niedziela, 19 stycznia 2025
Extremity. Tom 2.
Achtung Zelig!
Pan Żarówka. Wojtek Wawszczyk.
Produkt 24. Śledziu i inni.
niedziela, 12 stycznia 2025
Pasażrowie Wiatru. Tom 3. Bourgeon
Zwykłem mawiać, że czy to się podoba komuś, czy nie, komiks jest dość lewicowym medium. Najmocniej czuć to chyba w albumach frankofońskich, w których często-gęsto, mniej lub bardziej, nachalnie poruszane są kwestie społeczno-polityczne i wolnościowe. Jest to obecne zarówno w gatunkowcach jak „Valerian”, jak i w tworach obyczajowych takich jak „Skład główny”.
Niektórym może to przeszkadzać, ale najnowszy tom „Pasażerów wiatru” idealnie wpisuje się w tę tendencję. Najpierw, w pierwszym zebranym tu tomie, opowiada dość obszernie o krajobrazie po komunie paryskiej, a w drugim skupia się na wątkach zesłania rewolucjonistów na egzotyczną wyspę-więzienie. Album numer jeden jest opowieścią, której do niczego bym nie porównał, historią osobną. Drugi – traktujący o zesłaniach – jest bliski poetyką temu, co znam z klasycznego filmu „Papillon”. Dodatkowo głównymi bohaterkami są kobiety. Pewnie jacyś fani Korwina by mnie wybatożyli, ale zupełnie nie przeszkadza mi wydźwięk tego komiksu. Nie znam się co prawda dobrze na tym okresie w historii (jestem raczej nerdem od sztucznych światów), ufam jednak w to, co przeczytałem u (mojego ulubieńca) Bourgeona i nie widzę tu propagandy. Widzę raczej album historyczny. W gąszczu nazwisk rozpoznaję niektóre przywoływane tu postacie, inne nic mi nie mówią. Owszem, wiem o takich rzeczach jak Wandea i kumam: czerwoni też nie byli święci. Niemniej nie dziwi mnie, że autor bierze ich stronę i przedstawia uciśnionych właśnie w ten czy inny sposób wplątanych w politykę wolnościową. To wdzięczny temat. Powiem też szczerze, że pomimo bycia laikiem, to wszystko jest dla mnie bardzo ciekawe i pouczające. Czyli takie, jakie powinny być w przytoczonej na początku teorii komiksy frankofońskie. Tu się wszystko zgadza.
Przyzwyczailiśmy się do tego, że komiksy historyczne trzymają się głównie poetyki kojarzonej z powieścią graficzną. W pracy Bourgeona nie ma ni krzty tej tendencji. To frankofon pełną gębą, bardzo mądrze korzystający z dobrodziejstw tego nurtu. Rysunki są realistyczne, a to, jak Bourgeon ogrywa komiksowość, jest nieziemskie. Narysowane przez niego stroje z epoki i architektura to pierwsza liga. To, jak przedstawia realia historyczne (w pierwszym tomie za pomocą dialogów, w drugim już rysując szczegółowo całą opowieść) to też mistrzostwo świata. Mówiąc krótko: jednemu z moich ulubionych twórców stalówka się nie stępiła. Szczerze powiem, że dawno nic od niego nie czytałem i zapomniałem, jaki ten typ jest dobry.
Ni w ząb nie pamiętam też treści poprzednich „Pasażerów wiatru”, nie zmienia to faktu, że dobrze bawiłem się czytając trójkę. Dużo dowiedziałem się również o mniej znanym dla mnie okresie historycznym. To wszystko w końcu uskrzydliło też świetne tłumaczenie Wojciecha Birka. Nie żebym znał francuski i miał porównanie, ale wszystko czytało się kapitalnie, więc zakładam, że tłumacz dał radę. Ogółem, jeśli macie otwarte łby i chcecie przeczytać dobry komiks, to walcie w „Pasażerów...” jak w dym. Przyznam z ręką na sercu: gdyby to nie była kontynuacja serii, tylko samodzielny album, zrobiłbym z tego tytułu jeden z moich albumów roku.
poniedziałek, 6 stycznia 2025
Sandman. Teatr Tajemnic. Wagner/Davies
Vertigo niedługo wraca, ale przecież nigdy nie umarło. Wpływ tej oficyny na rozwój komiksów dla dorosłych jest wciąż ogromny. W katalogu wydawcy znajduje się jeszcze sporo nieopublikowanych u nas komiksów z tej stajni. Od lat marzyłem, żeby przeczytać dokładnie ten jeden tytuł. Wiąże się z nim bowiem ciekawa historia wydawnicza.
To właśnie tego Sandmana – patrzącego na Was z okładki, pochodzącego ze złotej ery – miał pisać Gaiman, gdy został zaproszony przez DC do współpracy. Wyszło inaczej, stworzył swoje autorskie dzieło, kradnąc tylko tytuł od tego bohatera. Pomysł na odświeżenie Sandmana w masce pozostał więc chwilę niezrealizowany, a można było jeszcze ten koncept spieniężyć. Ostatecznie serię przygarnął dość ceniony Matt Wagner.
Od razu walę z grubej rury: komiks ten miał odświeżać pewien koncept i zrobił to całkiem nieźle, niestety od czasu publikacji sam już stał się ramotką i pod względem poziomu jest to nieco gorsze Vertigo. Nie oznacza to zupełnie, że opowieść o Sandmanie w masce przeciwgazowej jest zła, nie. Ma za to określony target: kolekcjonerów starego dobrego Vertigo i fanów oldskulowej pulpy.
Sandman w masce nie ma supermocy. Jest dość majętny, jak Batłomiej, i używa różnych rodzajów gazu do usypiania bądź wyciągania zeznań od złych ludzi. Sama postać od strony desingu wygląda do dziś bardzo atrakcyjnie i do bólu pulpowo. Nic tylko cisnąć z nią przyzwoite historie.
Matt Wagner dał zdecydowanie radę i napisał całkiem dobre czytadło w swojej kategorii. To pulpa dość mocno osadzona w konkretnym czasie, czyli zaraz po zniesieniu prohibicji. Całkiem sprawnie opowiedziane czytadło, trochę noir, trochę dzieło zapatrzone w Shadowa, Spirita i oldskulowego Batmana. Złoczyńcami nie są jednak zazwyczaj super-łotrzy, a znajdujące się totalnie na ulicznym levelu zagrożenia jak triady (najfajniejszy fabularnie moment) i inne gangi. To wszystko tu działa, gra i buczy, ale uczciwie dodam, że raczej nie zmiecie Was z planszy. Przy tym rzecz nie jest głęboko osadzona w uniwersum DC. Sandman od Gaimana pojawia się w jednym ze snów bohatera i to właściwie wszystko, co wzięto z tego uniwersum.
Rysunki w większości to rzemieślnicza robota. Wyjątkiem jest jeden story arc, rysowany przez młodego wówczas Guya Davisa. I tylko ten fragment jest plastycznie ciekawszy. Inna sprawa, że grafy Davisa zostały najzwyczajniej zniszczone przez niepasujące do jego stylu nakładanie tuszu, co czyni nawet ten aspekt nieco spartolonym. Wszystko ratuje kilka pięknie skomponowanych plansz, na których Davis pokazuje, jak umie rozrysować sekwencyjność danych scen. Po namyśle stwierdzam, że najpiękniejsze są tu jednak okładki. Zarówno regularne jak i limitowane, załączone na końcu tomu. Mają coś w sobie z roboty Dave'a Mckeana do „Sandmana” Gaimana, ale przy tym posiadają swój autorski sznyt.
Czytałem kilka komiksów Wagnera. Lubię go, ale nie okłamujmy się: nigdy nie osiągnął mistrzowskiego poziomu. Tu dodatkowo nie rysuje, co można uznać za minus, bo bankowo świetnie oddałby tę atmosferę. Autor nie stronił jednak od solidnego przedstawienia realiów, w których dzieje się fabuła, wkładał w usta postaci niewygodne, niepoprawne politycznie kwestie ukazujące mentalność ówczesnego społeczeństwa, przez co komiks dużo zyskuje na tym poziomie. Poza tym jednak – jak już wspomniałem we wstępie – to komiks, który się zestarzał i od strony warsztatu tak już się tego nie robi.
Ronin. Frank Miller.
To jest mój drugi raz z „Roninem” i powiem szczerze, że zapamiętałem go jako twór gorszej jakości. Może więc trzeba do tego albumu dorosnąć i doczytać na spokojnie o tym, jaki wpływ miał na medium, zanim się go wyleje z kąpielą. Owszem, widziałem recenzje tego komiksu, które zarzucają mu, że się zestarzał. Niemniej nie zgadzam się z nimi i dla mnie to nadal zjadliwa pozycja, nie tyko zmurszała ramota dla starych nerdów. Acz sam takim staruchem oczywiście jestem i może dlatego dziś bardziej doceniam ten komiks.
Tworzony na przełomie 1983 i 1984 roku „Ronin” to przede wszystkim komiks ważny na kilku poziomach. Po pierwsze, to rzecz istotna dla ewolucji dostępu artystów pracujących dla majorsów do praw autorskich do swoich prac, bo Miller ugrał w umowie wszystko, co tylko się wtedy ugrać dało. Po drugie, to dzieło ważne dla rozwoju cyberpunka, bo ukazywało się dokładnie w tym samym czasie co „Neuromancer” i poruszało podobną tematykę. Nie można też bagatelizować faktu, że rzecz była znacząca w rozwoju tego, co nazywa się „powieścią graficzną” jako formatu wydawniczego. Owszem, komiksy poszły ostatecznie na półki bez grzbiecików, ale ponoć mało brakowało, by je miały. „Powrót Mrocznego Rycerza” już poszedł ten krok dalej. Po czwarte to rzecz, z której czerpali garściami autorzy innych dzieł, zaczynając od twórców „Żółwi Ninja”, a kończąc na „Samuraju Jacku” Genndy'ego Tartakovsky'ego.
Sam „Ronin” natomiast też czerpie z kilku źródeł. Najwyraźniejsze wyłapane przeze mnie nawiązania to komiksy Moebiusa, ukazujące się wówczas w magazynie Heavy Metal i słynna manga „Samotny wilk i szczenię”. Prawdopodobnie autor miał też jakiś dostęp do kina samurajskiego, ale to aż tak bardzo nie rzuca się w oczy. Więcej tu malarstwa Japonii. Graficznie widać te wpływy bardzo, a wciąż młody Miller buńczucznie nie bał się kraść i przetwarzać motywów, które zobaczył u starszych kolegów i w klasyce malarstwa. Tworzy więc dzieło niejako złożone z cytatów, a przy tym świeże i wizjonerskie. Do bólu postmodernistyczne. Owszem, osobiście z tamtych czasów wolę pracę Franka przy „Daredevilu”, ale „Roninowi” nie mogę odmówić uroku i przede wszystkim rozmachu.
Historia przeniesienia się Samuraja bez pana z feudalnej Japonii do cyberpunkowego świata sztucznej inteligencji dalej trzyma się nieźle. Nawet jeśli Miller ma na koncie lepsze komiksy, to to jest rzecz dalej aktualna. Graficznie nie jest idealnie, ale plansze malowane (z tego co pamiętam) tradycyjnymi japońskimi pędzelkami wciąż potrafią przykuć oko konesera. Szczególnie te, na których widać, jak dobrze Miller rozgryza sekwencyjność. Nie robi tego zupełnie w filmowy sposób, tylko myśli o tych obrazkach jak o komiksie. Rozumie język medium i świetnie to wykorzystuje.
Wiem, że zarówno Millera jak i tego komiksu można nie cenić (sam mam sporo do zarzucenia Frankowi), ale według mnie trzeba oddać cesarzowi co cesarskie. „Ronin” jest jednym z ważniejszych wznowień zeszłego roku, naczekaliśmy się na nie za długo. Nie wiem, czy to dobrze, że nie pokuszono się o wydanie w przynajmniej lekko powiększonym formacie DC Deluxe, bo rzecz wyszła bez fajerwerków, a jest tu kilka zwalających z nóg plansz. W każdym razie cieszmy się tym, co mamy. Tak, dobrze myślicie: chcecie mieć „Ronina” w kolekcjach.






