Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komiks polski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 kwietnia 2021

Oszałamiające bajki urłałckie. Prosiak

 


Wychowałem się na Prosiaku. Nie ma w tym krzty przesady. Gdy byłem dzieckiem mój starszy barat jeździł rowerem do autora "Ósmej czary" do pobliskich Chmielowic (koło Opola) i zaopatrywał się u niego - nie tylko w opowieści rysunkowe - ale także punkowe ziny, naszywki i inne gadżety. Do niedawna miałem jeszcze koszulkę ze statuą wolności, która zamiast trzymać pochodnię, pokazuje fuck'a. Jednak to właśnie komiksy Krzysztofa Owedyka, które on sam niezależnie i chałupniczo wydawał, były dla mnie najważniejsze. Czasem szydercze, czasem mroczne, konsekwentnie poddawały zjadliwej krytycy liczne instytucje i zjawiska społeczne, jednocześnie ucząc do nich zdrowego dystansu. Ile z tego przedostało się do pięknie wydanych przez Kulturę Gniewu - w twardej oprawie i na kredowym papierze - "Bajek Urłałckich"?


 

Najnowsze wydawnictwo Prosiaka składa się z kilkudziesięciu najczęściej jednostronicowych historyjek. Album dzieli się na 3 części. W pierwszej mamy prace z 1994 roku, w drugiej z 2003, a w trzeciej świeże opowieści, które są nieco dłuższe. Wszystkie „Bajki Urłałckie” łączy wspólne uniwersum, czyli właśnie tytułowa Urłałcja. To przedziwne miejsce, świat na opak, w którym przeplatają się sytuacje oraz postacie znane z bajek, legend i folkloru. W tym misz-maszu motywów króluje poczucie nonsensu. Owedyk dekonstruuje powszechnie znane historie ludowe i łączy ze sobą bohaterów z odmiennych rzeczywistości, bawiąc się przy tym skojarzeniami oraz absurdalną grą słów. I tak - zamiast Janosika, mamy Jenosika, który ograbia bogatych grabiami (sic!), wygrabiając z nich pchły na strawę dla ciemnego ludu. Jest i Kapciuszek (oczywiście zamiast Kopciuszka), który po prostu capi okrutnie. Na szczęście książę Jędryk okazuje się fetyszystycznym amatorem śmierdzących stóp. W zbiorze natkniemy się także na historię wiejskiego parobka wiodącego - w swoim mniemaniu - niezwykle nudny żywot. Jednak, gdy odnajduje magiczny kwiat paproci, naraz włącza się we współczesny wyścig szczurów, co przewrotnie okazuje się spełnieniem jego marzeń o spotkaniu ludzi pełnych pasji i energii. W tym miejscu zaznacza się obecna w całej twórczości Prosiaka, złośliwa krytyka środowisk wielkich korporacji, a szczególnie - powszechnie w nich panującej - karykaturalnej nowomowy. 


 

Takich odniesień do współczesności nie ma jednak tak wiele, chociaż to właśnie one bawiły mnie najbardziej. Czytając album odczuwałem niedosyt tego, co w moim odczuciu jest największą zaletą komiksowych narracji autor „Będziesz smażyć się w piekle”. Chodzi mi, nie tylko o - przepojoną duchem buntu i oporu - kontestację współczesnego świata, ale także o zwyczajne trzymanie się ziemi. Proste obyczajowe obrazki wycięte ze zwykłego życia, świetnie współgrały z sytuacjami absurdalnymi i nierealistycznymi w takich komiksach jak „Blixa i Żorżeta” czy „Ratboy”. Oczywiście formuła zaproponowana w Bajkach Urłałckich wyklucza tego typu podejście. Podejrzewam że ich tworzenie musiało stanowić dla Prosiaka nie lada zabawę oraz spore wytchnienie pomiędzy dłuższymi historiami. Jednak tak intensywne spiętrzenie pomysłów mniej lub bardziej poronionych, może trochę męczyć. Nie każdy dowcip się tu udał, historyjki są nierówne. Miałem też wrażenie pewnej powtarzalności. W jednej z „bajek” mamy do czynienia z hordą kozaków, która okazuje się być armią żywych butów o tej właśnie nazwie. Zdaje się, że ten sam dowcip pojawił się w parodii „Ogniem i mieczem” Michała Śledzińskiego. No cóż, pewnie zwykły zbieg okoliczności. Na marginesie muszę przyznać, że obu autorów łączy podobne - czerpiące z zabawnych kalamburów słownych - poczucie humoru oraz umowność zaproponowanych rysunków.

Jeśli chodzi o styl rysowania, Prosiak udowodnił, że odnajduje się w różnych estetykach. „Ósma czara” ma realistyczne grafiki, zaś w magazynie „Prosiacek” mamy do czynienia z całą gamą rożnych stylów i technik. „Bajki Urłałckie” posiłkują się karykaturalną, wręcz prymitywną kreską z intencjonalnym rozchwianiem i nieporadnościami. Z racji że album obejmuje prace z 25 lat, rysunki zmieniają się, podobnie jak ich rozmieszczanie na planszy. W najstarszych historiach narracja jest silnie skondensowana, aby móc zmieścić się na jednej stronie. Mamy także spore przeładowanie tekstami w dymkach (co być może wynika to zinowych nawyków). Najnowsze „bajki” prezentują się dużo lepiej. Styl jest bardziej pewny i unormowany, a opowieści szczodrzej rozbite na większą ilość plansz, przez co uzyskują sporo oddechu. 


 

Odradzałbym zaczynać swoją przygodę z Prosiakiem od tego albumu. Można wyrobić sobie fałszywą opinię o autorze, który w wg mnie jest twórcą już legendarnym. W latach 90' – obok Jacka Podsiadły prowadzącego słynną audycję radiową „Studnia” - był niezrównywanym komentatorem ówczesnych przemian, kimś kto – w rzeczywistości do cna przekłamanej – w końcu mówi prawdę. Bardzo rzadki to głos. Myślę że obecnie potrzebujemy go jeszcze bardziej, mimo iż oczekiwania rynku - masowego czytelnika - były i są inne. Fani twórczości Krzysztofa Owedyka zapewne na „Bajki Urłałckie” się skuszą. Dostajemy w końcu kawał świetnie wydanego komiksu, który zwyczajnie bawi. Jest też parę niewybrednych żartów z księży. Tak więc nie najgorsza to rozrywka. Tylko tyle i aż tyle.

Autor: Jakub Gryzowski

 

czwartek, 11 marca 2021

Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012. Janek Koza

 


20 lat temu rysunki Jana Kozy wydawały mi się odrażające, brudne i złe. Gdy widziałem je w którymś czasopism, nie mogłem wyjść ze zdumienia, że te bazgroły mogą się komuś podobać. Może ewentualnie jakimś wysnobowanym bubkom. Wówczas taki wybór estetyki wydawał mi się drogą na skróty, brakiem rzeczywistych zdolności i warsztatu (chociaż na kolejny odcinek anonimowego Szczepana i Irenki czekałem z niecierpliwością, tak jak zresztą na wszystko w odkodowanym Cannal +). Dziś... no cóż, być może stałem się wysnobowanym bubkiem, ponieważ zbiór prac mgr Jana Kozy pt. „Polaków uczestnictwo w kulturze, raport z badań 1996-2012” połknąłem naraz i z niemałą satysfakcją. 

 



Chyba trudno przeżyć życie i nie rozpoznać kreski Kozy. Ludzie nieinteresujący się sztuką, którzy nie czytają komiksów, ani Polityki, mimo to z pewnością nie raz widzieli któryś z jego satyrycznych rysunków udostępniony na Facebooku. Absolwent Wrocławskiego ASP jest bowiem doskonałym komentatorem rzeczywistości. Co ciekawe, niejednokrotnie jakiś jego stary pomysł, doskonale ilustruje np. aktualne zdarzenie polityczne. W tym zawiera się uniwersalizm tego doskonałego obserwatora stanu psychicznego polaków. Dzięki wydawnictwu Centrala dostajemy drugie już wydanie najnowszego zbioru prac mgr Jana Kozy. 

 Na „Polaków uczestnictwo w kulturze” składają się rysunki, krótsze lub dłuższe formy komiksowe (do paru stron) oraz prace okazjonalne (np. okładka pierwszej płyty „The Kurws”). Koza nie oszczędza nikogo, jednocześnie jego ironia nie jest szkalująca. Pod szyderczą powierzchnią pokracznych, niejednokrotnie obleśnych rysunków, kryje się wewnętrzne rozdarcie bohaterów - głęboki tragizm a zarazem śmieszność ich istnienia. Są to historie o ludziach zwyczajnych, przedstawicielach tzw. marginesu, lub z tzw. szczytów. Akcja rozgrywa się na ulicy, w mieszkaniu, na siłowni albo w biurze korporacji. Zdaniem autora posłowia, Koza skupia się na paradoksach i przemianach obyczajowych okresu transformacji. Skoro tak, to trzeba zaznaczyć, że owa transformacja wciąż trwa, a problemy z nią związane są niemal takie same jak kiedyś. Wiecznie żywe okazują się być „nieśmieszne żarty” na temat powszechnej biedy intelektualnej i duchowej naszych krajan. Tzw. „zachłyśnięcie się zachodem” mimo iż nienowe, wciąż trwa nieznacznie zmieniając swoje oblicze. Oczywiście można już odczuwać pewne znużenie krytyką bezmyślnego konsumpcjonizmu, języka mass mediów czy nieludzkiej polityki korporacji. Jednak Koza mimo żartobliwego używania przed swoim nazwiskiem tytułu mgr, wcale nie zmierza do rozumowego wypracowania jakiejś politycznej czy socjologicznej konkluzji, ani tym bardziej do wypisania recepty. Jego obserwacje są czyste, czasami może ciut wyolbrzymione, lub widziane w krzywym zwierciadle. 

Osobne miejsce w albumie znajdują nieco dłuższe prace komiksowe opowiadające o samotności i skrywanym, wręcz niewyrażalnym pożądaniu. Charakterystyczny jest fragment zaczerpnięty z Lubiewa. Powieść Witkowskiego Koza chciał niegdyś zilustrować w całości. Szkoda że do tego nie doszło, gdyż ci dwaj autorzy, wyrażający się w odmiennych gatunkach sztuki, nadają na tej samej fali. Tragedia miesza się u nich z komedią oraz - jak u Geneta - poczucie sacrum z obscenicznością. Jednak autora Erotycznych zwierzeń wyróżnia jego naturalna umiejętność skrótu. Artysta niemal za każdym razem „trafia w punkt” i nadal pozostaje prawdziwy, co wydaje się być jego wrodzoną umiejętnością.

Charakter rysunków Kozy już chyba tak nie zadziwia, ani nie szokuje jak kiedyś. Na uwagę zasługuje dobre wyczucie kadrowania i umiejętność opowiadania historii za pomocą większej ilości obrazów. W całym tym bezładzie i pozorowanym chaosie, czuć demiurgiczną kontrolę autora, który chce aby jego narracja była czytelna i zrozumiała. To udowadnia, że Koza medium komiksowe ma opanowane i z chęcią przeczytałbym album jego autorstwa, który opowiada jedną, długą, spójną historię. 

 


 Obecnie wielu rysowników na naszej niwie – niekoniecznie w undergroundzie - posługuje się estetyką brzydoty, w której nie liczą się precyzja ani proporcje. To oczywiste, że to właśnie dzięki takiemu wyborowi stylu, artysta może wyrazić swoje postrzegania świata w pełni. Gdyby nie ta chybotliwa kreska, wiele żartów nie wybrzmiałoby tak jak powinno, lub wyczulibyśmy fałszywy ton. Rysunki Kozy budują konieczny dystans bez którego rzeczywistość, z którą próbuje nas zetknąć, stałaby się niestrawna.


Wydanie „Polaków uczestnictwo w kulturze” zawiera także rozmowę z autorem, sporą notę biograficzną oraz posłowie. Chyba zbyt często w tych tekstach podkreśla się naukowo-socjologiczny charakter satyrycznych obserwacji Kozy. Chociaż oczywiście czyni się to na poły ironicznie. Prace Kozy oddziałują bezpośrednio, dodatkowy komentarz może im jedynie zaszkodzić. Można też postawić zarzut, że ów zbiór, to typowe mydło-powidło, które w sposób nieco naciągany, próbowano podzielić tematycznie, stylizując książkę na teczkę akt procesowych. Poza tym prace Kozy są nierówne, pochodzą z wielu osobnych publikacji, a ich przeznaczenie było różne. Nie wszystkie, w moim przekonaniu, powinny stać się częścią tego zboru. Jednak, dla miłośników autora, ten album to pozycja obowiązkowa. Ci zaś, którzy nie lubią Kozy i uważają, że nurza się on w ohydzie i szpetocie, to... no cóż, zapraszam do lektury za 20 lat. 

 

Autor: Jakub Gryzowski

 

niedziela, 31 stycznia 2021

Terra Incognita. Łukasz Ryłko

 

 


Łukasz Ryłko to doświadczony ilustrator książek Science fiction i nie tylko. Jak podaje Wikipedia, komiksem zajmuje się z zamiłowania. „Śmiercionośni” - wydani w 2007 roku przez Kulturę Gniewu – to jego najważniejsza praca komiksowa. Jednak opus magnum nadchodzi dopiero teraz, razem z premierą ponad trzystu stronicowej opowieści pt. „Terra incognita”, która zabiera nas w psychodeliczną podróż w kosmos. Ostrzegam, że po drodze można dostać zawrotów głowy i – niestety – nazbyt szybko zapragnąć jak najszybszego powrotu na ziemię.


Historia zaczyna się od krótkiego epizodu. Człowiek w pośpiechu ubiera buty i wybiega z domu. Na mokrej klatce schodowej wpada w poślizg, upada i traci przytomność. Budzi się jako robot - „Jedynka” na obcej planecie, co w pełni uświadamia sobie dopiero po jakimś czasie. Nasz bohater rozpoczyna tułaczkę po pustynnej „Terra Incognita”, na której spotyka rozliczne ślady innych cywilizacji, surrealnych – niemal baśniowych - ruin, wraków skatów kosmicznej ekspaty itp. Do tej pory narracja komiksu rozwija się dosyć wolno. Potem ilość nonsensownych zdarzeń rośnie w kosmicznym tempie. Pojawia się magiczna substancja – „szalej”, zaklęcia „hokus-pokus”, tajemnicze „lelki”, nie-miejsce zwane „Olimp”, fantazyjne roboty, stwory, astronauci i zdarzenia rozgrywające się jakby poza czasem i przestrzenią, w sferze onirycznej, choć tak naprawdę nie wiadomo, co u Ryłki jest jawą, a co snem. 


 

Wydaje się, że wyobraźnia artysty nie zna granic. Ten, w sposób wyraźny sam ich sobie nie stawia, dając się ponieść licznym - nie zawsze się domykającym - wątkom swej historii. W „Terra Incognita” znajdziemy parę ironicznych przytyków do konsumpcyjnej ery Facebooka oraz mniej lub bardziej jasnych aluzji do owoców naszej kultury, które u Ryłki funkcjonują w zupełnym oderwaniu, w stanie zaledwie zalążkowym (np. portret Cybulskiego w charakterystycznym kostium z Rękopisu... wystaje sobie spoza pustynnych fałd piasku). Dla spragnionych typowej „strzelanki” SF, też coś się znajdzie. Są lasery i walki robrów - spokojnie.

Jest więc wszystko. Problem jednak polega na tym, że jako czytelnik, po kilkudziesięciu stronach tego graficznego eksperymentu, straciłem dlań zainteresowanie. To problem narracji, w której może zdarzyć się po prostu wszystko, a zarazem wszystko jest umowne. Świat umowny i lewitujący, brak ośrodka ciężkości oraz jakichkolwiek proporcji - gubią dramaturgię. Przestałem ją więc śledzić, starając się rozkoszować poszczególnymi elementami tej postmodernistycznej układanki. Jednak i w tym wypadku spotkał mnie zwód. Powód jest prosty – Łukasz Ryłko to nie Has ani Lem, których nazwiska nieroztropnie przytoczono na czwartej stronie okładki. Nie jest to autor posiadający odpowiedni zasób artystycznej erudycji i wrażliwości, żeby poprowadzić taką historię w sposób szalony i fantazyjny, a jednocześnie zajmujący i głęboki. Więcej tu „Jumanji” niż Schulza, więcej nonsensownego humoru à la Terry Gilliam niż intelektualnej satyry Dzienników gwiazdowych. Mimo szczytnych aspiracji, w komiksie nie widać jak pęcznieje „Dramat czasu i wyobraźni” (tytuł książki M. Marona o W.J. Hasie). Trudno mi się też dopatrzeć w tym dziele jakiejś głębszej refleksji na temat istoty człowieczeństwa oraz tego, czy – jak widnieje w oficjalnym opisie - „Robot to człowiek zamknięty w maszynie?”. 


 

Rysunki Ryłki to sprawna rzemieślnicza robota. W porównaniu z jego wcześniejszymi pracami, tutaj kreska jest luźniejsza, szybsza, przez co też nieco mniej precyzyjna. Odbija się w niej - nie tak znowu dalekie - echo polskiego undergroundu komiksowego. To oczywiste, że autor wiele czasu poświecił nad tą praca i nie szedł na skróty - często nawet proste czynności bohaterów, rozbite są na wiele osobnych kadrów. Jest tu parę ciekawych pomysłów dotyczących układu i zestawienia poszczególnych rysunków na planszy, a co kilkanaście stron natykamy się na zajmujący całą kartkę abstrakcyjny obraz („bohomazy” utrzymane w podobnej konwencji), który wyraża upływ czasu, amnezję „Jedynki” lub przejście do innego świata. Styl Ryłki ulega mutacji, miejscami wydaje się być bardziej drobiazgowy, gdzie indziej po prostu inny, gdy np. autor chce wydzielić z całej opowieści jakiś odrębny epizod. Podsumowując, stron graficzna komiksu to rzetelna robota, która jednak nie powala nas swoim rozmachem i nieuczciwe byłoby ją zestawiać z dokonaniami takich artystów jak np. Moebius.


 

„Terra Incognita” okazała się dla mnie jałowa. Humor, który mógł wszystko uratować, uznałem za infantylny. Ogólnie sama historia jest mało „wkręcającą”. Niewykluczone jednak, że to co nie przekonało mnie, innych ujmie swoim iście bajecznym splendorem. Być może komiks ten należy konsumować po spożyciu sporej dawki jakiś substancji („lelków”; „szaleju”; lub czegoś w tym guście). Ja wypadłem z tej karuzeli zanim ta zaczęła się na dobre kręcić. Może Wam łatwiej przyjdzie, jeśli nie zrozumieć, to przynajmniej zwyczajnie zachwycić się rupieciarnią pomysłów i narracyjnym skokiem w kosmos Łukasza Ryłki. 

 

Autor: Jakub Gryzowski

wtorek, 29 grudnia 2020

Dymki z TinTina, jak dymek z komina. Baranowski

 


W tym roku do sprzedaży trafił niezwykle uroczy prezent od Kultury Gniewu i Mirosława Korkusa prowadzącego stronę Nerwosolek.pl. Rzeczony podarunek został sprawiony koneserom twórczości Tadeusza Baranowskiego. To nic innego jak zbiór krótkich historii, które jeszcze w poprzednim wieku mistrz publikował na łamach słynnego frankofońskiego pisma komiksowego „Tintin”. Zawiera on sporo rzeczy nigdy niepublikowanych w naszym kraju, albo takich bardzo trudno dostępnych. Ja część z nich pamiętam jak przez mgłę z gazuni „Super Boom”, ale, jako że moje egzemplarze zaginęły gdzieś w akcji, z lubością przytuliłem niniejszy album.  


Odpowiedzialny za wstęp i zebranie materiałów jest wspomniany Mirosław Korkus. To kolekcjoner i propagator twórczości Tadeusza Baranowskiego. Przez lata zgromadził w swoich zbiorach między innym wszystkie „Tintiny”, w których publikował Mistrz. Zaowocowało to pomysłem na antologię rzeczy stworzonych dla tego zagranicznego pisma. Moim zdaniem idea rozbiła bank i dostaliśmy bardzo udany album z prawdziwymi rarytasami. Coś na kształt modnych w przemyśle muzycznym składanek typu B-Sides & Rarities. 

 



Stałych czytelników Pana Tadeusza zawartość nie zaskoczy. Jest tu spora ilość humorystycznych historyjek z Nerwosolkiem i Entymologią Motylkowską z czasów, gdy wygląd Profesora jeszcze cały czas ewoluował. Jest trochę o wampirach Szlurpie i Blurpie. Moją ulubioną i najcenniejszą częścią tego albumu są jednak niepublikowane u nas nigdy plansze z komiksowej antologii poświęconej Jacquesowi Brellowi. Widziałem je kilka razy na profilu autora, ale nigdy nie sądziłem, że wejdę w ich posiadanie w większym formacie. Udało się i jestem z tego faktu bardzo zadowolony. Warto dodać, że prócz rzeczy tu zebranych, na łamach francuskiej gazuni opublikowana została w odcinkach „Historia wyssana z sopla lodu” stworzona do scenariusza Jeana Dufauxa. To w warstwie graficznej bardziej realistyczna robota, ukazująca inne oblicze stylu Baranowskiego. Na szczęście jej publikację (o ile dobrze pamiętam) planuje niedługo Ongrys. 


 


„Dymki z Tintina jak dymek z komina” to rzecz znakomita, ale zdecydowanie dla zaawansowanego czytelnika Baranowskiego, więc nie polecałbym jej na początek przygody z jego twórczością (zaczynajcie od „Skąd się bierze woda sodowa”!). Niemniej bardzo dobrze, że ta rzecz się ukazała, bo dopełnia ona wiedzę o historii Polskich twórców na obczyźnie. To dla mnie cenne, tym bardziej że Baranowski pozostaje w moim prywatnym rankingu największym Mistrzem krajowych opowieści obrazkowych. Moim zdaniem światowy komiks zdecydowanie dużo stracił przez to, że nie udało mu się zrobić zagranicznej kariery. 



wtorek, 28 listopada 2017

Malutki Lisek i Wielki Dzik. Tom 3. Świt

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMS



Drugi raz przychodzi mi się zetknąć z komiksem stworzonym przez Bernikę Kołomycką. Za pierwszym razem pisałem o albumie narysowanym do scenariusza Marzeny Sowy „Tej nocy dzika paprotka”. Zachwycił mnie wtedy styl Kołomyckiej, i jej pracę doceniłem zdecydowanie bardziej niż tekst Sowy. Tym razem obcowałem z jej w pełni autorskim dokonaniem, albumem z serii „Malutki Lisek i Wielki Dzik”.

Komiks podzielony jest na cztery rozdziały: dzień, zmierzch, noc i świt. Książeczka opowiada o tym, jak nasi bohaterowie podczas wędrówki spotkali na swojej drodze małą, jeszcze nieprzeobrażoną Jętkę. To specyficzny owad spotykany na terenach wodnych. W postaci larwy funkcjonuje nawet kilka lat, ale po wykluciu żyje bardzo krótko, czasem nawet tylko jeden dzień. Lisek i Dzik spotykają Jętkę w przeddzień przeobrażenia, potem owad odlatuje, gdy wraca - umiera. Dzięki metaforze życia tego owada Kołomycka bardzo umiejętnie porusza temat przemijania i śmierci. Bohaterom jest bardzo smutno, gdy Jętka umiera, bo bardzo ją polubili, ale ostatecznie zdają sobie sprawę z tego, że taka jest kolej rzeczy. Dostajemy więc książeczkę prezentującą dość nostalgiczną, mądrą i pouczającą opowieść, którą można polecić nawet małym dzieciom, bowiem Kołomycka nie szarżuje i dba o to, by jej historia była prosta i uniwersalna.



Przygody Liska i Dzika ujęte są w stonowanych, zgaszonych barwach i widać, że włożono w te obrazki wiele serca. W warstwie plastycznej odnajdujemy urzekający malarski styl, a Kołomycka nie skłania się ku realizmowi ani szkole cartoonowej – grafiki te najbardziej przypominają mi rysunki ze starych bajek. Na uwagę zasługują szczególnie mroczniejsze sceny, w których zobrazowano smutek i lęk bohaterów. Posługując się akwarelami autorka znakomicie oddaje atmosferę dzikiej przyrody i zmieniające się pory dnia. Są to jednak dość proste malunki, więc zapewne łatwo dzieciom będzie się utożsamić z takim stylem.


„Malutki Lisek i Wielki Dzik” to już trzeci tom przygód tytułowych bohaterów. Poprzednie części niestety mnie ominęły, nad czym bardzo ubolewam, bo zdecydowanie urzeka mnie to, co Kołomycka serwuje w swoich komiksach. Przygody tytułowych zwierzątek są urocze, nacechowane wielką wrażliwością i uważam, że bardzo dobrze się stało, iż Kołomycka pracuje solo. Mam wrażenie, że sama najlepiej wie, jakie historie chce opowiadać, a narzucanie jej czegoś z góry może ją tylko ograniczać artystycznie.

czwartek, 23 listopada 2017

Lux in tenebris - 2 - Wilcza gontyna




IX wiek. Bohaterowie serii Rycerz Wojmir i mnich Jakusz, podążają z grupą zbrojnych w okolice Grodów Czerwieńskich. Mają się tam spotkać z orszakiem księżniczki Dobroniegi, która ma zostać wydana za księcia Kazimierza. Plany zostają pokrzyżowane przez grupę pogan, którzy atakują odział eskortujący białogłowę. Odpowiedzialni za atak, zezwierzęceni, groteskowi ludzie z plemienia Wilkunów mają co do niej pewne plany, więc porywają księżniczkę. Ich śladem ruszają nasi protagoniści. 

„Romowe”, pierwszy tom serii „Lux in Tenebris” nie zrobił na mnie dobrego wrażenia. Nie zachwycał ani pretekstowy, miejscami irytujący (źli poganie, szlachetni i dobrzy chrześcijanie) scenariusz Sławomira Zajączkowskiego, ani rysunki Huberta Czajkowskiego. Między innymi dlatego „Wilcza gontyna”, druga odsłona tej serii, przeleżała na mojej półce dobre dwa lata nim po nią sięgnąłem. Niedawno ukazał się trzeci tom tej historii, przypomniałem sobie więc o tej zaległości i postanowiłem ją nadrobić. 



Stwierdzenie, że jakaś seria „ z czasem się rozkręca” nie jest najfortunniejsze ani dla twórców, ani dla recenzenta. Niemniej w przypadku „Lux in Tenebris” trzeba przyznać, że drugi tom jest napisany znacznie lepiej niż pierwszy. Zajączkowski, autor znany głównie z historycznych komiksów wydawanych przez IPN, nigdy nie stał w grupie twórców którymi jestem zainteresowany, ale tym tomem zyskał moją uwagę. Przede wszystkim, pisząc „Wilczą gontynę” uniknął przykrej sztampy i infantylizmu, który cechował pierwszą odsłonę tej serii. Rozkręcił się, wczuł w realia i stworzył opowieść do głębi emocjonującą, mroczną i pełną dramatyzmu. Co prawda podział na dobrych chrześcijan i złych pogan jest dalej widoczny, ale plemię krwiożerczych Wilkunów zostało wykreowane bardzo przekonująco i faktycznie budzi grozę u czytelnika.

Przyznam się jednak, że po „Lux in Tenebris” nie sięgałem ze względu na scenariusz. Rysownik Hubert Czajkowski jest dla mnie bardzo ważną postacią. To legendarny grafik znany mi z magazynu o grach RPG „Magia I Miecz”, który kształtował moją wrażliwość na sztuki wizualne gdy byłem dzieckiem. Od tego czasu minęły pewnikiem z dwie dekady. Styl Czajkowskiego ewoluował, zmienił się, zdaje się, że powodem jest fakt iż zaczął korzystać przy pracy z komputera. Zmiana warsztatu wymusiła rysowanie grubszą kreską, co zdecydowanie szkodzi i odejmuje uroku jego rysunkom. Mimo iż jego grafiki już mnie tak mocno nie urzekają, to przyznam, że dalej czuję do jego prac sentyment. Tym bardziej smuciło mnie, że w pierwszym tomie nie do końca radził sobie jeszcze z komiksową narracją. Trzeba jednak pamiętać, że Czajkowski za komiks na poważnie wziął się bardzo późno, bo pierwszy tom „Lux in Tenebris” był jego albumowym debiutem– ilustrowanie książek i artykułów to wszak inna para kaloszy, a przez lata tym się głównie zajmował. Czytając „Wilczą gontynę” odczułem, że rysownik dokonał sporego progresu i coraz lepiej zaczął rozumieć język komiksu. Co więcej, turpistyczne, ekspresyjne rysunki świetnie zgrały się ze scenariuszem Zajączkowskiego, opisującym brudne, mroczne średniowiecze. 



„Lux in Tenebris” nie jest wybitną serią, ale drugi tom udowadnia, że ma potencjał by stanąć w szranki z frankofońskimi czytadłami tego typu. Odbiorcom pozostaje jedynie trzymać kciuki i liczyć na tendencję zwyżkową w kondycji obu twórców. Oby tylko wiatr dostatecznie mocno wiał w ich żagle.

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

W obcej skórze




Komiks „W obcej skórze” to najciekawszy polski debiut jaki czytałem w ubiegłym roku. Zaskoczę pewnie wielu z tych, którzy mieli okazję zetknąć się z dziełem Anny Andruchowicz: to album, który ja osobiście postrzegam w kategoriach horroru. Już widzę miny malkontentów nie szanujących tego gatunku, więc od razu tłumaczę - gdyby „W obcej skórze” było komiksem o ludziach, zapewne postrzegalibyśmy go jako horror cielesny.

Komiks Anny Andruchowicz  ma sporo wspólnego z wybitnym „Przybyszem” Shaun Tana.  "W obcej skórze" również jest całkowicie nieme i narysowane do bólu realistyczną kreską. Zbierzna jest też treść, bo Andruchowicz podejmuje ulubiony temat Australijczyka: odmiennośc. Shaun Tan najczęściej robi to za pomocą bardzo subtelnych metafor, z precyzją uderzając w czułe struny duszy czytelnika. Natomiast Polka nie miała zamiaru (bądź nie potrafiła, bo to niezwykle rzadki talent) budzić uczucia metafizycznego wyobcowania. Postawiła na dosłowność i zagrała na emocjach czytelników za pomocą niepokojącej cielesności jednego z bohaterów.




Podczas samotnego polowania pewien wilk napotyka przedziwne psowate zwierzę o zdeformowanym, kolczastym pysku. Początkowo wpada w panikę, ponieważ stworzenie wydaje się potężnym, groźnym drapieżnikiem. Po chwili okazuje się jednak, że dziwaczny krewniak ma wobec niego pokojowe nastawienie. Na pewien czas zostają zgranymi kompanami. Na kolejnych stronach zwierzę-potwór zyskuje szacunek zarówno swojego towarzysza jak i czytelnika komiksu. Mimo iż bez wątpienia jest dziki i groźny, to jest też monumentalny, czuły i piękny. Obraz ten załamuje się, gdy nagle pojawia się wataha nie akceptująca dziwacznego stworzenia. Nie dostrzega w nim piękna. Widzi tylko odmieńca, którego należy się pozbyć.

 „W obcej skórze” to oczywiście historia metaforyczna, bo rozgrywa się w królestwie zwierząt, ale przy tym jest bardzo dosadnie i wyraźnie wyartykułowana. Wilk to zwierzę stadne, przykładające dużą wagę do hierarchii i zachowań społecznych i jasne jest, że to opowieść o odrzuceniu, niezrozumieniu i nietolerancji dla inności, o zachowaniach, które występują na tych samych zasadach zarówno w królestwie zwierząt, jak i w świecie ludzi.  Chciałbym opowiedzieć wam tę historię do końca, ale żeby zachować resztki pozorów tego, że piszę recenzję, ugryzę się w język i nie będę zdradzał finału. Zasygnalizuję tylko, że prócz tego, iż jest to historia o nietolerancji, to mówi też o samotności z wyboru, podyktowanej strachem przed własną odmiennością, która może doprowadzić do skrzywdzenia zarówno siebie samego, jak i osób, które chcą się do nas zbliżyć.



Dla mnie najciekawsze wydaje się to, że jest to historia o udręczonym monstrum, która w ramach horroru opowiadana była już setki razy: od klasycznego „Frankensteina” ze stajni Universalu, przez „Carrie” i „Człowieka słonia” (tak, to też jest horror!), po zeszłoroczne „Under the Skin”. To, że dzieje się w królestwie zwierząt pozornie ujmuje temu komiksowi gatunkowości, bo gdy przychodzi do umiejscowienia go w jakiejś szufladzie, można szukać w nim współczesnej folkowej ballady lub rozważać zakwalifikowanie go do baśni. Nie oznacza to jednak, że nie odnajdziemy tu horroru, bo ten zazwyczaj  nie ma problemu by się z nimi łączyć. Co więcej, ma z nią sporo wspólnego, jako że wiele monstrów wywodzi się właśnie z podań ludowych. Nie trzeba być geniuszem, by domniemywać, że wilkołaki, wiedźmy i wampiry w wiejskich gawędach często symbolizowały odmieńców, dziwaków, chorych psychicznie lub fizycznie - ludzi zepchniętych na margines. Moim zdaniem horrory są dziś znacznie bliższe baśni niż często zestawiane z nią quasi-tolkienowskie fantasy. A może są czymś na kształt antybaśni? Wszak w horrorach sytuacja się odwraca, gdyż (te najlepsze!) tworzone są właśnie przez odmieńców, ludzi skazanych na wyobcowanie – idealnym przykładem niech będzie bezkompromisowe „Jeszcze nie skończyłem” Thomasa Ligottiego, które jawnie nawiązuje do pewnej popularnej opowiastki dla dzieci (all pigs must die!).



We wspomnianym wcześniej „Człowieku słoniu” Lyncha, jest scena w której zaszczuty tytułowy bohater (brawurowo zagrany przez Johna Hurta) wił się w panice i krzyczał słowa, na których wspomnienie włosy na całym ciele stają mi dęba. Mam wrażenie, że film ten jest bardzo osobistym dziełem (podobnie jest z Frankensteinem z Universalu, ale o tym napiszę innym razem) i powstał między innymi po to, by naczelny neurotyk kina lat dziewięćdziesiątych ustami Hurta mógł wywrzeszczeć: „ I am not an animal! I am a human being!”. Komiks Andruchowicz, mimo iż opowiada o zwierzętach, krzyczy te same słowa. Wie jednak, że padają w pustkę. Społeczeństwo nie zmieni zdania i zawsze będzie starało się wykluczyć kogoś, kto nie wpisuje się w aktualne normy.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

ZAPASY Z KOWALCZUKIEM (VRECKLESS VRESTLERS)




W ostatnich latach Łukasz Kowalczuk stał się bardzo aktywnym twórcą na polskiej scenie komiksowej. Najpierw zabłysnął zinem „Nienawidzę ludzi” wypełniającym lukę w kategorii obrazkowych opowieści o punkowo-undergroundowym rodowodzie. Później stworzył szereg komiksów internetowych, prowadził także nieistniejący już serwis szlam.net. Miniony rok przyniósł natomiast książkę „TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat 90. w Polsce”.

Graficzną działalność Łukasza Kowalczuka cechuje nostalgia za czasami, w których dorastali dzisiejsi trzydziestolatkowie – okresem, gdy tekstów kultury adresowanych do młodego odbiorcy nie dotknęła jeszcze ręka poprawności politycznej, a bohaterami filmów animowanych były zmutowane żółwie ninja, zmotoryzowane myszy z Marsa, koty-samuraje i Bóg jeden wie co jeszcze. Jest to tęsknota za figurkami, które kolekcjonowaliśmy w dzieciństwie, spektakularnymi galami amerykańskich zapasów (docierającymi do nas zza wielkiej wody dzięki telewizji satelitarnej), nocami spędzonymi przy nieśmiertelnym Pegasusie oraz godzinami ślęczenia przy automatach we wszechobecnych wówczas salonach gier. Nowe dziecko Kowalczuka w naturalny sposób stało się wypadkową wszystkich tych elementów.



Konstrukcja scenariusza „Vreckless Vrestlers” przywołuje wspomnienie pretekstowych fabuł, którymi okraszano popularne w minionych dekadach wirtualne pojedynki w stylu „Mortal Kombat”. Zeszyt „zerowy” to swoiste intro ukazujące przybycie wojowników na miejsce walki. Szef federacji zapaśniczej z planety Excelsior, przy pomocy machiny pozwalającej na podróże w czasie i przestrzeni, po kolei sprowadza najlepszych zapaśników z całej galaktyki, by wzięli udział w największym tego typu turnieju. Patrząc na ich klocowate sylwetki, trudno oprzeć się wrażeniu, że autor wzorował swoich bohaterów na popularnych figurkach z lat 80. i 90., w dodatku nie tylko tych przedstawiających wrestlerów. „Trzydziestoletnie dzieciaki” z pewnością dostrzegą ich podobieństwo do postaci z uniwersum He-Mana.

Druga odsłona „Vreckless Vrestlers” to już soczyste mięso, w którym zapaśnicy biorą się za łby i w spektakularny sposób robią sobie nawzajem kuku. Do walki staje menażeria idealnie pasująca do bywalców słynnej kantyny Mos Eisley. No dobrze, może to nie do końca trafne porównanie, bo oprócz postaci przynależnych do pulpowej szkoły SF (między innymi humanoidalnego zielonego kota i krwiożerczego kraba) na ringu pojawia się szalikowiec z Gdyni oraz hermafrodytyczna Walkiria o imponującym zaroście. Warto zaznaczyć, że komiks powstał jeszcze przed ostatnią edycją Eurowizji i wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest przypadkowe. Ukazały się jednak dopiero dwa zeszyty serii (z sześciu planowanych), dlatego nie zdziwiłbym się, gdyby na podium stanęła właśnie brodata kobieta.



Styl Kowalczuka wywodzi się z komiksu podziemnego, niemniej uważam, że mimo pewnej toporności jego kreski, autor jest bardzo sprawnym rzemieślnikiem. Przedstawione w recenzowanym tytule walki są dynamiczne i uatrakcyjnione wieloma interesującymi rozwiązaniami formalnymi. Sam zainteresowany przyznaje, że jego twórczość jest tematycznie osadzona między mainstreamem a undergroundem. „Vreckless Vrestlers” to raczej niszowa pozycja. Łukasz Kowalczuk ewidentnie nie aspiruje do prezentowania inteligentnych opowieści. Nie ma też ambicji tworzenia produktów atrakcyjnych dla szerokiego grona odbiorców. Uprawia komiksowy punk rock. Precyzyjnie obrał kierunek, w którym się rozwija, a to, że jego styl jest turpistyczny i kiczowaty, nadaje pracom pewnego uroku oraz świetnie pasuje do przywoływanych przez autora konwencji. 



poniedziałek, 28 października 2013

Detektyw Miś Zbyś i Tej nocy dzika paprotka



 Na łamach wortalu o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS piszę o dwóch komiksach dla najmłodszych. Pierwszy to "Detektyw Miś Zbyś na tropie, Lis, ule i miodowe kule" autorstwa Macieja Jasińskiego i Piotra Nowackiego,  drugi to  "Tej nocy dzika paprotka" napisany przez Marzenę Sowę i zilustrowany przez Berenikę Kołomycką. 











wtorek, 1 października 2013

Cyberpunk dla potłuczonych - czyli „A niech Cię, Tesla!” Jacka Świdzińskiego




W czasach, gdy steampunk i retrofuturyzm wszelakiej maści stały się jednymi z najczęściej eksploatowanych nurtów fantastyki naukowej, Nikola Tesla znów rozpala wyobraźnię twórców z całego świata. Jego osoba pełni funkcję romantycznej ikony ekscentrycznego geniuszu, archetypu maga elektryczności. Gdy przeglądamy komiks Jacka Świdzińskiego, zaludniony przez śmieszne, małe, umownie narysowane postacie, nie dostrzegamy w nim związku z rozbuchanym, przeestetyzowanym steampunkiem i bratnimi mu nurtami. Pozory jednak mylą, bo gra z mitem Tesli (mimo iż ten pojawia się zaledwie na kilku planszach, do tego najczęściej kompletnie pijany) i fantastyką naukową jest motorem napędowym tego niezwykle inteligentnego i zabawnego komiksu.

Mimo iż „A niech Cię, Tesla!” posiada cechy parodii, a rysunek pozornie sprawia wrażenie amatorskiego, undergroundowego bazgrolenia, to trzeba zaznaczyć, że od strony fabularnej komiks skonstruowany jest po mistrzowsku. Świdziński prowadzi równolegle cztery wątki: pierwszy to snuta przez pewnego naukowca alternatywna historia powstania thereminu (elektronicznego urządzenia muzycznego – proszę posłuchać jak gra na nim wirtuozka tego instrumentu Clara Rockmore http://www.youtube.com/watch?v=uuKBPEDU-W0); drugi zawiera scenki obyczajowe z życia starego małżeństwa; trzeci jest pastiszem  historii szpiegowskiej, czwarty natomiast przedstawia teorie spiskowe opowiadane przez groteskowego, wysoko postawionego urzędnika państwowego.

wtorek, 3 września 2013

Zdolne łapy Szłapy - trylogia Bler



(...) Początkowo seria wykorzystywała ograne motywy znane z kart amerykańskich komiksów, przełożone na naszą polską rzeczywistość. Trylogia opowiada o mieszkańcu Krakowa, który w tajemniczych okolicznościach zostaje obdarzony nadludzką mocą. Za całą sprawą stoi tajna organizacja, która pomaga mu ukierunkować działanie i wykorzystać nowo nabyte umiejętności do pomagania ludziom. Wbrew pozorom, głównym atutem serii nie jest jednak to, że opisuje ona przygody polskiego superbohatera. Autor stworzył komiks, który aspiruje do bycia czymś więcej niż sztampową trykociarską opowieścią o walce dobra ze złem.

Szłapa oczywiście korzysta ze sprawdzonych zachodnich patentów, odcina kupony, podpiera się dosłownymi cytatami, ale z tomu na tom historia rozwija się w zupełnie innym kierunku, niż można by się spodziewać. Autor gra superbohaterską konwencją, mieszając ją z innymi gatunkami – sensacją pokroju „Tożsamości Bourne’a”, thrillerem psychologicznym oraz horrorem z elementami zapożyczonymi z lovecraftiany („Pamiętasz legendę o smoku pod Krakowem? Tu rzeczywiście coś było… Nie jakaś przerośnięta jaszczura. To było coś potwornego, nie do ogarnięcia…”).



poniedziałek, 13 maja 2013

Ryjówka Przeznaczenia i Norka zagłady



(...)Stworzenia z mikrokosmosu Puszczy Białowieskiej zostają wplątane w iście epicką intrygę i zmuszone do wyruszenia na wyprawę, która ma uratować ich uniwersum od zagłady. Historiami z komiksów Samojlika rządzą utarte schematy fabularne, ale nie ujmuje im to atrakcyjności, tym bardziej, że możemy tu odnaleźć dość wyraźne cytaty z takich popkulturowych klasyków, jak „Władca Pierścieni”, „Gwiezdne wojny”, a nawet „Monty Python i Święty Graal” (te rozłożyły mnie na łopatki). Miłośnikom opowieści obrazkowych albumy o ryjówkach skojarzą się zapewne z cyklem „Thorgal”, „Usagi Yojimbo”, „Bone” czy z komiksami Tadeusza Baranowskiego. Z tymi ostatnimi łączy je przede wszystkim znakomity humor słowny i sytuacyjny, bo Samojlik jeszcze nie odważył się na daleko posunięte eksperymenty formalne, z jakich słynie autor „Antresolki profesorka Nerwosolka”. Tomasz Samojlik posiada ogromną twórczą charyzmę i, podobnie jak Baranowskiemu, czarowanie czytelnika przychodzi mu z łatwością. Kim jednak jest ów urzeczony czytelnik?



wtorek, 11 września 2012

Gniazdo Światów

 Żaden ze mnie liberał (nie posiadam wcale poglądów politycznych) a ci co mnie bliżej znają to i kulturalnym mnie nie nazwą. Niemniej chętnie czytam teksty poświęcone komiksom które ukazują się na łamach Kultury Liberalnej i z przyjemnością przyjąłem propozycje opublikowania tam swojej recenzji. Wszystko wskazuje na to, że nie będzie to jedyny mój tekst jaki tam przeczytacie.



Tak jak etiuda fabularna jest najlepszym sposobem, by nauczyć się pracy z materią filmową, tak komiksowe „szorty” są wstępem do pracy nad dłuższymi albumami. Jak radził sam Alan Moore – podkreślając, jak istotne dla jego rozwoju były krótkie prace stworzone dla brytyjskich magazynów komiksowych – jeśli twórca zrobi sto komiksów jedno-, dwu-, trzyplanszowych, to siłą rzeczy stopniowo coraz lepiej zacznie rozumieć materię, z którą przyjdzie mu pracować podczas pisania dłuższych historii. W komiksach zaprezentowanych w tym zbiorze widać, że Biedrzycki opanował już opowiadanie pod względem dramaturgicznym i konstrukcyjnym, jednak prace te jakością nie wyszły ponad przeciętność i wyrabianie sobie warsztatu. W fabułach rzadko pojawia się coś ponad skutecznie postawioną pointę. Brak tu jakiejkolwiek refleksji, a scenarzysta skupia się na samym przedstawianiu wydarzeń, zapominając, że mógłby przy okazji opowiedzieć o czymś dla niego samego czy dla czytelnika istotnym. Pomijanie tego aspektu jest bardzo zastanawiające i mam wrażenie, że powodem może być jakaś wewnętrzna zachowawczość twórcy, bo Biedrzycki w swojej pozaartystycznej działalności – np. jako publicysta – nie boi się wyrażać swoich (nierzadko kontrowersyjnych) opinii i przemyśleń. Wielka szkoda, bo to właśnie z kreacji, w które wkładamy kawałek siebie, wychodzą najambitniejsze, najbardziej interesujące i najmądrzejsze historie.

 CAŁY TEKST PRZECZYTASZ NA ŁAMACH KULTURY LIBERALNEJ>>>

czwartek, 13 października 2011

Tajemnice Poznania - prasowy film rysunkowy z lat 1948 - 1949

Komiks do recenzji podesłało Wydawnictwo Centrala . Dziękujemy!

(okładka autorstwa Ady Buchholc )

"Tajemnice Poznania" to publikowany między 1948 a 1949 rokiem "prasowy film rysunkowy". Świadomość istnienia tego typu publikacji wdzięcznie uzupełnia pewną lukę w naszej "kulturze obrazkowej". W tamtym okresie w polskich gazetach codziennych pojawiało się sporo tego typu cyklicznych komiksów, ale było to zjawisko stricte komercyjne, kojarzone ze "zgniłym zachodem", które już za chwilę zostanie silnie tępione przez komunistyczne władze. Spośród kilku podejmujących tematykę wojenną pozycji, wydawcy wybrali rzekomo najdojrzalszego i najciekawszego przedstawiciela tego nurtu.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>


niedziela, 10 lipca 2011

Arkham Gallery #3 Maciej Czapiewski - Czarny Pan

Egzemplarz recenzencki kupiłem sobie sam. O tutaj --> klik

Ciszę w eterze przerywa paczka z komiksem i dedykacją od Macieja Czapiewskiego, która przyszła do mnie przedwczoraj. Mam cichą nadzieję, że ten cykl na stałe zagości na naszych łamach i że za jakiś czas będzie można z tymi rysunkami coś więcej zrobić. Kilka osób - nawet spoza "komiksowa" (brzydkiego słowa mnie koledzy nauczyli) już się zdeklarowało, że chcą coś narysować dla Arkham. Ja nie jestem Was w stanie wszystkich zaleźć i wszystkich poprosić, więc jeśli ktoś ma aspiracje, by zmierzyć się ze stylistyką lovecraftowską, bądź po prostu lubi tego bloga i chce nam zadedykować rysunek, to zapraszam. Kontakt do mnie znajdziecie po prawej.


Gdy przeglądałem digart Macka, zdawało mi się, że spotkanie z mitologią HPL'a będzie dla niego dużo bardziej naturalne niż dla Mei. Okazało się, że i on zapewne zdawał sobie z tego sprawę, bo sam sobie podniósł poprzeczkę i postanowił wybrać technikę malarską:




Napracował się bardzo, Cthulhu wyszedł świetny. Ale według mnie autor dużo bardziej sprawdza się w formach stricte komiksowych, popatrzcie tylko na fragmenty jego debiutanckiego albumu Czarny Pan :



(kliknij aby powiększyć)

Po Mei to kolejny "młody zdolny", o którego pracy kilka słów chciałbym napisać. Edyta jest bardziej szalona, i stąd w jej komiksie nawał niedociągnięć fabularnych, za to Maciek, świadom swych ograniczeń, opowiada krótką, prostą historię. Lecz na tej spójności zalety scenariusza się kończą bo czy coś z niego wynika czy nie, to już osobna sprawa... dobrze wiem, że mamy do czynienia z typową zinkową wprawką, która ma rozwinąć jego warsztat, a w tym kontekście nie można jej wiele zarzucić.

Gdy myślę o stronie formalnej: graficznej i narracyjnej, cisną mi się na klawiaturę same pochwały. Kierunek, w którym podąża Maciek, jest w według mnie mądry i słuszny. W kadrowaniu pilnuje, by zachować zasady kompozycji malarskiej czy fotografii, stara się też nie łamać filmowej osi akcji (o ile wie co to jest - jeśli nie wie i instynkt mu to podpowiada, to też bardzo dobrze). To rzeczy może nie do końca wymagane i potrzebne w komiksie, ale dzięki temu, gdy nauczy się tym wszystkim bardzo dobrze posługiwać, w przyszłości będzie mógł świadomie się od tego oddalać i tworzyć z jednej strony bardziej przemyślane, z drugiej dużo bardziej awangardowe twory.

O ile Mei przydałby się ktoś, kto utrzymałby ja w ryzach, to Maciek potrzebuje kogoś, kto napisze mu dłuższy, bardziej rozbudowany i frapujący scenariusz. Jego debiutancki albumik potwierdza, że jest gotowy na takie wyzwanie.


KUP !
(Tylko 5 zł!)

sobota, 18 czerwca 2011

Kolorowe Zeszyty vol.2


"Tylko bufon może powiedzieć, że jest spełniony
..."

- stare klingońskie przysłowie



Zawsze chciałem pisać o komiksach dla tych, którzy na co dzień ich nie czytają. Moje recenzje komiksowe często pisane są językiem okołofilmowym, nie boję się też bezpośrednich porównań do filmu, malarstwa czy literatury. Cieszyłem się zawsze, gdy namówiłem kogoś do sięgnięcia po tę czy inną pozycję. Jednak - tak samo jak w przypadku mojego pisania o muzyce - nigdy nie traktowałem swojego czytelnika jak idioty... i chyba dlatego, oprócz laików, moje recenzje zainteresowały w końcu ludzi na co dzień obcujących z komiksem.

Od kilku tygodni jak echo pętli się z TV okropny, bełkotliwy monolog Nowickiego, zaczynający się od słów "tylko bufon może powiedzieć, że jest spełniony"... powiem szczerze, że z biegiem lat, mimo wiecznego wiatru w oczy i chronicznego braku kasy, czuję się coraz bardziej spełniony. Z dumą informuję Was, że Kuba Oleksak zaproponował mi współpracę przy komiksowym serwisie Kolorowe Zeszyty. Radość jest tym większa, że to chyba jedyny tego typu serwis, który czytam na co dzień. Moje częste wizyty spowodowane są zapewne faktem, że serwis znajduje się po sąsiedzku, w bliskiej mi blogosferze, nie mniej cieszy mnie to, że właśnie dla Kolorowych przyjdzie mi pisać... Cieszy mnie również fakt, że w tym samym czasie do serwisu trafili inny ludzie, których teksty (niekoniecznie komiksowe) osobiście bardzo cenię: kilka dni temu debiutował tam prowadzący blog Kopiec Kreta Maciej Gierszewski a w najbliższym czasie pierwsze teksty opublikuje jeden z moich ulubionych dziennikarzy filmowych, Marcin Zembrzuski*. Co ciekawe, wszyscy raczej wywodzimy się spoza fandomu czy popularnej ostatnio tzw kultury nerdowskiej (nie lubię star wars!). Podejrzewam, że zaczyna się ciekawy okres dla dziennikarstwa** komiksowego i wydaje mi się, że może uda nam się przyciągnąć do tego medium kilku nowych czytelników, a starym wyjadaczom pozwolimy spojrzeć na wiele aspektów inaczej ...

KOLOROWE ZESZYTY
(klik)

*widzę że właśnie opublikował u siebie artykuł o jednym z moich ulubionych reżyserów:)

** czy jak kto woli - cwelodziennikarstwa

środa, 8 czerwca 2011

Arkham Gallery #2 Edyta Mei - Historia Fabryki


Egzemplarz recenzencki kupiłem sobie sam. O tutaj -->
klik


Gdy jakiś czas temu Maciek Pałka wypisywał dedykację dla Arkham(klik), zapewne nie zdawał sobie sprawy z tego, że zapoczątkowuje "nową świecką tradycję". W każdym razie było mi wtedy bardzo miło i gdy nadarzyła się kolejna okazja, postanowiłem zdobyć do kolekcji następny rysunek. Zaintrygowany tym, co mogłoby wyjść z takiej fuzji, zaproponowałem Mei narysowanie czegoś w duchu Lovecrafta. Oto rezultat:


(kliknij aby powiększyć)

To moje pierwsze spotkanie z jej komiksową twórczością. Jednak, jak już już kilka razy pisałem, uwielbiam grafiki Mei. Wiem, że ich korzeni mógłbym szukać we współczesnej popkulturze, w mandze i anime ... Ale nie wiem, czy ona sama zdaje sobie sprawę (pewnie nie) z tego, że w rysowanych przez nią postaciach znajduję coś mistycznego. Wiem, że nadinterpretuję, ale gdy odrywam te jej hermafrodytyczne ludki od fabuły komiksu, to w moich oczach stają się świetlistymi aniołami, istotami kojarzącymi mi się Crowleyem, Thelemą... Ok, ok, zapędziłem się. W każdym razie Mei to prawdziwy talent.


Nie zdobędę się na pełnoprawną recenzję, ale kilka słów do Was i do autorki chcę napisać. Przede wszystkim uznajmy, że ten album to wprawka - ale bez wątpienia taka, którą już bez wstydu można komuś pokazać. Po przeczytaniu muszę przyznać, że Mei rozumie język komiksu - wszystko było tu dla mnie przejrzyste, czytelne i zrozumiałe. Niby nic wielkiego, ale świadczy o tym, że Edyta to już świadoma - tudzież posiadająca świetny instynkt - autorka...

(kliknij aby powiększyć)

Niestety, nie powiem wiele dobrego o samej fabule. Nie mam na myśli tematyki, bo to, że Mei zainspirowała się problemami znanymi ze świata który ją otacza - młodzi, wrażliwi ludzie zmuszeni do pracy w fabrykach - i ubrała je w świetnie odpowiadającą jej stylowi rysunku konwencję* jest po prostu urocze... chodzi mi raczej o konstrukcję. Rozumiem, że pewnie wyrabia sobie rękę tymi "publikacjami", ale będzie lepiej, jeśli zawsze najpierw (albo w trakcie - gdy komiks już się solidnie rozbuja) przysiądzie i rozpisze swój scenariusz, zamiast rysować "na pałę" i upychać wyjaśnienia w epilogu. Wiem, że talent literacki i plastyczny nie muszą iść w parze, ale jeśli komiks będzie dobrze napisany, to target publikacji na pewno się poszerzy. Może warto skorzystać z pomocy kogoś odrobinę bardziej doświadczonego? Pod ręką jest przecie sporo piszący Michał Misztal(klik), który zresztą przyłożył rękę do samego aktu drukowania tego albumu...


Cóż mogę dodać? Mei nie powinna odpuszczać, powinna pracować i rozwijać warsztat (w jej przypadku ze wskazaniem na literacki). Za jakiś czas, gdy będzie miała więcej do powiedzenia/przekazania może naprawdę w polskim komiksie namieszać...




(tylko 7 zł!)



*
Cholera wie jak to nazwać? Urban/Forest Fantasy:)? Czuć pewną świeżość i swobodę w kreowaniu świata. To zapewne wpływy manga/anime, które chyba dość często swobodnie traktują i mieszają konwencje. Nie wiem. Ja w każdym razie to kupuję...

niedziela, 15 maja 2011

45-89 Comics behind the iron curtain. Komiks za żelazną kurtyną



"Na początku 1948 roku Polityka (serbska gazeta - przyp. Krzysztof ) napisała, że komiks uciekł do podziemia, gdzie zresztą jego miejsce. Komiksy miały być sprzedawane tajnie, za słone pieniądze, a ich celem jakoby było zatrucie umysłów najmłodszych, pokolenia, które dziś wychowuje się w nowym, zdrowym duchu, w kraju, w którym nie ma porywaczy ani gangsterów."


- Wzloty i upadki komiksu serbskiego
Zdravko Zupan


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Centrala. Bardzo dziękuję.



Gdyby wszędzie komiks rozwijał się w sprzyjających warunkach, opisanie rozwoju historii obrazkowych byłoby pewnie proste: "tu był publikowany Wilhelm Busch, więc tu komiks rozwijał się tak, a tak. Tu były wyraźne wpływy McCaya, a tu Dore... bla, bla, bla...". Nie wszędzie jednak było normalnie, a ogarnięcie tematu wcale nie jest takie proste.

W
omawianej przeze mnie książce publicyści z siedmiu krajów: Czech, Rumunii, Węgier, Serbii, Jugosławii, Słowenii i Polski próbują sportretować sytuację, w jakiej historie obrazkowe znalazły się w państwach będących pod dyktaturą kulturalną Związku Radzieckiego. Mimo tego, że na owych terenach komiks zazwyczaj rozwijał się świetnie przed wojną, to jako "symbol i narzędzie prania mózgu wykorzystywane przez zgniły imperializm" był w ZSRR i państwach satelickich najprościej mówiąc tępiony. Ze względu na hamowanie rozwoju formy (usuwanie dymków, udziecinnianie) miał zdecydowanie trudniej niż kino. Rozwijał się impulsywnie, wraz z historycznymi odwilżami, zmianami władzy - jednak cały czas był traktowany marginalnie, po macoszemu, przez co z trudem załapywał się na "upuszczanie pary z zaworu bezpieczeństwa".



(hiphopowy tribute dla klasycznego komiksu serbskiego o młodych partyzanckich kurierach Mirku i Slavku - acz tak do końca nie jestem pewien o czym traktuje tekst...)


Spośród wszystkich opisywanych najciekawiej i najobszerniej prezentuje się historia i specyfika prężnie rozwijającej się sceny serbskiej (dużo komiksu realistycznego, gatunkowego, a nawet specyficzny nurt fotostory - w tym takie cuda, jak stopklatkowa wersja Skarbu Sierra Madre Hustona!). Lecz z dumą muszę przyznać, że część poświęcona polskiemu komiksowi - sporządzona przez Adama Ruska - jest zdecydowanie najlepiej opracowana. Mimo wiążących go ram krótkiego artykułu, nie ogranicza się on do wypisania suchych informacji, a próbuje dociec co, jak, gdzie i dlaczego - i nie mówię tu tylko o faktografii, ale też o stronie formalnej. Czuć w tym tekście analityczny umysł autora i jego związki z myślą filmową (powoływanie się na Lubelskiego). Bardzo żałuję, że nie mogłem być na wystawie, której ten tekst towarzyszył (klik). Jeśli już mowa o stronie wizualnej, wypada wspomnieć, że jednym z głównych mankamentów książki jest właśnie brak odpowiedniej oprawy graficznej. Ilość ilustracji, jakie znajdziemy w środku jest niestety dość symboliczna. Komiks za żelazną kurtyną to rzecz wzmagająca dużo bogatszej, bardziej ekskluzywnej i wyczerpującej oprawy. Naprawdę przydałoby się uzupełnienie tekstów przykładowymi planszami twórców, o których mowa. Bez tego pozostaje nam nieustanne (i czasem bezowocne) korzystanie z internetowej wyszukiwarki grafiki. Oczywiście nie jest to zapewne wina wydawcy, a raczej problemu z prawami autorskimi i oszczędnością związaną z wąskim targetem tej publikacji.




(Praski urban legend, kilkakrotnie parafrazowany w czeskim komiksie
)


Na zakończenie dodam, że z historią komiksu w krajach Bloku Wschodniego wiąże się wiele ludzkich tragedii. Ja - osoba wychowana na Semicu, ale pamiętająca jeszcze wizyty w księgarniach z lat 80tych, reagowałem na to co tu wyczytałem z wielkim przejęciem. Najgorsze jest to, że momentami aż nadto dobrze widać w tym wszystkim analogię do dnia dzisiejszego. Dobrze wiem, jaka jest obecnie sytuacja, jak wygląda rynek i czytelnictwo. Jacy ludzie (często tylko pozornie i zarobkowo związani z kulturą*) są dziś odpowiedzialni za marginalizację i tępienie komiksu - wiem, jakie mogą być tego skutki i przyszłe losy medium, które przestaje być modne i na którym zależy coraz mniejszej ilości osób. Pszepaństwa. Oto nasz (mój) Katyń. I mówię to bez podśmiechujków. Ta książka to rzecz, która "powinna była się ukazać", ważna dla naszej tożsamości kulturowej i więcej warta niż sto pseudopatriotycznych komiksów**. Na półce powinien ją mieć każdy komiksiarz.



Wydanie nie jest nadzwyczajne. Mimo że książeczka ma grzbiecik to inaczej niż "broszurką" się jej nazwać nie da . W środku kilka ilustracji.





*Palenie Szopena, pominięcie komiksu na Europejskim Kongresie Kultury : klik, klik .
Wg mnie bardzo szkodliwe jest też postrzeganie komiksów przez pryzmat miernych i spłyconych ekranizacji
(najczęściej bez znajomości ich pierwowzorów). A czasami, o zgrozo, postrzeganie tych ekranizacji pozytywnie(pseudokrytyka filmowa! nie będą pokazywać palcem) i traktowanie ich jako zadowalający surogat...

**które wydają/tworzą chyba ludzie którzy - mimo diametralnie innych poglądów - wartość komiksu usilnie sprowadzają do martyrologicznego chłamu którego naczytali się za komuny .