piątek, 15 kwietnia 2011

Glinno - Jacek Frąś



Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Kultura Gniewu. Bardzo dziękuję.


Mam niewielkie pojęcie o polskim komiksie, jednak dzięki uprzejmości Kultury Gniewu mogę ostatnio nieco po tym poletku pohasać. Cieszę się bardzo. Bo tu już nawet nie chodzi o przyjemność czytania, a o najzwyklejsze poszerzanie horyzontów.

Glinno to chyba jeden z bardziej znanych polskich komiksów poprzedniej dekady. Widziałem go w wielu topach i od dawna byłem nim zainteresowany - jednak z racji tego, że nie zbieram polskiego komiksu, pomijałem go programowo. Gdy wziąłem go w ręce, to poczułem, że popełniałem błąd zwlekając z tym tyle czasu - świetna, malarska warstwa plastyczna, piękne, dopracowane wydanie. Miałem już w głowie recenzję: "wielkie osiągnięcie współczesnego polskiego komiksu", "to trzeba mieć!"... jednak kiedy zagłębiłem się w lekturze, Glinno stało się dla mnie jedynie potwierdzeniem słuszności nie kupowania polskich komiksów.

Jacek Frąś - zapatrzony w twórców pokroju Lyncha czy Szulkina ( wymiennie: Burnsa czy Clowesa) - używa gatunku jako punktu wyjściowego, gdy tak naprawdę jego celem zdaje się być wytworzenie metafizycznego niepokoju. Jednak nie jest zbyt dobrym pisarzem i scenariusz, mimo, że obfituje w zwroty akcji, to nie jest ani przemyślany, ani dobrze skonstruowany. To rzecz na tyle bełkotliwa, że z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że całe trzy lata - bo tyle malował owy album - zmarnował głównie na ilustrowanie pustych , długich i do niczego nie prowadzących rozmów. Przy tym wszystkim muszę zaznaczyć, że nie chodzi mi tutaj o nieczytelność - bo Frąś medium rozumie bardzo dobrze - a po prostu o miałkość i pretensjonalność scenariusza. Nie wiem na co liczył twórca. Zgaduję, że najprawdopodobniej na to, że niezbyt wyrobiony czytelnik może mieć wrażenie obcowania z czymś głębokim i awangardowym... jednak z przykrością muszę stwierdzić, że to ostatnia rzecz, jaką mógłbym o Glinno powiedzieć. Nawet jeśli pojawiają się tu ciekawe motywy (np. przynależne do ekspresjonizmu niemieckiego czy literatury grozy początków XX wieku), to niestety nic z nich nie wynika.


(kliknij aby powiększyć )


Jak już wspomniałem, Frąś skrobał ten album trzy lata. I co tu dużo mówić - komiks jest pięknie namalowany i widać, że się starał. Grafiki są stylizowane na tworzone ręką artysty z postępującą chorobą psychiczną. W zastosowaniu barw bardzo łatwo dostrzeżemy impresjonizm (Van Gogh ) i ekspresjonizm ( Munch ) . Odwołania do owych nurtów są sprawnie wykorzystywane przy samej narracji, bo kolorystyka często zastępuje lub uzupełnia komiksowe środki wyrazu. Jednak nawarstwienie podobnych kadrów i podobnych planów (zmarnowanych na bełkotliwe rozmowy) w komiksie, który - jak się domyślam - miał być efektowny jest zwyczajnie głupie i dowodzi, że autor kompletnie nie przemyślał swojej pracy. Najprawdopodobniej eksperymentował i malował popychając historię do przodu. Według mnie nic - poza malunkami, zapewne rozwojem warsztatu i pouczającym doświadczeniem - dobrego z tego nie wyszło.

(kliknij aby powiększyć )

Na koniec ( to druga z rzędu recenzja komiksowa z której się tłumaczę - coś jest chyba nie tak) chcę zaznaczyć, że mimo tego, że powyższy wpis może być postrzegany w kategoriach "rzut kupą w autora", to muszę stwierdzić, że Frąś jest jednym z najoryginalniejszych polskich rysowników z którymi się zetknąłem i chętnie sięgnę po każdą pracę którą stworzył (Tragedyja Płocka wygląda bardzo obiecująco). Niestety jego talent plastyczny nie jest w stanie uratować w moich oczach tego pretensjonalnego i bełkotliwego komiksu. Przykro mi.

piątek, 8 kwietnia 2011

Krzyk w niebiosa - Anne Rice

Poniższy tekst napisała Lilandrah. Gościła już w Arkham (klik) i od lat stoi za kulisami tego bloga (robi banery, loga, itd., ale nie tylko - podrzuca mi też czasem muzykę albo marudzi) . Teraz ma tu zostać na stałe. Wraz z rozwojem literackiego działu Arkham jej pojawienie staje się dość naturalne. Lilandrah nie tylko dużo czyta, świetnie pisze, ale też znacznie lepiej niż ja orientuje się we współczesnej fantastyce (szczególnie polskiej). Do tego ma dobry gust i niewyparzony język. Mam nadzieję, że polubicie jej recenzje.



Książkę do recenzji udostępniło wydawnictwo Rebis. Dziękujemy.



Pierwsze skojarzenie na hasło 'Anne Rice' to oczywiście Kroniki Wampirów, cykl, który dobrze się zaczął, potem zdegenerował i - na cale szczęście - już się skończył. Zło jednak się dokonało, i psychoza na punkcie krwiopijców, której obecnie doświadczamy, jest, w dużym stopniu, jej właśnie winą. Zanim jednak pani Rice zaczęła taśmowo produkować opowieści o wampirach, rozdmuchując je do absurdalnych wręcz rozmiarów, zanim się nawróciła i zaczęła pisać ku chwale Pana, i zanim wreszcie się z Kościoła wypisała, powstała jej trzecia z kolei książka, nie będąca częścią żadnego cyklu i w której, Bogu dzięki, nie pojawia się nic nadprzyrodzonego.


Nikt nie może mieć wątpliwości, że Anne Rice jest utalentowaną pisarką, jednak czasem można mieć zastrzeżenia co do jej dobrego smaku. W „Krzyku…” presja, której później uległa, by tworzyć kolejne wysmakowane językowo, ale kompletnie miałkie horrorki, jeszcze nie dała o sobie znać. Mamy więc powieść napisaną z równą zręcznością, ale pełną treści, popartej w dodatku imponującymi studiami nad epoką. Podczas lektury można autentycznie poczuć „powiew muzyki”, usłyszeć arystokrację oklaskującą śpiewaków w operach Wenecji, Neapolu i Rzymu, posmakować karnawału, a nawet zaangażować się w barwne sceny homoerotyczne.

Teoretycznie kastraci nijak mają się do wampirów, ale w gruncie rzeczy Anne Rice i tym razem eksploruje zbliżone środowiska. W końcu wampiry też zostały w pewien sposób pozbawione płci, a inność jest dla nich brzemieniem. Stoją gdzieś na skraju społeczeństwa, są jednocześnie wyobcowane i podziwiane, nieszczęśliwe i potężne.



(Czytając książkę, słuchałam współczesnego sopranisty Radu Mariana, który jest naturalnym kastratem, tzn. ma wszystko na miejscu, a mimo to nie przeszedł mutacji i zachował odpowiednie rejestry wokalne. Nie wiem, na ile jego talent odpowiada „prawdziwym” kastratom, ale i tak robi wrażenie)


Kastraci, egzystując poza światem tradycji i odpowiedzialności za ród, oraz wolni od przynależności do jednej płci, dysponowali ogromną jak na owe czasy swobodą seksualną. Nie byli w pełni mężczyznami, więc ich związki nie wywoływały w muzycznym światku zgorszenia. Publiczność kochała ich głosy i kreacje na tyle, by podczas występu Cafarelliego wołać „Evviva il coltello!” – „Niech żyje nóż”, jednak poza światem muzyki skazywała ich na pogardę. Ich wzrost, długie kończyny i rozwinięte klatki piersiowe sprawiały, że w rolach kobiecych dysponowali ogromnym czarem, ale jednocześnie pełnili rolę boskich dziwadeł, stworzonych tylko dla muzyki.
Życie kastrata było jednak dla Tonia Treschi - bohatera Krzyku - czymś innym, niż dla utalentowanych biedaków, którzy dzięki operze mieli szansę na życie w luksusie. Dla nich talent był raczej wybawieniem niż brzemieniem, nawet mimo tego, że kastrowano wtedy mnóstwo chłopców, a tylko nieliczni dysponowali zdolnościami wystarczającymi do prawdziwej wielkości.

Tonio wywodził się z poważanej rodziny weneckich patrycjuszy. Jego zadaniem, w zastępstwie okrytego hańbą brata, był ożenek i zapewnienie ciągłości rodu. Kiedy wbrew woli został pozbawiony męskości, miotał się w poczuciu straty, z którą nigdy do końca się nie pogodził. Przez długi czas nie decydował się na przyjęcie scenicznej roli kobiety, w końcu jednak perfekcyjna iluzja ułatwiła mu zemstę, nie pozbawioną zresztą goryczy. Końcowa konfrontacja ze sprawcą nieszczęść pokazuje, że być może Tonio miał szczęście, że przypadła mu barwna egzystencja śpiewaka-kastrata a nie weneckiego senatora.



(Jedyny zachowany na taśmie kastrat Alessandro Moreschi daje jeszcze mniejsze pojęcie o tym, jak to mogło brzmieć, ponieważ nagranie z początku wieku XX jest bardzo słabe, a jego głos był już wtedy w bardzo złej formie.)



Podczas czytania tej powieści do głowy przyszedł mi dowcip, w którym wszystkie niezbędne elementy bestsellera zawarły się w zdaniu: „Mój Boże, ktoś zerżnął królową! Ale kto?”. W Krzyku w niebiosa znajdziemy bowiem wszystko co potrzebne, aby powstała książka poczytna i wciągająca. Mamy arystokrację, tajemnicę, seks, konflikty rodzinne, rozbudowany wgląd w psychikę postaci i tło historyczno-społeczne, a to wszystko ubrane w niesamowicie barwną i płynną prozę. To musiało się udać.

Tekst by Lilandrah


Wydanie Rebisu jest bardzo eleganckie: ładny papier, twarda okładka i robiąca duże wrażenie piękna obwoluta, z której spogląda na nas Farinelli pędzla Corrado Giaquinto.


usoPreviewPopup
usoPreviewPopup
usoPreviewPopup
usoPreviewPopup

piątek, 1 kwietnia 2011

Festiwal Soundwave : 15 kwietnia 2011




Wdzieliście na pewno baner po prawej. Określenie "Festiwal w Opolu" może niedługo nabrać nowego znaczenia. Howden co prawda bywa u nas stosunkowo często, ale Of the Wand & the Moon (jeden z moich ulubionych neofolkowych projektów) to prawdziwa gratka, więc nie będę ukrywał, że dla mnie owy festiwal to naprawdę wielkie wydarzenie. Do tego dochodzi - coś co mnie osobiście najbardziej cieszy - ponoć znakomite nagłośnienie (to sala opolskiego festiwalu - Narodowe Centrum Polskiej Piosenki ) i obietnica zorganizowania cyklicznego neofolkowego festu. Jak naprawdę sprawy się mają? Postanowiłem dopytać u źródeł.


Skąd pomysł na taką tematykę festiwalu?

Z prostej konkluzji, iż w polskim życiu kulturalnym (nawet tym bardziej awangardowy/undergroundowym) czegoś zdecydowanie brakuje. A także z oczywistego faktu, iż by obejrzeć swoje ulubione neofolkowe / eksperymentalne projekty trzeba było często ruszyć się poza granice Polski, co bywało kłopotliwe (głównie dla zawartości naszych kieszeni).

Mamy oczywiście wspaniały Wrocław Industrial Fest - chłopaki z Apostazja Magazine, czy Wrotycza też odwalają kapitalną robotę ściągając niesamowite kapele do naszego kraju, ale dzieje się to zdecydowanie za rzadko. Przecież tyle jest niesamowitych muzyków, którzy nigdy nie zagrali dla naszej publiczności!


Nie boicie się związanych z ową tematyką kontrowersji? Na pewno słyszeliście przykładowo o nieporozumieniach związanych z występami Wujka Douglasa ...


Mam wrażenie, że neofolk nie wzbudza już aż takich kontrowersji, to po pierwsze. Ludzie się przyzwyczaili. A po drugie...wiesz, Death In June to specyficzny projekt. Douglas bawił się kiedyś (w sferze wizualnej i tekstowej) bardzo niebezpieczną tematyką/symboliką, a to skłaniało częstokroć ludzi do wyrażania - często niezgodnych z prawdą - opinii na temat jego twórczości. Wiesz, Doug jest artystą bezkompromisowym, traktującym przy tym masę rzeczy z ogromnym dystansem i przymrużeniem oka, nie zwracając uwagi na nikogo. Taka postawa często wywołuje agresję.

Na całe szczęście artyści, którzy pojawią się na naszej imprezie bardziej dbają o jakość, klimat ich niezwykłej muzyki, aniżeli o niepoprawną otoczkę - brak zatem i kontrowersji. Zresztą, czy tak naprawdę Sieben , czy Irfan można wrzucić do szuflady z napisem "neofolk"? Chyba nie... Ich twórczość jest na tyle oryginalna, że wymyka się jakimkolwiek ramom, moim zdaniem.

Po ile będzie piwo ?:)


Knajpka jest w tym samym budynku co sala koncertowa, jest tam też pizzeria. A najtańsze piwko po 4pln :)


Jak faktycznie będzie z tym nagłośnieniem?


Do tej pory KAŻDA impreza jaką widziałem w NCPP była pod tym względem dopięta na ostatni guzik. Kładziemy - jako ogromni fani muzyki przecież - ogromny nacisk na kwestie techniczne w tym przypadku. Wszyscy przecież wiemy jak "brzmią" niektóre koncerty w Polsce (są oczywiście chlubne wyjątki). Warto pokazać, że można jednak inaczej, trochę bardziej profesjonalnie. Oczywiście wiele zależy od umiejętności nagłośnieniowców, ale mamy do nich pełne zaufanie.

Co jeśli ta edycja wypali? Czego możemy się spodziewać w przyszłym roku. Blood Axis? Woven Hand? Di6 jest chyba nie osiągalne...


Oj...mógłbym wymieniać cały dzień, kogo z miła chęcią zobaczyłbym na drugiej edycji... Możliwości jest bardzo, bardzo wiele. Wiesz, w tym przypadku naprawdę WSZYSTKO zależy od frekwencji. Jeśli impreza okaże się pod tym względem sukcesem, zapracujemy sobie tym samym na pewien kredyt zaufania, który z pewnością dobrze wykorzystamy!

Mogę Ci tylko zdradzić, że w kuluarach nieśmiało (i tylko szeptem) wymieniane były nazwiska piękniejszej połowy Dead Can Dance, ktoś wspominał o fińskim Tenhi ( który zresztą nagrywa właśnie nową płytę), Rome, a nawet Blood Axis... Ale to na razie czyste spekulacje. Zobaczymy co się wydarzy. Na taką rozmowę przyjdzie czas w chwilę po pierwszej edycji!


Za rozmowę dziękuję
Piotrowi ze Stowarzyszenia OPAK

Baaba Kulka (2011)


Płytę do recenzji podesłał Mystic Art. Bardzo dziękuję.


Pamiętam z dzieciństwa, że moja mama na widok rzępolącego muzyka zawsze wspominała czasy swej młodości i występy przyjeżdżającego do jej szkoły skrzypka o nazwisku Kulka. Od razu mówię: nigdy nie obcowałem z twórczością ojca Pani Gabrieli, ale ponoć ludzie załatwiali zwolnienia lekarskie tylko po to, by się od słuchania tych występów wykpić.

Na szczęście mojemu pokoleniu nazwisko Kulka nie będzie się kojarzyć ze szkolnym Demon Pulse. Co prawda nie jest to muzyka dla mnie i Pani Gabrieli nigdy nie udało się zawładnąć moim playerem - za dużo znajduje u niej teatralności, kojarzącej mi się np z Peterem Gabrielem (który mnie tak naprawdę nigdy nie kupił). Ale mimo wszystko to, co słyszałem, to doceniłem. Gaba to artystka oryginalna i artystycznie przecież nie tak daleka temu, co prezentuje np. Baby Dee(klik) (zaraz posypią się na mnie gromy, ale taka jest prawda...) nie mam więc oporów, by przyklasnąć stwierdzeniu, że to prawdziwy talent. Do tego zdaje się, że skutecznie przebijający się do świadomości zbiorowej młodych Polaków.

Tematyką najnowszego jej projektu jest twórczość zespołu Iron Maiden. Mimo, że spotkałem się już kilka razy z tego typu wynalazkami - choćby Powerslaves: An Elektro Tribute To Iron Maiden, Number of the Beast w wersji ska, czy poznane równolegle z ową płytą epickie wyczyny Blaas of Glory- to w tym jak widać dość nobilitowanym towarzystwie Kulka i towarzyszący jej chopcy, dowodzeni przez Bartosza Webera (owa Baaba), wypadają całkiem nieźle. Przede wszystkim mimo dużej dozy luzu i humoru, z jakim podeszli do sprawy, udało im się stworzyć faktyczny, współczesny hołd, a nie jarmarczną karykaturę. Materiał jest różnorodnie zaaranżowany - od minimalistycznego elektro-indie popu przez funky, bossanovę, po gospel - ale ostatecznie całość wypada zaskakująco spójnie. Zdaje się, że kluczem do owej spójności jest oldschoolowy parapet, który w większości tych piosenek pełni funkcję porównywalną niemal z greckiem chórem (a się rozpędziłem...).

Bartek Chaciński pisał jakiś czas temu o Rucie jako świetnym polskim materiale eksportowym. Ja bym jednak strzelał w Kulkę.

Próbka
(Miodzio. Mój ulubiony track z tej płyty)

KUP

czwartek, 24 marca 2011

Czarna Mańka - A. Bonarski i S. Staszewski



Książkę do recenzji podesłało wydawnictwo Kosmos Kosmos. Dziękuję bardzo.



Czarna Mańka to książka specyficzna. Powstała niejako "z odzysku", bo jej bazą jest niedawno odnaleziony rękopis scenariusza spisanego przez dwóch przyjaciół dobre czterdzieści lat temu. Biorąc ją do ręki dość szybko zdajemy sobie sprawę, że to po prostu (dość karkołomna) próba wydobycia na światło dzienne tekstu, który dla wielu osób - w tym i dla mnie - jest bardzo ważny. Choć jego podstawą był słynny warszawski mit miejski, nie ma się co oszukiwać - prawdziwym powodem walki o ocalenie tego znaleziska jest postać Stanisław Staszewskiego.


Na ile jest to rzecz wierna zapiskom wiedzą tylko wydawcy którzy mieli wgląd w owe rękopisy, ale nawet jeśli ostateczną formę temu tekstowi nadał współcześnie sam Bonarski (m.in. współautor scenariusza Hydrozagadki), to atmosfera charakterystyczna dla twórczości Staszewskiego jest tu wszechobecna. Wkraczamy w uniwersum w którym miłość, zdrada i zbrodnia kroczą ramię w ramię. Kieliszki brzęczą, świszczą otwierane noże sprężynowe, wódka i krew leją się strumieniami. Mówiąc krótko - ci, którzy sięgają po tę pozycję szukając echa Celiny czy Balu kreślarzy - nie będą zawiedzeni.

(kliknij aby powiększyć )

Jak wspomniałem na początku - bazą książki był scenariusz filmowy, ale nie rozpatrywałbym jej wartości tylko w tych kategoriach. To tekst niesamowicie żywy i pobudzający wyobraźnię do tego stopnia, że może funkcjonować również jako całkowicie autonomiczny twór. Patrząc z perspektywy warsztatu filmowego możemy uznać, że to mocno rozbudowany synopsis, który w warstwie literackiej (!) został sprytnie wystylizowany na kino nieme. Jeśli miałbym szukać odpowiedników we współczesnym kinie, to powiedziałbym, że poetyką Mańka zbliżona jest do filmów Sylvaina Chometa. Podobnie jak najsłynniejsze dzieła Francuza - mam na myśli oczywiście Trio z Belleville i pominiętego przy ostatnich Oscarach wybitnego Iluzjonistę - to swoisty artystyczny oksymoron, bo z jednej strony opowiadana jest na zasadach kina niemego, z drugiej przepełniona jest dźwiękami i kolorami. Do tego twórcy z podobnym namaszczeniem potraktowali stylistykę retro, w której utrzymane jest owo wydawnictwo.


(kliknij aby powiększyć )

Nie sposób nie zwrócić uwagi na zabawną, postmodernistyczną formę podania treści. Tekst uzupełniają kolaże stworzone z - często dość zabawnych i zaskakujących - wycinków prasowych i starych reklam. Natomiast skład warstwy literackiej - rozmieszczenie tekstu i uzupełnienie go piktogramami - nawiązuje do form, które mi osobiście kojarzą się z prasą satyryczną i (o ile dobrze pamiętam, bo nie trzymałem w rękach tego typu gazetek od późnego dzieciństwa) brukowcami spod znaku Detektywa. Cała strona plastyczna, nawet jeśli dość gazetowa i naiwna, czyni z niej twór, z którym chce się obcować nie raz. Tym bardziej, że całość oddana jest czytelnikom jako ekskluzywny album w formacie a4.

Lubię mieć w kolekcji takie gadżety.

Edytorsko książka dopracowana jest pod każdym względem. Papier, który wybrał wydawca, świetnie oddaje atmosferę starej publikacji prasowej, a zarazem daje wrażenie obcowania z czymś ekskluzywnym. Wydaje mi się, że w tej formie ( dokładnie na tym papierze!) świetnie prezentowałby się Pinokio z Kultury Gniewu. Rękopis Poleca!

piątek, 18 marca 2011

R.U.T.A. - GORE - Pieśni buntu i niedoli XVI - XX w.


Płytę do recenzji podesłało Karrot Kommando. Bardzo dziękuję.




Rękopis ociera się właśnie o mainstream. Dziwnie się czuję, pisząc na ten blog o płycie, którą wszyscy już pewnie znacie, a przynajmniej słyszeliście o niej z mediów.



Dziwne jest też to, że muszę silić się na obiektywizm, bo zdawałoby się, że płyta przyjęta z takim entuzjazmem i tak wycacana przez recenzentów nie ma prawa być zła... i może sobie strzelam w stopę, i może jestem gnidą dworską, ale postanowiłem być szczery: więcej rzeczy mi się tu nie podoba niż podoba. Najbardziej irytuje mnie realizacja, która wycofuje naprawdę znakomitą muzykę, a eksponuje ohydne wokale. Uwypuklenie tej warstwy jest w pewnym sensie zrozumiałe, bo oczywiście teksty są tu najważniejsze, ale czemu na boga podawane są w tak suchy, okropny i beznamiętny sposób? Punkowość punkowością. Zatwardzenie zatwardzeniem... Ze zgrozą muszę stwierdzić, że najbardziej podoba mi się utwór śpiewany przez Pana z Lao Che, bo - za przeproszeniem - jebaniec nie szczeka i jego wykonanie ma jakąś dramaturgię. A reszta ... dla mnie to jest trochę sprowadzanie tego wszystkiego do rzeczy przypominającej raczej nie punk, a kiepski rap z wykrzykiwaniem gróźb. Oczywiście, łatwo podważyć to, co napisałem i powiedzieć że "tak miało być" ale Lament Chłopski śpiewany przez wspomnianego wokalistę Lao Che dowodzi, że pochodzenie nie definiuje ostatecznie poetyki tych pieśni...


Podsumowując: dla mnie ta płyta jest jedynie wołem pociągowym, który ocali kilka znakomitych piosenek ( np. Związali Mnie w Powróz - absolutna perła). To już coś. Dla mnie jest to ważne i ze względu na to uważam, że mam obowiązek Wam ten album mimo wszystko polecić... pod warunkiem, że obiecacie mi nie kojarzyć folku z podskakującym góralem. Bo mi będzie smutno.


teledysk promujący płytę
(acz od razu mówię, że na płycie są ciekawsze, mniej obciachowe momenty)


kup

Krótki film dokumentujący pracę w studiu:



(Bardzo ciekawe, że w owym filmie Robal brzmi jak Robal, a na płycie nie brzmi jak Robal. A Guma z Moskwy wygląda jak wokalista Leszczy ... ale pewnie tak miało być. Ja się tam na realizacji dźwięku i obrazu widocznie nie znam)

wtorek, 8 marca 2011

We Włoszech wszyscy są mężczyznami - Luca de Santis i Sara Colaone


Komiks do recenzji udostępniło Wydawnictwo Centrala . Bardzo dziękuję.



Włoski komiks artystyczny objawia się w naszym kraju bardzo rzadko, a że jednym z moich ulubionych albumów pozostaje niedoceniony 5 to liczba doskonała, to na sposobność sięgnięcia po inną, stricte autorską pozycję z tego kraju zareagowałem bardzo entuzjastycznie. Tym bardziej, że We Włoszech Wszyscy są Mężczyznami to komiks nagradzany. Co prawda wchodzi na dość modne i eksploatowane ostatnio tematy, ale dla dobra sprawy ( mówiąc "sprawy" mam na myśli komiks oczywiście ) udawajmy przez chwilę, że nie czujemy jeszcze przesytu tematyką homoseksualizmu...

... i tym, że mamy w rękach kolejny komiks historyczny. Tym razem rzecz dotyczy internowania homoseksualistów w przedwojennych Włoszech. Na szczęście wątek polityczny jest tu uszczuplony do minimum, więc nie znajdziemy na tym polu nachalnego moralizatorstwa. Nikt nie próbuje też nam wciskać treści typu "homoseksualista też człowiek" - autorom, pochodzącym z kraju, w którym homoseksualiści bardzo mocno wpisali się w sztukę i kulturę, wydaje się to zapewne oczywiste. Co ciekawe, dostrzegam w tym komiksie pewną gloryfikację witalności, woli życia i młodości charakterystyczną dla Trylogii Życia, czyli cyklu słynnych adaptacji stworzonych przez Pasoliniego. Ale chyba na tym podobieństwa się kończą...


(kliknij aby powiększyć )

Luca de Santis korzystając z oczywistych skojarzeń, szukając pretekstu do opowiedzenia o miejscu i ludziach, wpisuje ową historię w ramy Burzy Szekspira. W fabule widać tę pretekstowość, ale uznajmy, że od strony konstrukcji to przyzwoita robota. Mimo tego, że wg notki scenarzysta często współpracuje z telewizją i chociaż fragmentarycznie komiks stylizowany jest na nagranie wideo, to trudno doszukiwać się tu zabiegów stricte filmowych czy znanych ze storyboardów. W narracji nie ma również szczególnie widocznego nadmiaru literackości. Rysunki Sary Colaone - mimo kilku drobnych wpadek - można tylko chwalić. Ich oszczędność i dynamika to synonim komiksowości - w dobrym tego słowa znaczeniu.

Tak, wiem. To co piszę brzmi bardzo zachęcająco. Jednak okazuje się, że trudno mi jednoznacznie oceniać ten komiks. Z jednej strony to rzecz na każdym poziomie dojrzała, z drugiej - na żadnym poziomie nie spełniająca moich oczekiwań, nieprzekonująca i w jakimś sensie będąca dowodem na wyczerpanie formuły "powieści graficznej"*. To w końcu rzecz do bólu przeciętna... Na dodatek - mimo tematyki - jest to praca bardzo grzeczna. Na tyle grzeczna, że nie sposób znaleźć na nią haka. Jeśli są tu pokazywane uczucia bohaterów, to pokazywane są bardzo, bardzo subtelnie. Mnie osobiście brak odwagi twórców zwyczajnie smuci... ale przynajmniej dzięki tej zachowawczości nikt tego komiksu - jak naszego Szopena - nie zmieli. Niemniej jednak, jeśli chcecie parafrazy Burzy Szekspira, to zachęcam raczej do sięgnięcia po Księgi Prospera albo po film Jarmana. A jeśli idzie o tematykę homoseksualnych więźniów ( poza kinem queer ) to polecam Pocałunek Kobiety Pająka...

Zauważyłem, że w owym tekście umyka mi niestety sedno sprawy. W każdym razie, pisząc go daleki byłem od chęci wywoływania dyskusji czy pisania paszkwilu. Na koniec chcę więc dobitnie zaznaczyć, że We Włoszech... to komiks dobry. Problem natomiast tkwi w pewnej tendencji w którą się wpisuje. Zalewające nasz rynek** komiksy biograficzne, historyczne, podróżnicze itp. często oprócz próby dogonienia literatury faktu***niewiele sobą wnoszą. Tak wg mnie prezentował się pierwszy tom Berlina Lutesa (acz dochodzą mnie słuchy, że w następnym tomie jest lepiej). Tak prezentują się gloryfikowane w naszym kraju Rany Wylotowe. Powodzenie tego typu tytułów to obraz naszego czytelnika i tego, czego od komiksu oczekuje. Ja osobiście oczekuję czegoś innego i nie wystarcza mi to, co sobą owe publikacje reprezentują ... Szczególnie, że mam w pamięci Fun Home - dość brawurowy popis tego, co z "powieścią graficzną" zrobić można.


KUP

*jeśli ktoś nadal upiera się przy tym, że owa tendencja nie istnieje, to niech sobie wsadzi w to miejsce "ekstremalnie modny ostatnio komiks obyczajowo/historyczno/biograficzny"

** Jak tak patrzę na to, co napisałem , to określenie "zalewające rynek" to mocne słowa jak na taką partyzantkę - recenzowany komiks ukazał się w 700 egzemplarzach.
***Nie muszę chyba dodawać, że jest to od strony artystycznej kompletnie bezcelowe.