wtorek, 13 listopada 2012
Smutek Miłości - Frederic Pajak
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
"That is not dead which can eternal lie, And with strange aeons even death may die."
Pamiętałem o jego urodzinach (które jakby kto nie wiedział wypadają dziś), ale nie planowałem na ten dzień nic szczególnego. Naszło mnie jednak, żeby zrobić remanent w mojej skromnej kolekcji. Mam w niej jeszcze sporo braków i postanowiłem sprawdzić na czym stoję - szczególnie jeśli idzie o publikacje prasowe, które mam zamiar uzupełnić w pierwszej kolejności. Skoro już to powyciągałem, to postanowiłem obfotografować i pochwalić się tym na blogu. Lovecraft był skromny, ale w listach czasem wspominał o rarytasach, które miał w swojej kolekcji i wydaje mi się, że taki hołd by mu się podobał.
środa, 23 maja 2012
Krwawa fala zalewa kino - Wywiad z Piotrem Sawickim
piątek, 6 kwietnia 2012
Kalijuga Western - zapiski na marginesie "Krwawego Południka"
McCarthy nie pierwszy raz pracował z tekstem źródłowym czy opierał się na autentycznych wydarzeniach, ale po raz pierwszy wziął na warsztat historię swojego kraju. Jako podstawy dla "Krwawego Południka" użył wspomnień napisanych przez weterana wojny meksykańsko-amerykańskiej (1846-1848), który po zakończeniu walk wraz z grupą najemników pod dowództwem Johna Glantona działał na granicy terenów zaanektowanych do Stanów Zjednoczonych. Wynajęci zostali do eksterminacji Indian, ale eskapada szybko zamieniła się w regularną rzeź wszelkiej maści cywili. Chamberlain - autor owych wspomnień - amerykańskim Ossendowskim jednak nie był i jego zapiski (wydane jako "My Confession: The Recollections of a Rogue"), na których w dużej mierze oparł się McCarthy, są dziś uznawane za niezbyt wiarygodny dokument historyczny. Mówi się, że zostały napisane głównie w celu potępienia wojny na pograniczu. Nietrudno więc szukać tu stycznych z tendencją, którą po Drugiej Wojnie Światowej zainicjował Ka-Tzetnik "Domem Lalek". Wiele wskazuje na to, że oprócz Glantona większość opisanych w "Krwawym Południku" postaci - łącznie z kluczowym dla wydźwięku powieści sędzią Holdenem na czele - nie istniała naprawdę. Nawet zwany w książce Dzieciakiem główny bohater - czy raczej protagonista, bo częściej uwagę autora zdaje się przykuwać wspomniany diaboliczny sędzia - jest tylko luźno oparty o biografię Chamberlaina.
Spotkanie z postaciami pokroju Holdena, okrucieństwem w sztuce, czy filozoficznym podejściem do "zła" nie jest dla mnie pierwszyzną i niestety książka nie wywołała we mnie tak skrajnych emocji jak się spodziewałem. W porównaniu do wcześniejszych tytułów z bibliografii McCarthy'ego jawi się wręcz jako powieść przygodowa, której potencjalne grono czytelników wydaje się być znacznie szersze. Niewykluczone jednak, że bardziej wrażliwy na sugestywne opisy okrucieństwa odbiorca może nie przebrnąć przez tę książkę. Mając w pamięci opinie niektórych czytelników o "Dziecięciu Bożym" wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli niektórzy ludzie nigdy po nią nie sięgną. W swoim skądinąd ciekawym artykule na temat "Krwawego Południka" Piotr Kofta, dzieląc się swoimi wrażeniami napisał: "Poznałem wiele książek, które starały się odbiorcę odrzucić i zaszokować – ale w przypadku "Krwawego Południka" musiałem sobie dawkować lekturę, by co jakiś czas ochłonąć od jej toksycznej atmosfery."
"Krwawy Południk" jest książką piękną i okrutną, ale nie tak uniwersalną jak dajmy na to "Malowany Ptak" - w przeciwieństwie do powieści Kosińskiego nie ma w nim obecnego pierwiastka niewinności. Jeśli szukalibyśmy w nim dobra, to musielibyśmy uznać, że dobrem jest "mniejsze zło". Oczywiście najciekawszy pozostaje tutaj dysonans między poetyckim językiem, jakiego używa McCarthy, a ilością dosadnej przemocy, jaką nim opisuje. W jego prozie nie tylko obrazy bestialskich mordów, ale i sceny z codzienności przywołują apokaliptyczne malarstwo Bruegla i Boscha. Jednak z każdą kolejną stroną monotematyczność przytłacza do tego stopnia, że po lekturze pozostałem z wrażeniem, że naprawdę niewiele dzieli już tę prozę od wynaturzonej grafomanii, sprawiającej przyjemność napawającemu się okrucieństwem autorowi. Nic dziwnego więc, że na tym poziomie książka jest często porównywana do twórczości Markiza De Sade. Oczywiście, biorąc pod uwagę subtelność w ukazywaniu (czy raczej zaledwie sugerowaniu) przemocy i dewiacji w jednej ze wcześniejszych powieści McCarthy'ego "Dziecię Boże", zdaję sobie sprawę, że ta eskalacja jest celowym zabiegiem, eksplorowaniem pewnej formy literackiej i kolejnym z wielu oblicz eksperymentującego ze środkami wyrazu autora. Prawdopodobnie jego celem było też udowodnienie czytelnikowi, że w każdym człowieku obcującym ze złem z czasem zaciera się wrażliwość i nawet największe okrucieństwa przestają robić na nim wrażenie. Kreacji wizerunku "autora-dewianta" dopełnia pomijanie w opisach obrazów przemocy seksualnej - tak, jakby była to dla niego sfera wstydliwa. Wątpię, czy się z tego kiedykolwiek tłumaczył, pewnie dlatego też w momencie pierwszej publikacji amerykańska publicystyka praktycznie przemilczała "Krwawy Południk".
Problem pogłębiał pewnie fakt, że McCarthy'ego nie interesuje kreślenie rysów psychologicznych postaci, przedstawianie ich pobudek. Dzieciak, który początkowo zdaje się być głównym bohaterem, dematerializuje się i łączy z bandą. Nie mamy wejrzenia w ich umysły - stanowią jedność, cwałują przez prerię jak zwarty organizm, żywioł, szarańcza. Jedyne głębsze myśli wydobywają się z ust sędziego Holdena. Ta zagadkowa postać, bezwłosy mężczyzna, erudyta, z niesamowitą wiedzą o świecie, jawi się czytelnikowi jak mason, albo wręcz namacalny dowód ewolucji człowieka - przy czym jego ogłada nie przeszkadza mu być najokrutniejszym, najbardziej zwyrodniałym i cynicznym z bandy Glantona. Może kojarzyć się z Kurtzem z Jądra Ciemności czy też jego reinterpretacją z Czasu Apokalipsy, ale w swojej wszechwiedzy wydaje się też niesamowicie bliski Gullowi, domniemanemu Kubie Rozpruwaczowi z komiksu Alana Moore'a "Prosto z Piekła". Nietrudno się jednak domyśleć, że do czytelnika jego ustami przemawia tak naprawdę sam McCarthy.
Jak już wspomniałem, w "Krwawym Południku" brak hermetyczności, która cechowała wczesne powieści McCarthy'ego. To krok w stronę gatunku i w stronę czytelnika. Jest to krok wdzięczny, ale dla mnie osobiście mniej subtelny i udany od strony artystycznej, niż w przypadku "Dziecięcia Bożego", przy którym mogliśmy gdzieś na marginesie najwyżej zauważyć, że to thriller. Co prawda książkę porównywano do "Iliady" i do "Moby Dicka" i nie jest to przesadą, skojarzenia są trafne, ale od której strony byśmy jej nie gryźli, jak głęboko w nią nie wchodzili, to zawsze dojdziemy do wniosku, że na pierwszym planie to przede wszystkim wybitny western, arcydzieło gatunku.

Nie można jednak powiedzieć, że McCarthy zajął się jego dekonstrukcją, bo to trochę tak, jakby powiedzieć, że gitarowy drone dekonstruuje muzykę rockową, czy ambient muzykę rozrywkową. Powieść McCarthy'ego cechuje całkowity brak paradygmatu. Amerykańscy krytycy nazwali "Krwawy Południk" "westernem ostatecznym". Nie jest to pusta etykietka i nie do końca dotyczy apokaliptycznego wydźwięku książki. To bardzo trafne określenie, szczególnie jeśli popatrzymy na nią z dzisiejszej perspektywy. Mimo, że po raz pierwszy ukazała się w 1985 roku, to po dziś dzień nie powiedziano już nic tak istotnego dla gatunku, do tego western filmowy przez wiele lat wcale nie przyjmował do wiadomości istnienia "Krwawego południka". Filmy czerpiące w jakiś sposób z dzieła McCarthy'ego pojawiły się dopiero w poprzedniej dekadzie. Najwyraźniej widać to w dwóch obrazach: "Tracker" i "Proposition". Co znamienne, oba filmy powstały na Antypodach - prawdopodobnie dlatego, że tylko tam było to możliwe. Australia to kraj nie posiadający mitu założycielskiego, tylko kolonia karna, której historii świadomość zbiorowa nie postrzega przez pryzmat popkulturowej konwencji. Również ludobójstwo, jakie się tam dokonało, jest zazwyczaj nazywane po imieniu.
W "Proposition", opartym o scenariusz Nicka Cave'a (do którego twórczości McCarthy jest chętnie porównywany przez polskich krytyków), była to wizja tak bliska, że to właśnie reżyser tego obrazu - John Holicot - został wybrany do przeniesienia "Drogi" na celuloid. Film został powszechnie uznany za nieudaną ekranizację, przez co i o "Krwawym Południku" zaczęła krążyć opinia dzieła nieprzekładalnego. McCarthy, zapytany o to przez dziennikarza "Wall Street Journal" mówi: "To bzdura. Fakt, że to ponura i krwawa historia nie ma nic do rzeczy w kwestii, czy można ją przenieść na ekran. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że książkę bardzo trudno zaadaptować i trzeba by kogoś z bogatą wyobraźnią i jajami. Ale efekt byłby nadzwyczajny."
Czytelnik zaznajomiony z antywesternem i ze względu na tematykę mordowania Indian spodziewający się tutaj kojarzonych z nim kontestacyjnych treści - antyrasistowskich, antywojennych czy potępiających kolonizację, mocno się zdziwi. Autor zmusza nas wręcz - podobnie jak w przypadku "Dziecięcia Bożego" - byśmy brali stronę okrutnych oprawców, czy też raczej tak jak Pasolini w "120 dniach Sodomy" każe nam patrzeć i pozostaje przy tym zimny i bezstronny.
W tekstach poświęconych "Krwawemu Południkowi" często podkreśla się, że książka nie mogła by powstać przed Holokaustem. To dość trywialne i efekciarskie sformułowanie, odnoszące się zapewne do wpływu, jaki zagłada wywarła na literaturę, ale warto zauważyć, że sprytnie odsuwa też uwagę od istoty sprawy: od historii Stanów Zjednoczonych i czasów, o których McCarthy opowiada. To właśnie na terenie obu Ameryk trwały najintensywniejsze i najbardziej długotrwałe formy ludobójstwa, wyniszczające rdzenne cywilizacje tych kontynentów. Intencją McCarthy'ego nie jest jednak oddanie im sprawiedliwości. Indianie, tak chętnie ukazywani w odbrązawiającym western kinie lat siedemdziesiątych jako uduchowieni, szlachetni wojownicy lub skrzywdzone, bezbronne istoty, w "Krwawym Południku" są zdziczałymi, groteskowymi stworami z najgorszych koszmarów sennych, hordą prosto z Mordoru, a ich przybycie kończy się scenami kojarzącymi się z obrazem Bruegla "Triumf Śmierci". Ustami sędziego Holdena McCarthy jednak podkreśla, że to Indianie skażeni, zdegenerowani, a ich wszelkie pozytywne cechy zanikły w wyniku zetknięcia z cywilizacją białych. Podobnie nie są faworyzowani murzyni, a właściwie chyba tylko jeden występujący w książce - z racji tego, że został wchłonięty przez zachodni krąg kulturowy - jak podkreśla McCarthy - nie różni się niczym od białych oprawców. Wszystkie rasy zostały zrównane, tak samo skalane w obliczu Kalijugi.
Wielu bardziej wnikliwych czytelników "Krwawego Południka" doszukuje się w nim elementów przynależnych gnozie. Jednak ten aspekt jest tak ukryty, stricte symboliczny lub suchy jak w przypadku "Suttree" (poprzedniej powieści McCarthy'ego, zbudowanej na Nowym Testamencie), że trudno jednoznacznie coś na ten temat powiedzieć. Sytuacji nie poprawia to, że sam McCarthy tradycyjnie milczy na ten temat, charakteryzując "Południk" jako powieść otwartą. Na pewno chciał przedstawić Holdena jako postać tajemniczą, skłaniającą do poszukiwań jego odpowiedników w religii i kulturze. Może faktycznie - tak jak sugerują zwolennicy gnostyckiej interpretacji- symbolizuje Boga, Demiurga, Szymona Maga, a może to po prostu westernowy odpowiednik Alistaira Crowleya, co sugerowałyby jego tyrady na temat kreowania świata wedle swojej woli. Można się też zastanawiać, czy banda Glantona nie jest awatarem poszukiwaczy świętego Graala, a Holden ich przywódcą duchowym, swoistym Merlinem. Eksterminacja Indian wiąże się ze zdejmowaniem im skalpów, sędzia jest bezwłosym mężczyzną (przez Chamberlaina opisywanym jako albinos), co prawdopodobnie sugeruje jego nieśmiertelność, lub, jeśli skalp symbolizowałby duszę - zapewne brak duszy.
Ciekawe jest też to, że oprócz drygu literackiego, pierwowzór Dzieciaka - Chamberlain wykazywał talent plastyczny. Pozostawił po sobie wiele obrazów, które, jak pewnie się już domyśleliście, zdobią niniejszy tekst. Jednak w "Krwawym Południku" to właśnie sędzia sięga po ołówek i skrzętnie odrysowuje wszystko, co spotka na swojej drodze. Można uznać, że to po prostu licentia poetica, ale według mnie wskazuje to raczej na zamierzony dualizm. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tytułem powieści. Jedna z interpretacji głosi, że chodzi o miasteczko w Teksasie, w którym Dzieciak po raz pierwszy spotyka sędziego - Nacogdoches znajduje się na południku, który oddzielał rubieże Stanów Zjednoczonych od terytorium Meksyku, cywilizację od dzikości. Czy więc przejście przez południk symbolizuje znalezienie się w zaświatach? Przejście do miejsca mogącego być analogicznie zestawionym ze strefą znaną ze "Stalkera" i "Pikniku na skraju drogi"? McCarthy pozostawia też ciekawe tropy w scenie z kartami tarota. Oprócz wróżby dotyczącej przyszłości bandy Glantona, w bujnym opisie zostaje wspomniana, ale nie wylosowana, karta "Arcykapłanka". Karta ta posiada ukryte znaczenie: dwie kolumny symbolizujące Wenus i Marsa, ogień i wodę. Posuwając się dalej w kierunku tej interpretacji dotrzemy do kabalistycznego Drzewa Życia i dwóch jego przeciwstawnych kolumn prawej - męskiej, lęwej - żeńskiej (odpowiadającej zasadzie Din - co oznacza sąd!). Między nimi ukryty jest punkt - Daath. Według Thelemitów "mieszka" tam demon intelektu Choronzon, który chce złapać Maga w pułapkę utkaną z myśli. Daath to otchłań, która jest portalem do innego świata. Kto ją przekroczy, znajdzie się poza dobrem i złem - symbolizuje wyjście po za owy dualizm. Czy więc przejście południka wiąże się ze wstąpieniem w Daath?
Pamiętając też o częstych odwołaniach McCarthy'ego do Biblii, możemy również uznać, że "Krwawy Południk" jest uzupełnieniem życia Jezusa Chrystusa, wariacją na temat tego, gdzie przebywał między wiekiem dziecięcym a dorosłością, albo na temat odejścia Boga na pustynię. Są to jednak tylko poszlaki, które dla nas, maluczkich, niekoniecznie pogłębiają sens tego, z czym obcowaliśmy, ale na pewno dają pole do wielowymiarowej interpretacji i powiem szczerze, że chętnie bym taką interpretację napisaną przez kogoś mądrzejszego ode mnie przeczytał. Jednak mimo śladów mistycyzmu nie nazwałbym tej książki westernem metafizycznym. Związki z najważniejszymi przedstawicielami tego "nieistniejącego gatunku" (na przykład z "Truposzem") są oczywiste, ale czuje się, że "Krwawy Południk" to jednak coś innego. "Bóg to wojna" mówi bez ogródek sędzia Holden, a czytelnik nie ma innego wyjścia, jak w duchu przyznać mu rację. W jakimś sensie McCarthy wymazuje metafizykę lub sprowadza ją do czynu i cielesności, do okrutnej paraboli, którą najtrafniej zobrazują słowa przypisywane Baronowi Ungernowi von Sternbergowi: "Dobro i zło nie istnieją, tak jak i życie i śmierć. Jest tylko działanie. Walka.".
piątek, 20 stycznia 2012
Mistrz i czarownice - Alejandro Jodorowsky
W poniedziałek (23.01) TVP kultura rozpocznie cykl prezentujący filmowy dorobek Jodorowskiego. To dobra okazja by wspomnieć na rękopisie o tej bardzo ważnej zeszłorocznej publikacji. Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Okultura.

Sugerując się notkami wydawcy podchodziłem do książki myśląc, że będę obcował z quasi-biografią. Sądziłem, że dowiem się dużo o rzeczach, które działy się np. na planie filmowym, czy w bogatym życiu prywatnym autora. Okazuje się jednak, że nie do końca jest to książka o Jodorowskim. Raczej o jego drodze duchowej związanej z praktykowaniem buddyzmu i ludziach, których na niej spotykał. Narracja, uchwycenie myśli w ramy powieści, wspomnień, staje się tu dla Jodorowskiego pretekstem do przybliżenia czytelnikowi koanów - związanych z zen paradoksalnych pytań, mających ukazywać słabość racjonalnego myślenia, które według zwolenników tej szkoły buddyzmu przeszkadza człowiekowi w osiągnięciu oświecenia. Znajdziemy tu jednak też inne nurty duchowe i filozoficzne - co ciekawe, czasem dość od siebie oddalone. Jednak nie ma w tym wszystkim jakiegoś synkretyzmu czy religii, brak tu też właściwie filozofii zachodu, a jeśli nawet byśmy jej szukali, to jej jedynym przedstawicielem byłby chyba sam Jodorowsky.
To, że autor odchodzi od formy eseju, ma na pewno korzystny wpływ na poszerzenie grona odbiorców, jednak patrząc na tę książkę od strony warsztatu, trudno jest ją w jakiś rozsądny sposób ocenić. Posługuje się kilkoma stylami literackimi, niekiedy przypisanymi do różnych postaci występujących w kolejnych rozdziałach. Najlepiej wychodzi mu chyba surrealizm we fragmentach o związanej z tym nurtem brytyjskiej malarce Leonorze Carrington. Nie ma co ukrywać - odrealnienie to najmocniejsza strona prozy Jodorowskiego. Takie elementy, jak opowieści o waginach śpiewających pieśni Pradawnej Matki, nie pozwalają nam zapomnieć czyją książkę czytamy. Trzeba też przyznać, że autor sprawnie żongluje atmosferą i że potrafi zabrać czytelnika czy to do ubogiego zendo, w meksykańskie slumsy, gmachy burleskowych teatrów, czy w medytacyjną podróż wgłąb swojej jaźni. Jednak zbyt często i zbyt intensywnie przygniata fabułę długimi filozoficznymi wywodami, które zdecydowanie źle wpływają na rytm opowieści - choć z drugiej strony są przecież jej duszą. Również opisy zachowań ludzkich nieraz nie robią dobrego wrażenia, bo bywają zbyt ekspresyjne. Malkontent powiedziałby, że jest to pisane jak sceny dla mimów czy sytuacje rodem z komiksu... ale warto wtedy pamiętać o tym, że Jodorowsky jest mimem i pisze komiksy.
Dla mnie jednak nie w tym leży główny problem tej książki. Jodorowsky we wstępie kpi ze współczesnych zachodnich "mędrców" zen - prezentujących ten system filozoficzny jako bezbolesny, miły, new age'owy sposób na życie - gdy sam przez niemal całą książkę posuwa się do tanich, postmodernistycznych sztuczek. Każdy rozdział zaczyna cytatem z westernu, stylizuje jeden z rozdziałów na coś, co mogłoby posłużyć Mario Bavie na scenariusz do filmu, w końcu przedrukowuje swój artykuł, w którym interpretuje komiks z Kaczorem Donaldem w kontekście koanów. Jodorowsky zawsze łączył sacrum z profanum i ja bardzo dobrze rozumiem jego intencje, ale niestety, z racji tego, że atakuje innych, wyczuwam w tej - jakby nie patrzeć - komercyjnej postawie wobec zen sporo hipokryzji i egocentryzmu (który Jodorowsky w książce świadomie obnaża kilka razy).
Oczywiście, jak to w przypadku tego autora, trudno tu krzesać z recenzenta jakiś obiektywizm. Pewne jest natomiast to, że dla ludzi zainteresowanych jego twórczością jest to zdecydowanie pozycja obowiązkowa. "Mistrz i czarownice" stanowi dopełnienie jego projekcji na inne media - w książce odnajdujemy te same motywy i symbole, które prześladują jego wszelkie artystyczne kreacje. Przekazane w formie literackiej pozwalają Jodorowskiemu dopowiedzieć wiele szczegółów, a nam - widzom i czytelnikom - pełniej rozumieć, łatwiej odczytywać to, z czym obcujemy na ekranie czy na kartach komiksu. Jestem pewien, że dzięki lekturze tej książki inaczej spojrzycie na "Białego Lamę", "Świętą Krew" czy "Oczy Kota". Co ciekawe, nie tyczy się to tylko jego twórczości. Dzięki tej pozycji popatrzyłem diametralnie inaczej na obecny ostatnio w kinach film "Drive" Nicolasa Winding Refna. Sam reżyser mówił, że spotykał się ostatnio z Jodorowskim, któremu zresztą dedykował ten obraz. Teraz dopiero widzę, jak bardzo odbiło się to na jego fabule.
czwartek, 29 grudnia 2011
Suttree - Cormac McCarthy
"Nie jesteś jedynym człowiekiem, który ma rację.
Szmaciarz ostrożnie podniósł głowę.
Wszyscy mamy rację, powiedział Suttree.
Wszyscy mamy przejebane, odparł szmaciarz."

Nigdy nie posiadłem bardzo przydatnej umiejętności szybkiego czytania, dlatego - na pewno znacie to uczucie - gdy kończę książkę, która ma powyżej czterystu stron, zazwyczaj mieszkam już w świecie przedstawionym przez autora. "Suttree" ma ich ponad sześćset. Nie chciałem, żeby się kończyła i niezwykle trudno było mi się wydostać z tej krainy. Szczerze powiedziawszy, jakoś nie pociesza mnie fakt, że znajduję się w niej za każdym razem, gdy otwieram oczy.
Znając poprzednie powieści McCarthy'ego, spodziewałem się książki przejściowej. Poniekąd miałem rację, lecz nie można mówić tu o jakimś spadku formy - autor raczej postawił sobie wyzwanie. Po dość oszczędnej, zimnej, wręcz oskarżanej przez niektórych czytelników o ahumanistyczny wydźwięk powieści "Dziecię Boże", napisał książkę posiadającą bardzo bogatą, rozbudowaną stylistycznie narrację, pełną ciepła, kolorów i bohaterów. Można pomyśleć, że autor w jakiś sposób reflektuje się przed czytelnikiem - przede wszystkim za protagonistę obrał postać, z którą bardzo łatwo jest się utożsamić. Z drugiej strony, przekornie stworzył prozę lżejszą tematycznie, ale niepomiernie trudniejszą w odbiorze, bo w narracji pełną impresyjności, wizji i retrospekcji.
Gdy w poprzedniej powieści jego bohaterem był odrzucony przez społeczeństwo seryjny morderca, to w tej jest nim sympatyczny młody rybak, wiodący z wyboru ubogie życie wśród wszelkiej maści wykolejeńców. Nie sposób nie dostrzec, że McCarthy znów opiera swoją książkę o wątki biblijne. To bardzo ciekawe, że obie, pozornie tak odległe sobie postacie, ewidentnie inspirowane są Jezusem Chrystusem - owi protagoniści uzupełniają się, tworząc coraz bardziej złożony obraz bohatera, który interesuje McCarthy'ego. To ten sam przedstawiciel rodzaju ludzkiego, który w założeniu powinien interesować Boga - człowiek w pełnej okazałości, grzeszny, pełen wad i słabości. Wydaje mi się też, że zmienił się tu obraz samego Wszechmogącego - ze starotestamentowego żądnego krwi bóstwa w nowotestamentowego, obdarzonego empatią. Taki też staje się sam McCarthy: coraz mniej uwagi poświęca przyrodzie, a coraz więcej ludziom, staje się wobec nich życzliwszy i cieplejszy - nie sposób odnotować tu jakiegoś skrajnie negatywnego bohatera czy personifikację zła. Nawet pojawiający się tu symboliczny kusiciel jest niegroźnym, niejadowitym wężem wodnym.
Wbrew temu, co można by sądzić, trudno McCarthy'ego oskarżyć o jakieś nadużycia związane z judeochrześcijańską mitologią. Widać, że autor poczynił postępy od czasu "W Ciemność" - powieści, w której stosował nawiązania biblijne nie do końca umiejętnie, co czyniło je nadętymi i nieraz dość trywialnymi. Być może zmienił mu się w tym czasie światopogląd, w każdym razie kluczem okazało się to, że umiał się wobec Boga i Biblii zdystansować. Co prawda przedstawienie Drogi Krzyżowej, które nam zafundował, kojarzy się z problemami zdrowotnymi Charlesa Bukowskiego, co może co po niektórych - przyjmujących to, co czytają zbyt dosłownie - obrazić. Jednak oczywiste jest, że nie powinno się tej książki odbierać jednowymiarowo, chodzi w końcu o wydźwięk egzystencjalny, a nie duchowy czy stricte religijny. Pojawiające się tu parafrazy nie są istotne dla odczytywania sensu powieści, to raczej punkty postawione na linii fabularnej głównie po to, by wokół nich budować narrację, sceny, postacie i prowokować wydarzenia które je spotykają - śmierć, krzywdę, miłość, chorobę, wszystko to, co w naszym życiu nieuniknione. Wyłania się z tej książki niesamowity uniwersalizm prozy McCarthy'ego. Zamiast umownego Suttree bohaterem mógłby być zarówno Jezus, handlujący bronią w Etiopii Artur Rimbaud, Charles Bukowski jak i Ty, czytelniku.
Kilka lat temu poznałem pewnego mężczyznę, z którym w innych okolicznościach prawdopodobnie bym się nie spotkał. Pracowaliśmy razem na budowie. Czytał książki o tym jak osiągnąć sukces, o karierze zawodowej i o manipulacji ludźmi, ale tak naprawdę był, tak jak ja, tylko nieszkodliwym idiotą. Z dumą i przekonaniem oznajmiał, że jego życie to walka. Przy kawie, papierosach i kanapce z cementem zapytał mnie kiedyś o to, jakie jest moje życie. Odpowiedziałem mu, że leżę w łódce i płynę z prądem. Po lekturze "Suttree" powiedziałbym mu raczej, że leżę w łódce, a wszystko płynie wokół mnie. Ta powieść jest właśnie o takich ludziach jak ja i on - o ludziach, którym, mimo starań, nie jest dana żadna iluminacja.
czwartek, 24 listopada 2011
Odrażające, brudne, złe. 100 filmów gore - Piotr Sawicki

CZYTAJ DALEJ NA ŁAMACH DWUTYGODNIKA>>>
środa, 19 października 2011
Dziecię Boże - Cormac McCarthy
Z poprzednich powieści "Dziecię Boże" najbardziej przypomina "Strażnika Sadu". Książki te łączy zarówno tematyka wykluczenia społecznego jak i poetyckość stylu. Widać jednak, że autor eksperymentował ze swoim warsztatem, uważnie cedzi swoją prozę stawiając na niedopowiedzenie i oszczędność. Efekt okazał się piorunujący. Zaryzykuję stwierdzenie, że wyszło z tego minimalistyczne połączenie "Psychozy" z "Malowanym Ptakiem". Te porównania mogą nas zanieść w ciekawe rejony i warto wspomnieć, że na pewnym poziomie to powieść - na pewno nie gatunkowa - ale mająca sporo wspólnego z horrorem czy thrillerem. Sposób narracji jaki obrał McCarthy - umiejętne odsuwanie od czytelnika mrocznej tajemnicy, tylko po to, by w odpowiednim momencie obnażyć prawdę jednym zdaniem - spowodował u wielu osób wrażenie obcowania z książką niezwykle brutalną, gdy tak naprawdę w "Dziecięciu" niewiele jest scen mrożących krew w żyłach. Do tego są zdecydowanie odrealnione i marginalne, gdyż autor - podobnie jak bohater - spycha je na peryferia świadomości. Określenie "mroczna baśń", które wydawca zastosował przy próbie opisania atmosfery poprzedniej powieści McCarthy'ego, okazuje się bardziej pasować do "Dziecięcia Bożego", gdyż jest tu swoista oniryczność, potęgowana trwającą przez większość akcji zimą, skrywającą ślady zbrodni pod grubym pancerzem śniegu.
Trudno tak naprawdę określić zamiary McCarthy'ego. Możliwe, że w tym literackim minimalizmie jest zakodowana prawda o człowieku. Na pewno jest prawda o społeczeństwie, które samo kręci na siebie bat. Jednak nie da się tu dopatrywać jednoznacznej krytyki, przestrogi czy stawiania pytań. To proza trzymająca się na dystans od wszystkiego - oprócz przyrody, która zdaje się być uniwersum, do którego człowiek nie do końca przynależy.
Jakimś kluczem do interpretacji jest zapewne tytuł i pojawiające się w książce wątki biblijne. Warto pamiętać o tym, jaką funkcję spełnia Bóg w powieściach McCarthy'ego. To okrutne, sadystyczne, starotestamentowe bóstwo zdaje się zawsze gdzieś czyhać - ale w "Dziecięciu Bożym" przez dłuższy czas wydaje się nie zainteresowane krainą, w której mieszka bohater. Uświadamiamy sobie jego obecność w czasie potopu, który nawiedza występujące w powieści miasteczko. Zaczyna do nas docierać, że niczego nieświadomy główny bohater pełni w jego planach bardzo podobną rolę, co destrukcyjne siły natury...
Jednak religijny koncept zdaje się mylący dla czytelników chcących odkodowywać go za pomocą swojej ukształtowanej przez społeczeństwo moralności. Nie interpretowałbym go - jak większość recenzentów - w kontekście "trudno uwierzyć, że bohater też jest dzieckiem Boga"*. To oczywiste, że jest. Instynkty, którym się poddaje, są przecież podstawowymi imperatywami danymi przez Stwórcę.
Humanizm McCarthy'ego polega na tym, że skupia uwagę na jednostkach, którym społeczeństwo - i, jak widać, nierozumiejący istoty rzeczy czytelnicy - nie chce się przyglądać. Zapewne obrzydza ich fakt, że autor nie pozostawia wielkiego wyboru i muszą się z tym odludkiem utożsamiać. Trudno im zaakceptować, że mimo ułomności, patrzy w te same gwiazdy co my i tak samo jak my zastanawia się nad sensem istnienia. Wydaje mi się, że boją się oczywistej refleksji, że tak naprawdę bohater jest równie ludzki, co reszta z nas. To bardzo ciekawe, że w tych wszystkich recenzjach które przeczytałem nie natrafiłem na ślad poczucia winy - a przecież to właśnie społeczeństwo tworzy takie jednostki. Czyżby czytelnicy nie dostrzegali tego, że może są równie kalecy emocjonalnie jak on?
"Nie potrafię docenić takiej literatury... drastyczność i przemoc bijąca z tej książki to jedyne co pamiętam" - pisze jedna z czytelniczek. Na szczęście takie głosy to mniejszość. Proza McCarthy'ego, mimo pozornego niedocenienia i może niezrozumienia, nie trafia w pustkę i sprzedaje się dobrze. Możemy się zastanawiać, na ile ten komercyjny fenomen podyktowany jest promocją związaną z ekranizacjami jego prozy, ale to w jakis sposób pocieszające, że w dzisiejszych czasach popularność mogą zyskac tak dobre książki. Nie ma w tej prozie moralitetów czy złudnych nadziei, a mimo lekkości stylu (znakomity warsztat) nie mają nic wspólnego z literaturą lekką, łatwą i przyjemną.
*przykro mi się robi, jeśli tylko takie wnioski ktoś wyniósł z tej książki.
czwartek, 23 czerwca 2011
Ewangelia według Jezusa Chrystusa - José Saramago

Słowem wstępu muszę zaznaczyć, że jestem do religii nastawiona źle - od wojującego ateizmu przeszłam do fazy obojętności - więc w żaden sposób nie może mnie treść powieści Saramago oburzać, ale nietrudno mi zrozumieć, dlaczego w przypadku chrześcijan obraza jest kolosalna. Uczłowieczać Jezusa chciało już wielu, z lepszym lub gorszym skutkiem; dyskusyjność jego ofiary, natura Boga poświęcającego własnego syna, nie wiadomo właściwie po kiego grzyba, to praktycznie samograj. Można zmieniać wymowę kanonicznych tekstów w stopniu umiarkowanym, albo jechać po bandzie. Ale z takim obrazem Boga i Diabła w literaturze jeszcze nie miałam do czynienia, mimo że Stary Testament aż się o to prosi. Richard Dawkins, najbardziej znany naukowiec - wojujący ateista, powiedział: "Bóg starotestamentowy jest najprawdopodobniej najbardziej nieprzyjemną postacią w starożytnej fikcji literackiej, zazdrosny i dumny z tego, bezlitosny, niesprawiedliwy, nieprzebaczający dziwoląg. Mściwy i żądny krwi, uciskający różne grupy etniczne, antyfeministyczny homofob i rasista, infantylny ludobójca, synobójca, nieznośny, megalomański, sadomasochistyczny i rozkapryszony, wrogo nastawiony tyran "
Nie wiem czy Dawkins czytał Ewangelię, ale obraz Boga stworzony przez Jose Saramago pasuje idealnie. Do tych jakże miłych sercu cech, dodać można jeszcze tchórzostwo i chorą ambicję. U Saramago Bóg nie jest bowiem jedynym, wszechwładnym stwórcą, który może sobie robić co chce na całej Ziemi. Jest tylko bogiem Hebrajczyków, jednym z wielu w panteonie, nie najsilniejszym, pełnym zawiści i żądzy władzy, zbyt tchórzliwym, żeby zagarnąć terytoria innych bogów, więc musi posłużyć się człowiekiem. Jak wielu bogów przed nim, płodzi sobie syna na Ziemi, wybierając zresztą Marię i Józefa zupełnie przypadkowo, traktując ich, jak i wszystkich ludzi, przedmiotowo i lekceważąco. Życie publiczne i śmierć Jezusa są zabiegami marketingowymi, dzięki którym Bogu przybędzie władzy, wyznawców i potęgi. Skutkiem całej tej szopki jest cała litania strasznych śmierci i tortur, morza krwi i wnętrzności, popełnianych przez wieki w jego imię, z czego Bóg makiawelicznie zdaje sobie sprawę i nie spędza mu to snu z powiek. Jezusowi wręcz przeciwnie, ale nie ma on wyboru. Mógł przeciwstawić się na początku, ale kiedy już raz się ukorzył, klamka zapadła. Bardziej pozytywne wrażenie sprawia Diabeł, który zresztą podpina się pod korzyści z ekspansji swego antagonisty, ale jest w stanie z nich zrezygnować w zamian za jego przebaczenie, które mogłoby wymazać przeszłe i przyszłe zło. Jednak Bóg, który "wdycha z rozkoszą zapachy rzezi", ani myśli naprawiać świata. Po rozczarowującej, trwającej 40 dni i nocy dyskusji, Jezus stwierdza, że "Boga odróżnia od Diabła tylko broda". No i może jeszcze ruchanie owiec.
Powieść napisana jest zawiłym, ewangelicznym stylem, w którym zdania potrafią ciągnąć się całymi stronami, łącząc opisy z dialogami oddzielanymi przecinkami. Raz na jakiś czas autor-ewangelista wtrąca coś, co przypomina nam, że rzecz pisana jest z dzisiejszej perspektywy. Sprytnie przemycony ironiczny humor atakuje kilka razy, uśpiony dyskursem czytelnik może solidnie prysnąć śliną na kwiatki w rodzaju "O jakim demonie mówisz, O Pasterzu, z którym mój syn przebywał cztery lata (...), Aha, Pasterz, Znasz go, Chodziliśmy do jednej szkoły." Anioł w roli inkuba, wykorzystującego siostrę Jezusa, jednocześnie wyjawiając jego matce tajemnice boskie, czy komiczna dyskusja Chrystusa z Bogiem i Diabłem na środku jeziora, to też niepokojąco zabawne fragmenty. Poza tym jednak, szczególnie w pierwszej części książki, niezwykle monotonny, wręcz mantryczny styl potrafi odrzucić. Nie mam pewności, czy bym przez niego przebrnęła, gdyby nie konieczność napisania recenzji. Ale przekonałam się, że warto, bo książka nie dość, że dostarcza ambitniejszej rozrywki, to jeszcze dużo materiału porównawczego do przemyśleń, nawet dla takiego bezbożnika jak ja.
Ewangelia według Jezusa Chrystusa to moje pierwsze spotkanie z twórczością niedawno zmarłego noblisty, którego dzieła, przeglądane pobieżnie wydawały mi się pretensjonalne. Jednak skoro ta powieść, mimo początkowych obiekcji, tak bardzo mnie przekonała, sięgnę wreszcie po inne utwory. Mam nadzieję, że podjęte tematy będą potraktowanie z równie przewrotnym dystansem jak w Ewangelii.
Tekst by Lilandrah

Nowe wydanie Rebisu jest bardzo gustowne, szczególnie podoba mi się kryjąca się pod obwolutą, płócienna, czarna okładka z tłoczonymi napisami.
KUP

niedziela, 29 maja 2011
Bractwo winnego grona - John Fante

Bohaterem charakterystycznym dla twórczości Fante jest jego alter ego Arturo Bandini, syn włoskich imigrantów, pragnący zostać pisarzem. Można sądzić, że bohaterem Bractwa winnego grona jest jego starsza wersja, uznany i niepozbawiony cynizmu pisarz w średnim wieku Henry Molise, który powraca do rodzinnego miasteczka, by spotkać się ze swoją szaloną, włoską rodziną. Powieść traktuje o akceptacji bolesnych wspomnień i pojednaniu, jednak dla mnie jest to przede wszystkim opowieść o odchodzeniu starego, barwnego świata na rzecz zunifikowanej, nijakiej rzeczywistości. Nie da się ukryć, że ojciec bohatera Nick Molise, to kawał sukinsyna, uparciucha, egoisty i tyrana, przez całe życie delektującego się winem i hazardem, mającego dobro rodziny w głębokim poważaniu. Wraz ze swoimi przyjaciółmi, członkami tytułowego bractwa (mówiąc mniej poetycznie: pijakami) nieustannie tęskni za dniami swej chwały, które starość odesłała precz. Praca, przygoda, oddawanie się przyjemnościom, to sens jego życia, wbrew rozsądkowi, odpowiedzialności, własnemu i cudzemu dobru. Nie przejmuje się chorobą, gardzi wyrzeczeniami, śmierć w szpitalu jest poniżej jego godności. Mimo wad, wzbudza podziw dla konsekwencji w szalonych, często głupich uczynkach i wyborach.
Starsze pokolenie żyje dalej w swoim włoskim świecie, pachnącym rozmarynem i bazylią, z własną hierarchią i absurdami. Natomiast młodzi są dużo bardziej zamerykanizowani: jeden syn martwi się tylko o pieniądze i drży o posadę w banku; drugi jest w stanie każdego zostawić na lodzie, jeśli akurat leci ważny mecz bejsbolowy. Ze starej kultury zostało chyba tylko zamiłowanie do niebiańskich włoskich potraw, wyczarowywanych przez matkę. Dużo zwyczajniejsi, a przez to nijacy, pozbawieni charakteru, wyposażeni w banalny, powszechny zestaw wad. Brak im fantazji, niepowtarzalności i dumy ojców. Jako wyraźny symbol tego podziału odczytuję cmentarz w miasteczku, dzielący się na dwie części: starą - baśniową krainę, wypełnioną ozdobnymi nagrobkami, groteskowymi, marmurowymi figurami i bujną roślinnością, oraz nową - bezpłciową, sterylną, z prostymi płytkami nagrobnymi i skoszonym trawnikiem. Do tego drugiego świata został przeniesiony stary Nick Molise po śmierci: do trumny uróżowiono mu twarz i wygładzono bruzdy "tryumfu i porażki". Taki jest ten nowy świat, tak samo pełen wad, ale pozbawiony przypraw i prawdy.
Jak mówiłam, Fante oparł właściwie całą twórczość na własnej biografii i doświadczeniach, potrafił w niesamowicie prosty i mocny sposób przedstawić swoje nostalgiczne opowieści o codziennych sytuacjach i uczuciach. Trudno opisać na czym polega urok jego prozy - jest jak prosta, ale czarująca melodia - nie stara się nas oszołomić rozbudowanymi opisami i zawiłymi metaforami, a jednak jest pełna odcieni i refleksji. Chociaż bohaterem jego powieści jest zwykle pisarz, literatura jest gdzieś na obwodnicy jego świata, ważniejsze jest życie: poszukiwanie szczęście, rozczarowanie, kłótnie i ból. Bractwo winnego grona jest niezwykle dojrzałą powieścią, pisaną z punktu widzenia osoby, która wiele wycierpiała, a mimo to nadal potrafi cieszyć się procesem tworzenia. Wspaniale jest czytać twórczość człowieka, dla którego pomiędzy życiem i literaturą jest znak równości.

czwartek, 5 maja 2011
Hawksmoor - Peter Ackroyd
"Rzeczywistość nie jest wcale taka zwyczajna, sir; umyka ci jako mgła umyka głupcowi, który chce ją uchwycić w palce."

Ciemne, drapieżne miasto, rytualne ofiary w fundamentach kościołów i okultystyczne zgromadzenia. To Londyn w XVIII wieku i dzisiaj. W powieści "Hawksmoor" Petera Ackroyda wydarzenia, mrok i zbrodnia przenikają przez cienką materię czasu, tworząc fascynującą układankę mieszającą historię z fikcją.
Ale zacznijmy od historii: na początku XVIII wieku w Londynie budowę sześciu (w powieści 7) nowych kościołów powierzono genialnemu, ale i ekscentrycznemu architektowi Nicholasowi Hawksmoorowi, będącemu uczniem Christophera Wrena. Oparte w znacznej mierze na kształtach starożytnego Egiptu, świątynie wraz z dwoma obeliskami, również zaprojektowanymi przez niego, tworzą na mapie specyficzny wzór, przypominający Oko Horusa. I tu wkraczamy na obszar fikcji i literatury. Rzecz rozpoczął Iain Sinclair, który sądził, że kościoły zaprojektowane przez Hawksmoora zawierają znaki i wzory satanistyczne o znaczeniu rytualnym. Na jego wierszu oparła się powieść Ackroyda, a oboma utworami zainspirował się Alan Moore tworząc "Prosto z piekła" (From Hell), w którym Kuba Rozpruwacz używa kościołów Hawksmoora do rytualnego mordowania swoich ofiar.
Akcja książki toczy się dwutorowo, wątki dzieli 250 lat, ale łączy krajobraz niesamowitej architektury Londynu, mrocznych i obrzydliwych zaułków, miejsc naznaczonych zbrodnią, przyciągających do siebie zło. Dla wprowadzenia zamieszania autor pozamieniał nazwiska, stąd Hawksmoor to nie nazwisko architekta tylko współczesnego detektywa, zaś postać oparta na jego życiorysie zwie się Dyer. Budując londyńskie kościoły, dokonuje on szeregu morderczych rytuałów, a w samych budynkach ukrywa symbole, które mają przekształcić świątynie chrześcijańskie w pogańskie sanktuaria, których prawdziwa natura pozostanie ukryta przez wieki. Te same morderstwa popełnione zostają we współczesności, co powoduje, że wydarzenia zaplatają się w warkocz. Wszystko ma swoje przystające odbicie w obu rzeczywistościach, zdania wypowiadane przez postaci przenikają przez pokolenia, jakby epoki znajdowały się obok siebie, przedzielone jedynie cienką ścianą, pokrytą siateczką pęknięć. Ma tu zastosowanie, sięgający starożytnego Egiptu, mit wiecznego powrotu, który mówi, że świat jest wciąż na nowo odgrywanym spektaklem, zapętlone wydarzenia zagryzają zęby na swoim ogonie jak wąż Uroboros. Tak samo wydarzenia w powieści: przenikają się, świat zatacza koło, imię ich jest Legion.
Archaizacja języka w częściach osiemnastowiecznych, naszpikowanych w dodatku wykładami z zakresu architektury, okultyzmu czy światopoglądu Oświecenia, skutecznie spowalnia lekturę. Eksperymentalna forma narracji - mieszająca pamiętnik architekta i eksploratora mrocznych sfer Nicholasa Dyera ze stosunkowo normalną opowieścią o XX wiecznym śledztwie detektywa Hawksmoora, z wtrąceniami w rodzaju sceny przedstawionej w formie dramatu czy mnóstwa ulicznych, często makabrycznych piosenek i rymowanek - sprawia, że można poczuć się zagubionym. Proza jest gęsta i zagadkowa, żadnych odpowiedzi nie dostaniemy na tacy, nawet tych, wydawałoby się, koniecznych w powieści z wątkiem kryminalnym.
Zakończę cytatem, w którym autor ustami Dyera, wyjawia chyba swoje założenie programowe odnośnie tej powieści :"Gdybym był pisarzem, to starałbym się zagęścić potok mojego dyskursu, aby przestał być prosty i łatwy. [...] Posługiwałbym się zawiłymi zdaniami i dziwnie brzmiącymi terminami, żeby mowa moja jawiła się słuchaczom jako oślepiająca błyskawica, która na nowo wzbudzi w nich uczucia grozy, szacunku i pragnienia."
Zaiste, wzbudziła.
sobota, 30 kwietnia 2011
Autor kontra autor - John Colapinto

Opowieści o pisarzach, którzy bez skrupułów wykorzystują najbliższych przyjaciół, kradnąc ich osobowość i historię, by użyć - bez pozwolenia, oczywiście - w swojej książce, to żadne novum. Ale co się stanie, jeśli okradziona osoba też jest pisarzem, w dodatku niespełnionym, i ona z kolei ukradnie napisaną o sobie powieść i opublikuje jako własną? Który uczynek będzie moralnie gorszy? Powyższy schemat i wpisany w niego dylemat wykorzystał John Colapinto w powieści "Autor kontra autor", tworząc przyjemną opowieść o niemocy twórczej, z biegiem akcji zmieniającą się w thriller.
Każdy, kto kiedyś marzył o byciu pisarzem, wie jak trudno jest pogodzić się z faktem, że do pisania nie wystarczy znajomość liter i zasad interpunkcji. Bohater powieści, Cal, chcąc udowodnić swój talent, wyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie wraz z Stewartem, nudnym studentem prawa, zamieszkuje w obskurnej norze. Pod pretekstem zbierania materiałów do przyszłych wielkich dzieł, przeżywa mnóstwo przygód seksualnych, z których co niedziela zdaje relacje współlokatorowi. Opowiada mu też o swoim życiu, skomplikowanych relacjach z matką, aspiracjach i wątpliwościach. Ze zbierania materiałów nic nie wynika, Cal nie jest w stanie pisać, zaczyna podejrzewać, że talent, który sobie wymarzył, jest tylko urojeniem. Wtedy okazuje się, że Stewart, który ponoć nie widział świata poza meandrami prawa, w szufladzie chowa obszerny plik opowiadań oraz ukończoną powieść. A traktuje ona o Calu, składa się z wszystkiego co ten opowiadał Stewartowi, wręcz z całych zdań, które wypowiadał, chełpiąc się podbojami. Czyja to, w takim razie, książka? Tego, który wypełnia ją swoją osobowością i życiem, ale nie potrafił jej przelać na papier, czy tego, który ukradł opowieść, ale opisał ją w znakomity sposób? Stewart grzecznie usuwa się z drogi, wpadając pod taksówkę, a Cal przedstawia powieść jako swoją. Odnosi olbrzymi sukces, ale jak łatwo się domyślić, to dopiero początek kłopotów. Potem jest szantaż, utrata kontroli, groźby i pościgi. Bo, jak wymaga tego fabuła, ktoś wie o jego oszustwie.
Poza kwestią wzajemnej kradzieży, fabuła jest właściwie banalna, autor zresztą zdaje sobie z tego sprawę, bezpośrednio nawiązując do filmu Miejsce pod słońcem, który bohater ogląda, co pozwala mu z dystansu spojrzeć na sytuację i zdecydować się na drastyczne środki. Na szczęście elementy fabuły są bardziej przewrotne, niż we wspomnianym filmie, więc, chociaż akcja jest dość przewidywalna, książka nie wpada w sztampę. Ciekawe są też fragmenty dotyczące pisarskiej blokady i środowiska wydawniczego, gdzie powieść ocenia się tylko pod kątem kwoty, którą za nią zapłaci Hollywood.
Autor kontra autor nie jest na pewno wybitną literaturą, ale czyta się świetnie. Ot, niegłupia i zabawna lektura na jedno popołudnie, niespełnieni pisarze mogą odnaleźć tam własne rozterki, a inni po prostu interesującą akcję z literaturą w tle. Zwłaszcza, że obecnie nakład jest wyprzedawany i w większości księgarń można ją nabyć nawet za 2-3 zł. Ja nie żałuję.
Tekst by Lilandrah
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Wampir z M-3 - Andrzej Pilipiuk

Z założenia miał to być chyba postmodernizm pełną gębą, ale wyszedł produkt naszpikowany rekwizytami rodem z PRL-u, który miał być swojski i oryginalny, a jest potwornie wymuszony. Wygląda to tak, jakby autor miał zaplanowane rozmaite motywy z popkultury do sparodiowania, i wykreślał z listy te, których już użył. I na koniec, ocierając pot, sapnął: "Uff, jest wszystko. Fajrant".
Gdyby wybrać najciekawsze motywy i dopracować humor, mogłoby być przyzwoicie. Ale wszystkiego jest za dużo, napchane bez ładu i składu, żeby tylko czytelnik nie miał chwili żeby się zatrzymać i pomyśleć. Każda postać jest wręcz podręcznikowo barwna, każda strona obfituje w dowcipne (?) dialogi, mnóstwo się dzieje, w PRL-owską rzeczywistość wplata się wampirze problemy... ale gdzieś ucieka lekkość pióra, gdzieś umyka literatura. Ale czegoż tu nie ma? Typowa nastolatka, córka działacza PZPR, kochająca Limahla, wampir przodownik pracy, wampir komunista, wampir szalony wynalazca i jego mega-pijawki, Necronomicon, rodzina Coolenów (barbarzyńsko wysysająca krew zwierząt), łowcy wampirów, zażywna babcia kierująca armią weteranów AK, Pan 'erotoman' Samochodzik (którego przygód napisał Pilipiuk imponujące 19 tomów!), ubecja, mumie, wilkołaki, zombie... i tak do znudzenia...
Około setnej strony, kiedy pojawił się przystojny wilkołak, miałam chwilę zwątpienia, konstatując, że to dopiero 1/3 całości, a już mam dość. Lista motywów do sparodiowania musiała chyba liczyć kilkanaście stron formatu A4. Jest tu wszystko - tylko sens w tej książce nie istnieje - tak jak gadające psy, które istnieć nie mogą, bo towarzysz Lenin o nich nie pisał.
Od połowy akcja zwalnia, mam wrażenie, że autor nie do końca wiedział co tam jeszcze wstawić, więc skorzystał ze sprawdzonego patentu: mamy do czynienia raczej z opowiadaniami, gdzie bohaterowie dostają zadania do wypełnienia. Najpierw jest to ożywiona egipska mumia (która pojawia się chyba tylko dlatego, że Pilipiuk jest archeologiem), potem nad-wampiry jeżdżące Czarną Wołgą w pogoni za menelem wiecznym tułaczem, a na koniec sukces polskiej myśli technicznej, usiłującej wysyłać w kosmos wampira . I nareszcie koniec. Ubaw był, cholera, po pachy.
Pilipiuk jest, do czego sam się przyznaje, rzemieślnikiem. Może sam przed sobą ma aspiracje do bycia artystą, ale wszem i wobec pokazuje raczej postawę typu: pisać sprawnie, prosto, z pomysłem, sprzedać dużo książek. Jako jeden z nielicznych polskich pisarzy, a już fantastów szczególnie, jest w stanie być literatem zawodowym, a nie skrobać po powrocie z "normalnej" pracy. Szanuję go za to, co nie znaczy, że jakoś szczególnie podziwiam jego twórczość. Talent na pewno ma, ale większa część jego sukcesu to praca i samozaparcie. Gdyby - zamiast zostać pisarzem - zajął się malowaniem, też pewnie ciężką pracą pokonałby pewne niedostatki, i tworzył obrazki, którym często od strony technicznej nie można by nic zarzucić. Pisze książki lekkie, pilnując przy tym, żeby potencjalnego czytelnika przypadkiem nie przerosły intelektualnie. Nie wydaje mi się, żeby dobrym wyjściem było przyjęcie takiej postawy jako ogólnego założenia przy pisaniu polskiej fantastyki - ale prawdopodobnie ciekawe i nieskomplikowane książki przyciągną do czytania kogoś, kto na nich nie poprzestanie. I za to im jednak - mimo wielu zastrzeżeń - chwała. Nawet jeśli są tak słabe jak "Wampir z M-3".
Tekst by Lilandrah






