niedziela, 20 września 2026

Trzecia Kamera

 


Nazista z aparatem fotograficznym na okładce – nie trzeba mnie bardziej zachęcać. Od dawna interesuję się tematem propagandy, będącej udziałem wielkich systemów totalitarnych XX wieku, których zdobycze w tymże zakresie są rozwijane we współczesnych korporacjach medialnych i reklamowych. Komiks „Trzeciak kamera” to jednak nie jakiś suchy wykład naukowy, tylko brawurowa, trzymająca w napięciu opowieść rozgrywająca się w ruinach powojennego Berlina.


Oblężona stolica Trzeciej Rzeszy. Wdzierają się ruscy, chaos i śmierć. Tymczasem Hitler przed swym bunkrem, w dobrodusznej postawie namaszcza dzieci na ich ostatnią drogą w imieniu jedynej słusznej idei walki do samego końca. To znany wszystkim obrazek z filmów propagandowych - chyba jeden z najpopularniejszych ukazujących ostatnie dni II Wojny Światowej. Tym sposobem poznajemy tego, kto stał za kamerą – Waltera Frentza.


Walter Frentz to autentyczna postać operatora kamery Kompanii Wojennej Luftwaffe. Komiks na podstawie scenariusza Cedrica Apikiana, z świetnymi, realistycznymi rysunkami Denisa Rodiera („The Death of Superman”), stanowi pewną konfabulację na podstawie fragmentu powojennego życiorysu niemieckiego propagandzisty. Osobnymi bohaterami opowieści są żołnierze amerykańscy - agenci kontrwywiadu - szukający zbrodniarzy hitlerowskich. Postacią jednak najbardziej komiksową jest ukryty w ruinach Berlina Hauptsturmführer Strauss, psychopatyczny nazista zawiadujący niedobitkami Werwolf'u, który w dość infantylny sposób utożsamia się z bohaterami oper Wagnera (sic!). Wiadomo, jak Niemcy to i Wagner.


Całość jest sklecona jak dobry senasyjniak. Sporo i ciekawie się dzieje. Mamy tu także elementy kryminału, w którym karty odsłaniane są powoli, a autorzy wymagają od czytelnika pewnej dozy czujności. Jest to więc zdecydowanie pozycja rozrywkowa, mimo ciężaru historycznej makabry w tle. Nie znaczy to jednak, że pewne ważne problemy nie zostały napoczęte. Chodzi przede wszystkim o kwestię odpowiedzialności. Czy tłumaczenia Waltera Frentza, że robił on tylko zdjęcia, zdejmują zeń ciężar współwiny za zbrodnie systemu?


Odwiedź jest niestety dosyć wyświechtana. To stale (za Szkołą frankfurcką) powtarzany frazes - zresztą nieprawdziwy – że mianowicie każdy na miejscu tych ludzi – nazistów – zrobiłby to samo, że tak naprawdę byli to normalni ludzie kochający dzieci oraz zwierzęta. Opór tej tezie daje choćby Hannah Arendt w swojej słynnej książce „Eichmann w Jerozolimie”, w której to dokładnie wykazuje różne, odmienne postawy, ludzi oraz krajów, wobec nazistowskiej opresji. Poza tym, jeśli ktoś uważa, że jest niewinny, bo tylko wykonywał swoją pracę, nawet jeśli ta praca polegała na decydowaniu o zagładzie innych ludzi (tłumaczenia Eichmann), to jest to - delikatnie mówiąc - mało przekonujące.


Dla mnie najciekawsze w tej publikacji okazało się bogato ilustrowane i rzetelnie napisane historyczne posłowie. Co powinno nam uprzytomnić, że rzeczywistość jest ciekawsza sama w sobie i niekoniecznie trzeba ją podrasowywać fabularnymi – często wziętymi z sufitu - wątkami. Reasumując - Trzecią kamerę fajnie się czyta, jest ładnie narysowana, kolorowa, nie przytłacza ogromem tekstu – wprost przeciwnie - jest w niej wiele „milczących plansz” z żywą narracją komiksową oraz ciekawie - umiejętnie rozłożone na planszy - sceny akcji. Nie znajdziemy jednak w tej pozycji jakiejś głębszej refleksji na temat manipulowania masami ludzkimi za pomocą obrazu i dźwięku. Dlatego też dla interesujących się historią, propagandą oraz problemem niemieckiej winy i jej wyparcia, polecałbym inne lektury. 

 

Autor: Jakub Gryzowski 

niedziela, 2 sierpnia 2026

Dr Jekyll & Mr Hyde. Szyszko/Weinfeld

 



 Wszędzie tam, gdzie natykamy się na historię sfiksowanego naukowca, który po zażyciu jakiegoś specyfiku w sposób drastyczny zmienia swoje oblicze, mamy do czynienia z echem opowieści o Dr Jekyllu i Panu Hydzie. W tej rozdwojonej postaci jest coś na tyle atrakcyjnego, że stała się ona ikoną popkultury (popularniejsze są chyba tylko motywy faustyczne). Klasyczna nowela Stevensona odciska swoje piętno także na klasyce polskiego komiksu. W 1982 roku – dwa lata przed moim urodzeniem - wydano w PRL-u opowieść obrazkową duetu Stefan Weinfeld i Marek Szyszko pt. „Dr Jekyll & Mr Hyde”. Obecnie dostajemy nowe, kolekcjonerskie wydanie tego komiksu. Tym samym narzuca się pytanie, które można traktować wyłącznie jako retoryczne: czy do klasyków warto wracać? 
 Mam spory sentyment do tego komiksu. Jego stare wydanie, na żółtym papierze, posiadam – tak jakby - od zawsze. Leży obecnie gdzieś na dnie szafy w moim rodzinnym domu, obok innych reliktów minionej epoki. W warstwie fabularnej jest to oczywiście ekstrakt z dzieła Stevensona. Weinfeld nie po raz pierwszy podjął się tego typu zadania. Ten najpopularniejszy wówczas autor scenariuszy komiksowych poradził sobie z tym zadaniem na tyle, na ile to było możliwe w zeszycie o sześćdziesięciu paru stronach. Jednak tym, co przyciąga uwagę w pierwszej kolejności, nie jest sama tylko historia, tylko – jak to się mówi – świetna krecha. Tutaj przywodzi dokonania samego Jeana Girauda.  


 Wymieniany zazwyczaj na trzecim, czy nawet czwartym miejscu – po Rosińskim, Wróblewskim i Polchu – Marek Szyszko – rysownik, grafik, ilustrator - w niczym tamtym nie ustępuje. Ten pierwszy, twórca Thorgala, powiedział o nim kiedyś, że potrafił narysować wszystko. Z Weinfeldem współpracował w magazynie „Relax”, robił komiksy krótsze i dłuższe, historyczne, fantastyczne, sensacyjne, podróżnicze. Parę adaptacji literackich oraz awanturniczych biografii. Miał tę wyjątkową umiejętność, że swoją kreskę potrafił subtelnie przekształcać, dopasowując do opowiadanej historii. 


 Warto w tym kontekście wspomnieć o następnej przygodzie ze Stevensonem, którą duet Weinfeld - Szyszko zaliczył parę lat później tworząc komiksową adaptację Wyspy skarbów. Ludzie mojego pokolenia zapewne pamiętają tą charakterystyczną okładkę z pięknie namalowanym dziobem galeonu prującym wzburzone fale i mizernym chłopcem kurczowo zaciskającym palce na rękojeści pistoletu. Brat wycinał z tego komiksu sylwetki niektórych piratów – tak były fajne. Kreska Szyszki jest tu szybsza, bardziej zwiewna, jakby sprzęgnięta z naturą awanturniczej, marynistycznej przygody (choć może miał na ten album po prostu mniej czasu). Nastrój Dr Jekylla jest zgoła inny. Mroczny klimat wiktoriańskiej Anglii jest tu oddany z pełnym pietyzmem (ulice, wnętrza, meble – są świadectwem doskonałej kwerendy). Rysunki są ciężkie od gęstych linii inkera, przez co uzyskują bardziej statyczny charakter. Choć nie brak też dynamizujących zabiegów montażowych. W scenach o intensywnym napięciu emocjonalnym linie oddzielające poszczególne kadry zostają zniesione. Niejeden rysunek można by z Jekylla wyciąć i powiesić w ramce. Na szczęście brat ten tytuł oszczędził. 


 Sposób opowiadania tej historii obrazkowej może nie przypaść do gustu entuzjastom współcześnie tworzonych komiksów. Mamy tu parę archaicznych rozwiązań fabularnych. Czujemy niejednokrotnie aż nazbyt posuniętą skrótowość, gdy całe sceny rozgrywane są w jednym tylko kadrze, a spore epizody, na jednej lub dwóch stronach. W odróżnieniu jednak od wielu komiksowych ramot, nie uświadczymy tutaj przeładowania tekstem, narracja jest bardzo klarowna, przez co całość czyta się świetnie, choć może nazbyt szybko. Bez wątpienia jest to rzecz dla miłośników czegoś, co popularnie nazywamy Old School. Komiks ten miał, jak mniemam, już w dniu swojej premiery urzekać swoją klasyczną aurą. 


 Wydawnictwo Kurc proponuje nam nowe wydanie tego tytułu i w sumie dziwne jest tylko to, że dostajemy je dopiero teraz (po obecnych na naszym rynku wznowieniach Wróblewskiego, Christy i innych). Prezentuje się ono wspaniale, jest ciut większego formatu, posiada twardą oprawę i offsetowy papier. Są też kolory, co w zapowiedziach mogło budzić pewien niepokój. Na szczęście ich autor, Mateusz Kurczoba, który sam tworzy komiksy, poradził sobie dobrze. Został zachowany klimat retro, kolory o skąpej palecie są przytłumione, jakby przez czas lekko nadgniłe. Nie wiem jaką techniką zostały nałożone, ale przypominają akwarele bez widocznej interwencji komputera (dzięki Bogu). Kolorysta nie zdecydował się na eksperymenty typu: niekonsekwentne podmienianie kolorów, czy pomalowanie całej planszy jedną barwą, co stanowiłoby dla mnie ciekawe nawiązanie do technicznych niedoskonałości dawnych publikacji. W obszernym posłowiu zabrakło niestety paru słów na temat pracy oraz intencji Kurczoba.    


 Pora wspomnieć o kolejnej zalecie nowego wydania, którą niewątpliwe są dodatki. Tekst Pawła Ciołkiewicza zmieszczony na końcu komiksu opowiada szeroko o recepcji dzieła Stevensona, jego licznych adaptacjach i nawiązaniach. Natomiast artykuł Marcina Osucha i Konrada Wągrowskiego przybliża nam sylwetki autorów opowieści rysunkowej. Do tego dostajemy jeszcze parę ilustracji Marka Szyszki. 


 Na koniec pozostaje tylko odpowiedzieć na wcześniej postawione (retoryczne) pytanie. Po co wracać do staroci? Niewątpliwie jest coś nieprzemożnie urzekającego w opowieści szkockiego autora sprzed ok. 140 lat, że tyle razy, na różne sposoby do niej wracamy. Każdy twórca i interpretator, gdzie indziej rozkłada akcenty. Niektórzy skupiają się na aspektach związanych z ukrytą, mroczną stroną ludzkiej natury. Witkacy zainspirowany powieścią Stevensona namalował siebie jako Dr Jekylla i Pana Hyde'a, co współgrało z jego filozoficzną ideą dwoistości bytu. Dla mnie ta historia jest interesująca, ponieważ pod przykrywką gatunkowej powiastki, ukrywa lęki związane z post-oświeceniową obsesją absolutnej kontroli społecznej, czemu służyć miały wynalazki współczesnej nauki (Huxley w Nowym wspaniałym świecie, idzie tym tropem dużo dalej). Dr Jekyll miał przecież dobre intencje, chciał za pomocą związków chemicznych sprawić żeby ludzie byli lepsi. Oczywiście skończyło się to bardzo źle. Jak zawsze gdy wchodzimy w buty Pana Boga.  

 

Autor: Jakub Gryzowski 

czwartek, 30 lipca 2026

Papuga Fridy Kahlo. Jason.

 



Nie przesadzę, jeśli powiem, że Jason jest jednym z najważniejszych artystów mojego życia. Nie pisałem o jego twórczości od wielu lat, bo jakoś nie było okazji, ale bardzo się cieszę, że już od jakiegoś czasu — za sprawą wydawnictwa Kurc — na polskim rynku pojawiają się kolejne zbiorki jego prac. „Papuga Fridy Kahlo” jest tym najnowszym. 


Czasem myślę, że Jason nie istniałby artystycznie bez cytatu. Bez całej kulturowej otoczki, do której nawiązuje niczym najciekawsi postmoderniści filmowi lat 90. i początku 2000 (bo w gruncie rzeczy, mimo dobierania stricte komiksowych środków tematycznie kluczy najwięcej wokół celuloidowych nurtów i gatunków), nie miałby tyle wdzięcznych motywów i pretekstów do snucia swoich opowieści. Warto jednak zauważyć, że z jednej strony inspiruje go Jean-Pierre Melville, z drugiej slapstick rodem z początków kina, a z trzeciej wybite za narkotykowe długi zęby słynnego jazzmana-samobójcy, Cheta Bakera. Nawiązania są wyjątkowo bogate. Tematycznie nie stoi więc twardo w jednym miejscu i raczej rzadko się powtarza, chyba że chodzi o jego ukochane noir. Nieraz bowiem parafrazował „Asfaltową dżunglę” czy „Killing” Kubricka.


Formalnie w jego komiksach pozornie nie dzieje się dużo. Jason opanował swój minimalizm do perfekcji i przy użyciu oszczędnych środków potrafi opowiedzieć zarówno thriller polityczny, jak i spektakularną historię sci-fi. Chętnie sięga po pulpę, ale jego noir czy fantastyka naukowa zawsze podszyte są wątkami egzystencjalnymi — nieraz kafkowskimi — co mimo korzystania z popkulturowych elementów czyni z niego całkiem poważnego artystę, a nie tylko gatunkowego kuglarza pokroju Tarantino.
Trudno powiedzieć ostatecznie, czy Jason jest quasi-bitnikiem, punkowcem czy jeszcze czymś innym. Myśląc o nim zawsze postrzegam go jednak jako autora kontrkulturowego, mimo iż dawno wyszedł z undergroundu i jest publikowany przez najważniejsze wydawnictwa na świecie, a jego oryginalne prace osiągają całkiem fajne ceny. Na pewno nie jest już osobą działającą na spontanie; przez lata wyrobił sobie warsztat, z którego korzysta bardzo świadomie. Z Jasonem już od dobrych dwóch dekad trzeba się na scenie komiksowej liczyć. To bardzo ciekawe, bo pochodzący z Norwegii artysta musiał zapewne włożyć masę pracy w budowanie swojej pozycji w krajach anglosaskich i frankofońskich.
Jason doczekał się (sam tak zresztą pisałem) porównań z kinem Jima Jarmuscha, bliski jest mu również Aki Kaurismäki czy wspomniany na rewersie niniejszej książeczki Wes Anderson. Egzystencjalny wydźwięk jego miniatur zbliża je też do niepohamowanej sugestywności i siły miniatur i poezji Charlesa Bukowskiego, którego Norweg zdaje się szczególnie sobie ukochał, bo portretował go kilka razy i zrobił nawet okładkę do norweskiego wydania jego twórczości.


Jak wspomniałem, na pewnym poziomie jego praca to filmowa robota. Zamiast aktorów używa jednak prościutko narysowanych animorfów o beznamiętnych twarzach, łudząco podobnych do Bustera Keatona. Psy, ptaki oraz inne zwierzaki chodzące na dwóch nogach i porozumiewające się jak ludzie to dla niego postacie, z których korzysta niezwykle sprawnie, niczym z plejady znanych aktorów złotej ery Hollywood. Nierzadko odwołuje się przy tym do istniejących postaci, przykładowo parafrazując w tym tomiku „Noc myśliwego” z Robertem Mitchumem. Korzysta wtedy — po mistrzowsku — z rekwizytu i kostiumu. Spojrzymy raz na rysunek i od razu wiemy, że to dany aktor, dana postać.


Jason lubi dramat, ludzkie tragedie i smutne tematy. Ostatnio zaaranżował nawet na potrzeby komiksu niezwykle dołującą biografię Nicka Drakea, jednego z najsłynniejszych brytyjskich folkerów. Bardzo czekam na następne komiksy tego twórcy. Część już mam na półce po angielsku, więc jestem trochę do przodu z tematem na tle naszego rynku. Jednak nawet ja mam w zbiorach jakieś braki i mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo Kurc pozwoli je sukcesywnie uzupełnić. 

poniedziałek, 25 maja 2026

Pracownicy Morza

  


 

Viktor Hugo wielkim pisarzem był, ale uczciwie przyznam: ni diabła nic nie wiem o jego twórczości. „Pracownicy morza” wyglądali jednak na tyle atrakcyjnie, że strasznie się na nich napaliłem i uznałem przeczytanie tego komiksu za obowiązek. Stylem wszak przypominają zarówno szaleństwa Toppiego jak i grafiki Gustava Dore, a może nawet Andreasa. Uwielbiam to, co tu się dzieje w warstwie wizualnej. Od strony plastycznej to zresztą kolejny komiks w ofercie Egmontu, który pasuje do ich stałej oferty jak pięść do nosa (co się bardzo chwali!) i bardziej można by się spodziewać czegoś takiego po, na przykład, Mandioce.

Po lekturze mam jednak wrażenie, że ktoś wybrał go do oferty ze względu na grafikę a nie na treść, bo fabularnie album nie dowozi, delikatnie mówiąc. Nawet jeśli ze względu na moje nieobycie z pisarstwem Hugo trudno mi oceniać, na ile jest to udana adaptacja. I mówi to ktoś, kto zdecydowanie ceni komiks marynistyczny i typowo europejski. Owszem, rzecz prezentuje się naprawdę spektakularnie, kompozycje plansz podane w wielkim formacie i niezaprzeczalny power, jaki ma w łapie Michael Durand (podobno na rynku frankofońskim bardzo ceniony twórca), wgniatają czytelnika w fotel. Problem leży jednak w tym, że autor – mimo świetnego pomysłu na stylizację plansz tak – średnio potrafi posklejać całą historię za pomocą grafik tak, by zaserwować przekonującą całość. Przez to najzwyczajniej męczył mnie ten album. Z jednej strony jarałem się dostarczoną tu stylistyką, z drugiej nie obchodziły mnie zupełnie losy portretowanych postaci. Strzelam więc, że to problem adaptacyjny, który zgubił całą głębie psychologiczną, jaką mógł zawrzeć w swojej powieści Hugo. Może oczywiście miałem zły okres, ale naprawdę szarpałem się z tym komiksem z tydzień czasu, przeplatając lekturę innymi, znacznie strawniejszymi tytułami.

Nie zrozummy się źle, Egmontowi i nowym ludziom w jego zarządzie (pozdrawiam serdecznie) chwali się, że chcą w końcu próbować czegoś innego niż majtki na kalesony. Tylko fajnie by było, gdyby udało się trochę lepiej selekcjonować tytuły. O ile ostatnio bardzo starałem się wybronić „Otchłań zmartwychwstań” – mimo iż była to dość siermiężną szmirą – to w przypadku „Pracowników morza” nie mam pomysłów na pozytywną argumentację. Graficznie to oczywiście perełka, widać to na pierwszy rzut oka, za to nie muszę świecić gałami, ale albo ja nie dorosłem do tej opowieści (acz przyznam się, że faktycznie nie cenię lekturkowców), albo jest po prostu słabo. 

Projekt Rust

 


 

 „Jaka jest Pana narodowość?” — „Jestem pijakiem” — odpowiada śmieszek Bogart w słynnej „Cassablance”. Myślałem kiedyś nad podobną ripostą i jeśli by ktoś zapytał mnie o mój kulturowy rodowód, bez wahania odparłbym, że należę do Plemion Semickich. Wiem, ten suchar brzmi dziwnie a i Braunowcy by mi tego nie przepuścili (swoją drogą, lider, wraz z tymi Jaszczurami, to w chuj komiksowe postacie), ale takie są fakty. Kształtowałem się jako człowiek w latach 90., a najważniejszą rolę wtedy odgrywały w moim życiu komiksy z wydawnictwa TM-Semic, które między 90 a 98 rokiem wypuszczało na polski rynek pozycje z kalesoniarzami.

Pewnie dorosłym, poważnym ludziom może wydawać się to śmieszne, ale wydawnictwo to faktycznie przeprowadziło mnie przez trudne i mroczne lata 90. Był to dla mnie okres uczęszczania do szkoły podstawowej, w której się nie odnajdywałem, a dręcząca mnie nieleczona depresja i życiowe problemy rozpierdalały mnie na czynniki pierwsze. Można powiedzieć, że komiksy były ucieczką od rzeczywistości, byłoby to jednak duże uproszczenie. To dzięki propozycjom TM-Semic stałem się świadomym odbiorcą kultury. Dzięki tytułom jak „Silver Surfer” Moebiusa czy „Batman: Machiny” McKevera otarłem się o prawdziwą sztukę, poznałem co to refleksja nad dziełem, jak złożona potrafi być alegoria głębokiej fikcji i jak wiele mówi ona o naszym świecie. Bo patrzyłem wtedy pierwszy raz — i tak już mi zostało do dziś, inaczej nie potrafię — na świat przez pryzmat sztuki.

Za każdym wydawnictwem stoją oczywiście konkretni ludzie. Twarzą tej oficyny, mającą kontakt z czytelnikami, był prowadzący strony klubowe Arkadiusz Wróblewski, ale równie ważną — albo może ważniejszą — okazuje się dziś stojący wówczas nieco w cieniu redaktor naczelny, Marcin Rustecki. To o nim jest ta książka. Wywiad rzeka opowiadający nie tyle o człowieku komiksu, co właśnie człowieku kultury, bo Rust (jak nazywają go przyjaciele i jak podpisuje swoje prace) zajmował się nie tylko jednym medium. Ważną rzeczą jest fakt, że jeszcze przed stanem wojennym udało mu się spierdolić do Londynu, gdzie jako młody człowiek, prócz parania się budowlanką, mógł karmić się kulturą tak, jak później mnie karmił komiksami w latach 90. Wrócił zresztą do Polski dokładnie po upadku żelaznej kurtyny, ze świetną znajomością angielskiego i obyciem w kręgach popkultury. Co ciekawe, będąc na emigracji nie czytywał zbyt wiele superhero. Wciągał komiks europejski i brytyjski. Kalesoniarzami zajął się dopiero wtedy, gdy dostał prace we wspomnianej firmie. Dzięki niej też ze średnio opłacanego emigranta stał się nagle — jak sam to ujął chyba na łamach tego wywiadu rzeki — kimś na kształt gwiazdy rocka. A przynajmniej tak się czuł przez niemal dekadę. Jeździł po Comic Conach, spotykał Stana Lee, zwiedzał najwspanialsze miasta w Stanach, a jego dobrze płatna praca polegała na czytaniu komiksów. Mówi zresztą o tym okresie jako o najpiękniejszym w swoim życiu. W tej branży po 2000 roku to prawie nieosiągalny status. Sam wiem o tym dobrze, bo naiwnie przez jakiś czas pędziłem za podobnym komiksowym marzeniem (próbując żyć z pisania), które ostatecznie okazało się nie do zrealizowania dla gnojka z prowincji.

Oprócz fantastycznych opowieści o życiu, które wyciągnął z Rusta przepytujący go
Jakub Demiańczuk (na co dzień piszący znakomite teksty o komiksach do Polityki) i wspominkowych pocztówek z epoki gdy używało się do komiksów naprawdę kiepskiego papieru, książka zawiera również masę ważnych dla Rusteckiego tytułów. Wchodzimy mu do głowy, by poznać prawdziwe, skrupulatnie nakreślone kompendium tego, co go kształtowało. To o tyle ważne, że gustowi tego człowieka zawdzięczamy wiele wspaniałych tytułów, jakie ukazały się na naszym rynku z jego ulubionym „Lobo” rysowanym przez Bisleya na czele. Książkę zresztą kończy kilka list będących topkami filmów, komiksów, literatury i muzyki. Sam uwielbiam takie wyliczanki. Zarówno poznawać, jak i samemu preparować. Postanowiłem więc swój tekst też zakończyć listą ulubionych komiksów ze stajni Semika, którą kilka lat temu wyprodukowałem.

1) „Weapon X” (najlepszy komiks Marvela ever)
2) „Batman: Machiny” (komiks, który mnie stworzył jako odbiorcę sztuki)
3) „Silver Surfer” Moebiusa (pierwsze zetknięcie z pracami mistrza)
4) „Spider-Man: Torment” (po latach stwierdzam, że najbardziej lubię horrory z pająkiem)
5) „Batman: Zabójczy żart” (Klasyk. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby to dawać dzieciom)
6) „Daredevil” (przez lata jedyna szansa na zetknięcie z Diabłem z Hell's Kitchen)
7) „Punisher: Eurohit” (albo i „Year One”, ale od „Eurohitu” zaczęła się moja miłość do Franka)
8 ) „Batman: Venom” (teraz może nie jest to zbyt odkrywcze, ale wtedy, dla 12-letniego mnie, warstwa psychologiczna była mega głęboka)
9) „Rise of the midnight sons” (niestety wyszło u nas pokrojone, ale to i tak genialny horror Marvela — wiem, że nie wszyscy cenią, ale ja jestem wielkim fanem tej historii)
10) „Sabretooth” (Texeira!)
11) „Batman versus Predator” (totalny sztos)
12) „Aliens vs. Predator” (jeżu, ile mam wspomnień z tym komiksem, kupił mi go dziadek, czytałem 100 razy)
13) „Aliens: Labirynt” (pierwszy Woodring, mamo, jak ja chciałem więcej takich komiksów)
14) „Lobo. Ostatni Czarnian” (!)
15) „Ghost Rider 2099” (wtedy Bachalo potrafił, w pewnym momencie to był mój ulubiony rysownik)
16) „Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena” (znów horror z pająkiem, mam w stanie niemal idealnym, jakby wczoraj kupione w kiosku)
17) Oryginalne Żółwie Ninja (spod ręki Kevina Eastmana, z okładkami Glena Fabry - wtedy tylko my i włosi dostaliśmy te okładki).
Dodałbym jeszcze Ghost Ridera Howarda Mackie, ale bym oszukiwał, bo czytałem go już w zachodnim zbiorczaku.

Pace, Love, Rustecki.

niedziela, 26 kwietnia 2026

Otchłań Zmartwychwstań.

 


Generalnie jestem zdania, że w komiksie nie ma odpowiednika czegoś takiego jak kino eksploatacji czy, jak to się popularnie mówi w naszym kraju, „kino klasy B”. Owszem, są tam jakieś podziały gatunkowe, ale najtańszą pulpą w komiksie zajmowali się wszak często mistrzowie, nie ma więc tu mowy o czymś drugiej jakości. Komiks zazwyczaj jest albo dobry, albo zły. Jednak zderzenie czytelnika z niżej opisywanym, kostiumowym horrorem, już u podstaw musi wywołać pewne skojarzenia z tanią rozrywką i kulturą niewysoką. 
 
W „Otchłani zmartwychwstań” (cóż za serowy tytuł) mamy dość toporne nawiązania do klasycznych już opowieści grozy, zarówno Lovecrafta jak i ogólnie konwencji mroźnego piekła z „Terrorem” na czele. Rozciągnięta na raptem sto stron fabuła jest prosta jak drut, ma stosunkowo szybko zarysowane postacie i raczej niezgrabnie klonuje różne motywy. Przez to nie dostajemy nic szczególnie wyszukanego czy oryginalnego. Jest tu też kilka kuriozalnych scen i osobliwy twist, który autorzy mogliby sobie darować. Inną sprawą jest to, jak się ten komiks czyta – przyznam, że pomijając te wpadki fabularne, wciąga się go bardzo miło. 
 
Rysunki generycznością dorównują fabule. To przy okazji jednak też komiks podkreślający to, co stwierdziłem w pierwszym akapicie. Mimo pewnego braku artystycznego sznytu – a do tego estetycznie kręcąc się wokół stylu zerowego, typowego realistycznego frankofońskiego czytadła, nawet jeśli rysownik jest z Chile to nie ucieknie od takich porównań – to bardzo dobra robota w swojej klasie. Oczywiście można powiedzieć „każda potwora znajdzie swego amatora” i nie przeczę, że jestem miłośnikiem fabuł opartych o konwencję mroźnego piekła, pewnie też dlatego trudno mi osądzić ten komiks – nomen omen – chłodno. Nic jednak nie poradzę, podobało mi się najzwyczajniej i nie żałuję ani chwili poświęconej temu albumowi. 
 
Już ponoć gdzieś tam ptaszki śpiewają, jak to ten album jest tragicznie słaby. Musiał stwierdzić to jednak ktoś z bardzo niską tolerancją na tanie horrory. Inna sprawa, że jako miłośnika kostiumowej grozy i mroźnych opowieści pewnie łatwo mnie kupić. Bierzecie więc na ten tekst pewną poprawkę i sięgajcie po „Otchłań zmartwychwstań” na własną odpowiedzialność. Z pewnością nie takie generyczne frankofony w przeszłości jednak wciągaliście. Największym problemem jest więc pewnie przesyt takiego materiału na rynku, ale z drugiej strony dobrze, że Egmont nie ogranicza się do amerykańskiego mainstreamu i serwuje nam również takie historie.

środa, 4 marca 2026

Krew Dziewicy - Sammy Harkham

 


„Krew dziewicy” figuruje w zapowiedziach Kultury Gniewu dopiero na przyszły rok. Miałem jednak szczęście i udostępniono mi ten komiks (jeden z najbardziej wyczekiwanych w historii oficyny) przedpremierowo, jeszcze przed Świętami. Jako nerd filmowy z wielką przyjemnością sięgnąłem po ten album, świetnie zrealizowaną widokówkę znad krawędzi wątpliwego sukcesu w Fabryce Snów i przy okazji jedną z najlepszych obyczajowych powieści graficznych, jakie ostatnio czytałem.

Zdradzę Wam tajemnice: o filmach zazwyczaj pisze mi się znacznie trudniej niż o komiksach. Komiksy robią dwaj/trzej goście siedzący na dupie (pewnie są wyjątki), czytasz ich dzieło i wszystko już wiesz. Jeśli natomiast chcesz puścić bardzo dobry tekst o kinie, uwzględniając okoliczności powstawania utworu i wyczerpując temat, musisz odwalić research. Takie pisanie to ciężka praca, w której – jeśli się będziesz opierdalał – wyjdzie twoja ignorancja. Szczególnie że o perypetiach niektórych autorów na planie, czy nawet w życiu osobistym, warto poczytać w kontekście ich twórczości. Dopiero wtedy nabiera ona rumieńców. Potężna ilość takich person kryje się w historii horroru i kina eksploatacji, u nas częściej zwanego (czasem błędnie, ale przyjęło się to określenie i nic na to nie poradzimy) kinem klasy B. Zaczynając od Eda Wooda, przez Mario Bavę, czy hardkorowców pokroju Cronenberga i Żuławskiego, na postaci zmarłego nie tak dawno Rogera Cormana kończąc.


„Krew dziewicy” jest opowieścią właśnie o fragmencie takiego żywota kogoś, kto mógłby być trybikiem w świcie Cormana, gdy ten święcił swoje sukcesy w kinach samochodowych. To fabularyzowana imaginacja o specyficznym środowisku, które z bliska wydaje się zasiedlone całkiem zwykłymi ludźmi rzuconymi przez los w pewne czasy i miejsce. Konkretnie mam na myśli okres świetności niskobudżetowych horrorów i ich masowej produkcji. Jako kinofil i nałogowy odbiorca komiksów, kocham filmy o robieniu filmów prawie tak samo mocno jak komiksy o komiksiarzach. Obrazy pokroju „Wybuchu” De Palmy czy tytuły takie jak „Życie nie jest takie złe, jeśli starcza Ci sił”, to to, co tygryski lubią najbardziej. „Krew dziewicy” Sammyego Harkhama staje nawet bliżej ludzi romansujących z dziesiątą muzą, bo same dzieła zdają się autora nie do końca interesować. Zamiast tego wchodzi dosłownie do łóżek realizatorów, pokazuje słabostki, problemy rodzinne, porażki, wzniesienia i dręczące ich obawy. Tu trzeba zaznaczyć, że wbrew pozorom (jeśli o formę chodzi) to jest to mało filmowy komiks. To mocno eisnerowska kronika upadków. Ta formuła to zresztą wybór trafny, bo idealnie pasuje do przyglądania się ludziom i zjawiskom. W swojej kategorii Harkham ląduje dość wysoko na podium. Jego portrety, zarówno bohaterów jak i branży, wydają się bowiem bardzo realistyczne i odbiorcy łatwo wejść w zaproponowane przez autora realia. Dodatkowo kilkakrotnie sięga on do bardzo poetyckich rozwiązań. Przykładowo dość trafne wydaje się zestawienie przez niego holokaustu z obskurnym kinem grozy i sugestią dla czytelnika, by ten zastanowił się, czym naprawdę jest horror. Takie spojrzenie wpisuje się w filozofię gatunku.


Graficznie Harkham nie sięga gdzie nie potrzeba. Cały komiks narysowany jest cartoonową kreską mocno przypominającą estetykę gazetowych pasków. Nie potrzeba tu nic więcej, by uwiarygodnić swoje dorosłe „Fistaszki”. Uproszczenie rysunku nie oznacza jednak, że jest brzydko czy nieciekawie. Ilustracje pokazują też rogi w momentach, gdy milczący bohater tej opowieści – Miasto – zaczyna żyć na naszych oczach własnym życiem, czy we fragmentach przywołujących bardziej impresyjne układy kadrów.


Jeśli miałbym zestawiać „Krew dziewicy” ze znanymi mi tytułami, postawiłbym ją obok „Codziennej walki” Larceneta, „Niedoskonałości” Tomine i „Ciemności Smalandii” Bromandera. Trzech arcydzieł skupiających się na barwnych postaciach z silnie zarysowanymi charakterami, które – mimo bycia wytworem czyjejś wyobraźni – są tak bardzo żywymi osobistościami, że wierzymy w te kreacje do głębi i mamy wrażenie obcowania z prawdziwą biografią.



wtorek, 3 marca 2026

KOMIKS DLA WSZYSTKICH: Jakub Gryzowski rozmawia z Bartkiem Sutorem.

 


KOMIKS DLA WSZYSTKICH


Z Bartkiem Sutorem, scenarzystą komiksowym, spotkałem się 21 lutego na Kocurach, czyli na imprezie poświęconej polskiemu komiksowi niezależnemu, która odbyła się we wrocławskiej BarBarze.


Wpadłem tam po godzinie dwunastej. Natłok tytułów, twórców, mini wydawnictw i entuzjastów przekraczał moje wcześniejsze wyobrażenia. Z trudem przeciskałem się pomiędzy szpalerami stoisk. Ludzie cierpliwie wyczekiwali w wolno topniejących kolejkach po komiks i/lub rozmowę z jego autorem. Przestrzeń lokalu wydawała się za mała, aby nas wszystkich pomieścić. Szukając na naszą rozmowę spokojniejszego miejsca, poszliśmy z Bartkiem do pobliskiej kawiarni.


Jakub Gryzowski: Nie będę udawał, że się nie znamy, bo się znamy. Tyle że ostatnio widzieliśmy się 20 lat temu w Państwowym Pomaturalnym Studium Animatorów Kultury i Bibliotekarzy (SKIBA, szkoła już nie istnieje – przyp. red.). Czytałem wtedy komiksy, jeszcze czytałem, byłem przed tą przerwą, która jest tak charakterystyczna, może typowa. Krzysztof chyba ją kończył i wracał do komiksu. A jak było z Tobą, interesowałeś się komiksem?


Bartek Sutor: Cały czas. Lubię sobie żartować, że to była miłość nieodwzajemniona. Szukałem wtedy w komiksie rzeczy, których nie znajdowałem. Ale zawsze pozostawała pasja z dzieciństwa, z lat 90'. A kiedy weszła dorosłość, czas studiów i pojawiły się inne rzeczy - DVD, gry komputerowe - to nastąpiła rozłąka z komiksem. Nieoczekiwanie, wraz z pewnymi luzerami, pomyślałem aby na serio pójść w film – Hafciarka film.


JG: Tak się nazywała nasza grupa filmowa. Ale poważnie? Chciałeś stać się częścią przemysłu filmowego?


BS: Weź poprawkę na to, że miałem 20 parę lat. Ale zaliczyłem staż w TVP, interesował mnie montaż...


JG: Pamiętam, że twoje filmy były bardzo konceptualne, w stylu Zbigniewa Rybczyńskiego.


BS: Zabawa formą...


JG: Dzielenie ekranu na parę części. Trochę jak plansza w komiksie...


BS: Tak, powiedziałbym nawet, że ta mechanika, która mnie wtedy interesowała, przyświeca mi także teraz.


JG: Nie wszedłeś do branży filmowej, za to zaliczyłeś incydent z byciem wydawcą komiksów (wydawnictwo Sutoris – przy. red.). Czy właśnie wtedy wpadłeś na pomysł, żeby nie tylko wydawać cudze komiksy, ale i tworzyć własne? Pisać scenariusze?


BS: Nigdy nie sądziłem, że ktoś mógłby być zainteresowany moim tekstem. Ale zawsze miałem ochotę pracować przy komiksie, tak od kuchni. Składu druku nauczyłem się w wydawnictwie Mandragora, w którym pracowałem zaraz po studiach. Oczywiście jednocześnie cały czas rysowałem swoje komiksy, pisałem historie – wszystko do szuflady.


JG: Często się zdarza u filologów, że mają ambicje literackie. Ale co było dalej, Twoje wydawnictwo upadło...


BS: Działo się wiele różnych rzeczy, wyjechałem na parę lat za granicę. Kiedy wróciłem w 2018 roku byłem nabuzowany tym, co widziałem w Londynie, Chicago – sklepy komisowe, wydania zeszytowe. Wróciłem do starych komiksów, zacząłem je kolekcjonować. Sięgnąłem też po nową ofertę, która okazała się dla mnie fantastyczna. Wielu wydawców proponuje obecnie komiks rozrywkowy, ale niekoniecznie superhero, tylko rzeczy w rodzaju „Superntaural”; „Coś zabija dzieciaki” czy „The Walking Dead”. To mnie zawsze interesowało - gatunek, ale dla ciut dojrzalszego czytelnika. Więc kiedy pojawił się pomysł, żeby wydać coś swojego, chciałem nawiązać do takiej stylistyki.


JG: Ale jak złapałeś kontakt środowiskiem komiksowym?


BS: Paru ludzi pamiętało mnie jeszcze z czasów Sutoris. Na pewno pomogło mi też nawiązanie współpracy przy serii „Wydział 7”. Zaproponowałem chłopakom wsparcie pod względem technicznym - liternictwo i ujednolicenie szaty graficznej.


JG: Czyli droga do wydawania swoich rzeczy, prowadziła od tej raczej mniej wdzięcznej roli, za którą twórcy na ogół nie przypadają.


BS: Być może tak jest, ale mnie zawsze interesował ten aspekt komiksu - estetyka wydania. Pracuję nad tym z dużą satysfakcją. I po jakimś czasie stwierdziłem, że mogę sam opowiadać historie w tym medium. Zaczęło się od krótkich opowiadań publikowanych w magazynie „Akt”...


JG: A pierwsza dłuższa rzecz to „Konsjerż”?


BS: Tak. Do tej pory były to historie 4-6 stronicowe + dwie serie zeszytowe, składające się z rozdziałów po 20 stron. Dziś mamy premierę drugiego zeszytu „Mój kochany straszny potwór”, do tego jest seria, która będzie kontynuowana - „Ciemny odcień czerni”. To wszystko format amerykański, zeszytowy, natomiast „Konsjerż” ma już formę albumową.


JG: Wybrałeś sobie do tej historii rysowniczkę, Łucję Marczyńską, która nie miała doświadczenia komiksowego.


BS: Łucja jest niezwykle pozytywnie nastawiona do nowych wyzwań. To świetna graficzka, posiada wysoki etos pracy, więc fakt, że nigdy wcześniej nie zrobiła komiksu, nie stanowił dla niej żadnego problemu.


JG: Jej styl jest trochę retro, taki pop-art – gruba, ikoniczna kreska. Czy właśnie to Cię ujęło?


BS: Zależy mi na tym, aby komiks, który tworzę, był przejrzysty. Aby mógł przemówić nawet do kogoś, kto nie czyta komiksów na co dzień. Są artyści i czytelnicy, którzy cenią sobie eksperymenty graficzne...


JG: Ale Tobie zależy na przejrzystości...


BS: Tak, chodzi o komiks środka...


JG: Którego nie ma.


BS: Takie odnoszę wrażenie.


JG: Jest albo wielka sztuka, albo totalny chłam.


BS: Nie chcę tu wyjść na jakiegoś papieża komiksu i wydawać jakieś górnolotne sądy.

JG: Polscy komiksiarze to wrażliwy gatunek, warto więc ważyć słowa.


BS: Myślę że wielu naszych twórców oddało pola wszystkim tym tytułom, które są do nas sprowadzane zza granicy. Mamy na rynku masę batmanów, spider-manów. Więc oni kalkulują, że trzeba iść raczej w stronę takich rzeczy autorskich.


JG: Może to kwestie wymogów warsztatowych?


BS: Raczej dyscypliny. Chodzi o odzwierciedlenie tym samych wzorców, które sprawdzają się w komiksie mainstreamowym + nawet taka banalna rzecz jak terminowość, czyli przyzwyczajanie czytelnika do tego, że mamy regularne serie.


JG: U nas nie ma takiej struktury, pasa transmisyjnego dla konsumpcji tego typu komiksu.


BS: Wiem, u nas komiks robi się z pasji, komiks zawodowy raczkuje, niewielu twórców żyje z komiksu.


JG: Wróćmy do Konsjerża. Mnie ta historia kojarzyła się z przypowieściami z kultowej serii telewizyjnej pt. „Strefa mroku”. Jakie są Twoje inspiracje literackie, komiksowe?


BS: Bardziej siedzi mi w głowie kanadyjski serial z lat 90' pt. „Odyseja”. Pamiętam go z dzieciństwa. Obecnie bliżej mi do klimatów z „Czarnego lustra”. Zawsze ceniłem też twórczość Kieślowskiego.


JG: Kieślowski to nie gatunek.


BS: Nie, ale tworzył przypowieści moralne...


JG: Konsjerż to moralitet, no tak.


BS: Lubię też te wszystkie fajne rzeczy z lat 90': wczesny Nolan, Fincher...


JG: Ciekawe, że cały czas mówisz o filmie.


BS: Komiksowi bliżej do filmu niż do literatury.


JG: W wywiadzie, który oglądem z Tobą na YT, wspomniałeś, że cenisz sobie podział pracy.


BS: Jak najbardziej, każdy powinien robić to, w czym czuje się najlepiej. Zdarza się, że proponuję rysownikom pomoc w zakresie liternictwa, żeby nie zawracali już sobie tym głowy.


JG: Zdarzało Ci się pracować z różnymi rysownikami. Czy to bywa... problematyczne?


BS: Jeśli pojawiają się jakieś problemy, to wyłącznie natury kreatywnej. Niesamowicie cenię wszystkich tych twórców, z którymi współpracowałem. Każdy z nich miał trochę inną wizję komiksu, a ja starałem się do tego dopasować, żebyśmy razem osiągnęli jak najlepszy efekt. Nigdy nie mówię rzeczy typu – „Ta postać powinna być narysowana tak czy siak”. Akceptuję styl swojego rysownika.


JG: Ale dajesz propozycje plansz, układu kadrów, a w nich planów, perspektyw?


BS: Tak, oczywiście. W ten sposób decyduję o rytmie historii...


JG: To są właśnie te konotacje z kinem.


BS: Kino, fascynacja montażem filmowym. Uwielbiam montować i edytować. Jak wymyślam kolejne motywy scenariusza, to nie zaczynam od tekstu, tylko od wyobrażania sobie planszy – ile kadrów się na niej znajdzie, w jakim układzie, czy wystarczy mi jedna strona, czy scena przeciągnie się na dwie.


JG: Zmierzamy do finału naszej rozmowy. Bomba na koniec - jak oceniasz polskie środowisko komiksu niezależnego?


BS: Właściwie to nie odróżniam komiksu niezależnego od komiksu zależnego. Nasz rynek i tak jest oddolny, chyba że mówmy o rzeczach typu Wielka Kolekcja Komiksów Marvela, gdzie są redaktorzy, ludzie na etacie itd. itd. Jednak większość polskich komiksów to inicjatywa oddolna, dotyczy to nawet uznanych twórców, którzy żyją z komiksu. Oni nie tworzą na zamówienie, po prostu dzielą się z czytelnikiem swoimi autorskimi pomysłami, bez jakichś tam ograniczeń ze strony wydawcy.


JG: Właśnie wyszliśmy z Kocurów. Można tam było kupić komiksy, ziny, ale przede wszystkim zanurzyć się w całej tej otoczce związanej z samodzielnym ich wydawaniem. Jakieś gadżety, artefakty. No i przede wszystkim możliwość spotkania z autorem. Lubisz to?


BS: Uwielbiam konwenty i kontakt z takim samym fanem komiksu jak ja, ale chciałbym żeby to, co mam do przekazania czytelnikowi, zawierało się w całości w opowiadanej przeze mnie historii. Dlatego sam nie określiłbym się jako „niezal”.


JG: To zawsze jest kwestia wyboru drogi. Myślisz w przyszłości o rozwijaniu się w ramach komiksowego undergroundu, czy może marzysz o tym, że w Polsce będziemy mieć sklepy komiksowe i warunki do konsumpcji komiksu środka?


BS: Zdecydowanie to drugie, tym bardziej że to pierwsze ma się świetnie.


JG: Tak jak piwo kraftowe.


BS: Tak jest. Ja za to celuję trochę w taki eskapizm – chcę opowiedzieć bajeczkę, w której jest się w stanie odnaleźć każdy, niekoniecznie tylko fan komiksu, ale też ktoś, kto chce zwyczajnie wejść w fabułę. Pewien rodzaj immersji, która towarzyszy niektórym serialom, książkom czy grom.


JG: Więc ani drogie albumy, ani underground.


BS: Komiks środka. Jak np. we Włoszech. Albo z innej beczki, popatrz, co zrobił Netflix w Polsce. Wielu rodzimych twórców mogło się wypowiedzieć dzięki tej platformie i być zrozumianym na całym świecie. Taki „Heweliusz”...


JG: Tak, świetne. Nie czuło się tam osławionej presji politycznej poprawności.


BS: No właśnie. Więc chodzi mi o coś tego typu. Taki komiks dla wszystkich.


JG: Dobre na tytuł.




Bartek Sutor - wczesny millenials, napływowy wrocławianin. Wydawał, redagował, tłumaczył (full-serwis!). Obecnie scenarzysta komiksów „Konsjerż”, „Ciemny odcień czerni”, „Mój kochany straszny potwór” i kilku shortów. Docenia dobre liternictwo. Kolekcjoner starych marveli.


Jakub Gryzowski – filmowiec amator. Współtwórca grupy filmowej Hafciarka. Redaktor Rękopisu znalezionego w Arkham oraz czasopisma Witkacy!


środa, 5 listopada 2025

V jak Vendetta. Alan Moore. DC Compact

 


 
„V jak Vendetta” to komiks otoczony legendą. Przez lata, gdy z powodów prawnych nie mieliśmy dostępu do „Marvelmana/Miraclemana”, uchodził za pierwszy wielki popis umiejętności pisarskich Alana Moore'a dostępny do wglądu dla szarego czytelnika, za rzecz wybitną i kompletną na zarówno poziomie fabularnym jak i graficznym. Mimo iż jest to do bólu brytyjski komiks, (przynajmniej u genezy) to wykroczył poza swój rynek i uchodzi za światowe arcydzieło w obrębie całego medium, jedno z jego szczytowych osiągnięć stawiane w jednym rzędzie z takimi zaangażowanymi dziełami jak „Maus” Arta Spigelmana czy „Umowa z Bogiem” Willa Eisnera. Wszystko to stało się jednak z pewnym opóźnieniem, już po romansie Moore'a i Davida Lloyda z brytyjskim magazynem „Warrior”, który upadł zanim historia łotrzyka stawiającego czoło całemu totalitarnemu państwu dobiegła końca. „V jak Vendetta” wydano w drugiej połowie lat 80. w Stanach w dziesięciozeszytowej miniserii, wtedy ją również dokończono i pokolorowano. Dzięki temu historia dotarła do szerszego grona odbiorców w takiej formie, w jakiej dziś ją znamy. Obecnie w wydaniach zbiorczych, sprzedawanych w niezliczonych ilościach egzemplarzy, obiega świat i dotyka do głębi ludzi z różnych miejsc na Ziemi, których lektura zastała w nieciekawych czasach. Prowokuje do buntu i refleksji nad otaczającą rzeczywistością. Fabuła oryginalnie jednak jest parabolą opowiadającą o Anglii czasów młodości autorów, mających wówczas niewiele ponad dwadzieścia lat. Był to posępny okres dla Królestwa Brytyjskiego, szczególnie w sferze społeczno-politycznej zdominowanej przez rządy konserwatystów, co odbija się ponurym echem na kartach tej historii.
 
„V jak Vendetta” to rzecz na pierwszym planie inspirowana znanymi dystopiami science fiction, takimi jak „Rok 84” George'a Orwella czy „451° Fahrenheita” Raya Bradbury'ego, ale odnajdziemy tu też echa literatury obozowej i „Dziennika Anne Frank”. Akcja dzieje się po wybuchu bomby atomowej w Europie (w ówczesnych czasach, gdy Moore zaczynał pisać swój komiks, nie podano jeszcze do wiadomości publicznej, że nic nie jest w stanie przetrwać wybuchu atomówki), w której struktury państwa przetrwały w jakiś cudowny sposób tylko w Anglii. Główny bohater, podpisujący się jako V, to ofiara, która przetrzymywana była przez faszystów w obozie koncentracyjnym, gdzie robiono na nim doświadczenia. Z drugiej strony to jednak też pulpowy łotr biorący odwet na swoich oprawcach, a jego korzeni dopatrywać się możemy w bohaterach odcinkowych opowieści płaszcza i szpady z Hrabią Monte Christo na czele. Jest też na pewnym poziomie jak Zorro czy Batman, dlatego wygodnie rozgościł się na kartach komiksu i świetnie do tego medium pasuje. V jest przy okazji anarchistą i terrorystą, który prócz wymierzania prywatnej zemsty w imię wolności rozdaje ciosy opresyjnemu państwu. Działa niemal jak „Diabolik” ze słynnych włoskich komiksów spod znaku fumetti neri. Nie jest na pewno ugrzecznionym superbohaterem, bo często zabija i zazwyczaj czyni to z osobistych pobudek. Szukając jego korzeni w poprzedzających go słynnych fabułach, wskazałbym też na „Upiora w Operze”, który opowiadał o oszpeconym, szalonym geniuszu muzycznym zepchniętym do życia w kanałach. Natomiast sam Moore mówi wprost, że dużo ukradł z wizerunku pulpowej postaci granej brawurowo przez zamaskowanego Vincenta Price'a w filmie „Odrażający Dr Phibes” (1971). Tak jak Doktorowi Phibesowi, skrywającemu się również za maską, zemsta i szaleństwo przysłaniają bohaterowi Moore'a oczy i pchają go do działania. Natomiast marzenia o utopijnym społeczeństwie anarchistycznym podsycają coraz śmielsze czyny V, które są brawurowymi akcjami wymierzonymi w struktury państwa – podobnie postać grana przez Price'a wymierzała spektakularne kary ludziom odpowiedzialnym za śmierć jego żony. Również tak jak Phibes, V ma przy sobie kobietę – pomocnika. W przypadku V jest to młoda dziewczyna, szesnastoletni podlotek zmuszony przez niewydolny system do prostytuowania się i przy okazji z automatu, przy pierwszej próbie handlu ciałem, wpadający w ręce policji politycznej (z której łap szarmancko ratują ją V) przedstawianej przez Moore'a na kartach tej opowieści niemal jak gestapo. Autor zresztą nie stronił od dosłowności i nie pozostawiał złudzeń: słowo faszysta pada tu nader często.
 
To bowiem w dużej mierze też komiks o faszystach. Zupełnie nie komiksowych warto dodać, bo nie są to podkręcający wąsa hitlerowscy geniusze zła, a zwykli, szarzy ludzie omamieni przez reżim. Charaktery jakie podarował swoim bohaterom Moore nie czynią z większości z nich typowych antagonistów. To też nie karykatury, niektórych nawet da się lubić. To postacie z krwi i kości, które wplątały się w system z różnych powodów. W objęcia faszyzmu pchnął je nieraz brak nadziei na lepsze jutro, niedostatki w życiu uczuciowym, pragnienie stabilizacji i dobrobytu, a czasem chęć pięcia się w górę i zaistnienia na kartach historii. Niemal żadna postać nie jest tu czarno-biała. To poważne, dobrze skonstruowane portrety psychologiczne dowodzące, że Moore dużo nauczył się podczas swoich poprzednich, małych fuch i pierwsze arcydzieła – dłuższe komiksy – tworzył już świadomy swojego warsztatu.
 
Jak większość komiksów Moore'a i ten jest fabularyzowanym esejem na jakiś ważny dla autora temat. Jak już się pewnie domyślacie na łamach „V jak Vendetta” pisarz bierze na ruszt faszyzm i rozbiera go na czynniki pierwsze, przypatrując się przy tym strukturom społecznym, by ukazać, jak coś tak strasznego w ogóle może dojść do skutku. Druga płaszczyzna to romantyczna anarchia (Moore jednak rozgranicza chaos i anarchię, dając wyraźnie i mądrze do zrozumienia, że jedno nie jest równe drugiemu). To wizja utopii, która może i powinna zapanować w społeczeństwie idealnym, pozbawionym panów i władców, jednak nie ma szans na powodzenie. W finale rząd zostaje obalony i rozbity, a społeczeństwo wraca wręcz do czasów pierwotnych, ale zakończenie ogólnie pozostaje otwarte. W domyśle możemy sądzić, że historia prawdopodobnie się więc powtórzy i będzie powtarzała w nieskończoność, wszystko przez żądze pchające ludzi ku władzy. „V jak Vendetta” na tym poziomie to komiks anarchistyczny w wydźwięku, ale przy tym, co ciekawe, daleki od poetyki undergroundu.
 
Przypatrując się postaci V dochodzę też do wniosku, że jest w niej sporo z samego Moore'a, któremu w młodości system dał mocno popalić. Według legendy w szkole średniej został on za handel LSD wyrzucony poza nawias i pozbawiony jakiegokolwiek dalszego wykształcenia. Młody, pochodzący z robotniczej rodziny Alan imał się więc najgorszych zajęć i pewnie nie był zbyt dobrze traktowany, bo w „V jak Vendetta” czuć pewne napięcie, chęć wyrzygania się i literackiej zemsty na społeczeństwie, a może bardziej na ludziach u góry, którzy ustalają nieciekawe zasady tej gry? Czuć, że robiąc z V kulturowego erudytę, słuchającego przeróżnej muzyki, czytającego ambitne książki, grającego na fortepianie i śpiewającego kabaretowo-musicalowe piosenki kuglarza, Moore portretował samego siebie. Znając dziś jego skory do buntu charakter nie mam co do tego wątpliwości. Autor więc, tak jak postać za maską, skrywa się za swoim bohaterem, realizując zapewne swoje głęboko skrywane fantazje. Czyni też przy okazji z protagonisty postać tragiczną, trochę szekspirowską, a może nawet faustowską? Bardzo ciekawie w tym kontekście wypada również forma wydania zbiorczego „V jak Vendetta”. Album zaprojektowany jest tak, że jeśli podniesiemy go na wysokość twarzy, nadrukowane na froncie oblicze głównego bohatera w zbliżeniu, będzie pełniło rolę maski. To dość wymowny zabieg, dający do zrozumienia, że wszyscy jesteśmy V.
 
Sama maska, którą, jak głosi kolejna legenda, podarował protagoniście rysownik David Lloyd, to oblicze Guya Fawkesa, niedoszłego zamachowca znanego z tego, że 5 listopada 1605 roku uczestniczył w spisku mającym na celu wysadzenie Izby Lordów. Został złapany i skazany na tortury, a jego postać buntownika przetrwała w miejskim folklorze. Symbol maski przerósł nie tylko komiks ale i swoją legendę – dziś jest wykorzystywany przez anonimowych protestantów na całym świecie z grupą internetowych aktywistów Anonymous na czele. Zdaję sobie sprawę, że pewnie duża w tym zasługa kasowej ekranizacji tego dzieła, wyprodukowanej przez Siostry (wówczas jeszcze braci) Wachowskich, od której jednak sam Moore stara się jako autor odcinać, ale musimy uczciwie przyznać – korzenie słynnych „kuloodpornych idei” tkwią w komiksie.
 
My znamy „V jak Vendetta” jako kolorowy album z dużą dawką zieleni, zebrany w formie grubej powieści graficznej, ale oryginalnie była to czarno-biała opowieść publikowana w częściach w magazynie „Warrior” który, jak wspominałem we wstępie, wyzionął jednak ducha zanim rzecz dobiegła do finału. Tak, za pierwszym podejściem Moorowi nie udało się jej ukończyć. Dziś tylko na ilustracjach dołączonych w dodatkach możemy podziwiać dzieło Lloyda w oryginale. Jestem pewien, że musiało robić zupełnie inne wrażenie w pierwotnej formie, gdzie łagodnie zaokrąglone brzegi rysunków Lloyda upodabniały się nieco do szablonów służących do nanoszenia farb na mury, często z treściami mającymi być formą protestu. Przypadek to czy świadomy zabieg, tego nie wiem. Niemniej te rysunki bez kolorów zdecydowanie działają na wyobraźnie. Nie jest to może opus magnum ani dla Lloyda (acz ten komiks zapewni mu nieśmiertelność) ani dla Moore'a (mimo iż jest chyba pierwszym jego arcydziełem), ale wszystkie warstwy bardzo dobrze współgrają ze sobą. Jest w tym magia chwili i krzyk zdesperowanego, zapędzonego w kozi róg przez społeczeństwo człowieka. To też w gruncie rzeczy bardzo smutny komiks, bo mimo iż Alan Moore pisał go za czasu rządów Żelaznej Damy, Margaret Thatcher, w ówczesnych nieciekawych realiach go otaczających, to ta opowieść jest dalej aktualna. Polska Anno Domini 2023 odbija się w nim jak w lustrze i obawiam się, że będzie tak również w następnych latach. Jest w tym siła komiksu Moore'a – jest cały czas aktualny, ale niezbyt dobrze świadczy to o kondycji gatunku ludzkiego.

niedziela, 12 października 2025

Pillow Man. Mężczyzna naszych marzeń.

 


Nie do końca wiem, jak to ująć, żeby to źle nie zabrzmiało. Ten uroczy i niepozorny komiks jest jednak najodważniejszą i chyba najlepszą rzeczą, jaką premierowo wydał Egmont od dobrych kilku lat, przynajmniej jeśli o komiksy dla dojrzałego czytelnika chodzi. To frankofon, ale nie w tym stylu, do którego przyzwyczaiły nas „Plansze Europy”. Nie znajdziemy tu realistycznego stylu zerowego. To też nie fantastyka. W gruncie rzeczy to opowieść bliższa poetyce komiksów Sfara, choć też nie do końca można ją zestawiać z dziełami tego autora. Rzecz osobna? Trochę tak. 

„Pilow Man” jest obyczajówką ocierająca się o komedię, a przy tym – użyje takie określenie-wytrych – to okruchy życia pełną gębą. Dostajemy opowieść o kolesiu, który po trzech latach bezrobocia w końcu znajduje nową, fajną fuchę. Praca jest jednak dość osobliwa, bo polega na towarzyszeniu w łóżku samotnym osobom mającym problem w zasypianiu w pojedynkę. W kraju, w którym nie ma pracy dla ludzi z jego wykształceniem, znalezienie czegoś takiego to nie lada fartłomiej. Wydaje się, że to nic wstydliwego, praca jak praca, ale nasz bohater zataja swoje zajęcie i przez to popada w konflikt ze swoją partnerką. Mówiąc krótko: dostajemy francuską komedię pomyłek i to one nakręcać będą kolejne zdarzenia. 

Mimo iż autor „Pillow Mana” tworzy komiks daleki od tego, co w Polsce nazwalibyśmy mainstreamowym frankofonem, to wcale nie sili się on też na bardzo głęboką opowieść. Ten album nie zmieni Wam życia, ani nie porusza szczególnie czułych strun. To raczej historia stosunków międzyludzkich, slajd z życia normalnych, przeciętnych Francuzów. Pokazuje nam przedstawicieli paryskiej klasy średniej, bo Jean (główny bohater) mimo bezrobocia nie jest jakoś szczególnie zubożały. Nie czuć tu głębokiego dramatu, co może dla niektórych stanowić problem, gdyż mówimy o komiksie lekkim, łatwym i przyjemnym, ale to też siła tego albumu. Również target wyróżnia „Pilow Mana”, jak bowiem wspomniałem, nie jest to typowy frankofon, a przy tym to również utwór daleki niezalowi. Nie spodoba się bankowo ani młodym czytelnikom, ani nerdom od Thorgala, ale całkiem możliwe, że ten komiks urzekłby twoją mamę, gdybyś jej go podsunąć.  

„Pilow Man” z pozoru wydaje się pozycją, która lepiej pasowałaby do katalogu Kultury Gniewu czy oficyny Timof i cisi wspólnicy, ale mam nadzieję, że może w Egmoncie – wśród tego całego kolorowego superhero i komiksów dla twardogłowych nerdów – znajdzie się miejsce na takie perełki. Na albumy nieoczywiste, a przy tym ładne i mądre. Może nie zmieni Wam ten komiks życia, ale moim zdaniem warto go przeczytać. 

środa, 13 sierpnia 2025

Superman: Świat

 


 

Pisząc o „Batman – Świat” już ponad… cztery lata temu (ja pierdzielę), wstęp zamknąłem stwierdzeniem, że tamten komiks „doskonale pokazuje, jak wiele może pójść źle przy niezaprzeczalnie wielkim potencjale”. W ostatnim akapicie zaś stwierdziłem „Ten album to głównie ciekawostka, która słabsze historie rekompensuje różnorodnością i maksymalnie trzema całkowitymi sztosami”. Tak, żeruję na swoich tekstach z przeszłości, ale to raczej adekwatne podczas pisania o gimmickowym, amerykańskim peleryniarstwie. Wynika to zresztą z konieczności wytknięcia, jak zaskakująco konsekwentnym wydawcą jest DC Comics. 

Uderzmy od razu ad rem. „Superman – Świat” to również tona niewykorzystanych możliwości i trzy perełki w zbiorze piętnastu historii o heroicznym ocieplaczu skisłego wizerunku amerykańskiego snu. Zdecydowana większość autorów poszła tu na łatwiznę, wybierając jeden z dwóch oczywistych kierunków. Dostajemy tu więc głównie bardzo powierzchowne ulotki turystyczne z Supermanem w roli zwiedzającego albo (tych jest więcej) przykłady na to, że dla wielu ludzi z grona tych pozornie kreatywnych istota ich ojczyzn sprowadza się do banalnych fantazji na temat pradawnych źródeł tradycji, głównie tej religijnej. Najbardziej chyba rozbawił mnie rozdział z Kamerunu, kiepsko narysowany zresztą, w którym scenarzysta (Dr Ejob Gaius) ukarał Supka za brak kulturalnej wrażliwości przy niszczeniu źródła mocy mordującego ludzi fanatyka. Nauczkę zresztą serwuje mu lokalny peleryniarz, oczywiście silniejszy od najpotężniejszego nadczłowieka na Ziemi. Z drugiej strony mamy natomiast tureckie bóstwo sprawiające Kal-Elowi mniej więcej tyle samo problemów co żul włamujący się nocą do osiedlowego. Nie wiem, co gorsze.

Reszta słabszych historii utrzymuje się w raczej podobnym tonie. Hiszpania jest ładna i to tyle, Włochy to Dante Alighieri i nic więcej, w Argentynie odwala się coś z naturą, ale po trzykrotnym przeczytaniu tego rozdziału nadal nie do końca go ogarniam. Strzelam jednak, że większość czytających ten tekst najbardziej interesuje, jak wypadł polski fragment napisany przez Bartosza Sztybora i zilustrowany przez Marka Oleksickiego. Powiem tak… może po prostu przejdźmy dalej.

Dobra więc, które państwa zabłysnęły w tej antologii przewidywalnych laurek? Przede wszystkim Brazylia. Jefferson Costa napisał historię z początku wpisującą się we wspomniane wcześniej tory kulturowe, ale ostatecznie zaskakująco głęboką jak na tak krótki format. Na drugim miejscu lądują Czechy dzięki zdecydowanie najbardziej humorystycznie samokrytycznemu podejściu do całego konceptu i całkiem ciekawej, futurystycznej fabule ogółem. Podium zamykają zaś nasi sąsiedzi zza zachodniej granicy, bo Felix "Flix" Görmann stworzył zwyczajnie prosty komiks w duchu europejskim, absolutnie pozbawiony wspomnianych wcześniej banałów. Ze sporym „ale” może dorzuciłbym tu rozdział z Kraju Kwitnącej Wiśni. Wydaje mi się bowiem, że Satoshi Miyagawa i Kai Kitago umyślnie zakpili z Supka, wykorzystując go do reklamy japońskich spożywczaków. Zamierzone jednak czy nie, obok dobrej mangi to nawet się nie czołgało.

Wizualnie zresztą też niemiecki fragment wyróżnia się na plus pośród typowej, sterylnej superbohaterszczyzny, której nie uniknęli graficy na przykład z Indii (pomimo użycia monochromu), Francji (choć pod względem sekwencyjności i szczegółów Marcial Toledano Vargas to misztrz), czy niestety właśnie Polski. Tutaj też przoduje Brazylia, choć frywolny i nietypowy styl Costy nie każdemu zagra równe nuty z fabułą o supersilnym posiadaczu kwadratowej szczęki. Zalana czarnym tuszem i piękna kolorystycznie warstwa wizualna włoskiego artysty Fabio Celoni wypada o niebo lepiej od scenariusza w tym samym rozdziale, tak samo jak odrobinę surowy semi-realizm Agustína Alessio z Argentyny. Jak to antologie mają w zwyczaju, główną atrakcją jest tu chyba różnorodność, ale i ona niesie się bardzo chwiejną jakością. Wciąż jednak znacznie mniej chwiejną od faktycznej treści tych opowieści.

W sumie dobrze się składa, że przyszło mi ten tekst pisać dosłownie dwa dni po obejrzeniu w kinie „Supermana” spod ręki Jamesa Gunna. Czy był to film idealny? Absolutnie nie, ale moim zdaniem dostaliśmy w nim prawie idealnego Clarka Kenta i totalnie perfekcyjnego Kal-Ela. Doskonale niedoskonałego pacjenta zero potencjalnej globalnej epidemii nadziei i posiadacza najbardziej dojebanego kompasu moralnego. To dla mnie podstawa uroku Człowieka ze Stali. Wartości mocno naiwne, całkowicie jednak warte zachowania w jakimś łatwo dostępnym zakątku serca. Zawsze dziwi mnie, jak wielu scenarzystów piszących komiksy o Supku zapomina o tych cechach i widać to perfekcyjnie w „Superman – Świat”, bo na przestrzeni piętnastu historii faktycznie inspirującego herosa jest jak na lekarstwo. Album całkiem miły dla oczu, fabularnie w większości porażająco powierzchowny i tendencyjny, ledwo ratujący się kilkoma mocniejszymi momentami. Mogło być dobrze, a wyszło, jak wyszło.

 

Autor: Rafał Piernikowski  

sobota, 31 maja 2025

Dni demonów. Peach Momoko.

 


Manga, japoński komiks – jak zwał tak zwał – cieszy się na świecie niesłabnącą popularnością. Nie znam statystyk, ale na oko u nas chyba większą niż superhero. Sam piszę o niej mało i mimo iż kupuje ją i czytam, to nie uważam się za speca w tej dziedzinie. Niemniej lubię tę kategorię i nie jestem w jej zakresie zupełnie laikiem. Czytam ją częściej od współczesnych komiksów Marvela, od których odbijam się ilekroć po coś sięgnę, a trzeba Wam wiedzieć, że jestem fanem autorów z Domu pomysłów, ale tych tworzących w latach 80. i 90.



Połączenie mangi z uniwersum Marvela wydało mi się jednak na tyle kuszące, że postanowiłem sięgnąć po bardzo ciekawie się zapowiadający komiks autorstwa kobiety podpisującej się pod swoimi pracami jako Peach Momoko. Nigdy nie czytałem jej prac, ale dostępne mi grafiki były zdecydowanie godne podziwu. Gdy wziąłem w ręce i przekartkowałem ogromny, piękknie wydany album „Dni Demonów”, utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że od strony plastycznej to najwyższa półka. W opowieściach obrazkowych liczy się jednak coś innego niż wybitna graficzna robota. Tu zdaje się jest pies pogrzebany, bo mimo iż narracyjnie to dobra rzecz, to fabuła pozostawia wiele do życzenia.



Przede wszystkim, szumne nazywanie tego, co dostałem „alternatywnym światem Marvela inspirowanym japońskim folklorem” jest dużym nadużyciem. Nie ma tu wielu śladów czegokolwiek z Domu Pomysłów, prócz imion i designu niektórych postaci. Na tym poziomie to zwykły skok na kasę. Historia jest całkowicie autonomiczna i dla mnie – mimo wszystko fana Marvela – nic tu się nie zgadza. Najfajniejszym elementem są faktycznie motywy przypełzłe z Japońskiego folkloru, ale stylizowana na japońską „bajkę magiczną” fabuła nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia. Według mnie dostałem pięknie namalowaną wydmuszkę. Generalnie zwyciężyły mnie świetne, różniące się momentami style rysunku i bajeczne komputerowe kolory, w najlepszych momentach imitujące delikatne akwarele. Nie było to wszystko jednak na tyle dobre, by usprawiedliwić miałkość fabularną. Jeśli więc w komiksie cenicie nie tylko rysunki, to tu nie macie czego szukać.



Zastanówmy się jednak chwilę. Mam 40 lat, najchętniej czytałbym oldskulowe frankofony i pojebane mangi dla dorosłych. Peach Momoko to jednak totalny mainstream dla współczesnych dzieciaków, mocno kochających popkulturę i tradycję Kraju Kwitnącej Wiśni. Prawdopodobnie więc mijam się z tym komiksem u podstaw. Choć jest mi z tym źle, „najbardziej mnie teraz wkurwia u młodzieży to, że już więcej do niej nie należę”. Nic jednak nie poradzę na swoje preferencje czytelnicze, odmienne od dzisiejszych nastolatków. Z drugiej strony piszę o komiksach dla dzieciaków do RYMSu i chyba umiem rozpoznać dobrą rzemieślniczą robotę. Może więc nie jest to do końca moja wina?

Catwoman. Rzymskie Wakacje. Loeb/Sale/Stewart

 


Złożony z sześciu zeszytów spin-off batmańskiego, halloweenowego cyklu autorstwa Loeba i Sale'a wjechał na sklepowe półki. „Catwoman: Rzymskie Wakacje” to historia wypadu Catwoman do Rzymu, umiejscowiona gdzieś między „Długim Halloween” i „Mrocznym zwycięstwem”. Od razu mówię: rzecz jest więcej niż dobra. Może nie wybitna fabularnie ze względu na pewne ograniczenia i nieco – że tak brzydko powiem – komiksowe uproszczenia, za to od strony graficznej zdecydowanie genialna.



Oczywiście nie będę na siłę polecał tego komiksu. Zaznaczę od razu: jeśli nie lubicie kobiet rysowanych przez Tima Sale'a, nie macie tu czego szukać. Owszem, to nie bat-porno, ale rysownik wycisnął duży potencjał zmysłowości i erotyki jaki tkwi w postaci naszej ulubionej kotki i sprawił, że jego Selina Kyle jest jedną z najgorętszych lasek w historii medium. Fabularnie, w najlepszych momentach (jak relacja Catwoman i Ridlera), jest lekko i z humorem. Mimo iż czasem Loeb uderzał w ciemniejsze, smutniejsze rejony życia bohaterki, to w gruncie rzeczy nastawcie się na niezobowiązującą rozrywkę z lekką nutką noirowej narracji.



Jak wskazuje tytuł tomiku, akcja dzieje się głównie w słonecznej Italii. Rzecz jednak nie udaje europejskiego komiksu czy kina, odnosi się raczej do klasycznych, hollywoodzkich produkcji; dajmy na to filmów z Audrey Hepburn, co podkreśla seria fantastycznych okładek nawiązująca do starych plakatów. Zresztą sam album to mistrzostwo designu i między innymi dlatego warto mieć ten komiks na półce. To zwyczajnie ładny przedmiot.



Kocham od razu rozpoznawalny cartoon Tima Sale’a, czemu dawałem wyraz już wiele razy. Na tym poziomie nic się nie zmieniło. Może odrobinę mniej tu mroku i grotechy, a więcej luzu i zjawiskowo pięknej Seliny, ale graficznie to bezsprzecznie najwyższa półka. Dodatkowo komiks kolorował nikt inny jak Dave Stewart, czyli najbardziej rozchwytywany kolorysta w branży. W tym albumie pokazuje rogi i ugruntowuje swoją niezachwianą pozycję absolutnego mistrza kolorów. Jako człowiek, który nie tworzy komiksów, jestem trochę zdezorientowany. Wyczytałem bowiem, że barwy zostały nałożone przy pomocy komputera, a w życiu bym tego nie stwierdził, jeśli miałbym kierować się efektem wykonanej pracy. Jest tu wiele warstw i cieni, sugerujących raczej ręczną, malarską robotę. To moi drodzy jednak cyfra, ale wykorzystana w iście mistrzowski sposób. Duet graficzny Sale & Stewart to więc zdecydowanie dream team, który już nigdy się nie powtórzy.



Muszę na koniec, z kronikarskiego obowiązku, zaznaczyć, że jestem zaskoczony pewnym elementem składowym. Mianowicie troszkę dziwi mnie forma wydania, inna od poprzednich części: tu jest grafika pod obwolutą, w poprzednich odsłonach było tylko quasi–płótno. Ten brak konsekwencji to jednak drobny szczegół, dzięki któremu upchnięto w polskim wydaniu dwie okładki. Sygnalizuję jedynie tym z Was jeszcze czekającym na zakup: bierzcie nowe wydania tego cyklu, niedługo będą wznowione. Wszystko wskazuje bowiem na to, że pod obwolutką znajdziecie wodotryski.

środa, 7 maja 2025

Ostatni Ronin. Tom 2. Nieznane lata.

 



Mam wrażenie, że pierwszy tom „Ostatniego Ronina” został u nas przyjęty dość chłodno. Prawdopodobnie chodzi o wielkie oczekiwania odbiorców i rozczarowanie fabułą. Przynajmniej dobrych komiksów o Żółwiach Ninja nie jest jednak wcale tak wiele, trzeba o tym pamiętać.

Pierwszy „Ostatni Ronin”, tom rozpoczynający wizjonerską i odważną (w założeniu) nową sagę w historii Żółwi Ninja, był fajny nie ze względu na walory literackie i narrację, a dzięki mądremu ogrywaniu wytartych klisz popkulturowego mitu z lat 90. Przyjemnie było znajdywać w tamtym tomiku echa Franka Millera i kreatywne podejście do zmurszałego materiału źródłowego.

„Nieznane lata” robią coś podobnego, ale tylko połowicznie. Co ciekawe, eksploatują też zupełnie inne rejony postapo, bo więcej tu „Mad Maxa” czy „Krwi bohaterów”. Rzecz rozgrywa się na dwóch płaszczyznach. Jedna to retrospekcja dotycząca Żółwia Michelangelo, który wędruje po świecie w poszukiwaniu zemsty na pewnym crime lordzie zwanym Robakiem Śmierci. Druga warstwa traktuje o nowej ekipie młodych Żółwi próbujących wybić się na ulicach zniszczonego Nowego Yorku. Podstępnie podsuwa się nam materiał, którego byśmy nawet nie dotknęli, gdyby nie retrospekcje, bo nowa czwórka Żółwi nie ma za grosz charyzmy słynnych protagonistów. Jak się domyślam, autorzy będą tym sposobem chcieli wepchnąć nam nowych bohaterów, w innych warunkach zupełnie byśmy ich olali. No ale nie męczmy już się nad tym, co nieudane w tym albumie, gdyż to opowieść o klasycznym Żółwiu stanowi najważniejszą część tego tomu.

Wątek o poszukiwaniu zemsty, w który wpasowany jest Michelangelo, cwanie ubrano w szaty kina kung-fu połączonego z historią drogi. Dzięki temu album wciąga się bezboleśnie, jeśli lubi się takie rejony rozrywki. Dodatkowo to generująca włosy na klacie opowieść o walce w klatkach na postapokaliptycznej Ukrainie. I wielka szkoda, że drugi poziom opowieści jest w kontekście mrocznych przygód Mikey'a tylko zapychaczem.

Wiem, może źle oczekiwać od czegoś takiego jak Żółwie Ninja dojrzałości fabularnej, mroku i krwawych rozpierduch, ale przecież to wszystko stało u zarania tej opowieści. Zinfantylizowano ją chwilę później. Miałem jednak to szczęście, że jako dzieciak czytałem prawdziwe komiksy o Turtlesach i nigdy już nie kupiłem ich innego oblicza, niż to zakorzenione w Marvelowym Daredevilu i kinie sztuk walki. Dlatego tak bardzo polubiłem jedynkę „Ostatniego Ronina”.

Obiecuję sobie, że będę zbierał tę serię dalej, bo jednak jak na razie więcej widzę w niej plusów niż minusów (bo przeważa wspomniana wcześniej historia zemsty), ale obawiam się brnięcia dalej w stronę infantylizacji i próby sprzedania nowych bohaterów-nastolatków komuś, kto już nastolatkiem dawno nie jest i ma inne czytelnicze potrzeby. Prawdopodobnie od przekonania się, jaki kierunek obiorą autorzy, dzieli nas jeden tom. Czekamy.

wtorek, 6 maja 2025

Nightwing. Czas Tytanów. Tom 3

 




 Czyżby przyszła pora na krytykanckie żniwa? Z uporem maniaka czekałem tylko, aby móc się przysrać do bardzo udanej serii. Do trzech razy sztuka, skoro pierwszy tom zwalił mnie z nóg, a drugi przytrzymał za ramiona przynajmniej w pozycji lekko przykucniętej, na następny powinienem już móc patrzeć z góry. Tendencja spadkowa ma bowiem w zwyczaju przyspieszać, a w przypadku fabuły bezpośrednio podejmującej wątki po wielkim, superbohaterskim evencie jakość powinna zaryć w podłoże z kilotonowym impetem, prawda?

„Nightwing. Czas Tytanów. Tom 3” niemalże groził mi perspektywą konieczności zaznajomienia się z „Mrocznym Kryzysem”, a moja naturalnie buntownicza natura przykazała wziąć forsujących kompletyzm fabularny włodarzy DC pod włos i wyszedłem na tym całkiem nieźle. Wobec tego od razu zaznaczam: nie musicie wydawać tracących na wartości cebulionów na inne komiksy, by kontynuować serię autorstwa Toma Taylora. Trochę obecnej draki wynika z odwaleń dokonanych w ramach innych tytułów, ale tego kontekstu skutecznie doszukacie się na zasadzie domysłów napędzanych drobnymi dawkami ekspozycji. To zdecydowanie plus, choć niestety tylko w kategorii skutecznych rozwiązań problemów, które mogły w ogóle nie zaistnieć. Dzieje Dicka Graysona powinny zostać wątkowo hermetyczne.

Ku mojemu zaskoczeniu tom otwiera bezpośrednia kontynuacja najbardziej bzdurnego (choć miłego w odbiorze) fragmentu poprzedniego zbioru, czyli afery z fanbojującym Nighwinga impem z piątego wymiaru i biedną dziewczynką, co to jej ojciec duszę z demonami przehandlował. W efekcie pięknolicy akrobata wpierdziela się do piekła z misją ratowania małolaty i cel ten osiąga, przynajmniej częściowo, z wykorzystaniem biurokratycznych kruczków. Prosta historia z udziałem większej ilości peleryniarzy, ale szturchnięta kijem oryginalnego podejścia i humoru na tyle trafnie, że smród wtórności się z niej nie wydziela.

Potem jest lepiej, a jeszcze później robi się gorzej. Niestety to „jeszcze później” objętościowo gniecie fajniejsze fragmenty. Taylor wpierw wzbudził moją nadzieję street-levelową eskapadą w towarzystwie Baśki Gordon. Trącało to nawet szansą na powrót do klimatu pierwszego tomu i eksploatacją największej zalety całego runu, czyli jednej z najbardziej naturalnych i nietoksycznych relacji romantycznych w historii całego superbohaterstwa ever. Zamiast brnąć w kierunku tak łatwo osiągalnego sukcesu, Taylor musiał jednak (za nakazem szefostwa jak mniemam) wrócić do kwestii marynistycznych tajemnic Blüdhaven i zrobić z Dicka etatowego pirata na usługach swojej byłej. Fajnie poszerza się tu lore miasta, chemia między bohaterami jest napisana świetnie, niby nie ma na co narzekać. Mimo to nie byłem w stanie się tą historią przejąć, jej klimatyczne oderwanie od reszty runu wymiotło mi z czaszki sporo nagromadzonego wcześniej zachwytu. Poza główną osią scenariusza są też ścieżki poboczne, mniej istotne, ale nie zgłębiam ich, bo na ostateczne odczucia nie miały u mnie żadnego wpływu.

Wspomniany przed chwilą highlight tomu miażdży też wizualnie. Bruno Redondo na wiecznym propsie, nawet jeśli zwykle nie lubię sterylnego, trykociarskiego rysowania. Facet jest mistrzem języka komiksu, a i pojedyncze ilustracje traktuje z pietyzmem czyniącym z nich małe, pop-artowe perełki. Tym razem w ramach popisu walnął cały rozdział z oczu Nightwinga i choć pewnie nie jest to totalne nowatorstwo, to w rękach innego rysownika taki zabieg pewnie by się nie udał. Tu było efektowne i efektywne zarazem, choć ujęta z bocznej kamery sekwencja z tomu pierwszego nadal wypada lepiej. Sporo tu też, między innymi, ilustracji od Travisa Moore i Stephena Byrne na poziomie zadowalającym, przy czym pierwszy nieco wyróżnia się bardziej charakterystycznym stylem, ale obaj fajerwerkami po oczach nie walą. Dobra robota i tyle.

Bardzo porządne superhero moi drodzy. Sporo niewykorzystanego potencjału napoczętego zarówno w częściach poprzednich, jak i nawet w ramach tego albumu, ale totalnie przysrać się jednak nie mogę. W ogólnym rozrachunku mogło być gorzej. Ba, wręcz spodziewałem się, że będzie gorzej i w przypadku każdej innej serii tak pozytywne zaskoczenie byłoby powodem do radości, a tu ostatecznie troszkę mi smutno. Choć drugi tom nie doskoczył do powalającej jakości pierwszego, to nadal rozstawiał gatunkową konkurencję po kątach. Trójeczka za to, co przyznaję z żalem, staje w jednym rzędzie z kolegami uparcie unikającymi wychodzenia przed szereg miałkiej bylejakości. Gdyby nie talent Toma Taylora, byłby to paździerz, a tak mamy tylko prezentację niższej formy od twórcy słusznie wzbudzającego większe oczekiwania. Do końca jego runu został nam już chyba tylko jeden zbiór i nie mogę powiedzieć, bym wiązał z nim szczególnie wielkie nadzieje.

Autor: Rafał Piernikowski


poniedziałek, 5 maja 2025

Sierżamt Rock i Armia Trupów. Campbell/Risso

 


Przede wszystkim Egmont podszedł do sprawy od złej strony. Nigdy bowiem nie publikowano u nas kultowych w USA komiksów o Sierżancie Rocku, których rysownikiem był nieżyjący już gigant tego medium: Joe Kubert. Wiem, że oryginalne historie o słynnym żołnierzu są pewnie już ramotami, ale wypuszczanie postmodernistycznego, swoistego współczesnego miszmaszu łączącego świat Rocka z opowieścią o żywych trupach jest trochę bezsensowne. Odbiorca najzwyczajniej nie zna kontekstu i trudno mu będzie stwierdzić, czy to połączenie działa i jak dobrze parafrazowany jest oryginalny komiks.


Sam uważam, że jestem trochę za wąski w uszach na tę opowieść, bo z przygód Rocka znam tylko współczesną wersję. Tę rysowaną co prawda przez wspomnianego Kuberta, ale pisaną ręką należącego do innego, dużo młodszego pokolenia Briana Azzarello. To też nie był zresztą od strony scenariusza komiks w pełni spełniający potencjalne oczekiwania, nadrabiał to jednak ilustracjami Kuberta. W przypadku „Sierżanta Rocka i armii trupów” jest niejako podobnie. Co ciekawe, scenariuszem zajął się gość, który nie jest profesjonalistą. Za klawiaturą zasiadł bowiem w tym przypadku Bruce Campbell, ikoniczny aktor znany z serii filmów „Martwe zło” i „Armii ciemności”. Zastanawiam się tym samym, czy mam w ogóle zestawiać tego artystę z ludźmi piszącymi na co dzień. Jasne przecież jest, że słynny Ash nie ma wyrobionego literackiego warsztatu.


Nie okłamujmy się więc, od strony fabularnej to nie jest sztosisko. Musieliby mi też dużo zapłacić, żebym powiedział, że to ogólnie dobry komiks. Swoją drogą stylistycznie ta historia najbliżej umiejscowiona jest filmu „Bękarty wojny” Tarantino. Komiks Campbella to bowiem opowieść ukazująca alternatywną historię zgładzenia nikogo innego jak samego Adolfa Hitlera, który pod koniec wojny, w akcie desperacji, zaczyna wskrzeszać swoich żołnierzy za pomocą serum zamieniającego ich w zombie. Rzecz trzyma się z dala od jakiejkolwiek prawdy historycznej. To po prostu komiks, ale taki w złym tego słowa znaczeniu, co oczywiście nie oznacza od razu, że mamy do czynienia z czymś nieatrakcyjnym. To pulpa na pełnej kurwie, korzystająca z dobrodziejstw parafrazy i remiksu. Budowa tej opowieści nie jest nawet strasznie zła; czuć jednak brak literackiej ręki. Ash postawił na opowiadanie obrazem i tylko domyślać się mogę, jak ten jego scenariusz wyglądał od strony technicznej. Możliwe też, że ktoś mu to przejrzał, bo narracyjnie jest ogólnie dobrze. Nie ratuje to jednak tej opowieści.


Na całe szczęście wszystko niesie na swoich barkach rysownik. Kuberta nie da się co prawda zastąpić, ale wciepanie na ołówki samego Eduardo Risso, autora grafik do „100 Naboi”, to strzał w dziesiątkę. Risso ma wyjebane i nie próbuje naśladować Kuberta. Leci ze swoją charakterystyczną, komiksową, nieco cartoonową kreską, rysując – w przeciwieństwie do Kuberta, który dbał o całe rekwizytorium – dość umownie. Nie bawi się w odrysowanie najdrobniejszych szczegółów. Jego prace przez to pasują idealnie do przegiętej, pulpowej tematyki „Sierżanta Rocka i armii trupów”.


Generalnie nie bardzo wiem jednak, komu ten komiks mógłbym polecić. Nawet ja, miłośnik pulpy, cenię sobie dobrze napisane historie. Niestety robota Campbella nie należy do rzemiosła wysokich lotów. Nie ma w nim zbyt wielu elementów, które mógłbym pochwalić. Sięgnąć po ten komiks powinni pewnie głównie miłośnicy Eduardo Risso, gdyż akurat on – mimo iż nie wznosi się na wyżyny – rysuje całkiem nieźle i nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Innym odbiorcom ten komiks zdecydowanie odradzam.





Gwiazda pustyni. Tom 2. Labiano/Desberg

 


Prequel bardzo chwalonego przeze mnie komiksu autorstwa Mariniego i Desberga. Trudno nazwać go wyczekiwanym, gdyż tym razem Marini wspierał autorów tylko dobrym słowem, a mimo wszystko jego nazwisko znajduje się na okładce w celach zapewne komercyjnych. Desberg jednak dobrze czuje historię, której pierwszą część nazwałem jego opus magnum.


Komiks zdecydowanie nie jest zły i jeśli cenicie opowieści westernowe o Indianach – bo o nich głównie traktuje ten tom – zdecydowanie powinniście dać temu albumowi szansę. Nowa odsłona „Gwiazdy pustyni” bardzo sprawnie cofa się w czasie i ukazuje, jak tępiono i robiono w bambuko rdzennych Amerykanów, będąc przy okazji opowieścią o fałszywości przedstawianego w westernach (i nie tylko) mitu założycielskiego. Wiem, myślicie pewnie z automatu o „Skalpie” i ukazanym przez Aarona i Guere obrazie Indian zdegenerowanych przez kontakt z białymi. To nie jest jednak opowieść aż tak wybitna, nie odnajdziecie tu więc fabuły na podobnym poziomie. Niemniej znalazło się tu miejsce na portret społeczności rdzennych i jak na mikrą objętość – jakieś 100 stron – rzecz jest dość głęboka i zapewniam, że nie zostawi Was z niedosytem. Prócz wątków społecznych to również tragedia przepisana na pełnokrwisty dramat w kostiumie dzikiego zachodu. Dramat krwawy, brudny i nie dający czytelnikowi zbyt wielu złudzeń.


Graficznie również jest całkiem nieźle. Owszem, nie ma na pokładzie Mariniego, ale jego następca – Labiano – podołał i świetnie odnalazł się w tym gatunku. Brak tu jednak zdecydowanie talentu naszego ulubionego Włocha do rysowania pięknych kobiet i scen erotycznych, które wzbudzały przecież duże emocje w pierwszym tomie „Gwiazdy pustyni”. Mimo iż wszystko czyta się dobrze, to trudno mi doszukać się geniuszu u tego rysownika. Na pewno nie jest rzemieślnikiem-artystą na miarę Mariniego. Nie jest z drugiej strony też osobą pozbawioną umiejętności rysowniczych i w sumie dobrze, że nie próbował wejść w buty poprzednika. Zrobił ten komiks po swojemu i to mu się chwali.


Sądząc po topce Gildii, na której po premierze wylądowała „Gwiazda Pustyni”, komiks sprzedaje się nieźle. Podejrzewam więc, że fanów jedynki nie muszę namawiać do zakupu. Jeśli jednak wciągnęli jedynkę tylko dla talentu Mariniego i nic więcej z tego komiksu nie wynieśli, raczej nie powinni sięgać po ten prequel. Cała reszta – chętna przeczytać dobry, acz nie dający zbyt wiele nadziei komiks Desberga – niechaj wali w ten album jak w dym.