czwartek, 24 marca 2011

Czarna Mańka - A. Bonarski i S. Staszewski



Książkę do recenzji podesłało wydawnictwo Kosmos Kosmos. Dziękuję bardzo.



Czarna Mańka to książka specyficzna. Powstała niejako "z odzysku", bo jej bazą jest niedawno odnaleziony rękopis scenariusza spisanego przez dwóch przyjaciół dobre czterdzieści lat temu. Biorąc ją do ręki dość szybko zdajemy sobie sprawę, że to po prostu (dość karkołomna) próba wydobycia na światło dzienne tekstu, który dla wielu osób - w tym i dla mnie - jest bardzo ważny. Choć jego podstawą był słynny warszawski mit miejski, nie ma się co oszukiwać - prawdziwym powodem walki o ocalenie tego znaleziska jest postać Stanisław Staszewskiego.


Na ile jest to rzecz wierna zapiskom wiedzą tylko wydawcy którzy mieli wgląd w owe rękopisy, ale nawet jeśli ostateczną formę temu tekstowi nadał współcześnie sam Bonarski (m.in. współautor scenariusza Hydrozagadki), to atmosfera charakterystyczna dla twórczości Staszewskiego jest tu wszechobecna. Wkraczamy w uniwersum w którym miłość, zdrada i zbrodnia kroczą ramię w ramię. Kieliszki brzęczą, świszczą otwierane noże sprężynowe, wódka i krew leją się strumieniami. Mówiąc krótko - ci, którzy sięgają po tę pozycję szukając echa Celiny czy Balu kreślarzy - nie będą zawiedzeni.

(kliknij aby powiększyć )

Jak wspomniałem na początku - bazą książki był scenariusz filmowy, ale nie rozpatrywałbym jej wartości tylko w tych kategoriach. To tekst niesamowicie żywy i pobudzający wyobraźnię do tego stopnia, że może funkcjonować również jako całkowicie autonomiczny twór. Patrząc z perspektywy warsztatu filmowego możemy uznać, że to mocno rozbudowany synopsis, który w warstwie literackiej (!) został sprytnie wystylizowany na kino nieme. Jeśli miałbym szukać odpowiedników we współczesnym kinie, to powiedziałbym, że poetyką Mańka zbliżona jest do filmów Sylvaina Chometa. Podobnie jak najsłynniejsze dzieła Francuza - mam na myśli oczywiście Trio z Belleville i pominiętego przy ostatnich Oscarach wybitnego Iluzjonistę - to swoisty artystyczny oksymoron, bo z jednej strony opowiadana jest na zasadach kina niemego, z drugiej przepełniona jest dźwiękami i kolorami. Do tego twórcy z podobnym namaszczeniem potraktowali stylistykę retro, w której utrzymane jest owo wydawnictwo.


(kliknij aby powiększyć )

Nie sposób nie zwrócić uwagi na zabawną, postmodernistyczną formę podania treści. Tekst uzupełniają kolaże stworzone z - często dość zabawnych i zaskakujących - wycinków prasowych i starych reklam. Natomiast skład warstwy literackiej - rozmieszczenie tekstu i uzupełnienie go piktogramami - nawiązuje do form, które mi osobiście kojarzą się z prasą satyryczną i (o ile dobrze pamiętam, bo nie trzymałem w rękach tego typu gazetek od późnego dzieciństwa) brukowcami spod znaku Detektywa. Cała strona plastyczna, nawet jeśli dość gazetowa i naiwna, czyni z niej twór, z którym chce się obcować nie raz. Tym bardziej, że całość oddana jest czytelnikom jako ekskluzywny album w formacie a4.

Lubię mieć w kolekcji takie gadżety.

Edytorsko książka dopracowana jest pod każdym względem. Papier, który wybrał wydawca, świetnie oddaje atmosferę starej publikacji prasowej, a zarazem daje wrażenie obcowania z czymś ekskluzywnym. Wydaje mi się, że w tej formie ( dokładnie na tym papierze!) świetnie prezentowałby się Pinokio z Kultury Gniewu. Rękopis Poleca!

piątek, 18 marca 2011

R.U.T.A. - GORE - Pieśni buntu i niedoli XVI - XX w.


Płytę do recenzji podesłało Karrot Kommando. Bardzo dziękuję.




Rękopis ociera się właśnie o mainstream. Dziwnie się czuję, pisząc na ten blog o płycie, którą wszyscy już pewnie znacie, a przynajmniej słyszeliście o niej z mediów.



Dziwne jest też to, że muszę silić się na obiektywizm, bo zdawałoby się, że płyta przyjęta z takim entuzjazmem i tak wycacana przez recenzentów nie ma prawa być zła... i może sobie strzelam w stopę, i może jestem gnidą dworską, ale postanowiłem być szczery: więcej rzeczy mi się tu nie podoba niż podoba. Najbardziej irytuje mnie realizacja, która wycofuje naprawdę znakomitą muzykę, a eksponuje ohydne wokale. Uwypuklenie tej warstwy jest w pewnym sensie zrozumiałe, bo oczywiście teksty są tu najważniejsze, ale czemu na boga podawane są w tak suchy, okropny i beznamiętny sposób? Punkowość punkowością. Zatwardzenie zatwardzeniem... Ze zgrozą muszę stwierdzić, że najbardziej podoba mi się utwór śpiewany przez Pana z Lao Che, bo - za przeproszeniem - jebaniec nie szczeka i jego wykonanie ma jakąś dramaturgię. A reszta ... dla mnie to jest trochę sprowadzanie tego wszystkiego do rzeczy przypominającej raczej nie punk, a kiepski rap z wykrzykiwaniem gróźb. Oczywiście, łatwo podważyć to, co napisałem i powiedzieć że "tak miało być" ale Lament Chłopski śpiewany przez wspomnianego wokalistę Lao Che dowodzi, że pochodzenie nie definiuje ostatecznie poetyki tych pieśni...


Podsumowując: dla mnie ta płyta jest jedynie wołem pociągowym, który ocali kilka znakomitych piosenek ( np. Związali Mnie w Powróz - absolutna perła). To już coś. Dla mnie jest to ważne i ze względu na to uważam, że mam obowiązek Wam ten album mimo wszystko polecić... pod warunkiem, że obiecacie mi nie kojarzyć folku z podskakującym góralem. Bo mi będzie smutno.


teledysk promujący płytę
(acz od razu mówię, że na płycie są ciekawsze, mniej obciachowe momenty)


kup

Krótki film dokumentujący pracę w studiu:



(Bardzo ciekawe, że w owym filmie Robal brzmi jak Robal, a na płycie nie brzmi jak Robal. A Guma z Moskwy wygląda jak wokalista Leszczy ... ale pewnie tak miało być. Ja się tam na realizacji dźwięku i obrazu widocznie nie znam)

wtorek, 8 marca 2011

We Włoszech wszyscy są mężczyznami - Luca de Santis i Sara Colaone


Komiks do recenzji udostępniło Wydawnictwo Centrala . Bardzo dziękuję.



Włoski komiks artystyczny objawia się w naszym kraju bardzo rzadko, a że jednym z moich ulubionych albumów pozostaje niedoceniony 5 to liczba doskonała, to na sposobność sięgnięcia po inną, stricte autorską pozycję z tego kraju zareagowałem bardzo entuzjastycznie. Tym bardziej, że We Włoszech Wszyscy są Mężczyznami to komiks nagradzany. Co prawda wchodzi na dość modne i eksploatowane ostatnio tematy, ale dla dobra sprawy ( mówiąc "sprawy" mam na myśli komiks oczywiście ) udawajmy przez chwilę, że nie czujemy jeszcze przesytu tematyką homoseksualizmu...

... i tym, że mamy w rękach kolejny komiks historyczny. Tym razem rzecz dotyczy internowania homoseksualistów w przedwojennych Włoszech. Na szczęście wątek polityczny jest tu uszczuplony do minimum, więc nie znajdziemy na tym polu nachalnego moralizatorstwa. Nikt nie próbuje też nam wciskać treści typu "homoseksualista też człowiek" - autorom, pochodzącym z kraju, w którym homoseksualiści bardzo mocno wpisali się w sztukę i kulturę, wydaje się to zapewne oczywiste. Co ciekawe, dostrzegam w tym komiksie pewną gloryfikację witalności, woli życia i młodości charakterystyczną dla Trylogii Życia, czyli cyklu słynnych adaptacji stworzonych przez Pasoliniego. Ale chyba na tym podobieństwa się kończą...


(kliknij aby powiększyć )

Luca de Santis korzystając z oczywistych skojarzeń, szukając pretekstu do opowiedzenia o miejscu i ludziach, wpisuje ową historię w ramy Burzy Szekspira. W fabule widać tę pretekstowość, ale uznajmy, że od strony konstrukcji to przyzwoita robota. Mimo tego, że wg notki scenarzysta często współpracuje z telewizją i chociaż fragmentarycznie komiks stylizowany jest na nagranie wideo, to trudno doszukiwać się tu zabiegów stricte filmowych czy znanych ze storyboardów. W narracji nie ma również szczególnie widocznego nadmiaru literackości. Rysunki Sary Colaone - mimo kilku drobnych wpadek - można tylko chwalić. Ich oszczędność i dynamika to synonim komiksowości - w dobrym tego słowa znaczeniu.

Tak, wiem. To co piszę brzmi bardzo zachęcająco. Jednak okazuje się, że trudno mi jednoznacznie oceniać ten komiks. Z jednej strony to rzecz na każdym poziomie dojrzała, z drugiej - na żadnym poziomie nie spełniająca moich oczekiwań, nieprzekonująca i w jakimś sensie będąca dowodem na wyczerpanie formuły "powieści graficznej"*. To w końcu rzecz do bólu przeciętna... Na dodatek - mimo tematyki - jest to praca bardzo grzeczna. Na tyle grzeczna, że nie sposób znaleźć na nią haka. Jeśli są tu pokazywane uczucia bohaterów, to pokazywane są bardzo, bardzo subtelnie. Mnie osobiście brak odwagi twórców zwyczajnie smuci... ale przynajmniej dzięki tej zachowawczości nikt tego komiksu - jak naszego Szopena - nie zmieli. Niemniej jednak, jeśli chcecie parafrazy Burzy Szekspira, to zachęcam raczej do sięgnięcia po Księgi Prospera albo po film Jarmana. A jeśli idzie o tematykę homoseksualnych więźniów ( poza kinem queer ) to polecam Pocałunek Kobiety Pająka...

Zauważyłem, że w owym tekście umyka mi niestety sedno sprawy. W każdym razie, pisząc go daleki byłem od chęci wywoływania dyskusji czy pisania paszkwilu. Na koniec chcę więc dobitnie zaznaczyć, że We Włoszech... to komiks dobry. Problem natomiast tkwi w pewnej tendencji w którą się wpisuje. Zalewające nasz rynek** komiksy biograficzne, historyczne, podróżnicze itp. często oprócz próby dogonienia literatury faktu***niewiele sobą wnoszą. Tak wg mnie prezentował się pierwszy tom Berlina Lutesa (acz dochodzą mnie słuchy, że w następnym tomie jest lepiej). Tak prezentują się gloryfikowane w naszym kraju Rany Wylotowe. Powodzenie tego typu tytułów to obraz naszego czytelnika i tego, czego od komiksu oczekuje. Ja osobiście oczekuję czegoś innego i nie wystarcza mi to, co sobą owe publikacje reprezentują ... Szczególnie, że mam w pamięci Fun Home - dość brawurowy popis tego, co z "powieścią graficzną" zrobić można.


KUP

*jeśli ktoś nadal upiera się przy tym, że owa tendencja nie istnieje, to niech sobie wsadzi w to miejsce "ekstremalnie modny ostatnio komiks obyczajowo/historyczno/biograficzny"

** Jak tak patrzę na to, co napisałem , to określenie "zalewające rynek" to mocne słowa jak na taką partyzantkę - recenzowany komiks ukazał się w 700 egzemplarzach.
***Nie muszę chyba dodawać, że jest to od strony artystycznej kompletnie bezcelowe.

piątek, 25 lutego 2011

"W ciemność" Cormac McCarthy

Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.



Poprzednim razem (klik) stwierdziłem, że bardzo trudno pisać o prozie McCarhy'ego. Nie zmieniłem zdania. Pisanie o niej jest nie tyle trudne, co całkowicie bezcelowe. No ale znowu spróbuję...

To chronologicznie druga książka McCarhy'ego, tak się składa, że to również druga jego autorstwa, którą dane mi było przeczytać. Tradycyjnie już, zacznę od karkołomnej metafory: jeśli miałbym porównać te książki do malarstwa, to Strażnika Sadu nazwałbym zbiorem pejzaży, a W ciemność zbiorem portretów. To proza oparta na ludziach, tkana z ich płaczu, a nie z zawodzenia wilków i krzyków lelków kozodojów. Oparta na domokrążcach, wisielcach i bimbrownikach, malowanych na tle prowincjonalnych małych sklepów, drewnianych kościołków i cmentarzy.

Strona warsztatowa też wypada inaczej - wyraźnie widać nie tylko przeniesienie środka ciężkości, ale też zmianę stylu. Niekoniecznie nazwałbym dziś tę zmianę ewolucją, bo według mnie nie jest to zmiana na lepsze. Mimo tego, że jego proza kondensuje się i - być może - staje się bardziej przystępna, to niestety mniej jest w niej poezji, mniej metafizyki. Co prawda zdarzają się takie akapity:

Zaczęła cicho płakać, ukrywając twarz w dłoniach. Druciarz jeszcze długo słyszał jej płacz na drodze. Słyszał go daleko, niosący się ponad zimnymi, ale parującymi jesiennymi polami, a naczynia pobrzękiwały w ciemności jak boje jakiegoś mrocznego, jałowego wybrzeża i słyszał, jak jej szloch stopniowo cichnie, by wreszcie całkiem zamilknąć, niczym krzyk ptaków morskich w ogromnej, słonej, czarnej samotności, której strzegą.

...ale gdy Strażnik budowany był niemal tylko i wyłącznie z prozy tego sortu, to tym razem jest to używane rzadko. Fakt, umiarkowane stosowanie tak efektownych zdań pełni pewną funkcję dramaturgiczną, ale gdybym chciał coś zacytować ze Strażnika, to pewnie nie mógłbym się zdecydować i przysłowiowo "musiałbym przepisać całą książkę"*. Co ważne, ta kondensacja zbliża McCarthy'ego do tego, co kojarzę z pojęciem "literatura amerykańska". I tutaj chciałbym wszystkich niedowiarków kręcących nosem i znających tylko późniejsze książki Cormaca, nakłonić do sięgnięcia po jego debiut - bo zdaje mi się, że jeśli idzie o styl, to nie do końca rzecz, którą skojarzycie z jego powieściami. Mnie osobiście, mimo tego, że W Ciemność się podobało, to z czystym sumieniem polecić mógłbym ją jedynie w tandemie ze Strażnikiem sadu.

Wartości prozy McCarthy'ego nie sprowadzałbym do funkcji czysto interpretacyjnych - bo nie w tym tkwi jej siła - ale już od samego początku trudno jest nie dostrzec wątków biblijnych obecnych w tej powieści. Niestety, w literaturze (i nie tylko) cytat, parafraza mocno już spowszedniały i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, wszystkie odniesienia jakie tu znalazłem - prócz mocnej puenty - zdają się być dość trywialne. Problem tkwi też w tym, że W ciemność stara się być rzeczą głębszą , celującą wyżej, niż sugerowana na rewersie okładki "mroczna baśń." Książka ma co prawda dużo wspólnego z Nocą Myśliwego, ale nie jest aż tak fantastyczna czy bajkowa, więc mniej można wg mnie tym topornym alegoriom wybaczyć. W każdym razie, jeśli W ciemność jest mroczną baśnią, to życie większości z nas musiałoby być mroczną baśnią... a ta nazwa, jakkolwiek poetycka, to do tego bagna - w którym wszyscy się taplamy - raczej mi nie pasuje.


*Nie zawsze jest to oczywiście zaletą, ale umówmy się, że w przypadku mocno pretekstowej fabularnie prozy Cormaca tak jest.


Mam wydanie miękkookładkowe ( jest też wersja HC), ale jak najbardziej wszystko z nim OK. Swoją drogą - okładki, które są wizytówką tej serii - projektu Michała Karcza, ważam za znakomite. Oszczędna, spójna stylistyka świetnie podkreśla atmosferę prozy McCarthy'ego. Zastanawia mnie, czy zmieniająca się tonacja kolorystyczna ma jakiś zamysł. Ale o tym przekonam się dopiero, gdy na półce będą stały wszystkie książki McCarthy'ego. Czego sobie i Wam życzę... Przekład? Na medal. Literówek nie ma. Brawo.



niedziela, 20 lutego 2011

Iceage - New Brigade

Mała reklama. Jutrzejsza piosenka z Songs for Lovers and Gangsrers.




Iceage to kilku łebków (naprawdę! patrzcie na video) z Kopenhagi, którzy grają niesamowicie energetyczną, postpunkową muzę. Powinniście koniecznie ich sprawdzić. Ich płyta niedługo ukaże się nakładem Dais Records.

Tutaj można robic preorder: klik

sobota, 12 lutego 2011

Bionulor - Sacred Mushroom Chant (2011)



Za udostępnienie płyty do recenzji dziękuję Wrotycz Records i Bionulor.



Zacznijmy od tego, że Pan Banaszczyk ma na swój projekt znakomity pomysł. Metoda, którą nazywa 100% recycling - polegająca na obróbce i diametralnemu przekształcaniu wybranych fragmentów nagrań - może nazywa się gupio, ale sprawdza się znakomicie. Poprzednio użył skrawków muzyki dawnej, tym razem wykorzystał ludzkie głosy. Na warsztat poszły między innymi: szamańska pieśń i słowa wypowiadane przez stąpającego po Księżycu Neila Armstronga.

To, że ów materiał trafia w nasze ręce firmowany jako no.2, działa zdecydowanie na jego korzyść. Pierwsza płyta mimo tego, że była ciekawa, awangardowa i opatrzona intrygującym, ambitnym konceptem - to jednocześnie była na tyle przystępna, że mogła być wsadzona do wora z "ładnym ambientem" czy innym snobistycznym muzakiem. Gdyby Banaszczyk nie wyrobił sobie odpowiedniej marki poprzednim albumem, niewielu słuchaczy poświęciłoby tej płycie tyle czasu, na ile zasłużyła bo - jak to metalowo i groźnie by to nie zabrzmiało - tym razem Bionulor nie bierze jeńców. O ile debiut dawał mu szansę na ogólny poklask, to tym materiałem zamyka się w elektroakustycznym gettcie.

To muzyka przede wszystkim może ostatecznie nie trudniejsza, ale żądająca od słuchacza całkowitej uwagi i - podobnie jak wspomniane w tytule grzyby halucynogenne - wtajemniczenia i szacunku. Mam też wrażenie, że poprzez wykorzystanie nagrań ludzkiego głosu (raczej nieprzypadkowych, bo każde z nich przynależy do innego kręgu kulturowego) Banaszczyk próbuje nam coś konkretnego opowiedzieć o człowieku, istocie jego uduchowienia i cywilizacjach, kulturach przez niego stworzonych. Jeśli miałbym Mushroom do czegoś porównywać, to byłby to lubiany przez twórcę Coil (Time Machines), no i Aube - z którym związki zostały na tej płycie zdecydowanie uwypuklone ( może mam takie wrażenie ze względu na to, że z muzyką Aube osłuchałem się bardziej już po banaszczykowym debiucie). Na szczęście Pan Banaszczyk to na tyle świadome stworzenie, że udaje mu się utrzymać autonomię i po raz kolejny uniknąć w swojej muzyce efektu klonowania.

Nieliczne recenzje, które można znaleźć w internecie, nie są zbyt entuzjastyczne. Rozumiem te stanowiska, ale nie do końca się z nimi zgadzam. Już podczas słuchania poprzedniej pracy Bionulor miałem wrażenie, że niektóre dźwięki nie są "tam, gdzie powinny być", ale ja osobiście uznaję to za całkowicie pożądany efekt uboczny. Nie uważam, żeby ta muzyka była - w złym tego słowa znaczeniu - nieoszlifowana. A jeśli nawet, to w takim sensie, jak nieoszlifowane jest - ostatnio często słuchane przeze mnie - Nachtstucke Asmusa Tietchensa. Natomiast zarzucanie końcówce płyty fruityloopowego szpanerstwa nie wydaje mi się zasadne. Przynajmniej mnie to nie razi. Agresywne wybudzenie słuchacza zdaje się całkowicie świadomym, prostym i czytelnym zabiegiem.

Pierwsze Bionulor było dla mnie najciekawszą płytą na naszym podwórku od czasów Trenów Jacaszka, więc nie ukrywam, że wobec Sacred Mushroom Chant miałem duże oczekiwania. Mimo tego, że dostałem coś innego niż się spodziewałem, to na poziomie artystycznym jestem zaspokojony. Chociaż rok dopiero co się zaczął, to na pewno jedna z ciekawszych polskich płyt 2011.

Próbka

(myspace)

Kup/Buy:

Allegro

(Można nabyć również pierwszą płytę - polecam!)

Wrotycz

(A tu można kupić bezpośrednio od wydawcy - bardzo fajne distro . Również polecam!)

piątek, 4 lutego 2011

Pinokio - Winshluss (and Co.)

Komiks do recenzji podesłała Kultura Gniewu. Wielkie dzięki!


Pamiętam jak dziś... Z pierwszą komiksową profanacją Pinokia zetknąłem się w dzieciństwie, oglądając "kultowy" program WC Kwadrans. "Pan" Cejrowski pokazywał tam rysunek (zapewne piętnował go całą siłą swego katolickiego intelektu - ale wtedy trudno mi było stwierdzić, w jakim kontekście go pokazuje), na którym widniał Pinokio przypatrujący się wypiętej "gołej pani", która zalotnie szeptała* "kłam, Pinokio, kłam". Podobnym, rynsztokowym (a jednak jakże trafnym!) gagiem zaczyna się komiks Winshlussa - który od strony treści nie jest może zbyt głęboki, ale opowiedziany jest w taki sposób, że zasłużył na prestiżową nagrodę na festiwalu w Angoulême.

Nawet jeśli nie mamy tu do czynienia z arcydziełem, to na pewno z dziełem ponadczasowym. Głównie dlatego, że mimo obrazoburstwa i uwspółcześnienia tej opowieści, Winshluss zdecydowanie trzyma się podstawowej, edukacyjnej funkcji bajki. Korzystając z ogranych schematów opowiada niezbyt oryginalną ( bo chyba znaną wszystkim?) prawdę o świecie, ludziach i ich głęboko skrywanych intencjach. Nie jest nachalny i jednostronny w swoim pouczaniu. Nie uogólnia - pokazuje projekcje pragnień ludzi dobrych i złych, tych z marginesu społecznego i tych z najwyższych szczebli władzy. Ciekawe jest też to, że Pinokio w jego wersji może zostać porównany do wolterowskiego Kandyda czy też - jak sugeruje sam autor - Idioty Dostojewskiego. Golem Meyrinka ( czy raczej Terminator Camerona, bo to już wersja przefiltrowana przez popkulturę) też tu jest. Nietrudno dostrzec że o samym sobie autor zdaje się opowiadać iście kafkowską metaforą - tworząc leitmotiv mieszkającego w głowie Pinokia Karalucha Jiminy'ego. Jiminy to egocentryczny, żyjący z zasiłku i dający cały czas w szyję niedoszły pisarz. Nie bardzo interesuje go to, co dzieje się na zewnątrz jego bezpiecznego schronienia. To tak uniwersalna postać, że i ja - jak zapewne wielu innych czytelników - odbijam się w niej jak w butelce w lustrze. Zamieszkujemy w swoim świecie, a sztuka - w tym przypadku Pinokio - jest naszym głównym (jeśli nie jedynym) łącznikiem z tym, co dzieje się na zewnątrz.

(kliknij aby powiększyć )

Choć stylów rysunku pojawia się tu mnogość, to dominują odwołania do undergroundu, prasówki i kreskówek z pierwszej połowy XX wieku. Biorąc pod uwagę fakt, że jest to w lwiej części komiks niemy - i co istotne, od strony artystycznej dojrzały, ale w stylistyce odwołujący się do podziemia - to mogę z czystym sumieniem powiedzieć, ze mimo oczywistych różnic w sposobie narracji, daje mi on to, czego spodziewałem się po pełnometrażowym Ottcie. Jednak Numer 73304-23-4153-6-96-8 dobitnie pokazał, że Ott skostniał, ogranicza go wyobraźnia i więzi forma. Tutaj natomiast - mimo pretekstowości fabularnej tej opowieści - czuć dużo świeżości i radości tworzenia. Pinokio to popis erudycji i pretekst do niczym nie skrępowanego plastycznego gawędziarstwa, mającego (na pewnym poziomie) coś wspólnego z pracami Masta Baranowskiego. To twór postmodernistyczny, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. To punk rock, ale nie tak nachalny i naiwny jak choćby komiksy Ivana Bruna. Nie ma tu pozy, pseudogłębi, prób nachalnego moralizatorstwa czy narzucania się czytelnikowi - jest za to rollercoaster napędzany nad wyraz wybujałą wyobraźnią.

*Jakże ikoniczność medium przemówiła do mej dziecięcej wyobraźni! bo skąd niby mogę wiedzieć, że szeptała?


Komiks wydany jest tak elegancko, że aż kontrastuje to z jego wariacką, obskurną, punkową zawartością. Papier sprawia wrażenie grubszego niż który jest używany przy Egmontowskich Mistrzach komiksu. Dla komiksiarzy to oczywiście must have. Innych czytelników Arkham zapewniam, że to rzecz zdecydowanie warta swojej ceny.

KUP

TEGO KOMIKSU NIE KUPISZ W EMPIKU!