Owy tekst wygrzebałem ze swoich przepastnych notatników. Pisałem go bodaj latem. Miałem się bliżej przyjrzeć temu albumowi - ale z pewnych względów zaprzyjaźnić się z nim nie sposób. W każdym razie warto przypomnieć o jego istnieniu, bo pewnikiem jeśli na Arkham się o nim nie napisze, to wiele osób nigdy się o nim nie dowie.
75 minutowy memoriał dla ofiar Holocaustu. Do sięgnięcia po tę płytę zachęciły mnie porównania do genialnego Different TrainsSteve'a Reicha. Szczerze powiedziawszy, nie bardzo rozumiem skąd pomysł by zestawiać tak skrajnie różne dzieła. Oprócz ( poniekąd ) podobnego konceptu, prawie nic tych płyt nie łączy. Za to znajduję duże podobieństwa do późnej twórczości Scotta Walkera - najbliżej temu do soundtracku Pola X i niektórych traum z dualogii Tilt/Drift. Kompozycje z Walkerem bezpośrednio łączy forma, która mimo eklektyzmu ostatecznie wędruje w rejony które umownie nazwijmy industrialem (kto słucha Walkera, ten wie o co chodzi) . Wyczuwalny jest tu też ten bardzo nieprzyjemny ciężar, który nie pozwala mi zwykle wysłuchać Drift do końca. Prawdą jest, że są tu cechy martialu, więc ludzie lubujący się w tego typu dźwiękach powinni być oczarowani, ale nazywanie tego martialem byłoby raczej krzywdzące. Skojarzeń szukałbym też poza pop/kontrkulturą, choćby w awangardowych operach Xenakisa - ale do Different Trains to na pewno nie jest podobne. To bardzo dobra płyta - ale jak pewnie się już domyślacie - nie dla każdego, a wysłuchanie jej nie jest miłym doświadczeniem.
Egzemplarz recenzencki kupiłem sobie sam. O tutaj -->klik
Od razu mówię - żeby nie być posądzonym o klakierstwo - że z Maćkiem "znamy" się ( w cudzysłowie, bo wszystko sprowadza się do umiarkowanej znajomości internetowej) już całkiem sporo czasu. Nasze gusta muzyczne przecinają się w kilku miejscach - więc siłą rzeczy zagląda na Arkham. W drugą stronę jest inaczej. Ja się polskim współczesnym komiksem niemal nie interesuję*, ale i tak zaglądam na jego bloga(klik), bo jest dla mnie uchylonym oknem na polskie podwórko. Przyznaję też, że mam duży sentyment do tego komiksu - a z dedykacji dla Arkham cieszyłem się jak dziecko. Z recenzją zwlekałem już dobrych kilka miesięcy, bo nie miałem aparatu - a koniecznie chciałem się tym pochwalić:
Laleczki po raz pierwszy wydał autor za własne pieniądze już z pół dekady temu. Niedawno ktoś wpadł na pomysł zrobienia liftingu i wznowienia go w serii Strefa Komiksu. Scenariusz, a raczej scenariusze - bo to kilka połączonych zgrabnie w jedną całość, pisanych przez parę osób nowelek- nie są niczym nadzwyczajnym. Mógłbym tu napisać, że to "komiksowy traktat o kondycji cywilizacji", albo wymyślić inne pompatyczne bzdury, ale tak po prawdzie to tylko postapokaliptyczna chanbara, której klamra prologu i epilogu (strzelam, że dopisana przy remasterowaniu) ma nadać odrobiny głębi. Ot, kawał przyzwoitej pulpy. Nic więcej. Nie śledzę Strefy Komiksu, nie wiem, jaki jest poziom innych publikacji, ale jeśli zbliżony do tego co otrzymałem, to chętnie sprawdzę wybrane pozycje .
(kliknij aby powiększyć)
Jeśli chodzi o rysunki, narrację, opowiadanie obrazem, to nie mam zamiaru kłamać - od czasu pierwszej publikacji komiks się zestarzał, a raczej wypadało by rzec, że Maćka warsztat rozrósł się niepomiernie. Ale nawet jeśli nie znałbym kontekstu, to o Laleczkach nie napisałbym źle. Są tu pewne wpadki, ale mniejsze, niż w wydanym jakiś czas temu, rysowanym za grube pliki dularów Predatorze. Nie będę też ukrywał, że samego Maćka cenię za to, że nikogo nie podrabia i konsekwentnie rozwija swój styl i mimo tego, że napierdala i stara się być coraz lepszym rzemieślnikiem, to dla mnie najbardziej cenny pozostanie jako świadom swych ograniczeń turpista pamiętający epokę zinów, a nie jako rysujący realistycznie wyrobnik. Jestem świadom, że nie mam całkowitego rozeznania w polskim współczesnym komiksie, więc posłużę się bezpiecznym przykładem - gościem od syfiastych Syberyjskich snów, które są zbiorem pt. "co widziałem na zgniłym zachodzie" (to, że większość recenzji tego albumu jest pozytywna, to całkowite kuriozum). Przez cały zbiorczy album tego Ruska nie pojawia się TO COŚ, co można by nazwać rozpoznawalnym stylem. Natomiast prace Maćka aż tym CZYMŚ ociekają. Gdy na nie patrzę, to widzę, że to obskurwiały underground ze Wschodniej Europy i to jest właśnie fajne, że to widać. To jest siłą tego komiksu.
*Jasne, że rzadziej sięgam po polski komiks z braku kasy - ale czasem, gdy zdarza mi się czytać fora komiksowe, to zaczynam sobie zdawać sprawę, że całkiem świadomie próbuję się odcinać, bo widzę w nim wiele kumoterstwa i ludzi z którymi, dla higieny emocjonalnej , wolałbym nie mieć do czynienia.
Z jednej strony moja lista jest subiektywna, a z drugiej - gdy patrzę na listy niektórych portali, na których znajdują się takie pozycje jak nowy ewidentnie kiepski Antek, czy zaledwie dobry Grinderman 2 ( w jednym miejscu z maksymalną oceną - jakby to nie wiadomo jaka płyta była) , to mam wrażenie że... a chuj z nimi! nieważne! Przede wszystkim życzę Wam zajebistego, pełnego muzycznych znalezisk nowego roku. Przed Wami lista 8 płyt, które ukazały się w 2010 i których moim zdaniem powinniście posłuchać. O niektórych czytaliście już w Arkham - o niektórych nie. Największą siłą tego spisu jest to, że składa się z moich obserwacji tego co się działo w muzyce - a ja, jak wiadomo grasuje raczej na rzadziej uczęszczanych ścieżkach stumilowego lasu .
=1=
Xasthur - Portal of Sorrow
Portal of Sorrow to zdecydowanie moje tegoroczne numero uno, a do tego jedna z najlepszych płyt dekady. To, że ludzie wciąż jeszcze nie rozumieją muzyki Xasthur, to już nie moja wina. Oceny i wypowiedzi recenzentów, które znalazłem w necie, są wręcz skandaliczne - narzekanie na realizację i marudzenie, że ten album jest nudny (chowa twarz w dłoniach), zakrawają na żart.
Płyta, podobnie jak Omega, promująca sprzedaż wspaniałych toreb na kartofle z logo C93. Spędziłem z nią zdecydowanie więcej czasu niż z jej piosenkową koleżanką (Recenzja klik), stąd to Waves pojawia się w topie.
Od razu mówię - to nie sympatia do Blood Axis pcha tę płytę tak wysoko w rankingu. Dalej uważam, że Majkel powinien sobie darować te kaskaderki lingwistyczne (brzmi jak Tony Clifton śpiewający po niemiecku), nie mniej słuchałem jej przed chwilą i niebezpiecznie skoczył mi wskaźnik adrenaliny i endorfin. Enjoy the Violence!
Fakt, że taka ilość czarnych wylądowała w moim playerze jest zastanawiający - Gonjasufi, Jolly boys, Heron. Do topu wybrałem Herona - bo czuję do niego chyba największą sympatię (a w ogóle to myślałem, że on już dawno nie żyje). Jego parafrazy Johnsona i Callahana to mistrzostwo świata. Żeby było śmieszniej, to ta płyta ma na pewnej płaszczyźnie dużo wspólnego z Blood Axis... i to nie tylko w kategoriach powrotu po latach.
We Are Only Riders - Jeffrey Lee Sessions Projects Pierce
Zajrzyjcie do próbek - na tej płycie znajduje się moja piosenka roku. We Are Only Riders to fenomenalny konceptskładak i zdecydowanie coś więcej niż tribute. Jeśli chodzi o wartość, to coś podobnego do obecnego w ubiegłorocznym topie This Immortal Coil. W składzie między innymi Lanegan, Edwards, Cave... Fanem Gun Club co prawda jeszcze nie zostałem, ale wszystko przede mną .
Śliczny, całuśny postrock udający black metal. Draugadróttinn jest bardzo mało znane, dlatego postanowiłem zasygnalizować istnienie tej płyty i wrzucić ją do topu zamiast Agallocha. Niewiele więcej mogę zrobić, żeby ocalić tę płytę od zapomnienia. A wygląda na to, że taki los ją czeka.
Znakomity, bardzo, bardzo kameralny koncert. Zastanawiałem się przez chwilę, czy go tu umieszczać, bo był zarejestrowany w 2007, a wydany w 2010. Ale skoro ludzie czasem w rankingach podają jakieś wykopki Milesa Dejwisa, to ja mogę Callahana. Wydany tylko na winylu, ale mp3 latajo po sieci. Warto poszukać.
Podobne wątpliwości miałem co do tej retrospektywy Lundvalla - zbiór utworów ze składanek, singli itd - ale to tak spójna rzecz, że bez problemu może funkcjonować jako album. Do tego to bardzo ciekawe spojrzenie na jego muzykę, bo skupiające się głównie na piosence. Twórczość Lundvalla zawsze była ciepła i uduchowiona, ale tu zawiesista mgiełka zamienia się ostatecznie w substancję stałą. Po płytę powinni sięgnąć szczególnie słuchacze nienaumiani słuchania, dla których muzyka Lundvalla była zbyt ambientowa, zbyt eteryczna. Podana w ten sposób staje się bardzo przystępna, co czyni z niej niesamowity materiał na muzyczny prezent dla osoby w każdym wieku.
Przeglądam płyty kwalifikujące się do podsumowania roku, piję piwo, robię notki, a widzę, że ponad tydzień wpisu nie było. Na początku chciałem napisać o płytach, które do topu mi się nie zmieszczą, ale stwierdziłem, że zrobi mi się z tego jakiś koszmarnie długi tekst, którego i tak nie skończę (może uda się po Nowym Roku ). Więc zamiast tego postanowiłem rozliczyć się z płytą, której słuchałem dużo, ale mam co do niej mieszane uczucia.
OHugo Race (to pan z pierwszego składu Bad Seeds, jakby kto nie wiedział) Henry Rollins powiedział kiedyś, że to skarb narodowy Australii. Jak słucham Fatalists, to mam ochotę przypiąć do niego inny cytat z Rollinsa, a dokładnie sparafrazować fragment z piosenki Liar : And I'll tell you things that you already know, bo Race uderza w mojego Mamonia i gra dokładnie to, co chcę usłyszeć, gdy relaksuję się i piję piwo. Ładne folkowe piosenki, zaśpiewane z manierą mogącą przypominać Lanegana, nasączone poetyką Nicka Cave'a i wyczarowane zdolnościami realizacyjnymi godnymi Von Tilla. Niestety, mam wrażenie, jakby materiał była kalkulowany na przebojasy i wyszło po prostu nieszczerze. Żeby nie było - to nie jest zła płyta, nie słuchał bym złej płyty (przynajmniej) kilkanaście razy . Ale jeśli mam być szczery - zabrzmię pewnie śmiesznie - wsłuchałem się dość uważnie i doszedłem do wniosku, że najchętniej wywaliłbym stąd całą piosenkowośc i zostawił wszystko to, co nieśmiało pobrzmiewa na drugim planie. Owe tło stanowią ambientowo-dronowe przestrzenie, kojarzące mi się najbardziej z jednym z solowych wcieleń Von Tilla - Harvstmanem ( o z tym , o z tym). Najmniej mnie tu interesuje sam Race, który jest na tyle bezkrytyczny, że strzela sobie w stopę zestawiając swoje piosenki z parafrazą In the Pines (Billem Callahanem to on nie jest).
Nie będę sprawdzał, kto go tu prowadził za rączkę, pamiętam, że jakiś czas temu kolaborował bodaj z Chrisem Brokawem z Codeine. Strzelam, że w tym kierunku powinniśmy się udać, szukając tajemnicy drugiego planu...
edit: Ok. Jednak dla spokojności sprawdziłem. To nie Chris Brokaw. Race był wspierany przez jakichś hiszpańskich muzyków. Na pierwszy rzut oka, oprócz Lilium, nie kojarzę projektów, w których się udzielali. Pewnie warto sprawdzić co wcześniej porabiali . klik
Książkę do recenzji podesłało wydawnictwo Miligram. Wielkie dzięki!
Nie wiem, czy może być lepsza rekomendacja Wywiadów niż to, że o 3 w nocy robiłem sobie kawę, żeby mimo zmęczenia ciężkim dniem i innymi, mniej wdzięcznymi lekturami, móc je czytać dalej. Nie zdarzyło mi się to od wielu lat. Oczywiście target zostanie mocno zawężony przez fakt, że przepytywany jest znany głównie jako twórca komiksów, ale to książka nie tylko dla fanów Moora. To książka nie tylko dla komiksiarzy. To książka dla każdego, kto tworzy lub interesuje się tworzeniem jako takim.
Jeden z cytatów znajdujących się na rewersie książeczki charakteryzuje Moora jako "Orsona Wellesa komiksu". Ciekawe stwierdzenie. Przyznam, że kiedy przeczytałem je pierwszy raz zacząłem rozmyślać nad jego zasadnością. Nie wiem, na ile jest ono wyrwane z kontekstu, bo może być trafne, gdy spojrzymy na to w kategoriach walki z przemysłem rozrywkowym w imię wolności i poszanowania Autora. Jeśli popatrzymy od strony poszerzania języka medium - też może być trafne, bo obaj panowie dla swoich "muz" zrobili wiele (niektórzy nawet powiedzą że zrobili wszystko). Jednak o ile zabiegi formalne, które do kina wprowadził Welles stały się normą, to to, co z medium wyprawia Moore jest unikalne i w większości przypadków nieosiągalne dla innych twórców. Dla mnie jego komiksy często bywają wręcz definicją dojrzałej sztuki, albo inaczej... są tym czego w sztuce szukam, a szukam w niej Boga... Boga? No właśnie. To, co ja umownie "z braku laku" nazywam Bogiem, Moore nazywa Magią i bezpośrednio utożsamia ją z aktem kreacji.
Fragment filmu The Mindscape Of Alan Moore. Wypowiedź między innymi nt Magii.
To właśnie temat tworzenia, kreacji i jej wpływu na otaczający nas świat jest głównym (ale nie jedynym) tematem pierwszego z dwóch przeprowadzonych na przestrzeni poprzedniej dekady wywiadów. Sam Moore - człowiek kojarzący mi się do tej pory z mrocznym mistykiem, okazuje się bardzo otwarty i bez skrępowania opowiada o swojej pracy w najdrobniejszych szczegółach. Możliwe, że to zasługa przepytującego go Billa Bakera, bo dokumenty i video-wywiady, które do tej pory widziałem (np Mindscape of Allan Moore) mitologizowały i kreowały go na "samotnika z Northampton". Jednak postrzegany przez pryzmat Wywiadów okazuje się zupełnie inną osobą, która, mimo wielkiego uduchowienia, nie jawi się jako ogarnięty twórczym amokiem szaleniec, tylko całkowicie świadomy swojego warsztatu rzemieślnik, który - wg jego własnej definicji geniuszu - kręci gałkami którymi nikt nigdy jeszcze nie kręcił.
W drugiej części książki bardzo dużo miejsca poświęcono zatargom Moora z gigantami przemysłu rozrywkowego. To zabrzmi jak żart rodem z Monty Pythona (Dwie Szopy), ale główny bohater tej farsy powinien mieć pseudonim Alan "Pięć Komiksów" Moore . Pięć komiksów! Zaledwie do tylu, spośród dziesiątek napisanych przez siebie tytułów, posiada pełne prawa autorskie! Współczesna branża komiksowa, a raczej jej część biznesowa, wypada na jego ustach wręcz odrażająco a i tak zdaje się być jedynie zakompleksionym cieniem prawdziwej Sodomy i Gomory (czyt. Hollywood). Gdy czyta się szczegóły na temat tego jak FOX i DC go potraktowały, to raz straszno, raz śmieszno. Niby czasy się zmieniają , twórcy stają się bardziej świadomi, ale na pewno identyczny scenariusz powtarza się teraz na rynku gier komputerowych*, więc to cały czas aktualna sprawa. Przy okazji wątku o ekranizacjach oberwało się zarówno widzom, jak i nieoduczonym recenzentom filmowym, którzy nie sięgają po pierwowzory.
Oprócz wspomnianych przeze mnie tematów przewodnich znajdziemy tu wiele pomniejszych informacji i anegdot związanych nie tylko z pracą Moora, ale też z historią komiksu. Czyta się to jednym tchem, jak snutą przy piwie opowieść, przez co książka błyszczy wśród dominującego w polskiej literaturze fachowej akademickiego nadęcia. To ważna pozycja - zarówno dla odbiorców aspirujących do pisania o medium, jak i dla twórców. Może nie aż tak, jak Truffaut/Hitchcock dla filmu, ale ważna.
Gdy światło padnie na okładkę pod kątem, na twarzy Moora pojawi się naniesiony znakiem wodnym pentagram. Zachęcam do kupna bo nakładu zaraz nie będzie.
*Oj będzie płacz! Może nigdy nie poznamy nazwisk wielu wizjonerów - tylko dlatego, że są zatrudniani na zasadzie szarego mużdynienia w wielkich korporacjach.