Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrzedaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrzedaż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2011

Hawksmoor - Peter Ackroyd



"Rzeczywistość nie jest wcale taka zwyczajna, sir; umyka ci jako mgła umyka głupcowi, który chce ją uchwycić w palce."


Ciemne, drapieżne miasto, rytualne ofiary w fundamentach kościołów i okultystyczne zgromadzenia. To Londyn w XVIII wieku i dzisiaj. W powieści "Hawksmoor" Petera Ackroyda wydarzenia, mrok i zbrodnia przenikają przez cienką materię czasu, tworząc fascynującą układankę mieszającą historię z fikcją.

Ale zacznijmy od historii: na początku XVIII wieku w Londynie budowę sześciu (w powieści 7) nowych kościołów powierzono genialnemu, ale i ekscentrycznemu architektowi Nicholasowi Hawksmoorowi, będącemu uczniem Christophera Wrena. Oparte w znacznej mierze na kształtach starożytnego Egiptu, świątynie wraz z dwoma obeliskami, również zaprojektowanymi przez niego, tworzą na mapie specyficzny wzór, przypominający Oko Horusa. I tu wkraczamy na obszar fikcji i literatury. Rzecz rozpoczął Iain Sinclair, który sądził, że kościoły zaprojektowane przez Hawksmoora zawierają znaki i wzory satanistyczne o znaczeniu rytualnym. Na jego wierszu oparła się powieść Ackroyda, a oboma utworami zainspirował się Alan Moore tworząc "Prosto z piekła" (From Hell), w którym Kuba Rozpruwacz używa kościołów Hawksmoora do rytualnego mordowania swoich ofiar.

Akcja książki toczy się dwutorowo, wątki dzieli 250 lat, ale łączy krajobraz niesamowitej architektury Londynu, mrocznych i obrzydliwych zaułków, miejsc naznaczonych zbrodnią, przyciągających do siebie zło. Dla wprowadzenia zamieszania autor pozamieniał nazwiska, stąd Hawksmoor to nie nazwisko architekta tylko współczesnego detektywa, zaś postać oparta na jego życiorysie zwie się Dyer. Budując londyńskie kościoły, dokonuje on szeregu morderczych rytuałów, a w samych budynkach ukrywa symbole, które mają przekształcić świątynie chrześcijańskie w pogańskie sanktuaria, których prawdziwa natura pozostanie ukryta przez wieki. Te same morderstwa popełnione zostają we współczesności, co powoduje, że wydarzenia zaplatają się w warkocz. Wszystko ma swoje przystające odbicie w obu rzeczywistościach, zdania wypowiadane przez postaci przenikają przez pokolenia, jakby epoki znajdowały się obok siebie, przedzielone jedynie cienką ścianą, pokrytą siateczką pęknięć. Ma tu zastosowanie, sięgający starożytnego Egiptu, mit wiecznego powrotu, który mówi, że świat jest wciąż na nowo odgrywanym spektaklem, zapętlone wydarzenia zagryzają zęby na swoim ogonie jak wąż Uroboros. Tak samo wydarzenia w powieści: przenikają się, świat zatacza koło, imię ich jest Legion.

Archaizacja języka w częściach osiemnastowiecznych, naszpikowanych w dodatku wykładami z zakresu architektury, okultyzmu czy światopoglądu Oświecenia, skutecznie spowalnia lekturę. Eksperymentalna forma narracji - mieszająca pamiętnik architekta i eksploratora mrocznych sfer Nicholasa Dyera ze stosunkowo normalną opowieścią o XX wiecznym śledztwie detektywa Hawksmoora, z wtrąceniami w rodzaju sceny przedstawionej w formie dramatu czy mnóstwa ulicznych, często makabrycznych piosenek i rymowanek - sprawia, że można poczuć się zagubionym. Proza jest gęsta i zagadkowa, żadnych odpowiedzi nie dostaniemy na tacy, nawet tych, wydawałoby się, koniecznych w powieści z wątkiem kryminalnym.

Zakończę cytatem, w którym autor ustami Dyera, wyjawia chyba swoje założenie programowe odnośnie tej powieści :

"Gdybym był pisarzem, to starałbym się zagęścić potok mojego dyskursu, aby przestał być prosty i łatwy. [...] Posługiwałbym się zawiłymi zdaniami i dziwnie brzmiącymi terminami, żeby mowa moja jawiła się słuchaczom jako oślepiająca błyskawica, która na nowo wzbudzi w nich uczucia grozy, szacunku i pragnienia."

Zaiste, wzbudziła.

sobota, 30 kwietnia 2011

Autor kontra autor - John Colapinto


Opowieści o pisarzach, którzy bez skrupułów wykorzystują najbliższych przyjaciół, kradnąc ich osobowość i historię, by użyć - bez pozwolenia, oczywiście - w swojej książce, to żadne novum. Ale co się stanie, jeśli okradziona osoba też jest pisarzem, w dodatku niespełnionym, i ona z kolei ukradnie napisaną o sobie powieść i opublikuje jako własną? Który uczynek będzie moralnie gorszy? Powyższy schemat i wpisany w niego dylemat wykorzystał John Colapinto w powieści "Autor kontra autor", tworząc przyjemną opowieść o niemocy twórczej, z biegiem akcji zmieniającą się w thriller.


Każdy, kto kiedyś marzył o byciu pisarzem, wie jak trudno jest pogodzić się z faktem, że do pisania nie wystarczy znajomość liter i zasad interpunkcji. Bohater powieści, Cal, chcąc udowodnić swój talent, wyjeżdża do Nowego Jorku, gdzie wraz z Stewartem, nudnym studentem prawa, zamieszkuje w obskurnej norze. Pod pretekstem zbierania materiałów do przyszłych wielkich dzieł, przeżywa mnóstwo przygód seksualnych, z których co niedziela zdaje relacje współlokatorowi. Opowiada mu też o swoim życiu, skomplikowanych relacjach z matką, aspiracjach i wątpliwościach. Ze zbierania materiałów nic nie wynika, Cal nie jest w stanie pisać, zaczyna podejrzewać, że talent, który sobie wymarzył, jest tylko urojeniem. Wtedy okazuje się, że Stewart, który ponoć nie widział świata poza meandrami prawa, w szufladzie chowa obszerny plik opowiadań oraz ukończoną powieść. A traktuje ona o Calu, składa się z wszystkiego co ten opowiadał Stewartowi, wręcz z całych zdań, które wypowiadał, chełpiąc się podbojami. Czyja to, w takim razie, książka? Tego, który wypełnia ją swoją osobowością i życiem, ale nie potrafił jej przelać na papier, czy tego, który ukradł opowieść, ale opisał ją w znakomity sposób? Stewart grzecznie usuwa się z drogi, wpadając pod taksówkę, a Cal przedstawia powieść jako swoją. Odnosi olbrzymi sukces, ale jak łatwo się domyślić, to dopiero początek kłopotów. Potem jest szantaż, utrata kontroli, groźby i pościgi. Bo, jak wymaga tego fabuła, ktoś wie o jego oszustwie.

Poza kwestią wzajemnej kradzieży, fabuła jest właściwie banalna, autor zresztą zdaje sobie z tego sprawę, bezpośrednio nawiązując do filmu Miejsce pod słońcem, który bohater ogląda, co pozwala mu z dystansu spojrzeć na sytuację i zdecydować się na drastyczne środki. Na szczęście elementy fabuły są bardziej przewrotne, niż we wspomnianym filmie, więc, chociaż akcja jest dość przewidywalna, książka nie wpada w sztampę. Ciekawe są też fragmenty dotyczące pisarskiej blokady i środowiska wydawniczego, gdzie powieść ocenia się tylko pod kątem kwoty, którą za nią zapłaci Hollywood.

Autor kontra autor nie jest na pewno wybitną literaturą, ale czyta się świetnie. Ot, niegłupia i zabawna lektura na jedno popołudnie, niespełnieni pisarze mogą odnaleźć tam własne rozterki, a inni po prostu interesującą akcję z literaturą w tle. Zwłaszcza, że obecnie nakład jest wyprzedawany i w większości księgarń można ją nabyć nawet za 2-3 zł. Ja nie żałuję.



Tekst by Lilandrah