wtorek, 3 września 2013

Zdolne łapy Szłapy - trylogia Bler



(...) Początkowo seria wykorzystywała ograne motywy znane z kart amerykańskich komiksów, przełożone na naszą polską rzeczywistość. Trylogia opowiada o mieszkańcu Krakowa, który w tajemniczych okolicznościach zostaje obdarzony nadludzką mocą. Za całą sprawą stoi tajna organizacja, która pomaga mu ukierunkować działanie i wykorzystać nowo nabyte umiejętności do pomagania ludziom. Wbrew pozorom, głównym atutem serii nie jest jednak to, że opisuje ona przygody polskiego superbohatera. Autor stworzył komiks, który aspiruje do bycia czymś więcej niż sztampową trykociarską opowieścią o walce dobra ze złem.

Szłapa oczywiście korzysta ze sprawdzonych zachodnich patentów, odcina kupony, podpiera się dosłownymi cytatami, ale z tomu na tom historia rozwija się w zupełnie innym kierunku, niż można by się spodziewać. Autor gra superbohaterską konwencją, mieszając ją z innymi gatunkami – sensacją pokroju „Tożsamości Bourne’a”, thrillerem psychologicznym oraz horrorem z elementami zapożyczonymi z lovecraftiany („Pamiętasz legendę o smoku pod Krakowem? Tu rzeczywiście coś było… Nie jakaś przerośnięta jaszczura. To było coś potwornego, nie do ogarnięcia…”).



środa, 28 sierpnia 2013

Pięć to liczba doskonała.

Na Croma! Pięć lat! O Matkobosko Szorstkowłosa!  Pół dekady! Trudno mi uwierzyć, że blog przetrwał aż tyle. Mimo że w piąty rok swojego istnienia Arkham weszło z niemal miesięczną ciszą w eterze, to zapewniam, że to przejściowy okres. Piszę więcej niż zwykle, ale na efekty będzie trzeba jeszcze poczekać i nie wszystko co spłodzę wyląduje w internecie.

Jeszcze nie miałem okazji się pochwalić (bo sam  nie do końca jeszcze w to wierzę) a urodziny Arkham to chyba dobry moment: niedawno zostałem poproszony o napisanie wstępu do polskiego wydania bestsellerowego amerykańskiego komiksu "Kick-Ass" autorstwa Marka Millara i  Johna Romity (Juniora). Nie mogłem odmówić. Nigdy nawet nie marzyłem, że napiszę wstęp do czegokolwiek, a co dopiero do amerykańskiego komiksu głównego nurtu. Mimo że minęło już trochę czasu, to  pisząc te słowa jeszcze muszę się szczypać żeby uwierzyć, że napisałem intro do historii, którą zilustrował jeden z idoli mojego dzieciństwa -  John Romita Jr, autor rysunków do "Daredevil: Man Without Fear" (ze scenariuszem Franka Millera) i "The Punisher War Zone".  "Kick-Ass" to zresztą bardzo udany hołd dla tych komiksów i wielu innych rzeczy, którymi zaczytywałem się gdy byłem jeszcze małym Krzysiem Rysiem. Jeśli więc tak jak ja kochaliście Daredevila, Wojownicze Żółwie Ninja, Spider-Mana i Punishera, to sięgnijcie po ten album, bo to uwspółcześniona krwawa wariacja na temat tych bohaterów, będąca zabawną i zarazem gorzką opowieścią na temat okresu dorastania. Warto się temu komiksowi przyjrzeć również dlatego, że dla dzisiejszych dzieciaków "Kick-Ass" i jego ekranizacja są tym, czym dla mojego pokolenia były komiksy Semika.



Od dłuższego czasu "Kick-Ass" jest już na półkach sklepowych i ponoć sprzedaje się bardzo dobrze.


Do końca listopada Arkham będzie rzadko aktualizowane (raz- dwa razy w miesiącu). Obiecuję jednak, że po nowym roku nadrobię zaległości i postaram się wrócić do regularnych wpisów. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają. Wydawcom, czytelnikom, ludziom z którymi pracuję i przyjaciołom (niektórych z Was znam tylko z internetu, ale uważam za przyjaciół - mam nadzieję, że o tym wiecie).  Dzięki, że jesteście!

Keep Crom!

Wszystkim nieposiadającym konta na Facebooku, a tęskniącym za moimi wynurzeniami przypominam, że  sporo dzieje się na fanpage'u Rękopisu: klik. Żeby tam zerkać nie trzeba się rejestrować. Jutro tradycyjnie ogłoszę tam rocznicowy konkurs.

piątek, 2 sierpnia 2013

Mooreonomicon # 4: Saga o Kapitanie Brytanii

Kolejny Mooreonomicon. Tym razem na występach gościnnych w ArtPapierze. Pierwotnie tekst miał ponad 10 tys. znaków, bo o Kapitanie można pisać dużo, ale skrócony do formy recenzji wydaje mi się atrakcyjniejszy dla czytelnika. 



Pojedynczy odcinek przygód Kapitana Brytanii miał zaledwie osiem stron. W jednym z epizodów Alan Moore rozpisał planszę z dziesięcioma wąskimi panoramami, na których w sekwencjach przedstawione jest jedynie odpalanie papierosa. Rodzi się pytanie, gdzie był wtedy edytor? Dobrze musiało się pracować w brytyjskim odłamie Marvela na początku lat osiemdziesiątych. Lektura „Captain Britain: A Crooked World” wskazuje na to, że panowała tam wówczas duża swoboda artystyczna. Dziś Moore ma na pieńku z Marvelem, tak samo jak ze wszystkimi innymi dużymi amerykańskimi markami komiksowymi. Niemniej w tamtych czasach brytyjska placówka „Domu Pomysłów” stała się dla niego azylem, dzięki któremu mógł zarabiać na utrzymanie rodziny. Było to na tyle intratne zajęcie, że zgodził się przejąć serię o postaci, która wydawała mu się skrajnie nieciekawa i niewiarygodna od strony psychologicznej. Napakowany milioner-naukowiec w niedorzecznym kostiumie niemal w całości pokrytym grafiką z brytyjską flagą, który został obdarzony nadludzką mocą przez przypadkowo napotkanego Merlina (aż sprawdziłem, czy ów Merlin nie był napromieniowany i go nie ugryzł). Któż nie chciałby tego pisać?

Przejmowanie serii było jak przechwytywanie kierownicy samochodu pędzącego w stronę przepaści. Kapitanowi groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Przebywał właśnie w alternatywnej rzeczywistości, w której złoczyńca Mad Jim Jaspers ukatrupił wszystkich superludzi i przejął władzę nad światem. Moore, zamiast wcisnąć hamulec, spokojnie pozwolił samochodowi spaść w przepaść. Zabił Kapitana, po czym (niespodzianka!) wskrzesił go i wysłał z powrotem do współczesnej mu Anglii (a raczej do ówczesnej marvelowskiej Brytanii osadzonej w głównym kontinuum zwanym Earth-616) i zaczął na nowo ustawiać figury na szachownicy dopasowując przebieg rozgrywki do swoich celów. Moore pozbył się jego niedorzecznego pomagiera (bajkowo przedstawianego roześmianego Elfa), podarował mu rodzinę (a raczej siostrę, bo Kapitan, wedle obowiązujących superbohaterskich schematów, był oczywiście sierotą) i kilka powodów, dla których warto mieszać się w międzynarodowe i międzygalaktyczne rozróby. Mimo tak drastycznych jak na tamte czasy środków i brawurowego wprowadzenia, scenariusz był początkowo zachowawczy, przez co „Captain Britain: A Crooked World” czytany jako wydanie zbiorcze wydaje się być dziełem nierównym.


Po bardzo interesującym prologu, Moore funduje nam trochę superbohaterskiej bitki sprowokowanej przez S.T.R.I.K.E - angielską, skorumpowaną wersję S.H.I.E.L.D. Potem wciąga Kapitana w proces sądowy w konwencji space opery, przypominający finał słynnego „Dark Phoenix Saga”. O ile te dwie opowieści są dobre i zabawne, to dopiero finałowa historia jakością zbliża się do najlepszych prac Moore'a. Jednym z bohaterów trzeciej miniserii jest sama Wielka Brytania. W komiksie jest krajem mrocznym, skorumpowanym, targanym społecznymi problemami. Na tym poziomie jest to opowieść mająca wiele wspólnego z „V jak Vendetta” - stricte autorskim dziełem, które Moore pisał w tamtym okresie dla magazynu „Warrior”, oraz z tworzonym dekadę później „Prosto z piekła”. Wątki społeczno-polityczne nie są tu tak daleko posuniętymi metaforami, jak w przypadku amerykańskich „X-Menów”, w których za pomocą niechęci ludzi do mutantów podejmowano problem rasizmu i nietolerancji. Moore wali prosto z mostu. Obok zakorzenionego już w Marvelu Hellfire Club pojawia się tu wspomniane  S.T.R.I.K.E i (co najciekawsze) dochodząca do władzy British National Party - skrajnie nacjonalistyczna partia, która w latach osiemdziesiątych, po ogólnym rozczarowaniu burzliwymi przemianami kulturowymi lat 60. i szybko wygasłym punkowym buntem, zdobywała dużą popularność wśród klasy robotniczej. W komiksie jej przywódcą jest alter-ego Mad Jima Jaspersa, z którym Kapitan spotyka się w równoległym świecie. Co ciekawe, twarz polityka do złudzenia przypomina oblicze wodza przedwojennej brytyjskiej partii faszystowskiej - Oswalda Mosleya. Autor wykorzystuje ideę światów alternatywnych do komentowania współczesnej mu rzeczywistości, podkreślając zarazem, że historia lubi się powtarzać.





Rozpatrując ten komiks od strony rozwoju warsztatu genialnego Brytyjczyka, dojdziemy do wniosku, że to pozycja, dzięki której przygotował się do pisania „Sagi o Potworze z Bagien” który, podobnie do Kapitana, wydawał mu się postacią nieatrakcyjną i niewiarygodną od strony psychologicznej. Występują tu bardzo podobne rozwiązania scenariuszowe, bo Moore utwierdził się w tym, że najradykalniejsze posunięcia są często najlepsze. Duże zbieżności z „Potworem z Bagien” znajdziemy też w warstwie graficznej. Głównie dlatego, że Moore w podobny sposób eksperymentuje z narracją wizualną. Rysownik Alan Davis wtóruje dzielnie jego pomysłom. Jego kreska z tamtego okresu może się dziś nie podobać (trąci zresztą tanią masówką), ale kompozycje plansz nie odstają poziomem od prac rysowników, z którymi przyjdzie Moore'owi współpracować w tamtym okresie. Warstwa wizualna odzwierciedla stany emocjonalne postaci i buduje atmosferę pod rozbudowaną narrację literacką jaką serwuje scenarzysta. Przykładowo, układ paneli raz przypomina zbite w drobiazgi lustro, innym razem są to bardzo wąskie kadry, na których znajdziemy zabiegi zaczerpnięte z języka filmu, imitujące ruch kamery i sprawiające wrażenie stopniowego przybliżania się widza do obiektu. Mad Jim Jaspers wywołuje u bohaterów psychodeliczne halucynacje, co również znajduje odzwierciedlenie na surrealistycznych, widowiskowych planszach. Sprawiło to, że czytając „Captain Britain: A Crooked World” miałem wrażenie obcowania z komiksem stworzonym raczej dla wczesnego Vertigo, niż dla „Domu Pomysłów”.


W przeciwieństwie do ukazujących się w tym samym czasie w Ameryce komiksów ze stajni Marvela, „Captain Britain: A Crooked World” jest dziełem intelektualnie pełnym, nie uproszczonym. Nie wnosi jednak wiele do tego uniwersum, nie zmieni też spojrzenia wyrobionego czytelnika na twórczość Moore'a. Jednak ze względu na trudną dostępność „Marvelmana”/„Miraclemana” może być jedyną okazją do sprawdzenia tego, jak legendarny scenarzysta szukał swojego miejsca w komiksie mainstreamowym. Warto też zauważyć, że mamy do czynienia z komiksem, który ukazywał się między 1982 a 1984 rokiem. Myśląc o początkach kontestacji w głównym nurcie komiksów o superbohaterach, zazwyczaj wskazujemy na dwa amerykańskie tytuły: „Strażników” duetu Alan Moore-Dave Gibbons oraz „Batman: Powrót Mrocznego Rycerza” Franka Millera. "Captain Britain" w rękach Moore'a stał się reprezentantem dojrzałego oblicza konwencji, do którego czytelnicy są dziś przyzwyczajeni i które cenią najbardziej.




poniedziałek, 8 lipca 2013

Za Imperium tom 1: Honor - Merwan Chabane, Bastien Vivès, Sandra Desmazières




Odkąd Egmont przystopował z wydawaniem Plansz Europy i całkowicie zrezygnował z Zebry, brak na polskim rynku czegoś, co mogłoby zastąpić te znakomite linie. Taurus rozbudował swój segment z komiksem europejskim - to tytuły dobre i bardzo dobre, ale to właściwie same gatunkowe czytadła. Centrala przybyła, zobaczyła i uderzyła...

Teoretycznie "Za Imperium", opowieść o oddziale legionistów wysłanych z misją podbijania nieznanych krain, to seria wpisująca się tematycznie w mainstreamowy nurt komiksu frankofońskiego. Jednak przeglądając przykładowe plansze od razu dostrzeżemy, że coś tu nie gra. Maniera graficzna, jaką posługuje się duet Merwan/Vivès sprawia wrażenie nieprzystającej do konwencji gatunkowych. Swobodny, niebanalny, momentami bardzo umowny rysunek (są tu pojedyncze kadry wyglądające jakby wyszły spod ręki Janka Kozy!) zdaje się wyrwany z autorskiej powieści graficznej. Styl ten nie został jednak użyty do opowiedzenia o osobistych problemach autora, historii bardzo dziwnej choroby czy tragedii emigranta. Na znakomicie zakomponowanych planszach przedstawione zostały pełne dynamiki sceny walk i codzienność rzymskich legionistów. Wszystko zostało pokryte spatynowanymi, bardzo oryginalnymi kolorami, za które odpowiada Sandra Desmazières. Nad odznaczającymi się czerwienią strojami legionistów rozpościera się niebo o przedziwnej barwie, które o zmierzchu rzuca na bohaterów zielonkawą poświatę. Zabiegi, jakim poddano plansze sprawiły, że wyglądają one na przybrudzone, wyblakłe, naznaczone czasem i rozmyte przez zacieki - jakby wystylizowano je na malunki, które można znaleźć na murach antycznych budowli.



Siadając do pisania tego tekstu odczuwałem dyskomfort, który zna każdy publicysta próbujący ocenić pierwszy tom dłuższego cyklu. Przeglądam świetne, rozbudowane recenzje kolegów, którzy zdążyli już ten album odfajkować ... i drapię się w głowę. Może mi złośliwy listonosz kartki z albumu powyrywał, albo co... bo ja w pierwszym tomie "Za Imperium" dostałem tylko kilkadziesiąt stron wprowadzenia i uważam, że jeszcze za wcześnie na daleko posuniętą interpretację czy konkretną ocenę. Bo tak naprawdę, mimo iż o nietypowej szacie graficznej można napisać dużo, to trudno jeszcze cokolwiek powiedzieć na temat fabuły, którą można póki co streścić w jednym zdaniu: legioniści zostali wysłani poza granice Imperium i wędrują w enigmatyczną pustkę. Oczywiście wyrobiony czytelnik może mnożyć w tym kontekście skojarzenia, szukać w tym jakiejś metafizyki, bo i mi myśli o "Krwawym Południku" czy "Jądrze Ciemności" nasunęły się same... Ale będą to tylko dywagacje, bo równie dobrze na rzymski oddział może zaraz wyskoczyć horda zombie, kosmici albo hiszpańska inkwizycja.


Niemniej, muszę z ręką na sercu przyznać, że zostałem pierwszym tomem "Za Imperium" mocno zaintrygowany. To co zobaczyłem do tej pory podpowiada mi, że będzie to dobra, nieszablonowa opowieść będąca czymś więcej niż komiksem środka. Bowiem między warstwą graficzną a fabułą "Za Imperium" zachodzi podobna zależność, jak w przypadku jednego z moich ulubionych komiksów - "Wyspy Burbonów", w którym Trondheim, artysta z pozoru łatwy do zaszufladkowania w komiksie awangardowym, wziął się za zilustrowanie przygodowej historii o piratach. Ku zaskoczeniu czytelnika, nie tylko wyszedł z tego obronną ręką, ale też stworzył dzieło nieszablonowe i wybitne w swojej klasie. Oby Merwanowi, Vivèsowi i ich kolorystce również się ta sztuka udała.    

czwartek, 4 lipca 2013

A fiordy to mi z ręki jadły!





Wbrew pozorom, dzieci nudzą się nie tylko w czasie deszczu. Szczególnie, gdy nie mają sposobności wyszaleć się w gronie rówieśników. "Pustelnik" jest opowiastką o tym, jak skutecznie poradził sobie z nudą pewien mały Norweg, spędzający wakacje u babci mieszkającej nad brzegiem fiordów. Jego spektakularnymi przygodami są takie zdarzenia jak wyprawa na strych, odkrycie kartonu zapomnianych zabawek, czy spotkanie z krabem pustelnikiem. To opowieść o tym, jak świat zewnętrzny przemawia do dziecka, gdy ma ono okazję baczniej mu się przyjrzeć, co w czasach wszechobecnej (również przenośnej) elektronicznej rozrywki nie jest przecież tak częste. Jeśli szukać tu walorów edukacyjnych, to celem autora "Pustelnika" było prawdopodobnie pokazanie, że nawet samotna zabawa może być fascynującą przygodą.

Katalog wydawnictwa Centrala jest niepokorny. Oficyna lubi wydawać pozycje, które praktycznie nie posiadają potencjału komercyjnego - i chwała im za to. Biorąc do ręki "Pustelnika" pomyślałem jednak, że tym razem poszli za daleko. Ludziom przyzwyczajonym do książeczek w krzykliwej, cukierkowej estetyce, projektowanych tak, by były jak najlepiej sprzedającym się produktem, "Pustelnik" wyda się towarem nieatrakcyjnym. Rysunki Ernstsena mogą wprawić ich w konsternację, może nawet wydadzą się brzydkie. Jednak po lekturze patrzymy na nie już zupełnie inaczej - bije z nich ciepło i magia bezpośrednio nawiązująca do dziecięcych malunków - ale by się o tym przekonać, musimy "Pustelnika" najpierw kupić i przeczytać. Wydanie tak niepozornego komiksu dla dzieci (szczególnie, że jest to pozycja inicjująca linię historii obrazkowych dla najmłodszych) jest pomysłem szalonym i ryzykownym - utonie on przecież w morzu pięknie wydanych, przykuwających wzrok od pierwszej chwili książkowych publikacji, jakie zalewają księgarnie.

"Pustelnik" to komiks kierowany do małych dzieci (poniżej dziesiątego roku życia). Prościutka opowieść, którą zawiera, jest czymś, z czym będą mogły się bezpośrednio utożsamić. Wszak w ostatnie wakacje zapewne biegały z wiaderkiem i zbierały doń ślimaki, czy inne stworzenia znalezione w trawie. Komiks Ernstsena przypomni im fantazje, snute w trakcie samotnej zabawy podczas pobytu u dziadków albo sprowokuje dziecięcą wyobraźnię, gdy zorientują się, że telewizja nie działa (wszak cyfryzacja mogła jeszcze do dziadków nie dotrzeć) - wyjrzą przez okno na podwórko i stwierdzą, że tam też dzieje się wiele ciekawych rzeczy. Dorosłym zaś może podpowiedzieć, że włączenie się w zabawy dzieci może zaowocować wspaniałymi wspomnieniami.


sobota, 15 czerwca 2013

Ott jest jak szuler...




Szwajcarski rysownik objawił się w Polsce dwoma błyskotliwymi zbiorami komiksowych miniatur: "Exit" i "Cinema Panopticum". Oba wyprzedały się bardzo szybko, a autor stał się jednym z ulubieńców krytyki i czytelników. Nic dziwnego - Thomas Ott doprowadził swój warsztat do perfekcji, a do tego wypracował swój własny, niepowtarzalny styl.

Swoje gorzkie, groteskowe prace wydrapuje - jakby za karę - małym japońskim nożykiem na arkuszach pokrytych czarnym tuszem. Filmowość i rytmiczność jego narracji robi niesamowite wrażenie. Jeśli szukałbym dla jego prac jakiegoś odpowiednika w kinie, wskazałbym na filmy Aronofsky'ego, Lyncha czy Finchera. To turpizm i ekspresjonizm, ale przefiltrowany przez współczesną,  postmodernistyczną wrażliwość, w której nawet intymny dramat, szekspirowska tragedia, czy adaptacja "Portretu Doriana Graya" musi być podana w formie intrygującej dla odbiorców znudzonych ciągłymi fajerwerkami. Ma szokować i drażnić, a przy tym być niezwykle atrakcyjna od strony wizualnej.



Kilka lat po sukcesie, jaki odniosły na naszym rynku jego albumy z krótkimi formami, Kultura Gniewu dała nam szansę zapoznać się z jego pierwszym pełnometrażowym dziełem. Album znów zgarnął bardzo dobre recenzje, jednak mi macki opadły. "Numer 73304-23-4153-6-96-8" dobitnie pokazał, że Ott artystycznie zabrnął w ślepą uliczkę. Genialny, filmowy warsztat narracyjny stał się dla niego pułapką, a sam komiks był niczym innym, jak szortem rozdmuchanym do ponad stu stron. Sekwencyjność stała się zbyt rozbudowana, a jego pracom zaczęło brakować komiksowej skrótowości. Ott zagubił się w filmowości, tak jak twórcy biograficznych powieści graficznych gubią się często w nawale literackości. Tych jednak jest dużo, można na nich machnąć ręką - Ott jest tylko jeden i to, że nie rozwija się już artystycznie, smuci mnie znacznie bardziej.   

Najnowszy album Szwajcara to dobry komiks. Może nawet bardzo dobry. Sądząc po entuzjastycznych recenzjach jakie zgarnia, zapewne nie zabraknie go w większości tegorocznych podsumowań. Sam chętnie stawiam na półce każdy nowy album Thomasa Otta, ale przy tym jestem wobec jego prac dużo bardziej sceptyczny niż inni publicyści.

W warstwie fabularnej "Nowożeńców" jest spokojniej i bardziej klasycznie niż w poprzednim jego albumie. Mniej tu pretensjonalnej psychodelii, a więcej kina suspensu i hitchcockowskiego thrillera. Znajdziemy tu niemal same panoramiczne kadry, co jeszcze bardziej podkreśla filmowe konotacje jego twórczości. Tym razem jest to trochę bardziej uzasadnione. "Nowożeńcy" są bowiem nietypowym albumem, będącym adaptacją filmowego dreszczowca, którego twórcy mocno inspirowali się pracami Otta. Duża sprawa, duży zaszczyt, ale w tej chwili jest to dla mnie nieistotne. Ja mam kolejny pełnometrażowy komiks Otta który mnie zawiódł. Wiedziałem jaki będzie zanim go przeczytałem. Ba! Wiedziałem to już zanim go stworzył. To dalej ten sam Ott którego znałem, i mogę się założyć, że całą historię pomieściłby na pięciu, może dziesięciu stronach. "Nowożeńcy" mają ich aż sześćdziesiąt. Do tego scenariusz nie różni się niczym od wielu innych jego historii, które dane mi było przez lata przeczytać. Można oczywiście bronić go twierdząc, że wielu genialnych autorów zwykło się powtarzać, cały czas eksploatując prześladujące ich tematy. Jednak twórczość Otta nigdy nie niosła ze sobą szczególnej wartości intelektualnej, więc nie bardzo jest do czego wracać. W jego komiksach liczy się tylko atmosfera i efekt, jaki pointa wywrze na czytelniku. 



Jeśli nie mieliście dotąd okazji przeczytać żadnego komiksu Otta - kupcie "Nowożeńców". Zrobią na Was wielkie wrażenie i będą dobrym tytułem na początek - szczególnie, że zbiory jego krótkich komiksów osiągają na rynku wtórnym zawrotne ceny. Jeśli znacie jego twórczość, to bardzo dobrze wiecie czego się spodziewać. Zdaję sobie sprawę, że na świecicie jest wielu Mamoniów i moja recenzja jest łyżką dziegciu w beczce miodu, ale osobiście czuję wielki niedosyt. Chciałbym, żeby Szwajcar mnie w końcu czymś zaskoczył. W przypadku "Nowożeńców" najbardziej zaskakujące było dla mnie to, że w oczach większości polskich recenzentów Ott dalej uchodzi za mistrza suspensu. Jest to dla mnie trochę niezrozumiałe, bo trudno tak nazywać kogoś, kto w kółko gra tymi samymi motywami. Ott jest jak szuler któremu skończyły się asy w rękawie.

środa, 5 czerwca 2013

Apokalipsa według dentysty






Mimo że horror w naszym kraju jest niezwykle popularny, to dalej cierpi z powodu niedowartościowania i braku zrozumienia. Smutna to tendencja, bo ignorowanie go trąci podziałami na sztukę wysoką i niską, a przecież chyba nie było innego komercyjnego gatunku, przez którego pryzmat tak wiele można się dowiedzieć o człowieku. Groza i tematy w niej poruszane są jak senny koszmar będący podświadomą projekcją lęków trapiących nie tylko jednostkę, ale całe społeczeństwa. Żyjąc w epoce dominacji horroru cielesnego (którego wpływy wykraczają często poza ramy gatunku – patrz: „Pasja” Mela Gibsona), jesteśmy w pewnym stopniu uodpornieni na wiele zjawisk kulturowych nacechowanych okrucieństwem. Sama tendencja, utożsamiana często z gore, to również efekt zachodzącej w obszarze sztuki emanacji wewnętrznych, doświadczanych przez jednostkę napięć. W Japonii gatunek ten zdaje się jeszcze bardziej wyskalowany – specjaliści twierdzą, że z powodów politycznych i społeczno-kulturowych.

Junji Ito, podobnie jak jeden z mistrzów kina gore Lucio Fulci, zdobył wykształcenie medyczne – zanim profesjonalnie zajął się tworzeniem komiksów, pracował jako dentysta. Można przypuszczać, że wiele z niepokojącej cielesności i fizjologii pojawiającej się w dziełach tego autora ma swoje korzenie w tym właśnie doświadczeniu.  Jego niedawno wydany w Polsce komiks łatwo dałoby się zbagatelizować, uznając go za jakieś niezdrowe japońskie dewiacje, bo „nie dość, że to horror, to jeszcze manga”. Byłoby to jednak postępowanie świadczące o krótkowzroczności. Zdecydowanie przestrzegam przed wylewaniem dziecka z kąpielą. „Gyo – Odór Śmierci” to krzywe zwierciadło, w którym odbijają się podskórne lęki naszej cywilizacji. Co więcej, wydźwięk utworu jest uniwersalny do tego stopnia, że komiks Ito można interpretować zarówno jako trawestację Biblii, jak i darwinizmu.