem w świcie Cormana, gdy ten święcił swoje sukcesy w kinach samochodowych. To fabularyzowana imaginacja o specyficznym środowisku, które z bliska wydaje się zasiedlone całkiem zwykłymi ludźmi rzuconymi przez los w pewne czasy i miejsce. Konkretnie mam na myśli okres świetności niskobudżetowych horrorów i ich masowej produkcji. Jako kinofil i nałogowy odbiorca komiksów, kocham filmy o robieniu filmów prawie tak samo mocno jak komiksy o komiksiarzach. Obrazy pokroju „Wybuchu” De Palmy czy tytuły takie jak „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza Ci sił”, to to, co tygryski lubią najbardziej. „Krew dziewicy” Sammyego Harkhama staje nawet bliżej ludzi romansujących z dziesiątą muzą, bo same dzieła zdają się autora nie do końca interesować. Zamiast tego wchodzi dosłownie do łóżek realizatorów, pokazuje słabostki, problemy rodzinne, porażki, wzniesienia i dręczące ich obawy. Tu trzeba zaznaczyć, że wbrew pozorom (jeśli o formę chodzi) to jest to mało filmowy komiks. To mocno eisnerowska kronika upadków. Ta formuła to zresztą wybór trafny, bo idealnie pasuje do przyglądania się ludziom i zjawiskom. W swojej kategorii Harkham ląduje dość wysoko na podium. Jego portrety, zarówno bohaterów jak i branży, wydają się bowiem bardzo realistyczne i odbiorcy łatwo wejść w zaproponowane przez autora realia. Dodatkowo kilkakrotnie sięga on do bardzo poetyckich rozwiązań. Przykładowo dość trafne wydaje się zestawienie przez niego holokaustu z obskurnym kinem grozy i sugestią dla czytelnika, by ten zastanowił się, czym naprawdę jest horror. Takie spojrzenie wpisuje się w filozofię gatunku.


Graficznie Harkham nie sięga gdzie nie potrzeba. Cały komiks narysowany jest cartoonową kreską mocno przypominającą estetykę gazetowych pasków. Nie potrzeba tu nic więcej, by uwiarygodnić swoje dorosłe „Fistaszki”. Uproszczenie rysunku nie oznacza jednak, że jest brzydko czy nieciekawie. Ilustracje pokazują też rogi w momentach, gdy milczący bohater tej opowieści – Miasto – zaczyna żyć na naszych oczach własnym życiem, czy we fragmentach przywołujących bardziej impresyjne układy kadrów.


Jeśli miałbym zestawiać „Krew dziewicy” ze znanymi mi tytułami, postawiłbym ją obok „Codziennej walki” Larceneta, „Niedoskonałości” Tomine i „Ciemności Smalandii” Bromandera. Trzech arcydzieł skupiających się na barwnych postaciach z silnie zarysowanymi charakterami, które – mimo bycia wytworem czyjejś wyobraźni – są tak bardzo żywymi osobistościami, że wierzymy w te kreacje do głębi i mamy wrażenie obcowania z prawdziwą biografią.



wtorek, 3 marca 2026

KOMIKS DLA WSZYSTKICH: Jakub Gryzowski rozmawia z Bartkiem Sutorem.

 


KOMIKS DLA WSZYSTKICH


Z Bartkiem Sutorem, scenarzystą komiksowym, spotkałem się 21 lutego na Kocurach, czyli na imprezie poświęconej polskiemu komiksowi niezależnemu, która odbyła się we wrocławskiej BarBarze.


Wpadłem tam po godzinie dwunastej. Natłok tytułów, twórców, mini wydawnictw i entuzjastów przekraczał moje wcześniejsze wyobrażenia. Z trudem przeciskałem się pomiędzy szpalerami stoisk. Ludzie cierpliwie wyczekiwali w wolno topniejących kolejkach po komiks i/lub rozmowę z jego autorem. Przestrzeń lokalu wydawała się za mała, aby nas wszystkich pomieścić. Szukając na naszą rozmowę spokojniejszego miejsca, poszliśmy z Bartkiem do pobliskiej kawiarni.


Jakub Gryzowski: Nie będę udawał, że się nie znamy, bo się znamy. Tyle że ostatnio widzieliśmy się 20 lat temu w Państwowym Pomaturalnym Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (SKIBA, szkoła już nie istnieje – przyp. red.). Czytałem wtedy komiksy, jeszcze czytałem, byłem przed tą przerwą, która jest tak charakterystyczna, może typowa. Krzysztof chyba ją kończył i wracał do komiksu. A jak było z Tobą, interesowałeś się komiksem?


Bartek Sutor: Cały czas. Lubię sobie żartować, że to była miłość nieodwzajemniona. Szukałem wtedy w komiksie rzeczy, których nie znajdowałem. Ale zawsze pozostawała pasja z dzieciństwa, z lat 90'. A kiedy weszła dorosłość, czas studiów i pojawiły się inne rzeczy - DVD, gry komputerowe - to nastąpiła rozłąka z komiksem. Nieoczekiwanie, wraz z pewnymi luzerami, pomyślałem aby na serio pójść w film – Hafciarka film.


JG: Tak się nazywała nasza grupa filmowa. Ale poważnie? Chciałeś stać się częścią przemysłu filmowego?


BS: Weź poprawkę na to, że miałem 20 parę lat. Ale zaliczyłem staż w TVP, interesował mnie montaż...


JG: Pamiętam, że twoje filmy były bardzo konceptualne, w stylu Zbigniewa Rybczyńskiego.


BS: Zabawa formą...


JG: Dzielenie ekranu na parę części. Trochę jak plansza w komiksie...


BS: Tak, powiedziałbym nawet, że ta mechanika, która mnie wtedy interesowała, przyświeca mi także teraz.


JG: Nie wszedłeś do branży filmowej, za to zaliczyłeś incydent z byciem wydawcą komiksów (wydawnictwo Sutoris – przy. red.). Czy właśnie wtedy wpadłeś na pomysł, żeby nie tylko wydawać cudze komiksy, ale i tworzyć własne? Pisać scenariusze?


BS: Nigdy nie sądziłem, że ktoś mógłby być zainteresowany moim tekstem. Ale zawsze miałem ochotę pracować przy komiksie, tak od kuchni. Składu druku nauczyłem się w wydawnictwie Mandragora, w którym pracowałem zaraz po studiach. Oczywiście jednocześnie cały czas rysowałem swoje komiksy, pisałem historie – wszystko do szuflady.


JG: Często się zdarza u filologów, że mają ambicje literackie. Ale co było dalej, Twoje wydawnictwo upadło...


BS: Działo się wiele różnych rzeczy, wyjechałem na parę lat za granicę. Kiedy wróciłem w 2018 roku byłem nabuzowany tym, co widziałem w Londynie, Chicago – sklepy komisowe, wydania zeszytowe. Wróciłem do starych komiksów, zacząłem je kolekcjonować. Sięgnąłem też po nową ofertę, która okazała się dla mnie fantastyczna. Wielu wydawców proponuje obecnie komiks rozrywkowy, ale niekoniecznie superhero, tylko rzeczy w rodzaju „Superntaural”; „Coś zabija dzieciaki” czy „The Walking Dead”. To mnie zawsze interesowało - gatunek, ale dla ciut dojrzalszego czytelnika. Więc kiedy pojawił się pomysł, żeby wydać coś swojego, chciałem nawiązać do takiej stylistyki.


JG: Ale jak złapałeś kontakt środowiskiem komiksowym?


BS: Paru ludzi pamiętało mnie jeszcze z czasów Sutoris. Na pewno pomogło mi też nawiązanie współpracy przy serii „Wydział 7”. Zaproponowałem chłopakom wsparcie pod względem technicznym - liternictwo i ujednolicenie szaty graficznej.


JG: Czyli droga do wydawania swoich rzeczy, prowadziła od tej raczej mniej wdzięcznej roli, za którą twórcy na ogół nie przypadają.


BS: Być może tak jest, ale mnie zawsze interesował ten aspekt komiksu - estetyka wydania. Pracuję nad tym z dużą satysfakcją. I po jakimś czasie stwierdziłem, że mogę sam opowiadać historie w tym medium. Zaczęło się od krótkich opowiadań publikowanych w magazynie „Akt”...


JG: A pierwsza dłuższa rzecz to „Konsjerż”?


BS: Tak. Do tej pory były to historie 4-6 stronicowe + dwie serie zeszytowe, składające się z rozdziałów po 20 stron. Dziś mamy premierę drugiego zeszytu „Mój kochany straszny potwór”, do tego jest seria, która będzie kontynuowana - „Ciemny odcień czerni”. To wszystko format amerykański, zeszytowy, natomiast „Konsjerż” ma już formę albumową.


JG: Wybrałeś sobie do tej historii rysowniczkę, Łucję Marczyńską, która nie miała doświadczenia komiksowego.


BS: Łucja jest niezwykle pozytywnie nastawiona do nowych wyzwań. To świetna graficzka, posiada wysoki etos pracy, więc fakt, że nigdy wcześniej nie zrobiła komiksu, nie stanowił dla niej żadnego problemu.


JG: Jej styl jest trochę retro, taki pop-art – gruba, ikoniczna kreska. Czy właśnie to Cię ujęło?


BS: Zależy mi na tym, aby komiks, który tworzę, był przejrzysty. Aby mógł przemówić nawet do kogoś, kto nie czyta komiksów na co dzień. Są artyści i czytelnicy, którzy cenią sobie eksperymenty graficzne...


JG: Ale Tobie zależy na przejrzystości...


BS: Tak, chodzi o komiks środka...


JG: Którego nie ma.


BS: Takie odnoszę wrażenie.


JG: Jest albo wielka sztuka, albo totalny chłam.


BS: Nie chcę tu wyjść na jakiegoś papieża komiksu i wydawać jakieś górnolotne sądy.

JG: Polscy komiksiarze to wrażliwy gatunek, warto więc ważyć słowa.


BS: Myślę że wielu naszych twórców oddało pola wszystkim tym tytułom, które są do nas sprowadzane zza granicy. Mamy na rynku masę batmanów, spider-manów. Więc oni kalkulują, że trzeba iść raczej w stronę takich rzeczy autorskich.


JG: Może to kwestie wymogów warsztatowych?


BS: Raczej dyscypliny. Chodzi o odzwierciedlenie tym samych wzorców, które sprawdzają się w komiksie mainstreamowym + nawet taka banalna rzecz jak terminowość, czyli przyzwyczajanie czytelnika do tego, że mamy regularne serie.


JG: U nas nie ma takiej struktury, pasa transmisyjnego dla konsumpcji tego typu komiksu.


BS: Wiem, u nas komiks robi się z pasji, komiks zawodowy raczkuje, niewielu twórców żyje z komiksu.


JG: Wróćmy do Konsjerża. Mnie ta historia kojarzyła się z przypowieściami z kultowej serii telewizyjnej pt. „Strefa mroku”. Jakie są Twoje inspiracje literackie, komiksowe?


BS: Bardziej siedzi mi w głowie kanadyjski serial z lat 90' pt. „Odyseja”. Pamiętam go z dzieciństwa. Obecnie bliżej mi do klimatów z „Czarnego lustra”. Zawsze ceniłem też twórczość Kieślowskiego.


JG: Kieślowski to nie gatunek.


BS: Nie, ale tworzył przypowieści moralne...


JG: Konsjerż to moralitet, no tak.


BS: Lubię też te wszystkie fajne rzeczy z lat 90': wczesny Nolan, Fincher...


JG: Ciekawe, że cały czas mówisz o filmie.


BS: Komiksowi bliżej do filmu niż do literatury.


JG: W wywiadzie, który oglądem z Tobą na YT, wspomniałeś, że cenisz sobie podział pracy.


BS: Jak najbardziej, każdy powinien robić to, w czym czuje się najlepiej. Zdarza się, że proponuję rysownikom pomoc w zakresie liternictwa, żeby nie zawracali już sobie tym głowy.


JG: Zdarzało Ci się pracować z różnymi rysownikami. Czy to bywa... problematyczne?


BS: Jeśli pojawiają się jakieś problemy, to wyłącznie natury kreatywnej. Niesamowicie cenię wszystkich tych twórców, z którymi współpracowałem. Każdy z nich miał trochę inną wizję komiksu, a ja starałem się do tego dopasować, żebyśmy razem osiągnęli jak najlepszy efekt. Nigdy nie mówię rzeczy typu – „Ta postać powinna być narysowana tak czy siak”. Akceptuję styl swojego rysownika.


JG: Ale dajesz propozycje plansz, układu kadrów, a w nich planów, perspektyw?


BS: Tak, oczywiście. W ten sposób decyduję o rytmie historii...


JG: To są właśnie te konotacje z kinem.


BS: Kino, fascynacja montażem filmowym. Uwielbiam montować i edytować. Jak wymyślam kolejne motywy scenariusza, to nie zaczynam od tekstu, tylko od wyobrażania sobie planszy – ile kadrów się na niej znajdzie, w jakim układzie, czy wystarczy mi jedna strona, czy scena przeciągnie się na dwie.


JG: Zmierzamy do finału naszej rozmowy. Bomba na koniec - jak oceniasz polskie środowisko komiksu niezależnego?


BS: Właściwie to nie odróżniam komiksu niezależnego od komiksu zależnego. Nasz rynek i tak jest oddolny, chyba że mówmy o rzeczach typu Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, gdzie są redaktorzy, ludzie na etacie itd. itd. Jednak większość polskich komiksów to inicjatywa oddolna, dotyczy to nawet uznanych twórców, którzy żyją z komiksu. Oni nie tworzą na zamówienie, po prostu dzielą się z czytelnikiem swoimi autorskimi pomysłami, bez jakichś tam ograniczeń ze strony wydawcy.


JG: Właśnie wyszliśmy z Kocurów. Można tam było kupić komiksy, ziny, ale przede wszystkim zanurzyć się w całej tej otoczce związanej z samodzielnym ich wydawaniem. Jakieś gadżety, artefakty. No i przede wszystkim możliwość spotkania z autorem. Lubisz to?


BS: Uwielbiam konwenty i kontakt z takim samym fanem komiksu jak ja, ale chciałbym żeby to, co mam do przekazania czytelnikowi, zawierało się w całości w opowiadanej przeze mnie historii. Dlatego sam nie określiłbym się jako „niezal”.


JG: To zawsze jest kwestia wyboru drogi. Myślisz w przyszłości o rozwijaniu się w ramach komiksowego undergroundu, czy może marzysz o tym, że w Polsce będziemy mieć sklepy komiksowe i warunki do konsumpcji komiksu środka?


BS: Zdecydowanie to drugie, tym bardziej że to pierwsze ma się świetnie.


JG: Tak jak piwo kraftowe.


BS: Tak jest. Ja za to celuję trochę w taki eskapizm – chcę opowiedzieć bajeczkę, w której jest się w stanie odnaleźć każdy, niekoniecznie tylko fan komiksu, ale też ktoś, kto chce zwyczajnie wejść w fabułę. Pewien rodzaj immersji, która towarzyszy niektórym serialom, książkom czy grom.


JG: Więc ani drogie albumy, ani underground.


BS: Komiks środka. Jak np. we Włoszech. Albo z innej beczki, popatrz, co zrobił Netflix w Polsce. Wielu rodzimych twórców mogło się wypowiedzieć dzięki tej platformie i być zrozumianym na całym świecie. Taki „Heweliusz”...


JG: Tak, świetne. Nie czuło się tam osławionej presji politycznej poprawności.


BS: No właśnie. Więc chodzi mi o coś tego typu. Taki komiks dla wszystkich.


JG: Dobre na tytuł.




Bartek Sutor - wczesny millenials, napływowy wrocławianin. Wydawał, redagował, tłumaczył (full-serwis!). Obecnie scenarzysta komiksów „Konsjerż”, „Ciemny odcień czerni”, „Mój kochany straszny potwór” i kilku shortów. Docenia dobre liternictwo. Kolekcjoner starych marveli.


Jakub Gryzowski – filmowiec amator. Współtwórca grupy filmowej Hafciarka. Redaktor Rękopisu znalezionego w Arkham oraz czasopisma Witkacy!