Film dokumentalny poświęcony metalowemu amerykańskiemu podziemiu kręcącemu się wokół psychodelicznych i stonerowych stylistyk. Wypowiadają się członkowie Kyuss, Sleep, Sunn o))), St. Vitus i wielu innych ważnych kapel. W filmie dość obszernie przedstawiono OM i Sleep, trochę mniej uwagi poświęcono Sunn o))), a o Earth nie było niemal nic (co mnie bardzo smuci). Bardzo fajnie, że niewielki fragment zasygnalizował istnienie specyficznych grafik związanych z tymi nurtami muzycznymi. Jak zwykle w przypadku tego typu produkcji nie udało się objąć całego zagadnienia - przedstawiając korzenie skupiono się na metalu, zapominając o takich ludziach jak John Fahey, czy Wilburn Burchette. Nie obyło się też bez prawienia komunałów pokroju tego, że "w tym wszystkim chodzi o emocje", ale mimo wszystko "Such Hawks Such Hounds" to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto lubi poczuć dron w bebechach i pierdolnięcie w duszy. Warto zobaczyć już dziś - bo nie wiadomo, czy nagle nie zniknie z You Tube.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postmetal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postmetal. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 września 2012
piątek, 31 sierpnia 2012
OM - Advaitic Songs (2012)
OM, powstały na gruzach stoner-doom-metalowego Sleep, to zdecydowanie jeden z najciekawszych współczesnych zespołów postmetalowych. Początkowo poruszający się w tej samej konwencji projekt Ala Cisnerosa bardzo szybko jednak przestał odcinać kupony od działalności poprzedniej formacji. Niewątpliwie kluczowe dla wyklarowania się brzmienia było spotkanie w studiu ze Stevem Albinim. Wyprodukowana przez niego płyta "Pilgrimage" która została uznana przez magazyn "Wire" za jeden z najlepszych albumów 2007* to niemal całkowite odejście od doom metalowych stylistyk i skłonienie się ku oszczędnym, psychodelicznym brzmieniom, przywodzącym na myśl rozdmuchaną do pełnowymiarowego albumu parafrazę "Set the Controls for the Heart of the Sun".
To właśnie 2007 rok i minimalistyczny "Pilgrimage" - nagrany wyłącznie przy użyciu gitary basowej, perkusji i studia, które pogłębiło oszczędność brzmienia - możemy uznać za swoiste wyzerowanie stylu. Przy nagrywaniu następnej płyty zespół opuścił perkusista Chris Hakius, a jego miejsce zajął znany z Grails Emil Amos. Nietrudno dostrzec, że od tego momentu z każdym albumem, wraz z nadbudowywaniem wielu elementów, muzyka zespołu robi się coraz bardziej konwencjonalna i bardziej przystępna, ale z drugiej strony zagęszczające ją komponenty pochodzą z bardzo zaskakujących rejonów, co nadaje jej niebywałej oryginalności. To cały czas muzyka eksperymentalna, doom metal spotyka się tu z wiolonczelą, tablami i etnicznymi dronami spod znaku Ravi Shankara i Popol Vuh. Wokół pulsującej linii basu i monotonnego wokalu narastają nowe elementy podkreślające mistyczne założenia projektu - co ciekawe, to właśnie one uwydatniają coraz bardziej stoner rockowe konotacje zespołu. Tak jak Black Sabbath wyciągnęło swoje odkrywcze brzmienie z tradycyjnego bluesa, tak OM wydobywają je z transcendentalnych hinduskich rag. Na tych płaszczyznach w bardzo interesujący sposób funkcjonuje też jednostajny głos Ala Cisnerosa, który w tym kontekście splata charakterystyczną dla doomu manierę z orientalnymi i sakralnymi zaśpiewami.
Spotkałem się z opiniami, że ta płyta to zdecydowany progres zespołu. To na pewno krok w inną stronę, ale według mnie niekoniecznie do przodu. Nie zrozummy się źle, trzeba uczciwie przyznać, że do metalowych stylistyk OM wraca z tarczą, a nie na tarczy - to dalej świeża i oryginalna muzyka i jedna z najlepszych płyt jakie słyszałem w 2012 roku. Ale osobiście wolałbym jednak, żeby projekt dalej eksplorował skrajny minimalizm. Chciałbym żeby skończyło się to tak, że Al i Amos mrucząc mantry grają na pudle po butach i gumce od majtek. Wiem, jestem samolubnym bucem bo pewnie wtedy tworzyliby muzykę tylko dla takich dziwolągów jak ja.
* Uplasowała się na czwartym miejscu. Cała lista tutaj: klik
sobota, 11 grudnia 2010
Agalloch - Marrow of the Spirit (2010)
Nie będę ściemniał - ta płyta ma u mnie pewne fory. Sprzyja jej wszystko, od pogody za oknem, przez stan mojego ducha, po renesans na okołometalową muzykę, który przeżywam od jakiegoś roku. Ale na początku nie byłem do niej przekonany...
Z dość dużej dyskografii Agallocha nałogowo słuchałem właściwie tylko jednej pozycji - znakomitej, doskonale balansującej między postrockiem a neofolkiem EPki White. Może dlatego moje pierwsze spotkanie z Marrow of the Spirit nie było zbyt udane, bo gdy wybrzmiało wiolonczelowe intro najbardziej klapnął mnie w uszko blackmetalowy wokal. Potem (tzn. w trakcie tamtego odsłuchu) płyta już nie zaabsorbowała mnie wcale. Jakiś wielki fart sprawił, że nie miałem w kolejce do playera nic ciekawego, czy może nie miałem czasu zmienić repertuaru i tak się Marrow zapętliło... tak po prawdzie już nie pamiętam. W każdym razie po jakimś trzecim odsłuchu zwariowałem na jej punkcie i dłuższy czas nie słuchałem nic innego. Sam metal jest tu tylko pretekstem, bo tak naprawdę wszystko dzieje się tu na przecięciu kilku stylistyk. Na początku nie dostrzegłem tego, że to bardzo rozbudowane i mimo, że ładne, to jednak nie tak łatwo przyswajalne kompozycje. Najpierw instynktownie szukałem pozostałości po White EP - i znalazłem. Są tu neofolkowe gitary i bębny, jest i postrock, a oprócz tego: ambient, moogowe przestrzenie, grane na granicy dobrego smaku progowe solówki, słodkie shoegaze, doom, hołd pruski... po jakimś czasie zaakceptowałem też blackowe wokale, które działają tu jak nadająca pikantności przyprawa. Tak, jasne, z jednej strony to stylistycznie zajebista sraczka, do której można się bez problemu przyjebać - z drugiej po prostu zajebista płyta, która na ową chwilę broni się sama. Jak będzie za 10 lat ? Czas pokaże. Kończy się dekada i całkiem możliwe, że to znak czasu czy też rzecz schyłkowa dla postmetalu z blackowym rodowodem. Oczywiście można uznać, że w porównaniu do poprzedniej EPki Marrow of the Spirit jest jednak krokiem w tył, ale ja i tak będę się upierał, że to dobry materiał.
Wiem, że fanów Agallocha nie muszę zachęcać, zerknąłem na Rym bom ciekaw był, co myślą i tam jest istny mandess! Ale chciałbym zwrócić na ten album uwagę ludzi, którzy skreślą ją za to, że to atmosferik mjetal ( Lilandra!). Jeśli pierwszy odsłuch was od niej odrzucił, to warto ją jeszcze kilka razy raz sprawdzić. Diabeł z lasu krew z dupy.
Wiem, że fanów Agallocha nie muszę zachęcać, zerknąłem na Rym bom ciekaw był, co myślą i tam jest istny mandess! Ale chciałbym zwrócić na ten album uwagę ludzi, którzy skreślą ją za to, że to atmosferik mjetal ( Lilandra!). Jeśli pierwszy odsłuch was od niej odrzucił, to warto ją jeszcze kilka razy raz sprawdzić. Diabeł z lasu krew z dupy.
piątek, 26 listopada 2010
Wyrd - Heathen (2001)
Kiedyś Maleflic (Xasthur) powiedział, że jeśli robisz depresyjną, pełną mizantropii muzykę ocierającą się w jakiś sposób o black metal, to prędzej czy później ktoś powie, że odwołujesz się do Burzum... Parafrazując tę myśl, kiedy robisz metal ocierający się o skandynawski folk, nie możesz nie zostać porównany do Ulver. Akurat w przypadku tej płyty będzie to jak najbardziej trafne spostrzeżenie. Pierwszy z ośmiu albumów Wyrd brzmi jak wypadkowa kilku pierwszych lat działalności słynnego projektu Rygga, dodatkowo doprawiona shoegaze i odrobiną postrocka. Koktajl wyszedł na tyle udany, że to podobno klasyczna już płyta. Ja z racji wieloletniego "urlopu od metalu" niestety ją przegapiłem, nie mniej sądząc po tym, że minęła dekada od premiery, a obiektywnie rzecz biorąc to dalej znakomity materiał, jestem skłonny w ową klasyczność uwierzyć. Do tego Heathen jest na tyle eklektyczną i ładną płytą, że wydaje mi się godną polecenia każdemu, kto wytrzyma metalową konwencję. Nie taki diabeł straszny jak go ładnie namalujo.
wtorek, 12 października 2010
Sailors With Wax Wings - s/t (2010)

R. Loren - vocals / textures, J. Leah - vocals Ted Parsons - drums (Swans/Godflesh/Prong/Jesu), Simon Scott - electronics (Slowdive), Aidan Baker - guitar (Nadja), Colin Marston - guitar (Krallice, Gorguts, Behold... The Arctopus, Dysrhythmia, Byla, Indricothere...), Vern Rumsey - bass (Unwound), Prurient (Dominick Fernow of Hospital Productions, Cold Cave, etc) - noise / electronics, James Blackshaw - piano (Young God Records solo artist, Current 93), Hildur Gudnadottir - cello (Múm/Throbbing Gristle/The Knife), Aaron Stainthorpe - vocals (My Dying Bride), Jonas Renkse (Lord Seth) - Vocals (Katatonia (Swe), Bloodbath (Swe), October Tide), Marissa Nadler - vocals (ostatni Xasthur)...
Nie, to nie jest spis zawartości jakiejś składanki. To skład zespołu. A okładkę napaćkał Tibet.
Swoją drogą - zdaje się, że nieprzypadkowo w skład tego never-dream-about-this teamu wchodzi Marissa Nadler. Jest tu coś, co po włączeniu nagrania odpaliło mi w głowie czerwoną lampkę z napisem 'Ostatni Xasthur'. Nie wiem czy pamiętacie, ale przy okazji Portal of Sorrow wypisywałem o imaginacji Dark Side of The Moon XXI wieku. Tutaj mamy poniekąd coś podobnego w idei (ale tylko w idei, bo szczerze powiedziawszy to rzecz bliższa Angelic Process) bo Sailors With Wax Wings to kosmiczny shoegazowo-dronowo-dream popowy monument (no szeket ałt klik). Niestety ktoś nie wyhamował załogi i materiał jest trochę przesłodzony, ale mimo wszystko wart uwagi. Słuchanie tej płyty jest jak przytulanie się do włączonego, ciepłego odkurzacza w zimny jesienny dzień... niby przyjemnie, ale gupio będzie jak somsiad zobaczy...
edit: Halo? Jesteście tam? Nie odchodźcie jeszcze - przesadzam. Sprawdźcie koniecznie - to jedna z najlepszych płyt tego roku (tzn top 10-20) i moje zrzędzenie tego nie zmieni. Poza tym to idealny soundtrack do niewychodzenia cały dzień spod kołdry. Nieważne, czy macie pod nią odkurzacz czy kobite. Bedroom pop-gaze-metal? Hell yeah!
ps. a ten perkusista swansów to tak napierdala że aż mnie tu butle skaczo.
Nie, to nie jest spis zawartości jakiejś składanki. To skład zespołu. A okładkę napaćkał Tibet.
Swoją drogą - zdaje się, że nieprzypadkowo w skład tego never-dream-about-this teamu wchodzi Marissa Nadler. Jest tu coś, co po włączeniu nagrania odpaliło mi w głowie czerwoną lampkę z napisem 'Ostatni Xasthur'. Nie wiem czy pamiętacie, ale przy okazji Portal of Sorrow wypisywałem o imaginacji Dark Side of The Moon XXI wieku. Tutaj mamy poniekąd coś podobnego w idei (ale tylko w idei, bo szczerze powiedziawszy to rzecz bliższa Angelic Process) bo Sailors With Wax Wings to kosmiczny shoegazowo-dronowo-dream popowy monument (no szeket ałt klik). Niestety ktoś nie wyhamował załogi i materiał jest trochę przesłodzony, ale mimo wszystko wart uwagi. Słuchanie tej płyty jest jak przytulanie się do włączonego, ciepłego odkurzacza w zimny jesienny dzień... niby przyjemnie, ale gupio będzie jak somsiad zobaczy...
edit: Halo? Jesteście tam? Nie odchodźcie jeszcze - przesadzam. Sprawdźcie koniecznie - to jedna z najlepszych płyt tego roku (tzn top 10-20) i moje zrzędzenie tego nie zmieni. Poza tym to idealny soundtrack do niewychodzenia cały dzień spod kołdry. Nieważne, czy macie pod nią odkurzacz czy kobite. Bedroom pop-gaze-metal? Hell yeah!
ps. a ten perkusista swansów to tak napierdala że aż mnie tu butle skaczo.
wtorek, 5 października 2010
Liveride - Туманами (2010)

Jak tu rockowo ostatnio było... Fuj! Za karę biczuję się teraz zremasterowaną kasetą Xasthur ( już sama idea remasterowania Xasthur nie jest zabawna - nieprawdaż?), od czasu do czasu kontrując tym znakomitym ruskim pseudoblejkmjetalem który tu widzicie. Zerknijcie do próbek, bo to tak naprawdę nie jest blejk mjetal, tylko kotletowy easy listening - taka zakamuflowana muzyka medytacyjna rzekłbym ... Chyba zaraz włączę Mount Eerie -Wind's Poem*. Pogoda znów sprzyja, nie?
*obiecywałem kiedyś o tym napisać ale nie wyrobiłem... ale chyba już i tak macie?

*obiecywałem kiedyś o tym napisać ale nie wyrobiłem... ale chyba już i tak macie?

piątek, 9 lipca 2010
Draugadróttinn - Where the Sea Gives Up Its Dead (2010)

Jak to jest blejk mjetal, to ja jestem Rafał Księżyk a Rękopis znaleziony w Arkham to Plajboj. Mimo tego że Draugadróttinn ma taki gupi tag na myspace, to tak naprawdę grają po prostu piękny i melancholijny shoegazowy postrock. No dobra, postrock stylizowany na black metal, choć na dobrą sprawę z blacku jest tu jedynie trochę atmosfery. Znakomita płyta.
sobota, 26 czerwca 2010
Circle of Ouroborus - Tree of Knowledge (2009)

Circle of Ouroborus wrzucam w player już od paru miesięcy. Średnio co kilka tygodni przeglądam dysk i "szukam tego pseudoblackmjetalu co brzmi jak Joy Division" - za nic nie mogę zapamiętać ich nazwy. Teraz se zrobię ściągę.
Nie jest to pierwsza próba wszczepienia w metal soundu a'la Joy Division, ale z tych prób, których słuchałem jedyna naprawdę udana. Oczywiście okolice dakrwave, postpunkowe mroki itd, w naturalny sposób towarzyszą wielu projektom z okolic shoejgzowego BM - ze względu na atmosferę i ambientowość samego shoegaze jest to nieuniknione - ale tu mamy zdecydowanie sprecyzowane odwołanie do samej genezy. Oczywiście nie jest to nic wybitnego i wiekopomnego, ale głupio też byłoby tak oczywistemu nawiązaniu zarzucać brak oryginalności. To może nie pierwszoligowa i trochę przydługa, ale dobra płyta, o której istnieniu się nie zapomina . Gorzej z nazwą...
sobota, 19 czerwca 2010
Harvestman - Lashing the Rye (2005)

Sypało ostatnio znakomitymi płytami, sypało, sypało, aż kibel się zatkał. W playerze gości u mnie dużo staffu (starszego i nowszego), ale niewiele zostaje tam na dłużej. Organizm ignoruje słabszy towar...
...Ale akurat od tej płyty nie mogę się uwolnić. Podrzucił mi ją ktoś mający równie wielkie zaległości w pobocznych projektach Von Tilla(klik) co ja. Miały to być parafrazy folkowych klasyków, ale gdybym o tym nie wiedział, to bym tego w życiu nie odczytał. Dopiero gdy patrzę w rozpiskę widzę tytuł Jack the Orion i przypomina mi się że przecie Bert Jansch śpiewał taką piosenkę. Wszelkie notki w internecie nt tej płyty są dość zachowawcze i nikt tego (ze strachu przed kompromitacją zapewne) nie chce mi naświetlić. Wg mnie nie mamy co się oszukiwać. Nie wiem jakie były zamiary Von Tilla, ale efekt jest inny niż nagranie tributu i nie trzeba tego w jakikolwiek sposób odnosić do pierwowzorów. Tym bardziej, że koncept (mówię o tematyce tej podróży) nie jest ostatecznie sprecyzowany. Wydaje mi się, że tradycyjne folkowe tytuły funkcjonują tu obok psych-folkowych przełomu 60/70. Ostatecznie, nie ma to prawie nic wspólnego ani z jednym, ani z drugim. Za wyjątkiem dwukrotnego udziału kobzy, dosłownych śladów folku trudno tu szukać, a oprócz dwunastominutowego Surround Me żadnej z tych kompozycji nie da się nazwać piosenką. Duża cześć materiału to dronowe suity połączone z floydowskimi przestrzeniami ( tak, tak... Zresztą Von Till przyznaje się do fascynacji floydami - palec w oko floydowym hejterom). Druga dostrzegalna tendencja jest zdecydowanie bardziej oszczędna i awangardowa, ociera się momentami o ambient a często nawet przypomina kraut okolic Popol Vuh ( np Shepp-Crook and Black Dog brzmi jak dźwignięty wprost z ich repertuaru ). Ze strzępków informacji jakie znalazłem w internecie dowiedziałem się że nagrywanie tej płyty było dla Tilla sprawdzeniem możliwości studyjnych zabawek. Zapewne stworzył coś, czego by sam chciał posłuchać i tak się fajnie składa że ja też chcę tego słuchać.
próbka 1
próbka 2
kupić się już chyba nie da... tzn pewnie na ebaju się pojawia.
ps. jesli ktoś jest mi wstanie naświetlić więcej nt zawartości tej płyty to chętnie przeczytam.
edit : szperam dalej za jakimiś info nt tej płyty i trafiłem na ten wywiad(klik) .Sam Von Till mówi o tej płycie:
"Well, the first one was sort of like my first solo album. I didn't have a project in mind, I just had a collection of recordings from over the years of strange stuff that wasn't Neurosis, wasn't Tribes of Neurot, wasn't Steve Von Till songwriting stuff. After a while it took shape and I realized there was a body of work there that was leaning more towards a guitar-based home-recorded psychedelic tribute to European folk songs and folklore and Celtic and Germanic mythology, taking all the things I was interested in and filtering it through traditional filters but coming up with something (laughs) very unorthodox as far as a tribute to traditional music might go. While it looks towards European folklore and folk songs and folk music, it also looks towards what I like about what I think is modern Celtic and Germanic folk music: the krautrock, the space rock, the psychedelic music of the free festivals in England and the folk rock revival of the '70s. How those things inspire me, putting it through my own filter of using my home studio as an instrument to create these strange pieces of music."
"Well, the first one was sort of like my first solo album. I didn't have a project in mind, I just had a collection of recordings from over the years of strange stuff that wasn't Neurosis, wasn't Tribes of Neurot, wasn't Steve Von Till songwriting stuff. After a while it took shape and I realized there was a body of work there that was leaning more towards a guitar-based home-recorded psychedelic tribute to European folk songs and folklore and Celtic and Germanic mythology, taking all the things I was interested in and filtering it through traditional filters but coming up with something (laughs) very unorthodox as far as a tribute to traditional music might go. While it looks towards European folklore and folk songs and folk music, it also looks towards what I like about what I think is modern Celtic and Germanic folk music: the krautrock, the space rock, the psychedelic music of the free festivals in England and the folk rock revival of the '70s. How those things inspire me, putting it through my own filter of using my home studio as an instrument to create these strange pieces of music."
piątek, 14 maja 2010
Der Nebel nur in klarer Luft - Gezeiten des Lebens (1993)

Kiedyś ktoś napisał że muzyczni blogerzy pełnią tą samą funkcje którą kiedyś pełnił Lomax wynajdując lost classiki amerykańskiego early folku. Teraz ja wcielę się właśnie w taką role. Dla takich płyt zakładałem tego bloga.
Rzecz z kosmosu tzn chyba z
Nimiec, możliwe że z Austrii (a wiadomo kto był z Austrii...).
Discogs milczy na ich temat. Na laście niewiele odsłuchów.
Muzycznie trudno jednoznacznie określić z czym mamy do czynienia. Są tu apokaliptyczne wolne tempa przywodzące na myśl doom metal, jest atmosfera black metalu ale co istotne przeważa tu nieprzesterowana (miejscami nawet akustyczna) gitara. Jest tu też darkłejwowośc i są tu w końcu duże wpływy post-punka/industrialu czy może wczesnego neofolku (ryzykowne stwierdzenie). Sam mam bliskie skojarzenia zarazem ze Swans i Vaticans Children jak i z Xasthurem i Angelic Process, ale żadna z szufladek przypisywana tym projektom do Der Nebel nie pasuje... Jako że jest to band hitlerojęzyczny na pewno kolosalne znaczenie dla jego soundu musiała mieć psychodeliczna niemiecka scena (kraut).
W necie nic nie mogę znaleźć na ich temat. Mimo ze jakość jest dość dobra i jak na moje było to nagrywane w studiu to produkcji czy masteringu płyta nie uświadczyła. Nie wiadomo też kiedy to zostało nagrane* a target tej muzyki jest dla mnie dodatkową zagadką. Mogło się to podobać śakimś gothom , metalowcom czy chuj wie komu jak i równie dobrze mogło się nikomu nie podobać. I chyba niestety kapele dotknęła ta druga opcja . Na szczęście mogę ją wam teraz wepchnąć w playery - bierzecie i słuchajcie bo mimo piętna amatorszczyzny i innych oczywistych minusów to ostatecznie oryginalna rzecz, zdeptana zapewne przez ignorancje ówczesnych słuchaczy i przysłowiowy "Third Reich 'n' Roll".
Nimiec, możliwe że z Austrii (a wiadomo kto był z Austrii...).Discogs milczy na ich temat. Na laście niewiele odsłuchów.
Muzycznie trudno jednoznacznie określić z czym mamy do czynienia. Są tu apokaliptyczne wolne tempa przywodzące na myśl doom metal, jest atmosfera black metalu ale co istotne przeważa tu nieprzesterowana (miejscami nawet akustyczna) gitara. Jest tu też darkłejwowośc i są tu w końcu duże wpływy post-punka/industrialu czy może wczesnego neofolku (ryzykowne stwierdzenie). Sam mam bliskie skojarzenia zarazem ze Swans i Vaticans Children jak i z Xasthurem i Angelic Process, ale żadna z szufladek przypisywana tym projektom do Der Nebel nie pasuje... Jako że jest to band hitlerojęzyczny na pewno kolosalne znaczenie dla jego soundu musiała mieć psychodeliczna niemiecka scena (kraut).
W necie nic nie mogę znaleźć na ich temat. Mimo ze jakość jest dość dobra i jak na moje było to nagrywane w studiu to produkcji czy masteringu płyta nie uświadczyła. Nie wiadomo też kiedy to zostało nagrane* a target tej muzyki jest dla mnie dodatkową zagadką. Mogło się to podobać śakimś gothom , metalowcom czy chuj wie komu jak i równie dobrze mogło się nikomu nie podobać. I chyba niestety kapele dotknęła ta druga opcja . Na szczęście mogę ją wam teraz wepchnąć w playery - bierzecie i słuchajcie bo mimo piętna amatorszczyzny i innych oczywistych minusów to ostatecznie oryginalna rzecz, zdeptana zapewne przez ignorancje ówczesnych słuchaczy i przysłowiowy "Third Reich 'n' Roll".
Polecam.
wtorek, 6 kwietnia 2010
Xasthur - Portal of Sorrow (2010)

Na poprzedniej płycie Malefic odszedł całkiem od udawania blejk mjetalu, krążek zebrał średnie noty, ale był dobry, a przynajmniej bardzo ciekawy i przełomowy w dyskografii tego kompozytora (aż nie śmiał bym inaczej go nazwać). Na Portal of Sorrow jest dość przewrotnie, jedną nogą depcze po metalowo-shoegazowych brzmieniach, ale jest już pewne że poprzednia płyta wyznaczyła raz na zawsze nową epokę w jego muzyce. Oprócz shoegazowego BM'u znajdziemy tu : akustyczną gitarę, ujmujące jego muzyce klaustrofobii i nadające bardziej dream popowego sznytu kobiece wokale, śmierć, bezsenność, strach, samotność, kosmos, piękno, geniusz... Wiem, ponosi mnie, ale to muzyka o której nie potrafię pisać bez takich frazesów. Niewielu odbiorców będzie w stanie zagościć na dłużej w tej krainie. Nieliczni będą w stanie percypować to co się dzieje na tym krążku. Nie ma co się oszukiwać, tak naprawdę my wszyscy niegodnim tego słuchać...
Dla mnie Malefic staje się jednym z najważniejszych awangardowych artystów. W moim panteonie mieszka vis a vis Davida Tibeta i Scotta Walkera. Coraz mniej jest tu odcinania kuponów, coraz więcej chęci wychodzenia poza ramy, gatunki, schematy. Jest dokładnie tak jak w przypadku Walkera - już nie wiemy co to jest za muzyka.
Kiedyś Genesis P-Orridge paplał że nagrywa "Dark Side of the Moon XXI wieku" , oczywiście nagrał jakieś przeciętne pierdoły... Jednak kiedy słuchałem "This Abyss Holds the Mirror"<-klik] z owej płytki Xasthur, pomyślałem sobie że "Dark Side of the Moon XXI wieku" powinno brzmieć właśnie tak .
Dla mnie Malefic staje się jednym z najważniejszych awangardowych artystów. W moim panteonie mieszka vis a vis Davida Tibeta i Scotta Walkera. Coraz mniej jest tu odcinania kuponów, coraz więcej chęci wychodzenia poza ramy, gatunki, schematy. Jest dokładnie tak jak w przypadku Walkera - już nie wiemy co to jest za muzyka.
Kiedyś Genesis P-Orridge paplał że nagrywa "Dark Side of the Moon XXI wieku" , oczywiście nagrał jakieś przeciętne pierdoły... Jednak kiedy słuchałem "This Abyss Holds the Mirror"<-klik] z owej płytki Xasthur, pomyślałem sobie że "Dark Side of the Moon XXI wieku" powinno brzmieć właśnie tak .
wtorek, 9 lutego 2010
Velvet Cacoon - Genevieve [2004]
Nie wiem co się dzieje... czy to ta zima za oknem, czy co.... w każdym razie szukam więcej takiego stafu jak Xasthur... Ostatnia jego płyta odchodzi już całkiem od udawania BM i zdaje sie jedną z lepszych tamtego roku. Wrzucę ją za jakiś czas .Wrzucę tez Mount Eerie - Wind's Poem inspirowane skądinąd muzą Xasthur. Ale na razie co innego z tej parafii...

Następna dawka pseudo-black metalu .Tym to się nawet ni chciało już nawet wpisywać BM w tagach na myspace, za to dojebali se Shoegaze / Ambient / Pop.Trafne tagi to to tez nie są , nie mniej płyta jest znakomita i jeśli urzekł was Xasthur to musicie sprawdzic.
niedziela, 17 stycznia 2010
Xasthur - Telepathic With The Deceased (2004)

"Słuchałem jednej płyty.Brzmienie do dupy a każdy kawałek brzmi identycznie"
-Anonimowy Metalowiec
Xasthur jest wszędzie tagowany jako Black Metal... Nawet w wikipedii pisze że to black metal. Ale jak na moje to taki z tego Black Metal jak z NWW krautrock. Co prawda w pierwszej chwili brzmi to jak jakaś nagrana w piwnicy demówka, ale kiedy wsłuchamy się w to bardziej odnajdujemy tu przede wszystkim: szumiącą shoegazeową ścianę dźwięku na którą nakładają się inne niepokojące warstwy - echa stłumionych klawiszy, bębnów, wokali- wszystko bardzo minorowe, jednostajne, sugestywne, depresyjne raniące bardziej dusze niźli uszy. Mnie muzyka Xasthur - nieskromnie powiem - uważnego słuchacza przykuła od pierwszych dźwięków i nie opuściła przez długie godziny. Wróże jej wielką karierę w moim playerze. Może to i prosta muzyka ale od strony formy bardzo przemyślana i przebiegła. W ostatnim czasie to już drugie , po Angelic Process , zaskoczenie "na metalowej scenie" jakie mnie dopadło. Swoją droga oba projekty mają coś z sobą wspólnego ale podobne na pewno nie są...
Polecam całym sobą. Dawno nic mnie tak nie urzekło.
czwartek, 24 grudnia 2009
35007 Liquid (2002)
poniedziałek, 30 listopada 2009
Black Math Horseman - Wyllt (2009)

Świetny debiutancki album. Doomujące post-gitarowe granie z monotonnym kobiecym wokalem. Przywodzi na myśl największych tuzów post metalowej sceny ale bywa też bardziej klasycznie(nawet pomyślałem słowo ''zabójca'' po angielsku). To nie jest odkrywcza rzecz bo program sponsorują literki od N po OM , ale dzięki tej kobitce mamy wrażenie że obcujemy z czymś unikalnym. Ja bym trochę podbasowił, brudniej, niżej, bardziej lampowo i charcząco zrealizował ten album,było by wtedy więcej stonera. Czekam na 2LP zobaczymy co będzie dalej. Radze sprawdzić.
Tak notabene... myśleliście kiedyś co by było gdyby w black sabbath śpiewała kobieta? Taka dajmy na to z ''talentem'' Jarboe o_-? Mimo tego że Jarboe to ta pani nie jest , ta płyta poniekąd daje pewien obraz tej imaginacji... Bo nie okłamujmy się, kolaboracja Neurosis z Jarboe nie poszła w stronę metalu.
Tak notabene... myśleliście kiedyś co by było gdyby w black sabbath śpiewała kobieta? Taka dajmy na to z ''talentem'' Jarboe o_-? Mimo tego że Jarboe to ta pani nie jest , ta płyta poniekąd daje pewien obraz tej imaginacji... Bo nie okłamujmy się, kolaboracja Neurosis z Jarboe nie poszła w stronę metalu.
piątek, 2 października 2009
The Angelic Process
Z tego co czytam, to nieistniejące już od jakiegoś czasu The Angelic Process[k
oniecznie kliknijcie i przeczytajcie opis lastowy] jest chyba postrzegane jako zespół kultowy, ewentualnie właśnie stoi przed progiem swojej kultowości.
oniecznie kliknijcie i przeczytajcie opis lastowy] jest chyba postrzegane jako zespół kultowy, ewentualnie właśnie stoi przed progiem swojej kultowości.
Przeglądając na lascie profile znajomych, stwierdziłem, że większość z nich miała styczność z muzyką tego duetu. Jednak zazwyczaj nie ma w ich playlistach dużo odsłuchów. Dziwi mnie to. Dziwi mnie bo w dwa ostatnie dni ( a raczej noce) pożarłem niemal całą ich twórczość i z przerażeniem stwierdzam, że jest niesamowicie równa, spójna i przemyślana. Dawno nie miałem do czynienia z tak oryginalnym i miodnym tworem muzycznym. Z jednej strony melodyjna, dream popowa ściana dźwięku, z drugiej doom/drone metal, z trzeciej ambient/darkwawe, do tego dodajcie bezpardonowe przyznawanie się do fascynacji Neurosis i Swansowym obozem - otrzymujemy Angelic Process. Wspominałem że znajdziecie tu drone/doom - co wrażliwszym uszom mówię od razu - nie bójcie się, zerknijcie w próbki to dość łagodna strona tego medalu, może odrobinę kojarząca się z Nadja, ale wg mnie dużo lepiej przyswajalna. Jeśli nie znacie, bądź szybko odstawiliście ich płyty to koniecznie brać i słuchać bo to rzecz wybitna. Jeszcze chyba nigdy w życiu żaden zespół w dwa dni nie stał się ''jednym z moich ulubionych''. Polecam i ostrzegam, że jeśli lubicie okolice wymienione w mojej pisaninie, to zapewne szybko pożrecie całą dyskografie, uzależnicie się i będziecie skamleć o więcej. A więcej już nie będzie...
*mi notabene kilka lat temu tez ktoś polecał, ale z powodu zerwania archiwum winrara nie doszło do odsłuchu(w archiwum gg znalazłem rozmowę na ten temat:)
Na początek zalecam to Mini CD (reszte se googlac, albo mnie łapac na lascie czy gronie):
Na początek zalecam to Mini CD (reszte se googlac, albo mnie łapac na lascie czy gronie):
We All Die Laughing[2006]

1próbka
2próbka
========próbki z innych płyt========
Tytułowy kawałek z 'Weighing Souls With Sand'
Tak zaczyna się kosmicznie dobry album 'Coma Waering'
Z pierwszego LP:'...And Our Blood Is Full Of Honey'
p.s SŁUCHAC W NOCY!!!
2próbka
========próbki z innych płyt========
Tytułowy kawałek z 'Weighing Souls With Sand'
Tak zaczyna się kosmicznie dobry album 'Coma Waering'
Z pierwszego LP:'...And Our Blood Is Full Of Honey'
p.s SŁUCHAC W NOCY!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


