wtorek, 30 stycznia 2024

Kaczki. Dwa lata na piaskach. Kate Beaton.

 


This is a man's world”. Dokładnie chodzi o przemysł wydobycia węgla. Każda kobieta pracująca w tym sektorze budzi sensację wśród współpracowników i to wcale nie w pozytywnym sensie. Kate Beaton, autorka mocno nagradzanej powieści graficznej „Kaczki”, spędziła dwa lata w kanadyjskich obozach pracy (sic! Wiem, jak to brzmi, ale to małe miasteczka skupione wkoło kopalni, więc jak je inaczej nazwać?). Musiała tam pracować, by spłacić kredyt studencki, który zaciągnęła na studia humanistyczne. Nie wspomina tej pracy dobrze. Mówi się, że żadna praca nie hańbi, ale doświadczenia autorki są bolesne i nie ukrywa ona przypadków przykrego seksizmu, nawet jeśli nie wszyscy jej współpracownicy byli kanaliami. Nieraz czuła złość, była do głębi samotna. Gdy próbowała się poskarżyć, dano jej właśnie do zrozumienia, że to męski świat i sama się w niego wepchnęła, jakby to właśnie ona była wszystkiemu winna.


Sam spędziłem trochę czasu w różnych fabrykach i też mam przykre wspomnienia. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby przekuć je w bestsellerowy komiks, bo uważałem, że nie ma o czym opowiadać. Dla wielu ludzi na ciepłych posadkach to może być zaskakujące, ale ja w czasie lektury tylko ze zrozumieniem potakiwałem głową. Oczywiście, autorka miała przejebane – zaliczając najpierw narzędziownię a potem biuro – moim zdaniem jednak pracownicy fizyczni mają jeszcze gorzej i w sumie ich perspektywy mi brakowało w tym komiksie. Choć naturalnie Kate nie chciała mówić za nich, część bohaterów z dalszego planu traktuje z jakąś czułością. Ogólnie te wspomnienia to bardzo dobra, drobiazgowa i do bólu szczera robota. Jeśli chodzi o komiksowe memuary tego typu to pierwsza liga, więc nie dziwią mnie te wszystkie nagrody. Zastanawia mnie tylko los tych ludzi, którzy muszą tyrać tak całe życie, nie mogą uciec do innej ścieżki kariery i siedzą w tym przemyśle po uszy. Jedyne co mogą zrobić to zagryźć zęby albo strzelić sobie w palnik. Jestem bardzo ciekaw, co oni by sądzili o tym komiksie? Jest w nim scena, w której bohaterka czyta komentarze pod artykułem na temat swojego miejsca pracy i spotyka się w nich z niezrozumieniem.


Fakt, że komiks ten ruszył samego Baracka Obamę (wymienił go jako jedną z najlepszych książek, jakie przeczytał w 2022 roku) jest już wręcz częścią narosłej wokół tytułu legendy. To świadczy o dwóch rzeczach: o mocy samego dzieła i o wrażliwości społecznej byłego prezydenta USA. Siłą wspomnień Beaton jest bowiem to zdecydowanie to, że chcąc nie chcąc współczujemy dziewczynie. Nawet jeśli jej robota nie była tak straszna jak jej współpracowników na innych stanowiskach i działach, to swoje przeżyła i umiała to przekuć w przekonujący kawałek komiksu.


Od strony graficznej nie ma tu wodotrysków. Beaton rysuje kreską bardzo uproszczoną, służebną wobec narracji i fabuły. Mimo iż nikogo ta warstwa nie powali, to sprawdza się w swojej roli idealnie. Nie ma też jednak co ukrywać, że to warstwa literacka stanowi o sile tego komiksu. W krajowych recenzjach autorka doczekała się porównań z polskimi graficzkami. Z całym szacunkiem, ale taka Anna Krztoń rysuje od niej lepiej, ciekawiej, choć faktycznie to są podobne estetyki, więc zestawienie uznaję za bardzo trafne.


Lubię powieści graficzne tego typu. Mówiąc to mam na myśli te wszystkie wspomnienia komiksowe, które stały się głosami pokolenia wychowanego na Eisnerowskim spojrzeniu na medium. Komiks Beaton jest właśnie jedną z wielu takich pozycji. O jej unikatowości świadczy jednak to, że nie zginęła w tłumie. Według mnie rzemieślniczo aż tak bardzo się nie wyróżnia, od strony komiksowej to bowiem średnia robota. Ważne jest to, co autorka wlała w warstwę fabularną, która posiada potencjał publicystyczny, bo ostatecznie to zajmujący komiksowy esej. To jest jego główną siłą.

piątek, 19 stycznia 2024

Zamek Śpiący. Linda Medley

 


W teorii to komiks zupełnie nie dla mnie. Ciepłe fantasy z wyeksponowanym elementem kobiecym (i mam na myśli totalne girl power, a nie fanserwis z laskami w zbrojach, które więcej odkrywają niż zasłaniają) nie brzmi zupełnie jak coś, co mogłoby wpaść w oko staremu nerdowi. Prawda jest jednak taka, że nie można nie docenić misternej roboty Lindy Medley, bo od strony komiksowej dzieje się tu dużo dobrego.


Owszem, przez pewną część lektury towarzyszyła mi gdzieś z tyłu głowy myśl, że jak przyjdzie mi pisać recenzję, to zjebię ten komiks od góry do dołu, ale im dalej w las tym mocniej wchodziłem w uniwersum wykreowane przez zdolną Amerykankę i ostatecznie pozostałem z uczuciem satysfakcji. Wszystko tu współgra, począwszy od zarysowania tła opowieści, przez fabułę, po znakomicie i przekonująco przedstawione postacie. Mimo baśniowości to nie jest prosta bajka tylko rozbudowana, wielowątkowa powieść graficzna, zresztą autorka powołuje się na Sandmana, z którego chyba najwięcej ukradła podczas kreacji swojego świata i to czuć. Jest tu też element ewidentnie zaczerpnięty z „Gnata” Jeffa Smitha, bo podobnie ukazano sielankę życia w małej, quasi-średniowiecznej społeczności. Największe wrażenie robią jednak rozdziały o strukturze szkatułkowej niepozostawiające wątpliwości, że obcujemy z pracami bardzo zdolnej, świadomej narratorki. Nie podejrzewam autorki o znajomość „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, więc prawdopodobnie zaczerpnęła ten element z Gaimana, który już jednak jest fanem książki Potockiego i filmu Hasa. Ostatecznie wychodzi na to, że „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”.


Graficznie jest znakomicie. Semi-realizm idealnie pasuje do baśniowej stylistyki opowieści. Madley umie wyrażać dużo za pomocą mimiki bohaterów, co znów zbliża jej prace do Jeffa Smitha i od tej strony lepszego porównania chyba nie znajdę. Acz zaznaczę, że odrobinę mniej tu cartoonu. Rzemieślniczo jest to rzecz utrzymana na wysokim poziomie i tylko ślepy nie doceniłby tej warstwy.


Obiektywizm nie jest moją mocną stroną. Jeśli mi się coś nie podoba, to walę z grubej rury. Może to wada u starego recenzenta, ale tak mam. Fantasy komiksowe to ogólnie moja broszka (cenię je bardziej niż literaturę tego typu), niemniej wolę bardziej pulpowe inkarnacje gatunku. Powiem więc Wam jak na spowiedzi: w przypadku „Zamku Śpiącego” czuję przede wszystkim respekt do pracy autorki. Nie jest jednak tak, że pozostałem całkowicie obojętny wobec opowiadanych tu historii i sportretowanych postaci. Chyba jednak nie łyknąłbym tej opowieści podanej w innej formie niż komiks. Dlatego też doceniam dokonanie Lindy Madley głównie na polu tego medium, bo jest to świetna robota.

wtorek, 2 stycznia 2024

Inna historia Universum DC.

 


Korporacja w branży rozrywki bawi się w woke'ism i virtue signalling? Nowe, nie znałem! Odłóżmy jednak na bok parodystyczne nawiązanie do zgryźliwości, która pomimo swojej niezaprzeczalnej słuszności jakimś cudem najczęściej ląduje na ustach słabo skrywających rasizm frustratów. „Inna historia uniwersum DC“ to tytuł potrzebny, niezależnie od motywacji za nim stojących. Co ważniejsze jednak, w zalewie „świadomych“ kulturowo i społecznie średniaków ten album wyróżnia się, bo moim zdaniem (niekoniecznie popularnym) odwala swoją robotę całkiem skutecznie.


Do rzeczy, zanim mi palce odpadną od robienia cudzysłowów w powietrzu. Dostajemy pięć historii ze świata rajtuziarzy, których najprawdopodobniej nie znacie. To opowieści o Outsiderach (nieprzypadkowo z wielkiej litery) z ław rezerwowych DC Comics. Wydarzenia skupione lub rozpoczęte głównie, choć nie tylko, w okresie Srebrnej Ery podaje się nam w kontekście łączącym najważniejsze wydarzenia fikcyjnej Ziemi z tymi znanymi z faktycznych annałów ze szczególnym naciskiem na napięcia rasowe i mniejszościowe ogólnie. Chodzi o to, by postacie takie jak Black Lightning i jego córka, Renee Montoya, Katana czy Mal oraz Karen Duncanowie mieli okazję opowiedzieć wam o tym, jak to jest być zepchniętym na dalszy plan w fantazyjnej wersji ojczyzny wielkich możliwości.


Zacznijmy od samych podstaw, „Inna historia uniwersum DC“ to nie jest komiks. To garść pierwszoosobowych narracji bez dialogów przedstawionych w akompaniamencie ilustracji, którym też daleko do typowego kadrowania. Dosyć patetyczna w prezentacji, fabularyzowana kronika fikcyjnej historii można rzec. Mnie taka forma nie przeszkadza. Czy działa na korzyść albumu? Tu można się kłócić, na pewno więcej tu czytania w porównaniu do typowego superhero, ale pióro Johna Ridleya nie wystawiło mojej cierpliwości na próbę. Może łatwiej było mu ugryźć temat z takiej strony zamiast kopać się w medium, z którym nie ma zbyt wiele doświadczenia.


Poza zwykłym talentem pisarskim tom zawdzięcza lekkostrawność naprawdę nienachalnemu podejściu do trudnej tematyki. Fakt, postacie mają zasłużone pretensje względem licznych kłód rzucanych im pod nogi, ale Ridley nie robi z nikogo świętej krowy. Same historie mają zresztą mocno osobisty charakter i choć kontekst nietolerancji i nierówności przenika każdy ich aspekt, to nie jest to absolutnie wkładka wymuszona, naturalna konsekwencja życia w danych czasach i okolicznościach raczej. Co najważniejsze, nie samym pouczaniem ta fabuła stoi, każdy z bohaterów bez wyjątku ma tutaj wyraźnie rozpisany, przekonujący wektor dynamiki. Żadne z nich nie zmusza czytelnika do sympatii, przestawiając zamiast tego przebytą przez siebie drogę w połączeniu z kształtującymi ją motywacjami.


Czuję tu jednak mały dysonans ze względu na typowe, superbohaterskie bzdury. Każdy odbiorca tego gatunku bez łba wiecznie pogrzebanego pod kolosalnym kamieniem wie, że te komiksy od zarania dziejów mówiły o napięciach społecznych i problemach mniejszości. Było to najbardziej skuteczne w formie grubo ciosanych metafor, bezpośrednie przeniesienie zdarzeń historycznych do zmyślonego świata wydaje mi się w porównaniu do tradycyjnego podejścia nieco toporne. Jakby na siłę wciśnięto dramaty wielu ludzi między bajki o tytanach w błyszczących getrach. Nie jest to może mocno odczuwalne, ale kilka razy zgrzytnęło. Podobnie ma się rzecz z samą narracją, która w pewnych momentach wybijała mnie całkowicie z rytmu nagłą, niezapowiedzianą zmianą wątku. Ponownie, dramatu nie ma, można było to zrobić po prostu trochę zręczniej.


Skoro to nie komiks, to co z rysunkami? No są, dla kontrastu raczej typowe w trykociarstwie. To kreślone czasem niedbale falującymi liniami reminiscencje klasycznych ilustracji, często wręcz bezpośrednie. Z pewnością mogę pochwalić Giuseppe Camuncoli za zaprojektowanie układu całości, niektórzy brak wizualnych kombinacji mogą tu uznać za lenistwo z topornym efektem, ale dla mnie najważniejsza była czytelność. Istotne momenty są trafnie podkreślone, to wystarczy. Same rysunki jednak wyglądają zwykle jak średnio umiejętne kalki. Straszna szkoda, bo bardziej dopieszczona warstwa wizualna mogłaby z tego albumu zrobić coś niezaprzeczalnie godnego uwagi.


W obecnej postaci „Inna historia uniwersum DC“ to tylko i aż coś, na co można sobie pozwolić, jeśli świat obracający się zwykle wokół Batmana i Supermana chcemy poznać pod nieco innym kątem. Zdecydowanie przejaw epatowania wątkami mniejszościowymi, ale całkiem elegancki i wyważony w swojej narracji. Jest spora szansa, że zawartość was nie oburzy, jeśli nie latacie z przyklejonym do kurtki (albo naszytym przez mamę) krzyżem celtyckim. Zagranie może nawet częściowo zbyt bezpieczne, by zasłużyć na większy rozgłos mówieniem czegoś nowego. Uważam jednak, że pewne rzeczy trzeba w obecnych czasach powtarzać i dopóki fikcja przeznaczona teoretycznie zaspokajaniu eskapistycznych potrzeb robi to umiejętnie, to jest jednym z najlepszych miejsc na takie zagrania.

Prawie zapomniałem. Tradycyjnie muszę krytycznie rzucić grochem o ścianę w sprawie wydania. W środku wszystkie ładnie, pięknie, ale utarty już format linii „DC Deluxe” nadal czyni oprawę tomów przeciwieństwem wyjątkowości. Jak nie lubicie obwolut to peszek, bo pod nią jak zwykle czarna pustka.

 

Autor: Rafał Piernikowski

wtorek, 5 grudnia 2023

Bomba

 


 

Był taki pasek „Fistaszków”, na którym Linus stwierdzał dosadnie: „Wszystkiego, co wiem, nauczyłem się z telewizji!”. Mam podobnie, tylko z racji wiadomych zainteresowań wiedzę o historii i świecie czerpię z komiksów. Czytałem recenzję Kuby, opublikowaną na tymże blogu, którą popełnił kilka tygodni temu i chyba jednak inaczej widzę ten komiks, ale po kolei.

Powieść graficzna podejmuje już niemal wszelkie tematy. Od komiksów opowiadających o bezdomności, chorobach psychicznych, masturbacji, o pracy na saksach, po te traktujące o podróżach w różne zakątki świata. Mało mnie więc dziwi, że w końcu ktoś zdecydował się opowiedzieć o tak przyprawiającym dziś o ciarki na plecach temacie jak powstanie bomby atomowej.

Powiem szczerze – nigdy nie sięgnąłbym po książkę o bombie atomowej. Nie interesuje mnie literatura popularno-naukowa, a po komiks i owszem, sięgnąłem i lektura była bardzo satysfakcjonująca. Nie widziałem też filmu Nolana, nie jestem jego fanem, a na pewno nie jestem fanem atomówki, mimo iż urodziłem się w rocznicę zrzucenia bomby na Nagasaki (sic!). Mam trochę wyjebane, a trochę się boję dziś tego tematu ze względu na aktualne groźby Rosji. Komiks to co innego, bo to wszak moja dziedzina. Dzieło trójki autorów sprawdza się idealnie jako bryk z historii. Być może brak mu trochę emocjonalności, ale jej nie oczekiwalibyśmy od książki popularno-naukowej, a z tej parafii jest to wszak publikacja. Dramaturgia buduje się tu sama, gdy autorzy przedstawiają fakty, jeden po drugim. Dowiedziałem się z tego komiksu wszystkiego, co chciałem wiedzieć, a nawet rzeczy, których wiedzieć nie musiałem (na przykład ile kochanek miał Oppenheimer) i uważam czas spędzony z tym opasłym albumem za bardzo udany. Rzecz jest cegłówką, którą da się zabić, ale mimo objętości czyta się ją dość łatwo. Nie jesteśmy przytłoczeni ogromem tekstu, bo wszystko jest idealnie wyważone. Może nawet za bardzo komiksowe? Ale dziś postacie jak Hitler i Stalin, a nawet ten Oppenheimer czy Einstein, wydają się bohaterami rodem z komiksu: przerysowanymi i ikonicznymi. Wiem, nieładnie tak mówić, bo zagrożenie jest całkiem realne, ale Putin też zdaje mi się dziś iście Bondowskim, pulpowym łotrem. Od komiksowości nawet w realu dziś nie ma więc ucieczki.

Co ciekawe, warstwa graficzna zdaje się wtórować mojej tezie. To rzecz ani trochę nie przypominająca ani typowej Eisnerowskiej powieści graficznej, ani frankofona. To produkt w warstwie graficznej i narracyjnej najbardziej zbliżony do amerykańskiego mainstreamu, tyle że podanego w czerni i bieli. Kompozycje plansz sprawiają wrażenie dzieła tego typu z lat 90. i nie chodzi mi o to, że są przestarzałe, a o odwagę przy ich komponowaniu. Można to uznać za plus, ale też i za minus. Moim zdaniem wyszło dobrze.

Nie uważam zazwyczaj, żeby szeroki target był plusem, wolę rzeczy adresowane do konkretnego odbiorcy, ale w przypadku publikacji popularno-naukowej uniwersalność przekazu to plus. Mamy więc do czynienia z pozycją, którą mogą przeczytać wszyscy. Zarówno fani trykotów powinni odnaleźć tu znajome warsztatowo tropy i nie zrażą ich one przy lekturze, a i miłośnicy powieści graficznych chętnie postawią tę cegłę na półce. Tak, to bryk, niejako uproszczona opowieść, ale swoją funkcję spełnia wzorcowo. Nie sądzę jednak, że kiedykolwiek wyruszę z autorami „Bomby” ponownie w tę podróż, traktujcie więc ten komiks jako jednorazową przygodę. No ale mało kto w dzisiejszym zalewie nowości sięga drugi raz po tę samą pozycję.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Rusty Brown. Chris Ware.

 


 

Chris Ware był największym nieobecnym naszego rynku komiksowego. Jedyny jego komiks jaki pojawił się po polsku drukiem to fragment właśnie „Rusty'ego Browna” zamieszczony pierwotnie w książce „Księgą innych ludzi”. Przez lata tej nieobecności w Polsce jego dzieła obrosły legendą i chyba wszyscy zainteresowani czekali na nie z utęsknieniem. Nic jednak z tego nie wychodziło z różnych względów. Nader często uznawano te komiksy po prostu za zbyt trudne do wydania od strony edycyjnej. Centrala jako pierwsza podołała i wypuściła jakiś jego album, wbijając się tym samym na szczyty list najważniejszych tytułów AD 2023.

„Rusty Brown”, bo o nim mowa, to rzecz niezwykła i unikalna, ale też trudna w odbiorze. Czytałem go bardzo długo i każde podejście zmiatało mnie z planszy, gdyż komiks ten wymaga od czytelnika 100% zaangażowania i wysiłku intelektualnego. Może nawet wywołać dyskomfort poznawczy u odbiorcy, bo sam w pewnym momencie, zirytowany małym drukiem w pierwszej historii, sięgnąłem po lupę.

Opowieść ta to strumień świadomości opisujący kilka żywotów (często dość nędznych i smutnych) powiązanych fabularnie szkołą, w której uczy się tytułowy Rusty Brown. W czasie snucia historii rysunek Chrisa Ware'a się zmienia, ewoluuje od typowo kreskówkowego, przez oszczędny, umowny po styl niemal realistyczny. Same opowieści zdają się traktować o chorej ze smutku duszy Ameryki. Rzecz w nastroju jest zupełnie inna niż typowy „american dream”. Znajdziemy tu kilka sylwetek bohaterów, zaczynając od dzieciaków-nerdów wiodących pełne stresu i poniżenia życie, przez uczącego literatury smutnego belfra będącego miłośnikiem starej pulpy, po Afroamerykankę będącą nauczycielką w szkole dla białych. Historie są ze sobą tylko luźno powiązane i powstawały w różnych okresach. Jednak nie treść jest głównym walorem tych komiksów.

Strona narracyjna to szczyt tego, co da się wyciągnąć z opowieści obrazkowej i można mieć wrażenie, że o sam akt postmodernistycznego opowiadania chodzi w tym komiksie a nie o żywota przegrywów. Jak wspomniałem we wstępie, rzecz jest jednak wymagająca i nie jest to lektura do poduchy, tylko coś, co mocno Was zaangażuje. To mogłaby być opowieść o czymś zupełnie innym, a i tak byłaby zachwycająca od strony formalnej, bo Ware jest geniuszem komiksu. Wie jak skonstruować planszę, jakimi drogami poprowadzić na niej fabułę, by szczena nam opadła. Nie oznacza to jednak, że komiks Ware'a jest od strony treści o niczym, że to sama forma. Wręcz przeciwnie, bo wyłania się z niej wyraźny obraz wspomnianej wcześniej Ameryki: smutnej, pozbawionej romantyzmu.

Ware pracował nad tym albumem latami i posklejał całość z fragmentów publikowanych w różnych miejscach. Na końcu wylicza wszystkich prezydentów, których kadencje upłynęły w czasie tworzenia tej historii. Rozrzut czasowy sprawił, że opowieści bardzo się różnią stylem i trudno szukać tu takiej spójności jak w przypadku (i tak eklektycznego, ale jednak bardziej spójnego) innego jego ważnego dzieła: „Jimmy'ego Corrigana” (pisałem o nim tutaj: https://rekopisznalezionywarkham.blogspot.com/2022/06/jimmy-corrigan-smartest-kid-on-earth.html ), którego zapowiedział Timof Comics na przyszły rok. Na wielu poziomach czuć jednak ewolucję warsztatu Ware'a i muszę uznać „Rustyego Browna” może nie za lepszy komiks, ale na pewno za trudniejszy. Autor się jednak nie pogubił, bo to też bankowo jeden z najlepszych albumów tego roku. Problem jest z nim taki, że nie jest to opowieść dla wszystkich. Ludzie, którzy szukają w komiksach tylko rozrywki odbiją się od „Rusty'ego...” jak od ściany. Odbiorcy ceniący „plecy konia”, mimo iż mamy do czynienia z mistrzostwem, mogą nie zrozumieć warstwy formalnej albo uznać ją za przeszarżowaną. Ware jednak unika kiczu, wspina się na wyżyny sztuki komiksowej i przy okazji, dzięki swojej wrażliwości, uchwycił kawałek otaczającej go rzeczywistości. To dużo jak na komiksowego nerda. Oprócz formalnej ekwilibrystyki to właśnie ta wrażliwość autora czyni z „Rustyego...” dzieło ponadczasowe.

wtorek, 14 listopada 2023

Monica. Daniel Clowes

  


 Są na rynku komiksowym takie nazwiska, które nie potrzebują reklamy. Daniel Clowes to stary wyjadacz i żywy klasyk, którego najnowsze dzieło stanowi nie lada kąsek dla miłośników opowieści rysunkowych. Niebezpieczeństwem dla artystów mających na swym koncie arcydzieła jest to, że będą z nimi porównywane ich najnowsze prace. „Mocnica” zawiera w sobie większość tendencji, które amerykański twórca rozwijał przez cały swój dorobek. Nie da się jednak nie zauważyć subtelnych zmian w sposobie opowiadania. Clowes wciąż szuka nowych rozwiązań narracyjnych dla swoich zawikłanych postaci i historii. 

    „Monica” - ponad 100 stron w dużym formacie podzielonych na 9 rozdziałów, z których kilka jest oddalonych od głównego nurtu opowieści. Nie przechodzi się przez ten komiks szybko. Warstwa tekstowa wydaje się tu niejednokrotnie dominującą. Moją uwagę, a propos samego wydania, zwrócił papier – nie błyszczący, kredowy – tylko matowy, bardziej szlachetny (satynowy?), w rozdziałach dygresyjnych pożółkły, od którego nie odbija się światło lampki, pod którą czytamy. Dokłada to swoją małą cegiełkę do zbudowania atmosfery komiksu sprzed lat. Mamy wrażenie jakbyśmy wygrzebali jakiś ukryty, zakurzony skarb.

    Opowieść zaczyna się od krótkiej historii świata, która zajmuje całe dwie strony. Następnie przechodzimy do okopów wojny w Wietnamie, gdzie poznajemy niedoszłego ojca Moniki, aby po chwili znaleźć się w Stanach. Tam będziemy śledzić losy Penny, matki tytułowej bohaterki. Kontekst czasu i miejsca akcji jest – nawet bardziej niż zwykle u Clowesa – bardzo istotny. Ameryka, lata 60' – rewolucja seksualna, dragi, totalne pogubienie ideologiczne i mentalne. Penny regularnie zmienia partnerów, nie jest w stanie zdecydować, co tak naprawdę czuje i czego chce. W końcu na świat przychodzi Monica. To jej narrację będziemy czytać w prostokątnych ramach kadrów. Całą historię życia.

    Ogólnie nie są to łatwe sprawy. Autor „Ghost World” zdążył nas już przyzwyczaić do budowania opowieści wielopiętrowych, zawiłych, niewyjaśnionych – nad którymi unosi się aura tajemnicy oraz czegoś głęboko demonicznego. Monica jako już dorosła osoba poszukuje klucza do wyjaśnienia swojego w życia. Czytelnik śledzi ciąg rzuconych na karty komiksu retrospekcji, introspekcji, spekulacji. Złowrogie sekty - sekrety matki – porzucenie – odrzucenie – utrata - nieznany ojciec - trudna młodość. Bohaterka prowadzi śledztwo niczym w filmie noir, jednak gdy elementy układanki zaczynają zbierać się do kupy, nastaje wątek, który kompletnie zaburza fabułę i poszukiwanie sensu trzeba zacząć od nowa. 

    Monica to postać typowa dla bohaterów Clowesa. Introwertyczna, lekko zaburzona, niepewna swoich reakcji oraz tego kim jest. Ten głęboki niepokój tożsamościowy legitymizuje pojawianie się dziwnych, nierealnych incydentów, o których nie wiemy, czy zdarzyły się naprawdę, czy są owocem fantazji i fobii narratorki. Głównym problemem, jaki wyłania się z lektury omawianej powieści graficznej, jest samotność i brak perspektywy zbudowania trwałej więzi z drugą osobą. Stanowi to pokłosie „wolnościowych” poszukiwań pokolenia, które żyło w latach 60'. Jedyną nadzieję stanowi terapia, głębokie przepracowanie tematu, poukładanie sobie w głowie. Ostatecznie należy odrzucić to co było i nastawić się na realizację własnej osoby. Tylko czy to nie kolejna iluzja? 

    Clowes - co nie dziwi - także i w swym najnowszym dziele romansuje z dawną estetyką. Jednakże klisze oraz pewna doza kiczu pełnią u niego rolą inną niż rozrywkową. Pokrywają one lęk metafizyczny, który bohaterowie nie potrafią w inny sposób wyartykułować. Autor Miotacza śmierci nie po raz pierwszy wykazuje, że nasze życie na ziemi jest czymś cholernie dziwnym, mrocznym i nieprzewidywalnym (choć naznaczonym klątwą). Pełne zrozumienie siebie i swojej życiowej roli jest w tej perspektywie kompletnie skazane na porażkę.

    Jeśli czytałeś poprzednie pozycje amerykańskiego rysownika, wiesz jakiej szaty graficznej się spodziewać. Tutaj - jak zresztą w każdej innej jego pracy - jest ona poddana drobnej korekcji dyktowanej charakterystyką opowieści. Można bowiem powiedzieć, że Daniel Clowes wciąż robi jeden komiks, jednak te subtelne zmiany świadczą o tym, że nie jest to do końca prawda. „Monica” na tle poprzednich albumów wypada dosyć poważnie, mimo obecności - stałej u autora - mrocznej groteski. Muszę przyznać, że czasami czułem się nieco przytłoczony nadmiarem tekstu. Rozumiem konieczność takiego zabiegu oraz jego świadome użycie przez twórcę tak bardzo już doświadczonego. Chodziło mu zapewne o sugestywny obraz bohaterki, która przeprowadza nieustanną wiwisekcję swoich stanów psychicznych. Pewne myśli wracają jak mantra, ale wciąż rozbijają się o nieprzekraczalną ścianę, stąd nieustanne ich wałkowanie, chwiejność osobowości. Nie ukrywam, że jednak w pewnych momentach komiks zaczął mnie nieco nużyć, a protagonistka drażnić. Niemal brak tu „czystego komiksu” czyli kadrów bez dymków, lub z ich niewielką ilością, w których rozgrywałaby się jakaś akcja. Mamy za to sporo literatury. Na szczęście całkiem dobrej.

    Po Monicę sięgną wszyscy fani Clowesa, wszak jest to artysta, który wyhodował sporo epigonów, poszerzając możliwości narracyjne medium komiksowego. Wg mojej opinii nie jest on jednak równy, gdyż robi komiksy dobre oraz wybitne. Ten jest „zaledwie” dobry (podobnie jak np. „Miotacz śmierci”). „Niczym aksamitna rękawica odlana z żelaza” wyznaczyła górną poprzeczkę, do której trudno jest doskoczyć. Pamiętajmy jednak, że mimo pewnych podobnych wątków – tajemne rytuały, sekty, teorie spiskowe – ambicje powieści graficznej „Monica” są odmiennego rodzaju. Być może nie do końca je rozszyfrowałem, ale mimo to jestem w stanie stwierdzić, że zetknąłem się z pozycją niebłahą, która stanowi interesujące wyzwanie intelektualne dla czytnika.  
 

Autor: Jakub Gryzowski

Zjawiskowa She-Hulk. John Byrne.

 


Komiksy mają sprawiać przyjemność i radość. To dość logiczne, ale niekiedy o tym zapominamy, zagłębiając się w kolejne przyciężkawe, mroczne, nieraz awangardowe utwory. Jasne, choć opowieści obrazkowe to nie tylko radosna pulpa, czasem i coś lekkiego trzeba wrzucić na ruszt. Nie warto się ograniczać do jednego nurtu, bo komiksiory mają wiele do zaoferowania. Nawet te od często wyszydzanego i odsądzanego od czci i wiary Marvela. Ta pozycja jest tego najlepszym dowodem.


„She Hulk” Johna Byrne na jednym poziomie jest radosną rozrywką nieaspirującą do bycia niczym innym. Na drugim to jednak zegarmistrzowska robota niekwestionowanego maestro komiksu jakim jest bez wątpienia ten autor. Alan Moore powiedział kiedyś (w kontekście nadużywania określenia „graphic novel”), że ten komiks to dno i metr mułu. Nigdy go chyba jednak nie czytał, bo nie wyobrażam sobie, jak można nie docenić tej misternej roboty.


Owszem, od strony treści dostajemy komiksowy sitcom, szaloną kreskówkę ze stajni Marvela, ale prezentowane przez Byrne’a wykonanie i zrozumienie języka tego medium wykracza daleko poza uroczą pulpę, jaką niewątpliwie jest też ten album na pierwszym planie. Opowieść o kuzynce Bruce'a Bannera, która zyskała super-moce po transfuzji krwi od krewniaka to prosta rozrywka z obowiązkowymi wieloma występami gościnnymi i niedorzecznymi złolami w kalesonach, ale Jezu na patyku! Jak to jest opowiedziane! Ileż w tych postaciach faktycznego życia, ileż odwagi przy sposobach snucia historii, łamania symbolicznej czwartej ściany i niebywałej lekkości stylu – zarówno od strony graficznej jak i literackiej, które po mistrzowsku się uzupełniają.


Rysunkowo to kosmos, bo Byrne pociskał na pełnej kurwie i był wtedy w mistrzowskiej formie. Mimo iż wykorzystuje zupełnie inne tła niż w typowej super-bohaterskiej sieczce (z czego się zresztą samoświadomy nabija), to zdecydowanie przykuwa oko czytelnika. Stężenie pop-artu w pop-arcie, jakie autor tu osiąga, jest niesamowite. Być może wielu rysowników kręciło się stylistycznie w podobnych rejonach, ale jeśli miałbym wskazać tylko jednego ulubionego gościa od kiczowatego super-hero, to byłby to właśnie on (albo, szukając w zupełnie innych rejonach, J. H. Williams III, ale to temat na inną dyskusję).


Marvel wielokrotnie zasłużył na bęcki, produkując sporo tasiemców (czy to komiksowych czy filmowych), które nie mają wiele do zaoferowania szukającemu inteligentnej rozrywki czytelnikowi. Niemniej „She Hulk”, mimo swojej lekkości gatunkowej, nie należy do dzieł złych czy głupich. Najlepiej świadczy o tym ten zachwyt nad możliwościami medium, jaki widać w pracach Byrne'a, zrozumienie konwencji kalesoniarskiej i wykorzystanie jej komediowego potencjału. Takie dzieła naprawdę rzadko się zdarzają i porównałbym to, co autor zaprezentował w tej szufladzie, do tego, co z fantasy robił w „Gnacie” Jeff Smith. To dzieło tego kalibru.