piątek, 22 marca 2013

Dzicy - Lucie Lomová


 (zdjęcie ukradzione z http://sygnaly.wordpress.com/ )

"Dzicy" to adaptacja fabularyzowanego cyklu reportaży Alberto Vojtecha Frica drukowanych w czasie II wojny światowej w czeskim piśmie "Barwny Tydzień". Za kanwę opowieści posłużyły mu własne doświadczenia z młodości. Alberto Vojtech Fric od dzieciństwa kolekcjonował rośliny tropikalne i jeszcze zanim osiągnął pełnoletność stał się cenionym autorytetem w tej dziedzinie. Niestety, pech chciał, że pewnej zimy większość jego zbiorów zamarzła. Po maturze, zamiast studiować, wyruszył w świat w nadziei, że uda mu się przywieźć sporo nowych eksponatów i odnowić swoją kolekcję - jego celem była Ameryka Południowa, z którą przyszło mu związać się na całe życie. Po kilku latach powrócił do Pragi, jednak zamiast egzotycznych roślin przywiózł ze sobą Indianina.

Czerwiusz - bo tak został ochrzczony ów Indianin - przybył wraz z Alberto Vojtech Fricem do Czech, by szukać lekarstwa na chorobę, która dziesiątkowała jego plemię. Niestety, pozbawieni pieniędzy musieli dołożyć wielu starań, nim udało im się zdobyć lekarstwo i fundusze na powrót do Ameryki. Towarzysząc Fricowi w podróżach, podczas których badacz wygłaszał prelekcje na temat Indian i Ameryki Południowej, Czerwiuszowi udało się zwiedzić kawałek (austro-węgierskich wówczas) Czech. W zetknięciu z kulturą zachodu prostolinijność czerwonoskórego powoduje wiele komicznych sytuacji i nieporozumień. Warto zauważyć, że mimo iż bohater jest teoretycznie przedstawicielem odmiennej kultury, to w jego przygodach jest coś nad wyraz czeskiego, bo jego postać (przynajmniej w komiksie Lomovej) kojarzy się jednoznacznie z inną literacką osobistością - dzielnym wojakiem Szwejkiem.


Gdy Czerwiusz bawi w Pradze, przeżywając nowe przygody wynikające z jego odmienności kulturowej, w tym samym czasie jego plemię wymiera. Podczas lektury miałem wrażenie, że świadomość tego przeszkadza mi znacznie bardziej, niż głównym bohaterom. "Dzicy" to komiks zabawny i ciepły, ale też nie zapomina się w nim o skutkach kolonizacji Ameryk. Mimo iż ciężar opowieści nie przytłacza - brak tu brutalności i okrucieństwa charakterystycznego dla tego typu historii - to Lomova tylko częściowo zasłania dzieciom oczy i nie gubi prawdy o świecie. Udało jej się również trafnie sportretować to, jak kultura zachodu zmieniała Indian, powodując zatracenie ich własnej tożsamości kulturowej.

Jeśli szukać dziury w całym, można "Dzikim" zarzucić, że to komiks bez rozbudowanej warstwy psychologicznej, można też powiedzieć, że brak mu artystycznych aspiracji. Ale zanim wyda się taki osąd, warto uświadomić sobie, że to wrażenie wywołane faktem, iż wydaje się u nas głównie pozycje kierowane do dojrzałego czytelnika, komiksy profilowane, adresowane do wyrobionego odbiorcy. Komiks Lomovej to ewenement na naszym rynku, bo to tytuł przeznaczony dla młodzieży, a takie nie pojawiają się u nas niemal wcale.

"Dzicy", mimo że tematycznie wpisują się w nurt powieści graficznej, są raczej stworzeni w duchu klasycznego europejskiego komiksu. Nie jest to jednak do końca staroświecka pozycja, bo widać, że autorka jest świadoma tego, co dzieje się w gatunku. Powiedziałbym, że jest to raczej hybryda - połączenie ducha obrazkowych historyjek Herge ze współczesnym reportażem komiksowym. Lomova dąży do przejrzystości stylu, klarownej narracji. W czasie lektury nie odniosłem wrażenia, by dość tradycyjny warsztat ją w jakiś sposób więził - był to jej świadomy wybór.




Alberto Vojtech Fric, mimo zupełnie innego dorobku, jest twórcą, który z pewnego powodu przypomina mi Alfreda Szklarskiego. Na jego książkach wychowały się całe pokolenia jego rodaków, a dziś popada w zapomnienie. Epoka, w której wszędzie można dotrzeć z kamerą, pokazać odległe kraje nawet w technice 3-D nie sprzyja książkom podróżniczym. "Dzicy" są świetnym przykładem tego, jak można wykorzystać komiks, by takie postacie jak Fric czy Szklarski ocalić od zapomnienia i w przystępny i atrakcyjny sposób przedstawić młodemu odbiorcy. Dla mnie jako publicysty zajmującego się tym medium lektura "Dzikich" była przede wszystkim okazją do zadania sobie pytania - dlaczego w Polsce nie powstają dziś takie komiksy? Niekoniecznie mam na myśli albumy kierowane do dzieci i młodzieży. Mieliśmy wielu znamienitych podróżników, wielkiego antropologa Bronisława Malinowskiego, barwnego Tony'ego Halika, a przede wszystkim Ferdynanda Ossendowskiego, którego twórczością inspirowali się już nawet zagraniczni twórcy (na przykład legendarny Hugo Pratt). Jego "Przez Kraj ludzi, zwierząt i Bogów" to wręcz wymarzony materiał na podróżniczą powieść graficzną - temat leży i czeka. Kto pierwszy ten lepszy.


czwartek, 14 marca 2013

Mooreonomicon #1 John Dillinger umarł za nasze grzechy.

Gdy przeglądam swoje zbiory, to wychodzi na to, że na półce mam kilkadziesiąt nieprzeczytanych pozycji (antologii, magazynów, występów gościnnych) w których Alan Moore mniej lub bardziej maczał palce. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby sukcesywne nadrabianie tego wszystkiego i przybliżanie Wam, więc możecie ten wpis uznać za początek nieregularnego cyklu w którym zajmę się pomniejszymi pracami Bestii z Northampton. Mooreonomicon to tytuł roboczy.



 "Another Suburban Romance" (2003) to kilkudziesięciostronicowa książeczka, która ukazała się w 2003 roku nakładem Avatar Press. Na jej zawartość składają się trzy miniatury zaczerpnięte z mało znanego segmentu twórczości Moore'a - zostały napisane głównie w celu wykonywania na żywo ( jako piosenki?).

Pierwsza to paraboliczny wiersz o bezcelowości prób ucieczki w miasto, od własnej, nudnej codzienności przeżywanej w czterech ścianach  (sądząc po trybie życia Moore'a prawdopodobnie autobiograficzny). Drugą, a przy tym najdłuższą historią, jest ballada "Old Gangster Never Die" będąca peanem na cześć mitologii gangsterskiej. Trzecia to dość prosta, ale niepozbawiona czułości, ckliwa piosenka opisująca szare, zindustrializowane miasto z tytułowym romansem w refrenie (wyraz uwielbienia dla Northampthon?).


Ze względu na impresyjność narracji wielu (anglojęzycznych) recenzentów mówi, że nie ma tu fabuły. Myślę, że autorzy tych opinii mają jakieś problemy z percepcją, bo w grafikach pojawiają się wyraźne historie, nawet jeśli momentami nie zgrywają się z literacką narracją prezentowaną przez Moore'a. Prawdopodobnie gdyby wiersze adaptował artysta o bardziej awangardowym zacięciu, ktoś pokroju Dave'a McKeana, czytelnikom byłoby łatwiej pogodzić się z tym, co otrzymali, ale do zilustrowania tekstu wybrano twórcę posługującego się bardzo rzemieślniczym stylem. Nie uważam jednak, żeby nie podołał on temu zadaniu, sądzę wręcz, że dla kogoś tworzącego w realistycznej estetyce było to nie lada wyzwanie, a grafik wyszedł z tego obronną ręką. Hiszpański rysownik Juan Jose Ryp podszedł do zadania bardzo tradycyjnie - w każdej z tych historii pojawiają się postacie, które znajdują się w centrum wydarzeń, a ich poczynania popychają akcję do przodu. Warstwę graficzną stanowi silne, gęste ligne claire, bardzo cielesne i wyraziste, momentami czerpiące z estetyki gore (z której Ryp korzysta po mistrzowsku - warto tu wspomnieć jego ilustracje do dwóch części polityczno- superbohaterskiej trylogii Warrena Ellisa: "No Hero" i "Black Summer"). Brak tu abstrakcji, a gdy pojawia się metaforyczność, to w ostatecznym rozrachunku rysownik przewrotnie przemienia ją w dosłowność  - przykładowo gdy Moore pisze o kobiecie "rozpinającej swoje gardło"*, co ma symbolizować próbę samobójczą, rysownik przedstawia ową scenę posługując się postacią z zamkiem błyskawicznym na szyi.



Z jednej strony "Another Suburban Romance" wydaje się pozycją dla oddanych fanów Moore'a, z drugiej może być odbierana jako zamieniony w sztukę sekwencyjną tomik wierszy. Czyta się ją bardzo szybko, ale to zdecydowanie rzecz do której można wracać wiele razy.  W internecie pojawiły się opinie, że to próba wyłudzenia pieniędzy od kolekcjonerów Moore'a. Jest w tym na pewno trochę racji, ale nie można odebrać tej broszurce tego, że jest niezwykle urokliwa. To nie są drudzy "Strażnicy", nie jest to nawet nowy "Zabójczy Żart", ale wystarczy dostroić się do niej, by przestać uważać wydane na nią pieniądze za stracone. Niemniej, jest to zdecydowanie rzecz dla komplecistów.

*[spoiler - w rzeczywistości zapina gardło, bo owej scenie czas się cofa. Ale nie mogłem się powstrzymać żeby tego nie wykorzystać, bo to idealny przykład, a gdybym zaczął bredzić o czasie i przestrzeni, to minął bym się z meritum]

niedziela, 3 marca 2013

... a potem przyszedł Tolkien i wszystko popsuł. Notatki na marginesie "Bone" Jeffa Smitha


Wielu z nas ma w głowach swoje listy komiksów które chcielibyśmy nadrobić. Klarują nam się po lekturze wszelkich branżowych rankingów, spisu tytułów nagrodzonych w Angouleme, czy wyróżnionych Nagrodą Eisnera, pozycji polecanych przez znajomych, krytyków, forumowiczów etc. Zapewne wielu z was ma na tych listach "Bone" Jeffa Smitha. Do niedawna gościł on również na mojej -   teraz już stoi na półce.


"Kości", zostały rzucone po raz pierwszy ponad dwadzieścia lat temu, w 1991 roku. Do dziś komiks doczekał się wielu wznowień i uznawany jest wręcz za legendarny. Seria Jeffa Smitha to też prawdziwy tytan - czy jak kto woli "Titanic" - jeśli o branżowe nagrody chodzi. Gdy przeglądam ich listę, to nie przychodzi mi na myśl tytuł, który otrzymałby ich więcej.



Seria startowała we wczesnych latach dziewięćdziesiątych. Smith, jak wielu twórców z ówczesnego pokolenia komiksiarzy, próbował swoich sił na niezależnej scenie, która rozkwitła po serii autorskich komiksów publikowanych w poprzedniej dekadzie. Sam przyznaje, że największym impulsem by na poważnie zająć się komiksem był dla niego "Dark Knight Returns" Franka Millera, "Maus" Arta Spiegelmana i "Watchmen" Alana Moore'a. Jednak prócz tego, że owe tytuły otworzyły mu oczy na możliwości, jakie daje medium, nie sposób w "Bone" szukać stycznych z tymi nowatorskimi (nieraz prowokującymi w formie i treści) pozycjami dla dorosłych. I mimo iż Smith zapewnia, że swoją serie kierował do dojrzałego czytelnika, to stworzył komiks noszący wszelkie cechy tego, czym zaczytywał się w dzieciństwie. W pierwszych zeszytach składa hołd klasycznemu komiksowi "Pogo" autorstwa Wallta Kelly'ego - narysowane mocno cartoonową kreską animorficzne postacie do złudzenia naśladują jego styl. Innym twórcą który wywarł wyraźny wpływ na "Bone"  jest Carl Barks. W owych nawiązaniach nie chodzi tylko o zgrabne łączenie komedii z komiksem przygodowym - charakter jednego z bohaterów, najbogatszego mieszkańca Boneville, jest bowiem wyraźnie inspirowany Sknerusem McKwaczem. Sam autor opisując swój komiks stwierdził: "Byłem... wielkim fanem Carla Barksa i Pogo, więc było to dla mnie naturalne by rysować stylem będącym połączeniem prac Walta Kelly'ego i Moebiusa".

Początkowo "Bone" wywołało we mnie zachwyt. Dawno nie czytałem tak oryginalnego, świeżego komiksu, będącego wręcz uosobieniem rozrywkowego potencjału tkwiącego w historiach obrazkowych. Humor sytuacyjny sąsiaduje tu z nostalgiczną, fantastyczną wiejską gawędą i powieścią drogi trochę w stylu "Wodnikowego Wzgórza"...

... a potem przyszedł Tolkien i wszystko popsuł.


Świat wykreowany przez Smitha w pierwszych tomach jest uroczy, przaśny i bajkowy. Jednak z każdym następnym zeszytem czuć, że autor chce przenosić ciężar historii - najpierw wprowadza narysowane semirealistcznyą kreską ludzkie postacie, potem stopniowo zmienia scenerię, a uniwersum przeistacza się z postdisnejowskiej bajki (tu wyjątkowo disnejowskość jest zaletą) w mroczne, średniowieczne fantasy inspirowane ponoć "Władcą Pierścieni". Smith nadaje opowieści epickiego rozmachu, lecz tym samym czyni ją coraz bardziej konwencjonalną i przewidywalną. W pewnym momencie komiks staje się wręcz nudny. Paradoksalnie, ratowanie świata przed zagładą okazuje się znacznie mniej intrygujące niż doroczne wyścigi krów, czy wyprawa bohaterów na wiejski jarmark.


Jak wspomniałem we wstępie, "Bone" uważany jest za klasyka i pojawia się w wielu rankingach najlepszych powieści graficznych. Komiksowy kanon jest mniej zdradliwy niż listy "1001 filmów, które musisz zobaczyć nim odwalisz kitę", ale jak widać i on zawiera pozycje popularne, trafiające w masowe gusta, a niekoniecznie faktyczne arcydzieła. "Bone" to komiks dobry, może nawet bardzo dobry, ale nie wybitny. Jest najzwyczajniej nierówny, szkodzi mu serialowość i to, że gdzieś w połowie serię dotknęło zmęczenie materiału, które odbija się również na jakości grafik Smitha. Z czasem dewaluuje się tu nawet znakomita narracja, a autor, ewidentnie zmęczony pracą, popada w marazm.

Zanim Smith zajął się na poważnie komiksem, pracował przez kilka lat w małej firmie produkującej reklamowe filmy rysunkowe i to, co najbardziej interesujące w warstwie formalnej "Bone", to elementy, które udało mu się przeszczepić właśnie z tego medium. Mimika bohaterów- zarówno tych cartoonowych, jak i tych bardziej ludzkich - posiadała cechy starej szkoły amerykańskiej animacji. Z czasem jednak autor poległ, przygnieciony comiesięcznym cyklem wydawniczym i zapewne nie był już w stanie poświęcić na to tyle czasu i wkładać w to tak dużo energii jak na początku. Tła robią się coraz mniej ciekawe, a z pozoru spektakularne sceny opowiedziane są w dość oszczędnej formie  - i nie mam tu na myśli minimalizmu, tylko bidę wywołaną ewidentnym pospiechem.


The Changing Face of Comics?

Wielu krytyków zachwycając się "Bone" podkreśla, że Smith na pracę nad tym tytułem poświęcił aż 13 lat swojego życia, że zajmował się sam wszystkimi aspektami tworzenia opowieści (nie tylko pisał scenariusz, ale też rysował i robił liternictwo ), że była to iście tytaniczna robota... Gdy trzymamy w rękach jednotomowe wydanie, jesteśmy faktycznie pod wrażeniem. Warto jednak pamiętać, że w anglosaskim komiksie jest kilku większych madafakerów. Stan Sakai tworzy "Usagi Yojimbo" nieustannie od prawie trzech dekad i odkąd rozpędził serię trzyma wyrównany poziom (wyjątkiem jest chyba tylko "Yokai"). Warto również zwrócić uwagę na Dave'a Sima, autora w jakimś sensie bratniego dla Smitha, bo tworzącego cartoonowy komiks fantasy. Gdy startował ze swoją serią "Cerebus the Aardvark" (który dziś liczy 6000 stron stron i jest najdłuższym komiksem amerykańskim tworzonym przez jednego artystę) był twórcą jeszcze nieporadnym, ale z czasem coraz bardziej rozwijał warsztat. U autora "Bone" jest wręcz odwrotnie. Oglądając dokument-laurkę "The Cartoonist: Jeff Smith, Bone and the Changing Face of Comics" i mając w pamięci tych twórców - do których Smith naprawdę nie dorasta, było mi przykro słyszeć, jaki to jest wielki, jedyny i niepowtarzalny. Co ciekawe, Sakai pojawiał się ze Smithem na archiwalnych zdjęciach - jednak jego nazwisko nie padło w filmie ani razu.



Nie jestem wielkim miłośnikiem komiksu fantasy, ale bez problemu odnajduję w pamięci pozycje z tego gatunku które wygrywają z Bone - od razu przychodzi na myśl wydawana u nas we wczesnych latach dziewięćdziesiątych seria "Hugo", "Szninkiel", czy te bardziej skłaniające się w stronę fantasy tomy "Sandmana" (odnajdziemy tu sporo zbieżności z "Zabawą w Ciebie" - i tu, i tu kraina snów odgrywa ważną rolę). Najskuteczniej problem, jaki tkwi w "Bone", obrazuje zestawienie go z wydanym kilka lat temu przez Kulturę Gniewu komiksem "Trzy cienie". Jego autorem jest twórca z podobnymi doświadczeniami zawodowymi - współpracujący onegdaj z Disneyem Ciril Pedrosa, który za pomocą cartoonowej kreski stworzył dzieło zbliżone tematycznie, ale bardziej konsekwentne, skondensowane, spójne i soczyste od strony artystycznej.


Wiem, że wielu ludzi uważa "Bone" za arcydzieło, ale ja zaryzykuję tezę, że swoją sławę tak naprawdę zawdzięcza on niezwykle dobrej dystrybucji (którą z początku zajmowała się żona autora, a później firma księgarska odpowiedzialna za promocję "Harry'ego Pottera"), i przyjaznej dla czytelnika formie wydania - komiks doczekał się wielu wersji, ale czarno-białą, jednotomową edycję (1300 stronicowe monstrum) można kupić za stosunkowo nieduże pieniądze. Na pewno nie będzie to jednak kiepska inwestycja. To  świetna rozrywka, skierowana do wszystkich grup wiekowych, komiks momentami rewelacyjny, ze świetnie napisanymi dialogami i zapadającymi w pamięć postaciami, sprawiający czytelnikowi dużo przyjemności przez kilka długich wieczorów. Niemniej nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Smith nie wykorzystał całego potencjału, jaki tkwił w tej historii.

piątek, 22 lutego 2013

Bardzo trudno jest mi orzec, dziobak to, czy jednorożec

Kuba Jankowski zaprosił mnie do współtworzenia działu komiksowego serwisu Poltergeist. Na pełnoetatowy udział nie znajdę czasu, ale chętnie wspomogę redakcję kilkoma recenzjami. Prawdopodobnie będą to głównie teksty o mainstreamowym komiksie europejskim. Myślę, że łamy Poltera świetnie się do tego nadają.



Gdy pierwszy raz do Europy przywieziono dziobaka, brytyjscy naukowcy nie uwierzyli w autentyczność owego egzotycznego znaleziska. Anatomia stworzenia wydawała się im tak nieprawdopodobna, że podejrzewali mistyfikację. Twierdzili, że to spreparowany eksponat: bóbr z doszytym kaczym dziobem. Jednorożec to właśnie taki nieszczęsny dziobak - twór osobliwy, z miejsca wzbudzający szereg podejrzeń.


Zawsze uważałem, że kino klasy B nie posiada swojego odpowiednika w komiksie. Gdy album jest zły od strony rzemieślniczej, to jest po prostu zły - nic go nie uratuje, tak jak w filmie gatunkowa konwencja i niski budżet usprawiedliwiają wiele niedociągnięć. Natomiast w branży komiksowej najtańszymi pulpowymi szmatławcami zajmowali się często twórcy uznawani później za mistrzów, a do taniego horroru, czy kina sensacyjnego klasy B z lubością sięgają czołowi twórcy pokroju Alan Moore'a czy Ed Brubaker'a. Po lekturze Jednorożca zmieniłem zdanie. Seria autorstwa Mathieu Gabelli i Anthony'ego Jeana to podane pod postacią frankofońskiego komiksu głównego nurtu szalone, postmodernistyczne exploitation, które - o zgrozo - wymknęło się twórcom spod kontroli...

 
Mimo iż współczesna literatura fantastyczna dalej niechętnie eksperymentuje z formami narracji, to kurczowo chwyciła się postmodernizmu - i to tego w najbardziej spłyconej postaci. Autorzy do bólu eksploatują motywy alternatywnej historii, chętnie mielą steampunk z czym popadnie, do tego stopnia, że stało się to wręcz niesmaczne i męczące. Takie też wydaje się - wyjątkowo niezgrabne, warto dodać - wejście twórców Jednorożca w owe schematy. To istny popkulturowy potwór Frankensteina. W czasach Przedwiośnia Żywych Trupów i wszechobecnych parafraz to wyświechtany frazes, ale pasuje jak ulał do tworu, w którym poetyka powieści Arturo Péreza-Reverte spotyka się z horrorem cielesnym. Twórcy osadzili akcję w 1565 roku. Bohaterami są wybitni medycy tamtej epoki, należący do quasi-masońskiej grupy walczącej z tajnym stowarzyszeniem kościelnym, próbującym przejąć władzę nad światem. Prócz tego autorzy wszczepili w kwitnącą filozofię odrodzenia motywy zaczerpnięte wprost z filmowego Reanimatora i fizjologicznej twórczości Cronenberga (szczególnie Videodrome), a za konwencję obrali fantasy wymieszane z powieścią "płaszcza i szpady" i teoriami spiskowymi.

Wiem, że to wszystko brzmi niedorzecznie i nie ma co ukrywać: przeszarżowano nie tylko fabułę, ale dosłownie każdy element składowy tego komiksu. Grafik Anthony Jean wydaje się niezłym rzemieślnikiem, ale jego kolorowane komputerowo rysunki są też do bólu kiczowate, łączące styl frankofoński ze skażonymi graffiti i mangą komiksami lat dziewięćdziesiątych (najbliższe skojarzenia mam z estetyką Afro Samurai). Zgubiono również proporcje między warstwą literacką, a narracją obrazem. Scenarzysta, by wprowadzić czytelnika w realia świata przedstawionego, upycha tu masę informacji, jakby manifestując to, że tak naprawdę wolałby napisać powieść. Byłem wręcz zdumiony dyletanctwem autorów, gdy w pierwszym tomie znalazłem planszę, na której umieszczono dwadzieścia (!) dymków z dialogami, a jako ilustrację zastosowano jedynie panoramę miasta. Ponadto w fabule znajdziemy przytłaczającą ilość nomenklatury medycznej i zawiły popis erudycji teoretycznie nieprzystający do lekkiego, stricte rozrywkowego charakteru tej opowieści. Nawet ekskluzywne wydanie wydaje się nie pasować do zawartości.


Do listy paradoksów można dołączyć jeszcze jeden, bodaj największy. Jednorożec to fantastyczna i ekscytująca lektura. Na jakimś poziomie blisko mu do niektórych komiksów Gartha Ennisa (dla dobra sprawy uznajmy, że tych lepszych), z tą tylko różnicą, że wszystko wydaje się tu śmiertelnie poważne... o ile można potraktować serio opowieść, w której bohater okłada przeciwników kręgosłupem wyjętym ze zwłok, które przed chwilą jeszcze leżały na stole sekcyjnym. Jednorożca najlepiej opisują przeciwieństwa: to komiks inteligentny i głupi, poważny i śmieszny, zarówno dobry jak i zły. Mimo rzemieślniczej nieporadności twórców czyta się go wspaniale, a niedorzeczna historia (tu trzeba przyznać, że podparta solidnym, szczegółowym riserczem i zdradzająca znajomość konwencji i schematów gatunkowych) wciąga jak diabli. W czasie lektury ekscytowałem się tak bardzo, że na przemian prychałem śmiechem i przeklinałem na głos, nie dowierzając w to, co widzę.

Słyszałem o Jednorożcu kilka nieprzychylnych opinii, a w recenzjach dominował raczej zachowawczy ton. Nic dziwnego, pisząc o nim można się czuć zbitym z tropu. Mógłbym ten komiks uznać za najsłabszy z całej frankofońskiej oferty Taurusa, lub równie dobrze za najlepszą mainstreamową serię 2012 roku. Gdy patrzę na Jednorożca z perspektywy krytyka, mam mieszane uczucia, ale jako miłośnik kina exploitation i innej szmiry (zawsze denerwował mnie pejoratywny wydźwięk tego słowa, używanego jako polski odpowiednik angielskiego pulp, ale w tym przypadku jest odwrotnie - to Szmira przez "duże Szy") jestem w nim wręcz zakochany. Gdyby Tarantino postanowił zrobić film fantasy, to wyszłoby mu właśnie coś takiego...


TEKST ZOSTAŁ PIERWOTNIE OPUBLIKOWANY NA ŁAMACH POLTER.PL

wtorek, 12 lutego 2013

Rycerze świętego Wita - David B.




W 2012 roku lista powieści graficznych, jakie ukazały się w naszym kraju wzbogaciła się o kilka wybitnych pozycji. Wielkim zaskoczeniem była nieznana szerzej „Parenteza” Elodie Durand, kameralny, bardzo oryginalny od strony artystycznej komiks, opowiadający historię choroby autorki, cierpiącej na wywołującego zaniki pamięci guza mózgu. Gdy pisałem o nim w kwietniu, nie spodziewałem się, że w ciągu następnych miesięcy ukaże się coś równie dobrego, szczerego i poruszającego. Koniec roku przyniósł jednak komiks o bardzo zbliżonej tematyce. „Rycerze świętego Wita” stawiani są obok „Mausa” Arta Spiegelmana i uznawani za dzieło kanoniczne, jedno z tych, które przecierały szlak dla tak modnej dziś, intymnej wypowiedzi za pomocą medium obrazkowego. 

„Rycerze świętego Wita” to biografia nietypowa, opowiedziana przez pryzmat choroby, która dotknęła brata autora. David B. dzieciństwo i młodość spędził we Francji na przełomie burzliwych lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Jego wspomnienia z tego okresu są traumatyczne. Jego życie – nawet po wyprowadzeniu się z domu rodzinnego – zdawało się być całkowicie podporządkowane chorobie brata. Rodzice autora, przerażeni skutkami ubocznymi farmakologicznego leczenia epilepsji i nieufnie nastawieni do lekarzy (operacja, którą im zaproponowano mogła doprowadzić do nieodwracalnego kalectwa ich syna), szukali ratunku u wszelkiej maści znachorów i cudotwórców. Nie tracąc nadziei błądzili od szarlatana do szarlatana: przyłączali się do komun makrobiotycznych, próbowali wielu odmian medycyny niekonwencjonalnej, zdesperowani zwrócili się nawet ku spirytyzmowi. Byli przy tym skłonni do wszelkich poświęceń i często zmuszali do nich resztę rodziny.



Nie jest to jednak jedyny wątek jaki został poruszony w tym komiksie. Już od pierwszych rozdziałów autor wyraźnie kreśli tło społeczno-polityczne, a jego opowieść staje się próbą (subiektywnego) odmalowania czasów, w których toczy się akcja. Dużo uwagi poświęca również swojemu drzewu genealogicznemu i związkom przodków z historią Francji – z naciskiem na wojny, bo makabra (również jako estetyka) zdaje się Davida B. fascynować najbardziej. Już jako dziecko autor chował się za fasadą swoich brutalnych, przedstawiających wielkie bitwy rysunków. Ciągłe bazgranie było dla niego pancerzem chroniącym przed rzeczywistością i, jak sam to określa, zbroją, którą przywdziewał na wzór fascynujących go w dzieciństwie rycerzy. Trzeba tu zaznaczyć, że w oryginale komiks nosił nieprzetłumaczalny tytuł „L’Ascension du haut mal”, odwołujący się do starofrancuskiego określenia epilepsji. Wydawca – co jest wielką rzadkością przy tego rodzaju zabiegach – niezwykle udanie przechrzcił go na „Rycerzy świętego Wita” nawiązując do staropolskiej nazwy padaczki.

Nie jestem miłośnikiem komiksów, w których dominuje literacka narracja, a takie wrażenie z początku sprawiają „Rycerze świętego Wita”. To jednak tylko pozory. Zatrzymując się przy tym aspekcie, warto porównać dzieło Davida B. z innym, powstającym w niemal w tym samym okresie (lata 1995–2005) komiksem – „Black Hole” Charlesa Burnsa. Mimo że komiks amerykańskiego kolegi po fachu to opowieść obyczajowo-psychologiczna, z dużą dozą wątków autobiograficznych, to ze względu na metafory związane z horrorem cielesnym, często wymieniany jest w rankingach najlepszych obrazkowych opowieści grozy. Podobna zależność pojawia się między warstwą literacką a graficzną „Rycerzy świętego Wita”. Podczas gdy na pierwszym planie możemy śledzić historię bezsilności w walce z chorobą, na drugim – w warstwie graficznej – rozgrywa się zupełnie inna, nie mniej ważna opowieść. Lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte, czyli okres największej popularności ruchu New Age, zostały w komiksie Davida B. przedstawione inaczej, niż zwykło się to czynić. Dla autora są to czasy równie mroczne i niepokojące, co Berlin lat trzydziestych, w którym rozkwitała ezoteryka i nowe nurty filozoficzne. W grafice objawia się to silnymi nawiązaniami do ekspresjonizmu niemieckiego. Prócz tego znajdziemy tu dużą dozę surrealizmu, symbolizmu i wiele innych nadrealnych tendencji występujących w sztukach plastycznych.



 Historia przedstawiona na drugim planie to również przegląd horroru obecnego w naszej kulturze. W rysunkach autora odbija się jego fascynacja literacką grozą, opowieściami niesamowitymi i naukami tajemnymi. Rysunkowe stwory – stanowiące niezwykle sugestywną i eklektyczną mieszankę – uosabiają dręczące Davida B. i jego rodzinę demony, lęki i choroby. Nawet postacie mityczne, historyczne i literackie służą mu jako narzędzie do wyrażania emocji, nastrojów i podświadomych komunikatów. W „Rycerzach świętego Wita” ważną rolę odgrywa też etniczna ornamentyka, malarstwo batalistyczne i mnożące się w niezdrowej wręcz ilości symbole okultystyczne i alchemiczne. W efekcie ten niezwykle mroczny i klaustrofobiczny komiks zaczyna przypominać podrasowaną psychodelikami twórczość Edwarda Goreya, rozdmuchaną do epickich rozmiarów dzieł Hieronima Boscha.

„Rycerze świętego Wita” to niezwykle przytłaczająca historia i w przeciwieństwie do wspomnianej „Parentezy” nie ma w niej nic z autoterapii. David B. z jednej strony kryje się za swoimi rysunkami, coraz bardziej zapada się w swojej twórczości, z drugiej – w masochistycznym słowotoku obnaża swoje lęki i problemy. Analogicznie do „poetów przeklętych” to komiksiarz przeklęty, którego chora dusza nigdy nie zazna spokoju. W „Rycerzach świętego Wita” zabiera nas w podróż, którą możemy porównać do słynnego albumu Joy Division „Closer”. To zjazd po równi pochyłej: kompulsywny, deliryczny i depresyjny.


wtorek, 22 stycznia 2013

Niedźwiedź, kot i królik




„Niedźwiedź, kot i królik” to dziwny komiks, ale gdyby się nad tym zastanowić, czy nie wydaje się dziwne także to, że mamy ręce, palce, twarz, z której wydobywają się dźwięki, i że za ich pomocą się porozumiewamy? Tytułowa historia nie jest wcale dziwniejsza niż cały rodzaj ludzki – jego sny, baśnie, podania, mity, religie i legendy. Jest w tym komiksie duży pierwiastek szamanizmu, dążenia do iluminacji, odwiecznego pytania człowieka o istnienie Boga. W sekwencjach złożonych z onirycznych obrazów Marii Rostockiej zaklęto opowieść o szukaniu Graala. Bardzo ciekawą rolę odgrywa tutaj słowo: dar Boga, synonim człowieczeństwa, inteligencji, wolnej woli.



Scenariusz został napisany tak, by wydobyć cały potencjał tkwiący w obrazach Rostockiej, co sprawia, że poetyka komiksu wpisuje się w psychodeliczno-eksperymentalny nurt sztuki sekwencyjnej, sytuujący go gdzieś w pobliżu „Arzach” Moebiusa. Warstwa narracyjna pozbawiona jest jednak formalnej ekwilibrystyki. Prawda jest taka, że mimo zrozumienia i wykorzystania przez twórców roli piktogramu (postacie zresztą porozumiewają się za ich pomocą, zamiast używać klasycznego języka, co może też być jednym z kluczy do odczytywania sensu tej historii) jest to komiks do oglądania i wewnętrznego przeżywania, a nie do czytania i szczegółowego analizowania. Autorzy postawili na atmosferę, pozostawiając czytelnikowi sporą przestrzeń do samodzielnej interpretacji.


W warstwie graficznej „Niedźwiedź, kot i królik” przypomina często prace Tora Lundvalla: na ogromnych planszach widzimy przemykające przez las człekokształtne postacie o głowach zwierząt. Komiks w całości stworzono techniką malarską. Został wydany w olbrzymim formacie, co sprawia, że, gdy przypatrujemy się poszczególnym kadrom, możemy nawet dostrzec fakturę w miejscach, gdzie grubiej nałożono farbę.

Niedoświadczeni twórcy, mający aspiracje tworzenia komiksu artystycznego, często zapominają o tym, by mierzyć siły na zamiary, wykazują się ignorancją i niezrozumieniem języka medium. Wyważają otwarte drzwi i zaplątują się w formę, ostatecznie licząc na to, że braki w warsztacie zasłonią awangardowością. Rostockim tylko na początku zdarza się kilka potknięć: na niektórych planszach czuje się jakąś nieporadność, problemy z osią akcji. Jednak im dalej w las, tym ich wizja i narracja klarują się coraz bardziej, sprawiając, że zamiast z udanym debiutem, obcujemy z dojrzałym dziełem i zarazem jednym z najciekawszych albumów 2012 roku. Komiksy malarskie to specyficzny sposób wyrazu. Maria Rostocka poczuła się w tej formie tak dobrze, że zaczęła nawet wykorzystywać charakterystyczną dla tego typu prac ułomność – brak dynamiki – jako środek artystyczny.



Mimo pięknej warstwy graficznej „Niedźwiedź, kot i królik” nie jest albumem, którego lektura ma sprawiać przyjemność, i grupa jego odbiorców w polskim środowisku komiksowym jest dość wąska. Ze względu na to, że jest to komiks z aspiracjami, malkontenci mogą uznać go za wydumany, pretensjonalny i silący się na artystyczność. Wszystko przez to, że to twór niejednoznaczny w interpretacji, nieschlebiający przeciętnemu odbiorcy, przepełniony alegorycznością, lękiem i pytaniami wydobytymi z podświadomości. Na szczęście „Niedźwiedź, kot i królik” może z powodzeniem trafić do czytelników spoza branżowego getta – miłośnicy psychodelicznych filmów Alejandra Jodorowsky’ego i starej szkoły animacji eksperymentalnej powinni być nim urzeczeni. Jestem jednak pewien, że większość czytelników minie się z jego ideą i uzna go za dziwoląga. Nie będę polemizował z tą tezą, bo nie miałoby to sensu, zaznaczę tylko, że to piękny dziwoląg.


KUP

środa, 16 stycznia 2013

MUZYKA - subiektywne podsumowanie 2012 roku.



Możliwe że siedząc w kącie, czytając komiksy i słuchając w kółko pętlących się ambientów przegapiłem wiele istotnych (nawet jeśli byłyby istotne tylko dla mnie) płyt. Jednak te pięć tytułów - niektóre są bardzo oczywiste - wymieniłbym jednym tchem. W niektórych podsumowaniach widzę Matta Eliotta, którego uwzględniłem w tamtym roku (premiera na nośniku była w styczniu 2012), pojawia się też nowe Death Grips które pomijam, bo o projekcie również pisałem w zestawieniu na 2011 rok (zalecam tam zerknąć - klik). 


W podsumowaniu znalazły się tytuły, które nasunęły mi się same. Potem zacząłem kombinować, googlać, dopisywać i lista zaczęła się rozłazić. W ostatniej chwili wywaliłem kilka pozycji, pozostawiając zestawienie w pierwotnej formie. Przeglądałem też listę Brainwashed i na pewno muszę dosłuchać kilku pozycji (sądząc po niej, przegapiłem mniej niż sądziłem) więc będę pewnie jeszcze wspominał o kilku fajnych płytach na fanpage'u, a może niedługo pojawi się tu druga piątka.

 Przed świętami przyszła do mnie ostatnia płyta wydana przez Etalabel, ale nie wsadziłem jej jeszcze do odtwarzacza. Pomijając ten album (który pewnie też jest fajny), oficyna prowadzona przez Grzegorza Bojanka wydała w tym roku same bardzo dobre płyty, idealnie wpisujące się w moje gusta muzyczne. Fajne rzeczy robi też kasetowy label Sangoplasmo (pisał o nich Bartek Chaciński klik).



Komary rypią, przejdźmy do listy.



Scott Walker - Bish Bosch  Nie będę ukrywał zawodu. "Bish Bosch" - mimo tego, że niesamowita warstwa tekstowa wpisuje się w te same tendencje - do "Tilt" i "Drift" nie dorasta. Na poprzednich albumach apokaliptyczna poezja Walkera i konceptualna muzyka stanowiły nierozerwalną całość - tu nad wszystkim dominuje deliryczna narracja. Co ciekawe, w porównaniu do swojej poprzedniczki, płyta jest całkiem słuchalna. Przyznam szczerze, że nie jestem w stanie przedrzeć się przez cały "Drift" za jednym posiedzeniem (dla nieznających twórczości Walkera może to zabrzmieć jak zarzut, więc zaznaczam, że tak nie jest - to po prostu jedna z najbardziej przerażających i sugestywnych płyt w historii "muzyki popularnej"). "Bish Bosch" jest jednak również mniej muzykalny, niż mój ulubiony "Tilt", którego mogę słuchać całymi dniami, w kółko Macieju.  Wszystko wskazuje na to, że Walker swoje opus magnum ma za sobą i trudno mi z tym przejść do porządku dziennego. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę to musiał odszczekać. Głęboko wierzę, że uda mu się nagrać przynajmniej jeszcze jeden album .


Ponad dwudziestominutowe serce płyty (SDSS14+13B) wybija się spośród reszty utworów i najbardziej przypomina poprzednie dokonania Walkera. To jedyny track, który urzekł mnie od razu - od pierwszej chwili słuchałem jak zahipnotyzowany i za każdym razem przeżywam ten utwór równie intensywnie. Mimo wszystko trudno uznać "Bish Bosch" za nieudany album i jest to dla mnie ważna płyta - możliwe, że najważniejsza w tym roku - czekałem na nią w końcu pół dekady. Cały czas wracam do niej, cały czas znajduję coraz więcej, i możliwe, że wgryzę się w nią jeszcze bardziej, ale na tę chwilę (jakieś dziesięć odsłuchów - dwa na słuchawkach, reszta na głośnikach) nie kupuję jej w całości.




 Mount Eerie - Ocean Roar  Phil Elverum nagrał w tym roku dwie wspaniałe płyty, których słuchałem z prawdziwą ekscytacją. Jeśli miałbym wybrać tylko jedną, wskazałbym "Ocean Roar", która w szczytowym punkcie kradnie sporo z black metalowego shoegaze (artysta robił to już na wybitnym "Wind's Poem") i tymi środkami odmalowuje wzburzony morski krajobraz, stający przed naszymi oczami niczym żywioł rodem z rycin Gustava Dore. W tej stylistyce wykonał również utwór z repertuaru legendarnego Popol Vuh, podkreślając tym samym ambitne konotacje i założenia współczesnego black metalu. Musicie tego posłuchać, bo w tym dyptyku tak pięknie uwypukla się jego potencjał, że powody nobilitacji, jaka spotkała w ostatnich latach ten hermetyczny dotychczas gatunek, zrozumie każdy niedowiarek (każdy, prócz zajadłych metalowców, dla których będzie to pewnie pozerstwem). 





Warto dodać, że za Wielką Wodą scena BM rozkwita jak grzyb na ścianach poprzedniej stancji Marcina Zembrzuskiego. Przylatują stamtąd (ze Stanów ofkors, a nie z poprzedniej kanciapy Marcina) coraz wspanialsze wynalazki, które odbijając się od tradycji europejskiej sceny black metalowej (również polskiej, gdyż dla takiego Xasthura jedną z największych inspiracji stanowił pono Graveland)  tworzą nową jakość, często eksperymentują z estetyką, wyciągają na wierzch shoegaze, ambient, podpierają postrockiem, zamieniając ją w coś więcej. Sam słuchałem z tego wszystkiego zaledwie ułamek, bo moje króliki reagują na to z dezaprobatą, w popłochu chowając się za kanapę.


Neil Young - Psychedelic Pill Sześcdzisięciosześcioletni staruszek, któremu lekarze zabronili już nawet palić trawę, nagrał najlepszy rockowy album głównego nurtu, zostawiając w tyle większość indie młodzieńców. Wszystkie utwory są bardzo dobre, ale płytę zdominowały bezkompromisowe kilkunastominutowe, transowe kompozycje w których czuć młodzieńczą radość grania. Mam nadzieję, że tego albumu słuchali już wszyscy i rekomendacja jest całkowicie zbędna. To z nim będzie mi się  kojarzył 2012 rok. Sam teraz wracam do poprzedniej płyty Younga: "Le Noise", bo przyznam szczerze, że chyba ją zlekceważyłem i po premierze zbyt szybko wyszła z mojego playera. 




Swans - The Seer Zawsze denerwowało mnie jęczenie znajomych na rozpad Swansów. Są rzeczy, które powinny się skończyć, choćby po to, żeby się nie zdewaluować. Projekty Giry (który coraz bardziej zaczyna przypominać Hanka Williamsa), i solowe płyty Jarboe wpisywały się świetnie w moje gusta. Nie było według mnie na co narzekać. Teraz muszę wszystko odszczekać. Tak, poprzednia  płyta Swans to petarda, nowa płyta to monolit. Za kilka dekad rok 2012 będzie wspominany ze względu na Swans i czwarty eksperymentalny album Scotta Walkera.







King Dude – Burning Daylight i neofolk. Po pierwsze Myrninerest, "Jhonn, Uttered Babylon" projekt Davida Tibeta i James Blackshawa jest wart odnotowania, ale nie siedział długo w moim playerze więc zrezygnowałem z umieszczenia go w topie jako osobnego paragrafu. Przed publikacją tego tekstu słuchałem po raz pierwszy Fire + Ice "Fractured Man" - i jest to na pewno dobra płyta, ale obcowałem z nią zbyt krótko by ją tu wyróżnić. Prócz tego w neofolku działo się w tym roku naprawdę niewiele, albo mało z interesujących płyt do mnie dotarło - zawsze jest taka możliwość, bo jak często podkreślam, druga fala jest mi równie odległa, co polska scena komiksowa. Najciekawsze rzeczy wydarzyły się tak naprawdę na pograniczu i nowy King Dude jest chyba najlepszym tego dowodem. Wiele razy zdarzyło mi się słyszeć, że "Woven Hand to nie neofolk". Dziś, gdy wpływ alternatywnego country na ten nurt jest niezaprzeczalny, wszystkim malkontentom mogę pokazać faka. King Dude to nawiedzony, apokaliptyczny, psychfolkowo - countrowy, bluźnierczy gospel, nieraz zagrany z rockową werwą. Spiritus movens projektu często odżegnuje się od neofolkowych konotacji, ale ja mu zabraniam, bo jest dla mnie "nową nadzieją białych" . Jeśli miałbym odrzucić obiektywizm i zapomnieć o nowym Swans, to powiedziałbym, że to jest najlepsza tegoroczna płyta z całej mrocznej sceny.

I



 II