„Krew dziewicy” figuruje w zapowiedziach Kultury Gniewu dopiero na przyszły rok. Miałem jednak szczęście i udostępniono mi ten komiks (jeden z najbardziej wyczekiwanych w historii oficyny) przedpremierowo, jeszcze przed Świętami. Jako nerd filmowy z wielką przyjemnością sięgnąłem po ten album, świetnie zrealizowaną widokówkę znad krawędzi wątpliwego sukcesu w Fabryce Snów i przy okazji jedną z najlepszych obyczajowych powieści graficznych, jakie ostatnio czytałem.
Zdradzę Wam tajemnice: o filmach zazwyczaj pisze mi się znacznie trudniej niż o komiksach. Komiksy robią dwaj/trzej goście siedzący na dupie (pewnie są wyjątki), czytasz ich dzieło i wszystko już wiesz. Jeśli natomiast chcesz puścić bardzo dobry tekst o kinie, uwzględniając okoliczności powstawania utworu i wyczerpując temat, musisz odwalić research. Takie pisanie to ciężka praca, w której – jeśli się będziesz opierdalał – wyjdzie twoja ignorancja. Szczególnie że o perypetiach niektórych autorów na planie, czy nawet w życiu osobistym, warto poczytać w kontekście ich twórczości. Dopiero wtedy nabiera ona rumieńców. Potężna ilość takich person kryje się w historii horroru i kina eksploatacji, u nas częściej zwanego (czasem błędnie, ale przyjęło się to określenie i nic na to nie poradzimy) kinem klasy B. Zaczynając od Eda Wooda, przez Mario Bavę, czy hardkorowców pokroju Cronenberga i Żuławskiego, na postaci zmarłego nie tak dawno Rogera Cormana kończąc.
„Krew dziewicy” jest opowieścią właśnie o fragmencie takiego żywota kogoś, kto mógłby być trybikiem w świcie Cormana, gdy ten święcił swoje sukcesy w kinach samochodowych. To fabularyzowana imaginacja o specyficznym środowisku, które z bliska wydaje się zasiedlone całkiem zwykłymi ludźmi rzuconymi przez los w pewne czasy i miejsce. Konkretnie mam na myśli okres świetności niskobudżetowych horrorów i ich masowej produkcji. Jako kinofil i nałogowy odbiorca komiksów, kocham filmy o robieniu filmów prawie tak samo mocno jak komiksy o komiksiarzach. Obrazy pokroju „Wybuchu” De Palmy czy tytuły takie jak „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza Ci sił”, to to, co tygryski lubią najbardziej. „Krew dziewicy” Sammyego Harkhama staje nawet bliżej ludzi romansujących z dziesiątą muzą, bo same dzieła zdają się autora nie do końca interesować. Zamiast tego wchodzi dosłownie do łóżek realizatorów, pokazuje słabostki, problemy rodzinne, porażki, wzniesienia i dręczące ich obawy. Tu trzeba zaznaczyć, że wbrew pozorom (jeśli o formę chodzi) to jest to mało filmowy komiks. To mocno eisnerowska kronika upadków. Ta formuła to zresztą wybór trafny, bo idealnie pasuje do przyglądania się ludziom i zjawiskom. W swojej kategorii Harkham ląduje dość wysoko na podium. Jego portrety, zarówno bohaterów jak i branży, wydają się bowiem bardzo realistyczne i odbiorcy łatwo wejść w zaproponowane przez autora realia. Dodatkowo kilkakrotnie sięga on do bardzo poetyckich rozwiązań. Przykładowo dość trafne wydaje się zestawienie przez niego holokaustu z obskurnym kinem grozy i sugestią dla czytelnika, by ten zastanowił się, czym naprawdę jest horror. Takie spojrzenie wpisuje się w filozofię gatunku.
Graficznie Harkham nie sięga gdzie nie potrzeba. Cały komiks narysowany jest cartoonową kreską mocno przypominającą estetykę gazetowych pasków. Nie potrzeba tu nic więcej, by uwiarygodnić swoje dorosłe „Fistaszki”. Uproszczenie rysunku nie oznacza jednak, że jest brzydko czy nieciekawie. Ilustracje pokazują też rogi w momentach, gdy milczący bohater tej opowieści – Miasto – zaczyna żyć na naszych oczach własnym życiem, czy we fragmentach przywołujących bardziej impresyjne układy kadrów.
Jeśli miałbym zestawiać „Krew dziewicy” ze znanymi mi tytułami, postawiłbym ją obok „Codziennej walki” Larceneta, „Niedoskonałości” Tomine i „Ciemności Smalandii” Bromandera. Trzech arcydzieł skupiających się na barwnych postaciach z silnie zarysowanymi charakterami, które – mimo bycia wytworem czyjejś wyobraźni – są tak bardzo żywymi osobistościami, że wierzymy w te kreacje do głębi i mamy wrażenie obcowania z prawdziwą biografią.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz