Sprawa wygląda tak, że
„Batman/Spawn” miał początkowo recenzować szacowny naczelny
tego bloga. Zniechęcił się jednak, a skoro ja zwykle biorę na
klatę ryzyko obcowania z potencjalnie fatalnym capeshitem… no
miało mi to szanse się spodobać. Mogłem chociaż bez uprzedzeń
dostrzec mocne strony potworka, nawet jeśli okazałby się ogólnie
pokraczny. Czy możemy uznać, że nie miałem racji, żałuję
swoich decyzji i na tym zakończyć? Nie? No dobra, to lecimy z
cierpieniami młodego wertera (z małej litery bo to rzeczownik od
„wertowania”).
Fabuła? Jaka fabuła? Trzy osobne,
wydane w różnych latach historie, na kartach których Spawn
napierdziela się z Batmanem z powodu okoliczności wyciągniętych
mniej lub bardziej z tyłka, a potem przestają bo powstrzymanie
jakiegoś większego zła jest bardziej naglące od kłócenia się o
to, kto ma bardziej traumatyczną przeszłość i niepraktyczną
pelerynę. Pierwszy scenariusz od Todda McFarlane, drugi od Douga
Moencha, Chucka Dixona oraz Alana Granta, a trzeci od (heh) Franka
Millera. Każdy z panów zdecydowanie daleko od szczytu formy.
Zacznijmy więc może od tego, co
potencjalnie da się uznać za zaletę tego marnotrawstwa celulozy.
Grubo ponad 100 stron materiałów dodatkowych, nasza okazja na wgląd
za kulisy powstawania komiksu, który mógłby nie powstać. Jest to
jednak coś, co chciałbym widzieć w każdym większym wydaniu
zbiorczym i po usunięciu z tego tomu faktycznej treści ten bonus
sam w sobie byłby wart uwagi, bo ani nie ma w nim męczącego
substytutu fabuły, a i najbrzydsze rysunki wyglądają całkiem
nieźle w postaci szkiców. Poza tym odrobinkę wartości przy
dobrych chęciach da się porządną koparką ekshumować z samych
historii. U McFarlane'a fajnie zarysowane jest podobieństwo obu
mrocznych mścicieli, druga część najbardziej trzyma się kupy z
logicznego punktu widzenia, a scenariusz Millera kipi od
samoświadomości, do przesady.
Chyba właśnie wypociny Franka Millera
były bowiem gwoździem do trumny tego zbioru. Wcześniej byłem
znudzony, lekko zażenowany, ironicznie rozbawiony momentami. Todd
McFarlane napisał krawędziowy scenariusz ze strzępkami wydarzeń
sklejonymi nieudolnie za pomocą komicznie patetycznego narratora, w
którym żadna z postaci będących główną atrakcją tego albumu
nie zachowuje się w sposób dla siebie typowy a samo ich spotkanie
wynika z niepotrzebnie przekombinowanej intrygi. Odpowiedzialna za
środkowy fragment trójka autorów doszła do jakiegoś względnie
sensownego porozumienia, jeśli można za taki uznać opowieść o
demonie psującym elektryczność w Gotham w celu uformowania
świetlistego pentagramu na mapie miasta. Frank Miller za to, ło
panie, Frank Miller poza wspomnianą już samoświadomością
wykroczył poza jakiekolwiek granice reinterpretacji postaci, robiąc
z Batmana absolutnie nieśmieszną parodię nawet w porównaniu do
własnego „The Dark Knight Returns”. To nie przemyślany śmiech,
to boleśnie długo uciągnięty, prymitywny rechot z własnego żartu
opowiadanego od wielu lat w coraz bardziej zdegradowanej formie.
Pewnie myślicie, że przynajmniej
popatrzeć na coś tu można, oczy nacieszyć jakimiś pięknie
ilustrowanymi wygibasami dwójki koksów w czarnych getrach,
pozachwycać się spontanicznie tworzącymi się splotami peleryn o
kontrastowych kolorach. No trochę takich chwil jest, ale
zatrzymajcie czapki na łepetynach. Wiele mówi chyba, że najlepiej
wypada w całokształcie Greg Capullo w swoim typowym, trykociarskim
wydaniu. Dynamicznie, szczegółowo, technicznie doskonale,
przerośnięte płaty czołowe, znacie jego kreskę. Najbardziej
staroszkolny wizualnie fragment ilustrowany przez Klausa Jansona może
z pewnością spodobać się tym z was, którzy nowomodne superhero
uważają za kute na jedno kopyto. Jego strony z daleka zachwycają
elaboratnym układem, ale po bliższym przyjrzeniu się większość
rysunków wygląda jak pośpieszne wrysy ze strefy autografów na
mało znanym konwencie. Kiepsko? Ja tam takie grafiki uwielbiam,
tylko uprzedzam. Franka Millera wspomógł rysunkami Todd McFarlane i
jest to ewidentnie jego rozpoznawalny, bałaganiarski styl. Nie
widziałem jednak dawno gorszych rysunków w jego wykonaniu, od jego
roboty przy Spider-Manie dzieli to przepaść, od oryginalnej serii
ze Spawnem chyba trochę niedbalstwa. Trochę chyba wczuł się w
scenariusz Millera kpiący z czytelników.
Nie dajcie więc z siebie zakpić.
Jeśli nie jesteście absolutnymi, bezkrytycznymi kompletystami
Spawna, to nie warto. Jeśli jesteście absolutnymi, bezkrytycznymi
kompletystami Batmana, to też nie warto. Dla garści porządnych
rysunków i godnej podziwu ilości materiałów dodatkowych
musielibyście się narazić na wymuszony i bezcelowy team-up, który
nijak nie potrafi wykorzystać potencjału pary ikonicznych
bohaterów. Ogólnie spotkania kultowych postaci z różnych
wydawnictw często rozmijają się z jakością, ale to chyba
najbardziej nieudane podejście do tematu, z jakim miałem do tej
pory do czynienia.
Autor: Rafał Piernikowski