wtorek, 22 stycznia 2013

Niedźwiedź, kot i królik




„Niedźwiedź, kot i królik” to dziwny komiks, ale gdyby się nad tym zastanowić, czy nie wydaje się dziwne także to, że mamy ręce, palce, twarz, z której wydobywają się dźwięki, i że za ich pomocą się porozumiewamy? Tytułowa historia nie jest wcale dziwniejsza niż cały rodzaj ludzki – jego sny, baśnie, podania, mity, religie i legendy. Jest w tym komiksie duży pierwiastek szamanizmu, dążenia do iluminacji, odwiecznego pytania człowieka o istnienie Boga. W sekwencjach złożonych z onirycznych obrazów Marii Rostockiej zaklęto opowieść o szukaniu Graala. Bardzo ciekawą rolę odgrywa tutaj słowo: dar Boga, synonim człowieczeństwa, inteligencji, wolnej woli.



Scenariusz został napisany tak, by wydobyć cały potencjał tkwiący w obrazach Rostockiej, co sprawia, że poetyka komiksu wpisuje się w psychodeliczno-eksperymentalny nurt sztuki sekwencyjnej, sytuujący go gdzieś w pobliżu „Arzach” Moebiusa. Warstwa narracyjna pozbawiona jest jednak formalnej ekwilibrystyki. Prawda jest taka, że mimo zrozumienia i wykorzystania przez twórców roli piktogramu (postacie zresztą porozumiewają się za ich pomocą, zamiast używać klasycznego języka, co może też być jednym z kluczy do odczytywania sensu tej historii) jest to komiks do oglądania i wewnętrznego przeżywania, a nie do czytania i szczegółowego analizowania. Autorzy postawili na atmosferę, pozostawiając czytelnikowi sporą przestrzeń do samodzielnej interpretacji.


W warstwie graficznej „Niedźwiedź, kot i królik” przypomina często prace Tora Lundvalla: na ogromnych planszach widzimy przemykające przez las człekokształtne postacie o głowach zwierząt. Komiks w całości stworzono techniką malarską. Został wydany w olbrzymim formacie, co sprawia, że, gdy przypatrujemy się poszczególnym kadrom, możemy nawet dostrzec fakturę w miejscach, gdzie grubiej nałożono farbę.

Niedoświadczeni twórcy, mający aspiracje tworzenia komiksu artystycznego, często zapominają o tym, by mierzyć siły na zamiary, wykazują się ignorancją i niezrozumieniem języka medium. Wyważają otwarte drzwi i zaplątują się w formę, ostatecznie licząc na to, że braki w warsztacie zasłonią awangardowością. Rostockim tylko na początku zdarza się kilka potknięć: na niektórych planszach czuje się jakąś nieporadność, problemy z osią akcji. Jednak im dalej w las, tym ich wizja i narracja klarują się coraz bardziej, sprawiając, że zamiast z udanym debiutem, obcujemy z dojrzałym dziełem i zarazem jednym z najciekawszych albumów 2012 roku. Komiksy malarskie to specyficzny sposób wyrazu. Maria Rostocka poczuła się w tej formie tak dobrze, że zaczęła nawet wykorzystywać charakterystyczną dla tego typu prac ułomność – brak dynamiki – jako środek artystyczny.



Mimo pięknej warstwy graficznej „Niedźwiedź, kot i królik” nie jest albumem, którego lektura ma sprawiać przyjemność, i grupa jego odbiorców w polskim środowisku komiksowym jest dość wąska. Ze względu na to, że jest to komiks z aspiracjami, malkontenci mogą uznać go za wydumany, pretensjonalny i silący się na artystyczność. Wszystko przez to, że to twór niejednoznaczny w interpretacji, nieschlebiający przeciętnemu odbiorcy, przepełniony alegorycznością, lękiem i pytaniami wydobytymi z podświadomości. Na szczęście „Niedźwiedź, kot i królik” może z powodzeniem trafić do czytelników spoza branżowego getta – miłośnicy psychodelicznych filmów Alejandra Jodorowsky’ego i starej szkoły animacji eksperymentalnej powinni być nim urzeczeni. Jestem jednak pewien, że większość czytelników minie się z jego ideą i uzna go za dziwoląga. Nie będę polemizował z tą tezą, bo nie miałoby to sensu, zaznaczę tylko, że to piękny dziwoląg.


KUP

środa, 16 stycznia 2013

MUZYKA - subiektywne podsumowanie 2012 roku.



Możliwe że siedząc w kącie, czytając komiksy i słuchając w kółko pętlących się ambientów przegapiłem wiele istotnych (nawet jeśli byłyby istotne tylko dla mnie) płyt. Jednak te pięć tytułów - niektóre są bardzo oczywiste - wymieniłbym jednym tchem. W niektórych podsumowaniach widzę Matta Eliotta, którego uwzględniłem w tamtym roku (premiera na nośniku była w styczniu 2012), pojawia się też nowe Death Grips które pomijam, bo o projekcie również pisałem w zestawieniu na 2011 rok (zalecam tam zerknąć - klik). 


W podsumowaniu znalazły się tytuły, które nasunęły mi się same. Potem zacząłem kombinować, googlać, dopisywać i lista zaczęła się rozłazić. W ostatniej chwili wywaliłem kilka pozycji, pozostawiając zestawienie w pierwotnej formie. Przeglądałem też listę Brainwashed i na pewno muszę dosłuchać kilku pozycji (sądząc po niej, przegapiłem mniej niż sądziłem) więc będę pewnie jeszcze wspominał o kilku fajnych płytach na fanpage'u, a może niedługo pojawi się tu druga piątka.

 Przed świętami przyszła do mnie ostatnia płyta wydana przez Etalabel, ale nie wsadziłem jej jeszcze do odtwarzacza. Pomijając ten album (który pewnie też jest fajny), oficyna prowadzona przez Grzegorza Bojanka wydała w tym roku same bardzo dobre płyty, idealnie wpisujące się w moje gusta muzyczne. Fajne rzeczy robi też kasetowy label Sangoplasmo (pisał o nich Bartek Chaciński klik).



Komary rypią, przejdźmy do listy.



Scott Walker - Bish Bosch  Nie będę ukrywał zawodu. "Bish Bosch" - mimo tego, że niesamowita warstwa tekstowa wpisuje się w te same tendencje - do "Tilt" i "Drift" nie dorasta. Na poprzednich albumach apokaliptyczna poezja Walkera i konceptualna muzyka stanowiły nierozerwalną całość - tu nad wszystkim dominuje deliryczna narracja. Co ciekawe, w porównaniu do swojej poprzedniczki, płyta jest całkiem słuchalna. Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie przedrzeć się przez cały "Drift" za jednym posiedzeniem (dla nieznających twórczości Walkera może to zabrzmieć jak zarzut, więc zaznaczam, że tak nie jest - to po prostu jedna z najbardziej przerażających i sugestywnych płyt w historii "muzyki popularnej"). "Bish Bosch" jest jednak również mniej muzykalny, niż mój ulubiony "Tilt", którego mogę słuchać całymi dniami, w kółko Macieju.  Wszystko wskazuje na to, że Walker swoje opus magnum ma za sobą i trudno mi z tym przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę to musiał odszczekać. Głęboko wierzę, że uda mu się nagrać przynajmniej jeszcze jeden album .


Ponad dwudziestominutowe serce płyty (SDSS14+13B) wybija się spośród reszty utworów i najbardziej przypomina poprzednie dokonania Walkera. To jedyny track, który urzekł mnie od razu - od pierwszej chwili słuchałem jak zahipnotyzowany i za każdym razem przeżywam ten utwór równie intensywnie. Mimo wszystko trudno uznać "Bish Bosch" za nieudany album i jest to dla mnie ważna płyta - możliwe, że najważniejsza w tym roku - czekałem na nią w końcu pół dekady. Cały czas wracam do niej, cały czas znajduję coraz więcej, i możliwe, że wgryzę się w nią jeszcze bardziej, ale na tę chwilę (jakieś dziesięć odsłuchów - dwa na słuchawkach, reszta na głośnikach) nie kupuję jej w całości.




 Mount Eerie - Ocean Roar  Phil Elverum nagrał w tym roku dwie wspaniałe płyty, których słuchałem z prawdziwą ekscytacją. Jeśli miałbym wybrać tylko jedną, wskazałbym "Ocean Roar", która w szczytowym punkcie kradnie sporo z black metalowego shoegaze (artysta robił to już na wybitnym "Wind's Poem") i tymi środkami odmalowuje wzburzony morski krajobraz, stający przed naszymi oczami niczym żywioł rodem z rycin Gustava Dore. W tej stylistyce wykonał również utwór z repertuaru legendarnego Popol Vuh, podkreślając tym samym ambitne konotacje i założenia współczesnego black metalu. Musicie tego posłuchać, bo w tym dyptyku tak pięknie uwypukla się jego potencjał, że powody nobilitacji, jaka spotkała w ostatnich latach ten hermetyczny dotychczas gatunek, zrozumie każdy niedowiarek (każdy, prócz zajadłych metalowców, dla których będzie to pewnie pozerstwem). 





Warto dodać, że za Wielką Wodą scena BM rozkwita jak grzyb na ścianach poprzedniej stancji Marcina Zembrzuskiego. Przylatują stamtąd (ze Stanów ofkors, a nie z poprzedniej kanciapy Marcina) coraz wspanialsze wynalazki, które odbijając się od tradycji europejskiej sceny black metalowej (również polskiej, gdyż dla takiego Xasthura jedną z największych inspiracji stanowił pono Graveland)  tworzą nową jakość, często eksperymentują z estetyką, wyciągają na wierzch shoegaze, ambient, podpierają postrockiem, zamieniając ją w coś więcej. Sam słuchałem z tego wszystkiego zaledwie ułamek, bo moje króliki reagują na to z dezaprobatą, w popłochu chowając się za kanapę.


Neil Young - Psychedelic Pill Sześcdzisięciosześcioletni staruszek, któremu lekarze zabronili już nawet palić trawę, nagrał najlepszy rockowy album głównego nurtu, zostawiając w tyle większość indie młodzieńców. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale płytę zdominowały bezkompromisowe kilkunastominutowe, transowe kompozycje w których czuć młodzieńczą radość grania. Mam nadzieję, że tego albumu słuchali już wszyscy i rekomendacja jest całkowicie zbędna. To z nim będzie mi się  kojarzył 2012 rok. Sam teraz wracam do poprzedniej płyty Younga: "Le Noise", bo przyznam szczerze, że chyba ją zlekceważyłem i po premierze zbyt szybko wyszła z mojego playera. 




Swans - The Seer Zawsze denerwowało mnie jęczenie znajomych na rozpad Swansów. Są rzeczy, które powinny się skończyć, choćby po to, żeby się nie zdewaluować. Projekty Giry (który coraz bardziej zaczyna przypominać Hanka Williamsa), i solowe płyty Jarboe wpisywały się świetnie w moje gusta. Nie było według mnie na co narzekać. Teraz muszę wszystko odszczekać. Tak, poprzednia  płyta Swans to petarda, nowa płyta to monolit. Za kilka dekad rok 2012 będzie wspominany ze względu na Swans i czwarty eksperymentalny album Scotta Walkera.







King Dude – Burning Daylight i neofolk. Po pierwsze Myrninerest, "Jhonn, Uttered Babylon" projekt Davida Tibeta i James Blackshawa jest wart odnotowania, ale nie siedział długo w moim playerze więc zrezygnowałem z umieszczenia go w topie jako osobnego paragrafu. Przed publikacją tego tekstu słuchałem po raz pierwszy Fire + Ice "Fractured Man" - i jest to na pewno dobra płyta, ale obcowałem z nią zbyt krótko by ją tu wyróżnić. Prócz tego w neofolku działo się w tym roku naprawdę niewiele, albo mało z interesujących płyt do mnie dotarło - zawsze jest taka możliwość, bo jak często podkreślam, druga fala jest mi równie odległa, co polska scena komiksowa. Najciekawsze rzeczy wydarzyły się tak naprawdę na pograniczu i nowy King Dude jest chyba najlepszym tego dowodem. Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć, że "Woven Hand to nie neofolk". Dziś, gdy wpływ alternatywnego country na ten nurt jest niezaprzeczalny, wszystkim malkontentom mogę pokazać faka. King Dude to nawiedzony, apokaliptyczny, psychfolkowo - countrowy, bluźnierczy gospel, nieraz zagrany z rockową werwą. Spiritus movens projektu często odżegnuje się od neofolkowych konotacji, ale ja mu zabraniam, bo jest dla mnie "nową nadzieją białych" . Jeśli miałbym odrzucić obiektywizm i zapomnieć o nowym Swans, to powiedziałbym, że to jest najlepsza tegoroczna płyta z całej mrocznej sceny.

I



 II


niedziela, 30 grudnia 2012

KOMIKS - Subiektywne podsumowanie 2012 roku.




To był dobry rok dla komiksu w Polsce. Pojawiło się dużo dobrych (i kilka wybitnych) albumów zagranicznych, a publikacje polskich twórców osiągnęły spory sukces na naszym rynku wydawniczym.

Od razu zaznaczam, że nie czytałem dwóch ważnych pozycji: "Habibi" Craiga Thompsona i "Rycerzy Św. Wita" Davida B. - z prostej przyczyny - nie stać mnie na nie. Najlepsze komiksy wydane w Polsce, jakie trafiły w tym roku w moje ręce to: "Zagubione Dziewczęta", "Goliat" i "Parenteza". Chciałbym też wyróżnić kameralne "Podejdź Bliżej" - nie jest to komiks tego kalibru co wyżej wymienione, ale z pozycji stojących w drugim szeregu ta najbardziej zapadła mi w pamięć. Najlepszym komiksem ukazującym się w częściach był dla mnie "Long John Silver" (zaznaczam jednak, że nie miałem możliwości przeczytania żadnej mangowej serii - a przecież ukazuje się u nas ponoć znakomity "Pluto".) O każdej z tych pozycji pisałem, odsyłam więc po prostu do recenzji. Największym prywatnym odkryciem z pogranicza komiksu był dla mnie wydany dziesięć lat temu i kompletnie zapomniany "Smutek Miłości" Frederica Pajaka. Z opóźnieniem i w dość dziwnych okolicznościach (klik) trafił do mnie zeszłoroczny "Osobliwy gość" znakomitego Edwarda Goreya. W księgarniach pojawił się niedawno drugi zbiór jego prac - mimo tego, że jeszcze go nie mam, to na pewno pozycja warta odnotowania. Po polski komiks sięgałem w tym roku częściej, ale dalej nie tak często jak powinienem, a najważniejszych tegorocznych tytułów z braku okazji nie czytałem. Głównie nadrabiam zaległości, dlatego ominęły mnie między innymi dwa albumy, którymi wytapetowano internet - "Ciemna strona księżyca" i "Rozmówki polsko-angielskie". Mam nadzieję że będzie okazja przyjrzeć im się w przyszłym roku, już na spokojnie, bez presji i bez hajpu.


Kibicuję wszystkim wydawcom, ale najciekawszy katalog miał oczywiście Timof. Jednak ze względu na to, że to albumy tak drogie, że zapewne mały procent czytelników mógł sobie na nie wszystkie pozwolić, wyróżnić chciałbym Centralę, która robi dużo dla propagowania komiksu w Polsce. Ich oferta jest odważna, nieoczywista i atrakcyjna zarówno dla laika, jak i wyrobionego czytelnika, a i ceny są zazwyczaj przyjazne. Brawa należą się również Taurusowi, który stara się wypełnić pustkę, jaką pozostawił po sobie Egmont, niemal całkowicie rezygnując z wydawania komiksu europejskiego. Sam Egmont, który jeszcze niedawno był potentatem na rynku, dziś  najchętniej odgrzewa kotlety. Niedawno wznowił kilka ważnych pozycji, z których mnie osobiście najbardziej ucieszył  "Powrót Mrocznego Rycerza". Mimo że takie rzeczy zbieram w pierwszych zeszytowych wydaniach, to uważam że reedycja z nowym tłumaczeniem Tomasza Sidorkiewicza była w Polsce naprawdę potrzebna. Z wydań premierowych z katalogu Egmontu najciekawszy wydaje się "Pictures That Tick", który zerka na mnie ze sterty zaległych lektur.

 Wiem, że czasem psioczę i marudzę, ale jestem bardzo wdzięczny wszystkim wydawcom - dzięki, że wydajecie komiksy. To dla mnie ważne.

A co u mnie? Przeczytałem w tym roku ponad 100 albumów. Najlepszy (moim zdaniem) tekst, jaki napisałem w 2012 to artykuł o "Promethei", który ukazał się na łamach papierowego KZetu.  Mój angielski poprawił się na tyle, że jestem w stanie czytać importy bez większych problemów. Najlepsze jakie pojawiły się w moim domu to: "Promethea", dwa pierwsze tomy "Marvel Zombies", "Low Moon", finiszująca w tym roku seria "Criminal", "Asterios Polyp", a niniejszy tekst piszę podczas małej przerwy w lekturze znakomitego "Bone".

Podziękować chciałbym wielu osobom -  tak wielu, że boję się kogoś pominąć. Podziękuję więc wszystkim - i wrogom i przyjaciołom. Bo mimo tego, że odczułem mocno to, że są osoby rzucający mi kłody pod nogi, to miłych zdarzeń i słów było jednak znacznie więcej. W sierpniu Rękopis wylądował na Facebooku. Do tej pory miałem ograniczony kontakt z czytelnikami moich tekstów i mimo że żydowski wynalazek to straszny pożeracz czasu, to naprawdę go doceniam. To magiczne uczucie, gdy ludzie wcześniej niezainteresowani medium - bliżsi, dalsi znajomi, a nawet obce osoby pytają jaki komiks polecam, jak w ogóle ugryźć temat, co warto przeczytać, co kupić. Piszę o komiksach nie tylko dlatego, że je kocham, ale też po to, żeby je propagować - Wasz odzew potwierdza, że ma to sens.

Mam już sporo planów na przyszły rok, związanych nie tylko z komiksem. Nie będę ich zdradzał żeby nie zapeszać, ale mam nadzieję że będzie dobrze. Obok mnie leży sterta nieprzeczytanych komiksów i dwa kilo żelków Haribo (dzięki Czarek!) więc jakoś przetrwam.


Specjalne podziękowania należą się Mysi Jadwisi, Zacharemu Łazowskiemu, Marcinowi Zembrzuskiemu i Tomowi Bardamu którzy zawsze mnie wspierają. 

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Lord of Ages

Życzę Wam zdrowia i dużo komiksów. Bo to najważniejsze. (edit: na facebookowym fanpage'u znajdziecie gwiazdkowy konkurs)

Jak co roku, roku z okazji wigilii dnia narodzin Mitry : Pieśń ku czci Mitry.





sobota, 22 grudnia 2012

Long John Silver 1-3



Mamy w Polsce szczęście do pirackich komiksów. To już trzeci - po znakomitej "Wyspie Burbonów" i "Piracie Izaaku" - tytuł w tej konwencji, który warto mieć na półce. O ile jednak prace stworzone przez duet Trondheim/Apollo i Christopha Blaina określić można jako komiksy z wyższymi aspiracjami, to "Long John Silver" jest lekturą stricte gatunkową.


Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo tego iż luźna kontynuacja "Wyspy Skarbów" Stevensona jest komiksem mainstreamowym, to daleko jej do pozycji pokroju "Piratów z Karaibów". Nie ma tu ni krzty infantylizmu, a do oczarowania czytelnika twórcy nie potrzebują zagrywek rodem z blockbusterów. W komiksie Dorisona i Lauffeaya trudno szukać stycznych z poetyką Kina Nowej Przygody. Opowieść budowana jest głównie dialogami, akcja dzieje się w ciasnych kajutach, pomieszczeniach i na pokładzie. Nie ma abordaży i bitew morskich, jest za to krwawa rzeź w środku nocy i skrytobójstwo. Nad wszystkim wisi apokaliptyczna atmosfera i nietrudno znaleźć tu analogię do "Jądra Ciemności", przez co pod warstwą frankofońskiego komiksu głównego nurtu siedzi gdzieś "Moby Dick" i duch przynależny kinu Herzoga. Z drugiej strony próżno szukać tu intelektualnego ciężaru, bo owe motywy funkcjonują na tej samej zasadzie, co zapożyczony z "Odysei kosmicznej"  Monolit w "Szninklu"  - czytelnik sam może sobie tutaj sporo dopowiedzieć, ale na dobrą sprawę może też odczytać "Long John Silvera" po prostu jako przygodową opowieść o piratach.



Już bardzo rzadko mam okazję obcować z tak klasycznym w formie europejskim komiksem. "Long John Silver", w przeciwieństwie do niedawno recenzowanej przeze mnie serii "Orbital", mógłby być narysowany wczoraj lub równie dobrze trzydzieści lat temu. Nie znajdziemy tu zapożyczonych z filmu metod opowiadania obrazem, czy dodających akcji dynamiki, a narracji szybkiego rytmu, quasi-amerykańskich sposobów komponowania plansz i kadrowania. Chciałoby się powiedzieć, że "Long John Silver" to komiks przede wszystkim dobrze napisany, bo jeśli idzie o sekwencyjność pozbawiony jest fajerwerków, lecz podpierający fabułę realistyczny rysunek jest wysokich lotów i świetnie sprawuje swoją funkcję - jest swobodny, nieco niedbały, bardzo dobrze spajający narrację. Kolory (zdaje się że głównie akwarele), które osobiście położył sam rysownik, są stonowane i mroczne. Co istotne dla pirackiego komiksu - marynistyczne krajobrazy można by było wycinać i wieszać na ścianie. Zapierają dech i dorównują malarstwu tego sortu.


Po przeczytaniu trzech tomów "Long John Silvera" naszła mnie pewna refleksja. Ze względu na nadmierną eksploatację w poprzednich dwóch dekadach, cytaty i parafrazy w literaturze i kinie dotknęło zmęczenie materiału i obecnie nie działają już tak przekonująco. Komiks pozostaje dziś chyba jedyną dziedziną sztuki w której postmodernistyczne przetwarzanie dalej się sprawdza. Paradoksalnie, po lekturze komiksu nie mamy wrażenia obcowania z przejaskrawioną, kiczowatą karykaturą - a tym najczęściej bywają współczesne filmy tego typu - a z prawdziwym, pełnym szacunku hołdem. To ciekawa zależność. Wystarczy porównać znakomity cykl "Murena" z iście komiksowym serialalem "Rzym", "Usagi Yojimbo"  z "Kill Billem" czy właśnie "Long John Silvera" z "Piratami z Karaibów".

sobota, 15 grudnia 2012

Bionulor - Erik (2012)







Bionulor - za tą nazwą kryje się Sebastian Banaszczyk - to jeden z najciekawszych polskich projektów elektroakustycznych. Artysta powołuje się na takich twórców jak Coil czy Nurse With Wound. W samym zamyśle jego twórczość stoi jednak najbliżej dokonań Wiliama Basinskiego, bowiem za pomocą komputera Banaszczyk prowokuje dekonstrukcję, rozpad sampli zaczerpniętych z różnych źródeł. Na poprzednich albumach na warsztat brał między innymi muzykę dawną, szamańskie, transowe pieśni i ludzki głos. Tym razem za materiał źródłowy posłużyły nagrania jednego z najważniejszych kompozytorów fin de siècle'u - uważanego za prekursora ambientu - Erika Satie.

Zazwyczaj nie czekam na płyty, jednak premiery tego albumu wypatrywałem z niecierpliwością. Byłem ciekaw gdzie tym razem podąży artysta. Ucieszyło mnie, gdy się dowiedziałem co to będzie. Spotkanie Bionulor z Satie wydawało mi się naturalne od strony artystycznej i mądre od strony komercyjnej. Satie to słowo-klucz i mam wrażenie, że wielu miłośników muzyki może sięgnąć po ten album ze względu na jego nazwisko.

Spośród wszystkich płyt firmowanych przez Bionulor, "Erik" wydaje się być najbardziej konwencjonalna. Pierwsza była niezwykle oszczędna, druga mocno eksperymentalna, ta sytuuje się pomiędzy dwoma poprzednimi dokonaniami. Najbardziej interesujące momenty tego albumu to te, w których z nagrań prekursora muzyki tła Banaszczyk wydobywa... muzykę tła - ale o współczesnej formule, złożoną nie tylko z plam, ale i z elektronicznych trzasków i przestrzennych efektów dźwiękowych. Nie jest to jedyna (niestety, bo to genialny w swojej prostocie koncept) barwa tej płyty. Wydaje mi się, że w kilka razy autor w swoich poszukiwaniach poszedł za daleko - są tu fragmenty, gdy zdecydowanie postawił na efekt swoich eksperymentów, na czym ucierpiała spójność i atmosfera. Rozumiem intencje, ale to, co w procesie przetwarzania dźwięku stało się interesujące dla artysty, mnie przy dłuższym obcowaniu z płytą zaczęło irytować - miałem ochotę pomijać niektóre utwory. Tracków jest jednak aż piętnaście (są krótkie i zdają się pełnić funkcję jedynie tematów) a niektóre są tak znakomite, że rozciągnięcie ich i skonstruowanie albumu z zaledwie kilku mogło by wyjść temu materiałowi na dobre.

Z całego dorobku Bionulor ten album wywołał we mnie najmniej emocji, ale trzeba przyznać, że Banaszczyk dopisał kolejny udany rozdział w historii swojego projektu. Po trzech odmiennych stylistyczne płytach udowodnił, że sam zamysł - dźwiękowy recycling - zdaje się niewyczerpaną metodą do tworzenia muzyki elektroakustycznej. Co teraz? Na klawiaturę ciśnie mi się pytanie, czy podążanie tą ścieżką ma dalej sens? Ja na to nie odpowiem - zrobi to za mnie następny album artysty. 




środa, 5 grudnia 2012

Looper - Rian Johnson


Rian Johnson jest jednym z najciekawszych debiutantów poprzedniej dekady. Nie znacie tego nazwiska? Nic dziwnego. Po części sam jest sobie winien. Jego pierwszym filmem był błyskotliwy "Brick" - przeniesiony w highschoolowe realia czarny kryminał. To jedna z najlepszych współczesnych wariacji na temat noir - moim zdaniem to najlepsze neo-noir od czasu "Miller's Crossing". Potem jednak nakręcił obrzydliwego włazidupa - "Niesamowitych Braci Bloom". To film nieznośnie epigoński, tak mocno podrabiający kino Wesa Anderssona, że było to wręcz niesmaczne. Po seansie najchętniej sam sprzedałbym mu kopa i strącił go w przepaść wiecznego zapomnienia.

Wygląda jednak na to że reżyser zrozumiał, że nie tędy droga i poszedł po rozum do głowy, bo w kolejnym filmie na szczęście wraca do swojego stylu. Za nieduże pieniądze (bardzo mało efektów specjalnych - głównym trickiem jest banalny zabieg znany od początków kina z włączeniem i wyłączeniem kamery) i flaszkę Sobieskiego dla Bruce'a Willisa tworzy inteligentne SF, którego kanwą są podróże w czasie. Osobiście jestem wprost zachwycony tym, że reżyser nie dostał na ten film dużej kasy. To w jakiś sposób paradoks, że ograniczenia budżetowe wpływają pozytywnie na jakość filmowej fantastyki - "Looper" to od czasu "Monster" (polski tytuł "Strefa X") najlepszy tego przykład.

Kilka lat temu natknąłem się na interesującą filmoznawczą pracę, w której autor między innymi szukał związków z kinem noir w "Terminatorze 2". Przypomniała mi się ona w czasie seansu, bo "Looper" ma z filmem Camerona kilka stycznych i co ciekawe uwypukla aspekty, które korzeniami sięgają czarnego kina. Mimo że to bezsprzecznie kino akcji w konwencji SF, to szukając alternatywnych dróg do opowiedzenia tego typu historii, Johnson skierował się w stronę innych gatunków - na pewnym poziomie możemy go odbierać jako film gangsterski, czy właśnie thriller noir. Łączenie tego typu schematów powoduje, że "Looper" posiada dickowski sznyt, ale mi osobiście najbardziej przypominał "Soylent Green". Tak jak w tej znakomitej dystopii z lat 70. jest tu spora doza umowności i komiksowości. Aspiracje reżysera są jednak zupełnie inne, bo chodzi tu tylko i wyłącznie o zabawę gatunkiem i trudno szukać w tym filmie przestrogi  czy analogii do współczesności.


Warto zwrócić uwagę na to, że kino Johnsona cechuje pewien kontrolowany kicz i umiejętność niebanalnego łączenia gatunków, która ma sporo wspólnego z twórczością braci Coen (acz w tym przypadku nie można mówić już o epigoństwie - to raczej luźne skojarzenia). Tak jak w "Big Lebowskim" przykrywano "Wielki sen" komedią o podstarzałym hipisie, tak w "Brick" i "Looperze"  miesza się gatunek z przerysowanymi i nieprzystającymi do niego stylistykami (w "Brick" jest to zdecydowanie bardziej widoczne).

 Wydaje mi się, że widz nie znający debiutu Johnsona może zarzucić "Looperowi", że to jakaś siódma woda po "Incepcji". Możliwe że w jakiś sposób wpisuje się w tę tendencję, ale znając "Brick" i wiedząc, jaki potencjał drzemie w reżyserze, trudno ten film w ten sposób zdyskredytować. Zachęcam więc przed seansem do uzupełnienia zaległości, bowiem pomijając nieszczęsnych "Braci Bloom" styl Johnsona zdaje się być konsekwentny. Po tych dwóch udanych filmach jawi mi się jako jeden z najciekawszych młodych autorów tworzących w obrębie kina gatunku, a "Looper" to dla mnie najlepszy mainstreamowy film tego roku.