piątek, 13 maja 2022

Czarodzieje i ich dzieje. Tom 1

 


Włoska robota na licencji Disneya. Odważny pomysł, by wrzucić bohaterów z Myszogrodu i Kaczogrodu do świata fantasy. Rzecz może nie tak dobra jak komiksy Rosy, ale warta waszej uwagi. Szczególnie jeśli jesteście fanami Hugo” od Bedu, Donżona” Sfara i Trondheima, czy Gnata” Jeffa Smitha. Od razu zaznaczam nie, to nie ten poziom, jednak z racji tego, że mamy do czynienia z fantasy podanym w dość umowny, karykaturalny sposób, to gatunkowo podobny twór.



Włosi mają długą tradycję trawestowania anglosaskich wytworów popkultury i są w tym świetni. Tak też jest w tym przypadku. Dostajemy więc generyczne fantasy o czarodziejach, smokach i innym tatałajstwie. Z tą różnicą, że w rolach głównych pojawiają się Miki, Donald i Goffy. Zaplątał się nawet Pluto, który (o zgrozo, jak to pulpowo brzmi!) zmienia się w wilkołaka czy coś w tym stylu. Są też czarne charaktery, jak parający się magią Czarny Piotruś i Fantomen a nawet Bracia B. Rzecz traktuje głównie o turniejach magicznych i tu następuje pewien zgrzyt fabularny, gdyż treść poniekąd powtarza zaproponowane już na początku schematy. Strasznie mi było przykro, gdy drugi (zebrany tu w połowie) tom również opowiadał o magicznych potyczkach zaprezentowanych na tej samej zasadzie. Chciałoby się, żeby bohaterowie po prostu w RPGowym stylu zaczęli penetrować lochy (tak, wiem jak to brzmi, szczególnie, gdy mowa o animorfach, ale wiecie o co chodzi). To byłby samograj.


Co prawda w pewnym momencie jest taki motyw, ale wszystko kończy się za szybko i autorzy nie dali się porządnie rozbujać bohaterom, rzucając ich już w następną scenerię. Mam wrażenie, że twórców w jakimś sensie więzi forma serialu, bo chcą opowiadać krótsze historyjki zamknięte w kilkunastu stronach. Konwencja fantasy prosi się przecież o prawdziwie epicką, długą opowieść. O wielkie wyprawy po potężne artefakty, pojedynki z gobasami i nieoczekiwane zwroty akcji, a nie tylko epizodziki jak się Donald na głupi ryj wywala. Może za dużo wymagam od komiksu dla dzieci ze stajni Disneya, ale przecież nie takie opowieści snuto w ramach tego typu wydawnictw. Mimo wszystko jestem wciągnięty w tę opowieść, autorzy mają moją uwagę, a to dziś, w zalewie znakomitych komiksów, bardzo dużo. Kupuje mnie zarówno pomysł jak i przezajebiste grafiki, jakimi została okraszona ta seria. Czuć, że rysownicy chcieliby wyjść o krok dalej niż scenarzysta i mam nadzieję, że i ten się w końcu zreflektuje, bo przed nami jeszcze dwa grubaśne tomy magicznych przygód Mikiego. Oby nie okazały się tylko odcinaniem kuponów od pierwszej części bo mam dość magicznych turniejów na bardzo długo. 

 



Centrum komiksów Disneya, bardzo słusznie marudzi na formę wydania tej opowieści. Choć twarda oprawa to fajna rzecz, problemy leżą gdzie indziej. Minusem jest nie tylko pomniejszony format, ale i brakujące okładki do poszczególnych epizodów i prawdopodobnie pominięcie w następnych tomach jakiegoś spin-offu serii. Mimo wszystko nie jest to w stanie popsuć nam zabawy z lektury, bo „Czarodzieje i ich dzieje” to fajowski komiks, po który powinniście sięgnąć. 

 



 

wtorek, 10 maja 2022

Batman. Death Metal. Tom 4.

 


 

Nikt mi nie powie, że nie jestem konsekwentny. Oczywiście to nie jest tak, że kolejny „Batman. Death Metal” spodobał mi się z automatu, bez czytania, po lekkim tylko spojrzeniu na okładkę (zajebistą zresztą). Po prostu nie zakładałem rozczarowania, bo przecież już poprzednie tomy były dosyć gówniane, jeśli ktoś ceni sobie w komiksie takie bzdety jak sensowna fabuła, wyważone tempo narracji i choćby minimum myśli bardziej złożonej od „Napierdzielamy tego najbrzydszego, bo zły on jest”. Ja jednak, z jakiegoś powodu, brnąłem w to dalej. Biorąc pod uwagę ilość albumów DC Comics składających się w tym momencie na kompletną historię sygnowaną słówkiem „Metal”, muszę założyć, że wy również przypadkiem na ten tekst nie trafiliście, szaleńcy. Może tym razem jednak nie będę musiał jakoś szczególnie tłumaczyć się z trwania w tym koszu odpadków z superbohaterskich fantazji zrodzonych w latach 90.

W ramach chwalenia festiwalu przesady i bezsensu odpuszczę sobie szczegółowe rozwodzenie się na temat głównego wątku, wskaźnik epickiego przegięcia już dawno przebił granicę umiejętności scenarzysty do utrzymania zainteresowania czytelnika i pobiegł sobie gdzieś wesoło w świat, szczając na mury dobrego smaku. Batman, który się śmieje, jest suuuuper silny, klepie Perpetuę i dzięki jej mocy tworzy kolejne, alternatywne wszechświaty, gdzie wszystkie scenariusze brzmią, jakby napisali je pryszczaci fani dosłownych interpretacji tekstów Cannibal Corpse. Czeka nas kolejna ostateczna bitwa, taka najbardziej ostateczna z ostatecznych (obiecuję), przytłaczające natężenie lania po pyskach i następne, jeszcze bardziej mroczne wersje znanych wam dobrze bohaterów. Nie ma już za to Nightwinga w ciuszkach fantasy, pomykającego na robo-koniu, co jest oczywiście ogromną wadą. 

 



Tym razem scenarzystów od cholery, więc i jakość różnorodna. Zanim przejdę do tych elementów, które czwarty tom „Death Metal” wznoszą nieco ponad moje wyjątkowo niskie oczekiwania, wspomnę o drobiazgach skrywających jakość w ramach tego karykaturalnie krawędziowego wątku głównego. Tak, są takie i jest ich całkiem sporo! Dialog Constantine'a ze swoim metalowym alter ego to chyba jedyny przypadek trafnie zobrazowanego charakteru postaci w tym komiksie. Pingwin, urażony samym istnieniem swoich karykatur, z jakiegoś powodu mutuje w krukostwora i sam nie wiem, czemu mi się to podoba. Superboy-Prime pojawia się i ma ogromny udział w zwalczeniu głównego zwola, co mi już wystarczy do zadowolenia, bo sam scenariusz tego wątku jest równie wiarygodny, co Sinestro nawracający się na skutek magicznego działania uśmiechu Hala Jordana (Lemire, jak Ty żeś mnie zawiódł!).

Właśnie liczne objawy nagłej, nienaturalnej resocjalizacji są tu chyba najbardziej bolesną bzdurą, co jest nie lada wyczynem w tak niedorzecznym komiksie. W przygotowaniu do finalnego starcia właściwie wszyscy złole, którzy do tej pory z palcem w dupie byliby zdolni doprowadzić do końca wszechświata przy pomocy rytuału wymagającego ofiary z tysiąca szczeniaczków, nagle ogarniają, że właściwie to chyba w głębi serca są szlachetni no i chyba to generalnie się po prostu do tej pory mordowaliśmy przez nieporozumienia. Scott Snyder nie potrafi za cholerę napisać żadnej postaci w sposób, który choćby minimalnie wychodziłby głębią poza kolorowy archetyp trykociarski do niej przypisany. Niestety to schorzenie okazuje się zaraźliwe i wypływa również przypisanych przez innych fragmentach, nadających czwartemu tomowi „Batman. Death Metal” to wspomniane wcześniej minimum jakości.

 




Mowa o wątkach, które podkreślają, że cała ta brutalność i hewimetalowe szaleństwo, pomimo samoświadomości, potrafi przytłoczyć mrokiem. Finał poprzedzają bowiem krótkie opowiastki o zdecydowanie bardziej pozytywnym klimacie, takie właśnie urocze szczeniaczki wpuszczone na koncert odzianych w naszpikowaną gwoździami skórę gości o gniewnych mordach. Naturalnie rzecz biorąc, stworzenia te robią furorę, bo lubimy miłe rzeczy. Dlatego najprzyjemniej w tym tomie czytało mi się już o kumpelskim spotkaniu właściwie wszystkich wersji Teen Titans, dlatego fajna była intymna rozmowa Green Arrowa z Black Canary (plus Gloom Patrol, najlepszy z najgorszych pomysłów). Dlatego fragment o Supermanie po prostu pomagającym ludziom w obliczu nadchodzącego dramatu podobał mi się najbardziej. „Death Metal” stał się najlepszy w tych momentach, w których nie jest metalowy, a przedawkowanie kąśliwego detoksu od cukierkowatego harcerstwa pomogło mi za nim zatęsknić. Najlepszy możliwy skutek lektury kiepsko napisanego komiksu, bo to jest właśnie ostatecznie największa bolączka Snydera – czytałem ostatnio wiele superhero i większość komiksów czytało się po prostu lepiej, łatwiej.

Nie za bardzo mogę narzekać wizualnie, choć przy albumach, w których lista zaangażowanych w projekt rysowników jest dłuższa od mojego komiksowego backlogu, nie za bardzo zwykle nawet wiem, jak narzekać. Sporo tu Grega Capullo, wiadomo, no i jego szarpany styl nadal pasuje do głównego wątku. Gość jest sprawnym rzemieślnikiem, ale zmęczenie materiałem już mocno uniemożliwia mi jakiekolwiek zachwyty w tym przypadku. Mogę więc tylko trochę pojarać się występami gościnnymi. W pierwszej kolejności Alex Maleev, bo jego przemyślane ujęcie starcia dwojga Mrocznych Rycerzy pokazuje, jak właśnie mrok wyglądać powinien, tak bez przegięć. Potem Francis Manapul, który minimalizmem i pięknymi kolorami kreśli trykociarstwo pełne delikatnego majestatu. Doceniam też Roba Guillory'ego, bo w komiksach tego typu kreskówkowość rzadko idzie w parze z celowo paskudną karykaturalnością typową dla animacji wycelowanych w dorosłego odbiorcę. Ostatnim fragmentem, który zrobił na mnie wrażenie, był pełen wyrazu i dynamiki zapis walki Swamp Thinga narysowany przez wyraźnie szlifującego swój talent Mike'a Hendersona z intensywnymi barwami Adriano Lucasa, rozważnie dobranymi z ograniczonej palety. Cała reszta to, jak mówiłem, typowy Capullo, typowe superhero z kilkoma fajnymi odwołaniami do klasyki gatunku i Rafael Albuquerque zaliczający kompletnie nieudany występ gościnny, jak na swoje możliwości.

 




Czytać? No skoro już dotarliście tak daleko, to czytać, na półce się ładnie prezentuje komplet, a w sumie to jak się ma wszystko, to też łatwiej sprzedać. Zapomniałem zresztą wcześniej pochwalić oprawę, a przecież ten festiwal złego smaku został potraktowany wydawczo jak największe arcydzieło, aż w oczy czasem razi jak się pod odpowiednim kątem stanie. Nawet zatopiony w zaślepiającym mnie od lat uwielbieniu do superbohaterskiej przesady zauważam już, co chyba też trudno mi ukryć, zmęczenie śledzeniem Scotta Snydera pogrążonego w samolubnej, bezmyślnej zabawie. Na początku udało mu się w swojej piaskownicy odkopać jakiś pierwiastek tej dziwnej radości, która motywowała część z nas do czytania komiksów wydanych w ostatnim dziesięcioleciu dwudziestego wieku. Teraz już odkopuje jednak tylko chyba glinę, a i co do tego nie mam stuprocentowej pewności, bo cuchnie to jakoś podejrzanie. Nadal da się tu znaleźć jakąś wartość, drobnych radości w czwartym tomie trafiło mi się chyba nawet więcej niż w drugim i trzecim, ale metalowy event, jako całość, zdecydowanie już przerdzewiał.


 Autor: Rafał Piernikowski

Silver Surfer: Czarny. Cates/Moore

 


 

Jeżeli fragment zawartej na końcu albumu dedykacji dla Stana Lee jest dla Was spoilerem, a uprzedzam, że stanowi mocną wartość dodaną w tym przypadku, to pomińcie wstęp, mam dla Was krótszą wersję zastępczą – „Silver Surfer. Czarny” to najlepszy Marvel w tym roku. Musicie go mieć, jeśli lubicie latających w kosmosie gości w kolorowych rajtuzach. Jeśli nie lubicie, macie sporą szansę polubić.

Do rzeczy więc – zaczynam cytatem, bo jest tu składaną przez Donny'ego Catesa przysięgą gwarantującą jakość. Autor mówi nam: „Siedziałem na lotnisku w Memphis, gdy dowiedziałem się o śmierci Stana Lee. Zamknąłem laptopa i – jak wielu innych tego dnia – rozpłakałem się. Później znów otworzyłem komputer, skasowałem wszystko, co napisałem, i zacząłem tworzyć od nowa. Ten komiks miał być doskonały. Musiał mieć wyjątkowe znaczenie.” Nie wchodząc w trudną dyskusję o prawdziwej roli Stana Lee w domu pomysłów muszę przyznać, że scenarzysta z tej sentymentalnej obietnicy wywiązał się z nawiązką.

 



Jedyną bolączką tego albumu, żeby mieć to z głowy, jest klątwa narzucona przez parszywych czarowników Wielkimi Wydawcami zwanych. Aby zrozumieć, co i czemu tu się odwala, wypada choćby zajrzeć do reszty pisanych ostatnio przez Catesa kosmicznych Marveli. Najważniejsze są wątki z „Ostatniego wyzwania” wydanych pod koniec zeszłego roku Strażników Galaktyki, ale znajdą się tu też odpowiedzi na wałki z innych tytułów, z „Thanosem” tego samego autora na czele. „Silver Surfer. Czarny” to historia poboczna, może się spodobać samodzielnie, nie mogę jednak udawać, że kompletna nieznajomość kontekstu pomaga w czerpaniu radości z historii.

Szkoda, bo we własnym nawiasie ten komiks jest bardzo kameralny i osobisty. Najbardziej błyszczący herold Galactusa trafia, razem z innymi bohaterami, w sam środek anomalii czasoprzestrzennej, takiej przekomplikowanej czarnej dziury dla uproszczenia. Ratując innych, sam przedziera się przez granice warstw rzeczywistości i ostatecznie trafia do kiełkującej, pryszczatej jeszcze wersji naszego wszechświata. Tam przyjdzie zmierzyć mu się z kwintesencją zła, najbardziej dojebaną koncentracją czerni w kosmosie, w którym Ziemianie nie wymyślili jeszcze Castle Party. Oszczędzę Wam dodatkowych spoilerów, choć znając robotę tego scenarzysty nie trudno będzie zgadnąć, o kogo chodzi. Istotne jest tylko to, że ta walka jest z góry przegrana, a potężny błyskotek głównie walczyć będzie nie z fizycznym zagrożeniem, a raczej z ciężarem własnych grzechów.

 




Wiecie jednak jak to jest z tymi komiksami superbohaterskimi – większość tematów już w jakiejś edycji widzieliśmy. Jako dzieciakowi wychowanemu na kreskówkach z Fox Kids, międzygwiezdne wojaże Marvela kojarzą mi się głównie właśnie ze Srebrnym Surferem, Galactusem i jego kapitalną parodią z „Kleszcza”. Temat rozterek targających łysą główką Norrina Radda jest mi więc doskonale znany, oklepany wręcz. Cates nie stara się być szczególnie odkrywczy, ale swojego bohatera ciska pomiędzy niespotykane wcześniej okoliczności, dając mu nowy potencjał na odkupienie i podkreślając wyjątkowy charakter postaci w całym uniwersum. Z tym Surferem można empatyzować. Na dodatek, pomimo całkowicie porąbanych okoliczności, zostaje on ostoją rozsądku w fikcji wypełnionej durnymi decyzjami herosów o dobrych chęciach. W tym retconie wszechczasów protagonista zmienia prawie wszystko, co wiemy o wszechświecie, ale faktyczne znaczenie ma to tylko i wyłącznie dla jego moralności.

A skoro o porąbanych okolicznościach mowa, ogromną rolę odgrywa tym razem sam kosmos. Obcość międzygwiezdnej próżni wreszcie nie ogranicza się do planet z dziwnymi mordami i światów, które w uniwersalnej rewii mody odważyły się przyozdobić swój nieboskłon jakąś większą ilością Słońc. Cates czerpie pełnymi garściami z galaktycznego science-fiction, w nieopierzonym kosmosie warstwy rzeczywistości nakładają się na siebie. anomalie podważają znane nam prawa fizyki, a ciemność staje się namacalnym symbolem w klasycznej walce dobra ze złem, która stanowi tu trzon narracyjnej powierzchni. Przypomnienie genezy Galactusa w tym przypadku pierwszy raz miało dla mnie wydźwięk podobny do popularnonaukowych programów o teoriach związanych z potencjalnymi poprzednimi wszechświatami i od tej pory wszystkie inne podejścia do trykociarskiego kosmosu będą mi się wydawać nieco ignoranckie. Cates przy okazji nie wpadł jakimś cudem w totalny odjazd typowy dla tak docenianych tkaczy podobnych historii jak Grant Morrison i ja, pomimo uwielbienia dla twórczości szkockiego szamana, uważam to za bardzo odprężającą przerwę po również całkiem świeżym i strasznie ryjącym beret runie „Green Lantern”. Podobny poziom wyobraźni, dużo mniej srogiej abstrakcji na grzybowych pigułach. Microdosing w najgorszym przypadku.

Od surfowania po strumieniach psylocybinowej fantazji jest tu bowiem kto inny – Tradd Moore. Nieliczne negatywne opinie na temat tego komiksu zdają się głównie biadolić na temat jego kreski właśnie, ludzie narzekają jaka to ona jest chaotyczna, powykręcana, nieczytelna i miejscami wręcz karykaturalna. That's why we can't have nice things, że polecę po angielskiemu. Dać ludziom coś oryginalnego, co doskonale pasuje do wędrówki łączącej dreptanie po niestabilnych początkach wszechświata z podróżą w głąb własnej świadomości i proszę, narzekają, że nie dostali nudnych, standardowych kadrów. Dobra, hejt na bok, trochę rozumiem – same ołówki i tusz to całkowicie odjechana, psychodeliczna galeria kadrów z teledysków jakiejś skrajnie acidowej kapeli. W nawałnicy heavy psychu jest jednak zaskakująco dużo miejsca na ujmujące, samodzielne splashe, doskonale skomponowane i pełne majestatu sceny, które dzięki wyjątkowemu stylowi Moore'a są jedynie przystankami na trasie całkowicie płynnej wycieczki. Trzeba jedynie zaufać kierowcy ujaranego autobusu i jego pilotowi, Dave'owi Stewartowi (najlepszemu koloryście like, ever, jeśli nie wiecie). O ile w surowej formie strona graficzna mogłaby faktycznie miejscami wydawać się zlepkiem niezrozumiałych kształtów, to barwy nałożone przez mistrza, nie spychając niczego w tło za pomocą banalnych bladości, doskonale mówią oczom, na co mają patrzeć i w jakiej kolejności. Tak, to podejście do wizualizacji komiksu trzeba polubić i nie każdemu się to uda, nie ma w tym nic złego, ale zarzuty o nieczytelności są tu po prostu totalnie nietrafione.

 



Przede wszystkim jednak nie możemy narzekać na takie odstępstwa od normy, bo komiksy podobne do „Silver Surfer. Czarny” powinny być przez nas dobrze odbierane dla dobra medium. To eksperyment, może niezbyt porażający w porównaniu do tytułów niezależnych, ale w katalogu Domu Pomysłów takich rzeczy ze świecą można szukać. Donny Cates z precyzją neurochirurga opowiedział nam trochę więcej o jednym z głównych graczy kosmosu Marvela, z namieszania w genezie całego wszechświata robiąc właściwie swoje narzędzie narracyjne i unikając jednocześnie zależności od konieczności wpasowania się w sens innych historii z uniwersum. Przepięknie zilustrowane dziecko prawdziwej pasji i ogromny hołd dla człowieka, który (jakby nie patrzeć) pozostawił swoje odciski na większości najpopularniejszych dziś spandeksów. Stan byłby dumny, Donny, nie mam żadnych wątpliwości.

Autor: Rafał Piernikowski

Kanibale Nowego Jorku. Boucq/Charyn

 


 

Mam wrażenie, że Egmont już dawno nieco przystopował z segmentem „Mistrzowie Komiksu” i zaniedbuje tę linię. Już na pewno mało w niej tak niegdyś chętnie wydawanych frankofonów. Dlatego z „Kanibali Nowego Jorku” cieszyłem się jak głupi z bateryjki. Lubię Boucq'a jeszcze z czasów, gdy cisnął komiksy Jodorowsky'ego. Jerome Charyn, od czasu wydania u nas niezłej „Czarciej Mordy”, też nie jest dla mnie anonimową postacią. Podchodziłem więc do tego albumu pełen nadziei.


Nie tak dawno, przy okazji pisania o „Punisherze” Ennisa, wspominałem o zaczerpniętym z kina eksploatacji motywie, dotyczącym kanibali żyjących w Nowojorskim Metrze. Tu spodziewałem się właśnie czegoś takiego. Nic z tego. „Kanibale Nowego Jorku” to okultystyczny (a już na pewno przynajmniej zawierający mistyczne elementy) kryminał. Patologicznych osobników faktycznie wpierdalających ludzi tu nie uświadczymy. Nie będę mówił, co jest zamiast tego, ale ogólnie mój wewnętrzny zwyrol kochający kino gore jest ostro zawiedziony. Fajnie wyszły elementy dziejące się w rosyjskim gułagu, ale to tylko mały odsetek tego, o czym traktuje ten komiks. 



Co jest tu więc fajnego? Miasto, tętniące życiem, ale też cuchnące śmiercią, brudne ale i liryczne. I ten element – wraz z rysunkami Boucq'a – jest najciekawszą częścią składową komiksu. Fabuła bowiem nie zachwyca i jestem (szczerze powiedziawszy) zawiedziony tym, że właśnie ten album został wybrany do publikacji. Na żadnym poziomie nie jest arcydziełem (nawet rysownikowi grafy lepiej wychodziły w „Czarciej Mordzie”) i nie napędzi Egmontowi sprzedaży frankofonów. Podczas gdy Timofowi "Donżon" sprzedaje się jak ciepłe bułeczki, stajnia dużego E. wprowadza nam na rynek nieco nudnego, generycznego przedstawiciela szkoły europejskiej, który ani nie jest klasyką, ani też dziełem awangardowym. Owszem, frankofonami zajęli się inni wydawcy, ale fajnie by było, gdyby Egmont też nie spoczął na laurach i pokazywał nam „musiszmiecie” lub odważne, nowatorskie komiksy ze starego kontynentu. 

 



Jak wspomniałem – najfajniej w całym albumie wypadło miasto, pełne brudu i turpizmu, ale czuć, że autorzy pałają do niego miłością. Metropolię zaludniają oczywiście różne kasty. My widzimy głównie półświatek: gangsterów, bezdomnych, biednego tatuażystę, no i policję. Jest to narysowane nieźle, w charakterystycznym dla Boucq'a stylu, oscylującym gdzieś między Hermannem i Rosińskim. Mam jednak wrażenie, że dupy nikomu ten komiks nie urwie. I tak, przeciętność jest tutaj największym minusem, bo obaj twórcy rozmieniają się na drobne. 

 



Jeśli tak jak ja spodziewaliście się brudasów wpierdalających ludzkie mięso i odważnej psychodelii w stylu Jodorowskyego, to będziecie srogo zawiedzeni. „Kanibale Nowego Jorku” to komiks ze wszech miar rzemieślniczy i zachowawczy. Trochę tak, jakby autorzy bali się opowiedzieć historię o kanibalach na pełnej kurwie. A tylko takich sobie i Wam życzę.

 

poniedziałek, 2 maja 2022

Farmhand. Rob Guillore



Po komiks "Farmhand" sięgnąłem przede wszystkim dlatego, że polubiłem ilustracje Roba Guillorego w "Chew". Charakterystyczne, łatwe do rozpoznania rysunki są do dzisiaj znakiem rozpoznawczym tej ostatniej, obsypanej nagrodami serii, niczego naturalnie nie ujmując bardzo dobremu scenariuszowi J. Laymana. W "Farmhand" Guillory nie tylko odpowiada za stronę wizualną komiksu, ale też napisał całą opowieść. Stąd jak tylko zobaczyłem, że historia zaczęła ukazywać się nakładem Image, to od razu się zainteresowałem. Zaopatrzyłem się czym prędzej w dwa stosunkowo tanie wydania zbiorcze, dostępne w jednym z naszych rodzimych sklepów, no i jak tylko do mnie dotarły przeczytałem. Potem sięgnąłem po trzecie i zacząłem kolekcjonować zeszyty. Wiecie jak jest.

Napiszę pokrótce o czym w ogóle jest komiks. Rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych Ameryki, a dokładniej w Luizjanie. Jed Jenkins prowadzi farmę i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to co na niej uprawia. Specjalizuje się w produkcji rolnej roślin, które, jak dadzą owoce, są w stanie zastąpić ludziom praktycznie biorąc dowolny organ lub kończynę. Czytelnik początkowo nie wie, skąd Jed pozyskał nasiona pod taką uprawę i jak rozwinął swój ekscentryczny biznes. Dość powiedzieć, że farma Jenkinsa zmieniła pozytywnie życie wielu ludzi, zwłaszcza ofiar wypadków, czy czekających na transplantację. Mieszkańcom Freetown w Luizjanie pozwoliła dostać pracę, ale, jak to w podobnych sytuacjach bywa, wynalazek Jeda wzbudza też złe emocje. Negatywne reakcje pojawiają się zresztą na różnych poziomach - religijnym, etycznym i politycznym, a nawet w mniejszej skali, gdy chodzi o relację hodowcy z synem. Gdy Zeke (syn Jeda) wraca z rodziną do Freetown, żeby poprawić relacje z ojcem, zaczynają się dziać rzeczy dziwne i tajemnicze. Część osób, którym wszczepiono roślinne implanty, zaczyna mutować, zmienia się ich zachowanie. Pojawiają się pytania i widmo tajemnicy. Jedna z kwestii dotyczy tego, czy Jed istotnie jest darem dla świata, czy może raczej narzędziem w ręku kolonizatora, czyli tytułowym "parobkiem".

Tyle w kwestii wprowadzenia, nie będę zdradzał żadnych więcej szczegółów. Zacznę od tego, że zawsze mam obawy, jak sięgam po komiks rysownika, który nie próbował wcześniej swoich sił jako scenarzysta. Rzadko ten eksperyment w przeszłości mogłem uznać za udany. Tutaj nie chciałem się rozczarować, bo bardzo szanuję Guillorego za jego pracę nad "Chew". Nie uprzedzając nadmiernie konkluzji, eksperyment mimo wszystko się powiódł. Farmhand ma prosty, dobrze skonstruowany scenariusz. Guillory posiada kompetencje scenarzysty. Miał dobry pomysł wyjściowy, który sprawił, że jak tylko akcja się zawiązała, byłem czytaniem autentycznie zainteresowany. Dobrze obmyślił i rozwinął intrygę nazwijmy to "kryminalną", nie spieszy się z odsłanianiem poszczególnych elementów tego wątku. To sprawia, że nie możemy się domyślić wszystkiego, a przynajmniej ja nie mogłem. Nie jest może tak błyskotliwy jak Layman w Chew, jeśli chodzi o pomysły na świat przedstawiony, ale je ma, one są niewątpliwe. Nie powiela przy tym mechanicznie koncepcji z innych zakątków dziewiątej sztuki wyzwolonej, stara się dać czytelnikowi coś swojego. Mimo, że miejscami można mieć skojarzenia ze wspomnianym już kilkakrotnie Chew, czy Walking Dead, to chodzi raczej o klimat. Żadnego niewolniczego naśladownictwa w tym nie odnajduję. Ładnie też pokazany jest inny element historii, a więc relacje między głównymi bohaterami. Na uwagę zasługują dwie rzeczy. Po pierwsze płynne dialogi przywodzące na myśl południe Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie ma w nich recytatorskiej sztuczności ani pretensjonalności. Można mieć wrażenie, że w ten sposób ludzie rzeczywiście mogliby ze sobą rozmawiać. Po drugie, obok głównych bohaterów, czyli rodziny tytułowego "Parobka", seria ma ładnie i kompleksowo rozbudowany drugi plan. Szczególnie zapadli mi w pamięć charyzmatyczny pastor Freetown oraz "zielona" więcej niż w jednym tego słowa znaczeniu Pani burmistrz rzeczonego miasta. No i Gumbo. Gumbo jest po prostu świetny, ląduje w czołówce moich ulubionych, fantazyjnych zwierzaków (choć nie mam pewności, czy słowo "zwierzak" jest tu adekwatne). Palma pierwszeństwa należy tu wciąż do Thori, potwornego psa piekieł, ale Gumbo ląduje na liście tuż za nią.

Dla mnie jednak siła Farmhand to przede wszystkim rysunki. Lubię styl Roba, autor ma niesamowite pomysły na pokazanie tego, co jeszcze mogą zastąpić w ludziach służące do przeszczepów rośliny. A jak już Freetown zaczyna mutować, to wyobraźnia Roba nie ma żadnych barier, choć pozostaje wg mnie estetycznie w dobrym guście. Guillory jest dla mnie wyjątkowy, nie do końca lubię rysunki przywodzące na myśl animacje. Autor jednak mi pod tym względem odpowiada, nie tylko zresztą, jeśli chodzi o koncepcje na świat przedstawiony. Fajnie pokazuje mimikę. Podobnie, jak w Chew, szczególnie dobrze wychodzą mu sceny humorystyczne. Konwencja ilustracji, którą ma, niesie ze sobą spore ograniczenia, co Guillory sam przyznaje. Między innymi dlatego, jak stwierdził, pewne zlecenia przeszły mu koło nosa, bo zdaniem osób robiących selekcję nie pasowały do historii. Mimo to, jego rysunki absolutnie pasują do fabuły jego autorskiego komiksu. Co do tego jestem przekonany.

Farmhand ma jeszcze jeden atut. Guillory pochodzi z południa Stanów Zjednoczonych Ameryki, z podobnego miasta, jak to, w którym rozgrywa się akcja komiksu. Opowieść posłużyła mu też do tego, żeby spróbować oddać klimat mniejszych miasteczek na południu USA i zarazem przemycić trochę trudniejszych tematów. To się udało przy utrzymaniu rozrywkowej konwencji komiksu i bez wpadania w pułapkę poprawności politycznej. Autor nie traktuje swoich czytelników jako ludzi, których trzeba pouczać. Trudniejsze wątki obyczajowe nie burzą opowieści, która zachowuje swój rytm. Zarazem, jak powiedziałem, autor stara się pokazać złożoność i wielowymiarowość różnych problemów społecznych. Motywacja bohaterów wymyka się jednoznacznej ocenie. Na ogół też nie możemy ich łatwo ocenić. Nawet ci, którzy mają być w komiksie tymi anty, mają pewne pozytywne cechy, możemy ich nawet polubić. To chyba krok w dobrym kierunku, "łopatologia" w niektórych komiksach zaczyna być naprawdę irytująca. W Farmhand autor nie zapomniał, że czytelnikowi należy dać ziarno (nomen omen) do oceny, a nie dokonywać jej za niego.
 
Mimo, że seria nie dostała do tej pory żadnych prestiżowych nagród, to uważam ją o niebo lepszą, od moich ostatnich, nagrodzonych wpadek czytelniczych, takich, jak chociażby Invisible Kingdom. Jest to komiks dobry moim zdaniem i szkoda, że przechodzi mimo wszystko bez echa. Oczywiście, zdobył sobie grono oddanych fanów, ale jednak na większą popularność nie ma chyba co liczyć. Tak bywa, ale mam nadzieję, że kiedyś seria doczeka się powiększonego wydania w twardej oprawie od Image.
Autor podzielił historię na dwie części (jak sam pisze odpowiadając na listy czytelników - na dwa "sezony", co jest też sympatyczną grą słów, biorąc pod uwagę, że komiks dotyczy upraw. Notabene, gry słów nawiązujące do uprawy roślin, cała zabawa z tym związana, jest dodatkowym atutem opowieści). Pierwsza część to zeszyty 1-15, ta już się zakończyła, a nawet doczekała się trzech wydań zbiorczych w miękkiej oprawie od Image. Od numeru 16 zaczyna się nowy sezon historii, po "trzęsieniu ziemi" w zeszycie piętnastym. Na numer szesnasty trzeba było długo czekać, ukazał się stosunkowo niedawno. Seria miała przerwę, dłużą niż planowaną, ze względu na pandemię. Niemniej jednak niedawno Farmhand wrócił, a jak jak sam autor zapowiedział w 16 zeszycie, planuje zakończyć serię na numerze 26 (mam nadzieję, że będzie jednak ich więcej). Słowem - podobało mi się.
 
Autor: AN

 

czwartek, 28 kwietnia 2022

Piękna. Hubert/Kerascoet

 


 
 
Komiks autorów „Pięknej ciemności”, którą kilka lat temu bardzo chwaliłem i która była jednym z moich ulubionych komiksów 2018 roku. Ten totalny sztos mocno namieszał nie tylko w podsumowaniu, ale i w mojej psychice. „Piękna ciemność” to bowiem komiks grający na emocjach jak mało który. Będący – jak ktoś to trafnie ujął, albo nawet ja to napisałem, nie pamiętam już – połączeniem „Pożyczalskich” z „Władcą Much”.
 
Nie oczekiwałem następnego komiksu tego zespołu. Nie sądziłem zresztą, że da się „Piękną ciemność” przebić. Musieli sobie też z tego zdawać sprawę autorzy, bo postanowili zaserwować coś nie mającego wiele wspólnego z ich chwalonym, poprzednim dziełem, które z miejsca stało się klasyką komiksu.
Owszem, zarówno „Piękna ciemność” jak i „Piękna” są obie jak w mordę strzelił mrocznymi baśniami, ale poza tym niewiele je łączy. Od strony formalnej „Piękna” nie jest tak mocno baśniowa i rozszalała plastycznie jak poprzedni komiks tych twórców. Graficznie jest oszczędnie, czarno-biało z domieszką złota. Narracyjnie to rzecz bardziej komiksowa, bardziej powieść graficzna niż rozbuchana baśń nawiązująca do ilustracji w książkach dla dzieci. Opowieść ta być może wywołuje też mniejsze emocje, ale i tak jest znakomita, warta lektury i obdarzona świetnie napisanymi postaciami, których nie powstydziłaby się „Gra o tron” (Król Knur!).
 
Fabuła traktuje o Flądrze – brzydkiej, śmierdzącej rybą wieśniaczce, która napotyka na swej drodze wróżkę Mab. Ta oferuje jej jedno życzenie do spełnienia. Nasza bohaterka pragnie być zjawiskowo piękna i wzbudzać zachwyt wśród mężczyzn. Początkowo wszystko idzie doskonale, jak po sznurku, wieśniaczka nawet zostaje królową, ale w ostatecznym rozrachunku dar okazuje się klątwą, której trudno się pozbyć. Jest to więc traktat ubrany w formę baśni-fantasy, ostrzegający przed tym, czego sobie życzymy. Jednak finał ostatecznie nie jest tak mocny i traumatyczny jak moglibyśmy się po tych twórcach spodziewać. Komiks daje też mniej do myślenia niż „Piękna Ciemność”. Nie jest to jakąś szczególna wada, ale niektórzy mogą czuć się zawiedzeni faktem, że komiks nie zmiażdżył im moszny.
 
Jak wspomniałem, opowieść jest oszczędniejsza graficznie, ale to nie znaczy, że jest biednie narysowana. Cartoonowa kreska wpasowuje się mocniej w tradycję komiksową, mniejsze, gęsto zapełniające plansze kadry i obszerny tekst pozwalają zawrzeć na stronach tego komiksu maksimum treści. Sprzyja to prowadzeniu fabuły, ale grafika już nie zapiera tchu jak w przypadku „Pięknej ciemności”. Więcej tu Willa Eisnera niż bajek Disneya. 
 
Mimo wszystko to – nomen omen – komiks piękny, który na pewno chcecie mieć w kolekcji. A czy rozejdzie się szerokim echem wśród czytelników i znajdzie się w podsumowaniach roku? Zobaczymy, jak się potoczą losy publikacji komiksowych w następnych kwartałach. Na razie jest u mnie dość wysoko na liście.

Niepamięć Absolutna. Serkowski/Pitura

 

 
Kiedy na rynku pojawia się kolejny twór prezentujący wizję futurystyczną - i mówimy tutaj zarówno o filmie, książce, czy komiksie – możemy być pewni, że zetkniemy się z szeregiem motywów, które już gdzieś kiedyś spotkaliśmy. Utalentowani twórcy potrafią żonglować znanymi wątkami w taki sposób, że gotowe dzieło, nawet jeśli nie jest niczym nowatorskim, to przynajmniej wygląda na świeże. Nasza szybko zmieniająca się rzeczywistość skłania artystów do korygowania obrazów przyszłości, tak aby wypadły one wiarygodnie. Zapewne też taki cel przyświecał Antoniowi Serkowskiemu oraz Mariuszowi Piturze, autorom komiksu „Niepamięć absolutna”.

Przyszłość. Roboty, liczne urządzenia stworzone przez człowieka wykonują za niego wszystkie możliwe czynności. Stanowią źródło rozrywki oraz są stałym elementem otoczenia. Świat jest więc idealny, w pełni kontrowany przez maszyny, ludzkość zaś pogrążona w stanie między marazmem a rozkoszą. Dochodzi jednak do zakłócenia tej formy koegzystencji, gdy cybernetyczne wynalazki zaczynają po prostu znikać.

Sprawą tajemniczych dematerializacji postanawia zając się policjant Vin_cent. Jest to decyzja bez precedensu, gdyż już od dawna wszystkie sprawy kryminalne rozwiązują się same, czyli dzięki super komputerom. Nasz protagonista, krzepki brutal i luzak, nie jest miłośnikiem nowoczesnej technologi. Mówiąc bez ogródek – nienawidzi jej, co jest związane z pewną traumą, którą przeżył w dzieciństwie.

Podczas śledztwa bohater odkrywa, że wszystkie tropy prowadzą go do Repozytorium, ściśle tajnego miejsca, w którym kumuluje się najwybitniejsze umysły odpowiedzialne za powstawianie wynalazków ułatwiających ludziom życie. Swoista „Wyspa wynalazców” z Podroży Pana Kleksa. Miejsce to jest także celem grupy radykalnych anarchistów, którzy żyjąc poza systemem, próbują doprowadzić do jego zniszczenia. Wszystko to w imię powrotu do dawnej „naturalności”.

Większość twórców opowieści post-apokaliptycznych, czy fantastyczno-naukowych ma przygotowaną dla odbiorców przynajmniej jedną przewrotkę fabularną, po której ci są w stanie powiedzieć jedynie: „Wow!”. Trudno mi się doszukać takiego rozwiązania w Niepamięci absolutnej, dla której wszelkie porównania z klasyką gatunku wypadają delikatnie mówiąc krzywdząco. No bo, o ile tytuł komiksu stawowi trawestację Pamięci absolutnej Paula Verhovena, to już sama historia wymyślona przez Mariusza Piturę, nie jest specjalnie intrygująca. Film, oparty na powieści Philipa K. Dicka, nawet po wielu latach ogląda się z żywym zainteresowaniem. Dzieje się tak dlatego, że niejednokrotnie twórcy tego obrazu zwodzą nas, karząc wierzyć w coś, co później przedstawione jest jako rzeczywistość fałszywa. 
 
Rewelacje wymyślone przez autorów Niepamięci absolutnej nie wprawiają bynajmniej w osłupienie. Co prawda, parę razy miałem wrażenie, że opowieść pójdzie tropem kipiącego groteską Kongresu futurologicznego Stanisława Lema, gdzie trochę jak w Pamięci absolutnej, każda kolejna odsłona realności staje się po jakimś czasie złudą. Jednakże duet Serkowski/Pitura wybrali inną drogę i skupili się na stworzeniu dynamicznej historii, w której kluczowe miejsce zajmuje wartka akcja, a nie filozoficzne rozważania klasyków fantastyki naukowej. 
 
Jest pewna nieuchwytna różnica między umiejętnym skrótem, a prymitywnym uproszczeniem. Narracja Niepamięci absolutnej leci na łeb na szyję, podobnie jak Vin_cent z okładki komiksu. Tekstów w dymkach nie ma wiele, dlatego komiks czyta się dobrze i szybko. Mimo to – nie do końca trafne rozłożenie akcentów dramaturgicznych, nieustanne „dzianie się” aż po zadyszkę oraz absurdalne poczucie humoru, które zamyka to wszystko w nawias - rozbrajają akcję, która niejednokrotnie pozostawia czytelnika obojętnym. 
 
W kresce Antoniego Serkowskiego można odnaleźć echa polskiego undergroundu komiksowego. Te sprawne rzemiosło uzupełnione stonowaną kolorystyką, kojarzyło mi się również z dokonaniami Roberta Adlera oraz – chyba przede wszystkim – Jakuba Rebelki. O ile jednak ten drugi ma zadatki na oryginalnego wizjonera, którym de facto jest, autor rysunków Niepamięci absolutnej kieruje się skromniejszymi ambicjami epigona. Niestety, zestawienie omawianego komiksu, z nie tak dawno u nas wydaną „Genezą”, musi wypaść na niekorzyść graficznych propozycji Serkowskiego. Nie należy jednak zapominać, że mamy tutaj do czynienia z rysownikiem stawiającym swoje pierwsze kroki na rynku opowieści rysunkowych. W takiej optyce wypada on nawet bardziej niż nieźle.

„Niepamięć absolutna” nie jest lekturą dla mnie. Mimo to – jak się domyślam - komiks ten znajdzie swojego czytelnika. Najprawdopodobniej w niemałej liczbie. Jest to w końcu rzecz spełniająca komercyjne wymogi utworu rozrywkowego. Krótki, przyjemny relaks i oderwanie się od rzeczywistości. Pozytywnie zadziwia taki poziom profesjonalizmu u twórców debiutujących. Pewne szablony zapożyczone z klasyki, nie podlegają tutaj dodatkowemu poszerzeniu czy też interpretacji, tylko stanowią popkulturowe sygnały rozpoznawcze, rekwizyty odarte ze swej głębi niepokoju. Dla poszukujących wnikliwszej refleksji na temat technologii zmieniającej oblicze naszego świata, poleciłbym inne lektury. 
 
Autor: Jakub Gryzowski