czwartek, 18 listopada 2021

Goon. Eric Powell. Tom 5

 


Od początku miałem mieszane uczucia co do tej serii. Przeszkadzała mi epizodyczność, powtarzalność i żarty o kupie. Eric Powell, tato Goona (aka Zbira), rysownik i scenarzysta, chyba musiał wiedzieć, gdzie schodzi na manowce, bo stopniowo odchodził od tych elementów. I oto jest. Ostatni tom Goona. Najlepszy jaki czytałem.


Największą zaletą zebranego tu materiału jest fakt, iż nie są to pojedyncze humorystyczne zeszyty, a dłuższe historie, powiedziałbym nawet odważnie, że to powieści graficzne na miarę bardzo dobrego „Chinatown”, które chwaliłem w poprzednich reckach. Do tego wszystkie są zgrabnie ze sobą powiązane, dzięki czemu dostajemy faktycznie większą, inteligentnie rozpisaną całość. Jeśli chodzi o gatunek, to autor mocno odchodzi od horroru. Wszystko utrzymane jest w atmosferze pulpowego noir, co tylko pomaga Powellowi w budowaniu znakomitych historii i gęstej atmosfery. Odważył się nawet podarować Zbirowi miłość, po czym brutalnie mu ja odebrał, czyniąc z tej bohaterki femme fatale godną tej serii. Bardzo się cieszę, że dałem szansę temu komiksowi i nie odpadłem od cyklu, gdy raziły mnie kawały o kupie (Brzoskwinek Walenty to najbardziej kuriozalny wykwit w historii mainstreamowego komiksu). Powell jawi się bowiem jako wrażliwy i mądry twórca a do tego umie rysować. 

 



Umie to mało powiedziane, on jest jednym z niekwestionowanych mistrzów komiksu. Jego semi-realistyczne postacie z napakowanym, często walczącym siekierą Zbirem na czele wyglądają we wnętrzu opowieści jak fragmenty mega pulpowych okładek. To rzecz, której brakuje większości komiksów we wszechświecie, co czyni Goona pozycją więcej niż wartą uwagi (o ile przełkniecie żarty o kupie z początków serii). Barwami tego komiksu w dużej mierze zajął się legendarny Dave Stewart. To facet, który kolorował „Hellboya”. W tym tomie, aby podkreślić związki historii z nurtem noir, postanowiono używać głównie sepii i popielastego, cyfrowego tuszu. Wyszło przegenialnie i dla mnie to jedna z najlepszych robótek, jakie Stewart wykonał w swojej karierze.


Niniejszy tom jest teoretycznie ostatnim odcinkiem, w którym wątki zostają domknięte, a Zbir opuszcza swoje kazamaty. Niemniej w 2019 roku, z okazji 20-lecia serii coś zaczęło się jeszcze ukazywać. Jest dostępne na comixology, więc niecierpliwi mogą sobie do tego dokupić dostęp. Ja mam nadzieje, że jeśli spokojnie poczekam, to dostanę kolejny piękny album od Non Stop Comics. Lubię trzymać te cegłóweczki w rękach, bo to jedne z najlepiej wydanych komiksów w naszym kraju. Dobra robota, panowie. Trzymam za Was i nowego Zbira kciuki.

Pinokio. Winshluss

 

 


„Pinokio” nie jest dla dzieci. Chociaż obrazek nierozgarniętego rodziciela kupującego swojej pociesze komiks Winshlussa, pasowałby jak ulał do serii wyrachowanych i okrutnych sytuacji tego antydisneyowskiego dzieła, którego drugie już polskie wydanie przygotowała Kultura Gniewu. Przeciętnego czytelnika może nieco zaniepokoić spora kondensacja zaproponowanego sadyzmu, który – o zgrozo - dobrze się sprawdza jako wciągająca rozrywka. Na szczęście ta cała karuzela przemocy, przyprawiona cynicznym poczuciem humoru, nie zamienia się w bezrefleksyjny odmóżdżacz. Autor, przez lata tworząc swoją powieść graficzną nagrodzoną w 2008 roku w Angouleme, zadbał o wyraziste i niegłupie przesłanie swojej pracy.


Komiks składa się z szeregu stosunkowo krótkich, kilku lub kilkunastu stronicowych epizodów, których część ma charakter dygresyjna. Niektóre sytuacje i postacie, które poznajemy na wstępie i wydają się nam przypadkowe, wracają w dalszej części dzieła, tym samym uzasadniając swoje istnienie. Całość sprawia wrażenie dosyć monumentalne (prawie 200 stron w dużym formacie). Swobodna gra wyobraźni oraz spontaniczność kreacji niektórych fragmentów, nie przyćmiewają precyzyjnie zaprojektowanej całości.

Historia zaczyna się nieco inaczej niż pierwowzór autorstwa Carlo Collodiego. Od pierwszych stron owiewa nas mrok i charakterystyczna dla tego komiksu ponurość beznadziei. Domniemany Geppeto, typowy przedstawiciel amerykańskiej klasy średniej, tworzy Pinokia nie jako drewnianą kukiełkę, tylko mechanicznego robota, który ma mu przynieść niebotyczne zyski od armii. Jego żona zaś wykorzystuje sztucznego chłopca jak instrument do masturbacji, co nie kończy się dla niej pomyślnie.

W dalszej części komiksu na Pinokia spada cała plaga nieszczęść, które on przyjmuje na siebie jakby bezwolnie, nie przejawiając uczuć (w końcu to maszyna). Tak więc z marszu trafia w zdeprawowane towarzystwo, ląduje w fabryce zabawek – obozie koncentracyjnym, gdzie pracę nieletnich wykorzystuje karykaturalny finansista, natyka się na perwersyjnych i złych siedmiu krasnoludków oraz dociera do rzekomo cudownie bajecznej wyspy, której wszelkie uroki gasną, gdy się do nich zbliżyć. Pamiętam, że nawet w animacji Disneya, te miejsce wyglądało nieco przerażająco, jednak w wydaniu Winshlussa mamy totalne piekło, gdzie totalitarne rządy w walce o władzę nad tym skrawkiem ziemi, szukają mięsa armatniego, oczywiście wśród dzieci, które poddawane są straszliwej indoktrynacji, przeobrażającej je w dzikie bestie.

Zdecydowanie nie są to wesołe obrazki, choć czarnego humoru tu nie brakuje. W dziele Francuza ze świecą szukać jakiś choćby najbardziej nikłych przejawów dobra, czy też postaci pozytywnej. Młody, ale już okaleczony duchowo chłopak, który zabiera Pinokia na wspomnianą wyspę, utracił szansę bycia dobrym, co autor ilustruje retrospekcją - horroru dziecięcej traumy i doświadczenia totalnej niesprawiedliwości - pod gorzko ironicznym tytułem „Natural Born Loser”.

Głównym tematem, czy też nieustnie przewijającym się wątkiem w Pinokiu, jest ludzkie okrucieństwo, które skłania poszczególnych bohaterów do bezwzględnego wykorzystywania słabszych od siebie w celu osiągnięcia swych partykularnych, lub czysto prywatnych - najczęściej zatrważająco małostkowych - celów. Jest to swoisty świat na opak, paraboliczna przypowieść o naszej rzeczywistości oraz historii. Można ją traktować także jako krytykę nowoczesności, która nauczyła nas traktować jednostkę ludzką jako materiał do manipulacji i eksploatacji. Ta konstatacja nie jest jakoś specjalnie oryginalna, dlatego urzeka nas przede wszystkim forma jej przekazu.

Powieść graficzna Winshlussa wyróżnia się stroną plastyczną, która jest bardzo zróżnicowana. Rysunek bywa bardzo gęsty, niektóre grafiki to namalowane na całą planszę obrazy, a czarno białe szkice informują o epizodach z przeszłości. Swoistą odskocznią od głównego nurtu narracji są najczęściej jedno lub dwustronicowe przerywniki przedstawiające przygody karalucha Jiminego, który mieszka w głowie Pinokia. Stylizowana na niedbałą kreska autora podkreśla groteskowy wymiar tych epizodów, które stanowią przeciwwagę dla Pinokiowych mroków i traum. Jiminy nie jest postacią pozytywną, ale jego przywary to betka w porównaniu z nieludzkim zachowaniem innych postaci komiksu. Wiecznie cierpiący na demencję twórczą, uzależniony od telewizji neurotyk i egocentryk, może stanowić autoironiczny obraz samego autora. Chyba gros społeczeństwa ma w głowie takiego karalucha, który jest wyznacznikiem naszej małości, w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Moim ulubionym odcinkiem przygód Jiminiego jest ten, w którym upija się on razem ze swym koleżką Teddym, snując przy tym pseudo filozoficzne rozważania, które z każdym kolejnym łykiem tracą swój sens. Bardzo prawdziwy obrazek.


Pinokio to prawdziwa uczta dla oka, owoc niezwykle ciężkiej pracy, talentu i kunsztu narracji komiksowej, w której nie pada zbyt wiele słów. Sam protagonista milczy. Tym, co go odróżnia na tle odrażającej galerii pozostałych postaci, nie jest jego obojętność, lecz straszliwa - kosmiczna wręcz samotność. Postać ta wpisuje się w kulturową tradycję bohaterów, którzy przeprowadzają nas przez mroki zepsutego i pogrążonego w upadku świata, będąc cały czas jakby poza nim (Lew Myszkin, Kaspar Hauser, Forest Gump). To co im się przytrafia, nie jest w stanie dotknąć ich nieodgadnionego wnętrza, lecz jak w pękniętym zwierciadle, odsłania gorzką prawdę kondycji ludzkiej. Winshluss przygląda się jej z oddaniem oraz okrutną satysfakcją cechującą bohaterów jego dzieła.

Autor:Jakub Gryzowski

sobota, 6 listopada 2021

Hellblazer. Wzlot i upadek. Tom Taylor i inni

 


 

Siedzę nad edytorem tekstu w sobotni wieczór i kombinuję. Nie chcę bowiem, żeby wyszło, że „(...)z nienawiści do sztuki on został krytykiem”. A bardzo mam ochotę efektownie dowalić Tomowi Taylorowi, australijskiemu scenarzyście (a ogólnie mam dobre skojarzenia jeśli o sztukę z tego kraju chodzi), który jest teraz chyba jakąś gwiazdką w DC. Nie wiem, może to i dobry chłopak, ale miał pecha. Ktoś kazał mu (a może sam wariat chciał? Bo kurde, kto o tym w końcu w tej branży nie marzy?) pisać w ramach Black Label uwspółcześnioną historię o Johnie Constantine, którego jestem wielkim fanem od przeszło dekady.


Chyba tylko cud mógł sprawić, by Taylor tego nie spierdolił. I oczywiście spierdolił, jak zazwyczaj polska reprezentacja w piłę nożną, ale trzeba mu przyznać – kilka elementów się udało, ale to raczej dla tego, że jest fanem Johna (i wie czego jego miłośnicy oczekują) a niekoniecznie dobrym pisarzem. Przede wszystkim, facet rozumie, jak powinna wyglądać dobra historia o Constantinie, trzeba ją przeciąć elementami noir i taką też prowadzić narrację. Zna różne drobnostki i smaczki związane z tą postacią – jak na przykład to, że John jest biseksualny – i dzielnie je wykorzystuje do fanserwisu. Z drugiej jednak strony czuć, że nie do końca wie, czy chce pisać rzecz dla oldskulowych miłośników Constantine'a czy dla ludzi, którzy sięgną po kolejną powieść graficzną z Black Label zachęceni madafakerem z fajurą na okładce i niskim progiem wejścia. Ci drudzy dostaną bowiem, prócz nijakiej kryminalnej fabuły, plaskacza w ryj, widząc w tym komiksie sceny jawnie homoseksualne, w które uwikłany jest główny maczo-bohater. A może w dzisiejszych czasach to właśnie ma przyciągnąć konkretnego czytelnika do tego komisu? Nie wiem. Nie mam ostatecznie pojęcia, dla kogo jest ten album, ale podoba mi się, że jest kontrowersyjny. Niestety strona fabularna – jak wspomniałem – jest miałka i nie trzyma się kupy. Postacie (jak na przykład Diabeł, który najwyraźniej sam ma ochotę zerwać Constantinowy gwint) zachowują się niedorzecznie, a intryga kryminalna jest najzwyczajniej pretekstowa i mało inteligentna. No bo jak nazwać zagadkę detektywistyczną kończącą się brawurowym pościgiem demona za taksówką? Prawdopodobnie stało się tak tylko dlatego, że autor fabuły nie umiał wymyślić na zakończenie nic mądrzejszego, a trzeba ją było jakoś domknąć.


Dochodzimy do grafiki i tu sobie pozwolę już jebnąć całkiem z półobrotu. Być może Darick Robertson jest dobrym rzemieślnikiem, ale wartość artystyczna jego prac porównywalna jest do malunków zdobiących chusty dawnych rezerwistów (swoją drogą to chyba wymarła tradycja, a szkoda, bo to jedyna pozytywna rzecz z całego wojskowego kramu). Facet umie rysować, ale nie koniecznie powinien. Do tego dochodzą kolory Pana który nazywa się Diego Rodriguez. Możliwe nawet, że to właśnie jego wina i przez jego efekciarskie barwy komiks wygląda tak kiczowato. Na obronę tego albumu mam tylko fakt, iż zeszyty o Constantinie niemal nigdy nie miały szczególnie dobrych rysunków. W tym wypadku jest podobnie.


Strzelam, że rzeczy z naklejką Black Label czytają już chyba tylko krytycy i przypadkowi czytelnicy z komiksowej łapanki. Wszystkie te powieści graficzne prócz „Wonder Woman. Martwa Ziemia” były bowiem żałośnie słabe. Z tym albumem będzie inaczej, bo sięgną po niego fani Constantine'a. Sam wciągnąłem go tylko dlatego, że jestem komplecistą „Hellblazera”. Szczere powiedziawszy, jako krytyk już bym się pisania o kolejnej rzeczy z Black Label nie podjął. I miałbym słuszność.

 

 

piątek, 5 listopada 2021

Spider-Man. Historia życia. Zdarsky/Bagley

 


 Po przewróceniu ostatniej strony „Spider-Man. Historia życia” miałem jedną myśl przewodnią – to w żadnym wypadku nie powinno dupy urywać, a mnie urwało. Pogadałem chwilkę z Krzychem (szacownym przewodnikiem tego bloga) i uświadomiłem sobie, że nie chodzi nawet o uwielbienie do Pająka i typowe „czym skorupka za młodu…”. Jestem po prostu łasy na uknute z premedytacją jazdy po nostalgii i przy kontakcie z nimi wypala mi się zdecydowana większość neuronów odpowiedzialnych za krytyczne myślenie. Te odpowiedzialne za wspomnienia grzeją za mocno. Dlatego też nie będzie to długi i analityczny tekst, co do mnie niepodobne. Z góry załóżcie sobie, że Chip Zdarsky zrobił mi pranie mózgu.

Dostajemy bowiem, tak z grubsza, zbiór najważniejszych wydarzeń z życia Parkera, wszystko upakowane w mocno skompresowaną formę jednolitej historii (w kontraście do resetów, multiwersów i innych wybojów oryginalnej historii). To Elseworld, o którym każdy z nas kiedyś myślał – Peter starzeje się w naturalnym tempie, zmiany postępują również w jego życiu osobistym. Dzięki temu zupełnie inny wydźwięk mają takie wątki jak ostatnie mordobicie z pewnym łowcą, rozwój Parker Industries, chryja z klonami i nawet groza przyniesiona przez pewnego złoczyńcę wyrwanego żywcem z „What We Do in the Shadows”. Ta ostatnia uderza już bardziej w rodzinę Spajdera niż w niego samego.



Ja to kupuję, oburącz utulam i wszelką krytyczność muszę wypluć z siebie od razu, bo mi smak psuje. Problem pierwszy – tempo narracji jest zawrotne. Zdarsky poświęcił każdemu z okresów odpowiednio dużo czasu, ale ich ilość jest ograniczona, a i przeskoki czasu bywają mylące. Problem drugi – kurde, przytłumiając trochę blask nostalgii da się dostrzec, że „Historia życia” to w gruncie rzeczy przeciętny komiks, pozbawiony nowatorskiego, odkrywczego podejścia, przekuwający jedynie obecne już idee w całkiem sensowną całość. Nawet nie wybiera zbyt krytycznie części składowych swojej układanki. Skąd więc zachwyt?

Bo poczułem się znowu jak dzieciak, który, czekając na rodziców w szkolnej świetlicy, wertuje z ogromnym oddaniem raz po raz przypadkowo wybrane zeszyty z gościem w pstrokatych, obcisłych rajtuzach. Peter Parker pod piórem Zdarsky’ego, pomimo upływu lat, pozostał tym samym gościem – sympatycznym everymanem, z trudnością stawiającym czoła nieludzkim trudnościom (nawet jeśli problemy związane ze starością okazały się dziwnie chwilowe). Nie ukrywam, jarały mnie też zabawy ze strojami, bo pies ze mnie na takie rzeczy, no i uwzględnienie w tym całym pierdolniku Scarlet Spidera. Miałem czasem wrażenie, że to komiks stworzony specjalnie dla mnie. Scenarzysta postawił bowiem na wątki, które społeczność fanowska często odbierała źle, a mi nigdy szczególnie nie przeszkadzały. 



Co zaskakujące, tym razem nie wadziły mi nawet rysunki Marka Bagley’a. Koleś jest dla mnie zwykle kwintesencją tego, co w trykotach mnie odrzuca – rzemieślnictwa poprawnego, ale obrzydliwie plastikowego, pozbawionego charakteru odmiennego od wszechobecnego syndromu błyszczących oczu. Nadal nie jestem fanem i uważam, że im mniej Bagley’a w komiksach, tym lepiej. W moim odczuciu „Spider-Man: Historia życia” to jedno z jego najlepszych dzieł. Swoje na pewno zrobiły tutaj solidne tusze i przede wszystkim kolory rozsądnie dobrane i położone przez Franka D’Armatę. Barwy komputerowe, ale osczędzające nam przesadnego gradientowania, dobrze wpisujące się w charakter komiksu bez uciekania się do stylistyki retro. Niby wycieczka w przeszłość, ale tylko jedną nogą.

Jaki wniosek? Jeśli nie jesteście mną, „Spider-Man: Historia życia” nie musi was zachwycić. Jeśli lubicie Spider-Mana, całkiem prawdopodobnie przynajmniej trochę Wam się spodoba. Zdarsky to zdolny scenarzysta, więc udało mu się sprawnie, choć bez wygórowanych ambicji, oddać hołd jednej z najpopularniejszych postaci popkultury. Mark Bagley, pomimo moich osobistych odczuć, beztalenciem też nie jest i wielu miłośników Pająka ceni sobie jego robotę. Jest więc szansa, że nawet bez idealnego wcelowania w mój gust, postawicie ten tom na półce z dumą. Zwłaszcza, że wydane toto jest przepięknie (kurdełe tłoczona okładka, taki tani chwyt, a złapał mnie jak pajęczynka).

Autor: Rafał Piernikowski 

 


Sandman. Tom 2. Dom Lalki. Neil Gaiman.

 


Odtrąbiłem już jakiś czas temu triumfalnie powrót „Sandmana” do księgarń, autorytarnie stwierdzając, że pierwszy tom jest dla mnie tym najlepszym i nie ma co z tym nawet dillować. Ale czy dwójka, czyli „Dom Lalki”, rzeczywiście jest słabsza? Muszę skapitulować, a przynajmniej przyznać – to trudne pytanie i chyba w gruncie rzeczy więcej będzie zależało od preferencji odbiorcy niż od faktycznej różnicy jakościowej.


Przede wszystkim dostajemy opowieść w diametralnie innym gatunku. „Preludia i nokturny” to rozbudowany, psychodeliczny, astralny, gnostycki horror a „Dom Lalki” to pełnokrwiste fantasy, z którym (na przekór pierwszej znakomitej odsłonie „Sandmana”, gdzie można by Gaimana okrzyknąć mianem „Majster of Horror”) autor jest dziś głównie kojarzony. Materiał jednak nie uległ jeszcze zmęczeniu i warstwa scenariuszowa, mimo iż jest tak odmienna i porusza inne tematy, dalej stoi na najwyższym poziomie. Gaiman znakomicie pogrywa z rodzajem opowieści, jakim jest (dziś już częściej wykorzystywany) scenariusz o rozpadającym się świecie alternatywnym. To taka jego wersja „Kryzysu na nieskończonych ziemiach” i co ciekawe, znów mocno sięga do gnostyckich założeń i według nich buduje uniwersum, nad którym przyjdzie mu się znęcać. Nie jest ono tym razem horrorowe i straszne, a baśniowe i utrzymane w konwencji bajkowego fantasy. Gdzieś podskórnie pojawia się w nim dopiero strach, jaki niesie zło (Kukułka), wnosząc element grozy do opowieści niczym Armia Wilków w równie bajkowym Panu Kleksie (sorry za z pozoru durne porównanie, ale serio mi się to z tym motywem z Kleksa kojarzy. Innym dobrym skojarzeniem będzie też „Niekończąca się opowieść”). Gaiman robi to wszystko po mistrzowsku i nie da się – mimo iż bym chciał bo wolę „Preludia i nokturny – wsadzić mu szpili i za cokolwiek krytykować. 

 




Co do warstwy graficznej, to stwierdzenie poziomu jakości jest jeszcze bardziej skomplikowane niż różnicowanie warstwy fabularnej. Trzeba zauważyć, że od roboty odpadł w tym tomie znakomity Sam Kieth, który po latach tak wspominał przerwanie swojej pracy przy Sandmanie: "[Neil] miał dokładnie ukierunkowane założenie i moja kreacja odstawała od tego uniwersum. Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu sobie uświadomiłem, że to nie byli źli ludzie; tylko potrzebowali kogoś, kto lepiej pasował do założeń.” I ja bym się z tym spierał, bo dla mnie najlepszy „Sandman”, to właśnie ten rysowany przez Kietha. Nikt z jego następców nie osiągnął już takiej skondensowanej atmosfery opowieści. Jedynie Zuli mógł go przerosnąć warsztatowo, ale na pewno nie jest autorem tak dobrze kreującym klimat. I tu moim zdaniem „Dom Lalki” zdecydowanie przegrywa z „Preludiami i nokturnami”. Z drugiej strony jednak zgodzę się z tezą, że tego typu opowieść faktycznie potrzebowała innych rysowników. Moim zdaniem jednak, nie są oni jakoś szczególnie utalentowani, a Kieth jest mistrzem komiksu. 

 



Nie wyłuszczam w swoim tekście, czym jest „Sandman”, bo wychodzę z założenia, że większość przynajmniej kojarzy, z czym to się je. Jeśli jednak dotarliście do tego momentu i ni cholery nic nie zrozumieliście z tego, co napisałem powyżej („gnostycki, astralny horror” lol, tylko ja to mogłem napisać) i zastanawiacie się, czy to komiks dla Was – współczesnych odbiorców, to śpieszę donieść: to jest rzecz, która może graficznie trochę nie działać na tle nowych komiksów i ja osobiście uznaję za nieudaną próbę unowocześnienia jej nowymi, komputerowymi kolorami. Ale to również rzecz bardzo ważna w historii komiksu, do tego ani trochę nie zestarzała się na poziomie scenariuszowym. Dla mnie to opus magnum Gaimana, który w młodości był jednym z reformatorów komiksu mainstreamowego, tworzącym w jego ramach dzieła trudne i dojrzałe, frapujące nie tylko od strony fabularnej, ale i formalnej. Dziś jest niestety tylko wyrobnikiem od populistycznego fantasy. Ubolewam nad tym i nie rozumiem, jak można było się tak zdegradować jako twórca. No ale czego ludzie nie zrobią dla pieniędzy. 

 



Invincible. Tom 12. Kirkman/Ottley

 


 

O tej serii pisałem dla Was wiele razy, więc recenzja ostatniego tomu nie będzie niespodzianką. Mam nadzieję, że przez pryzmat moich tekstów dzieło Roberta Kirkmana i Ryana Ottleya jawi się jako rzecz warta zachodu. Osobiście bowiem uważam ją za jedno z największych dokonań na polu superhero. Trudno było więc nie spierdolić końcówki, no bo jak niby zakończyć dzieło tych rozmiarów (12 otyłych tomów) i tego kalibru (ponadczasowa, wielowątkowa epopeja z masą twistów)?


Z jednej strony twórcom udało się domknąć to umiejętnie, z drugiej (podobnie jak w przypadku finału BBPO) brak mi tu odpowiedniego ładunku emocjonalnego. Co ciekawe, dwunastka to najbardziej upolityczniony tom. Niby gdzieś zawsze była to krytyka konserwatyzmu, ale dopiero przy okazji tej odsłony Kirkman wsadził palec w oko Korwinistycznej prawicy, w stanach pewnie kojarzonej w środowisku komiksowym z Frankiem Millerem. Fabuła ostatniego tomu „Invincibla” to bowiem przeciwieństwo Millerowskiego „300”. Triumfuje tu empatia, a Viltrumianie, ewidentnie będący takimi kosmicznymi Spartanami, ostatecznie zmieniają swoje podejście do rzeczywistości i czujących istot słabszych. Żeby nie być jednostronnym, Kirkman solidnie uderza też w socjalizm ukazany w tej sadze w postaci reżimu zaprowadzonego na ziemi przez Robota, dawnego kompana Marka Greysona. Jednak ustrój na ziemi zostaje zachowany, a jedynie nowy Stalin zostaje strącony z piedestału. 

 



Co do grafik, to pomysłowość obu Panów chyba się wyczerpała i poniekąd wszelkie zabiegi formalne jakie tu znajdziemy już widzieliśmy wcześniej. Mimo to Ottley po całej rozróbie jawi się jako współczesny mistrz komiksu i ze świecą szukać dziś równie sprawnych rzemieślników od kalesoniarzy. Widziałem, że ilustruje nowego Spidermana wydawanego przez Egmont i chyba będę musiał się teraz w niego zaopatrzyć, bo powiem szczerze – już tęsknię za grafikami Amerykanina.


Trochę nie wierzę, że to już koniec. Mocno zżyłem się z bohaterami sagi Kirkmana i będę na pewno za nimi tęsknił. Nawet za złolami bo napisani przecież zostali wyśmienicie. Jest co prawda jeszcze do wydania kilka spin-offów, ale ich pojawienie się stoi jeszcze pod znakiem zapytania, bo „Invincible” sprzedawał się podobno nieco poniżej oczekiwań. Mam jednak nadzieję, że zobaczymy je na naszym rynku. Ja chcę mieć komplecik rzeczy z tego uniwersum, nawet jeśli są trochę słabsze od głównej serii. No i muszę się w końcu zainteresować „Żywymi Trupami”, bo (wstyd przyznać) nie czytałem nawet jednego tomu, a zdecydowanie stałem się już wielkim fanem Kirkmana.


Tom Strong. Tom 2. Alan Moore.

 


O ile dobrze pamiętam, bo minęło już trochę czasu od lektury, poprzedni tom przygód Toma Stronga był bardzo leciutką pulpową fantastyką, tym razem jednak akcenty fabularne rozłożone są inaczej. To rzecz bardziej w stylu Moore'a, cięższa, mocno pobudzająca szare komórki. Widać, że autor długo nie wytrzymał na tych niezobowiązujących intelektualnie wakacjach.

Mag z Northampton, jak się okazuje, zagrał z Tomem Strongiem podobnie jak z Prometeheą. Stworzy sobie świat i bohaterów w kilkunastu zeszytach, a potem zaczął przy tym majstrować i wszystko twórczo dekonstruować. Stawiać bohaterów przed przeróżnymi wyzwaniami, nierzadko moralnymi. Prócz wspominanej lekkiej pulpowej fantastyki znajdziemy tu bowiem dojrzałe, bardzo inteligentne wykorzystanie motywu wieloświatu. Co więcej, Moore nie ukrywa, że bezpośrednio trawestuje „Kryzys na nieskończonych ziemiach”. Świadczy o tym nie tylko fabuła, ale i grafiki, nawiązujące do tego słynnego eventu z multiwersum DC. Takie elementy czynią lekturę Toma Stronga bardzo satysfakcjonującą i (w przeciwieństwie do pierwszego tomu) nie tak bardzo oddaloną ciężarem od najlepszych dzieł Brytyjczyka. Moim zdaniem nie jest to rzecz tylko dla komplecistów, a pełnoprawna, interesująca pozycja w jego bibliografii, którą powinien przeczytać każdy, kto zgłębia dokonania Moore'a. 

 


Zachodni krytycy wskazują, że Tom Strong to hołd Bestii z Northampton dla starych, klasycznych komiksów. Nie tylko. Jest to też pean pochwalny, nawiązujący do takiej klasyki fantastyki naukowej jak „John Carter” czy „Flash Gordon”. Zresztą tych w postaci Toma Stronga znacznie więcej niż dajmy na to Supermana. Niemniej i ludzie nastawieni na superhero i intertekstualne zabawy z jego ideami znajdą tu coś dla siebie.

Graficznie to przemiła rzecz, świetnie pasująca w tej warstwie do czegoś, co ma trawestować opowieści superbohaterskie. Nie razi mnie tu nawet warstwa kolorystyczna, bo mimo kiczu, zdaje się być idealna do tego typu historii. Wszystkie postacie, zaczynając od obdarzonego kwadratową szczęką Toma Stronga, są narysowane tak, żeby ich motywacje były od razu czytelne, co staje się nie lada podpuchą, gdy dochodzi do zmiany ich charakterów w multiświatach. 

 


 

Chciałem napisać, że dobrze widzieć Moore'a znów w tak dobrej kondycji, bo ostatnie jego rzeczy pokroju „Providence” były dla mnie zawodem, ale Tom Strong ma przecież na karku pewnikiem z dwie dekady. To nie jest ostatni wytwór Bestii z Northampton. Sądząc po „Promethei” i „Tomie Strongu” w tamtym okresie Moore chciał po raz wtóry zmienić oblicze komiksów superbohaterskich – tak, jak niegdyś namieszał w nurcie „Watchmenami” czy „Miraclemanem”. Choć to się nie udało, pozostał po tym nielichy materiał, który powinien zgłębić nie tylko fan Brytyjczyka, ale i każdy, kto się interesuje historią komiksu.