sobota, 27 maja 2023

Festiwal. Jacek Świdziński

 


Tęsknota za PRL-em rozpoczęła się z chwilą jego upadku i od tamtej pory przeżyliśmy przynajmniej parę odsłon tego zjawiska. Dla pokolenia urodzonego po roku 90' czasy realnego socjalizmu to wyłącznie ikonografia - moda natury estetycznej pozbawiona inklinacji politycznych. Nasze społeczeństwo - tak skłonne do podziałów - w jednej swej części uważa czasy słusznie minione za najgorszy okres w najnowszej historii Polski, w drugiej za niemal najlepszy, kiedy to mury szły do góry, robiono dobre kino, dominował entuzjazm, dobrobyt i rozwój klas pracujących. Z tej uproszczonej dychotomii wybija się indywidualna narracja Jacka Świdzińskiego, który rozmieszcza akcenty zupełnie gdzie indziej, niż ma to miejsce w powszechnym dyskursie. Po raz kolejny, dla autora Zdarzenia 1908, zdarzenie historyczne jest tylko pretekstem do uwolnienia artystycznej wyobraźni oraz opowiedzenia czegoś uniwersalnego na nasz temat.


Od II Wojny Światowej minęło zaledwie 10 lat z niewielkim kawałkiem. Na ulicach Warszawy oraz w ludzkich sercach zostały jej wyraźne blizny. Stalina już nie ma, mamy czas lekkiej odwilży (ta „prawdziwa” przyjdzie wraz z październikiem roku następnego). Władze komunistyczne organizują w stolicy Polski V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów, na który zjedzie 30 tysięcy ludzi ze 114 państw. Wśród zaproszonych są także delegacje z krajów kapitalistycznych. Wszyscy mają połączać się we wspólnym laickim święcie na cześć pokoju, równości i demokracji.


Jacek Świdziński wydaje się abstrahować od budowania kontekstu historycznego. Próbuje raczej w sposób sugestywny, a zarazem niepozbawiony charakterystycznej dla siebie ironii, oddać atmosferę tamtych chwil. Sekwencje otwierające komiks - szerokie plany pochodów i zbiorowego oszołomienia - są jednocześnie monumentalne, jak i w pewnym stopniu abstrakcyjne. Jednak w optyce autora „A niech cię, Tesla” przyglądamy się przede wszystkim konkretnym - może nieco przypadkowym - ludziom i drobnym, choć czasem dramatycznym sytuacjom – epizodom. Niektóre fragmenty komiksu wydają się ze sobą luźno powiązane, razem jednak tworzą mozaikę - impresyjną wariację na temat Festiwalu z 1955 roku.


Przybycie sporej ilości cudzoziemców, także z krajów egzotycznych, sprzyja powstawaniu wielu zabawnych nieporozumień. Polki i Polacy są zafascynowani obcością i próbują z nią nawiązać kontakt. Nawet jeśli nie znają innego języka niż swój, to przynajmniej próbują improwizować. I tak - młodzi warszawiacy marzą o poderwaniu Francuzki, a warszawianki pragnęłyby usidlić Szweda, lub Hiszpana. Dla autora komiksu motywy te są okazją do pokazania różnych, często absurdalnych, a czasem krzywdzących stereotypów na temat rożnych nacji. Na plan pierwszy przebija się jednak wytęskniony i niezwykle żywy pociąg do tego, co odległe i inne.


Niektóre postacie Festiwalu pojawiają się tylko raz, na jednym kadrze, inne zaś przewijają się co parę stron. Mamy np. młodego chłopca, który zbiera różne odznaki, przypinki i inne – z jego perspektywy - niezwykłe przedmioty uzyskane od przybyłych na imprezę, mamy ramola dzielącego się w poczekalni u fryzjera swoimi na ogół negatywnymi opiniami o świecie, spotykamy Fangora, czyli jednego z wielu artystów odpowiedzialnych za udekorowanie imprezy, a także stereotypową przodowniczkę pracy, która wygląda jak wycięta z prymitywizującego rysunku Picassa. Wszyscy oni toną w barwnym korowodzie festiwalu, na którym zdarzają się przygody ciekawe, niezwykłe, a nieraz bardzo przykre.


Ta wielowątkowa oraz wielowarstwowa opowieść stanowi kolejny dowód kunsztu narracyjnego Jacka Świdzińskiego. Poszczególne epizody przerywane są planszami, na których pojawiają się swobodnie rozrzucone kadry. To jakby przypadkowe migawki fotograficzne z dziejącej się imprezy - oddają one pozytywny chaos natłoku wydarzeń. Tym kompozycjom towarzyszą kolorowe figury geometryczne nawiązujące do malarstwa abstrakcyjnego tamtych czasów. Szczególnie w tych właśnie miejscach sporo jest eksperymentów i poszukiwań estetycznych autora, który nie chcąc pielęgnować swoich manieryzmów, wciąż się rozwija i zaskakuje czytelników. Tak więc raz rysunki Świdzińskiego są jakby wariacją na temat socrealizmu, innym razem nawiązują do nowych form jakie wówczas pojawiły w polskim plakacie oraz wzornictwie artystycznym. Oczywiście w tym wszystkim autor Festiwalu nadal pozostaje wierny sobie i swojemu sposobowi opowiadania, charakteryzującemu się sporą oszczędnością umownej kreski oraz statycznością wiernie powielanych kadrów w scenach dialogowych.


Patrząc na najnowsze dzieło twórcy powieści graficznej „Powstanie. Film narodowy” wyłącznie z perspektywy historycznej, możemy się poczuć nieco zaniepokojeni. Warstwa merytoryczna narracji Świdzińskiego roi się od pompatycznych frazesów propagandowych niczym powieść „Wolna trybuna” Christiana Skrzypczyka. Brak tu jednak wymiaru krytycznego, perspektywy – że też użyję nomenklatury partyjnej - „reakcyjnej”. Panuje tu nastrój jak w stalinowskim dokumencie Jerzego Bossaka pt. „Ślubujemy” z 1952 roku. Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów to przecież także wzmożona praca bezpieki oraz manipulacja społeczna i pranie mózgów na wielką skalę. Partia daje chleba oraz igrzysk, gdy tymczasem żołnierze podziemia niepodległościowego wciąż stawiają opór z bronią w ręku. Dużo ilość ludzi – niekoniecznie jawnie sprzeciwiających się narzuconemu systemowi - była prześladowana, torturowana i nierzadko też zabijana. Tego nie zobaczymy w komiksie Świdzińskiego. Zamiast tego przeczytamy jednowymiarowe relacje przybyłych gości z krajów kapitalistycznych, którzy chwalą postęp socjalizmu w Polsce, krytykując jednocześnie złe warunki życia klasy robotniczej w swoich krajach.


Nie podejrzewam, aby autor komiksu nie zdawał sobie sprawy z komunistycznych represji - nie stały się one jednak pożywką dla jego sztuki. Trudno ocenić, jakie są jego rzeczywiste sympatie politycznej, jednakże na „Festiwal” najlepiej jest patrzeć abstrahując od wielkiej Historii i polityki. Świdziński bowiem pochyla się nad losem poszczególnych osób - festiwal oglądamy niejako ich oczami. Artysta mimo formy zdystansowanej i przesyconej ironią, zdaje się nie deprecjonować takich haseł jak „pokój na świecie” czy „równość wszystkich ludzi i klas”. Wyrażają one odwieczne, a więc prawdziwe ludzkie tęsknoty, które wykorzystywali tyrani wszystkich czasów, przemieniając je w zdeformowane kłamstwo. Lecz Świdziński oddaje zadość tylko samemu uczuciu, temu pięknemu snowi, który nie może się ziścić, a który znalazł swoje sugestywne zobrazowanie na kartach jego komiksu. 

 

Autor: Jakub Gryzowski


 

piątek, 19 maja 2023

Z całej pety. Daniel Warren Johnson

 


Wychowałem się oglądając wrestling na kanałach satelitarnych. Nie jestem więc do końca laikiem, ale od lat nie śledzę, co się dzieje w tej formie rozrywki. Od czasu ukazania się „Wonder Woman. Martwa ziemia” śledzę za to dokonania Daniela Warrena Johnsona i z utęsknieniem czekam na jego następne komiksy. W końcu się doczekałem, wszystko za sprawą dzielnie mieszającego na rynku Nagle! Comics.

 


 

Lubię tematykę, lubię też twórcę, szczególnie za talent plastyczny. Dokonania Johnsona na polu graficznym są dla mnie totalnie elektryzujące. Prezentowany przez niego styl rysunku łączy dobre cechy mainstreamu z lat 90. z vibem autorskim, brudnym i niezależnym. Jest też na tyle obrotnym twórcą, że jego dokonania przedostały się już do mainstreamu. To trochę taki współczesny Tedd Mackeever. Zdolny, osobny, niepokorny i bardzo dobry w swoim fachu. Nie obawia się też brać na warsztat gatunkowe ikony jak wspomniana – znakomita w jego wydaniu – Wonder Woman, która jest ozdobą bardzo słabej linii wydawniczej Black Label. Warren Johnson trafił się jej jak ślepej kurze ziarno.

 



Od strony plastycznej, „Z całej pety”, w pełni autorski komiks tego autora, miażdży mosznę. To prawdziwy hołd dla ludzi w trykotach, biorących się między sobą za bary. Jest to jednak szkoła wrestlingu odmienna od tej, którą pamiętam z dzieciństwa. Jak wspomina autor we wstępie, inspirował się jakąś Japońską ligą zapaśniczą. Jego bohaterowie bardziej przypominają ludzi grających czaszką psa w „Krwi bohaterów” niż napakowanych sterydami wieśniaków z lat 90. Zresztą bohaterka, podobnie jak główna postać we „Krwi...” – wzorcowym sportowo-fantastycznym dziele – jest młodą, ambitną dziewczyną chcącą wejść w środowisko herosów. I gdyby Warren Johnson eksploatował ten temat, byłby zwycięzcą... wymyślił jednak tak błahe motywy jak międzygalaktyczny turniej. Doprawił wszystko niewiarygodnie zbudowanymi relacjami ojciec – córka i dorzucił elementy fantastyczne, które doprawdy były zupełnie niepotrzebne w tego typu historii. Ma w kulturze znakomite wzorce na taką sportową opowieść, z genialnym „Zapaśnikiem” Aranofsky'ego na czele, a nie korzysta z nich. Zamiast tego woli robić opowieść pozbawioną właściwie rozbudowanej warstwy psychologicznej i taplać się w fabularnych banałach.

 



Być może tego oczekują fani wrestlingu. Ja jednak wolałbym przeczytać coś bardziej frapującego, psychologicznego, doprawionego dobrze pulpowymi motywami. Taki „Criminal” o zapaśnikach. To co w bólach napisał dla wielkiej wytwórni filmowej Barton Fink. Dostałem niestety tylko genialnie narysowaną bajkę dla dużych dzieci. Oczywiście znajdą się odbiorcy gotowi kupić dzieło Johnsona z całym dobrodziejstwem inwentarza, ale akurat ja po tym autorze spodziewałem się więcej.

czwartek, 18 maja 2023

Krok po kroku. Spurrier/Bergara/Lopes

 


 

 Niedawno, przy okazji premiery nowego komiksu Otta, gadaliśmy z Przemkiem Pawełkiem o filmowości w komiksie niemym. Marudziłem ten aspekt u Szwajcara, mówiąc, że jest dość przewidywalny od strony formalnej i zbyt storyboardowy. Jest to grzech wielu komiksów niemych, które wiele kradną z języka filmu, zapominając przy tym o swoim gatunkowym rodowodzie. „Krok po kroku”, mimo iż niemy, jest inny – do bólu komiksowy.

 


 


Oczywiście, elementy języka filmu też są tu obecne, ale przy okazji dostajemy ciekawe kompozycje plansz, kadry różnego rodzaju i kształtu, fajerwerki narracyjne i masę komiksowego mięsa. Od porównań do filmów jednak nie ucieknę. To bowiem rzecz mocno w stylu Miyazakiego, eksploatująca baśniową wrażliwość charakterystyczną dla fantastycznych pereł ze studia Ghibli. To jednocześnie zarówno barwne fantasy jak i post-apo. Mimo iż komiks tworzony był (na moje oko) komputerowo, nie znajdziemy tu nieznośnego kiczu i powielania estetycznych schematów. To dzieło osobne pod kątem warstwy graficznej, nastroju i przy tym bardzo atrakcyjnie.

Jak zauważyliście, nie piszę tu wcale o fabule. Tu dochodzimy do ściany, bo przyznam szczerze, że ta nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Przeleciała przeze mnie i nic po niej nie zostało prócz refleksji nad formą i narracją. To duży minus, bo jeśli szukacie do czytania czegoś, co Was poruszy i będzie frapujące intelektualnie, to tu tego nie znajdziecie. To czyni z „Krok po kroku” pozycję dość hermetyczną, atrakcyjną dla twórców komiksowych i ludzi zainteresowanych różnymi formami języka tego medium. 

 


 

Jestem bowiem pewien, że zdolny, początkujący autor jest w stanie sobie dużo tu podpatrzeć. Tak samo ktoś, kto lubi podziwiać znakomity warsztat będzie tym komiksem oczarowany, bo to książeczka piękna i świetna od strony narracyjnej. Laik przeczyta to w pół godzinki i nie wyniesie z tego komiksu nic ciekawego. Na szczęście laików i niedzielnych czytelników w komiksowie mamy mało. Jeśli czytasz ten tekst do końca, to prawdopodobnie jesteś w targecie tego dzieła.

czwartek, 11 maja 2023

Hellblazer. Mike Carey. Tom 2

 


Pewnie narażę się niejednemu czytelnikowi, bo odsłona przygód Constantine'a pisana przez Mike'a Careya uchodzi często za najlepszą, ale akurat ja nie mam o niej zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Cieszy mnie jej dostępność – jako osoba zainteresowana mocno „Hellblazerem” chcę mieć wszystkie historie z tą postacią na półce. Nie zmienia to faktu, że czytając ten komiks nudzę się jak mops .


Carey nie należy do twórców, których cenię, a swego czasu przyssał się do Johna jak glonojad, dojąc go jeszcze na własną rękę w powieściach o Felixie Castorze – innym magu ewidentnie inspirowanym Constantinem. Popularność jego wersji każe mi szukać problemu w sobie. Jestem na pewno miłośnikiem innego pisania komiksów, pewnie mniej nowoczesnego, a w przypadku przygód Johna bardziej literackiego, do którego przyzwyczaił mnie (średnio u nas lubiany, a przeze mnie ceniony) Jamie Delano. W opowieściach Careya – co prawda mrocznych i delirycznych, ale płaskich jak stół – brak mi psychologicznej głębi. Nie znajdziemy tu też groteskowego humoru. Nie ma tu jakiejś pasji pisarskiej, fajerwerków i wyczucia dość specyficznej postawy cynicznego bohatera. To do bólu nudne rzemiosło i moim zdaniem scenarzysta zupełnie nie czuje Constantine'a.


Mam też wrażenie, że sam Carey nie lubi Johna. Zsyła na niego wszystkie plagi, depcząc go i przypalając papierosami niczym sadysta. Tak, John i jego znajomi zawsze obrywali od losu, ale tu jest tego nieszczęścia jeszcze więcej niż zazwyczaj. Dodatkowo Carey nie umie też zupełnie wyważyć proporcji między obyczajówką, okultystycznym kryminałem a wątkami typowo fantastycznymi. Kończymy więc z przeszarżowanym festiwalem strasznych wydarzeń, z których trudno się protagoniście i otaczającemu go światu wykaraskać. Dostajemy po prostu dużo demonów, diabłów i innych stworzeń dręczących Johna i jego bliskich. Wszystko to spływa po mnie jak po kaczce, bo efekt powoduje przebodźcowanie czytelnika. Plusem opowieści nastukanych przez Careya jest fakt, że pod jego piórem John jest osobą, od której lepiej trzymać się z daleka, bo znajomość z nim nie może przynieść żadnych korzyści. Niebezpiecznie nazywać go przyjacielem i nie jest na żadnym poziomie „fajnym” bohaterem. Na tym jednak udane aspekty pisaniny tego scenarzysty się kończą.
 

Wyjątkiem jest pewien one-shot pod koniec tomu – "Horyzont zdarzeń" – któremu udaje się znów być uliczną wersją "Hellblazra". John jest tam jednak jedynie tłem i komiks nie ratuje całości runu Careya. Niemniej czytając go, poczułem to coś, co charakteryzuje najlepsze opowieści o Constantinie i najlepsze komiksy ze starego, dobrego Vertigo.


Graficznie jest różnie. Od strony narracji obrazem jest nowocześnie, ale kompletnie bez fajerwerków i ciekawych zabiegów formalnych. Jest poprawnie. Podobnie jest z komputerowymi kolorami. Z wszystkich grafików najlepiej wypada Marcelo Frusin, który świetnie pasuje do atmosfery opowieści, ale nawet on nie szarpnął się na ciekawe kompozycje plansz. Reszta mnie doprawdy zupełnie nie rusza. Jestem jednak starym bumerem uwielbiającym klasycznie nakładane kolory i mądre wykorzystanie języka komiksu.


Czekam mimo wszystko na następne tomy przygód Constantine'a. Prawdopodobnie będę się znów męczył i marudził, bo runu Careya został jeszcze przynajmniej jeden tom, ale muszę przełknąć gorzką pigułę i cierpliwie czekać na kolejnych twórców. Bardzo się bowiem cieszę, że legendarny „Hellblazer” ukazuje się w języku polskim. Nawet jeśli to, tak jak w tym przypadku, radość przez łzy.



X-Men. Punkty zwrotne. Upadek mutantów. Claremont/Simonson

 


 

Okazuje się, że jestem złym człowiekiem, co to zabawy nie znosi. Zgredem plującym na nostalgię i malkontentem, a to wszystko (najpewniej) przez recenzowanie. W dupie się poprzewracało od tego krytykanctwa. Skąd ten wniosek? Głównie z internetowych komentarzy fanów X-Men (nie mówię o recenzjach) na temat zawartości tomu „Punkty zwrotne – Upadek mutantów”. Ludzie najwyraźniej cieszą mordy, chłonąc na całego to komiksowe „kiedyś to było” i aż trochę mi przykro mówić, że nie było i dobrze, że już nie jest. Jakbym nie szanował wkładu Chrisa Claremonta (głównie) i Luise Simonson w ogólną historię mutantów, nie potrafię gładko przebrnąć dziś przez te opowieści.

 

 



„Upadek mutantów” to dla odmiany nie jedna, a trzy historie, które rozgrywają się mniej więcej równolegle i z założenia mieszają poważnie w dziejach starszych i młodszych uczniów Xaviera. W „Uncanny X-Men” odwalają się jakieś jazdy z etniczno-amerykańskim w dezajnie pierwotnym złem i podróżami w czasie. Gówniarze z „New Mutants” ścierają się z bootlegową, szczurowatą wersją High Evolutionary, a tradycyjny skład ekipy, znany obecnie nadal jako „X-Factor”, tłucze się z Apokalipsem, a właściwie bardziej z jego jeźdźcami. En Sabah Nuhr głównie patrzy i gada. Różnorodność zapewniona, wszystkie wątki teoretycznie „zwrotne”, a w praktyce?

 

No dobra, w praktyce faktycznie dzieje się tu sporo rzeczy raczej istotnych. Angel stał się Archangelem, Storm wróciła do łask piorunowej mocy, członkowie X-Factor wbili się ponownie w światła reflektorów w obliczu śmierci głównego składu X-Men, a młodzi mutanci pokazali faka przewodzącemu im wcześniej Magneto. Problem w tym, że te wszystkie wydarzenia w narracji narzuconej nawet przez sam tytuł są zepchnięte na drugi plan. Po faktycznej „Masakrze mutantów” z poprzedniego tomu, można by się spodziewać, że faktycznie i tym razem jakiś upadek będzie miał miejsce, a tu dupa w spandeks odziana. Naprawdę ginie tylko jeden młodziak, który (bez obrazy, miłośnicy czołowego lingwisty homo superior) raczej nikogo nie obchodzi. Reszta kolorowej zgrai wręcz podnosi się z kolan, o żadnym upadaniu nie ma mowy, więc ta dramatyczna otoczka była zbędna. Mamy jednak prawdziwe zamieszanie w kociołku dotychczasowego status quo, więc chapeau bas, autorzy. Dzisiaj w Marvelu rzadko to się zdarza.


Tak jak poprzednio zresztą, jeśli w przeciwieństwie do mnie jesteście odporni na ten typ starociowej narracji, w której każda postać podnosząc klapka musi mówić „Podnoszę klapka” i przy okazji wyjaśnić, jaka jest historia tego rodzaju obuwia, to pewnie wam się spodoba. Musicie jeszcze też zignorować tą straszliwą nieporadność (a czasem wręcz głupotę) ulubionych bohaterów. W tamtych czasach doskonała gra zespołowa oznaczała, że troje superludzi daje się ostrzelać laserom, by dopiero czwarty wparował na kwadrat i rozwalił problem wraz z połową okolicznej infrastruktury. Zachowania postaci są często równie niedorzeczne co motywujący je charakter fantazyjnych przygód. Bez jaj, kilka razy faktycznie parsknąłem z rozbawienia – moment, w którym dzielni X-Men postanawiają ofiarnie poświęcić swoje życia w celu powstrzymania złola bez podjęcia nawet minimalnej próby rozwiązania tego problemu w inny sposób faktycznie spowodował u mnie krótki śmiech. Zapomniałem już trochę, że komiksy z tamtych czasów były tak durne, że aż urocze.


Po przebrnięciu przez ten archaiczny, komiczny śluz na powierzchni da się jednak (z pewnym trudem) zapomnieć o przyzwyczajeniach wyniesionych z bardziej nowoczesnych komiksów i choć trochę przypomnieć sobie, co nas wtedy w tych historiach pociągało. Może i brakowało im subtelności, ale jako pierwsze tak otwarcie i dobitnie komentowały kwestie nietolerancji, uprzedzeń i starcia ludzkiej natury ze zwierzęcością. Niektóre wnioski i ścieżki do nich prowadzące nie zestarzały się co prawda zbyt dobrze, ale rozpoczęcie tematu i podtrzymywanie go przez lata jest wielką zasługą autorów tworzących wtedy X-Men. Przede wszystkim jednak – jakby oderwane od rzeczywistości te dzikie, kosmiczne draki nie były – wewnątrz uniwersum udawało się utrzymać sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy i bez zgrzytu wbić w jego nurt bohaterów, których losy i relacje nas przejmowały. Gwarantuję to wszystko tu nadal jest, choć bez okularów z mocnym filtrem anty-ramotowym możecie mieć problem, by to dostrzec.

 


 


A no i rysunki, bo bym zapomniał, też staroć. Dokładnie ten typ ilustracji, który z pewnością dostrzeżecie w ramach wystroju na ścianach dowolnego komiksowego sklepu albo knajpy założonej przez maniaka popkultury w wydaniu retro. W ramach tej stylistyki jest to jednak dosyć wysoki poziom, Marc Silvestri i Bret Blevins kreślą tak szczegółowo, że oczopląsu można dostać. U Waltera Simonsona jest nieco bardziej czytelnie, ale przy natłoku dymków wypełnionych obligatoryjną ekspozycją na stronach nadal dzieje się niesamowicie dużo. Mnie to trochę przytłacza, pokraczne sylwetki i niedbale nadłubane ryje czasem kłują boleśnie w oczy, ale udało mi się znaleźć też przynajmniej kilkanaście kadrów godnych wciśnięcia do jakiegoś artbooka wspomnieniowego. Trochę tu jeszcze brakuje do etapu, na którym peleryniarskie rysunki zaczęły trafiać w moje gusta. Jesteśmy jednak na dobrej drodze.


Brać, nie brać? No co to za pytanie, popatrzcie na tę piękną, żółciutką okładkę, na tę twardą oprawę tak doskonale dopasowaną do minimalistycznego wystroju całej serii. Powiedzieliście „A”, powiedzieliście „B”, a może nawet i „C” albo „D”, więc wypada ten nierówny jakościowo alfabet dociągnąć do końca. W moim przypadku sprawa jest jasna, widziały gały, co brały. Spodziewałem się absurdu, spodziewałem się archaicznej narracji wypełnionej ekspozycją i znowu to właśnie dostałem. „Punkty zwrotne” będę jednak wciąż zbierał, trochę masochistycznie, trochę archiwalnie i chyba głównie dlatego, że zajebiście wyglądają na półce. Mogę też, gadając z wtajemniczonymi w zajawkę znajomymi, wspominać nasze własne „kiedyś to było”. Nawet jeśli było kiepsko. 


Autor: Rafał Piernikowski

Miki i tysiąc Czarnych Piotrusiów.



Za długo czekaliśmy na prawdziwy sztos z Glénat z Myszką Miki w roli głównej, bo od wydanej w 2017 roku „Kawy Zombo” Loisla. Idea tej linii wydawniczej oddaje sympatycznego, czteropalczastego gryzonia w ręce mistrzów komiksu frankofońskiego. Albumy wydane w tej serii były niezłe, zarówno fabularnie jak i graficznie, ale dopiero „Miki i tysiąc Czarnych Piotrusiów” zmiotło mnie z planszy. 


 


Rzecz wyszła spod stalówek scenarzysty Jeana-Luca Cornette i grafika Thierry’ego Martina. Pięknie wydany album osadzony w średniowiecznym świecie fantasy z mocno francuskim vibem w rysunkach. Estetyka opiera się na dość oszczędnych, kreskówkowych grafikach kojarzących się bardziej z Donżonem niż z klasyką tytułów z Mikim. Jest minimalistycznie, a cudowne, zgaszone, jesienne kolory nie pozwolą przejść obok obojętnie wszystkim tym odbiorcom, którzy komiksy kupują oczami. Na razie to dla mnie najpiękniej narysowany album, jaki miałem w rękach w tym roku – dość słabym, jeśli mam być szczery. Nie przeszkadza to jednak tym grafikom trafiać prosto do mojego serca. Plansze, nierzadko rozciągające się na dwie strony, kreują naprawdę wspaniałą quasi-średniowieczną atmosferę.

 


 

Fabularnie to prosta opowieść z rycerzami, czarodziejami i magicznym proszkiem powielającym bohaterów w roli głównej. Historia nie jest ani infantylna, ani typowo kreskówkowa. Bardziej właśnie przypomina baśń albo nie szukając daleko książkę „Hobbit, czyli tam i z powrotem”, bo jednym z wątków jest Smok i strzeżony przez niego skarb.

Owszem, grafika zachwyca bardziej niż fabuła, ale nie przeszkadza to temu komiksowi w byciu sztosikiem i (dopiero, a mamy już maj) drugą pozycją, którą wpisuję na listę najlepszych albumów tego roku. Dodatkowo cena za tak wydany, ponad 70 stronicowy komiks w dużym formacie wydaje się bardzo atrakcyjna, bo to raptem 35 zł. Mam jednak wrażenie, że to nie do końca rzecz dla miłośników komiksów Disneya. Niemniej jeśli jesteś fanem frankofonów spod znaku Sfara czy Blaina, to twój „musisz mieć”.


 

 

 

Joker. Polowanie na klauna. James Tynion IV

 


„Joker. Polowanie na klauna” przyniósł pozytywne skutki nawet zanim zacząłem ten album czytać. Streszczenie na odwrocie szybko uświadomiło mi, że w kwestii Gacława wypadłem z obiegu i wypada nadrobić cały run Jamesa Tyniona IV. Ostatecznie było to raczej zbędne, bo delikatna ekspozycja wyjaśnia nam porządnie kontekst na początku albumu, ale nie żałuję. Choć opinie są mieszane, moim zdaniem następca Toma Kinga wprowadził główną serię z Batmanem na stabilny grunt, może niekoniecznie sięgający geniuszu, ale daleki od bzdur zachęcających do zgrzytania zębami. Dawno mi się tak dobrze nie czytało głównego tytułu o nietoperzu, polecam w ramach porządnej rozrywki. „Polowanie na klauna” wyszło Tynionowi nawet lepiej.

Może to was zaskoczy, ale rzecz opowiada o polowaniu na Jokera. Barwny książę zbrodni mało co robi skuteczniej od wkurwiania ludzi, a doprowadzenie do śmierci setek pensjonariuszy Arkham było tą przysłowiową kroplą, co to czarę goryczy przelała. Pacjentami najbardziej nieskutecznego szpitala psychiatrycznego świata była co prawda, poza wieloma niewinnymi nieszczęśnikami, masa totalnych wykolejeńców. W Gotham i okolicach od wykolejeńca jednak niedaleka droga do idola, więc za częścią ofiar zapłakały ich rodziny, powiązane organizacje i miłośnicy. Tym sposobem za przemierzającym świat Jokerem rusza ekipa specjalistów do zadań brutalnych i Jim Gordon – były komisarz motywowany oczywistymi pobudkami osobistymi i całkiem pokaźną kwotą wyznaczoną za łeb morderczego psotnika przez tajemniczą, młodą przedstawicielkę klasy najwyższej (finansowo) i najniższej (moralnie).


 

Komiks mógłby spokojnie nazywać się „Jim Gordon”, bo to wąsaty obrońca prawa ma tu najwięcej czasu ekranowego (i fajnie), choć stężenie obecności Jokera wciąż jest ogromne (nie do końca fajnie). Nie jestem zwolennikiem nadużywania nemesis Batłomieja, w zbyt dużych dawkach klaun szybko się przejada i nie inaczej jest tym razem. Widać, że DC uparcie doi tę złotą kurę (wiem, zwierzęta mi się pomieszały) i zgodnie z paskudną tendencją od samego początku możemy być pewni zachowania status quo, w którym śmieszek wychodzi cało z przytłaczająco niekorzystnych okoliczności. Niby spoiler, ale nikt raczej nie powinien być takim obrotem spraw zaskoczony. Szkoda mi też trochę szybkiego porzucenia wstępnego założenia narracji – detektywistyczna opowieść o Gordonie depczącym po piętach niestabilnego geniusza na terenie kilku krajów była zajebiście obiecująca, ale została ukrócona właściwie od razu po wstępie na rzecz… niespodziewanego team-upu? Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Zwłaszcza, że teoretycznie mocny twist fabularny nijak się ma do zniwelowania motywacji byłego komisarza, klaun powinien zarobić kulkę w łeb i tyle.

Jakby ostatecznie bezcelowe nie były, wewnętrzne rozterki Jima Gordona, związane z nimi retrospekcje i narracyjna rola tego chyba najbardziej straumatyzowanego przez klauna bohatera są siłą napędową scenariusza Tyniona. To spokojne, ponure wyspy, które pozwalają nam na chwile zadumy pomiędzy falami ekstremalnie intensywnej akcji w wykonaniu ogromnej ilości różnorodnych, bezwzględnych paskudników. Takie podsumowanie wszystkiego, co Joker nawyczyniał w celu uprzykrzenia (spore niedopowiedzenie) życia Gordona skutecznie uświadamia nam, że nikt bardziej nie zasługuje na bycie ostatecznym sędzią i katem dla człowieka, którego Batman już dawno powinien wsadzić do piachu, zalać kompostem i posadzić Chryzantemy. To tym ważniejsze, gdy cała reszta polującej zgrai ma również całkiem porządne powody do udziału w tej drace i bez względu na indywidualny poziom porąbania ich historie są dobrze poprowadzone a zarazem istotne dla całokształtu. Przesadny tłok dostrzegłem tu tylko w ramach bat-rodziny, bo chyba jedynie poza Batgirl i Cassandrą Cain jest to zgraja wciśnięta na siłę i z grubsza zbędna. A jak napisany jest sam Joker? Nie wiem, mam mieszane uczucia, bo czasem scenariusz zdawał mi się wymuszać od niego niecharakterystyczną poczytalność, ale niech mnie coś strzeli, jeśli w wykonaniu Tyniona ten złol nie jest kompletnie antypatyczny i czasem faktycznie straszny.

 


 

Smaczkiem, ale bardzo wyrazistym, są natomiast liczne wizualne i fabularne nawiązania do ważnych momentów w historii niesnasek (kolejne niedopowiedzenie) pomiędzy Jokerem i ekipą Batmana. Większość z nich niezbędna z narracyjnego punktu widzenia, reszta dodana w ramach zręcznie wplecionego bonusu. Koneserzy będą mieli co tu wyławiać spomiędzy kadrów, a i odniesienia do szerzej rozumianej kultury się znajdą ze slasherowatą grozą na czele. Żadna nowość w komiksach superhero, ale tym razem ten element wydał mi się szczególnie wyraźny. Z drugiej strony wzmożone puszczanie oczka do czytelnika nawet na chwilę nie weszło w moim odczuciu na teren wymuszonego fanservice’u.

Rysunkowo jest okej i trudno tu powiedzieć coś więcej. Z widowiskowego, ale typowego trykociarstwa wybijają się jedynie minimalistyczne, pulpowe retrospekcje kreślone przez Francesco Francavillę, którego możecie znać z wydanego przez KBOOM „Black Bettle” i to tyle jeśli o wyjątkowość w ramach stylu chodzi. Jednocześnie, jak na warsztat tego włoskiego rysownika, trafiło się tu przynajmniej kilka mocno niedbałych kadrów, co przy takim typie ilustracji wyjątkowo kłuje w oczy. Cała reszta „Polowania na klauna” to dobrze zrealizowana i ładnie pokolorowana superbohaterska sztampa, głównie w wykonaniu Guillema Marcha. Ilustracje szczegółowe, efektowne, ale jakby unikające zbytniej dynamiki – zwyczajnie nudnawe w ogólnym rozrachunku. Na koniec albumu stery przejął Giuseppe Camuncoli i żałuję, że to nie jemu przypadł w udziale większościowy wkład w grafiki. March krechę szarpie, nie przepadam za takim podejściem do peleryniarzy – zdecydowanie wolę kształty zamknięte w konkretniejszych konturach, pewną łapę u ilustratora nawet kosztem detali i właśnie w takim stylu, podobnym do tuzów pokroju Ryana Ottleya i Jerome Opeñy, tworzy Camuncoli. Tragedii nie ma, bywa widowiskowo, ale żadnych medali bym nie przydzielał.

 


 


No i jak to tak, mówiłem, że „Joker” Tyniona jest nawet lepszy od głównego runu z Batmanem, a tu w sumie sporo narzekań? Gwarantuję – w centralnym nurcie roboty tego scenarzysty mankamentów wytknąłbym zdecydowanie więcej, a i tak miałem z lektury ogromną radochę. Tak samo „Polowanie na klauna” wciągnęło mnie, ubawiło, przejęło momentami i ostatecznie zaskoczyło pozytywnie. Choć czuć tu ciężką rękawicę włodarzy wydawnictwa, która naciskając na kark scenarzysty tłamsi jego kreatywne pomysły, to James Tynion IV najwyraźniej pod takim jarzmem też potrafi wycisnąć sporo dobra z przepoconego spandeksu, nawet gdy mowa o chyba najbardziej (poza samym Gackiem) wymaglowanej popkulturowo postaci DC Comics. Trafiał nam się lepiej napisany Joker, ambicjami przesadnymi toto czytadło też nie grzeszy, ale prosta zabawa może być z tego solidna.

 

Autor: Rafał Piernikowski