Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura gniewu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura gniewu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

W obcej skórze




Komiks „W obcej skórze” to najciekawszy polski debiut jaki czytałem w ubiegłym roku. Zaskoczę pewnie wielu z tych, którzy mieli okazję zetknąć się z dziełem Anny Andruchowicz: to album, który ja osobiście postrzegam w kategoriach horroru. Już widzę miny malkontentów nie szanujących tego gatunku, więc od razu tłumaczę - gdyby „W obcej skórze” było komiksem o ludziach, zapewne postrzegalibyśmy go jako horror cielesny.

Komiks Anny Andruchowicz  ma sporo wspólnego z wybitnym „Przybyszem” Shaun Tana.  "W obcej skórze" również jest całkowicie nieme i narysowane do bólu realistyczną kreską. Zbierzna jest też treść, bo Andruchowicz podejmuje ulubiony temat Australijczyka: odmiennośc. Shaun Tan najczęściej robi to za pomocą bardzo subtelnych metafor, z precyzją uderzając w czułe struny duszy czytelnika. Natomiast Polka nie miała zamiaru (bądź nie potrafiła, bo to niezwykle rzadki talent) budzić uczucia metafizycznego wyobcowania. Postawiła na dosłowność i zagrała na emocjach czytelników za pomocą niepokojącej cielesności jednego z bohaterów.




Podczas samotnego polowania pewien wilk napotyka przedziwne psowate zwierzę o zdeformowanym, kolczastym pysku. Początkowo wpada w panikę, ponieważ stworzenie wydaje się potężnym, groźnym drapieżnikiem. Po chwili okazuje się jednak, że dziwaczny krewniak ma wobec niego pokojowe nastawienie. Na pewien czas zostają zgranymi kompanami. Na kolejnych stronach zwierzę-potwór zyskuje szacunek zarówno swojego towarzysza jak i czytelnika komiksu. Mimo iż bez wątpienia jest dziki i groźny, to jest też monumentalny, czuły i piękny. Obraz ten załamuje się, gdy nagle pojawia się wataha nie akceptująca dziwacznego stworzenia. Nie dostrzega w nim piękna. Widzi tylko odmieńca, którego należy się pozbyć.

 „W obcej skórze” to oczywiście historia metaforyczna, bo rozgrywa się w królestwie zwierząt, ale przy tym jest bardzo dosadnie i wyraźnie wyartykułowana. Wilk to zwierzę stadne, przykładające dużą wagę do hierarchii i zachowań społecznych i jasne jest, że to opowieść o odrzuceniu, niezrozumieniu i nietolerancji dla inności, o zachowaniach, które występują na tych samych zasadach zarówno w królestwie zwierząt, jak i w świecie ludzi.  Chciałbym opowiedzieć wam tę historię do końca, ale żeby zachować resztki pozorów tego, że piszę recenzję, ugryzę się w język i nie będę zdradzał finału. Zasygnalizuję tylko, że prócz tego, iż jest to historia o nietolerancji, to mówi też o samotności z wyboru, podyktowanej strachem przed własną odmiennością, która może doprowadzić do skrzywdzenia zarówno siebie samego, jak i osób, które chcą się do nas zbliżyć.



Dla mnie najciekawsze wydaje się to, że jest to historia o udręczonym monstrum, która w ramach horroru opowiadana była już setki razy: od klasycznego „Frankensteina” ze stajni Universalu, przez „Carrie” i „Człowieka słonia” (tak, to też jest horror!), po zeszłoroczne „Under the Skin”. To, że dzieje się w królestwie zwierząt pozornie ujmuje temu komiksowi gatunkowości, bo gdy przychodzi do umiejscowienia go w jakiejś szufladzie, można szukać w nim współczesnej folkowej ballady lub rozważać zakwalifikowanie go do baśni. Nie oznacza to jednak, że nie odnajdziemy tu horroru, bo ten zazwyczaj  nie ma problemu by się z nimi łączyć. Co więcej, ma z nią sporo wspólnego, jako że wiele monstrów wywodzi się właśnie z podań ludowych. Nie trzeba być geniuszem, by domniemywać, że wilkołaki, wiedźmy i wampiry w wiejskich gawędach często symbolizowały odmieńców, dziwaków, chorych psychicznie lub fizycznie - ludzi zepchniętych na margines. Moim zdaniem horrory są dziś znacznie bliższe baśni niż często zestawiane z nią quasi-tolkienowskie fantasy. A może są czymś na kształt antybaśni? Wszak w horrorach sytuacja się odwraca, gdyż (te najlepsze!) tworzone są właśnie przez odmieńców, ludzi skazanych na wyobcowanie – idealnym przykładem niech będzie bezkompromisowe „Jeszcze nie skończyłem” Thomasa Ligottiego, które jawnie nawiązuje do pewnej popularnej opowiastki dla dzieci (all pigs must die!).



We wspomnianym wcześniej „Człowieku słoniu” Lyncha, jest scena w której zaszczuty tytułowy bohater (brawurowo zagrany przez Johna Hurta) wił się w panice i krzyczał słowa, na których wspomnienie włosy na całym ciele stają mi dęba. Mam wrażenie, że film ten jest bardzo osobistym dziełem (podobnie jest z Frankensteinem z Universalu, ale o tym napiszę innym razem) i powstał między innymi po to, by naczelny neurotyk kina lat dziewięćdziesiątych ustami Hurta mógł wywrzeszczeć: „ I am not an animal! I am a human being!”. Komiks Andruchowicz, mimo iż opowiada o zwierzętach, krzyczy te same słowa. Wie jednak, że padają w pustkę. Społeczeństwo nie zmieni zdania i zawsze będzie starało się wykluczyć kogoś, kto nie wpisuje się w aktualne normy.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Zapiski na marginesie komiksu "Pięć tysięcy kilometrów na sekundę".





Temat  rozpadu związku jest dziś dość niezgrabnie podejmowany. Patrząc przez pryzmat popkultury: kobietom podaje się historyjki w stylu powieści Grocholi, mężczyznom zazwyczaj jakieś schematy z opowieści Charlesa Bukowskiego. Przepraszam z góry za niezamierzony seksizm i uogólnienie – nie mam zielonego pojęcia o „literaturze kobiecej”, i od razu się usprawiedliwię, że nie znałem w życiu ani jednej kobiety czytającej Grocholę, za to wiele czytających Bukowskiego; służy mi to tylko jako przykład dwóch skrajności. Oba te wzorce, mimo iż wiele mówią o ludzkich pragnieniach, są jednak groteskowe i wręcz komiksowo (w złym tego słowa znaczeniu) przerysowane. Być może, błąkając się cały czas gdzieś na marginesach kultury wiele przegapiłem, ale ostatnie dalekie od banału twory opowiadające trochę inaczej o rozpadzie związku które jestem w stanie wyciągnąć z pamięci to turecko-francuski film „Klimaty” (2006) i znakomity komiks „Niedoskonałości” Adriana Tomine. W tym roku do tej skromnej listy dołączyło „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę”.

*
Manuele Fior, autor „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” z życia dwójki ludzi, którzy w młodości tworzyli związek, wybrał kilka momentów, którymi w niebanalny sposób nakreślił ich losy. Jest przy tym bardzo subtelny, daleki od dramatyzowania i szantażowania emocjonalnego czytelników. Co więcej, nie ustawił w centrum kulminacyjnych chwil w ich relacji. O takich rzeczach jak zbliżenie się do siebie czy ponowne spotkanie dowiadujemy się tylko z kontekstu i pozornie niewiele znaczących scen obyczajowych z ich życia prywatnego i zawodowego. Sam ich związek nie zostaje ukazany, ale ich losy przecinają się, mimo że niekiedy dzielą ich miliony kilometrów. 



Dzięki temu nietypowemu zabiegowi Fior wysnuł bardzo przekonujący, pozbawiony banału i dosłowności portret dwojga ludzi, którzy minęli się ze sobą w życiu. Nie poznajemy ich razem, poznajemy ich osobno, do obojga czujemy sympatię. Nie do końca wiemy czy popełnili błąd, widzimy tylko, że w głębi ducha tego żałują. Tęsknią za sobą, wspominają wspólne chwile, i newralgiczne momenty swojej relacji. Znamy pośrednie przyczyny rozpadu ich związku: między innymi odległość ich dzieląca (stąd zresztą tytuł nawiązujący do prędkości przekazywania sygnału w telefonie komórkowym), brak odpowiedniej komunikacji i pojawienie się „kogoś trzeciego”. Niemniej niejasny jest sam powód rozstania, co więcej bohaterowie sami nie bardzo wiedzą dlaczego to się stało, przez co ich rozgoryczenie i poczucie straty wydaje się większe. Wszystko to powoduje, że są bardzo zawiedzeni swoim życiem i późniejszymi relacjami (szczególnie miota się kobieta, która żyje w poczuciu, że urodziła dziecko „tego niewłaściwego”). Teoretycznie tak wielka tęsknota i nostalgia powinna spowodować ponowną próbę bycia razem, ale gdy bohaterowie zorientowali się jak dużo stracili było już za późno. Ich życia były już na zupełnie innych torach, a wszystkie błędy były nie do naprawienia. 

Fior również mówi o pragnieniach jednostki uwarunkowanych płcią, ale ostrzega też przed tym jak zwodnicze bywają nasze zachcianki. Niemniej szczęście jest ulotne i niewykluczone, że jakąkolwiek decyzję podjęliby bohaterowie - życie razem lub osobno - nie byliby i tak szczęśliwi. Z tego powodu „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” jest komiksem, który najchętniej odczytałbym jako opowieść o samej tęsknocie, towarzyszącej nam zawsze, bez względu na to na jakim etapie życia się znajdujemy. Bowiem najbardziej pożądamy tego, czego nie możemy mieć lub czegoś, co już utraciliśmy, co już nie wróci. 

*
Można spotkać się z opiniami, że komiks jest medium, w którym trudniej niż w literaturze podejmuje się wątki psychologicznie.  Ja twierdzę, że po prostu porusza się je inaczej. Każde medium gra wszak swoimi regułami. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś zarzucił płytkość psychologiczną filmom Antonioniego, tylko dlatego, że ich bohaterowie nie prowadzą kwiecistych dyskusji, czy nie mają wielkich wewnętrznych monologów. Prawdą jest, że powieść graficzna ma jakiś kompleks względem prozy i często bywa przeładowana warstwą literacką, ale istnieją pozycje, których ten syndrom wcale nie dotyka. „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” nie ma zamiaru udawać powieści. Dla autora – architekta i uznanego ilustratora – to rysunek jest tak samo naturalną formą wypowiedzi jak słowo. 



W komiksie Fiora oczywiście wiele dzieje się w dialogach, ale równie dużo energii i znaczeń zawierają subtelne grafiki. Mimo iż znajdziemy tu sporo szczegółowej sekwencyjności, nieraz ukazującej bardzo intymne sceny, to autor stroni od formalnej ekwilibrystyki. Można byłoby wręcz powiedzieć, że stawia na narracyjną prostotę, gdyby nie fakt, że cała magia i ładunek emocjonalny, stan duchowy bohaterów zawiera się w barwach. Kolorystyka podróżuje wraz z nimi, zarówno w różne części świata, jak i po etapach ich życia, stopniując się na wzór pór roku: od subtelnej letniej żółci scen rozgrywających się w ich rodzimych Włoszech; przez zimową, zilustrowaną w chłodnych tonacjach Norwegię; po zgaszony, niemal jesienny Kair, który mógłby być graficznym ekwiwalentem słynnej piosenki Stranglersów „Golden Brown”. Zatacza koło by ponownie doprowadzić do ich spotkania w rodzinnej Italii. Już tak odmiennej, ukazanej nocą, tonącej w deszczu i sportretowanej za pomocą ciemnego granatu. Aby w końcu znów wrócić do Włoch ich młodości, do tego za czym tak bardzo tęsknią.

*

„Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” nie jest opowieścią dla każdego, ale wpuszcza trochę świeżego powietrza do pokoju, w którym kiszą się twórcy komiksów obyczajowych. Pisząc o powieściach graficznych, czasem wręcz zmuszam się do tego, by nie wytykać im sztampy, powtarzania schematów – bo wydaje się, że konwencja uległa już wyczerpaniu. Co jakiś czas trafiają się jednak perełki w tym nurcie. Komiks Fiora jest jedną z nich. Jeśli cenicie obyczajówkę i komiks artystyczny - niekoniecznie ten skłaniający się w kierunku awangardy - to zachęcam do sięgnięcia po „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę”. Nie jest to mój ulubiony komiks z tego roku, ale na pewno zostanie u mnie na półce.


wtorek, 4 listopada 2014

Tramwaj zwany apokalipsą






Mam spory problem z dużymi, komercyjnymi filmowymi produkcjami. Po seansie zazwyczaj nic nie pamiętam. Nie odczuwam też zbyt wielkiej satysfakcji, nie potrafię się utożsamić z bohaterami, a mój mózg wyłącza się w czasie scen akcji. Nie ma też mowy o pozytywnych emocjach, większość tych filmów mnie irytuje albo wpędza w depresję. Gdyby ekranizować album Tomasza Grządzieli (kryjącego się pod pseudonimem Spell) to adaptacja musiałaby być właśnie wielkim blockbusterem. Rysunkowe opowieści rządzą się jednak innymi prawami niż filmy i jestem pewien że nigdy do takiej adaptacji nie dojdzie. Bowiem autor za miejsce akcji nie wybrał futurystycznych metropolii rodem z komiksu Moebiusa a protagonistami nie uczynił superherosów. Fabułę osadził na szynach polskiej komunikacji miejskiej, a główne role oddał ludziom o twarzach ciosanych z kartofla.  

Poranek. Trójmiasto. Miejsce akcji – wnętrze tramwaju. Zapełniają go liczne indywidua. Pot śmierdzi spod pach, dresy troglodytów szeleszczą, babcie w moherowych beretach stukają laskami o podłogę i próbują przepchnąć się jak najszybciej na miejsca siedzące, by przypadkiem nie podsiadła ich wykolczykowana młodzież. Motorniczy (kobieta motorniczy – zabijcie mnie, nie wiem jak to odmienić) ze skłonnościami do depresji siada za sterami. Nikt nie przypuszcza że zaraz nastąpi Hitchcockowskie trzęsienie ziemi „na miarę naszych możliwości”: do tramwaju wejdą kanary, a potem akcja zacznie nabierać tempa. Od tego momentu groteskowy rollercoster polskiej rzeczywistości zaczyna się rozpędzać, uzupełniany wciąż nowymi atrakcjami. Znajdziemy tu pojedynki żywcem wyjęte z mainstremowych anime, spektakularne sceny pościgów, kraksy, robota do zadań specjalnych (stworzonego w tajnych laboratoriach MPK) i wiele innych elementów wyciągniętych żywcem z  największych hitów (czasem dosłownie cytowanych) światowej popkultury.  Z tą tylko różnicą, że zostały okraszone sporą dawką turpizmu, zakazanych twarzy i twardo osadzone w naszej codzienności. Autor zapewne odżegnałby się od takich porównań, ale grający w tym komiksie pierwsze skrzypce tramwaj i pasażerowie, którzy znaleźli się na jego pokładzie, siłą rzeczy można odczytać jako metaforę naszego kraju i jego obywateli, którzy gnają jak banda lemingów nad skraj przepaści, przy okazji biorąc się między sobą za łby.   



Debiutancki album Grządzieli jest całkowicie pozbawionym dialogów (autor stroni nawet od onomatopei). Ten rodzaj wypowiedzi za pomocą medium obrazkowego uważany jest często za najtrudniejszą formę komiksową. Twórcy niemych opowieści rysunkowych, którzy wielbieni są dziś przez czytelników, zazwyczaj czerpią dużo z języka filmu, stawiają na szczegółową sekwencyjność, i te elementy znajdziemy również w warsztacie Grządzieli. Nie jest jednak tak, że autor zdradza komiks – tak jak Szwajcar Thomas Ott, którego nerwica natręctw zaprowadziła w warsztatową ślepą uliczkę i bliski już jest tworzenia „ułomnego kina”- bo u Spella proporcje są idealnie wyważone. Jest tu wykorzystywana duża doza skrótowości, piktogramu, komiksowej dynamiki, jedynie mądrze uzupełniona takimi elementami jak filmowe kadrowanie. Grędziela nie ma kompleksów związanych z tym, że tworzy w obrębie medium kojarzonego z historyjkami dla dzieci. Jego styl czerpiący na równi z estetyki głębokiego cartoonu i rysunku semirealistycznego, doprawiony wyrazistą, jaskrawą kolorystyką wręcz to celebruje. 

„Ostatni przystanek” nie jest objawieniem nowego wielkiego twórcy, ale jak na debiutanta to wyjątkowo dobry album. O niebo lepszy niż recenzowany ostatnio przeze mnie „Niedźwiedź”. Dlaczego wspominam o komiksie Kurta i Śledzińskiego? Ano dlatego, że komiks Spella wywodzi się z wprost z tradycji „produktywnych” i jest znakomitym przykładem na to, jak duży wpływ wywarł ów magazyn na następne pokolenie twórców, i ich podejście do komiksu rozrywkowego. Nie będę ukrywał, że chętnie zobaczyłbym Grządziela jako jednego z ludzi, którzy zajęliby się tworzeniem spin offów „Osiedla swoboda”.

środa, 1 października 2014

„Niedźwiedź” - Sledziński/Kurt




Pod koniec lat 90. moja miłość do komiksu przeżywała pierwszy kryzys. Były to czasy, gdy o Internecie mogłem tylko pomarzyć, a na prowincji naprawdę trudno było kupić coś ciekawego. Bardziej interesowały mnie filmy Jima Jarmuscha niż zeszyty prezentowane przez dogorywającą oficynę TM-Semic, które „poważnemu”, pucułowatemu piętnastolatkowi w koszulce Sepultury wydawały się już lekturą dla dzieci. I chyba całkiem przestałbym wierzyć w komiks, gdyby do naszej wioski ktoś nie przerzucił przez palisadę legendarnego dziś „Produktu”.

Magazyn prezentował wiele interesujących tytułów, ale jego perłą w koronie do końca pozostało „Osiedle Swoboda” Michała Śledzińskiego. To właśnie dzięki niemu ludzie z mojego pokolenia mogli po raz pierwszy przeczytać komiks mocno romansujący z tematyką obyczajową, będący w dodatku tworem, który w istocie jakoś nas dotyczył, opowiadał o doskonale znanej rzeczywistości. Postacie mieszkające na tytułowym blokowisku łatwo podbiły serca czytelników – były przecież tak podobne do naszych przyjaciół i znajomych, których widywaliśmy na co dzień. Na ulubieńca fanów z miejsca wyrósł Niedźwiedź: krępy, puszczający pawie na prawo i lewo, skory do rozwiązywania problemów za pomocą pięści, ale przy tym niezwykle sympatyczny.

Bohater ten swoje pierwsze solowe występy – pisane przez Śledzińskiego, a rysowane przez Kamila „Kurta” Kochańskiego – zaliczył już na łamach „Produktu”. Musiała jednak minąć dekada od śmierci magazynu, by w końcu doczekał się własnego albumu. Na zbiorek składają się krótkie historie pierwotnie publikowane jeszcze na łamach wyżej wymienionego tytułu oraz kilka premierowych: wszystkie o bardzo podobnym schemacie i poziomie. Protagonista najczęściej wplątuje się w jakąś aferę, by na koniec puścić w ruch pięści. Niestety, scenariusze są zaledwie pretekstowe i nie zrobiły na mnie wielkiego wrażenia; co więcej, gagi w nich zawarte nie wydają się szczególnie śmieszne.

Podczas lektury towarzyszyło mi poczucie, że coś w tym wszystkim zgrzyta. Warstwa graficzna jest znakomita, ale nie przystaje do komediowej konwencji. Na rysunkach Kochańskiego osiedle to asfaltowa dżungla. Za dużo w nich chropowatości i brudu, który przysłonił główne cechy oryginalnej serii: pewną dozę cartoonowości oraz błyskotliwy humor. Ten drugi jest jeszcze obecny w bardzo dobrze napisanych, naturalnie brzmiących dialogach (Śledziński ma do tego niebywały talent), które sprawiają, że mimo wszystko „Niedźwiedzia” czyta się z wielką przyjemnością.


Zapewniam jednak, że nie krytykuję tego komiksu tylko z tego powodu, że nie jest drugim „Osiedlem Swoboda”. Może zabrzmi to odrobinę paradoksalnie w świetle powyższych zarzutów, ale moim zdaniem silenie się na humorystyczność jest największą wadą tego albumu. Znając potencjał głównej postaci, gawędziarski talent Śledzińskiego i widząc po latach znakomite prace Kochańskiego, od razu wiedziałem, co można byłoby z Niedźwiedziem zrobić. To bohater idealnie pasujący do sensacyjnej fabuły w stylu gangsta-noir, do czegoś więcej niż tylko pretekstowej zgrywy z biciem „dresów” jako puentą.

Mroczne rysunki Kochańskiego aż proszą się o taką opowieść. Nie wyklucza to oczywiście pewnej dozy humoru, najlepiej rodem z „Big Lebowskiego” Coenów, którego nietypowy protagonista świetnie funkcjonował w ramach kryminalnego schematu rodem z „Wielkiego snu” Chandlera. Niedźwiedź, jako osobnik nie stroniący od przemocy, choć równie sympatyczny, jeszcze bardziej pasowałby do tego typu historii.



Odnoszę też wrażenie, że sami twórcy dostrzegli, gdzie tkwi ów potencjał, bo ostatni komiks w recenzowanym zbiorze sporo czerpie z sensacyjnej poetyki – ilustracje Kochańskiego od razu zresztą skojarzyły mi się z pracami Eduardo Risso odpowiadającego za estetykę przebojowego cyklu „100 naboi”.  Może nie jest to zbyt oczywiste porównanie (bo w wyglądzie postaci bardziej widać inspirację twórczością między innymi Richarda Corbena), ale w obu przypadkach autorzy świetnie odnajdują się w miejskiej scenerii, czerpiąc z bardzo modnej w latach 90. estetyki graffiti i street artu.

Komiks duetu Śledziński-Kochański nie jest oczywiście zły, choć pozostawił mnie z uczuciem sporego niedosytu. Cieszy mnie natomiast fakt, że kopnął z półobrotu w portfele czytelników, bo w momencie, gdy piszę te słowa, w magazynie wydawcy zostało zaledwie kilkadziesiąt sztuk tego albumu. To pozwala mieć nadzieję, że ów komercyjny sukces reanimuje życie na osiedlu, a o samym Niedźwiedziu usłyszymy jeszcze nie raz. 


wtorek, 15 lipca 2014

SYBERIADA 1908


 Swoim poprzednim komiksem Jacek Świdziński zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Wielu krytyków z miejsca okrzyknęło „A niech cię, Tesla!” jednym z najlepszych albumów Anno Domini 2013. Dla mnie natomiast sam autor stał się prawdziwym objawieniem, bez wątpienia najciekawszym polskim twórcą od czasów Tadeusza Baranowskiego. Nie minął rok od lektury wspomnianego błyskotliwego komiksu, a w moje ręce wpadło kolejne dzieło rodzimego artysty – liczące ponad 300 stron tomiszcze o dość enigmatycznym wyglądzie stylizowanym na międzywojenną książkę w introligatorskiej oprawie.

Podobnie jak w swoim poprzednim komiksie, w „Zdarzeniu 1908” Świdziński trawestuje zagrywki fabularne kojarzone ze steampunkiem i retrofuturyzmem. Na kartach albumu przecinają się losy mniej lub bardziej znanych postaci historycznych: Feliksa Dzierżyńskiego, Rasputina czy syberyjskiego przewodnika Dersu Uzały, którego piękny filmowy portret nakreślił swego czasu sam Akira Kurosawa. Na wzór „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów” bohaterowie łączą siły, tworząc supergrupę. Choć ich motywacje są bardzo różne, wspólnie podróżują do serca Syberii, aby zbadać niezwykłe zjawiska, które zaobserwowano tam w tytułowym roku. Opis fabuły może sugerować, że mamy do czynienia z komiksem do bólu wtórnym, próbującym podpiąć się pod koniunkturę historii alternatywnych oraz postmodernistycznego kogla-mogla.



Jednak czytelnicy znający poprzedni album autora „Paproszków, czyli małych piszczących ludzików” dobrze wiedzą, że w przypadku jego najnowszego dzieła o czymś takim mowy być nie może. Jacek Świdziński jest twórcą świadomym praw rządzących komercyjnymi gatunkami, bo na wzór popkulturowych trendów buduje w „Zdarzeniu 1908” swoje własne uniwersum (nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale zasygnalizuję, że spotkamy tu nawet postacie, o których czytaliśmy w „A niech cię, Tesla!”). Równocześnie pozostaje artystą osobnym i bezkompromisowym, który nie ma zamiaru zamykać się w obrębie typowego komiksu środka. Co nie przeszkadza mu tworzyć niezwykle atrakcyjnych opowieści, z których uciechę mogą czerpać także czytelnicy sporadycznie sięgający po graficzne medium.

Scenariusz, mimo iż nosi cechy improwizacji, jest znakomicie poprowadzony, a dialogi aż skrzą się od błyskotliwego humoru. Gdy po raz pierwszy patrzymy na ilustracje Świdzińskiego, zastanawiamy się, czy przed chwilą nie zostały nabazgrane przez ucznia szkoły podstawowej podczas bardzo nudnej lekcji. Aktorami swoich opowieści plastyk czyni bowiem pocieszne, niezgrabnie narysowane ludziki. Feliks Dzierżyński przypomina Ryjka z książeczek o Muminkach autorstwa Tove Jansson, Rasputin natomiast wygląda niczym wąsaty Paszczak. Dopiero gdy zagłębimy się w lekturę, zaczynamy rozumieć, że mamy do czynienia z przemyślanym minimalizmem, świetnie wykorzystywanym przy prowadzeniu narracji. Artysta tak doskonale operuje językiem komiksowego medium, że nie potrzebuje realizmu, by zabrać nas w podróż po Syberii czy Nowym Jorku. Zazwyczaj wystarcza mu kilka kresek, by sprawnie zilustrować wszelkie plenery.


 
W jego twórczości czuć energię Trondheimowskiego „Lapinota” oraz groteskę komiksów Sławomira Mrożka. Samo „Zdarzenie 1908” opisałbym najchętniej jako historię wymyśloną przez Hugo Pratta, która została zinterpretowana przez Marka Raczkowskiego. To misternie utkana fabuła, celebrująca sam akt opowiadania za pomocą komiksu. Jeśli mielibyście przeczytać tylko jeden album wydany w 2014 roku, niech będzie to dzieło Jacka Świdzińskiego. 

wtorek, 20 maja 2014

Notatki na marginesie "Zaduszek" Rutu Modan.


W sobotę 24 maja w TR Warszawa odbędzie się spotkanie z Rutu Modan. Autorka odwiedzi Polskę w ramach festiwalu Komiksowa Warszawa. Postanowiłem z tej okazji zrobić repetę z tekstu o jej ostatnim komiksie "Zaduszki". Tekst pierwotnie został opublikowany w lipcu zeszłego roku.

"Rodzinie niekoniecznie mówi się całą prawdę i nie oznacza to, że się kłamie."



Głównymi bohaterkami "Zaduszek", powieści graficznej autorstwa izraelskiej artystki Rutu Modan, są starsza kobieta i jej dorosła wnuczka, które przyjechały na wycieczkę do Polski. Nie przybyły w celach turystycznych, lecz by odzyskać prawa do nieruchomości zabranej ich przodkom w czasie wojny. Dla Reginy, czyli babci, którą los jeszcze przed wojną rzucił do Izraela, jest to podróż sentymentalna. Warszawa nie kojarzy jej się z prześladowaniami, a z czasami pięknej młodości. Stolica Polski w jej pamięci to nie ulice dawnego getta i ruiny, a miejsce, z którego wspomina fotoplastikony, kina i sklepy. Polacy, jakich pamięta, to nie świnie i konfidenci, tylko normalni ludzie i mili chłopcy, z którymi chadzała na randki. Dla niej Warszawa to raj, z którego została wypędzona, jej ziemia obiecana, do której wraca po latach. Dla jej wnuczki również nie jest to miejsce kaźni przodków. Zdaje się, że postrzega Warszawę - strzelam, że w tym przypadku jest to prywatna wizja Modan - po prostu jak europejskie duże miasto. Nie ma problemu z wchodzeniem w bliższe stosunki z Polakami, a wycieczki do dawnego getta to ostatnie, na co ma ochotę. 

Między obiema postaciami nie ma konfliktu pokoleniowego, ale dzieli je pewna przepaść. Ich relacje są skomplikowane, pełne rodzinnych tajemnic i niedomówień. Przyjeżdżają do Warszawy w zupełnie innych okresach swojej egzystencji - babcia tak naprawdę wie już wszystko o życiu, a powód, dla którego  odwiedza Polskę jest tylko pretekstem do nostalgicznego powrotu do przeszłości. Jej wnuczka dopiero odkrywa życie, wszelkie straty, rozstania, rozczarowania są jeszcze przed nią. Babcia zostawia jej wszelkie sprawy urzędowe, więc chcąc nie chcąc zmuszona jest zmierzyć się z przeszłością swojej rodziny i  próbuje odnaleźć majątek po przodkach.

                                                               
"Któregoś dnia Muranów zostanie zniszczony i odbudujemy dzielnicę żydowską"

To co przeczytacie może się wielu z Was wydać ponurym żartem, ale to Holokaust wprowadził komiks na salony. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to jak umniejszanie Spiegelmanowi, ale gdy w 1992 roku nagradzano "Maus" Nagrodą Pulitzera, to właśnie podejmowana tematyka otworzyła mu furtkę do tego wyróżnienia. Od tamtej pory takich komiksów powstało na pęczki, a sama zagłada stała się wręcz popkulturową kliszą. Oczywiście, Holokaust zmienił naszą kulturę bezpowrotnie i jako metafora przejawia się we wszelkich jej dziedzinach i gatunkach: od poezji, przez malarstwo, po muzykę rozrywkową, western i kino gore. Jednak gdy podejmuje się temat wprost, trudno zachować dystans i nie popaść w żenujący patos. Cokolwiek mówiliby ludzie i pisali krytycy - zmuszani przez konwenanse i poprawność polityczną do nobilitowania tego zjawiska w kulturze - lwia część tego typu tworów jest kiczowata i zła.  


Paradoksalnie, w "Zaduszkach" najbardziej podoba mi się to, co drażniło mnie w poprzednim komiksie Modan. W "Ranach Wylotowych" autorka omijała wątek konfliktu palestyńsko- izraelskiego, czyniąc z niego zaledwie tło i próbując tym samym uciekać od sądów na temat otaczającej ją rzeczywistości. Natomiast w "Zaduszkach" jej bohaterowie są skrzywdzeni przez los, ale nie przez Holokaust.

"Zaduszki" to nie nadęty komiksowy kadysz, a pełna uroku obyczajowo-komediowa opowieść o utraconej miłości i szukaniu czegoś, co już nie istnieje. Wojna i jej skutki są co prawda istotnym elementem tła, ale autorka traktuje je dość nieszablonowo, bo samych bohaterek ona kompletnie nie dotyczy. Co więcej, Modan nie boi się ironizować z kuriozalnego hasła "Tęsknię za tobą Żydzie". Czytając "Zaduszki" ma się wrażenie, że ludzie głoszący takie slogany najchętniej zburzyliby współczesną Warszawę i wybudowali Gettotland. W jednym z wątków pojawia się również motyw komercyjnego wykorzystywania ludzkich tragedii. Dystans, jaki autorka ma do historii, jest rzadko spotykany wśród artystów i gdyby w ten sposób takie tematy podjął twórca nie posiadający żydowskich korzeni, byłby zapewne źle zrozumiany i potępiony. Modan to bardzo dobrze wie i nie zważając na konwenanse korzysta z danego jej przywileju. W "Zaduszkach" ludzie, którzy żyją tragiczną przeszłością przedstawieni są jako groteskowi nadgorliwcy - wystarczy wspomnieć humorystyczną, iście tintinowską scenę, w której jedna z głównych bohaterek zostaje podczas rekonstrukcji historycznej omyłkowo zagoniona do ciężarówki przez człowieka przebranego za niemieckiego żołnierza (sic!). 



"Nie mogę zobaczyć komiksu o sobie?"

Komiks Modan jest świetnym przykładem tego, dlaczego dziś twórcy tak chętnie sięgają po formę powieści graficznej chcąc opowiedzieć historie obyczajowe i autobiograficzne. Jeśli dobrze wyważyć aspekt graficzny i literacki - a Modan ta sztuka się niezwykle udaje - pozwalają mówić o sobie, swoich problemach bez zbędnej psychoanalizy, usprawiedliwiania się i narcyzmu. Czasem się to sprawdza, czasem nie, ale faktem jest, że fabuła "Zaduszek" ma prawo bytu tylko na kartach komiksu. Nie dlatego, że są tu jakieś nieprzekładalne na inne media formalne zabiegi, a dlatego, że ta intymna - mimo że niepozbawiona goryczy, to w gruncie rzeczy ciepła i zabawna opowieść - przedstawiona jako film  zamieniłaby się w "Klan", a jako powieść w jakieś hermetyczne, lekkie czytadło dla kobiet. Paradoksalnie, forma komiksu ujmuje tej opowieści kiczu, zbliża ją do czytelnika i chwyta za serce nawet takiego gbura jak ja.

Kropkę nad "i" stawia znakomita warstwa graficzna. Styl, który krytycy pisząc o wyróżnionych nagrodą Eisnera "Ranach Wylotowych" określali jako "ligne claire nawiązujący do Herge" jest dziś już "ligne claire Modan". Forma, w jaką autorka obleka swoje narracje, wydaje się wręcz wymarzona do opowieści tego typu. Jej styl jest od razu rozpoznawalny, autonomiczny i przy całkowitym poszanowaniu tradycji komiksowej (wszak, jeśli wskazać na inspiracje Modan, to najwięcej tu Herge) znakomicie nawiązuje do współczesnych trendów ilustratorskich. To konwencja, która nawet komiksowemu laikowi wyda się znajoma, przystępna, a zarazem modna i atrakcyjna. 

Mimo tego, że "Zaduszki" nie są komiksem zaangażowanym, podejmującym ważkie tematy i dalekim od podręcznikowej definicji arcydzieła, to w swej kameralności są dziełem niezwykle cennym. Wszystko wskazuje też na to, że stały się klasyką już w momencie premiery. Za kilkadziesiąt lat będą znakiem czasów i świetnym przykładem na to, co myślało się mówiąc "powieść graficzna w początkach XXI wieku". 


piątek, 9 maja 2014

Reprobus - Markus Färber


Legenda o Świętym Krzysztofie to prastara opowieść zaadaptowana przez chrześcijaństwo z pogańskich wierzeń. Wiele razy zmieniana i dostosowywana do czasów i obyczajów panujących w danym okresie historycznym. Komiks "Reprobus" Markusa  Färbera jest artystyczną parafrazą jej wielu wariantów.

Najpopularniejszy z nich głosi, że św. Krzysztof (wcześniej zwany Reprobusem) był barbarzyńcą, który chciał służyć najpotężniejszemu władcy. Najpierw był to Cesarz, potem Szatan - obaj wykorzystywali jego siłę do czynienia krzywdy innym. Gdy zrozumiał, że Bóg jest potężniejszy od Diabła, zaczął szukać sposobności by mu służyć. Pewnego dnia napotkał pustelnika, który zasugerował mu, żeby swoją siłę wykorzystał po to, by przenosić podróżnych na drugą stronę rzeki i w ten sposób służył Chrystusowi.



Akcja komiksu dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to sny pełne mitów i symboliki, zobrazowane za pomocą estetyki zaczerpniętej ze średniowiecznych malowideł i sztuki sakralnej. Te części najbardziej kojarzą mi się z twórczością innego komiksiarza chętnie odwołującego się do tych tendencji: Davida B. Druga warstwa to świat realny, który autor przedstawił nawiązując do malarstwa ekspresjonistycznego. Postacie ludzkie przywodzą na myśl słynny "Krzyk" Muncha, a kolorystyka utrzymana jest w ponurych, zimnych i depresyjnych barwach. Obie te stylistyki przenikają się, wchodzą z sobą w dialog, na takiej zasadzie, jak w jungowskiej koncepcji jaźni kontaktują ze sobą części naszej psychiki. Warto zauważyć, że swoistym medium między tymi stylami (a zarazem między starym jak świat mitem a współczesnością) jest rysownik, a podobną funkcję spełnia w micie św. Krzysztof przenosząc ludzi przez rzekę.

"Reprobus" w pierwszej chwili nie sprawia takiego wrażenia - bo można go odebrać jako opowieść o naszej cywilizacji - ale według mnie jest dziełem intymnym i osobistym. To historia o szukaniu samego siebie, o szukaniu Boga, dążeniu do oświecenia. Jest modlitwą, a może nawet autoterapią i refleksją nad rolą, jaką artysta (a może w ogóle człowiek?) spełnia w świecie. Jest to jednak opowieść o przejściu przez rzekę snuta przez człowieka, który chce się przedostać na drugi brzeg, ale jeszcze mu się to nie udało, a tym bardziej nie przeprowadzi tam swojego czytelnika. Autor ma mapę, ale jeszcze nie potrafi z niej skorzystać. A może jako przedstawiciel współczesnej okaleczonej duchowo cywilizacji po prostu zapomniał jak ją odczytać?


Mimo iż "Reprobus" jest niewątpliwie jednym z najpiękniej zilustrowanych albumów tego roku, to jest też takim, który trudno ocenić jednoznacznie. Jeśli szukacie w komiksie rozrywki, to lojalnie uprzedzam, że jest dziełem niezwykle trudnym i hermetycznym. Jest nie tylko wyzwaniem intelektualnym, ale wymaga też od nas przestawienia się na zupełnie inny tryb odbierania historii. W treści są co prawda zaszyfrowane znaczenia, ale nie jest to postmodernistyczny puzzel i ich rozgryzanie nie będzie dla czytelnika satysfakcjonujące. Jestem natomiast pewien, że Markus Färber będzie wracał do tych schematów jeszcze nie raz, a wizja tego, o czym opowiada, będzie się klarować. Obecnie jednak medytuje w samotności i jest zamknięty na odbiorcę. 

czwartek, 12 grudnia 2013

Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu - Matthias Picard





Trójwymiarowość w sztukach wizualnych  nie jest żadną nowością - stereoskopię znano już w XIX wieku, a pierwszy komercyjny pokaz filmu w 3D odbył się w 1922 roku. Jednak dopiero w ostatnich latach technologia ta triumfalnie wróciła do kin i zdaje się, że tym razem podbiła je na dobre. Można narzekać na wartość artystyczną tego typu filmów, ale trzeba pamiętać, że podobne reakcje towarzyszyły pojawieniu się technikoloru. Wszelkie niepewności co do potencjalnej wartości takich produkcji szybko rozwiał Werner Herzog oznajmiając, że to przyszłość kina dokumentalnego i realizując "Jaskinię zapomnianych snów".

Co prawda wartościowych filmów wykonanych w tej technice jest obecnie jak na lekarstwo, ale oto na naszym rynku pojawia się komiks dla dzieci Matthiasa Picarda, do którego dołączono specjalne okulary i opatrzono magicznym napisem elektryzującym każde dziecko: "książka 3D".

"Jaś Ciekawski" to twór podstępny, bez pardonu wkradający się w łaski małych czytelników, a przy tym rzecz niesamowicie intrygująca i przemyślana od strony artystycznej, przy okazji realizująca program, który dla filmowej technologii 3D zaplanował Herzog. Tytułowy Jaś Ciekawski to bowiem taki mały Jacques Cousteau, który zakłada skafander do nurkowania i schodzi na dno oceanu. Fabuła jest więc jedynie pretekstem do tego, by czytelnik podziwiał fantazyjnie narysowaną oceaniczną faunę i florę.

Słyszałem opinie, że filmowe 3D bywa dla widza przytłaczające. W przypadku książeczki do oglądania przepych ten sprawi jedynie, że chętnie sięgniemy po nią jeszcze nie raz. "Jaś Ciekawski" to zaledwie kilkudziesięciostronicowy album, ale zdecydowanie jest to pozycja wielokrotnego użytku. Na poziomie wizualnym dzieje się tu tak dużo, że za pierwszym, czy nawet drugim, trzecim razem, nie jesteśmy w stanie wychwycić wszystkich szczegółów.


(Obrazek poglądowy. 
Urok "Jasia" można docenić dopiero po założeniu specjalnych okularów)

W zależności od wieku czytelnika (i jego wrażliwości na sztukę) warstwa plastyczna może być odbierana dwojako. Dla dziecka będzie to niesamowita eskapada pobudzająca wyobraźnię, a przy tym posiadająca walory edukacyjne, gdyż ilustracje pełne są egzotycznych rybek i innych podwodnych stworzeń. Dla osoby dorosłej "Jaś Ciekawski" to intensywna psychodeliczna sesja, będąca połączeniem Beatlesowskiej "Żółtej Łodzi Podwodnej" ze spuścizną ekspresjonistów i elementami awangardowej sztuki współczesnej. 3D tak wzmacnia doznania, że z prostej graficznej opowiastki czyni prawdziwą surrealną ucztę. Dziecko zwiedzi wraz z Jasiem zatopioną antyczną metropolię, która osobie obeznanej z popkulturą zapewne skojarzy się z miastem R'lyeh znanym z mitologii Howarda Phillipsa Lovecrafta. Gdzie malec będzie widzieć podwodne wulkany, tam rodzic zobaczy minimalistyczne abstrakcje podrasowane trójwymiarowością. Paradoksalnie, obie te interpretacje w żaden sposób nie kolidują ze sobą i funkcjonują w całkowitej symbiozie - nie czynią z "Jasia Ciekawskiego" komiksu trudnego i przerażającego dla młodszych odbiorców, jak i nie czynią zeń tworu trywialnego dla dorosłego czytelnika. Milusiński odbierze ten komiks jako "podróż do serca oceanu", a dla brodatego trzydziestolatka będzie to eksperyment mający na celu "wyważenie drzwi percepcji".

Grudzień to okres rozliczeń i podsumowań. Właśnie zbieramy pokłosie zapowiadanej na ten rok ekspansji komiksu dziecięcego. Akcja zaczęła się dość nieśmiało, ale ostatnie miesiące dały mi w końcu poczuć, że pomysł wydawców na reanimowanie tej gałęzi medium powiódł się. Po lekturze "Jasia Ciekawskiego", niedawno wydanej "Hildy Folk" i "Bartnika Ignata i skarbu puszczy" mogę z ręką na sercu powiedzieć, że mamy w Polsce komiksy dla dzieci z prawdziwego zdarzenia i że stają się one ponownie - taką mam nadzieję - ważnym elementem pejzażu kulturalnego.


poniedziałek, 28 października 2013

Detektyw Miś Zbyś i Tej nocy dzika paprotka



 Na łamach wortalu o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS piszę o dwóch komiksach dla najmłodszych. Pierwszy to "Detektyw Miś Zbyś na tropie, Lis, ule i miodowe kule" autorstwa Macieja Jasińskiego i Piotra Nowackiego,  drugi to  "Tej nocy dzika paprotka" napisany przez Marzenę Sowę i zilustrowany przez Berenikę Kołomycką. 











wtorek, 1 października 2013

Cyberpunk dla potłuczonych - czyli „A niech Cię, Tesla!” Jacka Świdzińskiego




W czasach, gdy steampunk i retrofuturyzm wszelakiej maści stały się jednymi z najczęściej eksploatowanych nurtów fantastyki naukowej, Nikola Tesla znów rozpala wyobraźnię twórców z całego świata. Jego osoba pełni funkcję romantycznej ikony ekscentrycznego geniuszu, archetypu maga elektryczności. Gdy przeglądamy komiks Jacka Świdzińskiego, zaludniony przez śmieszne, małe, umownie narysowane postacie, nie dostrzegamy w nim związku z rozbuchanym, przeestetyzowanym steampunkiem i bratnimi mu nurtami. Pozory jednak mylą, bo gra z mitem Tesli (mimo iż ten pojawia się zaledwie na kilku planszach, do tego najczęściej kompletnie pijany) i fantastyką naukową jest motorem napędowym tego niezwykle inteligentnego i zabawnego komiksu.

Mimo iż „A niech Cię, Tesla!” posiada cechy parodii, a rysunek pozornie sprawia wrażenie amatorskiego, undergroundowego bazgrolenia, to trzeba zaznaczyć, że od strony fabularnej komiks skonstruowany jest po mistrzowsku. Świdziński prowadzi równolegle cztery wątki: pierwszy to snuta przez pewnego naukowca alternatywna historia powstania thereminu (elektronicznego urządzenia muzycznego – proszę posłuchać jak gra na nim wirtuozka tego instrumentu Clara Rockmore http://www.youtube.com/watch?v=uuKBPEDU-W0); drugi zawiera scenki obyczajowe z życia starego małżeństwa; trzeci jest pastiszem  historii szpiegowskiej, czwarty natomiast przedstawia teorie spiskowe opowiadane przez groteskowego, wysoko postawionego urzędnika państwowego.

sobota, 15 czerwca 2013

Ott jest jak szuler...




Szwajcarski rysownik objawił się w Polsce dwoma błyskotliwymi zbiorami komiksowych miniatur: "Exit" i "Cinema Panopticum". Oba wyprzedały się bardzo szybko, a autor stał się jednym z ulubieńców krytyki i czytelników. Nic dziwnego - Thomas Ott doprowadził swój warsztat do perfekcji, a do tego wypracował swój własny, niepowtarzalny styl.

Swoje gorzkie, groteskowe prace wydrapuje - jakby za karę - małym japońskim nożykiem na arkuszach pokrytych czarnym tuszem. Filmowość i rytmiczność jego narracji robi niesamowite wrażenie. Jeśli szukałbym dla jego prac jakiegoś odpowiednika w kinie, wskazałbym na filmy Aronofsky'ego, Lyncha czy Finchera. To turpizm i ekspresjonizm, ale przefiltrowany przez współczesną,  postmodernistyczną wrażliwość, w której nawet intymny dramat, szekspirowska tragedia, czy adaptacja "Portretu Doriana Graya" musi być podana w formie intrygującej dla odbiorców znudzonych ciągłymi fajerwerkami. Ma szokować i drażnić, a przy tym być niezwykle atrakcyjna od strony wizualnej.



Kilka lat po sukcesie, jaki odniosły na naszym rynku jego albumy z krótkimi formami, Kultura Gniewu dała nam szansę zapoznać się z jego pierwszym pełnometrażowym dziełem. Album znów zgarnął bardzo dobre recenzje, jednak mi macki opadły. "Numer 73304-23-4153-6-96-8" dobitnie pokazał, że Ott artystycznie zabrnął w ślepą uliczkę. Genialny, filmowy warsztat narracyjny stał się dla niego pułapką, a sam komiks był niczym innym, jak szortem rozdmuchanym do ponad stu stron. Sekwencyjność stała się zbyt rozbudowana, a jego pracom zaczęło brakować komiksowej skrótowości. Ott zagubił się w filmowości, tak jak twórcy biograficznych powieści graficznych gubią się często w nawale literackości. Tych jednak jest dużo, można na nich machnąć ręką - Ott jest tylko jeden i to, że nie rozwija się już artystycznie, smuci mnie znacznie bardziej.   

Najnowszy album Szwajcara to dobry komiks. Może nawet bardzo dobry. Sądząc po entuzjastycznych recenzjach jakie zgarnia, zapewne nie zabraknie go w większości tegorocznych podsumowań. Sam chętnie stawiam na półce każdy nowy album Thomasa Otta, ale przy tym jestem wobec jego prac dużo bardziej sceptyczny niż inni publicyści.

W warstwie fabularnej "Nowożeńców" jest spokojniej i bardziej klasycznie niż w poprzednim jego albumie. Mniej tu pretensjonalnej psychodelii, a więcej kina suspensu i hitchcockowskiego thrillera. Znajdziemy tu niemal same panoramiczne kadry, co jeszcze bardziej podkreśla filmowe konotacje jego twórczości. Tym razem jest to trochę bardziej uzasadnione. "Nowożeńcy" są bowiem nietypowym albumem, będącym adaptacją filmowego dreszczowca, którego twórcy mocno inspirowali się pracami Otta. Duża sprawa, duży zaszczyt, ale w tej chwili jest to dla mnie nieistotne. Ja mam kolejny pełnometrażowy komiks Otta który mnie zawiódł. Wiedziałem jaki będzie zanim go przeczytałem. Ba! Wiedziałem to już zanim go stworzył. To dalej ten sam Ott którego znałem, i mogę się założyć, że całą historię pomieściłby na pięciu, może dziesięciu stronach. "Nowożeńcy" mają ich aż sześćdziesiąt. Do tego scenariusz nie różni się niczym od wielu innych jego historii, które dane mi było przez lata przeczytać. Można oczywiście bronić go twierdząc, że wielu genialnych autorów zwykło się powtarzać, cały czas eksploatując prześladujące ich tematy. Jednak twórczość Otta nigdy nie niosła ze sobą szczególnej wartości intelektualnej, więc nie bardzo jest do czego wracać. W jego komiksach liczy się tylko atmosfera i efekt, jaki pointa wywrze na czytelniku. 



Jeśli nie mieliście dotąd okazji przeczytać żadnego komiksu Otta - kupcie "Nowożeńców". Zrobią na Was wielkie wrażenie i będą dobrym tytułem na początek - szczególnie, że zbiory jego krótkich komiksów osiągają na rynku wtórnym zawrotne ceny. Jeśli znacie jego twórczość, to bardzo dobrze wiecie czego się spodziewać. Zdaję sobie sprawę, że na świecicie jest wielu Mamoniów i moja recenzja jest łyżką dziegciu w beczce miodu, ale osobiście czuję wielki niedosyt. Chciałbym, żeby Szwajcar mnie w końcu czymś zaskoczył. W przypadku "Nowożeńców" najbardziej zaskakujące było dla mnie to, że w oczach większości polskich recenzentów Ott dalej uchodzi za mistrza suspensu. Jest to dla mnie trochę niezrozumiałe, bo trudno tak nazywać kogoś, kto w kółko gra tymi samymi motywami. Ott jest jak szuler któremu skończyły się asy w rękawie.

poniedziałek, 13 maja 2013

Ryjówka Przeznaczenia i Norka zagłady



(...)Stworzenia z mikrokosmosu Puszczy Białowieskiej zostają wplątane w iście epicką intrygę i zmuszone do wyruszenia na wyprawę, która ma uratować ich uniwersum od zagłady. Historiami z komiksów Samojlika rządzą utarte schematy fabularne, ale nie ujmuje im to atrakcyjności, tym bardziej, że możemy tu odnaleźć dość wyraźne cytaty z takich popkulturowych klasyków, jak „Władca Pierścieni”, „Gwiezdne wojny”, a nawet „Monty Python i Święty Graal” (te rozłożyły mnie na łopatki). Miłośnikom opowieści obrazkowych albumy o ryjówkach skojarzą się zapewne z cyklem „Thorgal”, „Usagi Yojimbo”, „Bone” czy z komiksami Tadeusza Baranowskiego. Z tymi ostatnimi łączy je przede wszystkim znakomity humor słowny i sytuacyjny, bo Samojlik jeszcze nie odważył się na daleko posunięte eksperymenty formalne, z jakich słynie autor „Antresolki profesorka Nerwosolka”. Tomasz Samojlik posiada ogromną twórczą charyzmę i, podobnie jak Baranowskiemu, czarowanie czytelnika przychodzi mu z łatwością. Kim jednak jest ów urzeczony czytelnik?



wtorek, 22 stycznia 2013

Niedźwiedź, kot i królik




„Niedźwiedź, kot i królik” to dziwny komiks, ale gdyby się nad tym zastanowić, czy nie wydaje się dziwne także to, że mamy ręce, palce, twarz, z której wydobywają się dźwięki, i że za ich pomocą się porozumiewamy? Tytułowa historia nie jest wcale dziwniejsza niż cały rodzaj ludzki – jego sny, baśnie, podania, mity, religie i legendy. Jest w tym komiksie duży pierwiastek szamanizmu, dążenia do iluminacji, odwiecznego pytania człowieka o istnienie Boga. W sekwencjach złożonych z onirycznych obrazów Marii Rostockiej zaklęto opowieść o szukaniu Graala. Bardzo ciekawą rolę odgrywa tutaj słowo: dar Boga, synonim człowieczeństwa, inteligencji, wolnej woli.



Scenariusz został napisany tak, by wydobyć cały potencjał tkwiący w obrazach Rostockiej, co sprawia, że poetyka komiksu wpisuje się w psychodeliczno-eksperymentalny nurt sztuki sekwencyjnej, sytuujący go gdzieś w pobliżu „Arzach” Moebiusa. Warstwa narracyjna pozbawiona jest jednak formalnej ekwilibrystyki. Prawda jest taka, że mimo zrozumienia i wykorzystania przez twórców roli piktogramu (postacie zresztą porozumiewają się za ich pomocą, zamiast używać klasycznego języka, co może też być jednym z kluczy do odczytywania sensu tej historii) jest to komiks do oglądania i wewnętrznego przeżywania, a nie do czytania i szczegółowego analizowania. Autorzy postawili na atmosferę, pozostawiając czytelnikowi sporą przestrzeń do samodzielnej interpretacji.


W warstwie graficznej „Niedźwiedź, kot i królik” przypomina często prace Tora Lundvalla: na ogromnych planszach widzimy przemykające przez las człekokształtne postacie o głowach zwierząt. Komiks w całości stworzono techniką malarską. Został wydany w olbrzymim formacie, co sprawia, że, gdy przypatrujemy się poszczególnym kadrom, możemy nawet dostrzec fakturę w miejscach, gdzie grubiej nałożono farbę.

Niedoświadczeni twórcy, mający aspiracje tworzenia komiksu artystycznego, często zapominają o tym, by mierzyć siły na zamiary, wykazują się ignorancją i niezrozumieniem języka medium. Wyważają otwarte drzwi i zaplątują się w formę, ostatecznie licząc na to, że braki w warsztacie zasłonią awangardowością. Rostockim tylko na początku zdarza się kilka potknięć: na niektórych planszach czuje się jakąś nieporadność, problemy z osią akcji. Jednak im dalej w las, tym ich wizja i narracja klarują się coraz bardziej, sprawiając, że zamiast z udanym debiutem, obcujemy z dojrzałym dziełem i zarazem jednym z najciekawszych albumów 2012 roku. Komiksy malarskie to specyficzny sposób wyrazu. Maria Rostocka poczuła się w tej formie tak dobrze, że zaczęła nawet wykorzystywać charakterystyczną dla tego typu prac ułomność – brak dynamiki – jako środek artystyczny.



Mimo pięknej warstwy graficznej „Niedźwiedź, kot i królik” nie jest albumem, którego lektura ma sprawiać przyjemność, i grupa jego odbiorców w polskim środowisku komiksowym jest dość wąska. Ze względu na to, że jest to komiks z aspiracjami, malkontenci mogą uznać go za wydumany, pretensjonalny i silący się na artystyczność. Wszystko przez to, że to twór niejednoznaczny w interpretacji, nieschlebiający przeciętnemu odbiorcy, przepełniony alegorycznością, lękiem i pytaniami wydobytymi z podświadomości. Na szczęście „Niedźwiedź, kot i królik” może z powodzeniem trafić do czytelników spoza branżowego getta – miłośnicy psychodelicznych filmów Alejandra Jodorowsky’ego i starej szkoły animacji eksperymentalnej powinni być nim urzeczeni. Jestem jednak pewien, że większość czytelników minie się z jego ideą i uzna go za dziwoląga. Nie będę polemizował z tą tezą, bo nie miałoby to sensu, zaznaczę tylko, że to piękny dziwoląg.


KUP

piątek, 19 października 2012

Baby's in Black


 Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Kultura Gniewu. Dziękuję. 


Interesuję się na poważnie muzyką, dlatego to, co wyznam, jest dla mnie dość wstydliwym faktem. Mam w swojej wiedzy wyrwę, zaczynającą się gdzieś tak w latach 50tych ( bardzo lubię proto-rockowe amerykańskie brzmienia - tradycyjnego, akustycznego bluesa, country, amerykański folk, jednak jeśli idzie o okres, gdy zaczyna panować rock'n'roll to moje zainteresowanie zaczyna się kurczyć) a kończącą się wręcz z dokładnością co do dnia 5 sierpnia 1966, gdy na półki sklepowe trafia The Beatles "Revolver". Paradoksalnie, album zespołu, którego większość wcześniejszych, krzykliwych i infantylnych nagrań* nieznośnie mnie irytuje, jest moim zdaniem jednym z najważniejszych i zarazem jednym z moich ulubionych albumów wszech czasów.

Sięgając po "Baby's in Black" miałem nadzieję, że dostanę coś, co nakreśli mi wczesną twórczość tego zespołu, może nawet sprawi, że zainteresuję się nią należycie - liczyłem na to, że w ciekawym kontekście stanie się dla mnie intrygująca i w końcu do przełknięcia... nic bardziej mylnego. Głównie dlatego, że nie o Beatlesach jest ten komiks. Na jakimś poziomie rozczarowałem się, bo zamiast biograficznej powieści graficznej jakiej oczekiwałem, dostałem love story - ale nie oznacza to oczywiście, że całkowicie minąłem się z tą pozycją.



Złe (moim zdaniem) komiksowe biografie mają to do siebie, że stają się biogramem, notką, z pretekstową, często szczątkową fabułą, omijającą meritum sprawy. "Baby's in Black" nie jest arcydziełem, ale autor rozumie gdzie leży problem i wiedząc, że na kilkuset stronach nie uda mu się skutecznie ugryźć tematu, skupia się na związku Stuarta Sutcliffe'a (członka wczesnego składu Beatlesów) z niemiecką artystką Astrid Kirchherr, którą poznał gdy zespół w początkach kariery grywał w spelunkach Hamburga. Jednak można zauważyć, że szczegółowe sportretowanie ich relacji również nie było nadrzędnym celem autora. Krążąc wokół faktów przedstawia tragiczną historię miłosną o strukturze przypominającej piosenkę. Rozdziały to zwrotki przybliżające czytelnika do smutnego finału, natomiast refrenem, leitmotivem opowieści uczynił "Love me tender" z repertuaru Elvisa Presleya, towarzyszącą z czułością narysowanym, niewinnym scenom romantycznych uniesień dwojga zakochanych w sobie młodych ludzi.

Bardzo ciekawym zabiegiem - widziałem, że kilkakrotnie ganionym przez polskich czytelników - jest pozostawienie przez wydawcę części dialogów po angielsku (przetłumaczono tylko niemieckojęzyczną część komiksu). Można oczywiście powiedzieć, że to pewnego rodzaju faux pas, bo nie każdy zna angielski dostatecznie dobrze (mój bardzo poprawił się w ostatnich latach a i tak dwa razy powędrowałem do znajdującej się na końcu albumu translacji), ale warto pamiętać, że to celowy zabieg autora, mający podkreślić swoiste "lost in translation", przepaść językową, z jaką musi radzić sobie dwoje zakochanych ludzi porozumiewających się między sobą prostymi słowami. 


Czytając opinie i recenzje na komiksowych serwisach dostrzegłem również, że czytelników podzieliła też maniera graficzna, jaką posłużył się Arne Bellstorf. Mi osobiście quasi-cartoonowy, a zarazem przecież charakterystyczny dla powieści graficznej tego sortu uproszczony rysunek bardzo przypadł do gustu. Czarno-białe plansze o niedbale zamazanych tłach znakomicie budują atmosferę opowieści i pasują do genezy estetyki ubioru, jaką wkrótce mieli przyjąć Beatlesi w tamtym okresie. Główną inspiracją był właśnie styl, jaki prezentowała kochanka Sutcliffe'a, Astrid Kirchherr i jej znajomi, wzorujący się z kolei na francuskich egzystencjalistach. Jeśli miałbym coś faktycznie zarzucić niemieckiemu rysownikowi to to, że braknie tu architektury miasta - większość scen rozgrywa się w pomieszczeniach mieszkalnych i hamburskich spelunkach. 


 Stawiając ten komiks koło innych moich lektur z ostatnich miesięcy, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Arne Bellstorf jest zawodnikiem walczącym w wadze średniej. Jako, że album nie jest szczególnie drogi i trafia do nas bez glorii, bez prestiżowych nagród, to nie mam szczególnego powodu by znęcać się nad nim. Ale - pro forma - tak jak w przypadku recenzji "Kiki z Montparnasse'u", chciałbym zaznaczyć, że wolałbym zamiast tego typu pozycji dostać w swoje ręce bardzo dobry komiks, a najlepiej arcydzieło. Mam cichą nadzieję, że przyszłoroczna oferta Kultury Gniewu przyniesie przynajmniej kilka takich tytułów. Z całego serca życzę tego Wam, sobie i przede wszystkim wydawcy . 




*Rubber Soul - było krokiem w dobrą stronę, ale to jeszcze nie to co lubię.

piątek, 10 sierpnia 2012

Kiki z Montparnasse'u


Komiks do recenzji podesłała Kultura Gniewu. Dziękuję. 



Alice Ernestine Prin znana lepiej jako Kiki de Montparnasse to legenda francuskiej cyganerii i jedna z najsłynniejszych modelek w historii sztuki. Muza wielu artystów - malarzy, filmowców, fotografów. Przez jej burzliwą biografię przewijają się takie nazwiska jak Amedeo Modigliani, Chaim Soutine, Jean Cocteau, Man Ray. Jej życie zdaje się być świetnym materiałem na film, powieść czy właśnie posiłkujący się w dużej mierze warstwą plastyczną komiks.

W początkach definiowania się współczesnej powieści graficznej to głównie podejmowane tematy wnosiły coś świeżego do skomercjalizowanego medium, dziś jednak ten typ opowieści spowszedniał i można odnieść wrażenie, że niektórzy autorzy skłaniają się ku poważnym zagadnieniom licząc po prostu na łatwy zarobek. Największym błędem, jaki popełniają twórcy tego typu komiksów jest niezauważanie, że próba dogonienia literatury faktu jest kompletnie bezcelowa -  aby dzieło uznać można było za wartościowe, historia opowiadana za pomocą komiksu musi wnosić coś nowego do tematu, pozwalać spojrzeć na niego z innej strony. Zdają się też nie dostrzegać, że komiks to opowiadanie obrazem, a z historii snutych za pomocą tego medium trzeba wyciągnąć - uwaga, uwaga niespodzianka - komiksowość! Jasne, że nie każdy komiks musi być wyszukanym eksperymentem. Dobrze jednak, jeśli twórca zna możliwości medium i z nich umiejętnie korzysta. Twórcy "Kiki" popełnili oba ze wspomnianych błędów.

Mimo tego, że nie przepadam za tą metodą, to muszę przyznać, że stawanie blisko literatury jest oczywiście jakimś sposobem na stworzenie przekonującej komiksowej narracji. W tym przypadku twórcy zawierzyli głównie dialogom, ale za ich pomocą niestety nie udało im się wejść dostatecznie głęboko w tę historię. Scenariusz, chcąc ująć ogrom postaci, które pojawiły się w życiu bohaterki, leci po łebkach. Osobistości ze świata sztuki pojawiają się, by po chwili zniknąć i nie zostawić po sobie nic, ani w czytelniku ani na kartach komiksu. Zamiast ambitnego dzieła próbującego oddać ducha epoki, dostajemy komiks niebezpiecznie zbliżający się schematem do "Przygód Młodego Indiany Jonesa" - gdzie również pojawiała się masa historycznych postaci, ale nic mądrego z tego nie wynikało. Nie odnajdziemy tu skomplikowanych relacji międzyludzkich, psychologii, a i dobrze zbudowanej dramaturgi tu brak. Scenariusz to po prostu zbiór (czasem niezgrabnie opowiedzianych) motywów z życia Kiki.  Nawet najburzliwsze i najdłuższe związki, czy jej problem z uzależnieniem od narkotyków są potraktowane po macoszemu.


 Autorom zabrakło też jakiejś myśli przewodniej i ograniczyli się tylko do pobieżnego streszczenia życia bohaterki. Wyrywkowość scenariusza niekoniecznie musi być jednak wadą - weźmy za przykład wydany u nas w zeszłym roku "Logikomiks". Jego kanwą również były epizody z życia historycznej postaci, ale twórcom przyświecało coś więcej niż nakreślenie tylko noty biograficznej. Luźno posklejane ze sobą zdarzenia z życia Bertranda Russella były pretekstem do przedstawienia czytelnikowi prezentowanej przez niego idei i jej rozwoju. Przy tym był to komiks nie bojący się ciekawych formalnych rozwiązań - a do tego przecież niezbyt trudny w odbiorze i posiadający równie szeroki target. Warto również wspomnieć o "Carlos Gardel: głos Argentyny". Cechuje go całkowita opozycja dla poetyki zaprezentowanej w "Kiki". To komiks o wysokich walorach artystycznych i mało przystępnej warstwie formalnej - a co za tym idzie znikomym potencjale komercyjnym. Biografia tytułowego śpiewaka staje się wręcz sprawą trzeciorzędną, a na pierwszy plan wychodzą tematy związane z tożsamością narodową Argentyńczyków. Oczywiście trudno oczekiwać od twórców "Kiki", by próbowali robić coś tak radykalnego, ale dobrze by było, gdyby w tym komiksie przez pryzmat Królowej Montparnasse'u opowiedziano również o twórcach z którymi pracowała. Za pomocą ich dzieł można było wejść przecież w dialog z formą komiksową (tak jak przepisywano sztukę na komiks w "Lost Girls"). Niestety autorzy przedstawili postać Kiki i jej losy jednowymiarowo, nie poświęcając należytej uwagi artystycznej części jej życia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temat został po prostu zmarnowany - bo dostajemy do rąk "komiks środka" -  bez wartości artystycznej, pozbawiony emocji i poetyki, jaka powinna cechować opowieść tego sortu. Na szczęście historia Kiki jest na tyle ciekawa, że komiks i tak czyta się z zainteresowaniem, ale podejrzewam, że życie Królowej Montparnasse'u byłoby interesujące nawet w formie przekazywanej ustnie kawiarnianej opowieści.


 Bocquet i Catel stworzyli komiks nieciekawy formalnie, nawet nie aspirujący do tego, żeby w interesujący sposób wykorzystać mocne strony opowieści obrazkowej. Jak wspomniałem, fabułę popycha do przodu głównie dialog, więc skoro brak tu narracji pozakadrowej, to teoretycznie powinna to być ciekawa komiksowa robota. Nic bardziej mylnego - rysunki niezbyt efektownie uzupełniają wypowiadane kwestie, sekwencyjność jest nieciekawa a czasem nazbyt skrótowa. Użyto najprostszych środków graficznych i narracyjnych, co co prawda sprawia, że komiks czyta się łatwo, ale od strony artystycznej to rzecz miałka. Pomysł, by świat międzywojennego Paryża - pełen kolorów, sztuki i awangardowych artystów - ukazać w tak oszczędnej, pozbawionej barw i cieni stylistyce, nie wpłynął dobrze na jakość tego komiksu. Mógł być to zabieg celowy - tak jak w przypadku wybitnego "Fun Home", gdzie zachowawczość i chłód grafiki kontrastowała z pełną kolorów warstwą literacką - jednak narracja słowem nie ma w tym przypadku ambicji uzupełnienia tych niedostatków. Rysunki są typowymi przedstawicielami francuskiej szkoły - w trakcie lektury mogą nasunąć się skojarzenia Trondheimem czy Sfarem, ale to zdecydowanie nie ta liga. Zestawienie "Kiki" z narysowanym przez Sempe albumem "Paryż" sprawi, że poczujemy zażenowanie. Nawet gdyby porównać je do ilustracji pomniejszych twórców operujących tym stylem (np Alfonso Zapico znanego u nas z "Café Budapeszt" ) wypadną blado. Sam model opowiadania zbliżony jest jednak bardziej do powieści graficznej w eisnerowskim rozumieniu tego nurtu.


Obyczajowo-biograficzna, quasi-reportażowa, historyczna powieść graficzna to dziś bardzo popularna tendencja. Jestem miłośnikiem i zbieraczem komiksów tego sortu. Podchodzę jednak do tego typu pozycji zachowawczo, mając w pamięci moje ulubione tytuły i wybitnych przedstawicieli nurtu - co w uprawianiu krytyki tego typu komiksów powinno pomagać ale o dziwo nie pomaga wcale. Moje oczekiwania okazują się zazwyczaj wygórowane. Zawiodłem się na wielu cenionych tytułach, ale w kilku też zakochałem się bezgranicznie. Wiem, że czytając mój tekst możecie odnieść wrażenie, że "Kiki" jest komiksem złym, ale tak nie jest. Jest za to komiksem przeciętnym i niczym nie wyróżniającym się w swoim nurcie, choć zarazem będącym jednak całkiem niezłą rozrywką. Osobiście uważam, że jest też niestety przykładem tego, jak tworząc tego typu dzieło niefortunnie można minąć się z fascynującym tematem.  Cieszy mnie powrót Kultury Gniewu do wydawania zagranicznych komiksów, dlatego krytyka "Kiki z Montparnasse'u" przyszła mi z trudem. Rozumiem jednak intencje wydawcy. Recenzentka "Guardian" Rachel Cooke napisała, że w "Kiki" podoba jej się to, że lektura dostarczyła jej tak dużego zastrzyku informacji jak przeczytanie jednej z wielu książek poświęconych Alice Prin. Temat jest nośny i jestem pewien, że "Kiki" chętnie przeczytają ludzie którzy oprócz "Mausa" i "Persepolis" nigdy nic więcej w rękach nie mieli, którzy sięgają po komiks tylko za rekomendacją innych laików i wysokonakładowej prasy. "Kiki z Montparnasse'u" kupią ze względu na ciekawą tematykę i nawet nie zauważą problemu tej publikacji. Wiem, że ktoś może zaraz przyjść i powiedzieć - "hej, nie każdy komiks musi być arcydziełem ty bucu"! Tak więc uprzedzam fakty - trochę jeszcze tych arcydzieł do wydania zostało. Dla miłośników sztuki komiksowej "Kiki" to kolejna pozycja która opóźniła wydanie takich tytułów jak "Jimmy Corrigan" czy "Asterios Polyp".