
Zapewne jak większość z Was, przygodę z Maurizio Bianchim - jednym z prekursorów noisu - zacząłem i skończyłem na albumie uważanym za jego opus magnum - Symphony For A Genocide. Co prawda zdawałem sobie sprawę, że nie poświęciłem mu dostatecznie dużo uwagi, ale jakoś nie bardzo miałem ochotę babrać się w tej wygranej na analogowych parapetach "symfonii" na cześć fabryk produkujących mydło z ludzi. Już teraz wiem, że najprawdopodobniej postąpiłem niesłusznie, bo może przegapiłem coś bardzo ważnego dla współczesnej muzyki.
To, co Włoch prezentuje na swojej (bodaj) ostatniej kasecie, to - tak po prostu, na chłopski rozum mówiąc - połączenie szumu fal radiowych z przeciągłymi, zapętlonymi dronami wygranymi na wiolonczeli. Jasne, że ta muzyka to sama forma i sam koncept*- ale to nie jest w stanie zmienić faktu, że słuchanie jej jest jak swoista analogowa medytacja - to niesamowicie przyjemne, relaksujące, a zarazem mistyczne przeżycie. Kłóci się to nie tylko z tym, co cechowało rzekomo najwybitniejszy materiał Bianchiego, ale też ze stereotypem radykalnie awangardowego przedsięwzięcia. A może wręcz przeciwnie? Może właśnie ta przystępność stawia tę taśmę w gronie najlepszych tego typu prac? Bo mimo swej archaiczności i pozornego kabotyństwa, Violichte zmusza mnie do instynktownego zestawiania jej z Different Trains Reicha, czy szukając bliżej, współcześniej, z naszym rodzimym Bionulor .
Sprawdźcie tę taśmę. Szczególnie jeśli tak jak ja skreśliliście MB po Symphony For A Genocide. Nie będę ukrywał, że ja dopiero teraz dostrzegłem, gdzie może (podkreślam - może - wcale nie musi) leżeć rzekoma wielkość Włocha.
*Nawiązujący do prac Giacinto Scelsiego, któremu zresztą Violichte zostało dedykowane.
(wyprzedane... limit do 100 kopi)
