Pokazywanie postów oznaczonych etykietą centrala. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą centrala. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 kwietnia 2021

Hubert. Ben Gijsemans

 


Potencjał medium komiksowego można wykorzystać wielorako. Na przykład budując wartką historię przy pomocy umiejętnie zastosowanych skrótów. Gdy jeszcze do tego doda się ekspresję stylu i pomysłowe kadrowanie, kreski na papierze przeistaczają się w rozrywkę, która wgniata w fotel niczym dobre kino akcji. Jest jeszcze inna, przeciwna droga. Wyciszenie, kontemplacja, asceza. To główne środki wyrazu Bena Gijsemansa zastosowane w Hubercie – komiksie artystycznym absolutnie pozbawionym pretensjonalności mogącej kojarzyć się z tym określeniem.

W powieści graficznej belgijskiego twórcy nie mamy zbyt rozdmuchanej dramaturgii. Głównie obserwujemy, jak główny bohater obserwuje (sic!). Odwiedzając wielkie muzea Francji i Belgii, Hubert – pan w średnim wieku - przez dłuższy czas kontempluje arcydzieła światowego malarstwa. Interesuje go sztuka impresjonistów (jak choćby słynna „Olimpia” Maneta), ale i starsze obrazy. Główną uwagę skupia na klasycznym pięknie kobiecych postaci. Sam również maluje. Wzoruje się na zdjęciach, które wcześniej zrobił obrazom w muzeum. Gijsemans nie pokazuje czytelnikom wiele więcej. Mamy oczywiście parę prozaicznych obrazków: jazda samochodem, czytanie gazety, oglądanie tv. Hubert parę razy „wraca na ziemię” w momencie kontaktu z drugim człowiekiem. Nie są to udane chwile. Czasem musi się wręcz bronić, jak przed namolną sąsiadką, która próbuje go uwieść. Jednak te wszystkie, niewielkie przecież zdarzenia, są przerwą w istotnym życiu, którego seans zawiera się w obcowaniu z wielką sztuką. 

 


 

Jest jeszcze jeden element w życiu naszego protagonisty, który scala to, co rzeczywiste, ze światem wykreowanym przez mistrzów pędzla. To widok pięknej sąsiadki z zza okna podlewającej kwiaty na parapecie. Ona również będzie zatrzymywała wzrok Huberta na dłużej niż chwilę, stawiając przed nim tajemnicze wyzwanie.

Trudno o tak daleko posuniętą jedność treści i formy, jak w przypadku tego komiksu. Nieraz nadużywam terminologii filmowej w celu opisania jakiejś powieści graficznej, jednakże nie mogę oprzeć się wrażeniu, że „Hubert” spełnia wszelkie wymogi „Slow Cinema”. Autor ukazuje nam swoją historię w szeregu identycznych kadrów, w których minimalizm „dziania się” jest ukazany w takich samych planach. Mamy także wiele „pustych plam”, momentów ciszy – bohater wychodzi z kadru, a „kamera” (nasze spojrzenie) tkwi w miejscu rejestrując dalej. Arcydzieła malarstwa obserwujemy razem z bohaterem w rozbitych na wiele części detalach oraz w grafikach rozlewających się na całe plansze. To na nich rozgrywa się prawdziwe życie, które jest atrakcyjne i głębokie, gdy tymczasem świat poza obrazem jest monotonny - trąci martwotą. 

 


 

Aż trudno uwierzyć, że dzieło autora wywodzącego się z gandawskiej School of Arts, to debiut, którego pierwsze rozdziały stanowiły pracę dyplomową. Historia, a przede wszystkim ujęcie formalne zaproponowane przez Gijsemansa, przywodzą na myśl pracę starego mistrza. Autor z drobiazgowością charakterystyczną dla japońskich drzeworytów okresu Edo, kreuje przed nami dzieło o sztuce, które same jest sztuką. W tym konsekwentnym dążeniu do ideału, podejmowaniu na powrót tego samego trudu – narysowania tego samego kadru z ledwie zauważalną wewnątrzkadrową zmianą – jest coś z medytacji, będącej głównym tematu tego komiksu.

Oczywiście „Hubert” to także opowieść o samotności, ale nie w wydaniu tragicznym. W dziele Gijsemansa dużo ważniejsze wydaje się uchwycenie tajemniczej więzi między człowiekiem a dziełem sztuki. Owa relacja, dostępna jedynie nielicznym i tak trudna do przekazania innym, zdaje się owocować cichą radością, swoistą harmonią pojedynczej i samowystarczalnej egzystencji, której tło stanowi odpychający chaos tzw. „normalnego życia”. 

 



Dla wielu uczta zaproponowana przez belgijskiego twórcę, będzie daniem przeznaczonym wyłącznie dla koneserów, znawców dobrego smaku. O komiksach artystycznych niekiedy krzywdząco mówi się, że dobrze wyglądają leżąc na półce, gdzie mogą zaimponować naszym gościom. Rzeczywiście, na upartego dzieło Gijsemansa możemy przeczytać w niespełna 5 minut - w końcu niewiele w nim pada słów – i odłożyć na przeznaczone do tego wyeksponowane miejsce. Jednak dla czytelnika, który ma sobie przynajmniej odrobinę coś z Huberta, komiks ten może być zaproszeniem do dłuższego wniknięcia w wyszukane trajektorie kompozycji dawnego malarstwa. Ten - otwierający się przed nami - wspaniały świat – inaczej niż ma to miejsce w sztuce współczesnej – wyraża się poprzez klasyczne piękno ujęte w majestatycznej, kunsztownej formie i właśnie dlatego potrafi nas – przynajmniej niektórych z nas - uwieść.

 Autor: Jakub Gryzowski

czwartek, 11 marca 2021

Polaków uczestnictwo w kulturze. Raport z badań 1996-2012. Janek Koza

 


20 lat temu rysunki Jana Kozy wydawały mi się odrażające, brudne i złe. Gdy widziałem je w którymś czasopism, nie mogłem wyjść ze zdumienia, że te bazgroły mogą się komuś podobać. Może ewentualnie jakimś wysnobowanym bubkom. Wówczas taki wybór estetyki wydawał mi się drogą na skróty, brakiem rzeczywistych zdolności i warsztatu (chociaż na kolejny odcinek anonimowego Szczepana i Irenki czekałem z niecierpliwością, tak jak zresztą na wszystko w odkodowanym Cannal +). Dziś... no cóż, być może stałem się wysnobowanym bubkiem, ponieważ zbiór prac mgr Jana Kozy pt. „Polaków uczestnictwo w kulturze, raport z badań 1996-2012” połknąłem naraz i z niemałą satysfakcją. 

 



Chyba trudno przeżyć życie i nie rozpoznać kreski Kozy. Ludzie nieinteresujący się sztuką, którzy nie czytają komiksów, ani Polityki, mimo to z pewnością nie raz widzieli któryś z jego satyrycznych rysunków udostępniony na Facebooku. Absolwent Wrocławskiego ASP jest bowiem doskonałym komentatorem rzeczywistości. Co ciekawe, niejednokrotnie jakiś jego stary pomysł, doskonale ilustruje np. aktualne zdarzenie polityczne. W tym zawiera się uniwersalizm tego doskonałego obserwatora stanu psychicznego polaków. Dzięki wydawnictwu Centrala dostajemy drugie już wydanie najnowszego zbioru prac mgr Jana Kozy. 

 Na „Polaków uczestnictwo w kulturze” składają się rysunki, krótsze lub dłuższe formy komiksowe (do paru stron) oraz prace okazjonalne (np. okładka pierwszej płyty „The Kurws”). Koza nie oszczędza nikogo, jednocześnie jego ironia nie jest szkalująca. Pod szyderczą powierzchnią pokracznych, niejednokrotnie obleśnych rysunków, kryje się wewnętrzne rozdarcie bohaterów - głęboki tragizm a zarazem śmieszność ich istnienia. Są to historie o ludziach zwyczajnych, przedstawicielach tzw. marginesu, lub z tzw. szczytów. Akcja rozgrywa się na ulicy, w mieszkaniu, na siłowni albo w biurze korporacji. Zdaniem autora posłowia, Koza skupia się na paradoksach i przemianach obyczajowych okresu transformacji. Skoro tak, to trzeba zaznaczyć, że owa transformacja wciąż trwa, a problemy z nią związane są niemal takie same jak kiedyś. Wiecznie żywe okazują się być „nieśmieszne żarty” na temat powszechnej biedy intelektualnej i duchowej naszych krajan. Tzw. „zachłyśnięcie się zachodem” mimo iż nienowe, wciąż trwa nieznacznie zmieniając swoje oblicze. Oczywiście można już odczuwać pewne znużenie krytyką bezmyślnego konsumpcjonizmu, języka mass mediów czy nieludzkiej polityki korporacji. Jednak Koza mimo żartobliwego używania przed swoim nazwiskiem tytułu mgr, wcale nie zmierza do rozumowego wypracowania jakiejś politycznej czy socjologicznej konkluzji, ani tym bardziej do wypisania recepty. Jego obserwacje są czyste, czasami może ciut wyolbrzymione, lub widziane w krzywym zwierciadle. 

Osobne miejsce w albumie znajdują nieco dłuższe prace komiksowe opowiadające o samotności i skrywanym, wręcz niewyrażalnym pożądaniu. Charakterystyczny jest fragment zaczerpnięty z Lubiewa. Powieść Witkowskiego Koza chciał niegdyś zilustrować w całości. Szkoda że do tego nie doszło, gdyż ci dwaj autorzy, wyrażający się w odmiennych gatunkach sztuki, nadają na tej samej fali. Tragedia miesza się u nich z komedią oraz - jak u Geneta - poczucie sacrum z obscenicznością. Jednak autora Erotycznych zwierzeń wyróżnia jego naturalna umiejętność skrótu. Artysta niemal za każdym razem „trafia w punkt” i nadal pozostaje prawdziwy, co wydaje się być jego wrodzoną umiejętnością.

Charakter rysunków Kozy już chyba tak nie zadziwia, ani nie szokuje jak kiedyś. Na uwagę zasługuje dobre wyczucie kadrowania i umiejętność opowiadania historii za pomocą większej ilości obrazów. W całym tym bezładzie i pozorowanym chaosie, czuć demiurgiczną kontrolę autora, który chce aby jego narracja była czytelna i zrozumiała. To udowadnia, że Koza medium komiksowe ma opanowane i z chęcią przeczytałbym album jego autorstwa, który opowiada jedną, długą, spójną historię. 

 


 Obecnie wielu rysowników na naszej niwie – niekoniecznie w undergroundzie - posługuje się estetyką brzydoty, w której nie liczą się precyzja ani proporcje. To oczywiste, że to właśnie dzięki takiemu wyborowi stylu, artysta może wyrazić swoje postrzegania świata w pełni. Gdyby nie ta chybotliwa kreska, wiele żartów nie wybrzmiałoby tak jak powinno, lub wyczulibyśmy fałszywy ton. Rysunki Kozy budują konieczny dystans bez którego rzeczywistość, z którą próbuje nas zetknąć, stałaby się niestrawna.


Wydanie „Polaków uczestnictwo w kulturze” zawiera także rozmowę z autorem, sporą notę biograficzną oraz posłowie. Chyba zbyt często w tych tekstach podkreśla się naukowo-socjologiczny charakter satyrycznych obserwacji Kozy. Chociaż oczywiście czyni się to na poły ironicznie. Prace Kozy oddziałują bezpośrednio, dodatkowy komentarz może im jedynie zaszkodzić. Można też postawić zarzut, że ów zbiór, to typowe mydło-powidło, które w sposób nieco naciągany, próbowano podzielić tematycznie, stylizując książkę na teczkę akt procesowych. Poza tym prace Kozy są nierówne, pochodzą z wielu osobnych publikacji, a ich przeznaczenie było różne. Nie wszystkie, w moim przekonaniu, powinny stać się częścią tego zboru. Jednak, dla miłośników autora, ten album to pozycja obowiązkowa. Ci zaś, którzy nie lubią Kozy i uważają, że nurza się on w ohydzie i szpetocie, to... no cóż, zapraszam do lektury za 20 lat. 

 

Autor: Jakub Gryzowski

 

piątek, 20 grudnia 2013

Bartnik Ignat i skarb puszczy - Tomasz Samojlik



Mam szczególny stosunek do regionu, w którym dzieje się akcja komiksów Tomasza Samojlika. Bywam tam przynajmniej raz do roku. Żaden ze mnie globtroter, niewiele w życiu widziałem, ale szczerze powiem, że Podlasie to jedno z moich ulubionych miejsc na Ziemi - dobre wędliny, tanie fajki zza wschodniej granicy i piękne krajobrazy. Lasy są tam gęste, tajemnicze i mroczne niczym z obrazów Theodora Kittelsena. Gdybym miał kiedykolwiek porzucić Arkham, to zamieszkałbym właśnie tam.

Z racji tego, że uniwersum serii o ryjówkach osadzone było w umownym, fantastycznym mikrokosmosie animorfów, nie poczułem, że dotyczy tego miejsca, do którego tak kocham wracać (wiem, ślepy ignorant ze mnie). "Bartnika Ignata" - prawdopodobnie dlatego, że opowiada o ludziach i legendach puszczy - odebrałem już bardziej osobiście. Moim zdaniem dopiero tym komiksem Samojlikowi udało się oddać część magicznej atmosfery, jaka tam panuje.

Tym razem autor mocno osadza akcję w kontekście historycznym, bowiem opowieść dzieje się w czasie zaborów. Złowieszczy Generał Sobakiewicz, w podzięce za zasługi wojenne dostaje od Carycy Katarzyny część Puszczy Białowieskiej. By się wzbogacić, postanawia jak najszybciej wyciąć las w pień. Sobakiewicz jest okrutnikiem i despotą, któremu szybko udaje się podporządkować okolicznych mieszkańców i zmusić ich do masowego wyrębu drzew. Jedyną osobą, która może stawić mu czoła, okazuje się żyjący w sercu puszczy poczciwy Bartnik Ignat. 




Warstwa plastyczna albumu utrzymana jest w tym samym stylu co seria o ryjówkach, z tą różnicą, że tym razem Samojlik zrezygnował z animorfów. Bohaterów opowieści rysuje jako mocno cartoonowe karykatury ludzkich postaci. Niby nic się w samej konwencji graficznej nie zmieniło, mam jednak wrażenie, że warsztat rysowniczy Samojlika posunął się nieznacznie do przodu. Postacie są co prawda równie uproszczone, ale jest tu więcej elementów tła, większą rolę gra tu też światłocień. Bardzo przypadł mi do gustu pomysł, by przy wydawaniu "Bartnika..." zrezygnować ze śliskiego papieru, bo złagodziło to intensywność komputerowo nakładanych kolorów.

"Bartnik Ignat i skarb puszczy" to nie tylko komiks dla najmłodszych, to też pełnoprawna powieść graficzna, utrzymana w duchu baśniowego fantasy z dużą ilością interesujących faktów historycznych. Z powodzeniem mogą ją czytać dzieci starsze (od 7 lat wzwyż), ale nie widzę powodu, by ją w jakiś sposób hermetyzować. Tak więc rodzicu - stając przed półką w dziale dziecięcym (bądź komiksowym) pamiętaj, że wybierając "Bartnika Ignata" kupujesz ten album również dla siebie.




Samojlik nie byłby sobą, gdyby nie umieścił tu szeregu nawiązań do popkultury, które sprawią, że poczujesz się bardzo dobrze w jego uniwersum. Nad komiksem wisi duch starego serialu o Robin Hoodzie. Niektóre postacie i sceny wydają się żywcem wyjęte z filmów Monty Pythona, a szwarccharakterowi towarzyszy banda inspirowana awanturnikami, którzy skupiali się w koło filmowego Barona Münchhausena. Zresztą, cała fabuła świadczy o tym, że Samojlik obdarza baśnie Terry'ego Gilliama szczególnym uczuciem, bo oparta jest o schemat, który wielokrotnie pojawiał się w filmach tego reżysera. 

Całe szczęście, że nie oceniam komiksów punktowo, bo szczerze powiedziawszy wahałbym się, czy dać temu albumowi najwyższą ocenę. Z prostej przyczyny - jestem pewien, że Sajmolik się cały czas rozwija i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Bałbym się najzwyczajniej, że przy następnym komiksie jego autorstwa skończyłaby mi się skala.


wtorek, 3 grudnia 2013

Pasterz - Anna Sailamaa




„Pasterz” jest komiksową pocztówką z fińskiej prowincji, tej głębokiej, która – podobnie jak popegeerowska polska wieś – nie interesuje nikogo. Komiks cechuje poetycki dokumentalizm kojarzący mi się z filmem „Kes” Kena Loacha, sztandarowym dziełem z nurtu brytyjskiego kina społecznego. Anna Sailamaa również opowiada o relacji człowiek – ptak, z tą jednak różnicą, że w jej albumie ptak jest martwy. Bohater opowieści znajduje go, idąc rano do pracy w lokalnej piekarni. Wieczorem kupuje flaszkę, siada obok truchła i upija się do nieprzytomności.

Album Sailamy jest próbą metaforycznego oddania społecznych nastrojów. Znam uczucie, o którym opowiada, więc nietrudno mi odczytać ową metaforę: ludzie z prowincji migrują do większych miast, tak jak ptaki, które odlatują na południe. Ten, kto zostaje, komu nie udało się z jakiegoś powodu wyjechać w odpowiednim momencie, jest niczym martwy łabędź. W zawartych w „Pasterzu” scenkach z życia prowincji, a nawet w poszczególnych, pozornie opisowych kadrach, możemy odnaleźć wskazówki do odczytywania przeszłych i przyszłych losów bohatera. Wszystkiemu temu towarzyszy silne uczucie straty, niepokoju oraz zmarnowania życiowych szans.



W innych gałęziach kultury o takich dziełach jak komiks Anny Sailamy zwykło się mówić, że to „sztuka dla sztuki”, „twór kierowany do krytyków”, za nic mający oczekiwania przeciętnego odbiorcy. Może i jest w tym trochę racji. W związku z tym, czytelniku, lojalnie uprzedzam: „Pasterz” nie jest tytułem dla osób szukających w tym medium ciekawych historii i ładnych rysunków. To dzieło osobne, poetyckie, nie żywiące jakichkolwiek komercyjnych aspiracji, twór artysty poszukującego, ale niekoniecznie znajdującego.

Nie jest to też rozbuchana narracyjnie powieść graficzna, którą w Polsce zazwyczaj utożsamiana się z tak zwanym „ambitnym komiksem”. „Pasterz” to album awangardowy, stworzony z eksperymentalnym zacięciem, stawiający na impresyjność. Warstwa plastyczna jest tu ponura, uboga i turpistyczna, a kompozycje poszczególnych ilustracji na planszy wywodzą się bezpośrednio z filmowych sposobów kadrowania, tak jakby do ich stworzenia posłużyła seria reportażowych zdjęć z miejsca, w którym diabeł mówi dobranoc.

 Dzięki wydawnictwu Centrala przynajmniej raz na jakiś czas recenzent może się poczuć jak prawdziwy „krytyk sztuki”. Oto bowiem w ofercie poznańskiej oficyny pojawia się kolejny komiks nie mający na celu przypodobania się komukolwiek. I z dużą dozą prawdopodobieństwa okaże się on tytułem, który zginie w zalewie pozycji bardziej przyjaznych czytelnikowi.



„Pasterz” nie jest komiksem ani złym, ani dobrym, choć o jego domniemanej wartości mogą świadczyć nagrody, które autorka zdobyła w krajach skandynawskich. To dzieło mające stanowić pretekst do dyskusji, do której chyba nikt nie jest u nas gotowy: ani czytelnicy, ani krytycy. A nawet gdyby znalazł się śmiałek skłonny podnieść rękawicę, nikogo tego typu dyskusje nie będą obchodzić. Podobnie jak fińska i polska prowincja. 

poniedziałek, 28 października 2013

Detektyw Miś Zbyś i Tej nocy dzika paprotka



 Na łamach wortalu o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS piszę o dwóch komiksach dla najmłodszych. Pierwszy to "Detektyw Miś Zbyś na tropie, Lis, ule i miodowe kule" autorstwa Macieja Jasińskiego i Piotra Nowackiego,  drugi to  "Tej nocy dzika paprotka" napisany przez Marzenę Sowę i zilustrowany przez Berenikę Kołomycką. 











poniedziałek, 8 lipca 2013

Za Imperium tom 1: Honor - Merwan Chabane, Bastien Vivès, Sandra Desmazières




Odkąd Egmont przystopował z wydawaniem Plansz Europy i całkowicie zrezygnował z Zebry, brak na polskim rynku czegoś, co mogłoby zastąpić te znakomite linie. Taurus rozbudował swój segment z komiksem europejskim - to tytuły dobre i bardzo dobre, ale to właściwie same gatunkowe czytadła. Centrala przybyła, zobaczyła i uderzyła...

Teoretycznie "Za Imperium", opowieść o oddziale legionistów wysłanych z misją podbijania nieznanych krain, to seria wpisująca się tematycznie w mainstreamowy nurt komiksu frankofońskiego. Jednak przeglądając przykładowe plansze od razu dostrzeżemy, że coś tu nie gra. Maniera graficzna, jaką posługuje się duet Merwan/Vivès sprawia wrażenie nieprzystającej do konwencji gatunkowych. Swobodny, niebanalny, momentami bardzo umowny rysunek (są tu pojedyncze kadry wyglądające jakby wyszły spod ręki Janka Kozy!) zdaje się wyrwany z autorskiej powieści graficznej. Styl ten nie został jednak użyty do opowiedzenia o osobistych problemach autora, historii bardzo dziwnej choroby czy tragedii emigranta. Na znakomicie zakomponowanych planszach przedstawione zostały pełne dynamiki sceny walk i codzienność rzymskich legionistów. Wszystko zostało pokryte spatynowanymi, bardzo oryginalnymi kolorami, za które odpowiada Sandra Desmazières. Nad odznaczającymi się czerwienią strojami legionistów rozpościera się niebo o przedziwnej barwie, które o zmierzchu rzuca na bohaterów zielonkawą poświatę. Zabiegi, jakim poddano plansze sprawiły, że wyglądają one na przybrudzone, wyblakłe, naznaczone czasem i rozmyte przez zacieki - jakby wystylizowano je na malunki, które można znaleźć na murach antycznych budowli.



Siadając do pisania tego tekstu odczuwałem dyskomfort, który zna każdy publicysta próbujący ocenić pierwszy tom dłuższego cyklu. Przeglądam świetne, rozbudowane recenzje kolegów, którzy zdążyli już ten album odfajkować ... i drapię się w głowę. Może mi złośliwy listonosz kartki z albumu powyrywał, albo co... bo ja w pierwszym tomie "Za Imperium" dostałem tylko kilkadziesiąt stron wprowadzenia i uważam, że jeszcze za wcześnie na daleko posuniętą interpretację czy konkretną ocenę. Bo tak naprawdę, mimo iż o nietypowej szacie graficznej można napisać dużo, to trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć na temat fabuły, którą można póki co streścić w jednym zdaniu: legioniści zostali wysłani poza granice Imperium i wędrują w enigmatyczną pustkę. Oczywiście wyrobiony czytelnik może mnożyć w tym kontekście skojarzenia, szukać w tym jakiejś metafizyki, bo i mi myśli o "Krwawym Południku" czy "Jądrze Ciemności" nasunęły się same... Ale będą to tylko dywagacje, bo równie dobrze na rzymski oddział może zaraz wyskoczyć horda zombie, kosmici albo hiszpańska inkwizycja.


Niemniej, muszę z ręką na sercu przyznać, że zostałem pierwszym tomem "Za Imperium" mocno zaintrygowany. To co zobaczyłem do tej pory podpowiada mi, że będzie to dobra, nieszablonowa opowieść będąca czymś więcej niż komiksem środka. Bowiem między warstwą graficzną a fabułą "Za Imperium" zachodzi podobna zależność, jak w przypadku jednego z moich ulubionych komiksów - "Wyspy Burbonów", w którym Trondheim, artysta z pozoru łatwy do zaszufladkowania w komiksie awangardowym, wziął się za zilustrowanie przygodowej historii o piratach. Ku zaskoczeniu czytelnika, nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też stworzył dzieło nieszablonowe i wybitne w swojej klasie. Oby Merwanowi, Vivèsowi i ich kolorystce również się ta sztuka udała.    

czwartek, 4 lipca 2013

A fiordy to mi z ręki jadły!





Wbrew pozorom, dzieci nudzą się nie tylko w czasie deszczu. Szczególnie, gdy nie mają sposobności wyszaleć się w gronie rówieśników. "Pustelnik" jest opowiastką o tym, jak skutecznie poradził sobie z nudą pewien mały Norweg, spędzający wakacje u babci mieszkającej nad brzegiem fiordów. Jego spektakularnymi przygodami są takie zdarzenia jak wyprawa na strych, odkrycie kartonu zapomnianych zabawek, czy spotkanie z krabem pustelnikiem. To opowieść o tym, jak świat zewnętrzny przemawia do dziecka, gdy ma ono okazję baczniej mu się przyjrzeć, co w czasach wszechobecnej (również przenośnej) elektronicznej rozrywki nie jest przecież tak częste. Jeśli szukać tu walorów edukacyjnych, to celem autora "Pustelnika" było prawdopodobnie pokazanie, że nawet samotna zabawa może być fascynującą przygodą.

Katalog wydawnictwa Centrala jest niepokorny. Oficyna lubi wydawać pozycje, które praktycznie nie posiadają potencjału komercyjnego - i chwała im za to. Biorąc do ręki "Pustelnika" pomyślałem jednak, że tym razem poszli za daleko. Ludziom przyzwyczajonym do książeczek w krzykliwej, cukierkowej estetyce, projektowanych tak, by były jak najlepiej sprzedającym się produktem, "Pustelnik" wyda się towarem nieatrakcyjnym. Rysunki Ernstsena mogą wprawić ich w konsternację, może nawet wydadzą się brzydkie. Jednak po lekturze patrzymy na nie już zupełnie inaczej - bije z nich ciepło i magia bezpośrednio nawiązująca do dziecięcych malunków - ale by się o tym przekonać, musimy "Pustelnika" najpierw kupić i przeczytać. Wydanie tak niepozornego komiksu dla dzieci (szczególnie, że jest to pozycja inicjująca linię historii obrazkowych dla najmłodszych) jest pomysłem szalonym i ryzykownym - utonie on przecież w morzu pięknie wydanych, przykuwających wzrok od pierwszej chwili książkowych publikacji, jakie zalewają księgarnie.

"Pustelnik" to komiks kierowany do małych dzieci (poniżej dziesiątego roku życia). Prościutka opowieść, którą zawiera, jest czymś, z czym będą mogły się bezpośrednio utożsamić. Wszak w ostatnie wakacje zapewne biegały z wiaderkiem i zbierały doń ślimaki, czy inne stworzenia znalezione w trawie. Komiks Ernstsena przypomni im fantazje, snute w trakcie samotnej zabawy podczas pobytu u dziadków albo sprowokuje dziecięcą wyobraźnię, gdy zorientują się, że telewizja nie działa (wszak cyfryzacja mogła jeszcze do dziadków nie dotrzeć) - wyjrzą przez okno na podwórko i stwierdzą, że tam też dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Dorosłym zaś może podpowiedzieć, że włączenie się w zabawy dzieci może zaowocować wspaniałymi wspomnieniami.


piątek, 22 marca 2013

Dzicy - Lucie Lomová


 (zdjęcie ukradzione z http://sygnaly.wordpress.com/ )

"Dzicy" to adaptacja fabularyzowanego cyklu reportaży Alberto Vojtecha Frica drukowanych w czasie II wojny światowej w czeskim piśmie "Barwny Tydzień". Za kanwę opowieści posłużyły mu własne doświadczenia z młodości. Alberto Vojtech Fric od dzieciństwa kolekcjonował rośliny tropikalne i jeszcze zanim osiągnął pełnoletność stał się cenionym autorytetem w tej dziedzinie. Niestety, pech chciał, że pewnej zimy większość jego zbiorów zamarzła. Po maturze, zamiast studiować, wyruszył w świat w nadziei, że uda mu się przywieźć sporo nowych eksponatów i odnowić swoją kolekcję - jego celem była Ameryka Południowa, z którą przyszło mu związać się na całe życie. Po kilku latach powrócił do Pragi, jednak zamiast egzotycznych roślin przywiózł ze sobą Indianina.

Czerwiusz - bo tak został ochrzczony ów Indianin - przybył wraz z Alberto Vojtech Fricem do Czech, by szukać lekarstwa na chorobę, która dziesiątkowała jego plemię. Niestety, pozbawieni pieniędzy musieli dołożyć wielu starań, nim udało im się zdobyć lekarstwo i fundusze na powrót do Ameryki. Towarzysząc Fricowi w podróżach, podczas których badacz wygłaszał prelekcje na temat Indian i Ameryki Południowej, Czerwiuszowi udało się zwiedzić kawałek (austro-węgierskich wówczas) Czech. W zetknięciu z kulturą zachodu prostolinijność czerwonoskórego powoduje wiele komicznych sytuacji i nieporozumień. Warto zauważyć, że mimo iż bohater jest teoretycznie przedstawicielem odmiennej kultury, to w jego przygodach jest coś nad wyraz czeskiego, bo jego postać (przynajmniej w komiksie Lomovej) kojarzy się jednoznacznie z inną literacką osobistością - dzielnym wojakiem Szwejkiem.


Gdy Czerwiusz bawi w Pradze, przeżywając nowe przygody wynikające z jego odmienności kulturowej, w tym samym czasie jego plemię wymiera. Podczas lektury miałem wrażenie, że świadomość tego przeszkadza mi znacznie bardziej, niż głównym bohaterom. "Dzicy" to komiks zabawny i ciepły, ale też nie zapomina się w nim o skutkach kolonizacji Ameryk. Mimo iż ciężar opowieści nie przytłacza - brak tu brutalności i okrucieństwa charakterystycznego dla tego typu historii - to Lomova tylko częściowo zasłania dzieciom oczy i nie gubi prawdy o świecie. Udało jej się również trafnie sportretować to, jak kultura zachodu zmieniała Indian, powodując zatracenie ich własnej tożsamości kulturowej.

Jeśli szukać dziury w całym, można "Dzikim" zarzucić, że to komiks bez rozbudowanej warstwy psychologicznej, można też powiedzieć, że brak mu artystycznych aspiracji. Ale zanim wyda się taki osąd, warto uświadomić sobie, że to wrażenie wywołane faktem, iż wydaje się u nas głównie pozycje kierowane do dojrzałego czytelnika, komiksy profilowane, adresowane do wyrobionego odbiorcy. Komiks Lomovej to ewenement na naszym rynku, bo to tytuł przeznaczony dla młodzieży, a takie nie pojawiają się u nas niemal wcale.

"Dzicy", mimo że tematycznie wpisują się w nurt powieści graficznej, są raczej stworzeni w duchu klasycznego europejskiego komiksu. Nie jest to jednak do końca staroświecka pozycja, bo widać, że autorka jest świadoma tego, co dzieje się w gatunku. Powiedziałbym, że jest to raczej hybryda - połączenie ducha obrazkowych historyjek Herge ze współczesnym reportażem komiksowym. Lomova dąży do przejrzystości stylu, klarownej narracji. W czasie lektury nie odniosłem wrażenia, by dość tradycyjny warsztat ją w jakiś sposób więził - był to jej świadomy wybór.




Alberto Vojtech Fric, mimo zupełnie innego dorobku, jest twórcą, który z pewnego powodu przypomina mi Alfreda Szklarskiego. Na jego książkach wychowały się całe pokolenia jego rodaków, a dziś popada w zapomnienie. Epoka, w której wszędzie można dotrzeć z kamerą, pokazać odległe kraje nawet w technice 3-D nie sprzyja książkom podróżniczym. "Dzicy" są świetnym przykładem tego, jak można wykorzystać komiks, by takie postacie jak Fric czy Szklarski ocalić od zapomnienia i w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawić młodemu odbiorcy. Dla mnie jako publicysty zajmującego się tym medium lektura "Dzikich" była przede wszystkim okazją do zadania sobie pytania - dlaczego w Polsce nie powstają dziś takie komiksy? Niekoniecznie mam na myśli albumy kierowane do dzieci i młodzieży. Mieliśmy wielu znamienitych podróżników, wielkiego antropologa Bronisława Malinowskiego, barwnego Tony'ego Halika, a przede wszystkim Ferdynanda Ossendowskiego, którego twórczością inspirowali się już nawet zagraniczni twórcy (na przykład legendarny Hugo Pratt). Jego "Przez Kraj ludzi, zwierząt i Bogów" to wręcz wymarzony materiał na podróżniczą powieść graficzną - temat leży i czeka. Kto pierwszy ten lepszy.


piątek, 16 listopada 2012

Podejdź Bliżej - Line Hoven

Na łamach Dwutygodnika pojawiła się skrócona wersja mojej recenzji komiksu "Podejdź Bliżej". Natomiast poniżej znajdziecie wersję pełną, bez ingerencji korekty:


Komiks otwiera martwa natura przedstawiająca opuszczony pokój, w lewym dolnym rogu widnieje cytat. Wers pochodzi z dramatu Woody'ego Allena "Inna kobieta", ale mi osobiście owa plansza przywiodła na myśl wcześniejszy jego film. Stworzone w 1978 roku "Wnętrza" to jedna z jego pierwszych prób zmierzenia się z czymś innym niż komedia. To obraz z aspiracjami, dramat rodzinny inspirowany kinem Ingmara Bergmana. Tytułowe "wnętrza" odgrywają w nim niebagatelną rolę - główna bohaterka jest wziętym architektem wnętrz, a elementy takie jak design, czy nawet ubiory, są jednym ze sposobów charakteryzowania bohaterów. Jednak ten bardzo ciekawy pomysł Allen przytłoczył innymi, tradycyjnymi sposobami narracji. Wkładając w usta postaci patetyczne słowa, opisując ich błahe życiowe i moralne rozterki osiągnął niezamierzony (podobno) komizm i nie uchwycił w tym filmie nic istotnego, a efekt jego pracy stał się nadęty i przegadany. W komiksie Line Hoven znajdziemy kilka stycznych z "Wnętrzami", ale autorka nie popełniła błędu Allena - wystrzegła się nadmiaru słów, a oddała głos rekwizytom.

Pochodząca z amerykańsko-niemieckiej rodziny Line Hoven stworzyła historię, w której za pomocą kilku epizodów z życia swoich przodków opisała jak los sprawił, że została zmuszona do życia w Niemczech. Na fabułę składają się z pozoru nic nie znaczące wydarzenia i problemy członków jej rodziny. Jednak błahe rozterki jej dziadków i rodziców - jak powtarzanie klasy ze względu na pałę z angielskiego, czy infekcja jednego z bohaterów przekreślająca jego wyjazd na front II Wojny Światowej- faktycznie urastają w jej komiksie do wielkiej rangi, bo w przyszłości wpłyną na jej własne życie.


Mimo, że w stylistyce i narracji to zupełnie inne prace, chętnie zestawiłbym ten komiks ze znakomitą, wydaną u nas w tym roku "Parentezą" Elodie Durand - również oszczędnym dokumentem, próbującym odczarować czas i pełniącym funkcję rozliczenia się z przeszłością. "Podejdź bliżej" to kilka miniatur, z jednej strony zdystansowanych i nie aspirujących do bycia portretem rodzinnym czy studium relacji międzyludzkich, z drugiej jednak niezwykle intymnych. To prosta opowieść, zrealizowana w nieskomplikowanej formie, ale dzięki temu uwypuklająca różnice między prowadzeniem literackiej narracji, a opowiadaniem obrazem, którego mocne strony Hoven umiejętnie wykorzystała. Wydaje mi się, że gdyby ta historia została przedstawiona za pomocą innych mediów - literatury czy filmu, nie sprawdziłaby się, stałaby się w istocie banalna, bo jest tak kameralna i pretekstowa, że trudno byłoby z niej wykrzesać coś interesującego. Natomiast zaklęta w bezruchu, opowiedziana za pomocą grafik stworzonych metodą scratchboardingu - techniką polegającą na ryciu ostrym narzędziem w  powierzchni pokrytej czarnym tuszem -  odbiega od tradycyjnych sposobów prowadzenia opowieści, nawet od tych charakterystycznych dla sztuki sekwencyjnej. Typowe dla komiksu elementy: imitacja ruchu, dynamika, dialog podawany w dymkach, nie są tu aż tak istotne. Ważniejszą rolę w kreowaniu świata przedstawionego odgrywają tła, wnętrza pomieszczeń, krajobrazy i przedmioty, które stają się wręcz pełnoprawnymi bohaterami i mają więcej do powiedzenia niż występujący w komiksie ludzie. Wyrażają pragnienia bohaterów, ich wątpliwości i uczucia. Rozdziały albumu przecinają też dokumenty - stare zdjęcia, bilety, rachunki -  jak zasuszone w książce liście-pamiątki, stanowiące w tym komiksie coś w rodzaju narracji pozakadrowej. Ich rola jest tu tak istotna, że nawet pozostawienie w kronice rodzinnej pustego miejsca po jednym ze zdjęć stało się dla Hoven formą wypowiedzi.



"Podejdź bliżej" nie jest arcydziełem czy wielkim komiksem i kończąc lekturę pozostałem z niedosytem. Mimo, że autorce nie sposób zarzucić brak oryginalności, to mam wrażenie, że nie tak dużo dzieliło ją od stworzenia czegoś naprawdę unikalnego, znacznie bardziej eksperymentalnego, odkrywczego. Line Hoven bała się posunąć o krok dalej. Chyba po raz pierwszy zetknąłem się z twórcą, o którym mogę napisać, że trzymanie się komiksowych ram go w jakiś sposób ograniczyło. Warto jednak pamiętać, że to jedna z jej pierwszych prac i mieć nadzieję, że w przyszłości zechce szukać coraz ciekawszych rozwiązań narracyjnych. Wydaje mi się, że to odosobniony przypadek komiksowego artysty, który może opowiadać historie odchodząc od sekwencyjności. Kierowanie się w stronę sposobu wypowiedzi, jaki obrał Frédéric Pajak tworząc swoją książkę "Smutek Miłości" - narrację literacką połączył z luźno powiązanymi z tekstem rysunkami - w jej przypadku mogłoby dać niesamowite efekty.

wtorek, 2 października 2012

Goliat - Tom Gauld


Wydawnictwo Centrala powoli staje się bardzo istotnym elementem krajobrazu naszego rynku komiksowego. Poznańska oficyna nie boi się stawiać na tytuły eksperymentalne, awangardowe i niejednoznaczne w ocenie. Są to często pozycje tak niszowe (ukazujące się nierzadko w nakładzie zaledwie 300 egzemplarzy), że prawdopodobnie żaden inny wydawca nie zdecydowałby się na ich publikację. Mimo że to nie z ich stajni wyszły najlepsze tegoroczne premiery (pulę zapewne zgarną wydane przez Timof Comics grube tomiszcza firmowane nazwiskami cenionych twórców), w moim rankingu – ze względu na nietuzinkową ofertę i to, że ich działalność podszyta jest misją propagowania komiksu artystycznego – zasłużyli na miano wydawnictwa roku. Oprócz nieznanych, podziemnych autorów, w ich katalogu czasem pojawiają się jednak pewniaki z dużych zachodnich wydawnictw niezależnych. Tym razem sięgnęli do oferty znakomitej kanadyjskiej oficyny Drawn & Quarterly, by przedstawić nam jednego z najbardziej obiecujących współczesnych twórców – Toma Gaulda.

Szkocki rysownik popularność zdobył jako autor komiksów prasowych i ilustracji publikowanych między innymi w „Guardianie” i „New York Timesie”. „Goliat” to jego pierwsza pełnometrażowa historia i nietrudno zauważyć, że jest pracą oddalającą się od poetyki, jaką prezentuje w swoich gazetowych stripach, w których próbuje zazwyczaj zawrzeć sporo treści, a przy tym zaprezentować gag, opowiedzieć błyskotliwą historyjkę i rozśmieszyć czytelnika. W „Goliacie” porzuca to na rzecz kreowania melancholijnej atmosfery i snuje poetycką opowieść o egzystencjalnej wymowie, dotykającą spraw fundamentalnych. Widać, że mimo sukcesów pragnie rozwijać się jako artysta i jako człowiek.

To nie pierwszy biblijny komiks Toma Gaulda. Wcześniej, dla interesującej, cyklicznej antologii „Kramers Ergot”, stworzył krótką historię o budowie arki, opowiedzianą z perspektywy synów Noego. Jednak dopiero w „Goliacie” przedostaje się w swojej twórczości na inny poziom. Scenariusz oparty na starotestamentowej przypowieści staje się pretekstem do snucia historii czerpiącej garściami z kontemplacyjnego kina, sytuującej się gdzieś w okolicach twórczości Jima Jarmuscha. Olbrzym Goliat – tu scharakteryzowany jako filistyński urzędnik-niedojda, wykorzystywany jako straszak w wojnie psychologicznej – siedzi, rozmawia z giermkiem i „czeka na Godota”, który na jego nieszczęście tym razem postanawia się objawić. Programowa przewidywalność tej historii sprawia, że – w opozycji do wydźwięku sztuki Becketta – chciałoby się ją odczytywać jako przypowieść o nieuniknionym. Przedstawienie fabuły z perspektywy Goliata, którego autor kreuje na melancholijnego poczciwca, jest dość przewrotne, bo postać ta w świadomości czytelników funkcjonuje jako złoczyńca. Podkreśla to, jak bardzo jesteśmy bezradni wobec roli, która została nam przypisana. „Goliat” to także historia człowieka, który wbrew swoim predyspozycjom oraz wbrew swojej woli staje się trybem w machinie i mimo że zdaje się równie dobrze co czytelnik wiedzieć, jaki los go czeka, godzi się z przeznaczeniem, z pokorą przyjmuje rolę kozła ofiarnego. Jeśli rozpatrywać ten komiks pod tym względem, moglibyśmy znaleźć w nim również związki z filmem „Serious Man” braci Coen, w którym kanwę scenariusza stanowiła przypowieść o Hiobie. Aczkolwiek, o ile tam fabuła była pewnym wezwaniem do konfrontacji z Bogiem, a bohater był często wewnętrznie rozdarty, w „Goliacie” znajdujemy całkowitą pokorę i pogodzenie się bohatera ze swoją dolą.

Ważnym elementem, jaki dostrzegamy w grafikach Gaulda, jest obsesyjne zestawianie dużego z małym. Jego postacie mają zazwyczaj monstrualne, obłe torsy z małymi głowami. Często stawia też miniaturowe ludziki w sąsiedztwie monumentalnych budowli lub wielkich robotów. Warto to podkreślić, bo nietrudno odnaleźć analogię dla takiego obrazowania w przypowieści o Dawidzie i Goliacie. Zarazem rysownik próbuje też przełamać schemat, który go prześladuje, bo w jego komiksie olbrzym jest słaby, a nikczemnych rozmiarów przyszły król żydowski – wyniosły i budzący grozę.

Z tytułów znanych polskiemu czytelnikowi „Goliatowi” Gaulda najbliżej jest do prac wybitnego norweskiego twórcy komiksowego – Jasona („Gang Hemingwaya”, „Stój”, „Psst”). Mimo że obaj stosują w swojej narracji minimalizm, warto zauważyć, że każdy z nich prezentuje zupełnie inną jego formę. Szkot posługuje się prostym piktogramem, Norweg natomiast estetyką, którą najłatwiej będzie opisać jako parafrazę disnejowskich animorfów z lat 20. W podobieństwach, które znajdziemy między nimi, nie chodzi więc o podobny styl czy, nie daj Boże, o to, że jeden drugiego kopiuje. Obu twórców łączy specyficzna wrażliwość i podejście do przedstawiania fabuły. Tak jak Gauld skorzystał z opowieści biblijnej, tak samo Jason często przemyca istotną treść i własne intencje pod utartymi schematami gatunkowymi.

Mimo że Tom Gauld opowiada w swoim komiksie starą biblijną historię, a oszczędne ilustracje nierzadko stylizuje nawet na prehistoryczne rysunki naskalne, tak naprawdę tworzy bardzo nowoczesny formalnie komiks, utrzymujący idealny balans między artystycznością, ascetycznym piktogramem a zajmującą opowieścią, wykraczającą siłą rażenia poza hermetyczne komiksowe środowisko. „Goliat” jest znakomitym okazem współczesnego komiksu autorskiego i przykładem tego, jak medium to – powoli zaczynające cierpieć na przesyt wzbudzającą coraz mniej emocji wśród czytelników obyczajową, historyczną i quasi-publicystyczną powieścią graficzną – szuka dziś nowych dróg, by dotrzeć do wymagającego odbiorcy.

niedziela, 22 lipca 2012

Somnambule - Anke Feuchtenberger

Recenzja ukazała się na łamach portalu księgarskiego ksiazka.net.pl. Możliwe, że jeszcze czasem coś się tam mojego pojawi - niekoniecznie o komiksach. Album do recenzji udostępniła Centrala. Bardzo dziękuję. 


Jak zaznacza autorka, ważnym punktem tych prac jest dla niej cielesność przedzierzgnięta w metaforę. W wywiadzie/posłowiu próbuje jednak odwieść czytelnika od prób interpretacji - "nie chciałabym, żeby obrazy stały się psychoanalitycznymi symbolami". To zapewne bardzo osobiste prace, więc prawdopodobnie taką obronną reakcję powoduje u niej lęk przed emocjonalnym obnażeniem się. Ale nawet bez rozkładania ich zawartości na części pierwsze dojdziemy do dość prostych, kryjących się właśnie w jej podświadomości komunikatów. W trakcie lektury dostrzegamy, że grafiki nawiedzają takie symbole jak drzwi, kapelusz czy inne, zdecydowanie bardziej jednoznaczne elementy, jak nagość, genitalia czy odpadające głowy. W tematach prac można doszukiwać się związków z twórczością surrealistycznych malarek takich jak Leonora Carrington czy Remedios Varo.




czwartek, 8 marca 2012

Alois Nebel

Komiks do recenzji podesłało Wydawnictwo Centrala . Dziękuje!


Zawsze gdy czytałem wzmianki o "Aloisie Neblu", natykałem się na porównania do "Sin City" i "Pociągów pod specjalnym nadzorem". Mimo oczywistych związków, takie sugestie wprowadzają potencjalnego czytelnika w błąd. "Alois" okazał się zupełnie innym komiksem, niż się spodziewałem. Mimo gatunkowej, kryminalnej klamry i pewnej dozy dramatu obyczajowego, jest to właściwie opowieść aspirująca do bycia czymś zupełnie innym. Sam wątek kryminalny zdaje się być tylko pretekstowy, wybrany chyba gdy pomysł dopiero się klarował i właściwie szkoda, że przetrwał do finalnej wersji, bo w jakiś sposób ujmuje temu, czym ta trylogia jest naprawdę.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>



piątek, 18 listopada 2011

Stuck Rubber Baby - Howard Cruse


Komiks do recenzji podesłało Wydawnictwo Centrala . Dziękujemy!



"
Stuck Rubber Baby" to niemal dokumentalny zapis nastrojów społecznych panujących na południu Stanów Zjednoczonych wśród ludzi mniej lub bardziej związanych z ruchami wolnościowymi lat sześćdziesiątych i tego, jak te nastroje wpływały na ich światopogląd, życie i decyzje. Jest to też jednak obraz mocno subiektywny i spersonalizowany, zawierający wątki autobiograficzne, bo Howard Cruse podporządkowuje narrację swojemu alter-ego, osobie nie stojącej w centrum wydarzeń, ale wciągniętej przez kontakty towarzyskie w kręgi aktywistów. Tak się składa, że bohater od dziecka ma problemy ze swoją tożsamością seksualną. Wejście w to środowisko prowadzi do stopniowej akceptacji tych skłonności. Oczywiście nie dzieje się to bezboleśnie, to nie radosny coming out, wiąże się z rozterkami moralnymi i problemami, które zaczynają dotykać i krzywdzić również jego najbliższe otoczenie.

CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>

czwartek, 13 października 2011

Tajemnice Poznania - prasowy film rysunkowy z lat 1948 - 1949

Komiks do recenzji podesłało Wydawnictwo Centrala . Dziękujemy!

(okładka autorstwa Ady Buchholc )

"Tajemnice Poznania" to publikowany między 1948 a 1949 rokiem "prasowy film rysunkowy". Świadomość istnienia tego typu publikacji wdzięcznie uzupełnia pewną lukę w naszej "kulturze obrazkowej". W tamtym okresie w polskich gazetach codziennych pojawiało się sporo tego typu cyklicznych komiksów, ale było to zjawisko stricte komercyjne, kojarzone ze "zgniłym zachodem", które już za chwilę zostanie silnie tępione przez komunistyczne władze. Spośród kilku podejmujących tematykę wojenną pozycji, wydawcy wybrali rzekomo najdojrzalszego i najciekawszego przedstawiciela tego nurtu.


CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>


niedziela, 15 maja 2011

45-89 Comics behind the iron curtain. Komiks za żelazną kurtyną



"Na początku 1948 roku Polityka (serbska gazeta - przyp. Krzysztof ) napisała, że komiks uciekł do podziemia, gdzie zresztą jego miejsce. Komiksy miały być sprzedawane tajnie, za słone pieniądze, a ich celem jakoby było zatrucie umysłów najmłodszych, pokolenia, które dziś wychowuje się w nowym, zdrowym duchu, w kraju, w którym nie ma porywaczy ani gangsterów."


- Wzloty i upadki komiksu serbskiego
Zdravko Zupan


Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Centrala. Bardzo dziękuję.



Gdyby wszędzie komiks rozwijał się w sprzyjających warunkach, opisanie rozwoju historii obrazkowych byłoby pewnie proste: "tu był publikowany Wilhelm Busch, więc tu komiks rozwijał się tak, a tak. Tu były wyraźne wpływy McCaya, a tu Dore... bla, bla, bla...". Nie wszędzie jednak było normalnie, a ogarnięcie tematu wcale nie jest takie proste.

W
omawianej przeze mnie książce publicyści z siedmiu krajów: Czech, Rumunii, Węgier, Serbii, Jugosławii, Słowenii i Polski próbują sportretować sytuację, w jakiej historie obrazkowe znalazły się w państwach będących pod dyktaturą kulturalną Związku Radzieckiego. Mimo tego, że na owych terenach komiks zazwyczaj rozwijał się świetnie przed wojną, to jako "symbol i narzędzie prania mózgu wykorzystywane przez zgniły imperializm" był w ZSRR i państwach satelickich najprościej mówiąc tępiony. Ze względu na hamowanie rozwoju formy (usuwanie dymków, udziecinnianie) miał zdecydowanie trudniej niż kino. Rozwijał się impulsywnie, wraz z historycznymi odwilżami, zmianami władzy - jednak cały czas był traktowany marginalnie, po macoszemu, przez co z trudem załapywał się na "upuszczanie pary z zaworu bezpieczeństwa".



(hiphopowy tribute dla klasycznego komiksu serbskiego o młodych partyzanckich kurierach Mirku i Slavku - acz tak do końca nie jestem pewien o czym traktuje tekst...)


Spośród wszystkich opisywanych najciekawiej i najobszerniej prezentuje się historia i specyfika prężnie rozwijającej się sceny serbskiej (dużo komiksu realistycznego, gatunkowego, a nawet specyficzny nurt fotostory - w tym takie cuda, jak stopklatkowa wersja Skarbu Sierra Madre Hustona!). Lecz z dumą muszę przyznać, że część poświęcona polskiemu komiksowi - sporządzona przez Adama Ruska - jest zdecydowanie najlepiej opracowana. Mimo wiążących go ram krótkiego artykułu, nie ogranicza się on do wypisania suchych informacji, a próbuje dociec co, jak, gdzie i dlaczego - i nie mówię tu tylko o faktografii, ale też o stronie formalnej. Czuć w tym tekście analityczny umysł autora i jego związki z myślą filmową (powoływanie się na Lubelskiego). Bardzo żałuję, że nie mogłem być na wystawie, której ten tekst towarzyszył (klik). Jeśli już mowa o stronie wizualnej, wypada wspomnieć, że jednym z głównych mankamentów książki jest właśnie brak odpowiedniej oprawy graficznej. Ilość ilustracji, jakie znajdziemy w środku jest niestety dość symboliczna. Komiks za żelazną kurtyną to rzecz wzmagająca dużo bogatszej, bardziej ekskluzywnej i wyczerpującej oprawy. Naprawdę przydałoby się uzupełnienie tekstów przykładowymi planszami twórców, o których mowa. Bez tego pozostaje nam nieustanne (i czasem bezowocne) korzystanie z internetowej wyszukiwarki grafiki. Oczywiście nie jest to zapewne wina wydawcy, a raczej problemu z prawami autorskimi i oszczędnością związaną z wąskim targetem tej publikacji.




(Praski urban legend, kilkakrotnie parafrazowany w czeskim komiksie
)


Na zakończenie dodam, że z historią komiksu w krajach Bloku Wschodniego wiąże się wiele ludzkich tragedii. Ja - osoba wychowana na Semicu, ale pamiętająca jeszcze wizyty w księgarniach z lat 80tych, reagowałem na to co tu wyczytałem z wielkim przejęciem. Najgorsze jest to, że momentami aż nadto dobrze widać w tym wszystkim analogię do dnia dzisiejszego. Dobrze wiem, jaka jest obecnie sytuacja, jak wygląda rynek i czytelnictwo. Jacy ludzie (często tylko pozornie i zarobkowo związani z kulturą*) są dziś odpowiedzialni za marginalizację i tępienie komiksu - wiem, jakie mogą być tego skutki i przyszłe losy medium, które przestaje być modne i na którym zależy coraz mniejszej ilości osób. Pszepaństwa. Oto nasz (mój) Katyń. I mówię to bez podśmiechujków. Ta książka to rzecz, która "powinna była się ukazać", ważna dla naszej tożsamości kulturowej i więcej warta niż sto pseudopatriotycznych komiksów**. Na półce powinien ją mieć każdy komiksiarz.



Wydanie nie jest nadzwyczajne. Mimo że książeczka ma grzbiecik to inaczej niż "broszurką" się jej nazwać nie da . W środku kilka ilustracji.





*Palenie Szopena, pominięcie komiksu na Europejskim Kongresie Kultury : klik, klik .
Wg mnie bardzo szkodliwe jest też postrzeganie komiksów przez pryzmat miernych i spłyconych ekranizacji
(najczęściej bez znajomości ich pierwowzorów). A czasami, o zgrozo, postrzeganie tych ekranizacji pozytywnie(pseudokrytyka filmowa! nie będą pokazywać palcem) i traktowanie ich jako zadowalający surogat...

**które wydają/tworzą chyba ludzie którzy - mimo diametralnie innych poglądów - wartość komiksu usilnie sprowadzają do martyrologicznego chłamu którego naczytali się za komuny .

wtorek, 8 marca 2011

We Włoszech wszyscy są mężczyznami - Luca de Santis i Sara Colaone


Komiks do recenzji udostępniło Wydawnictwo Centrala . Bardzo dziękuję.



Włoski komiks artystyczny objawia się w naszym kraju bardzo rzadko, a że jednym z moich ulubionych albumów pozostaje niedoceniony 5 to liczba doskonała, to na sposobność sięgnięcia po inną, stricte autorską pozycję z tego kraju zareagowałem bardzo entuzjastycznie. Tym bardziej, że We Włoszech Wszyscy są Mężczyznami to komiks nagradzany. Co prawda wchodzi na dość modne i eksploatowane ostatnio tematy, ale dla dobra sprawy ( mówiąc "sprawy" mam na myśli komiks oczywiście ) udawajmy przez chwilę, że nie czujemy jeszcze przesytu tematyką homoseksualizmu...

... i tym, że mamy w rękach kolejny komiks historyczny. Tym razem rzecz dotyczy internowania homoseksualistów w przedwojennych Włoszech. Na szczęście wątek polityczny jest tu uszczuplony do minimum, więc nie znajdziemy na tym polu nachalnego moralizatorstwa. Nikt nie próbuje też nam wciskać treści typu "homoseksualista też człowiek" - autorom, pochodzącym z kraju, w którym homoseksualiści bardzo mocno wpisali się w sztukę i kulturę, wydaje się to zapewne oczywiste. Co ciekawe, dostrzegam w tym komiksie pewną gloryfikację witalności, woli życia i młodości charakterystyczną dla Trylogii Życia, czyli cyklu słynnych adaptacji stworzonych przez Pasoliniego. Ale chyba na tym podobieństwa się kończą...


(kliknij aby powiększyć )

Luca de Santis korzystając z oczywistych skojarzeń, szukając pretekstu do opowiedzenia o miejscu i ludziach, wpisuje ową historię w ramy Burzy Szekspira. W fabule widać tę pretekstowość, ale uznajmy, że od strony konstrukcji to przyzwoita robota. Mimo tego, że wg notki scenarzysta często współpracuje z telewizją i chociaż fragmentarycznie komiks stylizowany jest na nagranie wideo, to trudno doszukiwać się tu zabiegów stricte filmowych czy znanych ze storyboardów. W narracji nie ma również szczególnie widocznego nadmiaru literackości. Rysunki Sary Colaone - mimo kilku drobnych wpadek - można tylko chwalić. Ich oszczędność i dynamika to synonim komiksowości - w dobrym tego słowa znaczeniu.

Tak, wiem. To co piszę brzmi bardzo zachęcająco. Jednak okazuje się, że trudno mi jednoznacznie oceniać ten komiks. Z jednej strony to rzecz na każdym poziomie dojrzała, z drugiej - na żadnym poziomie nie spełniająca moich oczekiwań, nieprzekonująca i w jakimś sensie będąca dowodem na wyczerpanie formuły "powieści graficznej"*. To w końcu rzecz do bólu przeciętna... Na dodatek - mimo tematyki - jest to praca bardzo grzeczna. Na tyle grzeczna, że nie sposób znaleźć na nią haka. Jeśli są tu pokazywane uczucia bohaterów, to pokazywane są bardzo, bardzo subtelnie. Mnie osobiście brak odwagi twórców zwyczajnie smuci... ale przynajmniej dzięki tej zachowawczości nikt tego komiksu - jak naszego Szopena - nie zmieli. Niemniej jednak, jeśli chcecie parafrazy Burzy Szekspira, to zachęcam raczej do sięgnięcia po Księgi Prospera albo po film Jarmana. A jeśli idzie o tematykę homoseksualnych więźniów ( poza kinem queer ) to polecam Pocałunek Kobiety Pająka...

Zauważyłem, że w owym tekście umyka mi niestety sedno sprawy. W każdym razie, pisząc go daleki byłem od chęci wywoływania dyskusji czy pisania paszkwilu. Na koniec chcę więc dobitnie zaznaczyć, że We Włoszech... to komiks dobry. Problem natomiast tkwi w pewnej tendencji w którą się wpisuje. Zalewające nasz rynek** komiksy biograficzne, historyczne, podróżnicze itp. często oprócz próby dogonienia literatury faktu***niewiele sobą wnoszą. Tak wg mnie prezentował się pierwszy tom Berlina Lutesa (acz dochodzą mnie słuchy, że w następnym tomie jest lepiej). Tak prezentują się gloryfikowane w naszym kraju Rany Wylotowe. Powodzenie tego typu tytułów to obraz naszego czytelnika i tego, czego od komiksu oczekuje. Ja osobiście oczekuję czegoś innego i nie wystarcza mi to, co sobą owe publikacje reprezentują ... Szczególnie, że mam w pamięci Fun Home - dość brawurowy popis tego, co z "powieścią graficzną" zrobić można.


KUP

*jeśli ktoś nadal upiera się przy tym, że owa tendencja nie istnieje, to niech sobie wsadzi w to miejsce "ekstremalnie modny ostatnio komiks obyczajowo/historyczno/biograficzny"

** Jak tak patrzę na to, co napisałem , to określenie "zalewające rynek" to mocne słowa jak na taką partyzantkę - recenzowany komiks ukazał się w 700 egzemplarzach.
***Nie muszę chyba dodawać, że jest to od strony artystycznej kompletnie bezcelowe.