Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo literackie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2011

Suttree - Cormac McCarthy


"Nie jesteś jedynym człowiekiem, który ma rację.

Szmaciarz ostrożnie podniósł głowę.
Wszyscy mamy rację, powiedział Suttree.
Wszyscy mamy przejebane, odparł szmaciarz."

Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.


Nigdy nie posiadłem bardzo przydatnej umiejętności szybkiego czytania, dlatego - na pewno znacie to uczucie - gdy kończę książkę, która ma powyżej czterystu stron, zazwyczaj mieszkam już w świecie przedstawionym przez autora. "Suttree" ma ich ponad sześćset. Nie chciałem, żeby się kończyła i niezwykle trudno było mi się wydostać z tej krainy. Szczerze powiedziawszy, jakoś nie pociesza mnie fakt, że znajduję się w niej za każdym razem, gdy otwieram oczy.


Znając poprzednie powieści McCarthy'ego, spodziewałem się książki przejściowej. Poniekąd miałem rację, lecz nie można mówić tu o jakimś spadku formy - autor raczej postawił sobie wyzwanie. Po dość oszczędnej, zimnej, wręcz oskarżanej przez niektórych czytelników o ahumanistyczny wydźwięk powieści "Dziecię Boże", napisał książkę posiadającą bardzo bogatą, rozbudowaną stylistycznie narrację, pełną ciepła, kolorów i bohaterów. Można pomyśleć, że autor w jakiś sposób reflektuje się przed czytelnikiem - przede wszystkim za protagonistę obrał postać, z którą bardzo łatwo jest się utożsamić. Z drugiej strony, przekornie stworzył prozę lżejszą tematycznie, ale niepomiernie trudniejszą w odbiorze, bo w narracji pełną impresyjności, wizji i retrospekcji.

Gdy w poprzedniej powieści jego bohaterem był odrzucony przez społeczeństwo seryjny morderca, to w tej jest nim sympatyczny młody rybak, wiodący z wyboru ubogie życie wśród wszelkiej maści wykolejeńców. Nie sposób nie dostrzec, że McCarthy znów opiera swoją książkę o wątki biblijne. To bardzo ciekawe, że obie, pozornie tak odległe sobie postacie, ewidentnie inspirowane są Jezusem Chrystusem - owi protagoniści uzupełniają się, tworząc coraz bardziej złożony obraz bohatera, który interesuje McCarthy'ego. To ten sam przedstawiciel rodzaju ludzkiego, który w założeniu powinien interesować Boga - człowiek w pełnej okazałości, grzeszny, pełen wad i słabości. Wydaje mi się też, że zmienił się tu obraz samego Wszechmogącego - ze starotestamentowego żądnego krwi bóstwa w nowotestamentowego, obdarzonego empatią. Taki też staje się sam McCarthy: coraz mniej uwagi poświęca przyrodzie, a coraz więcej ludziom, staje się wobec nich życzliwszy i cieplejszy - nie sposób odnotować tu jakiegoś skrajnie negatywnego bohatera czy personifikację zła. Nawet pojawiający się tu symboliczny kusiciel jest niegroźnym, niejadowitym wężem wodnym.

Wbrew temu, co można by sądzić, trudno McCarthy'ego oskarżyć o jakieś nadużycia związane z judeochrześcijańską mitologią. Widać, że autor poczynił postępy od czasu "W Ciemność" - powieści, w której stosował nawiązania biblijne nie do końca umiejętnie, co czyniło je nadętymi i nieraz dość trywialnymi. Być może zmienił mu się w tym czasie światopogląd, w każdym razie kluczem okazało się to, że umiał się wobec Boga i Biblii zdystansować. Co prawda przedstawienie Drogi Krzyżowej, które nam zafundował, kojarzy się z problemami zdrowotnymi Charlesa Bukowskiego, co może co po niektórych - przyjmujących to, co czytają zbyt dosłownie - obrazić. Jednak oczywiste jest, że nie powinno się tej książki odbierać jednowymiarowo, chodzi w końcu o wydźwięk egzystencjalny, a nie duchowy czy stricte religijny. Pojawiające się tu parafrazy nie są istotne dla odczytywania sensu powieści, to raczej punkty postawione na linii fabularnej głównie po to, by wokół nich budować narrację, sceny, postacie i prowokować wydarzenia które je spotykają - śmierć, krzywdę, miłość, chorobę, wszystko to, co w naszym życiu nieuniknione. Wyłania się z tej książki niesamowity uniwersalizm prozy McCarthy'ego. Zamiast umownego Suttree bohaterem mógłby być zarówno Jezus, handlujący bronią w Etiopii Artur Rimbaud, Charles Bukowski jak i Ty, czytelniku.

Kilka lat temu poznałem pewnego mężczyznę, z którym w innych okolicznościach prawdopodobnie bym się nie spotkał. Pracowaliśmy razem na budowie. Czytał książki o tym jak osiągnąć sukces, o karierze zawodowej i o manipulacji ludźmi, ale tak naprawdę był, tak jak ja, tylko nieszkodliwym idiotą. Z dumą i przekonaniem oznajmiał, że jego życie to walka. Przy kawie, papierosach i kanapce z cementem zapytał mnie kiedyś o to, jakie jest moje życie. Odpowiedziałem mu, że leżę w łódce i płynę z prądem. Po lekturze "Suttree" powiedziałbym mu raczej, że leżę w łódce, a wszystko płynie wokół mnie. Ta powieść jest właśnie o takich ludziach jak ja i on - o ludziach, którym, mimo starań, nie jest dana żadna iluminacja.

środa, 19 października 2011

Dziecię Boże - Cormac McCarthy


Zacznę już tradycyjnie - "Dziecię Boże" to kolejna książka McCarthy'ego, która pozostawia recenzenta bezradnym. Z ciekawością przeszukiwałem internet i czytałem recenzję za recenzją. Żadna nie była warta funta kłaków. Moja zapewne też nie będzie. Dopełniam jednak formalności - bo postanowiłem napisać o każdej książce McCarthy'ego. Mówię jednak od razu, że mój tekst nie jest wymuszony. O "Dziecięciu Bożym" można powiedzieć sporo, ale niekoniecznie będzie to miało jakikolwiek sens, bo - jak już wspomniałem w poprzednich recenzjach - nie przedstawi Wam to magii prozy Cormaca. Jeśli jeszcze nie mieliście z nią styczności, to będzie lepiej, jeśli darujecie sobie lekturę dalszej części tekstu i po prostu skierujecie się do najbliższej księgarni...

Z poprzednich powieści "Dziecię Boże" najbardziej przypomina "Strażnika Sadu". Książki te łączy zarówno tematyka wykluczenia społecznego jak i poetyckość stylu. Widać jednak, że autor eksperymentował ze swoim warsztatem, uważnie cedzi swoją prozę stawiając na niedopowiedzenie i oszczędność. Efekt okazał się piorunujący. Zaryzykuję stwierdzenie, że wyszło z tego minimalistyczne połączenie "Psychozy" z "Malowanym Ptakiem". Te porównania mogą nas zanieść w ciekawe rejony i warto wspomnieć, że na pewnym poziomie to powieść - na pewno nie gatunkowa - ale mająca sporo wspólnego z horrorem czy thrillerem. Sposób narracji jaki obrał McCarthy - umiejętne odsuwanie od czytelnika mrocznej tajemnicy, tylko po to, by w odpowiednim momencie obnażyć prawdę jednym zdaniem - spowodował u wielu osób wrażenie obcowania z książką niezwykle brutalną, gdy tak naprawdę w "Dziecięciu" niewiele jest scen mrożących krew w żyłach. Do tego są zdecydowanie odrealnione i marginalne, gdyż autor - podobnie jak bohater - spycha je na peryferia świadomości. Określenie "mroczna baśń", które wydawca zastosował przy próbie opisania atmosfery poprzedniej powieści McCarthy'ego, okazuje się bardziej pasować do "Dziecięcia Bożego", gdyż jest tu swoista oniryczność, potęgowana trwającą przez większość akcji zimą, skrywającą ślady zbrodni pod grubym pancerzem śniegu.

Trudno tak naprawdę określić zamiary McCarthy'ego. Możliwe, że w tym literackim minimalizmie jest zakodowana prawda o człowieku. Na pewno jest prawda o społeczeństwie, które samo kręci na siebie bat. Jednak nie da się tu dopatrywać jednoznacznej krytyki, przestrogi czy stawiania pytań. To proza trzymająca się na dystans od wszystkiego - oprócz przyrody, która zdaje się być uniwersum, do którego człowiek nie do końca przynależy.

Jakimś kluczem do interpretacji jest zapewne tytuł i pojawiające się w książce wątki biblijne. Warto pamiętać o tym, jaką funkcję spełnia Bóg w powieściach McCarthy'ego. To okrutne, sadystyczne, starotestamentowe bóstwo zdaje się zawsze gdzieś czyhać - ale w "Dziecięciu Bożym" przez dłuższy czas wydaje się nie zainteresowane krainą, w której mieszka bohater. Uświadamiamy sobie jego obecność w czasie potopu, który nawiedza występujące w powieści miasteczko. Zaczyna do nas docierać, że niczego nieświadomy główny bohater pełni w jego planach bardzo podobną rolę, co destrukcyjne siły natury...

Jednak religijny koncept zdaje się mylący dla czytelników chcących odkodowywać go za pomocą swojej ukształtowanej przez społeczeństwo moralności. Nie interpretowałbym go - jak większość recenzentów - w kontekście "trudno uwierzyć, że bohater też jest dzieckiem Boga"*. To oczywiste, że jest. Instynkty, którym się poddaje, są przecież podstawowymi imperatywami danymi przez Stwórcę.

Humanizm McCarthy'ego polega na tym, że skupia uwagę na jednostkach, którym społeczeństwo - i, jak widać, nierozumiejący istoty rzeczy czytelnicy - nie chce się przyglądać. Zapewne obrzydza ich fakt, że autor nie pozostawia wielkiego wyboru i muszą się z tym odludkiem utożsamiać. Trudno im zaakceptować, że mimo ułomności, patrzy w te same gwiazdy co my i tak samo jak my zastanawia się nad sensem istnienia. Wydaje mi się, że boją się oczywistej refleksji, że tak naprawdę bohater jest równie ludzki, co reszta z nas. To bardzo ciekawe, że w tych wszystkich recenzjach które przeczytałem nie natrafiłem na ślad poczucia winy - a przecież to właśnie społeczeństwo tworzy takie jednostki. Czyżby czytelnicy nie dostrzegali tego, że może są równie kalecy emocjonalnie jak on?

"Nie potrafię docenić takiej literatury... drastyczność i przemoc bijąca z tej książki to jedyne co pamiętam" - pisze jedna z czytelniczek. Na szczęście takie głosy to mniejszość. Proza McCarthy'ego, mimo pozornego niedocenienia i może niezrozumienia, nie trafia w pustkę i sprzedaje się dobrze. Możemy się zastanawiać, na ile ten komercyjny fenomen podyktowany jest promocją związaną z ekranizacjami jego prozy, ale to w jakis sposób pocieszające, że w dzisiejszych czasach popularność mogą zyskac tak dobre książki. Nie ma w tej prozie moralitetów czy złudnych nadziei, a mimo lekkości stylu (znakomity warsztat) nie mają nic wspólnego z literaturą lekką, łatwą i przyjemną.


*przykro mi się robi, jeśli tylko takie wnioski ktoś wyniósł z tej książki.


piątek, 25 lutego 2011

"W ciemność" Cormac McCarthy

Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.



Poprzednim razem (klik) stwierdziłem, że bardzo trudno pisać o prozie McCarhy'ego. Nie zmieniłem zdania. Pisanie o niej jest nie tyle trudne, co całkowicie bezcelowe. No ale znowu spróbuję...

To chronologicznie druga książka McCarhy'ego, tak się składa, że to również druga jego autorstwa, którą dane mi było przeczytać. Tradycyjnie już, zacznę od karkołomnej metafory: jeśli miałbym porównać te książki do malarstwa, to Strażnika Sadu nazwałbym zbiorem pejzaży, a W ciemność zbiorem portretów. To proza oparta na ludziach, tkana z ich płaczu, a nie z zawodzenia wilków i krzyków lelków kozodojów. Oparta na domokrążcach, wisielcach i bimbrownikach, malowanych na tle prowincjonalnych małych sklepów, drewnianych kościołków i cmentarzy.

Strona warsztatowa też wypada inaczej - wyraźnie widać nie tylko przeniesienie środka ciężkości, ale też zmianę stylu. Niekoniecznie nazwałbym dziś tę zmianę ewolucją, bo według mnie nie jest to zmiana na lepsze. Mimo tego, że jego proza kondensuje się i - być może - staje się bardziej przystępna, to niestety mniej jest w niej poezji, mniej metafizyki. Co prawda zdarzają się takie akapity:

Zaczęła cicho płakać, ukrywając twarz w dłoniach. Druciarz jeszcze długo słyszał jej płacz na drodze. Słyszał go daleko, niosący się ponad zimnymi, ale parującymi jesiennymi polami, a naczynia pobrzękiwały w ciemności jak boje jakiegoś mrocznego, jałowego wybrzeża i słyszał, jak jej szloch stopniowo cichnie, by wreszcie całkiem zamilknąć, niczym krzyk ptaków morskich w ogromnej, słonej, czarnej samotności, której strzegą.

...ale gdy Strażnik budowany był niemal tylko i wyłącznie z prozy tego sortu, to tym razem jest to używane rzadko. Fakt, umiarkowane stosowanie tak efektownych zdań pełni pewną funkcję dramaturgiczną, ale gdybym chciał coś zacytować ze Strażnika, to pewnie nie mógłbym się zdecydować i przysłowiowo "musiałbym przepisać całą książkę"*. Co ważne, ta kondensacja zbliża McCarthy'ego do tego, co kojarzę z pojęciem "literatura amerykańska". I tutaj chciałbym wszystkich niedowiarków kręcących nosem i znających tylko późniejsze książki Cormaca, nakłonić do sięgnięcia po jego debiut - bo zdaje mi się, że jeśli idzie o styl, to nie do końca rzecz, którą skojarzycie z jego powieściami. Mnie osobiście, mimo tego, że W Ciemność się podobało, to z czystym sumieniem polecić mógłbym ją jedynie w tandemie ze Strażnikiem sadu.

Wartości prozy McCarthy'ego nie sprowadzałbym do funkcji czysto interpretacyjnych - bo nie w tym tkwi jej siła - ale już od samego początku trudno jest nie dostrzec wątków biblijnych obecnych w tej powieści. Niestety, w literaturze (i nie tylko) cytat, parafraza mocno już spowszedniały i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, wszystkie odniesienia jakie tu znalazłem - prócz mocnej puenty - zdają się być dość trywialne. Problem tkwi też w tym, że W ciemność stara się być rzeczą głębszą , celującą wyżej, niż sugerowana na rewersie okładki "mroczna baśń." Książka ma co prawda dużo wspólnego z Nocą Myśliwego, ale nie jest aż tak fantastyczna czy bajkowa, więc mniej można wg mnie tym topornym alegoriom wybaczyć. W każdym razie, jeśli W ciemność jest mroczną baśnią, to życie większości z nas musiałoby być mroczną baśnią... a ta nazwa, jakkolwiek poetycka, to do tego bagna - w którym wszyscy się taplamy - raczej mi nie pasuje.


*Nie zawsze jest to oczywiście zaletą, ale umówmy się, że w przypadku mocno pretekstowej fabularnie prozy Cormaca tak jest.


Mam wydanie miękkookładkowe ( jest też wersja HC), ale jak najbardziej wszystko z nim OK. Swoją drogą - okładki, które są wizytówką tej serii - projektu Michała Karcza, ważam za znakomite. Oszczędna, spójna stylistyka świetnie podkreśla atmosferę prozy McCarthy'ego. Zastanawia mnie, czy zmieniająca się tonacja kolorystyczna ma jakiś zamysł. Ale o tym przekonam się dopiero, gdy na półce będą stały wszystkie książki McCarthy'ego. Czego sobie i Wam życzę... Przekład? Na medal. Literówek nie ma. Brawo.



środa, 1 grudnia 2010

"Strażnik sadu" Cormac McCarthy




Książkę do recenzji podesłało Wydawnictwo Literackie. Bardzo dziękuję.




Nie mogę napisać dużo o tej książce, bo byłoby to jak pisanie naukowego eseju o pękającej w upale ziemi. Wolałbym ją Wam po prostu polecić, albo sięgać po karkołomne metafory i napisać, że jest jak muzyka Johna Faheya, albo że gdyby ta książka była ambientową płytą, podświadomie nazywałbym ją Music for Mill Ponds. Nie mniej to tylko karkołomne metafory, a taka moja rola, że napisać o niej muszę - i nie chodzi o to, że nie czuję się na siłach, bo pisać pięknie o pięknej książce to żaden wyczyn- chodzi o to, że mam świadomość, że cokolwiek nie napiszę, zabrzmi pretensjonalnie i nie ukaże prawdziwego oblicza prozy McCarthy'ego.


McCarthy od dawna znajduje się na mojej liście "muszę przeczytać", ale z racji ukierunkowania kolekcji nie miałem jeszcze okazji zdobyć żadnej jego książki. Ale chyba dobrze się stało, bo dzięki temu mogę teraz poznawać jego prozę od niedawno wydanego w naszym kraju debiutu - od Strażnika sadu.

Bohaterami książki są: wychowujący się bez ojca chłopiec, starzec mieszkający w opuszczonym, zaniedbanym sadzie i przemytnik alkoholu. Mimo, że McCarthy dla pozoru przecina ich losy, to tak naprawdę najbardziej łączy ich to, że mieszkają pod jednym niebem. Niebem wznoszącym się nad głęboką, jeszcze nie do końca wyrwaną dzikiej naturze amerykańską prowincją. Lecz wbrew pozorom, McCarthy'ego kompletnie nie interesuje Ameryka, a i sam człowiek zajmuje go tylko w niewielkim stopniu. Najbardziej interesuje go metafizyka i pewna ulotność chwili, którą zdaje się łapać niczym poeta lub malarz próbujący uchwycić nieuchwytne. Jego długie zdania są jak obrazy błotnistych pól, z których zrywają się stada kruków. To swoiste miniatury, tak poetyckie i metaforyczne, że mogłyby funkcjonować w oderwaniu od całości i często zawierające w sobie zamknięte narracje i dramaturgie, kończące się tak trafnie postawioną kropką, że mogłoby po niej nie nastąpić już żadne słowo. Sam autor w tym wszystkim zdaje się być Bogiem, istotą wszechmogącą, która za pomocą jednego zdania tworzy i unicestwia mikro-wszechświaty. Jego proza to tekst tak gęsty, dźwięczny i efektowny, że mimowolnie chce się go przeczytać na głos, żeby usłyszeć jak te słowa brzmią - a wyartykułowane brzmią naprawdę pięknie i jeszcze długo wiszą w powietrzu, zupełnie jak zapach niedawno wypalonego tytoniu w gęstą letnią noc. Magia.



Mam wydanie miękko okładkowe ( jest też wersja HC), ale jak najbardziej wszystko z nim OK. Co do przekładu - zapewne dość trudno było przetłumaczyć tak poetycki język, do tego mamy tu masę gwary, ale tłumaczowi wręcz w brawurowy sposób udało się utrzymać zarówno poetyckość jak i melodyjność tekstu. Brawo.

środa, 10 listopada 2010

Essential: Biblia Vol 1 czyli "Księga Genesis" Robert Crumb



Egzemplarz recenzencki podarowało mi Wydawnictwo Literackie. Dziękuję. Bardzo mi miło.



Stary Testament to tekst, który zestarzał się potwornie, więc dla nikogo nie będzie pewnie zaskoczeniem, że "piktogramy" stawiane przy tekście przez Crumba, ułatwiają obcowanie z nim. Nie mniej, jeśli ktoś przy zakupie liczy na bryk z Biblii, to bardzo się pomyli. Przeprawa przez Księgę Rodzaju w archaicznym, ale podobno niezwykle cenionym przekładzie Izaaka Cylkowa, nie jest łatwa. Miejscami trudność porównywalna jest do czytania Kilngońskiego odpowiednika Władcy Pierścieni przełożonego na polski przez googlowy translator. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że jestem laikiem i że spędziłem z tym tekstem za mało czasu, ale wcale nie chowam go jeszcze na półkę - wręcz przeciwnie, zostawiam go koło biurka i będę nadgryzał go jeszcze raz - po trochu, codziennie, powoli. Niewykluczone, że sięgnę po jakieś fachowe opracowania. Niemniej, pracy doktorskiej nie zamierzam z tego pisać, a zorientowałem się, że jeśli nie rozliczę się z tym teraz, to moja nerwica każe mi wejść w to tak głęboko, że skończę za kilka lat. Recenzję jednak napisać wypada, więc pokrótce ...



Mimo, że nie jestem osobą wierzącą ( ateistą pewnie też nie jestem - ale ja nie o sobie, tylko o komiksie miałem pisać ) to kiedy myślę o Bogu, myślę właśnie w kontekście starotestamentowym. Nie powiem nic szczególnie oryginalnego, ale jeśli mielibyśmy być faktycznie stworzeni na jego podobieństwo, to facet musi być strasznym chujem. W przeciwieństwie do mnie, Crumb zasłania się swoim ateizmem i ostentacyjnie manifestuje brak jakichkolwiek emocji co do tego tekstu. Nie ma zamiaru piętnować Biblii, albo korzystając z okazji rozliczać się czy to z Bogiem, czy to z własnym pochodzeniem. Crumb po prostu na chłodno, bardzo dosłownie ilustruje. Sztywno trzyma się oryginalnego tekstu, przez co często nie znajduje miejsca na budowanie dramaturgii - niektóre wydarzenia po prostu się dzieją. Oczywiście zostawia tu swój styl (charakterystyczne kobiety etc), ale nic ponadto. Nie ma tu nawet cienia skandalu którego wszyscy się spodziewali. Ewentualnie na upartego można dywagować nt. fragmentów, do których musiał podejść intuicyjnie. Bo kiedy przedstawiał Boga, nie bał się upersonifikowania go jako starca o siwej brodzie wyglądającego jak... postać z komiksów Crumba.




(kliknij aby powiększyć)


We wstępie nieco prowokacyjnie użyłem słowa "piktogramy" - ale gdy otworzymy ten album zobaczymy, że stworzenie świata zostało przedstawione jako abstrakcyjna amebo-podobna plama. Jak trywialnie by to nie zabrzmiało - umowność tej plamy dobitnie świadczy o tym, z jakiego kręgu kulturowego i z jakich czasów twórca się wywodzi. To przedstawiciel cywilizacji w dużej mierze komunikującej się za pomocą obrazu. Sam Crumb żartuje, że jedynie czyjeś kąśliwe uwagi odwiodły go od narysowania postaci chodzących w szlafrokach i mieszkających w namiotach rodem ze sklepu sportowego, jednak faktem jest, że obok wiedzy fachowców, największą pomocą służyły mu właśnie screeny z filmów. Na jego wyobraźnię wyraźnie wpłynęły hollywoodzkie ekranizacje - z nieudaną In the Begining Johna Hustona na czele. Oczywiście, wrażenie obcowania z dziełem popkultury zostaje pozornie zatarte przez niezwykle trudny tekst i wszechobecny turpizm, jednak nie możemy mieć wątpliwości, że to co stworzył Crumb to swoisty znak czasu i obraz tego, jak obecna "świadomość zbiorowa" postrzega czasy biblijne. Do tego funkcja, którą z pełną odpowiedzialnością przejmuje, jest analogiczna do tej, którą na początku ubiegłego wieku często pełnili - skądinąd fascynujący go od dawna - bluesmani. Po pierwsze, dla analfabetów muzyka folk pełniła funkcję przekazu ustnego i popychała wszelkie historie dalej, po drugie blues (błędnie i obiegowo, ale jednak) uważany za narzędzie złego i wykonywany przez permanentnych grzeszników, wywodzi się tak naprawdę z gospel i często z szacunkiem sięga po słowo boże. Porównanie do bluesa daje też obraz tego, czym stał się komiks w XXI wieku - to po prostu kolejne, pełnoprawne medium, w którym można opowiedzieć zarówno marvelowe "lasery z dupy", legendę miejską jak i "najstarszą, nieustannie opowiadaną historię wschodu".


Księga to idealny materiał do wsadzenia w Time Capsule. Z jednej strony to przewrotny, niesamowity gadżet (acz tego, żeby nim był, Crumb zapewne chciał uniknąć za wszelką cenę - wg mnie mu się nie udało), z drugiej rzecz o wielkim znaczeniu dla naszej cywilizacji. Jeśli chodzi o ilustrowanie Biblii, to zapewne z czasem stanie się najbardziej klasyczną pozycją, zaraz obok prac Gustava Doré. Jeśli chodzi o komiks, to dzieło Crumba do kanonu weszło automatycznie w momencie pierwszej publikacji.





Wydawnictwo Literackie stanęło na wysokości zadania. Papier jest gruby a format nieco większy niż Plansz Europy z Egmontu. Gdy trzyma się ten album w rękach, ma się wrażenie obcowania z czymś naprawdę ekskluzywnym. Nakład musi być dość duży, bo cena nie jest wygórowana.