Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambient. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ambient. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 grudnia 2012

Bionulor - Erik (2012)







Bionulor - za tą nazwą kryje się Sebastian Banaszczyk - to jeden z najciekawszych polskich projektów elektroakustycznych. Artysta powołuje się na takich twórców jak Coil czy Nurse With Wound. W samym zamyśle jego twórczość stoi jednak najbliżej dokonań Wiliama Basinskiego, bowiem za pomocą komputera Banaszczyk prowokuje dekonstrukcję, rozpad sampli zaczerpniętych z różnych źródeł. Na poprzednich albumach na warsztat brał między innymi muzykę dawną, szamańskie, transowe pieśni i ludzki głos. Tym razem za materiał źródłowy posłużyły nagrania jednego z najważniejszych kompozytorów fin de siècle'u - uważanego za prekursora ambientu - Erika Satie.

Zazwyczaj nie czekam na płyty, jednak premiery tego albumu wypatrywałem z niecierpliwością. Byłem ciekaw gdzie tym razem podąży artysta. Ucieszyło mnie, gdy się dowiedziałem co to będzie. Spotkanie Bionulor z Satie wydawało mi się naturalne od strony artystycznej i mądre od strony komercyjnej. Satie to słowo-klucz i mam wrażenie, że wielu miłośników muzyki może sięgnąć po ten album ze względu na jego nazwisko.

Spośród wszystkich płyt firmowanych przez Bionulor, "Erik" wydaje się być najbardziej konwencjonalna. Pierwsza była niezwykle oszczędna, druga mocno eksperymentalna, ta sytuuje się pomiędzy dwoma poprzednimi dokonaniami. Najbardziej interesujące momenty tego albumu to te, w których z nagrań prekursora muzyki tła Banaszczyk wydobywa... muzykę tła - ale o współczesnej formule, złożoną nie tylko z plam, ale i z elektronicznych trzasków i przestrzennych efektów dźwiękowych. Nie jest to jedyna (niestety, bo to genialny w swojej prostocie koncept) barwa tej płyty. Wydaje mi się, że w kilka razy autor w swoich poszukiwaniach poszedł za daleko - są tu fragmenty, gdy zdecydowanie postawił na efekt swoich eksperymentów, na czym ucierpiała spójność i atmosfera. Rozumiem intencje, ale to, co w procesie przetwarzania dźwięku stało się interesujące dla artysty, mnie przy dłuższym obcowaniu z płytą zaczęło irytować - miałem ochotę pomijać niektóre utwory. Tracków jest jednak aż piętnaście (są krótkie i zdają się pełnić funkcję jedynie tematów) a niektóre są tak znakomite, że rozciągnięcie ich i skonstruowanie albumu z zaledwie kilku mogło by wyjść temu materiałowi na dobre.

Z całego dorobku Bionulor ten album wywołał we mnie najmniej emocji, ale trzeba przyznać, że Banaszczyk dopisał kolejny udany rozdział w historii swojego projektu. Po trzech odmiennych stylistyczne płytach udowodnił, że sam zamysł - dźwiękowy recycling - zdaje się niewyczerpaną metodą do tworzenia muzyki elektroakustycznej. Co teraz? Na klawiaturę ciśnie mi się pytanie, czy podążanie tą ścieżką ma dalej sens? Ja na to nie odpowiem - zrobi to za mnie następny album artysty. 




piątek, 9 listopada 2012

Grzegorz Bojanek - Remaining Sounds (2012)



Dowodzony przez Grzegorza Bojanka Etalabel wydał w tym roku kilka znakomitych pozycji, a do tego wszystko wskazuje na to, że on sam w nowy rok wejdzie z dwoma nowymi albumami firmowanymi swoim nazwiskiem - co ciekawe, obydwa wydają stajnie zza oceanu. Pierwsza z nich, "Remaining Sounds", wypuszczona kilka miesięcy temu przez amerykańską wytwórnię Dynamophone, gości w moich głośnikach już od dłuższego czasu. Trzeba przyznać, że czas jest jej sprzymierzeńcem, bo wcale nie mam ochoty przestać jej słuchać.

Dźwięki otwierające album przywodzą na myśl legendarną płytę "Substrata" Biosphere, lub soundtrack z "Thing" stworzony przez Carpentera i Morricone. Jednak jest to tylko pierwsze i mylne wrażenie, bo "Remaining Sounds" oferuje nam zupełnie inny wachlarz dźwięków i emocji. Melancholijny kolaż fieldrecordingów, analogowych trzasków i szumów, mieszający się z dźwiękami gitary akustycznej,  instrumentami dętymi (lub czymś co tak brzmi) a nawet odgłosami przyborów kuchennych (to nie żart), przenosi nas raczej w ciepłe, bezpieczne miejsca. To muzyka wnętrza, z którego obserwujemy padający za oknem deszcz. Nie panuje tu klaustrofobia, a przytulność. Barwa brzmienia potęguje ten efekt. Masteringiem zajął się Krzysztof Orluk, którego poczynania na tym polu cenię i obserwuję od dłuższego czasu. Muszę przyznać, że z materiałem zawartym na "Remaining Sounds" skonstruowane przez niego urządzenie do analogowej obróbki dźwięku zgrało się jak dotąd najlepiej. Ten album potrzebował ocieplonego, lampowego brzmienia.

Lubię spędzać czas z płytami Grzegorza Bojanka. Nie są to może wybitne prace, ale autor bardzo dobrze rozumie płaszczyznę po której się porusza. To sprawia, że jego nagrania stają się synonimem tego, co może dać słuchaczowi ambient. Mimo pojawiających się na "Remaining Sounds" niecodziennych źródeł dźwięku nie jest to "muzyka eksperymentalna" - to kreacja w pełni świadoma swojej konwencji . Przy tym to tak dobry, treściwy album, że mimo tego, że mamy do czynienia z muzyką tła, to nie jest to twórczość która mogła by być bezosobowym, filmowym soundtrackiem. "Remaining Sounds" to twór, który musi funkcjonować samodzielnie.




środa, 18 lipca 2012

ETALABEL - Wyprzedaż.




Oficyna ETALABEL do końca miesiąca sprzedaje muzykę 50% taniej. W ofercie CD i mp3. Jako, że wszystko co ostatnio wydali było bardzo dobre to jestem pewien, że ta kasa pomoże zaistnieć nieznanym a dobrze zapowiadającym się artystom. Etalabel ma już plan wydawniczy do końca roku, ale bez funduszy będzie trudno. W czasie Euro kibicowaliście wszyscy, i wspieraliście Polskę - a drużyna sobie nie radziła. W tym przypadku powiedzieć, że twórcy Etalabel sobie radzą to mało - tworzą muzykę na światowym poziomie więc mamy być z czego dumni - ale ze względu na niszowość nie ma ich kto wspierać. 


Niektórych płyt zostały już tylko pojedyncze sztuki. Warto się pospieszyć!
Hasło uprawniające do zniżki to "etasale".

sobota, 23 czerwca 2012

K. - There’s a Devil Waiting Outside Your Door

Płytę do recenzji podesłał K. Dziękuję.

 Instrukcja obsługi: ściągnąć z półki jakiegoś dobrego Batmana albo Sin City, szklankę pełną lodu zalać Cuba Libre, wsadzić do cd playera "There’s a Devil Waiting Outside Your Door", ustawić repetę i rozłożyć się wygodnie w miękkim fotelu.


Mam wrażenie, że formuła doom jazzu została szybko wyczerpana przez kilka projektów, z Bohren und der Club of Gore na czele. Autor "There’s a Devil Waiting Outside Your Door" Ameryki nie odkrywa i sam stawia się w niezbyt wygodnej sytuacji, bo nagrywając materiał nawiązujący do tej stylistyki musiał wiedzieć, że będzie z takimi zespołami porównywany. Problemem nie jest jednak to, że album brzmi jak coś, co już słyszeliśmy - bo czy nie mieliśmy też takiego wrażenia, gdy pierwszy raz w naszych głośnikach rozbrzmiało Bohren?

Niemniej, K. daleko do poziomu swoich protoplastów.  Jego kompozycje są tylko motywami, tematami, które donikąd nie zmierzają. Gdyby były dłuższe, mogły by być znakomitą muzyką tła, ale te stosunkowo krótkie utwory nie posiadają tego (upragnionego przeze mnie w takich projektach) ambientowego potencjału. Sprawdziłyby się na pewno jako soundtrack do neo-noir - i bardzo życzę autorowi, by zainteresowali się nim jacyś producenci filmowi, albo twórcy gier komputerowych - ale jako płyta, której słucha się od początku do końca, ten materiał się nie sprawdza, nie przykuwa uwagi. Następnym mankamentem, który obniża wartość tego albumu jest nieprzystający do zawartości mastering. Jak mniemam, K. posługiwał się w swojej pracy głównie komputerem - i to niestety słychać. Wydaje mi się, że proste zabiegi kogoś doświadczonego w tej materii spowodowałyby wyplenienie z tej płyty nieznośnego, cyfrowego, suchego brzmienia, które po prostu okalecza te kompozycje. Nie wiem, jak się sprawdzają w innych warunkach, ale - nie owijając w bawełnę - na podłogowych głośnikach brzmią nienaturalnie, jak muzyka z wiekowej już gry komputerowej.


Fakt, że to polski wykonawca i że z materiału oprócz amatorszczyzny bije pasja powinien sprawić, że przymknę oko na wiele aspektów - ale nie zwykłem tego robić. Mam jednak poczucie, że albumowy debiut K. był po prostu zbyt szybki, że się dopiero rozkręca i grzechem byłoby, gdybyście nie zainteresowali się jego muzyką - tym bardziej, że w internecie można znaleźć wiele dużo bardziej entuzjastycznych recenzji niż moja. Sam ostatecznie nie mogę odmówić tej płycie jakiegoś magnetyzmu i nie czuć do niej sympatii, bo jest na swój sposób urocza. Gdy czytam jej tytuł, myślę o Nicku Cavie. Gdy otwieram digipack, widzę zdjęcie zasłon w krwistym kolorze, które kojarzą mi się z czerwonym pokojem z serialu "Twin Peaks". Gdy włączam play, zaczynam myśleć o kinie noir, dymie z cygar i rudej wódzie na myszach. To stylistyka w której czuję się równie dobrze jak sam twórca i słuchanie jego muzyki sprawiło mi sporo przyjemności. Ten loungowy, pachnący skórzanymi siedzeniami charakter quasi-jazzowych motywów sprawił, że płyta towarzyszyła mi już podczas kilku wieczorów i zdaje mi się, że mimo wszystko będę do niej jeszcze wracał...

Inne teksty o debiucie K.:

Santasangremagazine

Onlygoodmusic.pl

Wywiad z K.:

Czytaj na Onlygoodmusic.pl




 
(W tym utworze pobrzmiewa trochę trip hopu - czy wychodzi mu to na dobre? Nie wiem, na pewno słychać w nim poszukiwanie własnej drogi. A to dobrze wróży na przyszłość.)

poniedziałek, 4 czerwca 2012

ChoP vol. 5 | Krzysztof Orluk & Bai Tian - Structure Of

Płytę do recenzji podesłało Etalabel 


Za kilka dni ( 7 czerwca ) oficjalną premierę ma kolejna płyta z reanimowanej w początkach roku oficyny Etalabel.  Tym razem jest to kolaboracja Krzysztofa Orluka, znanego już szerszej grupie polskich słuchaczy zaglądających czasem do szuflady z muzyką elektroakustyczną ( w 2009 nagrał zgarniający dobre recenzje album "Blurred reflection" i był odpowiedzialny między innymi za mastering recenzowanego na Arkham Noiko) i pochodzącego z Chin artysty Bai Tiana. Twórców zeswatali Zen Lu i Grzegorz Bojanek założyciele kolektywu Chop Project, który w program wpisane ma próby nawiązywania dialogu między kulturami za pomocą szeroko rozumianej muzyki współczesnej.

Oczywiście "Structure Of" nie jest płytą dla każdego, ale dla miłośników wszelkich szumów i trzasków będzie to balsam na uszy. Mam jednak nadzieję, że innych odbiorców takie stwierdzenie nie odstraszy - bo nie jest to nieprzyjemna muzyka, a po prostu swego rodzaju abstrakcja, którą nasza percepcja za każdym razem może odczytać inaczej, odkrywać w niej nowe przestrzenie i dźwięki.  Wielowarstwowość to jedna z największych zalet tej produkcji. Magia nachodzących na siebie fieldrecordingów i dźwięków wygenerowanych przez twórców pozwala słuchaczowi coraz bardziej angażować się w tę muzykę. Na przykład dopiero po kilku odsłuchach możemy zorientować się, że ambientowemu pejzażowi trzeciego utworu w pewnym momencie zaczyna towarzyszyć subtelna linia melodyczna grana na flecie przez Bai Tiana.

Stykając się z takim projektem zapewne chciałoby się znaleźć tu wspomniane oznaki wymiany między kulturami - ale w eksperymentalnym, elektroakustycznym kolażu, jaki zaprezentowali twórcy, próżno doszukiwać się sposobów posługiwania się językiem muzyki na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce np. w instrumentalnej ekspresji. Co do emocji, to ich korespondencja odbywa się tylko na płaszczyźnie szeroko pojętej melancholii. Zresztą, jak mówi sam Bai Tian, bardzo interesujące okazało się dla niego to, że Krzysztof Orluk nagrywa rzeczy bardzo zbliżone do jego twórczości. Sprowokowani tym faktem zaczęli powierzać sobie nawzajem sample z własnych archiwów i dokładając coś od siebie komponować na ich bazie autonomiczne utwory. Z owoców tego eksperymentu wybrali osiem reprezentatywnych tracków - cztery firmowane przez Orluka i cztery przez Bai Taina. Kropkę nad "i" postawił znakomity, analogowy mastering Pana Krzysztofa. W ręce dostajemy spójny, przekonujący album (no ok, zgrzyta mi tu przecinający płytę mocno industrialny "Mind Spa" - ale to dalej ciekawy utwór). Jak zaznaczyłem na początku - na pewno niełatwy, ale odwdzięczający się uważnemu słuchaczowi, skłonnemu poświecić tej płycie kilka letnich wieczorów.


 

    KUP

niedziela, 29 stycznia 2012

Noiko – Honey

Płytę do recenzji podesłał Etalabel. Bardzo dziękuję.

Nie tak dawno na blogu pisałem o dwóch wspaniałych zeszłorocznych polskich płytach, życząc sobie, żeby 2012 był pod tym względem równie udany. Dzięki niespodziewanemu powrotowi malutkiej oficyny Etalabel moje skromne życzenie właśnie się spełnia. Najnowsza pozycja w ich katalogu to kolejny dowód na to, że w polskiej elektroakustyce dobrze się dzieje.

Zacznijmy od tego, że jest to płyta lekka i przyjemna, ale nie ma szans, by traktować ją jak muzak. Mimo niewątpliwych walorów relaksacyjnych to rzecz absorbująca słuchacza: zmuszająca do wychwytywania i odczytywania strzępków dźwięków wykorzystanych przez twórcę - pozyskanych zarówno z field recordingu jak i sesji z instrumentami. Konotacje z jazzem sprawiają, że jest tu mnóstwo melancholijnej atmosfery. W efekcie brzmi to na jakimś poziomie jak soundtrack do współczesnego filmu noir i zaryzykuję stwierdzenie, że w pewnym stopniu możemy się tu doszukiwać dalekich związków z konceptem przyświecającym Bohren und der Club of Gore. Niemniej nie wisi nad tą muzyką zagłada i dekadencja kojarzona z czarnym kinem - wręcz przeciwnie, to raczej muzyka słonecznego poranka niż złowieszczej nocy. Tytuł jednego z utworów otwarcie nawiązujący do filmu Howarda Hawksa "To Have and Have Not" - w którym, co znamienne, miejska dżungla została zamieniona na słoneczny port na Martynice - nawet wskazuje, że takie mogły być faktyczne intencje twórcy. Muzyka Noiko to pean pochwalny na cześć miejskiego gwaru, próba przepisania go na instrumentalną improwizację, a potem przedzierzgnięcie jej w abstrakcyjną muzykę elektroakustyczną. Jak snobistycznie by ten opis nie brzmiał, to finalnemu efektowi brak nieznośnego awangardowego zadęcia. Niemal wszystkie dźwięki są tu niezwykle celne - to muzyka eksperymentalna, ale efekt eksperymentu okazał się raczej lubrykantem rzeczywistości. Strzelam, że duża w tym zasługa masteringu Krzysztofa Orluka. Stykam się z jego pracą na tym polu drugi raz w ciągu kilku miesięcy i mimo, że mi z nią nie po drodze - bo wolę zdecydowanie bardziej przymglone brzmienie - to trzeba przyznać, że w tym przypadku był właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Album jest tak lekki, że nie brzmi, jakby powstawał cztery lata, raczej jakby został zrobiony w jedno słoneczne popołudnie. Wyobraźcie sobie, że William Basinski pewnego letniego dnia znajduje na swoim stryszku taśmy z nagraniami Jerzego Milana - siada, wciąga krechę i dla zabawy modeluje z nich cacka które zaczynają przypominać coś pokroju Triosk. OK. Porównanie jest na wyrost, ale ta płyta dokładnie tak brzmi. Nie mogę się od niej oderwać.

piątek, 9 września 2011

A sound guide to Warsaw


Bardzo lubię Grzesiuka, mam więc nadzieję, że się Warszawiakom nie narażę swoją opowieścią. Całkiem niedawno wylądowałem na dworcu Warszawa Wschodnia, która wraz z okolicami (pobliskim dworcem autobusowym itd) przyniosła mi skojarzenia z Ugandą czy jakimś innym małym afrykańskim kraikiem żyjącym z kopalni diamentów. Do tej Warszawy jaką zapamiętałem, bardziej pasował by miejski folk o zabójstwach w afekcie, coś w stylu Stagger Lee albo rap o Ruskich nielegalnie handlujących organami do transplantacji. Inicjator projektu "A sound guide to Warsaw" miał jednak inne skojarzenia.


CZYTAJ DALEJ NA STRONACH APOSTAZJI>>>


( Grzegorz Bojanek- Służew. Tak zaczyna się płyta)

próbka 1
(Bionulor- kilinskiego )

kup

(Bardzo tanio. Pewnie warto sprawdzić samemu - więc mimo wszystko zachęcam do kupna).

sobota, 12 lutego 2011

Bionulor - Sacred Mushroom Chant (2011)



Za udostępnienie płyty do recenzji dziękuję Wrotycz Records i Bionulor.



Zacznijmy od tego, że Pan Banaszczyk ma na swój projekt znakomity pomysł. Metoda, którą nazywa 100% recycling - polegająca na obróbce i diametralnemu przekształcaniu wybranych fragmentów nagrań - może nazywa się gupio, ale sprawdza się znakomicie. Poprzednio użył skrawków muzyki dawnej, tym razem wykorzystał ludzkie głosy. Na warsztat poszły między innymi: szamańska pieśń i słowa wypowiadane przez stąpającego po Księżycu Neila Armstronga.

To, że ów materiał trafia w nasze ręce firmowany jako no.2, działa zdecydowanie na jego korzyść. Pierwsza płyta mimo tego, że była ciekawa, awangardowa i opatrzona intrygującym, ambitnym konceptem - to jednocześnie była na tyle przystępna, że mogła być wsadzona do wora z "ładnym ambientem" czy innym snobistycznym muzakiem. Gdyby Banaszczyk nie wyrobił sobie odpowiedniej marki poprzednim albumem, niewielu słuchaczy poświęciłoby tej płycie tyle czasu, na ile zasłużyła bo - jak to metalowo i groźnie by to nie zabrzmiało - tym razem Bionulor nie bierze jeńców. O ile debiut dawał mu szansę na ogólny poklask, to tym materiałem zamyka się w elektroakustycznym gettcie.

To muzyka przede wszystkim może ostatecznie nie trudniejsza, ale żądająca od słuchacza całkowitej uwagi i - podobnie jak wspomniane w tytule grzyby halucynogenne - wtajemniczenia i szacunku. Mam też wrażenie, że poprzez wykorzystanie nagrań ludzkiego głosu (raczej nieprzypadkowych, bo każde z nich przynależy do innego kręgu kulturowego) Banaszczyk próbuje nam coś konkretnego opowiedzieć o człowieku, istocie jego uduchowienia i cywilizacjach, kulturach przez niego stworzonych. Jeśli miałbym Mushroom do czegoś porównywać, to byłby to lubiany przez twórcę Coil (Time Machines), no i Aube - z którym związki zostały na tej płycie zdecydowanie uwypuklone ( może mam takie wrażenie ze względu na to, że z muzyką Aube osłuchałem się bardziej już po banaszczykowym debiucie). Na szczęście Pan Banaszczyk to na tyle świadome stworzenie, że udaje mu się utrzymać autonomię i po raz kolejny uniknąć w swojej muzyce efektu klonowania.

Nieliczne recenzje, które można znaleźć w internecie, nie są zbyt entuzjastyczne. Rozumiem te stanowiska, ale nie do końca się z nimi zgadzam. Już podczas słuchania poprzedniej pracy Bionulor miałem wrażenie, że niektóre dźwięki nie są "tam, gdzie powinny być", ale ja osobiście uznaję to za całkowicie pożądany efekt uboczny. Nie uważam, żeby ta muzyka była - w złym tego słowa znaczeniu - nieoszlifowana. A jeśli nawet, to w takim sensie, jak nieoszlifowane jest - ostatnio często słuchane przeze mnie - Nachtstucke Asmusa Tietchensa. Natomiast zarzucanie końcówce płyty fruityloopowego szpanerstwa nie wydaje mi się zasadne. Przynajmniej mnie to nie razi. Agresywne wybudzenie słuchacza zdaje się całkowicie świadomym, prostym i czytelnym zabiegiem.

Pierwsze Bionulor było dla mnie najciekawszą płytą na naszym podwórku od czasów Trenów Jacaszka, więc nie ukrywam, że wobec Sacred Mushroom Chant miałem duże oczekiwania. Mimo tego, że dostałem coś innego niż się spodziewałem, to na poziomie artystycznym jestem zaspokojony. Chociaż rok dopiero co się zaczął, to na pewno jedna z ciekawszych polskich płyt 2011.

Próbka

(myspace)

Kup/Buy:

Allegro

(Można nabyć również pierwszą płytę - polecam!)

Wrotycz

(A tu można kupić bezpośrednio od wydawcy - bardzo fajne distro . Również polecam!)

poniedziałek, 1 listopada 2010

MB / Maurizio Bianchi - Violichte (2010)



Zapewne jak większość z Was, przygodę z Maurizio Bianchim - jednym z prekursorów noisu - zacząłem i skończyłem na albumie uważanym za jego opus magnum - Symphony For A Genocide. Co prawda zdawałem sobie sprawę, że nie poświęciłem mu dostatecznie dużo uwagi, ale jakoś nie bardzo miałem ochotę babrać się w tej wygranej na analogowych parapetach "symfonii" na cześć fabryk produkujących mydło z ludzi. Już teraz wiem, że najprawdopodobniej postąpiłem niesłusznie, bo może przegapiłem coś bardzo ważnego dla współczesnej muzyki.


To, co Włoch prezentuje na swojej (bodaj) ostatniej kasecie, to - tak po prostu, na chłopski rozum mówiąc - połączenie szumu fal radiowych z przeciągłymi, zapętlonymi dronami wygranymi na wiolonczeli. Jasne, że ta muzyka to sama forma i sam koncept*- ale to nie jest w stanie zmienić faktu, że słuchanie jej jest jak swoista analogowa medytacja - to niesamowicie przyjemne, relaksujące, a zarazem mistyczne przeżycie. Kłóci się to nie tylko z tym, co cechowało rzekomo najwybitniejszy materiał Bianchiego, ale też ze stereotypem radykalnie awangardowego przedsięwzięcia. A może wręcz przeciwnie? Może właśnie ta przystępność stawia tę taśmę w gronie najlepszych tego typu prac? Bo mimo swej archaiczności i pozornego kabotyństwa, Violichte zmusza mnie do instynktownego zestawiania jej z Different Trains Reicha, czy szukając bliżej, współcześniej, z naszym rodzimym Bionulor .

Sprawdźcie tę taśmę. Szczególnie jeśli tak jak ja skreśliliście MB po Symphony For A Genocide. Nie będę ukrywał, że ja dopiero teraz dostrzegłem, gdzie może (podkreślam - może - wcale nie musi) leżeć rzekoma wielkość Włocha.

*
Nawiązujący do prac Giacinto Scelsiego, któremu zresztą Violichte zostało dedykowane.

próbka
(cała strona A)

Download

(wyprzedane... limit do 100 kopi)

środa, 18 sierpnia 2010

Free Rein - Moon Signs Sigh (2009)




Między Moondogiem a Popol Vuh.

Znowu słowa klucze, ale chyba nic więcej dodawać nie muszę. Zainteresowani wiedzą o co chodzi. Korci mnie co by ten zespół porównać do Hala Strana, ale nie dlatego że to podobna muzyka - acz z tej samej półki - tylko dlatego że równie dobrze mogło by to być nagrane 40 lat temu, a mimo wszystko dalej brzmi fascynująco i nie jest okaleczone wtórnością. Karmcie swoje uszy i serca.



Edit: dokładam koncertówke (jednak oprócz brzmienia perkusji i oklasków na końcu, niewiele wskazuje na to że to live) , chyba nawet ciekawsza. Już druga noc mi leci przy tej kapeli. Warto. Szkoda że są kompletnie nieznani, a to co tu widzicie to ripy z CDrów.

FREE REIN: Two Leaves Live (USA 2009)






sobota, 24 lipca 2010

Andrew King and Brown Sierra - Thalassocracy (2008)


Tak się składa że to znowu Andźiejek, ale płyta wpadła mi w player całkiem przypadkowo. Wybaczcie niezamierzoną monotematyczność.

Niebanalna rzecz. Z jednej strony to pieśni ludowe ustawione na industrialu i awangardowych formach elektroniki, z drugiej coś co przywodzi nam na myśl eksperymentalną twórczość Walkera i Sylviana. Możliwe że przyjdą wam do głowy skojarzenia z The Wardrobe (zresztą członek tego duetu - Tony Wakeford - odcisnął się na tym nagraniu realizując dwa tracki) albo z Panzer Rune Currenta, ale będą to skojarzenia odległe bo Thalassocracy to unikalny twór. W czasie słuchania zastanawiam się cały czas "co to kurwa właściwie jest?". No i nie wiem. Pewnie i neofolk, ale na pewno taki jakiego jeszcze nie słyszeliście. Sprawdźcie obowiązkowo.

niedziela, 4 lipca 2010

Les Sentiers Conflictuels & Andrew King - 1888 (2005)


"Choć w czasie zbrodniczej działalności Rozpruwacza, przychodziły do policji setki listów od osób podających się za mordercę, wielu badaczy uważa, że list “Z piekieł” jest jednym z prawdopodobnie autentycznych pism jego autorstwa. Nadawca nie podpisał listu pseudonimem „Kuba Rozpruwacz”, co wyróżnia go od wcześniejszego listu „Drogi szefie” i karty pocztowej „Zuchwały Kuba”, a także ich naśladowców. List „Z piekieł” charakteryzuje się przy tym znacznie niższym poziomem gramatycznym niż poprzednie dwa."

Treść listu, obfitującego w braki interpunkcyjne i ortograficzne, brzmiała następująco:
(polskie tłumaczenie oddające w przybliżeniu charakter gramatyczny listu.)


Z piekieł.

P. Lusk,

Posyłam panu pół nyrki którą wyjąłem
jednej kobiecie i zahowałem dla pana drugą
część usmażyłem i zjadłem była bardzo
pyszna. Mogę posłać panu okrwawiony nuż
jaki ją wyrżnął jeśli tylko poczeka pan trochę dłużej

podpisany

Złap mnie jeśli pan potrafisz panie Lusk


za Wikipedią





Tzw. spokenwordsy to chyba dość niewdzięczna para kaloszy. Mało kto jest w stanie dostrzec piękno tej trochę nietypowej formy słuchowiska, szczególnie gdy nie jest stworzone w jego rodzimym języku. Nie będę ukrywał, że to jeden z moich ulubionych "około muzycznych" (zazwyczaj z pogranicza literatury i muzyki elektronicznej) środków wyrazu. Nie umiem tak do końca stwierdzić, dlaczego tak to nietypowe zjawisko ukochałem. Prawdą jest, że nie znam aż tak dobrze angielskiego, żeby perfekt rozumieć ze słuchu (no, dzięki słuchaniu spokenwordsów jest coraz lepiej). Lubię te melorecytacje prawdopodobnie dlatego, że bardzo ważna jest dla mnie atmosfera panująca na płycie. Zawsze stawiałem ją wyżej od ładnych refrenów i wirtuozerii.

Andrew King to postać znana każdemu, kto uważniej przyglądał się scenie neofolkowej. Płyt firmowanych swoim nazwiskiem nagrał niewiele, za to jego niesamowicie smutny głos często pojawia się na albumach ważnych osobistości tego nurtu. Najlepsze rzeczy z jego dużym udziałem to The Triple Tree - Ghosts i koncept składak A Mythological Prospect Of The Citie Of Londinium (obie ze wszech miar polecam). Nazwa Les Sentiers Conflictuels mówi mi już znacznie mniej. Właściwie to nic mi nie mówi. Zerkam na Discogs w poszukiwaniu info ... no tak, wszystko się zgadza. Francuz (jeno coś taki skośny trochę). Jak głupio by to nie zabrzmiało - bo mówimy o ambiencie - to słychać, że to jest Francuz. Tzn. skojarzenia z Les Joyaux De La Princesse są tak silne, że nawet przez myśl mi przeszło, że to może poprostu inny szyld/odłam tego francuskiego projektu. No i jak bym tak spróbował porównać 1888 do czegoś co już słyszałem, to powiedział bym, że najbliżej mu do wybitnej kolaboracji Les Joyaux De La Princesse/Blood Axis (znowu polecam, bo to jedna z moich ulubionych płyt ). W każdym razie Andrew King i Philippe Kam (bo tak się nazywa ów żółty francuz) złączyli siły i postanowili nagrac koncept album upamiętniający wyczyny Kuby Rozpruwacza...

Warstwę tekstową stanowią listy, które napływały do prasy i Scotland Yardu w czasie, gdy światem wstrząsnęła seria morderstw, będąca tak naprawdę tylko preludium do tego, co przyniesie XX wiek. Fani Kuby od razu zauważą, że panowie podchodzą do tematu dość umownie - traumatyczna podróż nie przebiega chronologicznie. Nasz protagonista na płycie pierwszy raz * przemawia przez napis nabazgrany na murze w pobliżu miejsca, gdzie zabito piątą kobietę : "The Juwes are the men that Will not be Blamed for nothing". Dopiero potem następuje pierwszy i najsłynniejszy list sygnowany jako "Kuba Rozpruwacz" czyli "Dear Boss", który nadszedł do News Agency jeszcze przed czwartym morderstwem i sukcesywnie reszta, wraz z (wg. niektórych teorii jedynym autentycznym) listem - "From Hell" - na czele. Dziwi taki brak konsekwencji, ale w żadnym wypadku nie ujmuje wartości. Można to oczywiście próbować uzasadnić, ci co czytali komiks From Hell dobrze wiedzą o czym mówię...


Choć już sam koncept jest fascynujący, to nie warstwa tekstowa nadaje wszystkiemu kształtu. Biorąc pod lupę warstwę muzyczną, możemy w pewnym stopniu mówić o dark ambiencie, ale to w żaden sposób nie opisze tego, z czym przyjdzie Wam obcować. Zanim wsadzicie płytę do swoich odtwarzaczy, musicie się należycie przygotować. Słuchawki będą wskazane. Zalecam nocne odsłuchy, zresztą chyba inaczej się z tym nie da obcować. Połóżcie się, zamknijcie oczy i oddajcie w ręce najsłynniejszego seryjnego zabójcy w historii ludzkości. Tak wypada, bo cały spektakl dzieje się na granicy jawy i snu... W ponury świat tej opowieści zabiorą was monotonne, klaustrofobiczne i stłumione dźwięki fortepianu, odtwarzane na patefonach odległe echa arii operowych, pętlące się - aż do jednostajnego, przypominającego taśmowe eksperymenty dronu - skrzypce ... Inna warstwa jest wystylizowana na gwar uliczny: dorożka, głosy uliczników, archaiczne i groteskowe melodie wygrywane przez kataryniarza, odgłosy kroków, odległe szepty... I wtedy, gdy niemal odpływamy i jesteśmy w półśnie, nad wszystko nadciąga wyraźny i przerażający głos Andrew Kinga. Jego głos raz tnie jak skalpel, raz jest miarowy, rytmiczny, raz przesterowany, wibrujący i utrzymujący w nas ciągły niepokój.


Co ważne, płyta nie jest jednorazowym słuchowiskiem. Gdy już wgryziemy się w nią dostatecznie, recytowane listy Kuby zaczynają być jednym ze środków wyrazu, czy też substytutem instrumentu. W pełni integrują się z innymi warstwami. Oprócz tego zaczynamy dostrzegać koncept, a zarazem to, w jaki sposób i CO opowiada nam sama muzyka. Bardzo mocno zaczyna rzucać się w ucho klamra prologu i epilogu. Podobieństwo obu tracków miało być zapewne symboliczne i nieprzypadkowo nazywają się The Night i The Light.

To nie jest płyta trudna w odbiorze, ale jej atmosfera przytłacza. Bałbym się tego słuchać po narkotykach. Tym bardziej, że boję się tego słuchać na trzeźwo.



ps. 1888 to idealny soundtrack podczas lektury From Hell Alana Moora, które jeszcze możecie nabyć w niektórych sklepach komiksowych - zachęcam bo II wydania nieprędko się doczekacie. Na ową chwile to jeden z moich najukochańszych tworów kultury.





próbka 1

próbka 2




* [zaznacz]Pierwszy raz King deklamuje sentencje:"Oh have you seen the Devil with his microscope and scalpel, A-lookin' at a kidney with a slide cocked up". Nie znalazłem niestety jej źródła - oprócz tego że jest przypisywany któremuś listowemu wcieleniu kuby , ale wydaje mi się że błędnie. Możliwe że to z Moora, wertowałem komiks ale nie znalazłem. Jak ktoś mądrzejszy wie, to niech powie...

środa, 9 czerwca 2010

Current 93 - Haunted Waves, Moving Graves (2010)


Coś nie doczytałem i byłem pewien, że ta płyta będzie przemiśkowanym materiałem z Baalstorm, Sing Omega. Byłem bardzo zdziwiony, gdy wrzuciłem ją do playera i nie usłyszałem piosenek. Tibet znowu mnie zaskoczył. Zaczyna mniej więcej tam gdzie przed chwilą skończył i eksploruje morski dron, który wieńczył jego ostatni album.

Haunted Waves, Moving Graves to ambientowa impresja muzyczna, wygrana na szumie fal, wiolonczeli i zapętlonym fortepianie. Z jednej strony wspaniała płyta, z drugiej mogąca zawieść - szczególnie, jeśli ktoś akceptuje tylko folkowo/piosenkowe oblicze Currenta. Mimo to, zalecam odsłuch nawet (a może przede wszystkim) ludziom nie słuchającym na co dzień Tibeta - z naciskiem na miłośników ambientu i awangardy muzyki poważnej. Tym bardziej, że płyta od razu przywodzi na myśl takie dźwiękowe skarby jak Basinski, najlepsze utwory rodzimego Bionulor, prace minimalistów czy szukając bliżej - Coil z Time Machines. Dla mnie to w pewnym sensie ciekawsza rzecz niż ostatni, pełnoprawny album C93. Zalecam aplikować na spokojnie, w skupieniu albo w półśnie - który i tak jest raczej nieuniknionym efektem tej wyprawy.

wtorek, 17 listopada 2009

Radian - Chimeric (2009) + rec.extern (2002)




Radian to zespół który wiele zmienił w moim spojrzeniu na muzykę. Pokazał mi palcem i przygotował mentalnie na wiele rejonów muzyki elektronicznej które wcześniej były dla mnie niezrozumiałe. Na tą płytę czekałem bardzo długo,zapowiedziana była już kilka ładnych lat temu.Bardzo dużo od niej oczekiwałem.Poniekąd się zawiodłem bo liczyłem że znowu pokarze mi COŚ zupełnie innego. A tu zaskoczenie... Radian odszedł od minimalizmu jaki cechował poprzednie produkcje. Atmosfera jest zdecydowanie gęstsza brzmienie cechuje mniej ''syntetyczna'' koncepcja, jest za to bardziej ''rockowo'' - rockowo to chyba złe słowo ale to faktem jest że to pierwszy Radian który faktycznie ma coś wspólnego z post rockiem (wcześniej naklepka była raczej nie na miejscu). Za mało jej jeszcze słuchałem żeby stwierdzić że to wybitna płyta(bardzo dobra na pewno) ale tyle lat na nią czekałem że mimo pewnego poczucia zawodu , to dla mnie jedno z najważniejszych wydarzeń tego roku.

Wypada mi jeszcze wspomnieć czym w ogóle jest Radian... Radian to Martin Brandlmayr (genialny perkusista) Stefan Németh (sentyzatorki, oscylatorki i inne turntejble) John Norman (bas)... panowie ,zapewne już na początku drogi tego projektu umyślili sobie koncepcje że z tym, dość ''żywym'' instrumentarium wejdą w rejony minimalistycznej muzyki elektronicznej przynoszącej skojarzenia z Alva Noto, Ikedą czyli z tzw glitchem przedewszystkim. Udało im się stworzyc cos wprost unikalnego i tak jak wspomniałem dzwiękowo z post rockiem to nie miało wiele wspólnego, ale w samej idei to naprawdę było ''coś innego grane na rockowym instrumentarium''.

Tyle słowem wyjaśnienia. Oprócz nowej płyty dam wam jeszcze jedną starszą-dla porównania. Acz zdaje sobie sprawę że prawie nikomu się ta muzyka nie podoba (słyszałem opinie ''brzmią jak by się stroili '', ''chujnia i piski'' lol). Polecam co bardziej otwartym uszom.

rec.extern (2002)




Chimeric (2009)



próbki --->MYSPACE

czwartek, 15 października 2009

bionulor - trututu reklama.

Reklama bo nie mam mp3. Mam tylko myspace.

Bionulor to jednoosobowy projekt Sebastiana Banaszczyka, którego znacie bliżej jako ''robotnika remontującego aptekę Lubiczów''. Tak, grał w Klanie i jest z wykształcenia aktorem. Przepraszam za tę tabloidową informację, ale nie mogłem się powstrzymać. Co by się zreflektować dodam, że ma na koncie też sporo ról teatralnych w ciekawszych, ambitniejszych rzeczach.

Nie wiem, czy mam się rozpisywać na temat muzyki... wszędzie wpadam na notki o identycznym przekazie i właściwie od siebie dodałbym tylko, że mi się podoba. No ale... Muzyka Bionulor od razu przynosi skojarzenia z Basinskim i od tego nazwiska wymienianego przy okazji debiutanckiej płyty Bionulor się już nie uwolni. Ja dodałbym jeszcze, że mam na końcu ucha Lundvalla , ale takego, jak np. na płycie ''Ice''. Momentami (np. track - PVN czy taki z dźwiękiem fortepianu L.FLL ) gliczuje to i wędruje w okolice kolaboracji Sakamoto /Alva noto . Sam "Pan który remontował aptekę Lubiczów'' przyznaje się do fascynacji Coil i NWW, czyli jakby nie patrzeć to nasz kuliega po uchu. Dodatkową sympatię wywołuje fakt, że to niemal mój krajan bo ze zdolnego śląska jest (przynajmniej tak ma na myspace) ze Świdnicy dokładnie... ja sem z Oleśnicy , więc jak to mi młodzież w okresie letnim pod oknami śpiewała : ''Quantanamera jesteśmy z miasta Hitlera!''. Więc oba jesteśmy jeno z innych. Wracając do muzyki , to tylko czekać, aż go jakieś zagramaniczne producenty (a'' za granicą jest diabeł'' ) dopadną i obwieszczą całemu światu że ten oto pan, bierze pojedyncze fragmenty z gdzieś tam zarejestrowanych utworów muzyki dawnej i przetwarza je w zupełnie inną strukturę (to se wszystko doczytajcie na myspace). Nie ma to wiele wspólnego z samplingiem, bo nie ten fragment go w ostateczności interesuje, a przekształcenie go, powiedzmy że coś jak ten słynny rozpad taśm u Basinskiego ale ''to jeszcze co innego ale w tym kierunku ''. To co piszę sugeruje pewnikiem, że miałaby to być jakaś skrajna minimalistyczna awangarda... jest to w pewnym sensie prawdą, tyle że w ostateczności jest to wybitnie przyjemne i słuchalne (nie skłamię, jeśli napiszę, że jest tak miodne jak Jacaszkowe rzeczy). I o ile sam Pan odżegnuje się od ambientu (możecie go posłuchać w radiowym wywiadzie na majspejsie), to innego miejsca sobie nie znajdzie. No chyba, że se to jakoś jak Lundvall nazwie ( sam sugeruje 100% recycling ale to z pupy) . Swoją droga pewnie lubi Lundvalla.


''I tu się pojawia magiczne słowo 'kupno' '' Bo downloadu nie ma w googlach... ja sam nie zakupiłem ale chyba się na dniach zdecyduję, albo może na industrial festival gdzieś kupię? Cena to całe 10 zł plus 5 zł przesyłka -->KUPIC MOŻECIE TUTAJ

Polecam!

Zapraszam na Myspace ''tylko lepiej w nocy bo wtedy ludzie śpią i nie ma zakłóceń''.



piątek, 2 października 2009

The Angelic Process

Z tego co czytam, to nieistniejące już od jakiegoś czasu The Angelic Process[koniecznie kliknijcie i przeczytajcie opis lastowy] jest chyba postrzegane jako zespół kultowy, ewentualnie właśnie stoi przed progiem swojej kultowości.


Przeglądając na lascie profile znajomych, stwierdziłem, że większość z nich miała styczność z muzyką tego duetu. Jednak zazwyczaj nie ma w ich playlistach dużo odsłuchów. Dziwi mnie to. Dziwi mnie bo w dwa ostatnie dni ( a raczej noce) pożarłem niemal całą ich twórczość i z przerażeniem stwierdzam, że jest niesamowicie równa, spójna i przemyślana. Dawno nie miałem do czynienia z tak oryginalnym i miodnym tworem muzycznym. Z jednej strony melodyjna, dream popowa ściana dźwięku, z drugiej doom/drone metal, z trzeciej ambient/darkwawe, do tego dodajcie bezpardonowe przyznawanie się do fascynacji Neurosis i Swansowym obozem - otrzymujemy Angelic Process. Wspominałem że znajdziecie tu drone/doom - co wrażliwszym uszom mówię od razu - nie bójcie się, zerknijcie w próbki to dość łagodna strona tego medalu, może odrobinę kojarząca się z Nadja, ale wg mnie dużo lepiej przyswajalna. Jeśli nie znacie, bądź szybko odstawiliście ich płyty to koniecznie brać i słuchać bo to rzecz wybitna. Jeszcze chyba nigdy w życiu żaden zespół w dwa dni nie stał się ''jednym z moich ulubionych''. Polecam i ostrzegam, że jeśli lubicie okolice wymienione w mojej pisaninie, to zapewne szybko pożrecie całą dyskografie, uzależnicie się i będziecie skamleć o więcej. A więcej już nie będzie...


*mi notabene kilka lat temu tez ktoś polecał, ale z powodu zerwania archiwum winrara nie doszło do odsłuchu(w archiwum gg znalazłem rozmowę na ten temat:)


Na początek zalecam to Mini CD (reszte se googlac, albo mnie łapac na lascie czy gronie):

We All Die Laughing[2006]