Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cormac McCarthy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cormac McCarthy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 lipca 2012

www.cormacmccarthy.pl


 Twórcy strony  poświęconej Cormacowi MaCarthy'emu zapytali mnie dziś o możliwość przedruku mojej recenzji "Suttree". Oczywiście zgodziłem się i przyznaję, że zawsze cieszą mnie takie propozycje - tym bardziej, że towarzystwo, w jakim tekst został opublikowany jest zacne. Przedruk zbiega się niedawnymi urodzinami autora i moimi wczorajszymi imieninami. Z tej okazji dałem upust swojemu hipsterstwu piwnemu i kupiłem kilka wynalazków (poniosło mnie w sklepie - nie mam pojęcia po co mi grejpfrutowe pszeniczne, chyba tylko do popijania wódki). Właśnie się chłodzą.

( Na zdjęciu załapała się też dzisiejsza przesyłka z Centrali)

Zdrowie!

piątek, 6 kwietnia 2012

Kalijuga Western - zapiski na marginesie "Krwawego Południka"




McCarthy nie pierwszy raz pracował z tekstem źródłowym czy opierał się na autentycznych wydarzeniach, ale po raz pierwszy wziął na warsztat historię swojego kraju. Jako podstawy dla "Krwawego Południka" użył wspomnień napisanych przez weterana wojny meksykańsko-amerykańskiej (1846-1848), który po zakończeniu walk wraz z grupą najemników pod dowództwem Johna Glantona działał na granicy terenów zaanektowanych do Stanów Zjednoczonych. Wynajęci zostali do eksterminacji Indian, ale eskapada szybko zamieniła się w regularną rzeź wszelkiej maści cywili. Chamberlain - autor owych wspomnień - amerykańskim Ossendowskim jednak nie był i jego zapiski (wydane jako "My Confession: The Recollections of a Rogue"), na których w dużej mierze oparł się McCarthy, są dziś uznawane za niezbyt wiarygodny dokument historyczny. Mówi się, że zostały napisane głównie w celu potępienia wojny na pograniczu. Nietrudno więc szukać tu stycznych z tendencją, którą po Drugiej Wojnie Światowej zainicjował Ka-Tzetnik "Domem Lalek". Wiele wskazuje na to, że oprócz Glantona większość opisanych w "Krwawym Południku" postaci - łącznie z kluczowym dla wydźwięku powieści sędzią Holdenem na czele - nie istniała naprawdę. Nawet zwany w książce Dzieciakiem główny bohater - czy raczej protagonista, bo częściej uwagę autora zdaje się przykuwać wspomniany diaboliczny sędzia - jest tylko luźno oparty o biografię Chamberlaina.

There's no love in your violence.

Spotkanie z postaciami pokroju Holdena, okrucieństwem w sztuce, czy filozoficznym podejściem do "zła" nie jest dla mnie pierwszyzną i niestety książka nie wywołała we mnie tak skrajnych emocji jak się spodziewałem. W porównaniu do wcześniejszych tytułów z bibliografii McCarthy'ego jawi się wręcz jako powieść przygodowa, której potencjalne grono czytelników wydaje się być znacznie szersze. Niewykluczone jednak, że bardziej wrażliwy na sugestywne opisy okrucieństwa odbiorca może nie przebrnąć przez tę książkę. Mając w pamięci opinie niektórych czytelników o "Dziecięciu Bożym" wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli niektórzy ludzie nigdy po nią nie sięgną. W swoim skądinąd ciekawym artykule na temat "Krwawego Południka" Piotr Kofta, dzieląc się swoimi wrażeniami napisał: "Poznałem wiele książek, które starały się odbiorcę odrzucić i zaszokować – ale w przypadku "Krwawego Południka" musiałem sobie dawkować lekturę, by co jakiś czas ochłonąć od jej toksycznej atmosfery."


"Krwawy Południk" jest książką piękną i okrutną, ale nie tak uniwersalną jak dajmy na to "Malowany Ptak" - w przeciwieństwie do powieści Kosińskiego nie ma w nim obecnego pierwiastka niewinności. Jeśli szukalibyśmy w nim dobra, to musielibyśmy uznać, że dobrem jest "mniejsze zło". Oczywiście najciekawszy pozostaje tutaj dysonans między poetyckim językiem, jakiego używa McCarthy, a ilością dosadnej przemocy, jaką nim opisuje. W jego prozie nie tylko obrazy bestialskich mordów, ale i sceny z codzienności przywołują apokaliptyczne malarstwo Bruegla i Boscha. Jednak z każdą kolejną stroną monotematyczność przytłacza do tego stopnia, że po lekturze pozostałem z wrażeniem, że naprawdę niewiele dzieli już tę prozę od wynaturzonej grafomanii, sprawiającej przyjemność napawającemu się okrucieństwem autorowi. Nic dziwnego więc, że na tym poziomie książka jest często porównywana do twórczości Markiza De Sade. Oczywiście, biorąc pod uwagę subtelność w ukazywaniu (czy raczej zaledwie sugerowaniu) przemocy i dewiacji w jednej ze wcześniejszych powieści McCarthy'ego "Dziecię Boże", zdaję sobie sprawę, że ta eskalacja jest celowym zabiegiem, eksplorowaniem pewnej formy literackiej i kolejnym z wielu oblicz eksperymentującego ze środkami wyrazu autora. Prawdopodobnie jego celem było też udowodnienie czytelnikowi, że w każdym człowieku obcującym ze złem z czasem zaciera się wrażliwość i nawet największe okrucieństwa przestają robić na nim wrażenie. Kreacji wizerunku "autora-dewianta" dopełnia pomijanie w opisach obrazów przemocy seksualnej - tak, jakby była to dla niego sfera wstydliwa. Wątpię, czy się z tego kiedykolwiek tłumaczył, pewnie dlatego też w momencie pierwszej publikacji amerykańska publicystyka praktycznie przemilczała "Krwawy Południk".

Problem pogłębiał pewnie fakt, że McCarthy'ego nie interesuje kreślenie rysów psychologicznych postaci, przedstawianie ich pobudek. Dzieciak, który początkowo zdaje się być głównym bohaterem, dematerializuje się i łączy z bandą. Nie mamy wejrzenia w ich umysły - stanowią jedność, cwałują przez prerię jak zwarty organizm, żywioł, szarańcza. Jedyne głębsze myśli wydobywają się z ust sędziego Holdena. Ta zagadkowa postać, bezwłosy mężczyzna, erudyta, z niesamowitą wiedzą o świecie, jawi się czytelnikowi jak mason, albo wręcz namacalny dowód ewolucji człowieka - przy czym jego ogłada nie przeszkadza mu być najokrutniejszym, najbardziej zwyrodniałym i cynicznym z bandy Glantona. Może kojarzyć się z Kurtzem z Jądra Ciemności czy też jego reinterpretacją z Czasu Apokalipsy, ale w swojej wszechwiedzy wydaje się też niesamowicie bliski Gullowi, domniemanemu Kubie Rozpruwaczowi z komiksu Alana Moore'a "Prosto z Piekła". Nietrudno się jednak domyśleć, że do czytelnika jego ustami przemawia tak naprawdę sam McCarthy.

The Decline of Western (Civilization)

Jak już wspomniałem, w "Krwawym Południku" brak hermetyczności, która cechowała wczesne powieści McCarthy'ego. To krok w stronę gatunku i w stronę czytelnika. Jest to krok wdzięczny, ale dla mnie osobiście mniej subtelny i udany od strony artystycznej, niż w przypadku "Dziecięcia Bożego", przy którym mogliśmy gdzieś na marginesie najwyżej zauważyć, że to thriller. Co prawda książkę porównywano do "Iliady" i do "Moby Dicka" i nie jest to przesadą, skojarzenia są trafne, ale od której strony byśmy jej nie gryźli, jak głęboko w nią nie wchodzili, to zawsze dojdziemy do wniosku, że na pierwszym planie to przede wszystkim wybitny western, arcydzieło gatunku.



Nie można jednak powiedzieć, że McCarthy zajął się jego dekonstrukcją, bo to trochę tak, jakby powiedzieć, że gitarowy drone dekonstruuje muzykę rockową, czy ambient muzykę rozrywkową. Powieść McCarthy'ego cechuje całkowity brak paradygmatu. Amerykańscy krytycy nazwali "Krwawy Południk" "westernem ostatecznym". Nie jest to pusta etykietka i nie do końca dotyczy apokaliptycznego wydźwięku książki. To bardzo trafne określenie, szczególnie jeśli popatrzymy na nią z dzisiejszej perspektywy. Mimo, że po raz pierwszy ukazała się w 1985 roku, to po dziś dzień nie powiedziano już nic tak istotnego dla gatunku, do tego western filmowy przez wiele lat wcale nie przyjmował do wiadomości istnienia "Krwawego południka". Filmy czerpiące w jakiś sposób z dzieła McCarthy'ego pojawiły się dopiero w poprzedniej dekadzie. Najwyraźniej widać to w dwóch obrazach: "Tracker" i "Proposition". Co znamienne, oba filmy powstały na Antypodach - prawdopodobnie dlatego, że tylko tam było to możliwe. Australia to kraj nie posiadający mitu założycielskiego, tylko kolonia karna, której historii świadomość zbiorowa nie postrzega przez pryzmat popkulturowej konwencji. Również ludobójstwo, jakie się tam dokonało, jest zazwyczaj nazywane po imieniu.

W "Proposition", opartym o scenariusz Nicka Cave'a (do którego twórczości McCarthy jest chętnie porównywany przez polskich krytyków), była to wizja tak bliska, że to właśnie reżyser tego obrazu - John Holicot - został wybrany do przeniesienia "Drogi" na celuloid. Film został powszechnie uznany za nieudaną ekranizację, przez co i o "Krwawym Południku" zaczęła krążyć opinia dzieła nieprzekładalnego. McCarthy, zapytany o to przez dziennikarza "Wall Street Journal" mówi: "To bzdura. Fakt, że to ponura i krwawa historia nie ma nic do rzeczy w kwestii, czy można ją przenieść na ekran. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że książkę bardzo trudno zaadaptować i trzeba by kogoś z bogatą wyobraźnią i jajami. Ale efekt byłby nadzwyczajny."

Czytelnik zaznajomiony z antywesternem i ze względu na tematykę mordowania Indian spodziewający się tutaj kojarzonych z nim kontestacyjnych treści - antyrasistowskich, antywojennych czy potępiających kolonizację, mocno się zdziwi. Autor zmusza nas wręcz - podobnie jak w przypadku "Dziecięcia Bożego" - byśmy brali stronę okrutnych oprawców, czy też raczej tak jak Pasolini w "120 dniach Sodomy" każe nam patrzeć i pozostaje przy tym zimny i bezstronny.

W tekstach poświęconych "Krwawemu Południkowi" często podkreśla się, że książka nie mogła by powstać przed Holokaustem. To dość trywialne i efekciarskie sformułowanie, odnoszące się zapewne do wpływu, jaki zagłada wywarła na literaturę, ale warto zauważyć, że sprytnie odsuwa też uwagę od istoty sprawy: od historii Stanów Zjednoczonych i czasów, o których McCarthy opowiada. To właśnie na terenie obu Ameryk trwały najintensywniejsze i najbardziej długotrwałe formy ludobójstwa, wyniszczające rdzenne cywilizacje tych kontynentów. Intencją McCarthy'ego nie jest jednak oddanie im sprawiedliwości. Indianie, tak chętnie ukazywani w odbrązawiającym western kinie lat siedemdziesiątych jako uduchowieni, szlachetni wojownicy lub skrzywdzone, bezbronne istoty, w "Krwawym Południku" są zdziczałymi, groteskowymi stworami z najgorszych koszmarów sennych, hordą prosto z Mordoru, a ich przybycie kończy się scenami kojarzącymi się z obrazem Bruegla "Triumf Śmierci". Ustami sędziego Holdena McCarthy jednak podkreśla, że to Indianie skażeni, zdegenerowani, a ich wszelkie pozytywne cechy zanikły w wyniku zetknięcia z cywilizacją białych. Podobnie nie są faworyzowani murzyni, a właściwie chyba tylko jeden występujący w książce - z racji tego, że został wchłonięty przez zachodni krąg kulturowy - jak podkreśla McCarthy - nie różni się niczym od białych oprawców. Wszystkie rasy zostały zrównane, tak samo skalane w obliczu Kalijugi.

Et in Arcadia Ego

Wielu bardziej wnikliwych czytelników "Krwawego Południka" doszukuje się w nim elementów przynależnych gnozie. Jednak ten aspekt jest tak ukryty, stricte symboliczny lub suchy jak w przypadku "Suttree" (poprzedniej powieści McCarthy'ego, zbudowanej na Nowym Testamencie), że trudno jednoznacznie coś na ten temat powiedzieć. Sytuacji nie poprawia to, że sam McCarthy tradycyjnie milczy na ten temat, charakteryzując "Południk" jako powieść otwartą. Na pewno chciał przedstawić Holdena jako postać tajemniczą, skłaniającą do poszukiwań jego odpowiedników w religii i kulturze. Może faktycznie - tak jak sugerują zwolennicy gnostyckiej interpretacji- symbolizuje Boga, Demiurga, Szymona Maga, a może to po prostu westernowy odpowiednik Alistaira Crowleya, co sugerowałyby jego tyrady na temat kreowania świata wedle swojej woli. Można się też zastanawiać, czy banda Glantona nie jest awatarem poszukiwaczy świętego Graala, a Holden ich przywódcą duchowym, swoistym Merlinem. Eksterminacja Indian wiąże się ze zdejmowaniem im skalpów, sędzia jest bezwłosym mężczyzną (przez Chamberlaina opisywanym jako albinos), co prawdopodobnie sugeruje jego nieśmiertelność, lub, jeśli skalp symbolizowałby duszę - zapewne brak duszy.


Ciekawe jest też to, że oprócz drygu literackiego, pierwowzór Dzieciaka - Chamberlain wykazywał talent plastyczny. Pozostawił po sobie wiele obrazów, które, jak pewnie się już domyśleliście, zdobią niniejszy tekst. Jednak w "Krwawym Południku" to właśnie sędzia sięga po ołówek i skrzętnie odrysowuje wszystko, co spotka na swojej drodze. Można uznać, że to po prostu licentia poetica, ale według mnie wskazuje to raczej na zamierzony dualizm. Warto w tym miejscu zastanowić się nad tytułem powieści. Jedna z interpretacji głosi, że chodzi o miasteczko w Teksasie, w którym Dzieciak po raz pierwszy spotyka sędziego - Nacogdoches znajduje się na południku, który oddzielał rubieże Stanów Zjednoczonych od terytorium Meksyku, cywilizację od dzikości. Czy więc przejście przez południk symbolizuje znalezienie się w zaświatach? Przejście do miejsca mogącego być analogicznie zestawionym ze strefą znaną ze "Stalkera" i "Pikniku na skraju drogi"? McCarthy pozostawia też ciekawe tropy w scenie z kartami tarota. Oprócz wróżby dotyczącej przyszłości bandy Glantona, w bujnym opisie zostaje wspomniana, ale nie wylosowana, karta "Arcykapłanka". Karta ta posiada ukryte znaczenie: dwie kolumny symbolizujące Wenus i Marsa, ogień i wodę. Posuwając się dalej w kierunku tej interpretacji dotrzemy do kabalistycznego Drzewa Życia i dwóch jego przeciwstawnych kolumn prawej - męskiej, lęwej - żeńskiej (odpowiadającej zasadzie Din - co oznacza sąd!). Między nimi ukryty jest punkt - Daath. Według Thelemitów "mieszka" tam demon intelektu Choronzon, który chce złapać Maga w pułapkę utkaną z myśli. Daath to otchłań, która jest portalem do innego świata. Kto ją przekroczy, znajdzie się poza dobrem i złem - symbolizuje wyjście po za owy dualizm. Czy więc przejście południka wiąże się ze wstąpieniem w Daath?

Pamiętając też o częstych odwołaniach McCarthy'ego do Biblii, możemy również uznać, że "Krwawy Południk" jest uzupełnieniem życia Jezusa Chrystusa, wariacją na temat tego, gdzie przebywał między wiekiem dziecięcym a dorosłością, albo na temat odejścia Boga na pustynię. Są to jednak tylko poszlaki, które dla nas, maluczkich, niekoniecznie pogłębiają sens tego, z czym obcowaliśmy, ale na pewno dają pole do wielowymiarowej interpretacji i powiem szczerze, że chętnie bym taką interpretację napisaną przez kogoś mądrzejszego ode mnie przeczytał. Jednak mimo śladów mistycyzmu nie nazwałbym tej książki westernem metafizycznym. Związki z najważniejszymi przedstawicielami tego "nieistniejącego gatunku" (na przykład z "Truposzem") są oczywiste, ale czuje się, że "Krwawy Południk" to jednak coś innego. "Bóg to wojna" mówi bez ogródek sędzia Holden, a czytelnik nie ma innego wyjścia, jak w duchu przyznać mu rację. W jakimś sensie McCarthy wymazuje metafizykę lub sprowadza ją do czynu i cielesności, do okrutnej paraboli, którą najtrafniej zobrazują słowa przypisywane Baronowi Ungernowi von Sternbergowi: "Dobro i zło nie istnieją, tak jak i życie i śmierć. Jest tylko działanie. Walka.".

czwartek, 29 grudnia 2011

Suttree - Cormac McCarthy


"Nie jesteś jedynym człowiekiem, który ma rację.

Szmaciarz ostrożnie podniósł głowę.
Wszyscy mamy rację, powiedział Suttree.
Wszyscy mamy przejebane, odparł szmaciarz."

Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.


Nigdy nie posiadłem bardzo przydatnej umiejętności szybkiego czytania, dlatego - na pewno znacie to uczucie - gdy kończę książkę, która ma powyżej czterystu stron, zazwyczaj mieszkam już w świecie przedstawionym przez autora. "Suttree" ma ich ponad sześćset. Nie chciałem, żeby się kończyła i niezwykle trudno było mi się wydostać z tej krainy. Szczerze powiedziawszy, jakoś nie pociesza mnie fakt, że znajduję się w niej za każdym razem, gdy otwieram oczy.


Znając poprzednie powieści McCarthy'ego, spodziewałem się książki przejściowej. Poniekąd miałem rację, lecz nie można mówić tu o jakimś spadku formy - autor raczej postawił sobie wyzwanie. Po dość oszczędnej, zimnej, wręcz oskarżanej przez niektórych czytelników o ahumanistyczny wydźwięk powieści "Dziecię Boże", napisał książkę posiadającą bardzo bogatą, rozbudowaną stylistycznie narrację, pełną ciepła, kolorów i bohaterów. Można pomyśleć, że autor w jakiś sposób reflektuje się przed czytelnikiem - przede wszystkim za protagonistę obrał postać, z którą bardzo łatwo jest się utożsamić. Z drugiej strony, przekornie stworzył prozę lżejszą tematycznie, ale niepomiernie trudniejszą w odbiorze, bo w narracji pełną impresyjności, wizji i retrospekcji.

Gdy w poprzedniej powieści jego bohaterem był odrzucony przez społeczeństwo seryjny morderca, to w tej jest nim sympatyczny młody rybak, wiodący z wyboru ubogie życie wśród wszelkiej maści wykolejeńców. Nie sposób nie dostrzec, że McCarthy znów opiera swoją książkę o wątki biblijne. To bardzo ciekawe, że obie, pozornie tak odległe sobie postacie, ewidentnie inspirowane są Jezusem Chrystusem - owi protagoniści uzupełniają się, tworząc coraz bardziej złożony obraz bohatera, który interesuje McCarthy'ego. To ten sam przedstawiciel rodzaju ludzkiego, który w założeniu powinien interesować Boga - człowiek w pełnej okazałości, grzeszny, pełen wad i słabości. Wydaje mi się też, że zmienił się tu obraz samego Wszechmogącego - ze starotestamentowego żądnego krwi bóstwa w nowotestamentowego, obdarzonego empatią. Taki też staje się sam McCarthy: coraz mniej uwagi poświęca przyrodzie, a coraz więcej ludziom, staje się wobec nich życzliwszy i cieplejszy - nie sposób odnotować tu jakiegoś skrajnie negatywnego bohatera czy personifikację zła. Nawet pojawiający się tu symboliczny kusiciel jest niegroźnym, niejadowitym wężem wodnym.

Wbrew temu, co można by sądzić, trudno McCarthy'ego oskarżyć o jakieś nadużycia związane z judeochrześcijańską mitologią. Widać, że autor poczynił postępy od czasu "W Ciemność" - powieści, w której stosował nawiązania biblijne nie do końca umiejętnie, co czyniło je nadętymi i nieraz dość trywialnymi. Być może zmienił mu się w tym czasie światopogląd, w każdym razie kluczem okazało się to, że umiał się wobec Boga i Biblii zdystansować. Co prawda przedstawienie Drogi Krzyżowej, które nam zafundował, kojarzy się z problemami zdrowotnymi Charlesa Bukowskiego, co może co po niektórych - przyjmujących to, co czytają zbyt dosłownie - obrazić. Jednak oczywiste jest, że nie powinno się tej książki odbierać jednowymiarowo, chodzi w końcu o wydźwięk egzystencjalny, a nie duchowy czy stricte religijny. Pojawiające się tu parafrazy nie są istotne dla odczytywania sensu powieści, to raczej punkty postawione na linii fabularnej głównie po to, by wokół nich budować narrację, sceny, postacie i prowokować wydarzenia które je spotykają - śmierć, krzywdę, miłość, chorobę, wszystko to, co w naszym życiu nieuniknione. Wyłania się z tej książki niesamowity uniwersalizm prozy McCarthy'ego. Zamiast umownego Suttree bohaterem mógłby być zarówno Jezus, handlujący bronią w Etiopii Artur Rimbaud, Charles Bukowski jak i Ty, czytelniku.

Kilka lat temu poznałem pewnego mężczyznę, z którym w innych okolicznościach prawdopodobnie bym się nie spotkał. Pracowaliśmy razem na budowie. Czytał książki o tym jak osiągnąć sukces, o karierze zawodowej i o manipulacji ludźmi, ale tak naprawdę był, tak jak ja, tylko nieszkodliwym idiotą. Z dumą i przekonaniem oznajmiał, że jego życie to walka. Przy kawie, papierosach i kanapce z cementem zapytał mnie kiedyś o to, jakie jest moje życie. Odpowiedziałem mu, że leżę w łódce i płynę z prądem. Po lekturze "Suttree" powiedziałbym mu raczej, że leżę w łódce, a wszystko płynie wokół mnie. Ta powieść jest właśnie o takich ludziach jak ja i on - o ludziach, którym, mimo starań, nie jest dana żadna iluminacja.

środa, 19 października 2011

Dziecię Boże - Cormac McCarthy


Zacznę już tradycyjnie - "Dziecię Boże" to kolejna książka McCarthy'ego, która pozostawia recenzenta bezradnym. Z ciekawością przeszukiwałem internet i czytałem recenzję za recenzją. Żadna nie była warta funta kłaków. Moja zapewne też nie będzie. Dopełniam jednak formalności - bo postanowiłem napisać o każdej książce McCarthy'ego. Mówię jednak od razu, że mój tekst nie jest wymuszony. O "Dziecięciu Bożym" można powiedzieć sporo, ale niekoniecznie będzie to miało jakikolwiek sens, bo - jak już wspomniałem w poprzednich recenzjach - nie przedstawi Wam to magii prozy Cormaca. Jeśli jeszcze nie mieliście z nią styczności, to będzie lepiej, jeśli darujecie sobie lekturę dalszej części tekstu i po prostu skierujecie się do najbliższej księgarni...

Z poprzednich powieści "Dziecię Boże" najbardziej przypomina "Strażnika Sadu". Książki te łączy zarówno tematyka wykluczenia społecznego jak i poetyckość stylu. Widać jednak, że autor eksperymentował ze swoim warsztatem, uważnie cedzi swoją prozę stawiając na niedopowiedzenie i oszczędność. Efekt okazał się piorunujący. Zaryzykuję stwierdzenie, że wyszło z tego minimalistyczne połączenie "Psychozy" z "Malowanym Ptakiem". Te porównania mogą nas zanieść w ciekawe rejony i warto wspomnieć, że na pewnym poziomie to powieść - na pewno nie gatunkowa - ale mająca sporo wspólnego z horrorem czy thrillerem. Sposób narracji jaki obrał McCarthy - umiejętne odsuwanie od czytelnika mrocznej tajemnicy, tylko po to, by w odpowiednim momencie obnażyć prawdę jednym zdaniem - spowodował u wielu osób wrażenie obcowania z książką niezwykle brutalną, gdy tak naprawdę w "Dziecięciu" niewiele jest scen mrożących krew w żyłach. Do tego są zdecydowanie odrealnione i marginalne, gdyż autor - podobnie jak bohater - spycha je na peryferia świadomości. Określenie "mroczna baśń", które wydawca zastosował przy próbie opisania atmosfery poprzedniej powieści McCarthy'ego, okazuje się bardziej pasować do "Dziecięcia Bożego", gdyż jest tu swoista oniryczność, potęgowana trwającą przez większość akcji zimą, skrywającą ślady zbrodni pod grubym pancerzem śniegu.

Trudno tak naprawdę określić zamiary McCarthy'ego. Możliwe, że w tym literackim minimalizmie jest zakodowana prawda o człowieku. Na pewno jest prawda o społeczeństwie, które samo kręci na siebie bat. Jednak nie da się tu dopatrywać jednoznacznej krytyki, przestrogi czy stawiania pytań. To proza trzymająca się na dystans od wszystkiego - oprócz przyrody, która zdaje się być uniwersum, do którego człowiek nie do końca przynależy.

Jakimś kluczem do interpretacji jest zapewne tytuł i pojawiające się w książce wątki biblijne. Warto pamiętać o tym, jaką funkcję spełnia Bóg w powieściach McCarthy'ego. To okrutne, sadystyczne, starotestamentowe bóstwo zdaje się zawsze gdzieś czyhać - ale w "Dziecięciu Bożym" przez dłuższy czas wydaje się nie zainteresowane krainą, w której mieszka bohater. Uświadamiamy sobie jego obecność w czasie potopu, który nawiedza występujące w powieści miasteczko. Zaczyna do nas docierać, że niczego nieświadomy główny bohater pełni w jego planach bardzo podobną rolę, co destrukcyjne siły natury...

Jednak religijny koncept zdaje się mylący dla czytelników chcących odkodowywać go za pomocą swojej ukształtowanej przez społeczeństwo moralności. Nie interpretowałbym go - jak większość recenzentów - w kontekście "trudno uwierzyć, że bohater też jest dzieckiem Boga"*. To oczywiste, że jest. Instynkty, którym się poddaje, są przecież podstawowymi imperatywami danymi przez Stwórcę.

Humanizm McCarthy'ego polega na tym, że skupia uwagę na jednostkach, którym społeczeństwo - i, jak widać, nierozumiejący istoty rzeczy czytelnicy - nie chce się przyglądać. Zapewne obrzydza ich fakt, że autor nie pozostawia wielkiego wyboru i muszą się z tym odludkiem utożsamiać. Trudno im zaakceptować, że mimo ułomności, patrzy w te same gwiazdy co my i tak samo jak my zastanawia się nad sensem istnienia. Wydaje mi się, że boją się oczywistej refleksji, że tak naprawdę bohater jest równie ludzki, co reszta z nas. To bardzo ciekawe, że w tych wszystkich recenzjach które przeczytałem nie natrafiłem na ślad poczucia winy - a przecież to właśnie społeczeństwo tworzy takie jednostki. Czyżby czytelnicy nie dostrzegali tego, że może są równie kalecy emocjonalnie jak on?

"Nie potrafię docenić takiej literatury... drastyczność i przemoc bijąca z tej książki to jedyne co pamiętam" - pisze jedna z czytelniczek. Na szczęście takie głosy to mniejszość. Proza McCarthy'ego, mimo pozornego niedocenienia i może niezrozumienia, nie trafia w pustkę i sprzedaje się dobrze. Możemy się zastanawiać, na ile ten komercyjny fenomen podyktowany jest promocją związaną z ekranizacjami jego prozy, ale to w jakis sposób pocieszające, że w dzisiejszych czasach popularność mogą zyskac tak dobre książki. Nie ma w tej prozie moralitetów czy złudnych nadziei, a mimo lekkości stylu (znakomity warsztat) nie mają nic wspólnego z literaturą lekką, łatwą i przyjemną.


*przykro mi się robi, jeśli tylko takie wnioski ktoś wyniósł z tej książki.


piątek, 25 lutego 2011

"W ciemność" Cormac McCarthy

Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.



Poprzednim razem (klik) stwierdziłem, że bardzo trudno pisać o prozie McCarhy'ego. Nie zmieniłem zdania. Pisanie o niej jest nie tyle trudne, co całkowicie bezcelowe. No ale znowu spróbuję...

To chronologicznie druga książka McCarhy'ego, tak się składa, że to również druga jego autorstwa, którą dane mi było przeczytać. Tradycyjnie już, zacznę od karkołomnej metafory: jeśli miałbym porównać te książki do malarstwa, to Strażnika Sadu nazwałbym zbiorem pejzaży, a W ciemność zbiorem portretów. To proza oparta na ludziach, tkana z ich płaczu, a nie z zawodzenia wilków i krzyków lelków kozodojów. Oparta na domokrążcach, wisielcach i bimbrownikach, malowanych na tle prowincjonalnych małych sklepów, drewnianych kościołków i cmentarzy.

Strona warsztatowa też wypada inaczej - wyraźnie widać nie tylko przeniesienie środka ciężkości, ale też zmianę stylu. Niekoniecznie nazwałbym dziś tę zmianę ewolucją, bo według mnie nie jest to zmiana na lepsze. Mimo tego, że jego proza kondensuje się i - być może - staje się bardziej przystępna, to niestety mniej jest w niej poezji, mniej metafizyki. Co prawda zdarzają się takie akapity:

Zaczęła cicho płakać, ukrywając twarz w dłoniach. Druciarz jeszcze długo słyszał jej płacz na drodze. Słyszał go daleko, niosący się ponad zimnymi, ale parującymi jesiennymi polami, a naczynia pobrzękiwały w ciemności jak boje jakiegoś mrocznego, jałowego wybrzeża i słyszał, jak jej szloch stopniowo cichnie, by wreszcie całkiem zamilknąć, niczym krzyk ptaków morskich w ogromnej, słonej, czarnej samotności, której strzegą.

...ale gdy Strażnik budowany był niemal tylko i wyłącznie z prozy tego sortu, to tym razem jest to używane rzadko. Fakt, umiarkowane stosowanie tak efektownych zdań pełni pewną funkcję dramaturgiczną, ale gdybym chciał coś zacytować ze Strażnika, to pewnie nie mógłbym się zdecydować i przysłowiowo "musiałbym przepisać całą książkę"*. Co ważne, ta kondensacja zbliża McCarthy'ego do tego, co kojarzę z pojęciem "literatura amerykańska". I tutaj chciałbym wszystkich niedowiarków kręcących nosem i znających tylko późniejsze książki Cormaca, nakłonić do sięgnięcia po jego debiut - bo zdaje mi się, że jeśli idzie o styl, to nie do końca rzecz, którą skojarzycie z jego powieściami. Mnie osobiście, mimo tego, że W Ciemność się podobało, to z czystym sumieniem polecić mógłbym ją jedynie w tandemie ze Strażnikiem sadu.

Wartości prozy McCarthy'ego nie sprowadzałbym do funkcji czysto interpretacyjnych - bo nie w tym tkwi jej siła - ale już od samego początku trudno jest nie dostrzec wątków biblijnych obecnych w tej powieści. Niestety, w literaturze (i nie tylko) cytat, parafraza mocno już spowszedniały i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, wszystkie odniesienia jakie tu znalazłem - prócz mocnej puenty - zdają się być dość trywialne. Problem tkwi też w tym, że W ciemność stara się być rzeczą głębszą , celującą wyżej, niż sugerowana na rewersie okładki "mroczna baśń." Książka ma co prawda dużo wspólnego z Nocą Myśliwego, ale nie jest aż tak fantastyczna czy bajkowa, więc mniej można wg mnie tym topornym alegoriom wybaczyć. W każdym razie, jeśli W ciemność jest mroczną baśnią, to życie większości z nas musiałoby być mroczną baśnią... a ta nazwa, jakkolwiek poetycka, to do tego bagna - w którym wszyscy się taplamy - raczej mi nie pasuje.


*Nie zawsze jest to oczywiście zaletą, ale umówmy się, że w przypadku mocno pretekstowej fabularnie prozy Cormaca tak jest.


Mam wydanie miękkookładkowe ( jest też wersja HC), ale jak najbardziej wszystko z nim OK. Swoją drogą - okładki, które są wizytówką tej serii - projektu Michała Karcza, ważam za znakomite. Oszczędna, spójna stylistyka świetnie podkreśla atmosferę prozy McCarthy'ego. Zastanawia mnie, czy zmieniająca się tonacja kolorystyczna ma jakiś zamysł. Ale o tym przekonam się dopiero, gdy na półce będą stały wszystkie książki McCarthy'ego. Czego sobie i Wam życzę... Przekład? Na medal. Literówek nie ma. Brawo.



środa, 1 grudnia 2010

"Strażnik sadu" Cormac McCarthy




Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.




Nie mogę napisać dużo o tej książce, bo byłoby to jak pisanie naukowego eseju o pękającej w upale ziemi. Wolałbym ją Wam po prostu polecić, albo sięgać po karkołomne metafory i napisać, że jest jak muzyka Johna Faheya, albo że gdyby ta książka była ambientową płytą, podświadomie nazywałbym ją Music for Mill Ponds. Nie mniej to tylko karkołomne metafory, a taka moja rola, że napisać o niej muszę - i nie chodzi o to, że nie czuję się na siłach, bo pisać pięknie o pięknej książce to żaden wyczyn- chodzi o to, że mam świadomość, że cokolwiek nie napiszę, zabrzmi pretensjonalnie i nie ukaże prawdziwego oblicza prozy McCarthy'ego.


McCarthy od dawna znajduje się na mojej liście "muszę przeczytać", ale z racji ukierunkowania kolekcji nie miałem jeszcze okazji zdobyć żadnej jego książki. Ale chyba dobrze się stało, bo dzięki temu mogę teraz poznawać jego prozę od niedawno wydanego w naszym kraju debiutu - od Strażnika sadu.

Bohaterami książki są: wychowujący się bez ojca chłopiec, starzec mieszkający w opuszczonym, zaniedbanym sadzie i przemytnik alkoholu. Mimo, że McCarthy dla pozoru przecina ich losy, to tak naprawdę najbardziej łączy ich to, że mieszkają pod jednym niebem. Niebem wznoszącym się nad głęboką, jeszcze nie do końca wyrwaną dzikiej naturze amerykańską prowincją. Lecz wbrew pozorom, McCarthy'ego kompletnie nie interesuje Ameryka, a i sam człowiek zajmuje go tylko w niewielkim stopniu. Najbardziej interesuje go metafizyka i pewna ulotność chwili, którą zdaje się łapać niczym poeta lub malarz próbujący uchwycić nieuchwytne. Jego długie zdania są jak obrazy błotnistych pól, z których zrywają się stada kruków. To swoiste miniatury, tak poetyckie i metaforyczne, że mogłyby funkcjonować w oderwaniu od całości i często zawierające w sobie zamknięte narracje i dramaturgie, kończące się tak trafnie postawioną kropką, że mogłoby po niej nie nastąpić już żadne słowo. Sam autor w tym wszystkim zdaje się być Bogiem, istotą wszechmogącą, która za pomocą jednego zdania tworzy i unicestwia mikro-wszechświaty. Jego proza to tekst tak gęsty, dźwięczny i efektowny, że mimowolnie chce się go przeczytać na głos, żeby usłyszeć jak te słowa brzmią - a wyartykułowane brzmią naprawdę pięknie i jeszcze długo wiszą w powietrzu, zupełnie jak zapach niedawno wypalonego tytoniu w gęstą letnią noc. Magia.



Mam wydanie miękko okładkowe ( jest też wersja HC), ale jak najbardziej wszystko z nim OK. Co do przekładu - zapewne dość trudno było przetłumaczyć tak poetycki język, do tego mamy tu masę gwary, ale tłumaczowi wręcz w brawurowy sposób udało się utrzymać zarówno poetyckość jak i melodyjność tekstu. Brawo.