Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 stycznia 2013

MUZYKA - subiektywne podsumowanie 2012 roku.



Możliwe że siedząc w kącie, czytając komiksy i słuchając w kółko pętlących się ambientów przegapiłem wiele istotnych (nawet jeśli byłyby istotne tylko dla mnie) płyt. Jednak te pięć tytułów - niektóre są bardzo oczywiste - wymieniłbym jednym tchem. W niektórych podsumowaniach widzę Matta Eliotta, którego uwzględniłem w tamtym roku (premiera na nośniku była w styczniu 2012), pojawia się też nowe Death Grips które pomijam, bo o projekcie również pisałem w zestawieniu na 2011 rok (zalecam tam zerknąć - klik). 


W podsumowaniu znalazły się tytuły, które nasunęły mi się same. Potem zacząłem kombinować, googlać, dopisywać i lista zaczęła się rozłazić. W ostatniej chwili wywaliłem kilka pozycji, pozostawiając zestawienie w pierwotnej formie. Przeglądałem też listę Brainwashed i na pewno muszę dosłuchać kilku pozycji (sądząc po niej, przegapiłem mniej niż sądziłem) więc będę pewnie jeszcze wspominał o kilku fajnych płytach na fanpage'u, a może niedługo pojawi się tu druga piątka.

 Przed świętami przyszła do mnie ostatnia płyta wydana przez Etalabel, ale nie wsadziłem jej jeszcze do odtwarzacza. Pomijając ten album (który pewnie też jest fajny), oficyna prowadzona przez Grzegorza Bojanka wydała w tym roku same bardzo dobre płyty, idealnie wpisujące się w moje gusta muzyczne. Fajne rzeczy robi też kasetowy label Sangoplasmo (pisał o nich Bartek Chaciński klik).



Komary rypią, przejdźmy do listy.



Scott Walker - Bish Bosch  Nie będę ukrywał zawodu. "Bish Bosch" - mimo tego, że niesamowita warstwa tekstowa wpisuje się w te same tendencje - do "Tilt" i "Drift" nie dorasta. Na poprzednich albumach apokaliptyczna poezja Walkera i konceptualna muzyka stanowiły nierozerwalną całość - tu nad wszystkim dominuje deliryczna narracja. Co ciekawe, w porównaniu do swojej poprzedniczki, płyta jest całkiem słuchalna. Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie przedrzeć się przez cały "Drift" za jednym posiedzeniem (dla nieznających twórczości Walkera może to zabrzmieć jak zarzut, więc zaznaczam, że tak nie jest - to po prostu jedna z najbardziej przerażających i sugestywnych płyt w historii "muzyki popularnej"). "Bish Bosch" jest jednak również mniej muzykalny, niż mój ulubiony "Tilt", którego mogę słuchać całymi dniami, w kółko Macieju.  Wszystko wskazuje na to, że Walker swoje opus magnum ma za sobą i trudno mi z tym przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę to musiał odszczekać. Głęboko wierzę, że uda mu się nagrać przynajmniej jeszcze jeden album .


Ponad dwudziestominutowe serce płyty (SDSS14+13B) wybija się spośród reszty utworów i najbardziej przypomina poprzednie dokonania Walkera. To jedyny track, który urzekł mnie od razu - od pierwszej chwili słuchałem jak zahipnotyzowany i za każdym razem przeżywam ten utwór równie intensywnie. Mimo wszystko trudno uznać "Bish Bosch" za nieudany album i jest to dla mnie ważna płyta - możliwe, że najważniejsza w tym roku - czekałem na nią w końcu pół dekady. Cały czas wracam do niej, cały czas znajduję coraz więcej, i możliwe, że wgryzę się w nią jeszcze bardziej, ale na tę chwilę (jakieś dziesięć odsłuchów - dwa na słuchawkach, reszta na głośnikach) nie kupuję jej w całości.




 Mount Eerie - Ocean Roar  Phil Elverum nagrał w tym roku dwie wspaniałe płyty, których słuchałem z prawdziwą ekscytacją. Jeśli miałbym wybrać tylko jedną, wskazałbym "Ocean Roar", która w szczytowym punkcie kradnie sporo z black metalowego shoegaze (artysta robił to już na wybitnym "Wind's Poem") i tymi środkami odmalowuje wzburzony morski krajobraz, stający przed naszymi oczami niczym żywioł rodem z rycin Gustava Dore. W tej stylistyce wykonał również utwór z repertuaru legendarnego Popol Vuh, podkreślając tym samym ambitne konotacje i założenia współczesnego black metalu. Musicie tego posłuchać, bo w tym dyptyku tak pięknie uwypukla się jego potencjał, że powody nobilitacji, jaka spotkała w ostatnich latach ten hermetyczny dotychczas gatunek, zrozumie każdy niedowiarek (każdy, prócz zajadłych metalowców, dla których będzie to pewnie pozerstwem). 





Warto dodać, że za Wielką Wodą scena BM rozkwita jak grzyb na ścianach poprzedniej stancji Marcina Zembrzuskiego. Przylatują stamtąd (ze Stanów ofkors, a nie z poprzedniej kanciapy Marcina) coraz wspanialsze wynalazki, które odbijając się od tradycji europejskiej sceny black metalowej (również polskiej, gdyż dla takiego Xasthura jedną z największych inspiracji stanowił pono Graveland)  tworzą nową jakość, często eksperymentują z estetyką, wyciągają na wierzch shoegaze, ambient, podpierają postrockiem, zamieniając ją w coś więcej. Sam słuchałem z tego wszystkiego zaledwie ułamek, bo moje króliki reagują na to z dezaprobatą, w popłochu chowając się za kanapę.


Neil Young - Psychedelic Pill Sześcdzisięciosześcioletni staruszek, któremu lekarze zabronili już nawet palić trawę, nagrał najlepszy rockowy album głównego nurtu, zostawiając w tyle większość indie młodzieńców. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale płytę zdominowały bezkompromisowe kilkunastominutowe, transowe kompozycje w których czuć młodzieńczą radość grania. Mam nadzieję, że tego albumu słuchali już wszyscy i rekomendacja jest całkowicie zbędna. To z nim będzie mi się  kojarzył 2012 rok. Sam teraz wracam do poprzedniej płyty Younga: "Le Noise", bo przyznam szczerze, że chyba ją zlekceważyłem i po premierze zbyt szybko wyszła z mojego playera. 




Swans - The Seer Zawsze denerwowało mnie jęczenie znajomych na rozpad Swansów. Są rzeczy, które powinny się skończyć, choćby po to, żeby się nie zdewaluować. Projekty Giry (który coraz bardziej zaczyna przypominać Hanka Williamsa), i solowe płyty Jarboe wpisywały się świetnie w moje gusta. Nie było według mnie na co narzekać. Teraz muszę wszystko odszczekać. Tak, poprzednia  płyta Swans to petarda, nowa płyta to monolit. Za kilka dekad rok 2012 będzie wspominany ze względu na Swans i czwarty eksperymentalny album Scotta Walkera.







King Dude – Burning Daylight i neofolk. Po pierwsze Myrninerest, "Jhonn, Uttered Babylon" projekt Davida Tibeta i James Blackshawa jest wart odnotowania, ale nie siedział długo w moim playerze więc zrezygnowałem z umieszczenia go w topie jako osobnego paragrafu. Przed publikacją tego tekstu słuchałem po raz pierwszy Fire + Ice "Fractured Man" - i jest to na pewno dobra płyta, ale obcowałem z nią zbyt krótko by ją tu wyróżnić. Prócz tego w neofolku działo się w tym roku naprawdę niewiele, albo mało z interesujących płyt do mnie dotarło - zawsze jest taka możliwość, bo jak często podkreślam, druga fala jest mi równie odległa, co polska scena komiksowa. Najciekawsze rzeczy wydarzyły się tak naprawdę na pograniczu i nowy King Dude jest chyba najlepszym tego dowodem. Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć, że "Woven Hand to nie neofolk". Dziś, gdy wpływ alternatywnego country na ten nurt jest niezaprzeczalny, wszystkim malkontentom mogę pokazać faka. King Dude to nawiedzony, apokaliptyczny, psychfolkowo - countrowy, bluźnierczy gospel, nieraz zagrany z rockową werwą. Spiritus movens projektu często odżegnuje się od neofolkowych konotacji, ale ja mu zabraniam, bo jest dla mnie "nową nadzieją białych" . Jeśli miałbym odrzucić obiektywizm i zapomnieć o nowym Swans, to powiedziałbym, że to jest najlepsza tegoroczna płyta z całej mrocznej sceny.

I



 II


sobota, 15 grudnia 2012

Bionulor - Erik (2012)







Bionulor - za tą nazwą kryje się Sebastian Banaszczyk - to jeden z najciekawszych polskich projektów elektroakustycznych. Artysta powołuje się na takich twórców jak Coil czy Nurse With Wound. W samym zamyśle jego twórczość stoi jednak najbliżej dokonań Wiliama Basinskiego, bowiem za pomocą komputera Banaszczyk prowokuje dekonstrukcję, rozpad sampli zaczerpniętych z różnych źródeł. Na poprzednich albumach na warsztat brał między innymi muzykę dawną, szamańskie, transowe pieśni i ludzki głos. Tym razem za materiał źródłowy posłużyły nagrania jednego z najważniejszych kompozytorów fin de siècle'u - uważanego za prekursora ambientu - Erika Satie.

Zazwyczaj nie czekam na płyty, jednak premiery tego albumu wypatrywałem z niecierpliwością. Byłem ciekaw gdzie tym razem podąży artysta. Ucieszyło mnie, gdy się dowiedziałem co to będzie. Spotkanie Bionulor z Satie wydawało mi się naturalne od strony artystycznej i mądre od strony komercyjnej. Satie to słowo-klucz i mam wrażenie, że wielu miłośników muzyki może sięgnąć po ten album ze względu na jego nazwisko.

Spośród wszystkich płyt firmowanych przez Bionulor, "Erik" wydaje się być najbardziej konwencjonalna. Pierwsza była niezwykle oszczędna, druga mocno eksperymentalna, ta sytuuje się pomiędzy dwoma poprzednimi dokonaniami. Najbardziej interesujące momenty tego albumu to te, w których z nagrań prekursora muzyki tła Banaszczyk wydobywa... muzykę tła - ale o współczesnej formule, złożoną nie tylko z plam, ale i z elektronicznych trzasków i przestrzennych efektów dźwiękowych. Nie jest to jedyna (niestety, bo to genialny w swojej prostocie koncept) barwa tej płyty. Wydaje mi się, że w kilka razy autor w swoich poszukiwaniach poszedł za daleko - są tu fragmenty, gdy zdecydowanie postawił na efekt swoich eksperymentów, na czym ucierpiała spójność i atmosfera. Rozumiem intencje, ale to, co w procesie przetwarzania dźwięku stało się interesujące dla artysty, mnie przy dłuższym obcowaniu z płytą zaczęło irytować - miałem ochotę pomijać niektóre utwory. Tracków jest jednak aż piętnaście (są krótkie i zdają się pełnić funkcję jedynie tematów) a niektóre są tak znakomite, że rozciągnięcie ich i skonstruowanie albumu z zaledwie kilku mogło by wyjść temu materiałowi na dobre.

Z całego dorobku Bionulor ten album wywołał we mnie najmniej emocji, ale trzeba przyznać, że Banaszczyk dopisał kolejny udany rozdział w historii swojego projektu. Po trzech odmiennych stylistyczne płytach udowodnił, że sam zamysł - dźwiękowy recycling - zdaje się niewyczerpaną metodą do tworzenia muzyki elektroakustycznej. Co teraz? Na klawiaturę ciśnie mi się pytanie, czy podążanie tą ścieżką ma dalej sens? Ja na to nie odpowiem - zrobi to za mnie następny album artysty. 




piątek, 9 listopada 2012

Grzegorz Bojanek - Remaining Sounds (2012)



Dowodzony przez Grzegorza Bojanka Etalabel wydał w tym roku kilka znakomitych pozycji, a do tego wszystko wskazuje na to, że on sam w nowy rok wejdzie z dwoma nowymi albumami firmowanymi swoim nazwiskiem - co ciekawe, obydwa wydają stajnie zza oceanu. Pierwsza z nich, "Remaining Sounds", wypuszczona kilka miesięcy temu przez amerykańską wytwórnię Dynamophone, gości w moich głośnikach już od dłuższego czasu. Trzeba przyznać, że czas jest jej sprzymierzeńcem, bo wcale nie mam ochoty przestać jej słuchać.

Dźwięki otwierające album przywodzą na myśl legendarną płytę "Substrata" Biosphere, lub soundtrack z "Thing" stworzony przez Carpentera i Morricone. Jednak jest to tylko pierwsze i mylne wrażenie, bo "Remaining Sounds" oferuje nam zupełnie inny wachlarz dźwięków i emocji. Melancholijny kolaż fieldrecordingów, analogowych trzasków i szumów, mieszający się z dźwiękami gitary akustycznej,  instrumentami dętymi (lub czymś co tak brzmi) a nawet odgłosami przyborów kuchennych (to nie żart), przenosi nas raczej w ciepłe, bezpieczne miejsca. To muzyka wnętrza, z którego obserwujemy padający za oknem deszcz. Nie panuje tu klaustrofobia, a przytulność. Barwa brzmienia potęguje ten efekt. Masteringiem zajął się Krzysztof Orluk, którego poczynania na tym polu cenię i obserwuję od dłuższego czasu. Muszę przyznać, że z materiałem zawartym na "Remaining Sounds" skonstruowane przez niego urządzenie do analogowej obróbki dźwięku zgrało się jak dotąd najlepiej. Ten album potrzebował ocieplonego, lampowego brzmienia.

Lubię spędzać czas z płytami Grzegorza Bojanka. Nie są to może wybitne prace, ale autor bardzo dobrze rozumie płaszczyznę po której się porusza. To sprawia, że jego nagrania stają się synonimem tego, co może dać słuchaczowi ambient. Mimo pojawiających się na "Remaining Sounds" niecodziennych źródeł dźwięku nie jest to "muzyka eksperymentalna" - to kreacja w pełni świadoma swojej konwencji . Przy tym to tak dobry, treściwy album, że mimo tego, że mamy do czynienia z muzyką tła, to nie jest to twórczość która mogła by być bezosobowym, filmowym soundtrackiem. "Remaining Sounds" to twór, który musi funkcjonować samodzielnie.




poniedziałek, 17 września 2012

Such Hawks Such Hounds. Scenes From the American Hard Rock Underground (2007)

Film dokumentalny poświęcony metalowemu amerykańskiemu podziemiu kręcącemu się wokół psychodelicznych i stonerowych stylistyk.  Wypowiadają się członkowie Kyuss, Sleep, Sunn o))), St. Vitus i wielu innych ważnych kapel. W filmie dość obszernie przedstawiono OM i Sleep, trochę mniej uwagi poświęcono Sunn o))), a o Earth nie było niemal nic (co mnie bardzo smuci). Bardzo fajnie, że niewielki fragment zasygnalizował istnienie specyficznych grafik związanych z tymi nurtami muzycznymi.  Jak zwykle w przypadku tego typu produkcji nie udało się objąć całego zagadnienia - przedstawiając korzenie skupiono się na metalu, zapominając o takich ludziach jak John Fahey, czy Wilburn Burchette. Nie obyło się też bez prawienia komunałów pokroju tego, że "w tym wszystkim chodzi o emocje", ale mimo wszystko "Such Hawks Such Hounds" to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto lubi poczuć dron w bebechach i pierdolnięcie w duszy. Warto zobaczyć już dziś - bo nie wiadomo, czy nagle nie zniknie z You Tube.

piątek, 31 sierpnia 2012

OM - Advaitic Songs (2012)



OM, powstały na gruzach stoner-doom-metalowego Sleep, to zdecydowanie jeden z najciekawszych współczesnych zespołów postmetalowych.  Początkowo poruszający się w tej samej konwencji projekt Ala Cisnerosa bardzo szybko jednak przestał odcinać kupony od działalności poprzedniej formacji. Niewątpliwie kluczowe dla wyklarowania się brzmienia było spotkanie w studiu ze Stevem Albinim. Wyprodukowana przez niego płyta "Pilgrimage" która została uznana przez magazyn "Wire" za jeden z najlepszych albumów 2007* to niemal całkowite odejście od doom metalowych stylistyk i skłonienie się ku oszczędnym, psychodelicznym brzmieniom, przywodzącym na myśl rozdmuchaną do pełnowymiarowego albumu parafrazę "Set the Controls for the Heart of the Sun".

To właśnie 2007 rok i minimalistyczny  "Pilgrimage" - nagrany wyłącznie przy użyciu gitary basowej, perkusji i studia, które pogłębiło oszczędność brzmienia  - możemy uznać za swoiste wyzerowanie stylu. Przy nagrywaniu następnej płyty zespół opuścił perkusista Chris Hakius, a jego miejsce zajął znany z Grails Emil Amos. Nietrudno dostrzec, że od tego momentu z każdym albumem, wraz z nadbudowywaniem wielu elementów, muzyka zespołu robi się coraz bardziej konwencjonalna i bardziej przystępna, ale z drugiej strony zagęszczające ją komponenty pochodzą z bardzo zaskakujących rejonów, co nadaje jej niebywałej oryginalności. To cały czas muzyka eksperymentalna, doom metal spotyka się tu  z wiolonczelą, tablami i etnicznymi dronami spod znaku Ravi Shankara i Popol Vuh.  Wokół pulsującej linii basu i monotonnego wokalu narastają nowe elementy podkreślające mistyczne założenia projektu - co ciekawe, to właśnie one uwydatniają coraz bardziej stoner rockowe konotacje zespołu. Tak jak Black Sabbath wyciągnęło swoje odkrywcze brzmienie z tradycyjnego bluesa, tak OM wydobywają je z transcendentalnych hinduskich rag. Na tych płaszczyznach w bardzo interesujący sposób funkcjonuje też jednostajny głos Ala Cisnerosa, który w tym kontekście splata charakterystyczną dla doomu manierę z orientalnymi i sakralnymi zaśpiewami.

Spotkałem się z opiniami, że ta płyta to zdecydowany progres zespołu. To na pewno krok w inną stronę, ale według mnie niekoniecznie do przodu. Nie zrozummy się źle, trzeba uczciwie przyznać, że do metalowych stylistyk OM wraca z tarczą, a nie na tarczy - to dalej świeża i oryginalna muzyka i jedna z najlepszych płyt jakie słyszałem w 2012 roku. Ale osobiście wolałbym jednak, żeby projekt dalej eksplorował skrajny minimalizm. Chciałbym żeby skończyło się to tak, że Al i Amos mrucząc mantry grają na pudle po butach i gumce od majtek. Wiem, jestem samolubnym bucem bo pewnie wtedy tworzyliby muzykę tylko dla takich dziwolągów jak ja.

*  Uplasowała się na czwartym miejscu. Cała lista tutaj: klik

 

środa, 18 lipca 2012

ETALABEL - Wyprzedaż.




Oficyna ETALABEL do końca miesiąca sprzedaje muzykę 50% taniej. W ofercie CD i mp3. Jako, że wszystko co ostatnio wydali było bardzo dobre to jestem pewien, że ta kasa pomoże zaistnieć nieznanym a dobrze zapowiadającym się artystom. Etalabel ma już plan wydawniczy do końca roku, ale bez funduszy będzie trudno. W czasie Euro kibicowaliście wszyscy, i wspieraliście Polskę - a drużyna sobie nie radziła. W tym przypadku powiedzieć, że twórcy Etalabel sobie radzą to mało - tworzą muzykę na światowym poziomie więc mamy być z czego dumni - ale ze względu na niszowość nie ma ich kto wspierać. 


Niektórych płyt zostały już tylko pojedyncze sztuki. Warto się pospieszyć!
Hasło uprawniające do zniżki to "etasale".

piątek, 6 lipca 2012

Chrześcijanin tańczy czyli o Halfway i Wovenhand.



Halfway nie miał w tym roku szczęścia. Śmierć perkusisty Sun Kil Moon pozbawiła festiwal jednej z gwiazd, a ostatni dzień imprezy zbiegł się z finałem Euro. Większość fanów głównej atrakcji festiwalu - amerykańskiego zespołu Woven Hand nastawiła się pewnie na warszawski koncert projektu, który miał się odbyć dzień wcześniej - ostatecznie został jednak przeniesiony na wrzesień.  Jednak nie wyglądało na to, żeby wpłynęło to znacząco na frekwencję w Białymstoku. 

Ja sam, zawiedziony brakiem zespołu Marka Kozelka i nie znający realiów białostockiego festiwalu, przedłużyłem podlaskie leśne wojaże o dwa dni, rezygnując tym samym z piątkowych i sobotnich koncertów. Gdy dotarłem na miejsce plułem sobie w brodę. Halfway to niezwykle kameralny festiwal, na którym chciałbym spędzić znacznie więcej czasu. Przede wszystkim jest pozbawiony wszelkich minusów tego typu imprez. Z racji rozsądnej ilości wykonawców koncerty nie są limitowane czasowo, miejsce urzeka też miłą atmosferą, tanim piwem i kapitalnie nadającym się do kameralnych występów amfiteatrem umiejscowionym za nowo wybudowaną białostocką Operą.

Na miejscu zjawiłem się wczesnym wieczorem, gdy na scenie grały Haydamaki. To kapela bardzo odległa moim gustom muzycznym, więc od razu udałem się na z góry upatrzone pozycje - do ogródka piwnego. Przysłuchiwanie się stamtąd koncertowi utwierdziło mnie w przekonaniu, że wybierając się na Halfway dobrze zrobiłem. Przede wszystkim nagłośnienie zdawało się w porządku. Późniejszy koncert indie-folkowego Great Lake Swimmers - którego wysłuchałem już jak należy, z wnętrza amfiteatru - tylko to potwierdził.


Niestety, czar prysł po wyjściu na scenę tak oczekiwanego przeze mnie Woven Hand. Zespół zagrał bardzo rockowo, przez co muzyka zbiła się w jeden wielki chrzęst. Przez ścianę gitarowego dźwięku ledwo przebijał się wokal Edwardsa, który w efekcie brzmiał jak szczekanie. Z trudem rozpoznawałem następujące po sobie utwory. Powoli czułem jak zaczyna boleć mnie głowa. Trochę lepiej zrobiło się, gdy lider chwycił za banjo - co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że problem polegał na tym, że nagłośnienie słabo znosiło rockowe granie. Gdy Edwards ponownie przerzucił się na gitarę, po raz pierwszy w swoim życiu postanowiłem "uczyć ojca dzieci robić" i udałem się do nagłośnieniowca. Okazało się, że nie zna polskiego, więc strzelam, że przyjechał właśnie z Woven Hand. Wymieniliśmy kilka słów, łamaną angielszczyzną powiedziałem mu "when they play rock, it's just harsh sound". Wzruszył bezradnie ramionami i wskazał na konsoletę. Wydaje mi się, że mimo wszystko wziął sobie do serca moje słowa, bo potem było odrobinę lepiej. Koncert uważam jednak za nieudany. Do tego bardzo smutny wydaje się fakt, że zespół odmówił bisowania. Co prawda audytorium było niewielkie, ale słychać było, że w amfiteatrze znajdują  się oddani fani. Sam mimo, że nie byłem zbyt ukontentowany (nie tylko brzmieniem ale i setlistą) darłem się wniebogłosy, licząc w duchu na jakiś pożegnalny ochłap-rarytas... na próżno. Edwards nie wyszedł nawet nas pobłogosławić. Niedosyt był wielki, więc postanowiłem go sobie jakoś wynagrodzić - wlazłem na scenę i gwizdnąłem przyczepioną do wzmacniacza setlistę:


No cóż. Po zespole który słynie z tego, że gra wybitne koncerty, spodziewałem się jednak czegoś więcej. Nie jestem nagłośnieniowcem i pewnie nie do końca jestem w stanie powiedzieć co było problemem - ale uszy mam i ze smutkiem stwierdzam, że wyszło fatalnie. Może chodziło o prozaiczne podkręcanie ma maxa gałki głośności dla gwiazdy festiwalu, może o coś zupełnie innego, jak wspomniana zmiana stylu gry na rockowy, który odebrał muzyce cały urok. Możliwe, że nastąpiły ostatnio jakieś niekorzystne zmiany nie tylko w stylistyce, ale i w składzie -  na scenie zabrakło Pascala Humberta, zastąpił go jakiś młody człowiek. Sam Edwards grał na stojąco, pląsając po scenie i robiąc jakieś mormońskie moonwalki czy insze obertasy - widać było, że rozpiera go energia, szkoda tylko, że cała para poszła w gwizdek. Inna sprawa, że - sądząc po fantastycznie, ciepło i subtelnie brzmiących Great Lake Swimers - zespół, jeśli świadom był tego, jak słychać ich na widowni - mógłby łatwo dostosować się do wymagań miejsca w którym gra, przerzucić się na bardziej akustyczne brzmienie. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, więc nie mam zamiaru winić organizatorów, bo wszystko wskazuje na to, że wina mogła leżeć po stronie zespołu. Aż nie chce mi się  wierzyć, że to piszę, bo jestem wyznawcą WH, ale na to wygląda. 

Mimo stosunkowo krótkiego pobytu w Białymstoku sam festiwal oceniam bardzo dobrze i jeśli lineup będzie mnie interesował, to na mur beton tam wrócę. W przyszłym roku chętnie zobaczyłbym na Halfway neofolkowe projekty - może udałoby się zorganizować jeden dzień luźno kręcący się wokół tej stylistyki? Byłoby pięknie, bo operowy amfiteatr zdaje się idealnym miejscem dla tego typu przedsięwzięcia.

sobota, 23 czerwca 2012

K. - There’s a Devil Waiting Outside Your Door

Płytę do recenzji podesłał K. Dziękuję.

 Instrukcja obsługi: ściągnąć z półki jakiegoś dobrego Batmana albo Sin City, szklankę pełną lodu zalać Cuba Libre, wsadzić do cd playera "There’s a Devil Waiting Outside Your Door", ustawić repetę i rozłożyć się wygodnie w miękkim fotelu.


Mam wrażenie, że formuła doom jazzu została szybko wyczerpana przez kilka projektów, z Bohren und der Club of Gore na czele. Autor "There’s a Devil Waiting Outside Your Door" Ameryki nie odkrywa i sam stawia się w niezbyt wygodnej sytuacji, bo nagrywając materiał nawiązujący do tej stylistyki musiał wiedzieć, że będzie z takimi zespołami porównywany. Problemem nie jest jednak to, że album brzmi jak coś, co już słyszeliśmy - bo czy nie mieliśmy też takiego wrażenia, gdy pierwszy raz w naszych głośnikach rozbrzmiało Bohren?

Niemniej, K. daleko do poziomu swoich protoplastów.  Jego kompozycje są tylko motywami, tematami, które donikąd nie zmierzają. Gdyby były dłuższe, mogły by być znakomitą muzyką tła, ale te stosunkowo krótkie utwory nie posiadają tego (upragnionego przeze mnie w takich projektach) ambientowego potencjału. Sprawdziłyby się na pewno jako soundtrack do neo-noir - i bardzo życzę autorowi, by zainteresowali się nim jacyś producenci filmowi, albo twórcy gier komputerowych - ale jako płyta, której słucha się od początku do końca, ten materiał się nie sprawdza, nie przykuwa uwagi. Następnym mankamentem, który obniża wartość tego albumu jest nieprzystający do zawartości mastering. Jak mniemam, K. posługiwał się w swojej pracy głównie komputerem - i to niestety słychać. Wydaje mi się, że proste zabiegi kogoś doświadczonego w tej materii spowodowałyby wyplenienie z tej płyty nieznośnego, cyfrowego, suchego brzmienia, które po prostu okalecza te kompozycje. Nie wiem, jak się sprawdzają w innych warunkach, ale - nie owijając w bawełnę - na podłogowych głośnikach brzmią nienaturalnie, jak muzyka z wiekowej już gry komputerowej.


Fakt, że to polski wykonawca i że z materiału oprócz amatorszczyzny bije pasja powinien sprawić, że przymknę oko na wiele aspektów - ale nie zwykłem tego robić. Mam jednak poczucie, że albumowy debiut K. był po prostu zbyt szybki, że się dopiero rozkręca i grzechem byłoby, gdybyście nie zainteresowali się jego muzyką - tym bardziej, że w internecie można znaleźć wiele dużo bardziej entuzjastycznych recenzji niż moja. Sam ostatecznie nie mogę odmówić tej płycie jakiegoś magnetyzmu i nie czuć do niej sympatii, bo jest na swój sposób urocza. Gdy czytam jej tytuł, myślę o Nicku Cavie. Gdy otwieram digipack, widzę zdjęcie zasłon w krwistym kolorze, które kojarzą mi się z czerwonym pokojem z serialu "Twin Peaks". Gdy włączam play, zaczynam myśleć o kinie noir, dymie z cygar i rudej wódzie na myszach. To stylistyka w której czuję się równie dobrze jak sam twórca i słuchanie jego muzyki sprawiło mi sporo przyjemności. Ten loungowy, pachnący skórzanymi siedzeniami charakter quasi-jazzowych motywów sprawił, że płyta towarzyszyła mi już podczas kilku wieczorów i zdaje mi się, że mimo wszystko będę do niej jeszcze wracał...

Inne teksty o debiucie K.:

Santasangremagazine

Onlygoodmusic.pl

Wywiad z K.:

Czytaj na Onlygoodmusic.pl




 
(W tym utworze pobrzmiewa trochę trip hopu - czy wychodzi mu to na dobre? Nie wiem, na pewno słychać w nim poszukiwanie własnej drogi. A to dobrze wróży na przyszłość.)

środa, 6 czerwca 2012

Halfway Festival 09-10 czerwca 2012 i 29 czerwca – 1 lipca 2012


Sezon festiwalowy nabiera rozpędu. Już w ten weekend (9-10 czerwca) startuje pierwszy segment Halfway Festival - Songwriting Op!era Festival. Będzie tam można między innymi zobaczyć tak znakomite zespoły jak Low Roar i The Mountain Goats. Niestety nie uda mi się tam dotrzeć, ale kibicuje temu przedsięwzięciu z całego serca. Za to na pewno będę obecny na drugiej części imprezy - Op!era Folk Fesitval -  gdzie ziści się jedno z moich największych marzeń koncertowych, bo 1 lipca zobaczę w końcu na żywo jeden z najważniejszych zespołów ze sceny alt-country: Woven Hand. Bardzo cieszę się też na występ Sun Kil Moon, które zagra dzień wcześniej. Mam nadzieję, że zjawicie się tłumnie. Do zobaczenia w kolejce po piwo!



poniedziałek, 4 czerwca 2012

ChoP vol. 5 | Krzysztof Orluk & Bai Tian - Structure Of

Płytę do recenzji podesłało Etalabel 


Za kilka dni ( 7 czerwca ) oficjalną premierę ma kolejna płyta z reanimowanej w początkach roku oficyny Etalabel.  Tym razem jest to kolaboracja Krzysztofa Orluka, znanego już szerszej grupie polskich słuchaczy zaglądających czasem do szuflady z muzyką elektroakustyczną ( w 2009 nagrał zgarniający dobre recenzje album "Blurred reflection" i był odpowiedzialny między innymi za mastering recenzowanego na Arkham Noiko) i pochodzącego z Chin artysty Bai Tiana. Twórców zeswatali Zen Lu i Grzegorz Bojanek założyciele kolektywu Chop Project, który w program wpisane ma próby nawiązywania dialogu między kulturami za pomocą szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Oczywiście "Structure Of" nie jest płytą dla każdego, ale dla miłośników wszelkich szumów i trzasków będzie to balsam na uszy. Mam jednak nadzieję, że innych odbiorców takie stwierdzenie nie odstraszy - bo nie jest to nieprzyjemna muzyka, a po prostu swego rodzaju abstrakcja, którą nasza percepcja za każdym razem może odczytać inaczej, odkrywać w niej nowe przestrzenie i dźwięki.  Wielowarstwowość to jedna z największych zalet tej produkcji. Magia nachodzących na siebie fieldrecordingów i dźwięków wygenerowanych przez twórców pozwala słuchaczowi coraz bardziej angażować się w tę muzykę. Na przykład dopiero po kilku odsłuchach możemy zorientować się, że ambientowemu pejzażowi trzeciego utworu w pewnym momencie zaczyna towarzyszyć subtelna linia melodyczna grana na flecie przez Bai Tiana.

Stykając się z takim projektem zapewne chciałoby się znaleźć tu wspomniane oznaki wymiany między kulturami - ale w eksperymentalnym, elektroakustycznym kolażu, jaki zaprezentowali twórcy, próżno doszukiwać się sposobów posługiwania się językiem muzyki na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce np. w instrumentalnej ekspresji. Co do emocji, to ich korespondencja odbywa się tylko na płaszczyźnie szeroko pojętej melancholii. Zresztą, jak mówi sam Bai Tian, bardzo interesujące okazało się dla niego to, że Krzysztof Orluk nagrywa rzeczy bardzo zbliżone do jego twórczości. Sprowokowani tym faktem zaczęli powierzać sobie nawzajem sample z własnych archiwów i dokładając coś od siebie komponować na ich bazie autonomiczne utwory. Z owoców tego eksperymentu wybrali osiem reprezentatywnych tracków - cztery firmowane przez Orluka i cztery przez Bai Taina. Kropkę nad "i" postawił znakomity, analogowy mastering Pana Krzysztofa. W ręce dostajemy spójny, przekonujący album (no ok, zgrzyta mi tu przecinający płytę mocno industrialny "Mind Spa" - ale to dalej ciekawy utwór). Jak zaznaczyłem na początku - na pewno niełatwy, ale odwdzięczający się uważnemu słuchaczowi, skłonnemu poświecić tej płycie kilka letnich wieczorów.


 

    KUP

czwartek, 1 marca 2012

Sieben – No Less Than All (2012)




Spotkałem się jakiś czas temu ze złośliwymi głosami, że Howden się skończył. Mimo, że w jakiś sposób mijam się z tym, co pojawiło się na kilku ostatnich albumach Sieben, nie mogę zgodzić się z takim stwierdzeniem. Radzę przyjrzeć się temu, co Matt wydał w ostatnich latach na boku - nagrane wspólnie ze swoim ojcem "The Matter of Britain" i soundtrack do filmu "Robot World" to płyty bezsprzecznie znakomite i wskazujące, że artystyczne ambicje Howden przeniósł na poboczne projekty, które powinny zadowolić wszystkich wymagających fanów tego artysty.


CZYTAJ DALEJ NA ŁAMACH APOSTAZJI>>>





sobota, 11 lutego 2012

Neofolk 2011 - podsumowanie.



Dożyliśmy czasów których nie chcieliśmy dożyć. Nie mówię o kali judze - ta trwa od dawna - a o tym, że wyraźnie widać, jak neofolk staje się coraz popularniejszy. Może chodzi o to, że słuchacze są młodsi, że wraz z takimi projektami jak Rome przychodzą następne pokolenia zainteresowanych. Nie wiem, w każdym razie nie chcieliśmy - przepraszamy! Na szczęście są tego jakieś plusy, bo dzięki temu obrodziło w koncerty. Jednego roku mogliśmy zobaczyć w Polsce Death in June, Current 93 i Of the Wand and the Moon. Czytam to, co napisałem i muszę się uszczypnąć żeby uwierzyć. Jeśli idzie natomiast o albumy, to nie jest tak kolorowo. Zespołów "drugiej fali" słucham mało, a cenię jeszcze mniej. Jeśli miałbym wymienić nagranie "świeżej krwi" które mi się naprawdę w tym roku podobało, to wskazałbym Cult of Youth. Weterani wydali parę płyt, ale z rzeczy godnych odnotowania wymieniłbym tylko płyty z obozu Sol Invictus.


Andrew King - Deus Ignotus

Andrew King zazwyczaj najwdzięczniej wypada w kolaboracjach i faktem jest, że mimo pewnych podobieństw, sporo brakuje temu albumowi do takich płyt jak nagrane wspólnie z Brown Sierra "Thalassocracy". Mimo to, "Deus Ignotus" to bezsprzecznie jeden z lepszych albumów jakie miałem okazję słuchać w 2011 roku. We wspomnianym projekcie z Brown Sierra bardzo ceniłem ten mariaż tradycyjnego repertuaru z muzyką konkretną, eksperymentalną. To samo cechuję tę płytę i mimo, że trudno mówić tu o jakiejś przytłaczającej awangardowości, to jest tu coś, co każe nam myśleć o Kingu jako o osobie osłuchanej ze współczesną muzyką. Staroangielskie pieśni osadza w dość minimalistycznej stylistyce, nie boi się dronów czy sampli. Mimo swojego przywiązania do tradycjonalizmu nie obawia się poszukiwać, przez co nagrywa płyty wykraczające daleko poza jakiekolwiek znane stylistyki. Nie będę tu dywagował czy King gra neofolk - bo bym pewnie trafił na manowce - ale jest to osoba tak mocno związaną ze sceną, że pojawienie się go w tym zestawieniu nie powinno nikogo dziwić.



Sol Invictus - The Cruellest Month

Od ostatniej płyty firmowanej jako Sol Invictus minęło ponad pół dekady. Jako, że Tony sporo udziela się w różnych innych projektach, nie wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością, ale przyznaję, że bardzo się ucieszyłem, gdy znów z okładki popatrzyły na mnie niepokojące postacie namalowane przez Tora Lundvalla. Poprzednia, warta uwagi rzecz w której Tony mieszał palce - Orchestra Noir - "What If..." - wędrowała w rejony, w których mistyczna awangarda spotykała się z muzyką kameralną. "The Cruellest Month", mimo że charakteryzuje się dość soniczną, zimna wręcz realizacją, korzysta z sampli i studyjnych sztuczek, to jednak podąża w kierunku wzorcowego, piosenkowego neofolku. Tony nagrał już kilka albumów będących klasykami w obrębie tego nurtu. Ta zapewne nie wejdzie do kanonu, ale w tym roku to najlepszy neofolkowy album, jaki gościł w moich głośnikach. Warto dodać, że płyta wchodzi w dialog z wymienionym powyżej albumem Andrew Kinga - który zresztą wziął udział w nagrywaniu "The Cruellest Month" i dość mocno odcisnął na nim swoje piętno.



Blood Axis - Ultimacy

Gdyby nie to, że to kompilacja zawierająca wszystkie single projektu i utwory zamieszczone wcześniej na przeróżnych składankach, powiedziałbym, że to płyta roku. Wbrew pozorom nie jest to rzecz, którą można by potraktować jako przekrój przez całą działalność zespołu. Mimo kilku wyjątków, bliżej temu wszystkiemu do tego, czym Blood Axis chciałoby być dzisiaj. Czuć tu rękę Annabel Lee, wyraźnie słychać skłanianie się w stronę piosenkowości i folkowym estetykom. Ja oczywiście wolę pierwotnego ducha projektu, ale płyta i tak bardzo mi się podoba - oprócz fragmentów, w których Michael śpiewa po niemiecku, bo brzmi tam jak germańska wersja Tony'ego Cliftona (usilnie stosuję to porównanie, ale taka jest niestety prawda). Rzecz jest znakomicie wyprodukowana, nieraz może siląca się na spójność - ale ostatecznie przekonująca i warta postawienia oryginału na swojej półce z CD. Szczególnie, że piosenki pokroju "Mandragory" czy dostępnego chyba tylko na tribucie dla Codreanu "The Storm Before The Calm" (chciałbym, żeby Blood Axis właśnie tak dzisiaj brzmiało) czynią z niej prawdziwy skarb dla fanów.



Current 93 - HoneySuckle Æons

Czytałem przed chwilą recenzję "HoneySuckle Æons" którą napisałem w czerwcu. Wydaje mi się, że trochę nie doceniłem tej płyty. Nie to, żebym diametralnie zmienił o niej zdanie, ale minimalizm, który ją cechuje, dźwiękowa droga, którą wybrał Tibet bardzo mi odpowiada i dobrze wróży na przyszłość. Tym bardziej, że w szczytowych momentach (mam na myśli "kwiatowy tryptyk") album zdecydowanie się broni. Trzymam kciuki. Oby zaowocowało to wybitnymi materiałami. Warto również wspomnieć katowicki koncert - jako dobry występ, po którym jednak spodziewałem się zbyt wiele. Wydaje mi się, że obecnie mijamy się z Tibetem na poziomie emocjonalnym i żałuję, że nie dane mi było zobaczyć jego wcześniejszych koncertowych wcieleń. Mam cichą nadzieję, że projekt będzie gościł u nas częściej, a sobie obiecuję już nigdy nic nie przegapić i być obecnym na każdym koncercie C93 w naszym kraju.



Rome - Die Æsthetik der Herrschaftsfreiheit

Najpierw internet obiegła plotka, że Rome się rozwiązało. Ja długo nie chciałem przyjąć tego do wiadomości, ale w końcu uwierzyłem... a wtedy zaczęły pojawiać się informacje o tym, że zespół szykuje coś specjalnego. Faktycznie, milczenie Jarome i spółki zaowocowało czymś niecodziennym. Pięknie wydany, monumentalny tryptyk - dopracowany i przemyślany, zawierający zarówno piosenki, jak i budowany z sampli martial. Nie będę ukrywał, że ostatnią płytą Rome, którą adorowałem było "Mensche Material". Tym bardziej jest mi miło powiedzieć, że to najlepsze nagrania Rome od tego czasu. Nie trzeba jednak długo szukać dziury w całym. Spójność, która jest pożądana przy regularnej płycie, staje się bolączką przy czymś tak rozbudowanym jak trzyczęściowy album. Naprawdę uważam, że można by było - wręcz konwencja tego wydawnictwa sama się o to prosi - zainscenizować wieloczęściowe słuchowisko o odmiennych stylistykach, brzmieniach, tematach. Tak się jednak nie stało. Na korzyść przemawia to, że słucha się tego materiału znakomicie, ale kuriozalne wydaje się uczucie, że po 120 minutach muzyki czuje się jakiś niedosyt. Z racji sekretarzenia przy neofolku i poczucia obowiązku słuchałem całości dobre dziesięć razy, ale szczerze powiedziawszy już po pierwszym odsłuchu nie miałem do czego wracać.



Of the Wand & the Moon - The Lone Descent

Na dobrą sprawę ta płyta mogłaby się w tym zestawieniu wcale nie pojawić. Ja osobiście największą jej wartość upatruję w tym, że pokazuje gdzie krył się geniusz wcześniejszych albumów OTWATM - na każdym z nich Larsen osiągnął niezwykłą, przekonującą spójność i konceptulaność. "Sonnenheim" czy "Emptiness:Emptiness:Emptiness" odcinały mnie od świata na długie godziny, dni, miesiące (ostatnio doszedłem do wniosku, że Larsen powinien mi rentę wypłacać). Każdy fragment tych produkcji aż żal było odrywać od całości i słuchać osobno. Ten poziom spójności sam Douglas P. osiągnął może z dwa razy - i to zawsze z czyjąś pomocą, bo mam na myśli "Operation Hummingbird" i wybitne "Kapo" - albo i nie osiągnął go nigdy. Najnowsza płyta Of the Wand & the Moon okazuje się być tylko zbiorem dobrych piosenek. To oczywiście wada która dla kogoś może okazać się zaletą - mamy tu autonomiczne utwory, których słucha się osobno, a nie puszcza w zimową noc niemal jak ambient (z wciśniętą repetą w cd playerze). I byłoby wszystko fajnie, gdyby tylko każdy utwór jakością dorównywał "Sunspot" (który jest dla mnie najlepszym songiem nagranym w obrębie sceny w minionym roku). Moglibyśmy wtedy mówić, że z projektem Larsena stało się coś niezwykłego - ale niestety, tak naprawdę nic takiego się nie wydarzyło. No oprócz tego, że przestał brzmieć jak klon Di6, ale biorąc pod uwagę wspomniane argumenty, sugeruję przestać już myśleć o tym zespole w ten sposób. Wszystko okazało się tylko gatunkową konwencją i podkreśla, że nigdy nie chodziło w nim o podrabianie... Teraz się boję, że Of the Wand & the Moon które kochałem już nie wróci.


niedziela, 29 stycznia 2012

Noiko – Honey

Płytę do recenzji podesłał Etalabel. Bardzo dziękuję.

Nie tak dawno na blogu pisałem o dwóch wspaniałych zeszłorocznych polskich płytach, życząc sobie, żeby 2012 był pod tym względem równie udany. Dzięki niespodziewanemu powrotowi malutkiej oficyny Etalabel moje skromne życzenie właśnie się spełnia. Najnowsza pozycja w ich katalogu to kolejny dowód na to, że w polskiej elektroakustyce dobrze się dzieje.

Zacznijmy od tego, że jest to płyta lekka i przyjemna, ale nie ma szans, by traktować ją jak muzak. Mimo niewątpliwych walorów relaksacyjnych to rzecz absorbująca słuchacza: zmuszająca do wychwytywania i odczytywania strzępków dźwięków wykorzystanych przez twórcę - pozyskanych zarówno z field recordingu jak i sesji z instrumentami. Konotacje z jazzem sprawiają, że jest tu mnóstwo melancholijnej atmosfery. W efekcie brzmi to na jakimś poziomie jak soundtrack do współczesnego filmu noir i zaryzykuję stwierdzenie, że w pewnym stopniu możemy się tu doszukiwać dalekich związków z konceptem przyświecającym Bohren und der Club of Gore. Niemniej nie wisi nad tą muzyką zagłada i dekadencja kojarzona z czarnym kinem - wręcz przeciwnie, to raczej muzyka słonecznego poranka niż złowieszczej nocy. Tytuł jednego z utworów otwarcie nawiązujący do filmu Howarda Hawksa "To Have and Have Not" - w którym, co znamienne, miejska dżungla została zamieniona na słoneczny port na Martynice - nawet wskazuje, że takie mogły być faktyczne intencje twórcy. Muzyka Noiko to pean pochwalny na cześć miejskiego gwaru, próba przepisania go na instrumentalną improwizację, a potem przedzierzgnięcie jej w abstrakcyjną muzykę elektroakustyczną. Jak snobistycznie by ten opis nie brzmiał, to finalnemu efektowi brak nieznośnego awangardowego zadęcia. Niemal wszystkie dźwięki są tu niezwykle celne - to muzyka eksperymentalna, ale efekt eksperymentu okazał się raczej lubrykantem rzeczywistości. Strzelam, że duża w tym zasługa masteringu Krzysztofa Orluka. Stykam się z jego pracą na tym polu drugi raz w ciągu kilku miesięcy i mimo, że mi z nią nie po drodze - bo wolę zdecydowanie bardziej przymglone brzmienie - to trzeba przyznać, że w tym przypadku był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Album jest tak lekki, że nie brzmi, jakby powstawał cztery lata, raczej jakby został zrobiony w jedno słoneczne popołudnie. Wyobraźcie sobie, że William Basinski pewnego letniego dnia znajduje na swoim stryszku taśmy z nagraniami Jerzego Milana - siada, wciąga krechę i dla zabawy modeluje z nich cacka które zaczynają przypominać coś pokroju Triosk. OK. Porównanie jest na wyrost, ale ta płyta dokładnie tak brzmi. Nie mogę się od niej oderwać.

środa, 25 stycznia 2012

Muzyczne podsumowania 2011 roku - gościnny występ na łamach Glissando

W tym roku o muzyczne podsumowanie poprosił mnie Magazyn o muzyce współczesnej Glissando. Bardzo mi miło. Tekst znajdziecie tutaj klik. Warto zajrzeć do działu "nowe", i zapoznać się z innymi podsumowaniami. No i czytać Glissando też warto...


Jak zwykle w tym okresie przeglądam listy z podsumowaniami płyt roku i jak zwykle nie dostrzegam na nich większości swoich faworytów. Nie silę się specjalnie na oryginalność, a mój gust jest na tyle eklektyczny, że nie wydaje mi się, żeby mój wybór – prócz neofolku oczywiście – podyktowany był faktem, że poruszam się tylko po jakiejś określonej niszy. Mam cichą nadzieję, że to w jakiś sposób czyni moje podsumowania cennymi dla innych miłośników muzyki.

Rok obrodził w kilka znakomitych wznowień i wykopalisk. W Polsce mieliśmy serię z muzyką ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, na świecie drugą płytę Ursuli Bogner (czy tam Jelinka - bo autentyczność tych nagrań jest dyskusyjna), odkopaną płytę Beach Boysów i boks z – niezwykle cennymi chyba tylko dla żelaznych fanów artysty – wczesnymi nagraniami Johna Faheya. Z interesujących wznowień warto zanotować wydany w mikroskopijnym nakładzie zbiór czerech płyt wciąż niedocenionego Tora Lundvalla, reedycje Throbbing Gristle i wydane ponownie z okazji setnych urodzin nagrania Roberta Johnsona. Dziwi mnie, że z okazji Roku Johnsonowskiego nie widziałem dużego poruszenia w internetowych mediach – był wpis na blogu u Bartka Chacińskiego i nic poza tym. To bardzo smutne, że dziennikarze muzyczni prześcigają się w analizowaniu „fenomenu Lady Gagi”, a zapominają o tak fundamentalnych artystach jak Johnson*.

Sol Invictus – The Cruelest Month

Neofolk - nurt który obserwuję od lat i z którym jestem jako recenzent kojarzony, zyskał w końcu na popularności w naszym kraju. Jeśli idzie o koncerty, działo się dość dużo. Zaczęło się od quasi-festiwalowej inicjatywy pod szyldem Soundvawe - gdzie sprowadzono Of Wand and the Moon i Sieben. Tego roku mieliśmy też szansę zobaczyć w Polsce dwa filary sceny – Current 93 i Death in June. Oba koncerty, mimo, że nie były do końca udane, to na pewno nie zaszkodziły legendarnemu statusowi tych zespołów. Rok obył się jednak bez wybitnych płyt. Wiele osób obserwujących gatunek stwierdziłoby pewnie, że wydarzeniem roku jest monumentalny tryptyk luksemburskiego projektu Rome. Ja jednak, jeśli miałbym wskazać jedną płytę, to sugerując się ilością odsłuchów wyłoniłbym nagrany przy dużym udziale Andrew Kinga najnowszy album Sol Invictus – The Cruelest Month. W czasach, gdy dwaj wspomniani wcześniej ojcowie nurtu chętnie odchodzą od typowej dla nich stylistyki – dronują, bądź śpiewają piosenki w duchu neoweimarskiego kabaretu – Sol Invictus gra wzorcowy neofolk. Robi to szczerze, autentycznie i przy okazji pokazuje, że rzekomo wyczerpana formuła, może się dalej sprawdzać. XXI wiek słychać chyba tylko w realizacji – dość sonicznej i zimnej, która świetnie współgra z tematyką płyty.




Death Grips – Exmilitary

Od jakiegoś czasu coraz więcej pobrzmiewa u mnie hip hopu. Złapałem bakcyla w 2010, gdy wszyscy słuchali Gonjasufi i rewelacyjnej płyty Gilla Scotta-Herona. W tym roku, dzięki Tylerowi Okonmie, znanemu jako Taylor, The Creator, poszukujący hip-hop otarł się o mainstream i zagościł w odtwarzaczach wielu osób nie związanych z gatunkiem. W tym całym medialnym zamieszaniu wokół „chorego nastolatka” przeszła niezauważenie warta odnotowania płyta (czy raczej kaseta, bo taki jest jedyny fizyczny nośnik tego wydawnictwa) stylistycznie zbliżonego projektu – Death Grips. Jest to rzecz przede wszystkim dużo bardziej udana od strony muzycznej i w tej warstwie nie będąca wcale daleko od niektórych dokonań Nurse With Wound – gdyby tylko okrasić je siarczystym bitem. W szczytowych momentach płyta brzmi jak porażająca autentycznością, postapokaliptyczna halucynacja kojarząca się z odczłowieczonym tripem po dopalaczach. Ten rok będzie mi się zdecydowanie kojarzył z zaczynającym się od monologu Charlesa Mansona znakomitym Beware. Dla mnie to najciekawszy głos eksperymentalnego hip-hopu od czasu kolaboracji Dälek/Faust .




Jacaszek – Glimmer i Bionulor – Sacred Mushroom Chant

Podobał mi się ostatni Tim Hecker, ale nie tak bardzo jak powinien. Również Alva Noto przykuł mnie tylko na chwilę, a o Biosphere zapomniałem niemal w momencie premiery. Mając w pamięci IBM 1401 – A User’s Manual Johanna Johannssona, wielkie zachwyty nad przesłodzonym albumem duetu A Winged Victory for the Sullen wydają mi się niezrozumiałe. Możliwe, że w jakiś sposób po prostu mijam się z tą płytą. Te wszystkie – co tu ukrywać – duże zawody nie oznaczają, że w rejonach poszukującej muzyki elektronicznej nie znalazłem nic dla siebie. Pisząc w początkach roku o albumie Bionulor – Sacred Mushroom Chant – wiedziałem, że znajdzie się on w tym rankingu. Płyta została ostatecznie przyjęta zdecydowanie chłodniej niż debiut, ale osobiście uważam, że nie ma się czego wstydzić. Natomiast nowy Jacaszek nie zawiódł chyba nikogo i jak zwykle trzyma wysoki poziom. Co prawda z Pentral spędziłem więcej czasu, ale nie znalazłem w tym roku nic, co mogłoby w tej kategorii z Glimmer konkurować. Zazwyczaj nie słucham zbyt wiele polskiej muzyki, tym bardziej nobilitujący wydaje mi się fakt, że te dwa albumy stoją tak wysoko w moim zestawieniu. Oby przyszły rok był pod tym względem równie udany. Obecnie są to dla mnie dwa filary nie tylko polskiej elektroakustyki, ale polskiej muzyki w ogóle. Jest co eksportować.




Matt Elliott – Broken Man

Dla mnie Matt Eliott był jednym z największych bohaterów minionej dekady. Zaczynając przygodę z jego muzyką od tej płyty, ktoś mógłby powiedzieć, że jest to po prostu ponure songwriterstwo. Ale byłoby to znaczne uproszczenie. Eliott przez lata związany był z muzyką elektroniczną (trip-hopem, IDM) i nagrywał pod kilkoma szyldami ( między innymi w AMP i w solowym projekcie Third Eye Fundation). Jako doświadczony twórca i producent w zaczął eksperymentować z estetyką francuskiego chansonu i folkiem – ze wskazaniem na wschodnioeuropejski. Deliryczne narracje, przywodzące na myśl raczej Wysockiego, niż Nicka Drake’a, przywracają muzyce coś, co utraciła zdominowana przez kulturę anglosaską. Bogate aranże – od smyczków, przez bałałajki, spotęgowane efektem wykorzystania studia jako instrumentu – wytworzyły wręcz apokaliptyczny efekt – i nie mam tu na myśli neofolku, a trąby anielskie z Ewangelii św. Jana. Swoją trylogią Songs konsekwentnie rozwijał ten styl, który ostateczną formę przybiera właśnie na Broken Man. Dla mnie to najlepsza płyta tego roku. Nie dlatego, że jest przełomowa, a dlatego, że będę do niej wracał i za dziesięć, i za dwadzieścia lat. O ile wcześniej mnie ta muzyka w końcu nie zabije… ale jak śpiewa Eliott, „co nas nie zabije, to nas wzmocni”. Biorąc pod uwagę to, że od pierwszych części trylogii każda następna płyta niesie ze sobą taki bagaż emocjonalny, że można byłoby go porównać chyba tylko z Closer, to wydaje mi się, że Elliott musi już być jak Stalin.



*
Sam napisałem artykuł który przekazałem do Ulvhel, które niestety do dziś się jeszcze nie ukazało.

piątek, 23 grudnia 2011

I've been dying to see you... Death in June - Warszawa 2011 -12 -15




Dla fanów neofolku rok, który wydawał się już w pewnym momencie zaprzepaszczony (brak inicjatywy organizatorów odnośnie kilku fajnych tras) okazał się kończyć wyśmienicie. Podsumowując, możemy powiedzieć, że w 2011 mieliśmy szansę zaliczyć dwa najważniejsze projekty związane ze sceną - w sierpniu Current 93, a tydzień temu Death in June. Wszystko dzięki Piotrowi Kościanowskiemu i Arturowi Rojkowi. W tym roku ci dwaj Panowie sprowadzili wykonawców, których od lat chciałem zobaczyć - oprócz wymienionych, temu pierwszemu zawdzięczamy również opolski koncert Of Wand and the Moon, temu drugiemu wrocławski występ Faust.


Sam koncert wyglądał jak większość znanych mi zapisów z czasów, gdy wykreował się dzisiejszy wizerunek artysty. Prawda, że występ był pozbawiony wielkich emocji, Douglas klepał wszystko jak zdrowaśki - ale Death in June grało inaczej chyba tylko w początkach swojej kariery. Nie można powiedzieć też, że to "niekoncertowy" projekt, bo przecie artysta stara się, żeby wszystko miało odpowiednią otoczkę. Mnie osobiście atmosfera porwała na samym początku, gdy bijąc w werble Douglas prowadził dialog z pętlącymi się samplami wyciętymi ze słynnego brytyjskiego serialu "Prisoner". Bardzo mnie to radowało, bo sądziłem, że przestał ich używać jakieś dwadzieścia lat temu. Chwilę potem, gdy Douglas chwycił gitarę, a dźwięk potrzebował więcej precyzyjności, czar prysł. Wszystko zaczęło dudnić i buczeć jak z kiepskiego, ale głośnego radia samochodowego. Na szczęście Death in June gra taką muzykę, że nagłośnienie nie do końca mogło zniszczyć wrażenia z tego koncertu. Setlista była po prostu marzeniem i przekrojem przez niemal całą działalność projektu. Cieszyły mnie szczególnie wczesne utwory - "Death of the West", "Fields of Rape" i rockowo zagrane "Heaven Street". Było też najbardziej przeze mnie wyczekiwane "Of runes and Men", przy którym jednak ulotniła się atmosfera, za to zrobiło się bardzo zabawnie - bo Doug zaśpiewał "so i drink a polish wine".

Wspominając dziś ten koncert najbardziej żałuję, że potwierdziły się wszystkie moje najgorsze przypuszczenia co do nagłośnienia Progresji. "Jeśli się jest melomanem, to chodzi się do filharmonii, a nie na takie koncerty" - rzucił Tom Bardamu. Tyle, że ze mnie taki meloman, jak z mysiej pipy neseser. "Kwestia gustu marudo" - mówił mi w trakcie koncertu organizator Piotr Kościanowski. Wydaje mi się, że raczej kwestia przyzwyczajenia do niskich, polskich standardów. No cóż, nie jest to wina ani Douglasa, ani Piotrka. Nie mniej uważam, że organizowanie w tej chwili w Progresji jakichkolwiek koncertów jest totalną pomyłką.

Mimo tych dźwiękowych niedostatków muszę przyznać, że jestem zadowolony z wycieczki. Dla mnie występ Death in June był w dużej mierze wspaniałym spotkaniem towarzyskim bo mogłem zobaczyć wielu znajomych, których widuję naprawdę rzadko a niektórych spotkałem przy tej okazji po raz pierwszy. Atmosfera była wyśmienita, piwo drogie, kobiety piękne, a mężczyźni brzydcy.

TEKST PIERWOTNIE OPUBLIKOWANY NA ŁAMACH APOSTAZJI>>>

czwartek, 29 września 2011

Man's Gin - Smiling Dogs

Blog nie dość, że staje się moim wyrzutem sumienia, to zaczyna sprawiać wrażenie zaniedbanego. Broń boże się nie obijam - po prostu nie mam zbyt wiele czasu, a rzeczy które ostatnio napisałem czekają na publikację, bądź są pracami w które włożyłem tyle wysiłku, że nie chcę ich publikować w charakterze non profit. Jutro postaram się wrzucić tekst o Drive. A na dziś wygrzebałem z notatnika króciutką notkę o Man's Gin, którą napisałem mniej więcej rok temu. Wydaje mi się, że w kontekście ostatnio recenzowanego albumu Jivka warto o tym projekcie wspomnieć. Zarówno na Songs jak i tutaj.




Z
niewątpliwie sympatyczną muzyką blackmetalowego duetu Cobalt zetknąłem się już jakiś czas temu, zwabiony gościnnym udziałem Jarboe, ale nie była to rzecz która miała szanse zatrzymać się dłużej w moim playerze. Gdy odkryłem, że słuchany przeze mnie od dłuższego czasu Man's Gin w prostej linii wywodzi się z Cobalt, byłem zdziwiony - ale ostatecznie, gdy porównamy obie płyty i przemyślimy jedną w kontekście drugiej, dojdziemy do wniosku, że to raczej konsekwentny rozwój i próba szukania innych, ale równie szczerych środków wyrazu. Nie będę oszukiwał - mi akurat bardziej odpowiada stylistyka Man's Gin, która mieści się gdzieś pomiędzy grunge a alt country. Pierwsza część płyty przynosi mocne skojarzenia z Alice in Chains, Mad Season i Laneganem, a druga odrobinę bardziej przypomina shouthern rock. Urocza mieszanka heroiny i taniej whisky.

piątek, 16 września 2011

Kentin Jivek - Ode to Marmaele



Ostatnio dostałem z Apostazji spory pakiet płyt. Między nimi znalazłem niepozorny CD-R, do którego załączony był list z prośbą o recenzję i wyrażoną nadzieją, że dzięki niej uda się może autorowi zagrać w Polsce jakiś koncert. Zaintrygowany wsadziłem płytę do odtwarzacza poza kolejką i zostałem oczarowany od pierwszych dźwięków. W notce Kentin zaznaczył, że to jego 6 (słownie: szósty!) album. Kompletnie nie rozumiem dlaczego do tej pory artysta nie osiągnął "sukcesu" na neofolkowej scenie, tak samo jak nie rozumiem, dlaczego na Discogs widnieje tylko jedna pozycja firmowana jego nazwiskiem - ale postaram się zdobyć więcej jego płyt i zrobić co w mojej mocy, by trochę rozpropagować jego muzykę.



CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>


KUP
(na razie tylko iTunes)



piątek, 9 września 2011

A sound guide to Warsaw


Bardzo lubię Grzesiuka, mam więc nadzieję, że się Warszawiakom nie narażę swoją opowieścią. Całkiem niedawno wylądowałem na dworcu Warszawa Wschodnia, która wraz z okolicami (pobliskim dworcem autobusowym itd) przyniosła mi skojarzenia z Ugandą czy jakimś innym małym afrykańskim kraikiem żyjącym z kopalni diamentów. Do tej Warszawy jaką zapamiętałem, bardziej pasował by miejski folk o zabójstwach w afekcie, coś w stylu Stagger Lee albo rap o Ruskich nielegalnie handlujących organami do transplantacji. Inicjator projektu "A sound guide to Warsaw" miał jednak inne skojarzenia.


CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>


( Grzegorz Bojanek- Służew. Tak zaczyna się płyta)

próbka 1
(Bionulor- kilinskiego )

kup

(Bardzo tanio. Pewnie warto sprawdzić samemu - więc mimo wszystko zachęcam do kupna).