Nie przesadzę, jeśli powiem, że Jason jest jednym z najważniejszych artystów mojego życia. Nie pisałem o jego twórczości od wielu lat, bo jakoś nie było okazji, ale bardzo się cieszę, że już od jakiegoś czasu — za sprawą wydawnictwa Kurc — na polskim rynku pojawiają się kolejne zbiorki jego prac. „Papuga Fridy Kahlo” jest tym najnowszym.
Czasem myślę, że Jason nie istniałby artystycznie bez cytatu. Bez całej kulturowej otoczki, do której nawiązuje niczym najciekawsi postmoderniści filmowi lat 90. i początku 2000 (bo w gruncie rzeczy, mimo dobierania stricte komiksowych środków tematycznie kluczy najwięcej wokół celuloidowych nurtów i gatunków), nie miałby tyle wdzięcznych motywów i pretekstów do snucia swoich opowieści. Warto jednak zauważyć, że z jednej strony inspiruje go Jean-Pierre Melville, z drugiej slapstick rodem z początków kina, a z trzeciej wybite za narkotykowe długi zęby słynnego jazzmana-samobójcy, Cheta Bakera. Nawiązania są wyjątkowo bogate. Tematycznie nie stoi więc twardo w jednym miejscu i raczej rzadko się powtarza, chyba że chodzi o jego ukochane noir. Nieraz bowiem parafrazował „Asfaltową dżunglę” czy „Killing” Kubricka.
Formalnie w jego komiksach pozornie nie dzieje się dużo. Jason opanował swój minimalizm do perfekcji i przy użyciu oszczędnych środków potrafi opowiedzieć zarówno thriller polityczny, jak i spektakularną historię sci-fi. Chętnie sięga po pulpę, ale jego noir czy fantastyka naukowa zawsze podszyte są wątkami egzystencjalnymi — nieraz kafkowskimi — co mimo korzystania z popkulturowych elementów czyni z niego całkiem poważnego artystę, a nie tylko gatunkowego kuglarza pokroju Tarantino.
Trudno powiedzieć ostatecznie, czy Jason jest quasi-bitnikiem, punkowcem czy jeszcze czymś innym. Myśląc o nim zawsze postrzegam go jednak jako autora kontrkulturowego, mimo iż dawno wyszedł z undergroundu i jest publikowany przez najważniejsze wydawnictwa na świecie, a jego oryginalne prace osiągają całkiem fajne ceny. Na pewno nie jest już osobą działającą na spontanie; przez lata wyrobił sobie warsztat, z którego korzysta bardzo świadomie. Z Jasonem już od dobrych dwóch dekad trzeba się na scenie komiksowej liczyć. To bardzo ciekawe, bo pochodzący z Norwegii artysta musiał zapewne włożyć masę pracy w budowanie swojej pozycji w krajach anglosaskich i frankofońskich.
Jason doczekał się (sam tak zresztą pisałem) porównań z kinem Jima Jarmuscha, bliski jest mu również Aki Kaurismäki czy wspomniany na rewersie niniejszej książeczki Wes Anderson. Egzystencjalny wydźwięk jego miniatur zbliża je też do niepohamowanej sugestywności i siły miniatur i poezji Charlesa Bukowskiego, którego Norweg zdaje się szczególnie sobie ukochał, bo portretował go kilka razy i zrobił nawet okładkę do norweskiego wydania jego twórczości.
Jak wspomniałem, na pewnym poziomie jego praca to filmowa robota. Zamiast aktorów używa jednak prościutko narysowanych animorfów o beznamiętnych twarzach, łudząco podobnych do Bustera Keatona. Psy, ptaki oraz inne zwierzaki chodzące na dwóch nogach i porozumiewające się jak ludzie to dla niego postacie, z których korzysta niezwykle sprawnie, niczym z plejady znanych aktorów złotej ery Hollywood. Nierzadko odwołuje się przy tym do istniejących postaci, przykładowo parafrazując w tym tomiku „Noc myśliwego” z Robertem Mitchumem. Korzysta wtedy — po mistrzowsku — z rekwizytu i kostiumu. Spojrzymy raz na rysunek i od razu wiemy, że to dany aktor, dana postać.
Jason lubi dramat, ludzkie tragedie i smutne tematy. Ostatnio zaaranżował nawet na potrzeby komiksu niezwykle dołującą biografię Nicka Drakea, jednego z najsłynniejszych brytyjskich folkerów. Bardzo czekam na następne komiksy tego twórcy. Część już mam na półce po angielsku, więc jestem trochę do przodu z tematem na tle naszego rynku. Jednak nawet ja mam w zbiorach jakieś braki i mam cichą nadzieję, że Wydawnictwo Kurc pozwoli je sukcesywnie uzupełnić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz