Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neofolk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą neofolk. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 stycznia 2013

MUZYKA - subiektywne podsumowanie 2012 roku.



Możliwe że siedząc w kącie, czytając komiksy i słuchając w kółko pętlących się ambientów przegapiłem wiele istotnych (nawet jeśli byłyby istotne tylko dla mnie) płyt. Jednak te pięć tytułów - niektóre są bardzo oczywiste - wymieniłbym jednym tchem. W niektórych podsumowaniach widzę Matta Eliotta, którego uwzględniłem w tamtym roku (premiera na nośniku była w styczniu 2012), pojawia się też nowe Death Grips które pomijam, bo o projekcie również pisałem w zestawieniu na 2011 rok (zalecam tam zerknąć - klik). 


W podsumowaniu znalazły się tytuły, które nasunęły mi się same. Potem zacząłem kombinować, googlać, dopisywać i lista zaczęła się rozłazić. W ostatniej chwili wywaliłem kilka pozycji, pozostawiając zestawienie w pierwotnej formie. Przeglądałem też listę Brainwashed i na pewno muszę dosłuchać kilku pozycji (sądząc po niej, przegapiłem mniej niż sądziłem) więc będę pewnie jeszcze wspominał o kilku fajnych płytach na fanpage'u, a może niedługo pojawi się tu druga piątka.

 Przed świętami przyszła do mnie ostatnia płyta wydana przez Etalabel, ale nie wsadziłem jej jeszcze do odtwarzacza. Pomijając ten album (który pewnie też jest fajny), oficyna prowadzona przez Grzegorza Bojanka wydała w tym roku same bardzo dobre płyty, idealnie wpisujące się w moje gusta muzyczne. Fajne rzeczy robi też kasetowy label Sangoplasmo (pisał o nich Bartek Chaciński klik).



Komary rypią, przejdźmy do listy.



Scott Walker - Bish Bosch  Nie będę ukrywał zawodu. "Bish Bosch" - mimo tego, że niesamowita warstwa tekstowa wpisuje się w te same tendencje - do "Tilt" i "Drift" nie dorasta. Na poprzednich albumach apokaliptyczna poezja Walkera i konceptualna muzyka stanowiły nierozerwalną całość - tu nad wszystkim dominuje deliryczna narracja. Co ciekawe, w porównaniu do swojej poprzedniczki, płyta jest całkiem słuchalna. Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie przedrzeć się przez cały "Drift" za jednym posiedzeniem (dla nieznających twórczości Walkera może to zabrzmieć jak zarzut, więc zaznaczam, że tak nie jest - to po prostu jedna z najbardziej przerażających i sugestywnych płyt w historii "muzyki popularnej"). "Bish Bosch" jest jednak również mniej muzykalny, niż mój ulubiony "Tilt", którego mogę słuchać całymi dniami, w kółko Macieju.  Wszystko wskazuje na to, że Walker swoje opus magnum ma za sobą i trudno mi z tym przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę to musiał odszczekać. Głęboko wierzę, że uda mu się nagrać przynajmniej jeszcze jeden album .


Ponad dwudziestominutowe serce płyty (SDSS14+13B) wybija się spośród reszty utworów i najbardziej przypomina poprzednie dokonania Walkera. To jedyny track, który urzekł mnie od razu - od pierwszej chwili słuchałem jak zahipnotyzowany i za każdym razem przeżywam ten utwór równie intensywnie. Mimo wszystko trudno uznać "Bish Bosch" za nieudany album i jest to dla mnie ważna płyta - możliwe, że najważniejsza w tym roku - czekałem na nią w końcu pół dekady. Cały czas wracam do niej, cały czas znajduję coraz więcej, i możliwe, że wgryzę się w nią jeszcze bardziej, ale na tę chwilę (jakieś dziesięć odsłuchów - dwa na słuchawkach, reszta na głośnikach) nie kupuję jej w całości.




 Mount Eerie - Ocean Roar  Phil Elverum nagrał w tym roku dwie wspaniałe płyty, których słuchałem z prawdziwą ekscytacją. Jeśli miałbym wybrać tylko jedną, wskazałbym "Ocean Roar", która w szczytowym punkcie kradnie sporo z black metalowego shoegaze (artysta robił to już na wybitnym "Wind's Poem") i tymi środkami odmalowuje wzburzony morski krajobraz, stający przed naszymi oczami niczym żywioł rodem z rycin Gustava Dore. W tej stylistyce wykonał również utwór z repertuaru legendarnego Popol Vuh, podkreślając tym samym ambitne konotacje i założenia współczesnego black metalu. Musicie tego posłuchać, bo w tym dyptyku tak pięknie uwypukla się jego potencjał, że powody nobilitacji, jaka spotkała w ostatnich latach ten hermetyczny dotychczas gatunek, zrozumie każdy niedowiarek (każdy, prócz zajadłych metalowców, dla których będzie to pewnie pozerstwem). 





Warto dodać, że za Wielką Wodą scena BM rozkwita jak grzyb na ścianach poprzedniej stancji Marcina Zembrzuskiego. Przylatują stamtąd (ze Stanów ofkors, a nie z poprzedniej kanciapy Marcina) coraz wspanialsze wynalazki, które odbijając się od tradycji europejskiej sceny black metalowej (również polskiej, gdyż dla takiego Xasthura jedną z największych inspiracji stanowił pono Graveland)  tworzą nową jakość, często eksperymentują z estetyką, wyciągają na wierzch shoegaze, ambient, podpierają postrockiem, zamieniając ją w coś więcej. Sam słuchałem z tego wszystkiego zaledwie ułamek, bo moje króliki reagują na to z dezaprobatą, w popłochu chowając się za kanapę.


Neil Young - Psychedelic Pill Sześcdzisięciosześcioletni staruszek, któremu lekarze zabronili już nawet palić trawę, nagrał najlepszy rockowy album głównego nurtu, zostawiając w tyle większość indie młodzieńców. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale płytę zdominowały bezkompromisowe kilkunastominutowe, transowe kompozycje w których czuć młodzieńczą radość grania. Mam nadzieję, że tego albumu słuchali już wszyscy i rekomendacja jest całkowicie zbędna. To z nim będzie mi się  kojarzył 2012 rok. Sam teraz wracam do poprzedniej płyty Younga: "Le Noise", bo przyznam szczerze, że chyba ją zlekceważyłem i po premierze zbyt szybko wyszła z mojego playera. 




Swans - The Seer Zawsze denerwowało mnie jęczenie znajomych na rozpad Swansów. Są rzeczy, które powinny się skończyć, choćby po to, żeby się nie zdewaluować. Projekty Giry (który coraz bardziej zaczyna przypominać Hanka Williamsa), i solowe płyty Jarboe wpisywały się świetnie w moje gusta. Nie było według mnie na co narzekać. Teraz muszę wszystko odszczekać. Tak, poprzednia  płyta Swans to petarda, nowa płyta to monolit. Za kilka dekad rok 2012 będzie wspominany ze względu na Swans i czwarty eksperymentalny album Scotta Walkera.







King Dude – Burning Daylight i neofolk. Po pierwsze Myrninerest, "Jhonn, Uttered Babylon" projekt Davida Tibeta i James Blackshawa jest wart odnotowania, ale nie siedział długo w moim playerze więc zrezygnowałem z umieszczenia go w topie jako osobnego paragrafu. Przed publikacją tego tekstu słuchałem po raz pierwszy Fire + Ice "Fractured Man" - i jest to na pewno dobra płyta, ale obcowałem z nią zbyt krótko by ją tu wyróżnić. Prócz tego w neofolku działo się w tym roku naprawdę niewiele, albo mało z interesujących płyt do mnie dotarło - zawsze jest taka możliwość, bo jak często podkreślam, druga fala jest mi równie odległa, co polska scena komiksowa. Najciekawsze rzeczy wydarzyły się tak naprawdę na pograniczu i nowy King Dude jest chyba najlepszym tego dowodem. Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć, że "Woven Hand to nie neofolk". Dziś, gdy wpływ alternatywnego country na ten nurt jest niezaprzeczalny, wszystkim malkontentom mogę pokazać faka. King Dude to nawiedzony, apokaliptyczny, psychfolkowo - countrowy, bluźnierczy gospel, nieraz zagrany z rockową werwą. Spiritus movens projektu często odżegnuje się od neofolkowych konotacji, ale ja mu zabraniam, bo jest dla mnie "nową nadzieją białych" . Jeśli miałbym odrzucić obiektywizm i zapomnieć o nowym Swans, to powiedziałbym, że to jest najlepsza tegoroczna płyta z całej mrocznej sceny.

I



 II


piątek, 6 lipca 2012

Chrześcijanin tańczy czyli o Halfway i Wovenhand.



Halfway nie miał w tym roku szczęścia. Śmierć perkusisty Sun Kil Moon pozbawiła festiwal jednej z gwiazd, a ostatni dzień imprezy zbiegł się z finałem Euro. Większość fanów głównej atrakcji festiwalu - amerykańskiego zespołu Woven Hand nastawiła się pewnie na warszawski koncert projektu, który miał się odbyć dzień wcześniej - ostatecznie został jednak przeniesiony na wrzesień.  Jednak nie wyglądało na to, żeby wpłynęło to znacząco na frekwencję w Białymstoku. 

Ja sam, zawiedziony brakiem zespołu Marka Kozelka i nie znający realiów białostockiego festiwalu, przedłużyłem podlaskie leśne wojaże o dwa dni, rezygnując tym samym z piątkowych i sobotnich koncertów. Gdy dotarłem na miejsce plułem sobie w brodę. Halfway to niezwykle kameralny festiwal, na którym chciałbym spędzić znacznie więcej czasu. Przede wszystkim jest pozbawiony wszelkich minusów tego typu imprez. Z racji rozsądnej ilości wykonawców koncerty nie są limitowane czasowo, miejsce urzeka też miłą atmosferą, tanim piwem i kapitalnie nadającym się do kameralnych występów amfiteatrem umiejscowionym za nowo wybudowaną białostocką Operą.

Na miejscu zjawiłem się wczesnym wieczorem, gdy na scenie grały Haydamaki. To kapela bardzo odległa moim gustom muzycznym, więc od razu udałem się na z góry upatrzone pozycje - do ogródka piwnego. Przysłuchiwanie się stamtąd koncertowi utwierdziło mnie w przekonaniu, że wybierając się na Halfway dobrze zrobiłem. Przede wszystkim nagłośnienie zdawało się w porządku. Późniejszy koncert indie-folkowego Great Lake Swimmers - którego wysłuchałem już jak należy, z wnętrza amfiteatru - tylko to potwierdził.


Niestety, czar prysł po wyjściu na scenę tak oczekiwanego przeze mnie Woven Hand. Zespół zagrał bardzo rockowo, przez co muzyka zbiła się w jeden wielki chrzęst. Przez ścianę gitarowego dźwięku ledwo przebijał się wokal Edwardsa, który w efekcie brzmiał jak szczekanie. Z trudem rozpoznawałem następujące po sobie utwory. Powoli czułem jak zaczyna boleć mnie głowa. Trochę lepiej zrobiło się, gdy lider chwycił za banjo - co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że problem polegał na tym, że nagłośnienie słabo znosiło rockowe granie. Gdy Edwards ponownie przerzucił się na gitarę, po raz pierwszy w swoim życiu postanowiłem "uczyć ojca dzieci robić" i udałem się do nagłośnieniowca. Okazało się, że nie zna polskiego, więc strzelam, że przyjechał właśnie z Woven Hand. Wymieniliśmy kilka słów, łamaną angielszczyzną powiedziałem mu "when they play rock, it's just harsh sound". Wzruszył bezradnie ramionami i wskazał na konsoletę. Wydaje mi się, że mimo wszystko wziął sobie do serca moje słowa, bo potem było odrobinę lepiej. Koncert uważam jednak za nieudany. Do tego bardzo smutny wydaje się fakt, że zespół odmówił bisowania. Co prawda audytorium było niewielkie, ale słychać było, że w amfiteatrze znajdują  się oddani fani. Sam mimo, że nie byłem zbyt ukontentowany (nie tylko brzmieniem ale i setlistą) darłem się wniebogłosy, licząc w duchu na jakiś pożegnalny ochłap-rarytas... na próżno. Edwards nie wyszedł nawet nas pobłogosławić. Niedosyt był wielki, więc postanowiłem go sobie jakoś wynagrodzić - wlazłem na scenę i gwizdnąłem przyczepioną do wzmacniacza setlistę:


No cóż. Po zespole który słynie z tego, że gra wybitne koncerty, spodziewałem się jednak czegoś więcej. Nie jestem nagłośnieniowcem i pewnie nie do końca jestem w stanie powiedzieć co było problemem - ale uszy mam i ze smutkiem stwierdzam, że wyszło fatalnie. Może chodziło o prozaiczne podkręcanie ma maxa gałki głośności dla gwiazdy festiwalu, może o coś zupełnie innego, jak wspomniana zmiana stylu gry na rockowy, który odebrał muzyce cały urok. Możliwe, że nastąpiły ostatnio jakieś niekorzystne zmiany nie tylko w stylistyce, ale i w składzie -  na scenie zabrakło Pascala Humberta, zastąpił go jakiś młody człowiek. Sam Edwards grał na stojąco, pląsając po scenie i robiąc jakieś mormońskie moonwalki czy insze obertasy - widać było, że rozpiera go energia, szkoda tylko, że cała para poszła w gwizdek. Inna sprawa, że - sądząc po fantastycznie, ciepło i subtelnie brzmiących Great Lake Swimers - zespół, jeśli świadom był tego, jak słychać ich na widowni - mógłby łatwo dostosować się do wymagań miejsca w którym gra, przerzucić się na bardziej akustyczne brzmienie. Niestety, nic takiego nie nastąpiło, więc nie mam zamiaru winić organizatorów, bo wszystko wskazuje na to, że wina mogła leżeć po stronie zespołu. Aż nie chce mi się  wierzyć, że to piszę, bo jestem wyznawcą WH, ale na to wygląda. 

Mimo stosunkowo krótkiego pobytu w Białymstoku sam festiwal oceniam bardzo dobrze i jeśli lineup będzie mnie interesował, to na mur beton tam wrócę. W przyszłym roku chętnie zobaczyłbym na Halfway neofolkowe projekty - może udałoby się zorganizować jeden dzień luźno kręcący się wokół tej stylistyki? Byłoby pięknie, bo operowy amfiteatr zdaje się idealnym miejscem dla tego typu przedsięwzięcia.

środa, 6 czerwca 2012

Halfway Festival 09-10 czerwca 2012 i 29 czerwca – 1 lipca 2012


Sezon festiwalowy nabiera rozpędu. Już w ten weekend (9-10 czerwca) startuje pierwszy segment Halfway Festival - Songwriting Op!era Festival. Będzie tam można między innymi zobaczyć tak znakomite zespoły jak Low Roar i The Mountain Goats. Niestety nie uda mi się tam dotrzeć, ale kibicuje temu przedsięwzięciu z całego serca. Za to na pewno będę obecny na drugiej części imprezy - Op!era Folk Fesitval -  gdzie ziści się jedno z moich największych marzeń koncertowych, bo 1 lipca zobaczę w końcu na żywo jeden z najważniejszych zespołów ze sceny alt-country: Woven Hand. Bardzo cieszę się też na występ Sun Kil Moon, które zagra dzień wcześniej. Mam nadzieję, że zjawicie się tłumnie. Do zobaczenia w kolejce po piwo!



czwartek, 1 marca 2012

Sieben – No Less Than All (2012)




Spotkałem się jakiś czas temu ze złośliwymi głosami, że Howden się skończył. Mimo, że w jakiś sposób mijam się z tym, co pojawiło się na kilku ostatnich albumach Sieben, nie mogę zgodzić się z takim stwierdzeniem. Radzę przyjrzeć się temu, co Matt wydał w ostatnich latach na boku - nagrane wspólnie ze swoim ojcem "The Matter of Britain" i soundtrack do filmu "Robot World" to płyty bezsprzecznie znakomite i wskazujące, że artystyczne ambicje Howden przeniósł na poboczne projekty, które powinny zadowolić wszystkich wymagających fanów tego artysty.


CZYTAJ DALEJ NA ŁAMACH APOSTAZJI>>>





sobota, 11 lutego 2012

Neofolk 2011 - podsumowanie.



Dożyliśmy czasów których nie chcieliśmy dożyć. Nie mówię o kali judze - ta trwa od dawna - a o tym, że wyraźnie widać, jak neofolk staje się coraz popularniejszy. Może chodzi o to, że słuchacze są młodsi, że wraz z takimi projektami jak Rome przychodzą następne pokolenia zainteresowanych. Nie wiem, w każdym razie nie chcieliśmy - przepraszamy! Na szczęście są tego jakieś plusy, bo dzięki temu obrodziło w koncerty. Jednego roku mogliśmy zobaczyć w Polsce Death in June, Current 93 i Of the Wand and the Moon. Czytam to, co napisałem i muszę się uszczypnąć żeby uwierzyć. Jeśli idzie natomiast o albumy, to nie jest tak kolorowo. Zespołów "drugiej fali" słucham mało, a cenię jeszcze mniej. Jeśli miałbym wymienić nagranie "świeżej krwi" które mi się naprawdę w tym roku podobało, to wskazałbym Cult of Youth. Weterani wydali parę płyt, ale z rzeczy godnych odnotowania wymieniłbym tylko płyty z obozu Sol Invictus.


Andrew King - Deus Ignotus

Andrew King zazwyczaj najwdzięczniej wypada w kolaboracjach i faktem jest, że mimo pewnych podobieństw, sporo brakuje temu albumowi do takich płyt jak nagrane wspólnie z Brown Sierra "Thalassocracy". Mimo to, "Deus Ignotus" to bezsprzecznie jeden z lepszych albumów jakie miałem okazję słuchać w 2011 roku. We wspomnianym projekcie z Brown Sierra bardzo ceniłem ten mariaż tradycyjnego repertuaru z muzyką konkretną, eksperymentalną. To samo cechuję tę płytę i mimo, że trudno mówić tu o jakiejś przytłaczającej awangardowości, to jest tu coś, co każe nam myśleć o Kingu jako o osobie osłuchanej ze współczesną muzyką. Staroangielskie pieśni osadza w dość minimalistycznej stylistyce, nie boi się dronów czy sampli. Mimo swojego przywiązania do tradycjonalizmu nie obawia się poszukiwać, przez co nagrywa płyty wykraczające daleko poza jakiekolwiek znane stylistyki. Nie będę tu dywagował czy King gra neofolk - bo bym pewnie trafił na manowce - ale jest to osoba tak mocno związaną ze sceną, że pojawienie się go w tym zestawieniu nie powinno nikogo dziwić.



Sol Invictus - The Cruellest Month

Od ostatniej płyty firmowanej jako Sol Invictus minęło ponad pół dekady. Jako, że Tony sporo udziela się w różnych innych projektach, nie wyczekiwałem tego albumu z niecierpliwością, ale przyznaję, że bardzo się ucieszyłem, gdy znów z okładki popatrzyły na mnie niepokojące postacie namalowane przez Tora Lundvalla. Poprzednia, warta uwagi rzecz w której Tony mieszał palce - Orchestra Noir - "What If..." - wędrowała w rejony, w których mistyczna awangarda spotykała się z muzyką kameralną. "The Cruellest Month", mimo że charakteryzuje się dość soniczną, zimna wręcz realizacją, korzysta z sampli i studyjnych sztuczek, to jednak podąża w kierunku wzorcowego, piosenkowego neofolku. Tony nagrał już kilka albumów będących klasykami w obrębie tego nurtu. Ta zapewne nie wejdzie do kanonu, ale w tym roku to najlepszy neofolkowy album, jaki gościł w moich głośnikach. Warto dodać, że płyta wchodzi w dialog z wymienionym powyżej albumem Andrew Kinga - który zresztą wziął udział w nagrywaniu "The Cruellest Month" i dość mocno odcisnął na nim swoje piętno.



Blood Axis - Ultimacy

Gdyby nie to, że to kompilacja zawierająca wszystkie single projektu i utwory zamieszczone wcześniej na przeróżnych składankach, powiedziałbym, że to płyta roku. Wbrew pozorom nie jest to rzecz, którą można by potraktować jako przekrój przez całą działalność zespołu. Mimo kilku wyjątków, bliżej temu wszystkiemu do tego, czym Blood Axis chciałoby być dzisiaj. Czuć tu rękę Annabel Lee, wyraźnie słychać skłanianie się w stronę piosenkowości i folkowym estetykom. Ja oczywiście wolę pierwotnego ducha projektu, ale płyta i tak bardzo mi się podoba - oprócz fragmentów, w których Michael śpiewa po niemiecku, bo brzmi tam jak germańska wersja Tony'ego Cliftona (usilnie stosuję to porównanie, ale taka jest niestety prawda). Rzecz jest znakomicie wyprodukowana, nieraz może siląca się na spójność - ale ostatecznie przekonująca i warta postawienia oryginału na swojej półce z CD. Szczególnie, że piosenki pokroju "Mandragory" czy dostępnego chyba tylko na tribucie dla Codreanu "The Storm Before The Calm" (chciałbym, żeby Blood Axis właśnie tak dzisiaj brzmiało) czynią z niej prawdziwy skarb dla fanów.



Current 93 - HoneySuckle Æons

Czytałem przed chwilą recenzję "HoneySuckle Æons" którą napisałem w czerwcu. Wydaje mi się, że trochę nie doceniłem tej płyty. Nie to, żebym diametralnie zmienił o niej zdanie, ale minimalizm, który ją cechuje, dźwiękowa droga, którą wybrał Tibet bardzo mi odpowiada i dobrze wróży na przyszłość. Tym bardziej, że w szczytowych momentach (mam na myśli "kwiatowy tryptyk") album zdecydowanie się broni. Trzymam kciuki. Oby zaowocowało to wybitnymi materiałami. Warto również wspomnieć katowicki koncert - jako dobry występ, po którym jednak spodziewałem się zbyt wiele. Wydaje mi się, że obecnie mijamy się z Tibetem na poziomie emocjonalnym i żałuję, że nie dane mi było zobaczyć jego wcześniejszych koncertowych wcieleń. Mam cichą nadzieję, że projekt będzie gościł u nas częściej, a sobie obiecuję już nigdy nic nie przegapić i być obecnym na każdym koncercie C93 w naszym kraju.



Rome - Die Æsthetik der Herrschaftsfreiheit

Najpierw internet obiegła plotka, że Rome się rozwiązało. Ja długo nie chciałem przyjąć tego do wiadomości, ale w końcu uwierzyłem... a wtedy zaczęły pojawiać się informacje o tym, że zespół szykuje coś specjalnego. Faktycznie, milczenie Jarome i spółki zaowocowało czymś niecodziennym. Pięknie wydany, monumentalny tryptyk - dopracowany i przemyślany, zawierający zarówno piosenki, jak i budowany z sampli martial. Nie będę ukrywał, że ostatnią płytą Rome, którą adorowałem było "Mensche Material". Tym bardziej jest mi miło powiedzieć, że to najlepsze nagrania Rome od tego czasu. Nie trzeba jednak długo szukać dziury w całym. Spójność, która jest pożądana przy regularnej płycie, staje się bolączką przy czymś tak rozbudowanym jak trzyczęściowy album. Naprawdę uważam, że można by było - wręcz konwencja tego wydawnictwa sama się o to prosi - zainscenizować wieloczęściowe słuchowisko o odmiennych stylistykach, brzmieniach, tematach. Tak się jednak nie stało. Na korzyść przemawia to, że słucha się tego materiału znakomicie, ale kuriozalne wydaje się uczucie, że po 120 minutach muzyki czuje się jakiś niedosyt. Z racji sekretarzenia przy neofolku i poczucia obowiązku słuchałem całości dobre dziesięć razy, ale szczerze powiedziawszy już po pierwszym odsłuchu nie miałem do czego wracać.



Of the Wand & the Moon - The Lone Descent

Na dobrą sprawę ta płyta mogłaby się w tym zestawieniu wcale nie pojawić. Ja osobiście największą jej wartość upatruję w tym, że pokazuje gdzie krył się geniusz wcześniejszych albumów OTWATM - na każdym z nich Larsen osiągnął niezwykłą, przekonującą spójność i konceptulaność. "Sonnenheim" czy "Emptiness:Emptiness:Emptiness" odcinały mnie od świata na długie godziny, dni, miesiące (ostatnio doszedłem do wniosku, że Larsen powinien mi rentę wypłacać). Każdy fragment tych produkcji aż żal było odrywać od całości i słuchać osobno. Ten poziom spójności sam Douglas P. osiągnął może z dwa razy - i to zawsze z czyjąś pomocą, bo mam na myśli "Operation Hummingbird" i wybitne "Kapo" - albo i nie osiągnął go nigdy. Najnowsza płyta Of the Wand & the Moon okazuje się być tylko zbiorem dobrych piosenek. To oczywiście wada która dla kogoś może okazać się zaletą - mamy tu autonomiczne utwory, których słucha się osobno, a nie puszcza w zimową noc niemal jak ambient (z wciśniętą repetą w cd playerze). I byłoby wszystko fajnie, gdyby tylko każdy utwór jakością dorównywał "Sunspot" (który jest dla mnie najlepszym songiem nagranym w obrębie sceny w minionym roku). Moglibyśmy wtedy mówić, że z projektem Larsena stało się coś niezwykłego - ale niestety, tak naprawdę nic takiego się nie wydarzyło. No oprócz tego, że przestał brzmieć jak klon Di6, ale biorąc pod uwagę wspomniane argumenty, sugeruję przestać już myśleć o tym zespole w ten sposób. Wszystko okazało się tylko gatunkową konwencją i podkreśla, że nigdy nie chodziło w nim o podrabianie... Teraz się boję, że Of the Wand & the Moon które kochałem już nie wróci.


niedziela, 15 stycznia 2012

Rekopis poleca: Kentin Jivek i Mirt 29.I.2012 Poznań



O jednej z płyt Jivka pisałem już jakiś czas temu (klik). Bardzo kibicuje temu wydarzeniu i cieszę się, że udało się go w końcu sprowadzić do Polski. Wiem, że jest zimno i termin nie jest najszczęśliwszy ale postaram się też tam przybyć. Mam nadzieję że i wam się uda. Do zobaczenia!

KENTIN JIVEK (FR)

Recenzja płyty
Ode to Marmaele: klik

Na stronach Santasangremagazine możecie przeczytać wywiad z tym artystą: klik


MIRT (PL)
strona projektu



29.I.2012 (niedziela)
start: 20:00, bilet: 15 zł
Fabrika, ul. Mokra 5
Poznań, Poland

piątek, 23 grudnia 2011

I've been dying to see you... Death in June - Warszawa 2011 -12 -15




Dla fanów neofolku rok, który wydawał się już w pewnym momencie zaprzepaszczony (brak inicjatywy organizatorów odnośnie kilku fajnych tras) okazał się kończyć wyśmienicie. Podsumowując, możemy powiedzieć, że w 2011 mieliśmy szansę zaliczyć dwa najważniejsze projekty związane ze sceną - w sierpniu Current 93, a tydzień temu Death in June. Wszystko dzięki Piotrowi Kościanowskiemu i Arturowi Rojkowi. W tym roku ci dwaj Panowie sprowadzili wykonawców, których od lat chciałem zobaczyć - oprócz wymienionych, temu pierwszemu zawdzięczamy również opolski koncert Of Wand and the Moon, temu drugiemu wrocławski występ Faust.


Sam koncert wyglądał jak większość znanych mi zapisów z czasów, gdy wykreował się dzisiejszy wizerunek artysty. Prawda, że występ był pozbawiony wielkich emocji, Douglas klepał wszystko jak zdrowaśki - ale Death in June grało inaczej chyba tylko w początkach swojej kariery. Nie można powiedzieć też, że to "niekoncertowy" projekt, bo przecie artysta stara się, żeby wszystko miało odpowiednią otoczkę. Mnie osobiście atmosfera porwała na samym początku, gdy bijąc w werble Douglas prowadził dialog z pętlącymi się samplami wyciętymi ze słynnego brytyjskiego serialu "Prisoner". Bardzo mnie to radowało, bo sądziłem, że przestał ich używać jakieś dwadzieścia lat temu. Chwilę potem, gdy Douglas chwycił gitarę, a dźwięk potrzebował więcej precyzyjności, czar prysł. Wszystko zaczęło dudnić i buczeć jak z kiepskiego, ale głośnego radia samochodowego. Na szczęście Death in June gra taką muzykę, że nagłośnienie nie do końca mogło zniszczyć wrażenia z tego koncertu. Setlista była po prostu marzeniem i przekrojem przez niemal całą działalność projektu. Cieszyły mnie szczególnie wczesne utwory - "Death of the West", "Fields of Rape" i rockowo zagrane "Heaven Street". Było też najbardziej przeze mnie wyczekiwane "Of runes and Men", przy którym jednak ulotniła się atmosfera, za to zrobiło się bardzo zabawnie - bo Doug zaśpiewał "so i drink a polish wine".

Wspominając dziś ten koncert najbardziej żałuję, że potwierdziły się wszystkie moje najgorsze przypuszczenia co do nagłośnienia Progresji. "Jeśli się jest melomanem, to chodzi się do filharmonii, a nie na takie koncerty" - rzucił Tom Bardamu. Tyle, że ze mnie taki meloman, jak z mysiej pipy neseser. "Kwestia gustu marudo" - mówił mi w trakcie koncertu organizator Piotr Kościanowski. Wydaje mi się, że raczej kwestia przyzwyczajenia do niskich, polskich standardów. No cóż, nie jest to wina ani Douglasa, ani Piotrka. Nie mniej uważam, że organizowanie w tej chwili w Progresji jakichkolwiek koncertów jest totalną pomyłką.

Mimo tych dźwiękowych niedostatków muszę przyznać, że jestem zadowolony z wycieczki. Dla mnie występ Death in June był w dużej mierze wspaniałym spotkaniem towarzyskim bo mogłem zobaczyć wielu znajomych, których widuję naprawdę rzadko a niektórych spotkałem przy tej okazji po raz pierwszy. Atmosfera była wyśmienita, piwo drogie, kobiety piękne, a mężczyźni brzydcy.

TEKST PIERWOTNIE OPUBLIKOWANY NA ŁAMACH APOSTAZJI>>>

czwartek, 29 września 2011

Man's Gin - Smiling Dogs

Blog nie dość, że staje się moim wyrzutem sumienia, to zaczyna sprawiać wrażenie zaniedbanego. Broń boże się nie obijam - po prostu nie mam zbyt wiele czasu, a rzeczy które ostatnio napisałem czekają na publikację, bądź są pracami w które włożyłem tyle wysiłku, że nie chcę ich publikować w charakterze non profit. Jutro postaram się wrzucić tekst o Drive. A na dziś wygrzebałem z notatnika króciutką notkę o Man's Gin, którą napisałem mniej więcej rok temu. Wydaje mi się, że w kontekście ostatnio recenzowanego albumu Jivka warto o tym projekcie wspomnieć. Zarówno na Songs jak i tutaj.




Z
niewątpliwie sympatyczną muzyką blackmetalowego duetu Cobalt zetknąłem się już jakiś czas temu, zwabiony gościnnym udziałem Jarboe, ale nie była to rzecz która miała szanse zatrzymać się dłużej w moim playerze. Gdy odkryłem, że słuchany przeze mnie od dłuższego czasu Man's Gin w prostej linii wywodzi się z Cobalt, byłem zdziwiony - ale ostatecznie, gdy porównamy obie płyty i przemyślimy jedną w kontekście drugiej, dojdziemy do wniosku, że to raczej konsekwentny rozwój i próba szukania innych, ale równie szczerych środków wyrazu. Nie będę oszukiwał - mi akurat bardziej odpowiada stylistyka Man's Gin, która mieści się gdzieś pomiędzy grunge a alt country. Pierwsza część płyty przynosi mocne skojarzenia z Alice in Chains, Mad Season i Laneganem, a druga odrobinę bardziej przypomina shouthern rock. Urocza mieszanka heroiny i taniej whisky.

piątek, 16 września 2011

Kentin Jivek - Ode to Marmaele



Ostatnio dostałem z Apostazji spory pakiet płyt. Między nimi znalazłem niepozorny CD-R, do którego załączony był list z prośbą o recenzję i wyrażoną nadzieją, że dzięki niej uda się może autorowi zagrać w Polsce jakiś koncert. Zaintrygowany wsadziłem płytę do odtwarzacza poza kolejką i zostałem oczarowany od pierwszych dźwięków. W notce Kentin zaznaczył, że to jego 6 (słownie: szósty!) album. Kompletnie nie rozumiem dlaczego do tej pory artysta nie osiągnął "sukcesu" na neofolkowej scenie, tak samo jak nie rozumiem, dlaczego na Discogs widnieje tylko jedna pozycja firmowana jego nazwiskiem - ale postaram się zdobyć więcej jego płyt i zrobić co w mojej mocy, by trochę rozpropagować jego muzykę.



CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>


KUP
(na razie tylko iTunes)



środa, 10 sierpnia 2011

We wept, when we remembered Zion... Current 93 - Katowice 2011-08-04



Mamy za sobą koncert, po którym niemal każdy polski miłośnik neofolku obiecywał sobie wiele - a ja najwyraźniej obiecywałem sobie zbyt wiele. Tibet jest przecie na życiowym zakręcie i nawet płyt szczególnie dobrych ostatnio nie nagrywa... Lecz biorąc pod uwagę to, że niedawno cześć jego świata się zawaliła, to jest naprawdę godne podziwu, że nie zamienił się jeszcze w zgorzkniałego dinozaura undergroundu, że trzyma fason, nie zwalnia i dalej potrafi odstawić show z przyzwoitym pierdolnięciem. Zabrakło mi tu jednak przede wszystkim mistycyzmu... i mimo, że trudno ten koncert nazwać chałturą, to był to występ - jak na moje - dość odległy od tego, co sobie wymarzyłem.




(intro i pierwszy utwór)

Mimo, że zespół przywitał się wiele obiecującym, pasyjnym i złowieszczym "Ivocation of Almost", to pierwszą część koncertu oparto głównie o chwytliwe i zabawne aranże - od żywiołowego rock'n' rolla, po dźwięki przypominające materiał z "Real Gone" Toma Waitsa. Było w tym z jednej strony sporo groteski, od zawsze towarzyszącej Currentowi, z drugiej, był to zapewne ukłon w stronę przypadkowych festiwalowych słuchaczy (acz wydaje mi się, że tych raczej wprowadził w konsternację). Potem było już znacznie bardziej psychodelicznie (może nawet już progresywnie) i rockowo, przez co zespół brzmiał momentami jak rzecz wręcz hipisowska, odwołująca się raczej do stylistyk sprzed narodzin industrialu i neofolku.

Current twarzy ma wiele. Jasne. Ale bardzo dziwne i kompletnie nietrafione wydało mi się to, że (pojawiający się tu rzekomo tylko gościnnie) Michael Cashmore - którego kojarzę głównie z delikatniejszą stroną Currenta - został wypchnięty na scenę z przesterowaną gitarą w ręku. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałem się, że to raczej reszta zespołu dopasuje się do niego i usłyszymy delikatny, akustyczny neofolkowy koncert... okazało się być zupełnie odwrotnie i nie ma co ukrywać, że tak naprawdę tylko repertuar z "Aleph At Hallucinatory Mountain" - z wiadomych względów - wypadł w tych aranżacjach niezwykle korzystnie i jak dla mnie to on stanowił o jakości i sile tego koncertu... bo niestety na koniec, gdy zespół ewidentnie żegnał się już z publiką, stało się to jakimś quasi-rockowym tributem z kilkoma "przebojami" Currenta, które mimo, że zachowują linię melodyczną i są śpiewane przez Tibeta, to w jakiś sposób mijają się z tym, czym w zamyśle miały być.

Wiem, że nic nie stoi w miejscu, wiem, że teraz w obrębie neofolku panuje moda na takie aranże, na rockowe granie, ale ja osobiście cenię tego typu projekty za odejście od - jakkolwiek bliskie by te dziedziny nie były - widowiska rockowego w stronę sacrum. Nie chcę być źle zrozumiany, więc podkreślam raz jeszcze - koncert mi się podobał, ale to wszystko było dalekie od mojej wizji tego, czym takie przedstawienie być powinno. Czego innego tu szukam... a z płyt koncertowych wiem, że Current potrafił sceniczne występy oprzeć na czymś innym, niż rockowy hałas. Mogę tylko żałować, że nie dane było mi zobaczyć ich w bardziej sprzyjającym melancholijnemu graniu etapie twórczości... No właśnie, jak na stan ducha Tibeta, jakoś mało tu było bólu i zadumy. Pozostaje czekać na lepsze czasy, ja mimo wszystko nie wierzę - jak sugerował zawiedziony szoł pewien kolega - że Current 93 się skończył. W żadnym wypadku nie uznaję tego koncertu za ukoronowanie swojej znajomości z tym zespołem...
 





TEKST PIERWOTNIE UKAZAŁ SIĘ NA STRONACH APOSTAZJI>>>

czwartek, 7 lipca 2011

Jeżyk we mgle (1975)

Mała przerwa w aktualizowaniu bloga nie jest do końca moją winą. W tamtym tygodniu po prostu nie miałem czasu, a teraz opóźnienia są związane z ... opóźnieniami ( jak na polskiej kolei - opóźnienie może się zmniejszyć albo zwiększyć :). W każdym razie daje znak życia i zapraszam na seans klasyki animacji rosyjskiej: Jeżyk we mgle autorstw Yuriya Norshteyna Jurija Norsztejna.



niedziela, 12 czerwca 2011

Current 93 - HoneySuckle Æons (2011)


W "polskim internecie" znalazłem opinię, że to rzecz dla fanów. Bzdura. To nie jest płyta dla fanów Currenta. Chyba nie było fana, który nie poczułby się nią zawiedziony. Większość przesłuchała ją raz czy dwa razy i nigdy więcej do niej nie wróciła.

CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>



próbka 1

(Sunflower)

próbka 2

(wspomniany w tekście Cuckoo)


kup/buy

środa, 20 kwietnia 2011

Soundwave : Irfan, Of the Wand and the Moon, Matt Howden/Sieben [15 Kwietnia 2011]


Gdy tylko dowiedziałem się o tym festiwalu, trochę dziwne wydawało mi się zestawianie Irfan z projektami ze sceny neofolkowej. Teraz, gdy obserwuję obrzucanie się kupą na lastowym szołtboxie jestem już pewien, że to była pomyłka. Swoją drogą, przypomina mi się niezrealizowany pomysł sprowadzenia Rome na Asymetry Festiwal... To, co ma teraz miejsce na last fm to tylko namiastka tego, co by się działo po imprezie, na której część Skinflick (bo tam niegdyś Jarome się udzielał) miałaby stanąć obok np. Electric Wizard (swoją drogą EW też wtedy nie przyjechało).

Nie mniej, mimo że nie odwiedziłem Opola dla Irfan, to muszę stwierdzić, że na żywo zabrzmieli zdecydowanie lepiej - mroczniej i mniej kiczowato niż na płycie z którą zapoznałem się na krótko przed występem. Co prawda nie posłuchałem ich długo, bo wyszedłem przed budynek na piwo, gdzie dorwał mnie i zagadał na dłuższą chwilę stremowany i jarający ruskie szlugi jedyny prawdziwy bohater tego wieczoru - Matt Howden.



Mimo mojego dość prymitywnego angielskiego nie mieliśmy problemów z nawiązaniem kontaktu, rozmową i wypiciem piwa w dobrej, nieskrępowanej atmosferze, która chwilę później wraz z Mattem przeniosła się na scenę. Każdy, kto był obecny na tej edycji Soundwave musi przyznać, że ten skromnej postury skrzypek obdarzony jest tak wielką charyzmą, że z łatwością ukradł wieczór reszcie występujących tego dnia artystów. Howden na scenie jest jak dotknięta ADHD postać z filmów Miyazakiego. Gibie się w rytm muzyki, kurczowo trzymając swój instrument, by po chwili wystrzelić w górę, śpiewać pełnym głosem i wywijać nad głową smyczkiem. Z publiką robi co chce i świetnie stopniuje napięcie podczas występu. Nie dziwię się, że samo OTWATM z pokorą stwierdziło, że nie miało szans z nim konkurować. Tym bardziej, że muzyka Kima Larsena średnio nadaje się do standupowych występów. Zespołowi należą się jednak oklaski, bo ostatecznie udaje im się całkiem ciekawie przeobrazić swoje darkwave'owo - neofolkowe brzmienie w żywą muzykę. Najgorzej niestety wypadł głos wokalisty, którego raczej nie dało się zrozumieć. Drugim problemem stały się niskie tony, które w ich przypadku (i Irfan też) sprawiały, że wszystko zlewało się w jedną wielką dudniącą dźwiękową pulpę. Matt ze względu na specyfikę brzmienia nie miał takiego problemu.



(Matt i Kim razem na scenie)

Wśród komentarzy pojawiają się opinie o znakomitym nagłośnieniu... jednak ja, osoba nie chodząca już niemal na koncerty ze względu na tego typu dźwiękowe anomalia, jestem raczej zawiedziony. Może się starzeję, ale nie bawi mnie przejechanie kilkuset kilometrów tylko w celu wypicia drogiego piwa z plastikowego kubka i posłuchania jakiejś miernej wersji tego, czego mógłbym posłuchać w domu. Oczywiście jeśli ktoś uzna za sukces fakt, że "nie pierdziało", to można uznać, że było znakomicie - ale nie oszukujmy się, było co najwyżej poprawnie. Może dlatego, że opolski dźwiękowiec nagłaśniał do tej pory głównie typowo rockowe koncerty? Może za rok będzie lepiej? Głęboko w to wierzę, trzymam kciuki i będę wspierał Soundwave Festival!

Inne relacje z imprezy :

u Krzysztofa Rasa
klik
(dużo fajnych fotek)

piątek, 1 kwietnia 2011

Festiwal Soundwave : 15 kwietnia 2011




Wdzieliście na pewno baner po prawej. Określenie "Festiwal w Opolu" może niedługo nabrać nowego znaczenia. Howden co prawda bywa u nas stosunkowo często, ale Of the Wand & the Moon (jeden z moich ulubionych neofolkowych projektów) to prawdziwa gratka, więc nie będę ukrywał, że dla mnie owy festiwal to naprawdę wielkie wydarzenie. Do tego dochodzi - coś co mnie osobiście najbardziej cieszy - ponoć znakomite nagłośnienie (to sala opolskiego festiwalu - Narodowe Centrum Polskiej Piosenki ) i obietnica zorganizowania cyklicznego neofolkowego festu. Jak naprawdę sprawy się mają? Postanowiłem dopytać u źródeł.


Skąd pomysł na taką tematykę festiwalu?

Z prostej konkluzji, iż w polskim życiu kulturalnym (nawet tym bardziej awangardowy/undergroundowym) czegoś zdecydowanie brakuje. A także z oczywistego faktu, iż by obejrzeć swoje ulubione neofolkowe / eksperymentalne projekty trzeba było często ruszyć się poza granice Polski, co bywało kłopotliwe (głównie dla zawartości naszych kieszeni).

Mamy oczywiście wspaniały Wrocław Industrial Fest - chłopaki z Apostazja Magazine, czy Wrotycza też odwalają kapitalną robotę ściągając niesamowite kapele do naszego kraju, ale dzieje się to zdecydowanie za rzadko. Przecież tyle jest niesamowitych muzyków, którzy nigdy nie zagrali dla naszej publiczności!


Nie boicie się związanych z ową tematyką kontrowersji? Na pewno słyszeliście przykładowo o nieporozumieniach związanych z występami Wujka Douglasa ...


Mam wrażenie, że neofolk nie wzbudza już aż takich kontrowersji, to po pierwsze. Ludzie się przyzwyczaili. A po drugie...wiesz, Death In June to specyficzny projekt. Douglas bawił się kiedyś (w sferze wizualnej i tekstowej) bardzo niebezpieczną tematyką/symboliką, a to skłaniało częstokroć ludzi do wyrażania - często niezgodnych z prawdą - opinii na temat jego twórczości. Wiesz, Doug jest artystą bezkompromisowym, traktującym przy tym masę rzeczy z ogromnym dystansem i przymrużeniem oka, nie zwracając uwagi na nikogo. Taka postawa często wywołuje agresję.

Na całe szczęście artyści, którzy pojawią się na naszej imprezie bardziej dbają o jakość, klimat ich niezwykłej muzyki, aniżeli o niepoprawną otoczkę - brak zatem i kontrowersji. Zresztą, czy tak naprawdę Sieben , czy Irfan można wrzucić do szuflady z napisem "neofolk"? Chyba nie... Ich twórczość jest na tyle oryginalna, że wymyka się jakimkolwiek ramom, moim zdaniem.

Po ile będzie piwo ?:)


Knajpka jest w tym samym budynku co sala koncertowa, jest tam też pizzeria. A najtańsze piwko po 4pln :)


Jak faktycznie będzie z tym nagłośnieniem?


Do tej pory KAŻDA impreza jaką widziałem w NCPP była pod tym względem dopięta na ostatni guzik. Kładziemy - jako ogromni fani muzyki przecież - ogromny nacisk na kwestie techniczne w tym przypadku. Wszyscy przecież wiemy jak "brzmią" niektóre koncerty w Polsce (są oczywiście chlubne wyjątki). Warto pokazać, że można jednak inaczej, trochę bardziej profesjonalnie. Oczywiście wiele zależy od umiejętności nagłośnieniowców, ale mamy do nich pełne zaufanie.

Co jeśli ta edycja wypali? Czego możemy się spodziewać w przyszłym roku. Blood Axis? Woven Hand? Di6 jest chyba nie osiągalne...


Oj...mógłbym wymieniać cały dzień, kogo z miła chęcią zobaczyłbym na drugiej edycji... Możliwości jest bardzo, bardzo wiele. Wiesz, w tym przypadku naprawdę WSZYSTKO zależy od frekwencji. Jeśli impreza okaże się pod tym względem sukcesem, zapracujemy sobie tym samym na pewien kredyt zaufania, który z pewnością dobrze wykorzystamy!

Mogę Ci tylko zdradzić, że w kuluarach nieśmiało (i tylko szeptem) wymieniane były nazwiska piękniejszej połowy Dead Can Dance, ktoś wspominał o fińskim Tenhi ( który zresztą nagrywa właśnie nową płytę), Rome, a nawet Blood Axis... Ale to na razie czyste spekulacje. Zobaczymy co się wydarzy. Na taką rozmowę przyjdzie czas w chwilę po pierwszej edycji!


Za rozmowę dziękuję
Piotrowi ze Stowarzyszenia OPAK

sobota, 23 października 2010

Headdress – Turquoise (2008)


Zagrany na akustycznym instrumentarium spójny zbiór eterycznych, awangardowych piosenek i krótkich suit. Mimo, że są tu elementy różnych stylistyk, to nie brzmi to jak "mieszanka" i w żadnym wypadku nie daje się gdziekolwiek zakwalifikować. Jasne, możemy powiedzieć że to alt-country, albo zastanowić się, czy nie pobrzmiewa tu John Fahey, a w konsekwencji Earth, ale to i tak nic nie opisze i nie zbliży nas w żaden sposób do meritum... Realizacja dźwięku, a raczej jej celowy brak, wytwarza nostalgiczną, zadymioną atmosferę - to mroczna płyta, ale nie w taki sposób, w jak sobie zazwyczaj słowo "mroczna" z muzyką kojarzycie. Nie wiem czy znacie to uczucie, ale dla mnie ta muzyka zdaje się mieć swój zapach... pachnie jak koniak, kadzidła opiumowe i ciemna gorzka czekolada.

Powąchajcie...

próbka 1

próbka 2

Download
(on id Reverberations blog)

Kup
Raczej wyprzedane
(250 egzemplarzy chyba tylko było)

środa, 29 września 2010

Tybetańska księga rzucania palenia : Antic Clay - Hilarious Death Blues (2007)


Paliłem ponad 10 lat - nie palę od ponad 10 dni (celowo nie liczę). Niby w końcu się udało (rzucałem z 5 -10 razy - zazwyczaj kończyłem po paru h). Niby wszystko Ok. Zmieniłem się ostatnimi czasy - jeszcze trochę i misia jogę zacznę uprawiać. Cieszę się, że mam taką silną wolę (nigdy nie sądziłem że mam aż tak silną wole), ale jest kurwa problem... Pisanie. Jak pewnie się domyślacie zazwyczaj pisałem z kawą i papierosem w twarzy (moje klawisze wyglądają zresztą jak popielniczka)... i nie mogę o tym, co tu widzicie napisać. Tzn. mogę, ale idzie mi jak po kurwa jebanym gruzie. Cały czas mi się "czegoś" chce (cukierków jadam tyle , że Wedel se za moje pieniądze dzieci do kembrydż wyśle).


W każdym razie od dłuższego czasu próbuję wam to pokazać, a nie mogę spłodzić porządnej notki:






Normalnie dał bym klip z YT i się nie pierdolił, ale jest problem... według stopki na teledysku wykonuje to zespół Myssouri, ale utwór został studyjnie zarejestrowany już jako Antic Clay - nie wiem, jakie były zmiany w składzie, ale wokalista/tekściarz jest ten sam. Projekty zdecydowanie się różnią. AC jest bardziej folkowo/alt-countrowe - z dużym wypływem Woven Hand - a Myssouri rockowo/gotycko (tak go tycko trąca, tako długo) balladowe - z dużym wpływem Nicka Cave. Jest w tej kejwowatości jakaś sztuczność, która każe mi w czasie słuchania myśleć o wrocławskim Serpent Beat (jak na polskie warunki wybitne - kto nie zna ten wychodzi z baru). Za to wpływy Woven Hand w Antic Clay nie są tak uporczywe... stąd wybrałem dla was właśnie ten 2 płytowy album AC:


próbka


(cover joy division -znakomity!)

Sorry za orty i bełkotliwość wpisu ale to taki terapio-wpis bo co siadam do tej jebanej notki to mi jebana nie wychodzi przez co się wkurwiam i chce mi się palic. Nie chce tego celebrować czy coś, chce meic po prostu Antic Clay za sobą.

sobota, 4 września 2010

Spiritual Front - Roma Rotten Casino (2010)


Nadejszla wiekopomna chwila. Pierwszy gościnny występ w historii Arkham. Postanowiłem umieścić tekst Lilandry nt Spiritual Front z kilku względów - po pierwsze, sam nigdy nie uległem "czarowi" tej kapeli i słucham właściwie tylko płyty z ORE (klik). Po drugie, zagląda tu dużo ludzi zainteresowanych NFem i zapewne są ciekawi mojego zdania... a ja zdania nie mam. Słuchałem tylko kawałka promującego i jedyne, co przyszło mi do głowy po odsłuchu to "kto niby ma być targetem tego tworu?". Druga fala NF przyciągnęła dużo nowych słuchaczy. Często przyszli do nas z dziwacznych rejonów (jak widzę last fmowe playlisty ludzi słuchających Rome to mi włosy dęba stają). Zastanawiam się, kogo może zwabic nowe SF i ogarnia mnie lęk.... Ale wracając do tematu... przed państwem Lilandra:

U fanów wcześniejszych dokonań Spiritual front, bądź neo/darkfolku w ogóle, nowy album tej formacji może wywołać reakcję dwojakiego rodzaju: skrajnie negatywną albo negatywnie obojętną . Nie przewiduję innych, bo ta płyta jest po prostu cholernie słaba, natomiast wybór z dwóch powyższych, zależy od oczekiwań, z którymi zasiadamy do odsłuchu.
Powiedzmy sobie szczerze: już Armagedon gigolo było popowe. Z tym że był to pop dobry, mroczny, ziejący włoskim westernem, gangsterską noir'ową balladą i dużą dozą nihilizmu ...
Co zatem jest nie tak z nową płytą? Po pierwsze piosenki są słabsze, po drugie - i najważniejsze - nawala produkcja. Cukier, lukier, umpa umpa, mega-popowe aranże... i nawet standardowe zabawne obrazoburcze teksty, oraz niewątpliwie znakomita barwa głosu wokalisty, nie są w stanie tego zrównoważyć. Poza tym, poziom kiczu osiąga wyżyny, nie twierdzę że wcześniej go nie było, ale pasował do wizerunku. Teraz już nic do niczego nie pasuje.
Album zaczyna się od utworu singlowego, do którego powstał teledysk z dużą ilością nagich ciał i pocierania tychże, i już jest źle... słodka muzyczka, dziwaczna ugrzeczniona barwa głosu oraz nagły nawrót koszmarnego akcentu. Zbyt popowe dla fana neofolku, zbyt dziwaczne dla fana popu, nie jestem w stanie wskazać targetu dla tej muzyki. Zresztą już klip mówi że Spiritual front uderza w mainstreamową widownię: włosy na żelu, makijaż, twarz oświetlona niczym w starych klipach Varius Manx, trendy tatuaże...
W utworze kolejnym mamy smyczki i "klimat", Hellvis prawie osiąga falset - jest strasznie, przede wszystkim bezbarwnie, nawet jeśli spodziewać się tylko popu. Dalej jest ciut lepiej, ale to pewnie dlatego że mamy do czynienia ze starszą piosenką: "My erotic sacrifice" pochodzi z albumu-tributu dla Piera Paolo Pasoliniego, i gdyby nie odrobinę delikatniejsza forma, mógłby to być odrzut z sesji do płyty poprzedniej (kto wie, może jest). Dalej jest gładko, bez jaj i polotu, trochę kabaretu, trochę popłuczyn po darkfolku, i w ten sposob docieramy do "German boys". Gdyby nie forma całej płyty, pomyślałabym że to dobry żart, zwłaszcza że tekst jest zabawny, ale w tej sytuacji... powiem tyle: nawet Pet shop boys ma większy wykop.
Po tej traumie, nic już nie jest nam straszne, więc kolejne piosenki jakoś tam wchodzą: "Odete" ma dość ładną melodię, i nie aż tyle lukru, więc da się słuchać, "Black dogs of mexico" to dynamiczna pioseneczka, do której po kilku głębszych można potupać nóżką albo zatańczyć na wiejskiej potańcówce. To samo można powiedzieć o dwóch kolejnych utworach, jednym uchem wlatują, drugim wylatują, nawet próby urozmaicania melorecytacją czy damskimi chórkami, nie są w stanie ożywić tych bardzo "dynamicznych" piosenek. Dość ciekawa jest za to nowa wersja utworu "Cold love in a cold coffin", który wcześniej znalazł się na splicie z zespołem Naevus, jest szybciej, bardziej rytmicznie, w sumie nieźle - no ale to w końcu znowu starszy utwór...
Płytę wieńczy "Overkilled Heart" duet z panią o nazwisku Sonja Kraushofer, jak wyguglałam - wokalistką pop-gotyckiej kapeli L'Âme Immortelle ... piosenka jest tak słaba, że aż mowę odbiera. Byłaby to dobra propozycja dla jakiejś pary znakomitych polskich wokalistów na koncercie Premier w Opolu, serio.
No i wracamy do dwóch reakcji po przesłuchaniu tej płyty: jeśli spodziewamy się ciekawego, eklektycznego i mrocznego włoskiego popu w rodzaju Armagedon gigolo - zawód będzie gigantyczny. Jeśli zaś, nauczeni doświadczeniem w postaci koszmarnego singla, spodziewamy się tego, ku czemu ten zespół zdążał, odkąd zaczął sukcesywnie odrzucać neofolkową stylistykę - trochę się pokiwamy, stwierdzimy że jest parę chwytliwych melodii, kilka ech wcześniejszych dokonań, a następnie pozbędziemy się tej płyty bez żalu. Jest to, jak już mówiłam, muzyka bez łatwych do określenia odbiorców. Na Vivie tego grać nie będą, w radiu też zapewne nie, bo etykietka alternatywnej kapeli pozostala (czego przykładem chociażby zaproszenie na tegoroczny Industrial (!) festiwal), a osoby zainteresowane neofolkowo-martialową stylistyką odrzuci popowość i płytkość. Sam lider określa tę muzykę jako suicide pop, pewnie liczy że ktoś popełni po tym samobójstwo, co obecnie nie byłoby takie znów dziwne... Kolejna rzecz to bardzo długi czas, który przyszło nam czekać na nowy album, bowiem kilka piosenek na nim zawartych zespół grał na koncertach już od 2007 roku, i zapewne wtedy ta płyta miała się oryginalnie ukazać... czy to by coś pomogło, ciężko powiedzieć, pozostaje mieć nadzieję że w wersji live nowe piosenki zabrzmią trochę lepiej.
A akurat niedawno słuchałam sobie solowych występów Salvatoriego, z listopada zeszłego roku (dla zainteresowanych np. klik ), z materiałem z Armagedon gigolo, i było naprawdę znakomicie... Bardzo przykre. Bardzo.

Tekst by Lilandrah

sobota, 24 lipca 2010

Andrew King and Brown Sierra - Thalassocracy (2008)


Tak się składa że to znowu Andźiejek, ale płyta wpadła mi w player całkiem przypadkowo. Wybaczcie niezamierzoną monotematyczność.

Niebanalna rzecz. Z jednej strony to pieśni ludowe ustawione na industrialu i awangardowych formach elektroniki, z drugiej coś co przywodzi nam na myśl eksperymentalną twórczość Walkera i Sylviana. Możliwe że przyjdą wam do głowy skojarzenia z The Wardrobe (zresztą członek tego duetu - Tony Wakeford - odcisnął się na tym nagraniu realizując dwa tracki) albo z Panzer Rune Currenta, ale będą to skojarzenia odległe bo Thalassocracy to unikalny twór. W czasie słuchania zastanawiam się cały czas "co to kurwa właściwie jest?". No i nie wiem. Pewnie i neofolk, ale na pewno taki jakiego jeszcze nie słyszeliście. Sprawdźcie obowiązkowo.

niedziela, 4 lipca 2010

Les Sentiers Conflictuels & Andrew King - 1888 (2005)


"Choć w czasie zbrodniczej działalności Rozpruwacza, przychodziły do policji setki listów od osób podających się za mordercę, wielu badaczy uważa, że list “Z piekieł” jest jednym z prawdopodobnie autentycznych pism jego autorstwa. Nadawca nie podpisał listu pseudonimem „Kuba Rozpruwacz”, co wyróżnia go od wcześniejszego listu „Drogi szefie” i karty pocztowej „Zuchwały Kuba”, a także ich naśladowców. List „Z piekieł” charakteryzuje się przy tym znacznie niższym poziomem gramatycznym niż poprzednie dwa."

Treść listu, obfitującego w braki interpunkcyjne i ortograficzne, brzmiała następująco:
(polskie tłumaczenie oddające w przybliżeniu charakter gramatyczny listu.)


Z piekieł.

P. Lusk,

Posyłam panu pół nyrki którą wyjąłem
jednej kobiecie i zahowałem dla pana drugą
część usmażyłem i zjadłem była bardzo
pyszna. Mogę posłać panu okrwawiony nuż
jaki ją wyrżnął jeśli tylko poczeka pan trochę dłużej

podpisany

Złap mnie jeśli pan potrafisz panie Lusk


za Wikipedią





Tzw. spokenwordsy to chyba dość niewdzięczna para kaloszy. Mało kto jest w stanie dostrzec piękno tej trochę nietypowej formy słuchowiska, szczególnie gdy nie jest stworzone w jego rodzimym języku. Nie będę ukrywał, że to jeden z moich ulubionych "około muzycznych" (zazwyczaj z pogranicza literatury i muzyki elektronicznej) środków wyrazu. Nie umiem tak do końca stwierdzić, dlaczego tak to nietypowe zjawisko ukochałem. Prawdą jest, że nie znam aż tak dobrze angielskiego, żeby perfekt rozumieć ze słuchu (no, dzięki słuchaniu spokenwordsów jest coraz lepiej). Lubię te melorecytacje prawdopodobnie dlatego, że bardzo ważna jest dla mnie atmosfera panująca na płycie. Zawsze stawiałem ją wyżej od ładnych refrenów i wirtuozerii.

Andrew King to postać znana każdemu, kto uważniej przyglądał się scenie neofolkowej. Płyt firmowanych swoim nazwiskiem nagrał niewiele, za to jego niesamowicie smutny głos często pojawia się na albumach ważnych osobistości tego nurtu. Najlepsze rzeczy z jego dużym udziałem to The Triple Tree - Ghosts i koncept składak A Mythological Prospect Of The Citie Of Londinium (obie ze wszech miar polecam). Nazwa Les Sentiers Conflictuels mówi mi już znacznie mniej. Właściwie to nic mi nie mówi. Zerkam na Discogs w poszukiwaniu info ... no tak, wszystko się zgadza. Francuz (jeno coś taki skośny trochę). Jak głupio by to nie zabrzmiało - bo mówimy o ambiencie - to słychać, że to jest Francuz. Tzn. skojarzenia z Les Joyaux De La Princesse są tak silne, że nawet przez myśl mi przeszło, że to może poprostu inny szyld/odłam tego francuskiego projektu. No i jak bym tak spróbował porównać 1888 do czegoś co już słyszałem, to powiedział bym, że najbliżej mu do wybitnej kolaboracji Les Joyaux De La Princesse/Blood Axis (znowu polecam, bo to jedna z moich ulubionych płyt ). W każdym razie Andrew King i Philippe Kam (bo tak się nazywa ów żółty francuz) złączyli siły i postanowili nagrac koncept album upamiętniający wyczyny Kuby Rozpruwacza...

Warstwę tekstową stanowią listy, które napływały do prasy i Scotland Yardu w czasie, gdy światem wstrząsnęła seria morderstw, będąca tak naprawdę tylko preludium do tego, co przyniesie XX wiek. Fani Kuby od razu zauważą, że panowie podchodzą do tematu dość umownie - traumatyczna podróż nie przebiega chronologicznie. Nasz protagonista na płycie pierwszy raz * przemawia przez napis nabazgrany na murze w pobliżu miejsca, gdzie zabito piątą kobietę : "The Juwes are the men that Will not be Blamed for nothing". Dopiero potem następuje pierwszy i najsłynniejszy list sygnowany jako "Kuba Rozpruwacz" czyli "Dear Boss", który nadszedł do News Agency jeszcze przed czwartym morderstwem i sukcesywnie reszta, wraz z (wg. niektórych teorii jedynym autentycznym) listem - "From Hell" - na czele. Dziwi taki brak konsekwencji, ale w żadnym wypadku nie ujmuje wartości. Można to oczywiście próbować uzasadnić, ci co czytali komiks From Hell dobrze wiedzą o czym mówię...


Choć już sam koncept jest fascynujący, to nie warstwa tekstowa nadaje wszystkiemu kształtu. Biorąc pod lupę warstwę muzyczną, możemy w pewnym stopniu mówić o dark ambiencie, ale to w żaden sposób nie opisze tego, z czym przyjdzie Wam obcować. Zanim wsadzicie płytę do swoich odtwarzaczy, musicie się należycie przygotować. Słuchawki będą wskazane. Zalecam nocne odsłuchy, zresztą chyba inaczej się z tym nie da obcować. Połóżcie się, zamknijcie oczy i oddajcie w ręce najsłynniejszego seryjnego zabójcy w historii ludzkości. Tak wypada, bo cały spektakl dzieje się na granicy jawy i snu... W ponury świat tej opowieści zabiorą was monotonne, klaustrofobiczne i stłumione dźwięki fortepianu, odtwarzane na patefonach odległe echa arii operowych, pętlące się - aż do jednostajnego, przypominającego taśmowe eksperymenty dronu - skrzypce ... Inna warstwa jest wystylizowana na gwar uliczny: dorożka, głosy uliczników, archaiczne i groteskowe melodie wygrywane przez kataryniarza, odgłosy kroków, odległe szepty... I wtedy, gdy niemal odpływamy i jesteśmy w półśnie, nad wszystko nadciąga wyraźny i przerażający głos Andrew Kinga. Jego głos raz tnie jak skalpel, raz jest miarowy, rytmiczny, raz przesterowany, wibrujący i utrzymujący w nas ciągły niepokój.


Co ważne, płyta nie jest jednorazowym słuchowiskiem. Gdy już wgryziemy się w nią dostatecznie, recytowane listy Kuby zaczynają być jednym ze środków wyrazu, czy też substytutem instrumentu. W pełni integrują się z innymi warstwami. Oprócz tego zaczynamy dostrzegać koncept, a zarazem to, w jaki sposób i CO opowiada nam sama muzyka. Bardzo mocno zaczyna rzucać się w ucho klamra prologu i epilogu. Podobieństwo obu tracków miało być zapewne symboliczne i nieprzypadkowo nazywają się The Night i The Light.

To nie jest płyta trudna w odbiorze, ale jej atmosfera przytłacza. Bałbym się tego słuchać po narkotykach. Tym bardziej, że boję się tego słuchać na trzeźwo.



ps. 1888 to idealny soundtrack podczas lektury From Hell Alana Moora, które jeszcze możecie nabyć w niektórych sklepach komiksowych - zachęcam bo II wydania nieprędko się doczekacie. Na ową chwile to jeden z moich najukochańszych tworów kultury.





próbka 1

próbka 2




* [zaznacz]Pierwszy raz King deklamuje sentencje:"Oh have you seen the Devil with his microscope and scalpel, A-lookin' at a kidney with a slide cocked up". Nie znalazłem niestety jej źródła - oprócz tego że jest przypisywany któremuś listowemu wcieleniu kuby , ale wydaje mi się że błędnie. Możliwe że to z Moora, wertowałem komiks ale nie znalazłem. Jak ktoś mądrzejszy wie, to niech powie...

środa, 9 czerwca 2010

Current 93 - Haunted Waves, Moving Graves (2010)


Coś nie doczytałem i byłem pewien, że ta płyta będzie przemiśkowanym materiałem z Baalstorm, Sing Omega. Byłem bardzo zdziwiony, gdy wrzuciłem ją do playera i nie usłyszałem piosenek. Tibet znowu mnie zaskoczył. Zaczyna mniej więcej tam gdzie przed chwilą skończył i eksploruje morski dron, który wieńczył jego ostatni album.

Haunted Waves, Moving Graves to ambientowa impresja muzyczna, wygrana na szumie fal, wiolonczeli i zapętlonym fortepianie. Z jednej strony wspaniała płyta, z drugiej mogąca zawieść - szczególnie, jeśli ktoś akceptuje tylko folkowo/piosenkowe oblicze Currenta. Mimo to, zalecam odsłuch nawet (a może przede wszystkim) ludziom nie słuchającym na co dzień Tibeta - z naciskiem na miłośników ambientu i awangardy muzyki poważnej. Tym bardziej, że płyta od razu przywodzi na myśl takie dźwiękowe skarby jak Basinski, najlepsze utwory rodzimego Bionulor, prace minimalistów czy szukając bliżej - Coil z Time Machines. Dla mnie to w pewnym sensie ciekawsza rzecz niż ostatni, pełnoprawny album C93. Zalecam aplikować na spokojnie, w skupieniu albo w półśnie - który i tak jest raczej nieuniknionym efektem tej wyprawy.