Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taurus Media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Taurus Media. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 listopada 2013

Gabinet osobliwości doktora Gabelli - Jednorożec #3 i #4

Tekst kończący moją przygodę z "Jednorożcem". Jeśli nie mieliście jeszcze w rękach tej serii to zachęcam by najpierw zajrzeć do recenzji tomu 1 i 2.



Gdy w końcu dotarło do mnie, że muszę napisać następny tekst o tej serii, złapałem się za głowę. Najłatwiej byłoby go kopnąć z półobrotu, ale wewnętrzny głos podpowiada mi, że postąpiłbym wobec "dzieła" Gabelli i Jeana nieuczciwie. Nie uprzedzajmy jednak faktów... Spróbujmy oddać temu komiksowi sprawiedliwość i zacznijmy od początku.

Jednorożec to enfant terrible frankofońskiej oferty Taurusa. Komiks kuriozalny - aż trudno uwierzyć, że ktoś w ogóle zdecydował się go u nas wydać. Jego niezwykłość nie leży jednak w tym, że jest to komiks dziwny (acz to też jest prawdą) czy awangardowy (awangardowy na pewno nie jest - zaręczam). Teoretycznie to cykl przynależny do głównego nurtu. Pozornie sprawia wrażenie opowieści płaszcza i szpady wymieszanej z fantasy, ale tak karkołomnie opowiedzianej, przeszarżowanej i pokręconej, że trudno ją jednoznacznie sklasyfikować gatunkowo.

czwartek, 17 października 2013

This is Asgard!




Wbrew pozorom tytułowy Asgard to nie mityczna siedziba nordyckiego panteonu, a imię żyjącego na marginesie wikińskiej społeczności jednonogiego mężczyzny, trudniącego się zabijaniem wszelkiej maści potworów. Pewnego dnia zostaje on wynajęty do pozbycia się węża morskiego, terroryzującego północne wody, a tym samym nie pozwalającego Wikingom wyruszać na wyprawy i połowy. Walka jest trudna, a potężny potwór zdaje się być nie do uśmiercenia - przez co bohater zaczyna myśleć, że ma do czynienia z mitycznym wężem świata.

Pierwotnie komiks miał opowiadać o Arghunie Drewnianej Stopie - jednej z drugoplanowych postaci z sagi Rosińskiego i Van Hamme'a. Do realizacji projektu w ramach Światów Thorgala jednak nie doszło. Scenarzysta - Xavier Dorison - który przymierzał się do pisania tej serii, został więc z pomysłem na opowieść o kalekim wojowniku. Postaci, w którą wgryzł się tak mocno, że żal byłoby tego nie wykorzystać. Mam wrażenie, że na rozgryzanie psychologii i dążeń tego bohatera poświęcił znacznie więcej czasu, niż na pisanie samego scenariusza.


   DO PRZECZYTANIA CAŁEGO TEKSTU ZAPRASZAM NA ŁAMY POLTER.PL>>>


piątek, 22 lutego 2013

Bardzo trudno jest mi orzec, dziobak to, czy jednorożec

Kuba Jankowski zaprosił mnie do współtworzenia działu komiksowego serwisu Poltergeist. Na pełnoetatowy udział nie znajdę czasu, ale chętnie wspomogę redakcję kilkoma recenzjami. Prawdopodobnie będą to głównie teksty o mainstreamowym komiksie europejskim. Myślę, że łamy Poltera świetnie się do tego nadają.



Gdy pierwszy raz do Europy przywieziono dziobaka, brytyjscy naukowcy nie uwierzyli w autentyczność owego egzotycznego znaleziska. Anatomia stworzenia wydawała się im tak nieprawdopodobna, że podejrzewali mistyfikację. Twierdzili, że to spreparowany eksponat: bóbr z doszytym kaczym dziobem. Jednorożec to właśnie taki nieszczęsny dziobak - twór osobliwy, z miejsca wzbudzający szereg podejrzeń.


Zawsze uważałem, że kino klasy B nie posiada swojego odpowiednika w komiksie. Gdy album jest zły od strony rzemieślniczej, to jest po prostu zły - nic go nie uratuje, tak jak w filmie gatunkowa konwencja i niski budżet usprawiedliwiają wiele niedociągnięć. Natomiast w branży komiksowej najtańszymi pulpowymi szmatławcami zajmowali się często twórcy uznawani później za mistrzów, a do taniego horroru, czy kina sensacyjnego klasy B z lubością sięgają czołowi twórcy pokroju Alan Moore'a czy Ed Brubaker'a. Po lekturze Jednorożca zmieniłem zdanie. Seria autorstwa Mathieu Gabelli i Anthony'ego Jeana to podane pod postacią frankofońskiego komiksu głównego nurtu szalone, postmodernistyczne exploitation, które - o zgrozo - wymknęło się twórcom spod kontroli...

 
Mimo iż współczesna literatura fantastyczna dalej niechętnie eksperymentuje z formami narracji, to kurczowo chwyciła się postmodernizmu - i to tego w najbardziej spłyconej postaci. Autorzy do bólu eksploatują motywy alternatywnej historii, chętnie mielą steampunk z czym popadnie, do tego stopnia, że stało się to wręcz niesmaczne i męczące. Takie też wydaje się - wyjątkowo niezgrabne, warto dodać - wejście twórców Jednorożca w owe schematy. To istny popkulturowy potwór Frankensteina. W czasach Przedwiośnia Żywych Trupów i wszechobecnych parafraz to wyświechtany frazes, ale pasuje jak ulał do tworu, w którym poetyka powieści Arturo Péreza-Reverte spotyka się z horrorem cielesnym. Twórcy osadzili akcję w 1565 roku. Bohaterami są wybitni medycy tamtej epoki, należący do quasi-masońskiej grupy walczącej z tajnym stowarzyszeniem kościelnym, próbującym przejąć władzę nad światem. Prócz tego autorzy wszczepili w kwitnącą filozofię odrodzenia motywy zaczerpnięte wprost z filmowego Reanimatora i fizjologicznej twórczości Cronenberga (szczególnie Videodrome), a za konwencję obrali fantasy wymieszane z powieścią "płaszcza i szpady" i teoriami spiskowymi.

Wiem, że to wszystko brzmi niedorzecznie i nie ma co ukrywać: przeszarżowano nie tylko fabułę, ale dosłownie każdy element składowy tego komiksu. Grafik Anthony Jean wydaje się niezłym rzemieślnikiem, ale jego kolorowane komputerowo rysunki są też do bólu kiczowate, łączące styl frankofoński ze skażonymi graffiti i mangą komiksami lat dziewięćdziesiątych (najbliższe skojarzenia mam z estetyką Afro Samurai). Zgubiono również proporcje między warstwą literacką, a narracją obrazem. Scenarzysta, by wprowadzić czytelnika w realia świata przedstawionego, upycha tu masę informacji, jakby manifestując to, że tak naprawdę wolałby napisać powieść. Byłem wręcz zdumiony dyletanctwem autorów, gdy w pierwszym tomie znalazłem planszę, na której umieszczono dwadzieścia (!) dymków z dialogami, a jako ilustrację zastosowano jedynie panoramę miasta. Ponadto w fabule znajdziemy przytłaczającą ilość nomenklatury medycznej i zawiły popis erudycji teoretycznie nieprzystający do lekkiego, stricte rozrywkowego charakteru tej opowieści. Nawet ekskluzywne wydanie wydaje się nie pasować do zawartości.


Do listy paradoksów można dołączyć jeszcze jeden, bodaj największy. Jednorożec to fantastyczna i ekscytująca lektura. Na jakimś poziomie blisko mu do niektórych komiksów Gartha Ennisa (dla dobra sprawy uznajmy, że tych lepszych), z tą tylko różnicą, że wszystko wydaje się tu śmiertelnie poważne... o ile można potraktować serio opowieść, w której bohater okłada przeciwników kręgosłupem wyjętym ze zwłok, które przed chwilą jeszcze leżały na stole sekcyjnym. Jednorożca najlepiej opisują przeciwieństwa: to komiks inteligentny i głupi, poważny i śmieszny, zarówno dobry jak i zły. Mimo rzemieślniczej nieporadności twórców czyta się go wspaniale, a niedorzeczna historia (tu trzeba przyznać, że podparta solidnym, szczegółowym riserczem i zdradzająca znajomość konwencji i schematów gatunkowych) wciąga jak diabli. W czasie lektury ekscytowałem się tak bardzo, że na przemian prychałem śmiechem i przeklinałem na głos, nie dowierzając w to, co widzę.

Słyszałem o Jednorożcu kilka nieprzychylnych opinii, a w recenzjach dominował raczej zachowawczy ton. Nic dziwnego, pisząc o nim można się czuć zbitym z tropu. Mógłbym ten komiks uznać za najsłabszy z całej frankofońskiej oferty Taurusa, lub równie dobrze za najlepszą mainstreamową serię 2012 roku. Gdy patrzę na Jednorożca z perspektywy krytyka, mam mieszane uczucia, ale jako miłośnik kina exploitation i innej szmiry (zawsze denerwował mnie pejoratywny wydźwięk tego słowa, używanego jako polski odpowiednik angielskiego pulp, ale w tym przypadku jest odwrotnie - to Szmira przez "duże Szy") jestem w nim wręcz zakochany. Gdyby Tarantino postanowił zrobić film fantasy, to wyszłoby mu właśnie coś takiego...


TEKST ZOSTAŁ PIERWOTNIE OPUBLIKOWANY NA ŁAMACH POLTER.PL

sobota, 22 grudnia 2012

Long John Silver 1-3



Mamy w Polsce szczęście do pirackich komiksów. To już trzeci - po znakomitej "Wyspie Burbonów" i "Piracie Izaaku" - tytuł w tej konwencji, który warto mieć na półce. O ile jednak prace stworzone przez duet Trondheim/Apollo i Christopha Blaina określić można jako komiksy z wyższymi aspiracjami, to "Long John Silver" jest lekturą stricte gatunkową.


Trzeba jednak zaznaczyć, że mimo tego iż luźna kontynuacja "Wyspy Skarbów" Stevensona jest komiksem mainstreamowym, to daleko jej do pozycji pokroju "Piratów z Karaibów". Nie ma tu ni krzty infantylizmu, a do oczarowania czytelnika twórcy nie potrzebują zagrywek rodem z blockbusterów. W komiksie Dorisona i Lauffeaya trudno szukać stycznych z poetyką Kina Nowej Przygody. Opowieść budowana jest głównie dialogami, akcja dzieje się w ciasnych kajutach, pomieszczeniach i na pokładzie. Nie ma abordaży i bitew morskich, jest za to krwawa rzeź w środku nocy i skrytobójstwo. Nad wszystkim wisi apokaliptyczna atmosfera i nietrudno znaleźć tu analogię do "Jądra Ciemności", przez co pod warstwą frankofońskiego komiksu głównego nurtu siedzi gdzieś "Moby Dick" i duch przynależny kinu Herzoga. Z drugiej strony próżno szukać tu intelektualnego ciężaru, bo owe motywy funkcjonują na tej samej zasadzie, co zapożyczony z "Odysei kosmicznej"  Monolit w "Szninklu"  - czytelnik sam może sobie tutaj sporo dopowiedzieć, ale na dobrą sprawę może też odczytać "Long John Silvera" po prostu jako przygodową opowieść o piratach.



Już bardzo rzadko mam okazję obcować z tak klasycznym w formie europejskim komiksem. "Long John Silver", w przeciwieństwie do niedawno recenzowanej przeze mnie serii "Orbital", mógłby być narysowany wczoraj lub równie dobrze trzydzieści lat temu. Nie znajdziemy tu zapożyczonych z filmu metod opowiadania obrazem, czy dodających akcji dynamiki, a narracji szybkiego rytmu, quasi-amerykańskich sposobów komponowania plansz i kadrowania. Chciałoby się powiedzieć, że "Long John Silver" to komiks przede wszystkim dobrze napisany, bo jeśli idzie o sekwencyjność pozbawiony jest fajerwerków, lecz podpierający fabułę realistyczny rysunek jest wysokich lotów i świetnie sprawuje swoją funkcję - jest swobodny, nieco niedbały, bardzo dobrze spajający narrację. Kolory (zdaje się że głównie akwarele), które osobiście położył sam rysownik, są stonowane i mroczne. Co istotne dla pirackiego komiksu - marynistyczne krajobrazy można by było wycinać i wieszać na ścianie. Zapierają dech i dorównują malarstwu tego sortu.


Po przeczytaniu trzech tomów "Long John Silvera" naszła mnie pewna refleksja. Ze względu na nadmierną eksploatację w poprzednich dwóch dekadach, cytaty i parafrazy w literaturze i kinie dotknęło zmęczenie materiału i obecnie nie działają już tak przekonująco. Komiks pozostaje dziś chyba jedyną dziedziną sztuki w której postmodernistyczne przetwarzanie dalej się sprawdza. Paradoksalnie, po lekturze komiksu nie mamy wrażenia obcowania z przejaskrawioną, kiczowatą karykaturą - a tym najczęściej bywają współczesne filmy tego typu - a z prawdziwym, pełnym szacunku hołdem. To ciekawa zależność. Wystarczy porównać znakomity cykl "Murena" z iście komiksowym serialalem "Rzym", "Usagi Yojimbo"  z "Kill Billem" czy właśnie "Long John Silvera" z "Piratami z Karaibów".

środa, 28 listopada 2012

Orbital - Sylvain Runberg i Serge Pelle

 W sieci pojawił się nowy numer Kultury Liberalnej a w nim mój tekst o komiksowej serii SF "Orbital" wydawanej przez Taurus Media.


Wiele się zmieniło w ostatnim roku na polskim rynku komiksowym. Jedną z zauważalnych tendencji są starania Taurus Media, by wypełnić pustkę, jaką pozostawił po sobie Egmont, niemal całkowicie rezygnując z wydawania komiksu frankofońskiego. Widać jednak zasadniczą różnicę w ofercie obu wydawnictw. O ile Egmont stawiał na uznanych twórców i znane już polskiemu czytelnikowi nazwiska, to Taurus przedstawia nam współczesne mainstreamowe europejskie hity, wyraźnie skupiając się na komiksie gatunkowym. W ich ofercie pojawiły się coraz rzadsze na naszym rynku komiksy awanturnicze, sensacyjne i SF. Warto zauważyć, że takie posunięcie niosło ze sobą pewne ryzyko. Z racji rosnących cen (które są efektem malejących nakładów) rosną też wymagania odbiorców, skłonnych płacić duże kwoty głównie za komiksy niebanalne, artystyczne, w jakiś sposób ważne dla medium. Oferta Taurusa zaprzecza tej tendencji i udowadnia, że w Polsce jest również zapotrzebowanie na komiksową rozrywkę.