Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AN. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2022

Supergirl: Kobieta jutra (#1-8)

Dawno nie było na naszych łamach tajemniczego AN. Dziś wraca na Arkham z tekstem o Supergirl: Kobieta jutra (#1-8)
 
 


 
Zamiast wstępu
 
Na jednym ze spotkań z fanami ktoś zapytał Harrisona Forda: "Czy zamierza Pan na starość zagrać jeszcze raz w sequelach/prequelach wszystkich produkcji w których kiedyś Pan wystąpił?". Niewzruszony tym prowokacyjnym pytaniem Ford bez zastanowienia odpowiedział "No pewnie, że tak". Ujął to nawet trochę dosadniej, ale nie w tym rzecz. Niedawno ktoś podobne pytanie zadał Tomowi Kingowi. Ten ostatni od pewnego czasu zajmuje się odświeżaniem i przywracaniem blasku nieco mniej znanym postaciom ze stajni DC Comics. Tak było ze świetnym Mister Miracle. Tak było też z udanym Strange Adventures, gdzie nie tylko Adam Strange wypadł bardzo dobrze, ale przede wszystkim Mister Terrific. Zwłaszcza genialny MT zapadł w pamięć. No, zaplątał się gdzieś tam w twórczości Kinga ten bełkotliwy Rorschach, o którym próbuję zapomnieć, ale opuszczę na to zasłony miłosierdzia. Teraz przyszła kolej na Supergirl. Ta w sumie jest dość popularna, ostatnio dzięki serialowi, ale w komiksie Kinga chodzi o inną bohaterkę. W uproszczeniu sprzed wielu kryzysów. Potem zabrał się Tom za Human Target, ale to przy Supergirl: Woman of tomorrow chciałem się zatrzymać, bo ostatnio czytałem. A że towarzyszę Kingowi jako czytelnik w jego eskapadach w mniej uczęszczane zakątki DC Comics, to napiszę parę słów. W końcu zawsze można użyć właściwego elementu w myszce w razie co.
 
Super czy nie super?
 
Ponieważ ciekawy i wielopłaszczyznowy Strange Adventures przypadł mi do gustu liczyłem na coś bardzo podobnego. Czyli rozbudowaną strukturalnie opowieść, gdzie pod wieloma taflami stereotypów superhero autor mnie czymś zaskoczy. Pierwsze takie zaskoczenie to długość Supergirl. Osiem, zamiast dwunastu zeszytów. W porządku, pomyślałem, rzecz nie tkwi w długości, czy grubości, przynajmniej, jeśli chodzi o komiksy. Mimo tego dostałem zupełnie inną opowieść. Generalnie rzecz biorąc taką, w której autor nie tyle stara się zbudować ciekawą fabułę, co skupić się na eksploracji głównej bohaterki. Rzeczona fabuła staje się środkiem do pokazania cech postaci i mimo wszystko pozostaje - eufemistycznie mówiąc - nieskomplikowana. Zaczyna się tak. Ukończywszy wiek lat dwudziestu jeden nasza Superdziewczyna wybiera się do świata, gdzie może się upić. Nic w tym w sumie złego, nie ma co rzucać kamieniem, czy kryptonitem. No to leci sobie na inną planetę. Nie ma tam żółtego słońca, więc procenty lepiej wchodzą. W trakcie młodzieżowej eskapady staje się częścią krucjaty narratorki całej opowieści. Jest nią dziecko, któremu zbir zabija ojca. Dziewczynka (narratorka) poprzysięga zemstę. Zamiast jednak zarzucić na klatę emblemat, który od pewnego czasu jest wolny i do przejęcia, nad czym ubolewam, czyni inaczej. Daje angaż głównej bohaterce do ujęcia i ukarania sprawcy całej makabry. Jest tam nawet parę przekonujących pomysłów co do tego, dlaczego Superdziewczyna się na to zgadza. W każdym razie zaczyna się pościg za zbirem przez osiem zeszytów. Jest tam dużo kolorowych plenerów, pojazdów kosmicznych, nietuzinkowych istot itd. Jeżeli nie robi to na was wrażenia, a pewnie nie powinno, to jest to dokładnie tak proste. Ogólnie biorąc - może i ciekawe jak na samą Supergirl, choć i tu bym dyskutował, ale nikt nie rzuca czymś takim w fana komiksu, jeśli chce zaskoczenia w stylu "Jaka to melodia". No i w sumie, trochę staje się King zakładnikiem własnego pomysłu. Scenarzysta osadza opowieść w mimo wszystko hermetycznej strukturze, która nie daje pola do wielu zwrotów akcji i płaszyczny do zaskoczenia czytającego. Wiemy co będzie. A jeśli nie wiecie - hej, fajnie, że zainteresowowaliście się właśnie komiksami. To sympatyczne medium, które dostarcza wielu radości, w tym zakupoholikom.
 
King zmienił sposób pisania. Narratorka używa nieco bardziej wyszukanych słów, metafor, w których można próbować odnaleźć motywacje i namiętności Superdziewczyny. Zabieg z budowaniem postaci się udaje. Bohaterka jest inna, niż współczesne amerykańskie heroiny. Nawet wizualnie. Nie taka klasyczna piękność, ale interesująca. Wrażliwa. Nie ma sztubackiego i oczywistego narzucania się z jej mocami - czyli szybsza niż pocisk, silniejsza niż wiadomo co itd. To, co potrafi, jest na bieżąco odkrywane i absolutnie nie jest kalką jej potężnego kuzyna. Dziewczyna ma swój własny charakter. Jednocześnie jest twarda i to w przekonujący sposób udaje się pokazać. Sama relacja głównej bohaterki z dziewczynką (narratorką) jest też prawdziwa. Tyle jednak można powiedzieć dobrego o tym aspekcie komiksu.
 
Fabuła komiksu jest płytka i przewidywalna, jak na możliwości Toma Kinga. Pewnie, jest trochę ciekawych scen, zapadających w pamięć. Między innymi dialog o trudnej sprawie prowadzony w czasie, gdy Supergirl pomaga narratorce umyć dłonie. Planeta ze słońcem z kryptonitu też była interesującym elementem opowieści, zwłaszcza cierpienia Superdziewczyny z tym związane. Jest też dużo akcji i sporo się dzieje. Nikogo jednak, kto kłaniał się semikom, nic tu nie zaskoczy na tyle, że przyzna ocenę wyższą niż poprawna. Dobrze się to czyta nawet, płynnie, ale jeżeli chodzi o scenariusz, to takie rzeczy są współcześnie standardem pisarskim w tym nurcie komiksu. Nie ukrywam wobec tego mojego rozczarowania. Uważam, że mam do czynienia z autorem, którego zwyczajnie stać na więcej. A tutaj dowozi nas do mety bez efektu obrzydzenia, ale to w zasadzie tyle. Z pewnością niektóre elementy są zbędne i można by kilka zeszytów z tej mini-serii usunąć i całość mogłaby się bez tego doskonale obyć. Zbir ucieka, gonią go, potem znowu ucieka. To, co dzieje się w trakcie, jeżeli chodzi o portretowanie bohaterki, jest ciekawe. Zgoda. Nie jest to jak powiedziałem typowa amerykańska heroina. Taka postać pełna sprzeczności. Na pewno nie jak stereotyp amerykańskiej nastolatki. Bywa damą, ale też klnie czasem jak woźnica, a i natura wojowniczki też silnie się w niej zarysowuje. Przypominała mi trochę Katherine Hepburn z pierwszych ról. Mimo tego, komiks można byłoby spokojnie odchudzić. Nie było aż tyle miejsca potrzebne Kingowi do osiągnięcia celu, który sobie postawił.
 
A rysunki?
 
Ilustracje bardzo mi się podobały. Za stronę wizualną odpowiada Bilquis Evely, którego lubię za to, że jest retro "trochę". Wiem, że to brzmi jak oksymoron, ale takie mam odczucie. Umie ilustrować tak, że przywodzi na myśl starsze komiksy, jeszcze nawet sprzed lat dziewięćdziesiątych. Jednocześnie, jest w tym mimo wszystko jakiś powiew świeżości, nie szlifuje przetartych bruków. O jego postaciach nie można powiedzieć, że są "cool", jak z amerykańskiego sitcomu. Myślę, że o to chodziło też Kingowi, żeby główna bohaterka była nieco bardziej stylowa. Ma też sporo pomysłów artysta na świat przedstawiony. Zwłaszcza na statki kosmiczne, które choć nowoczesne, przywodzą na myśl stare galery. Niektóre przystanie czy planety wyglądają dość eklektycznie, widać wymieszaną stylistykę z lat 60. i 80. Stanów Zjednoczonych Ameryki, przynajmniej taką, jaką znam z filmów. Wszystko to dobrze zagrało i na całość patrzyło mi się dość przyjemnie. Jest też przy tym bardzo dynamiczny. Jest sporo artystów, którzy technicznie dobrze rysują pojazdy czy architekturę, ale jak trzeba pokazać trochę akcji, to myślimy o długości życia żółwi. Nie tych wcinających pizzę, tylko normalnych, wiemy, o co chodzi.
 
To kończ waść
 
Czas spędzony nad komiksem nie był dla mnie zupełnie zmarnowany, to sprawnie zrobione rzemiosło. Natomiast na waszym miejscu mimo wszystko więcej bym się nie spodziewał. Pomysł na konstruowanie przez osiem zeszytów osobowości głównej bohaterki został zrealizowany, ale jednak kosztem fabuły. Według mnie Toma Kinga jako scenarzystę stać zdecydowanie na więcej. Powinien zrezygnować z konwencji posługiwania się elokwentnym narratorem. Oszczędna, surowa forma, wywołująca w czytelniku niepokój, że coś może jednak dzieje się źle (i w tle) wychodzi mu lepiej. W każdym razie nie było to też fatalne. Nie lubię wyrażenia "mogło być", bo jakby się nad tym bliżej zastanowić, nie do końca wiadomo, co ono znaczy. Jeśli jednak dostajemy taką cenzurkę to intuicyjnie wyczuwamy, o co chodzi. Mam nadzieję, że Human Target, do którego siadam za chwilę, będzie lepszy.
 
6/10
 
Autor: AN

poniedziałek, 2 maja 2022

Farmhand. Rob Guillore



Po komiks "Farmhand" sięgnąłem przede wszystkim dlatego, że polubiłem ilustracje Roba Guillorego w "Chew". Charakterystyczne, łatwe do rozpoznania rysunki są do dzisiaj znakiem rozpoznawczym tej ostatniej, obsypanej nagrodami serii, niczego naturalnie nie ujmując bardzo dobremu scenariuszowi J. Laymana. W "Farmhand" Guillory nie tylko odpowiada za stronę wizualną komiksu, ale też napisał całą opowieść. Stąd jak tylko zobaczyłem, że historia zaczęła ukazywać się nakładem Image, to od razu się zainteresowałem. Zaopatrzyłem się czym prędzej w dwa stosunkowo tanie wydania zbiorcze, dostępne w jednym z naszych rodzimych sklepów, no i jak tylko do mnie dotarły przeczytałem. Potem sięgnąłem po trzecie i zacząłem kolekcjonować zeszyty. Wiecie jak jest.

Napiszę pokrótce o czym w ogóle jest komiks. Rzecz dzieje się w Stanach Zjednoczonych Ameryki, a dokładniej w Luizjanie. Jed Jenkins prowadzi farmę i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to co na niej uprawia. Specjalizuje się w produkcji rolnej roślin, które, jak dadzą owoce, są w stanie zastąpić ludziom praktycznie biorąc dowolny organ lub kończynę. Czytelnik początkowo nie wie, skąd Jed pozyskał nasiona pod taką uprawę i jak rozwinął swój ekscentryczny biznes. Dość powiedzieć, że farma Jenkinsa zmieniła pozytywnie życie wielu ludzi, zwłaszcza ofiar wypadków, czy czekających na transplantację. Mieszkańcom Freetown w Luizjanie pozwoliła dostać pracę, ale, jak to w podobnych sytuacjach bywa, wynalazek Jeda wzbudza też złe emocje. Negatywne reakcje pojawiają się zresztą na różnych poziomach - religijnym, etycznym i politycznym, a nawet w mniejszej skali, gdy chodzi o relację hodowcy z synem. Gdy Zeke (syn Jeda) wraca z rodziną do Freetown, żeby poprawić relacje z ojcem, zaczynają się dziać rzeczy dziwne i tajemnicze. Część osób, którym wszczepiono roślinne implanty, zaczyna mutować, zmienia się ich zachowanie. Pojawiają się pytania i widmo tajemnicy. Jedna z kwestii dotyczy tego, czy Jed istotnie jest darem dla świata, czy może raczej narzędziem w ręku kolonizatora, czyli tytułowym "parobkiem".

Tyle w kwestii wprowadzenia, nie będę zdradzał żadnych więcej szczegółów. Zacznę od tego, że zawsze mam obawy, jak sięgam po komiks rysownika, który nie próbował wcześniej swoich sił jako scenarzysta. Rzadko ten eksperyment w przeszłości mogłem uznać za udany. Tutaj nie chciałem się rozczarować, bo bardzo szanuję Guillorego za jego pracę nad "Chew". Nie uprzedzając nadmiernie konkluzji, eksperyment mimo wszystko się powiódł. Farmhand ma prosty, dobrze skonstruowany scenariusz. Guillory posiada kompetencje scenarzysty. Miał dobry pomysł wyjściowy, który sprawił, że jak tylko akcja się zawiązała, byłem czytaniem autentycznie zainteresowany. Dobrze obmyślił i rozwinął intrygę nazwijmy to "kryminalną", nie spieszy się z odsłanianiem poszczególnych elementów tego wątku. To sprawia, że nie możemy się domyślić wszystkiego, a przynajmniej ja nie mogłem. Nie jest może tak błyskotliwy jak Layman w Chew, jeśli chodzi o pomysły na świat przedstawiony, ale je ma, one są niewątpliwe. Nie powiela przy tym mechanicznie koncepcji z innych zakątków dziewiątej sztuki wyzwolonej, stara się dać czytelnikowi coś swojego. Mimo, że miejscami można mieć skojarzenia ze wspomnianym już kilkakrotnie Chew, czy Walking Dead, to chodzi raczej o klimat. Żadnego niewolniczego naśladownictwa w tym nie odnajduję. Ładnie też pokazany jest inny element historii, a więc relacje między głównymi bohaterami. Na uwagę zasługują dwie rzeczy. Po pierwsze płynne dialogi przywodzące na myśl południe Stanów Zjednoczonych Ameryki. Nie ma w nich recytatorskiej sztuczności ani pretensjonalności. Można mieć wrażenie, że w ten sposób ludzie rzeczywiście mogliby ze sobą rozmawiać. Po drugie, obok głównych bohaterów, czyli rodziny tytułowego "Parobka", seria ma ładnie i kompleksowo rozbudowany drugi plan. Szczególnie zapadli mi w pamięć charyzmatyczny pastor Freetown oraz "zielona" więcej niż w jednym tego słowa znaczeniu Pani burmistrz rzeczonego miasta. No i Gumbo. Gumbo jest po prostu świetny, ląduje w czołówce moich ulubionych, fantazyjnych zwierzaków (choć nie mam pewności, czy słowo "zwierzak" jest tu adekwatne). Palma pierwszeństwa należy tu wciąż do Thori, potwornego psa piekieł, ale Gumbo ląduje na liście tuż za nią.

Dla mnie jednak siła Farmhand to przede wszystkim rysunki. Lubię styl Roba, autor ma niesamowite pomysły na pokazanie tego, co jeszcze mogą zastąpić w ludziach służące do przeszczepów rośliny. A jak już Freetown zaczyna mutować, to wyobraźnia Roba nie ma żadnych barier, choć pozostaje wg mnie estetycznie w dobrym guście. Guillory jest dla mnie wyjątkowy, nie do końca lubię rysunki przywodzące na myśl animacje. Autor jednak mi pod tym względem odpowiada, nie tylko zresztą, jeśli chodzi o koncepcje na świat przedstawiony. Fajnie pokazuje mimikę. Podobnie, jak w Chew, szczególnie dobrze wychodzą mu sceny humorystyczne. Konwencja ilustracji, którą ma, niesie ze sobą spore ograniczenia, co Guillory sam przyznaje. Między innymi dlatego, jak stwierdził, pewne zlecenia przeszły mu koło nosa, bo zdaniem osób robiących selekcję nie pasowały do historii. Mimo to, jego rysunki absolutnie pasują do fabuły jego autorskiego komiksu. Co do tego jestem przekonany.

Farmhand ma jeszcze jeden atut. Guillory pochodzi z południa Stanów Zjednoczonych Ameryki, z podobnego miasta, jak to, w którym rozgrywa się akcja komiksu. Opowieść posłużyła mu też do tego, żeby spróbować oddać klimat mniejszych miasteczek na południu USA i zarazem przemycić trochę trudniejszych tematów. To się udało przy utrzymaniu rozrywkowej konwencji komiksu i bez wpadania w pułapkę poprawności politycznej. Autor nie traktuje swoich czytelników jako ludzi, których trzeba pouczać. Trudniejsze wątki obyczajowe nie burzą opowieści, która zachowuje swój rytm. Zarazem, jak powiedziałem, autor stara się pokazać złożoność i wielowymiarowość różnych problemów społecznych. Motywacja bohaterów wymyka się jednoznacznej ocenie. Na ogół też nie możemy ich łatwo ocenić. Nawet ci, którzy mają być w komiksie tymi anty, mają pewne pozytywne cechy, możemy ich nawet polubić. To chyba krok w dobrym kierunku, "łopatologia" w niektórych komiksach zaczyna być naprawdę irytująca. W Farmhand autor nie zapomniał, że czytelnikowi należy dać ziarno (nomen omen) do oceny, a nie dokonywać jej za niego.
 
Mimo, że seria nie dostała do tej pory żadnych prestiżowych nagród, to uważam ją o niebo lepszą, od moich ostatnich, nagrodzonych wpadek czytelniczych, takich, jak chociażby Invisible Kingdom. Jest to komiks dobry moim zdaniem i szkoda, że przechodzi mimo wszystko bez echa. Oczywiście, zdobył sobie grono oddanych fanów, ale jednak na większą popularność nie ma chyba co liczyć. Tak bywa, ale mam nadzieję, że kiedyś seria doczeka się powiększonego wydania w twardej oprawie od Image.
Autor podzielił historię na dwie części (jak sam pisze odpowiadając na listy czytelników - na dwa "sezony", co jest też sympatyczną grą słów, biorąc pod uwagę, że komiks dotyczy upraw. Notabene, gry słów nawiązujące do uprawy roślin, cała zabawa z tym związana, jest dodatkowym atutem opowieści). Pierwsza część to zeszyty 1-15, ta już się zakończyła, a nawet doczekała się trzech wydań zbiorczych w miękkiej oprawie od Image. Od numeru 16 zaczyna się nowy sezon historii, po "trzęsieniu ziemi" w zeszycie piętnastym. Na numer szesnasty trzeba było długo czekać, ukazał się stosunkowo niedawno. Seria miała przerwę, dłużą niż planowaną, ze względu na pandemię. Niemniej jednak niedawno Farmhand wrócił, a jak jak sam autor zapowiedział w 16 zeszycie, planuje zakończyć serię na numerze 26 (mam nadzieję, że będzie jednak ich więcej). Słowem - podobało mi się.
 
Autor: AN

 

poniedziałek, 21 marca 2022

Invisible Kingdom. Wilson/Ward

 


Po Invisible Kingdom sięgnąłem za sprawą dwóch powodów. Zacznę od pierwszego. Komiks ten dość niespodziewanie dostał w 2020 r. nagrodę dla najlepszej serii. Niespodziewanie, bo konkurencja była spora. Powiem tylko o solidnym Undiscovered Country Snydera, Something Is Killing the Children Tyniona IV, czy wreszcie Once & Future, Gillena. Invisible Kingdom nie było w tym gronie faworytem. Zdecydowanie nie. Tymczasem do nagrody w kategorii najlepsza nowa serii organizatorzy konkursu dorzucili jeszcze trofeum dla Ch. Warda za najlepsze kolory. No to nieźle pomyślałem i czym prędzej zaopatrzyłem się w trzy tpb (zbierające całość serii). Zakładałem, że eksperyment czytelniczy się powiedzie.
 
Drugi powód to G. Willow Wilson, którą postrzegam pozytywnie jako scenarzystkę. Jej Ms. Marvel nie była taka zła, nawet w porządku. W najnowszym zaś otwarciu Batmana w czerni i bieli napisała najlepszą wg mnie historię o mrocznym rycerzu w całej kilku zeszytowej serii. No to super myślę. I tak optymistycznie nastawiony siadłem do lektury licząc na coś naprawdę dobrego. Energetyczne okładki jeszcze bardziej zachęciły mnie do czytania i go nie odwlekałem. No i cóż. 
 
Początek komiksu to straszny bałagan. Odrzuciło mnie to. Gąszcz scen słabo ze sobą powiązanych. Tu statek kosmiczny, tu jakiś galaktyczny klasztor dla kobiet, tam jeszcze coś innego. Autorka po wrzuceniu granatu do środka komiksu zaczyna wszystko stopniowo porządkować. Takie zabiegi fabularne bywają stosowane, mają nawet swoich fanów, ja się do nich nie zaliczam. Szczęśliwie w pewnym momencie akcja zawiązuje się i zaczynamy co nieco rozumieć. Galaktyczny związek wyznaniowy kontroluje poszczególne planety wespół z firmą zaspokajającą wszelkie potrzeby klientów. Owa firma daje kupującym możliwość zamawiania wszystkiego on-line, po czym szybko i sprawnie dostarcza towary swoimi statkami kosmicznymi. Tu pojawiają się nasze dwie bohaterki. Pani kapitan jednego z krążowników i zakonnica. I jedna i druga zaczynają - naturalnie słusznie - powątpiewać w uczciwość swoich przełożonych. Odkrywają spisek, który chcą ujawnić. Mniej więcej tyle, a reszty możecie się domyślać. Jak to mówił pewien znany agent FBI zanim został seksocholikiem - prawda gdzieś tam jest i trzeba ją światu pokazać. Tak czy nie? Jasne, że tak, to obnażymy ją nieświadomym masom.
 
Fabuła w pewnym momencie staje się uporządkowana, ale nie zyskuje oceny wyższej, niż poprawna. Jest to wszystko schematyczne aż do bólu, chociaż zarazem, po pewnych problemach na początku, daje się czytać. Dialogi są sprawne, przemyślane. Są niewyszukane, ale są też niedrętwe, raczej płynne. W porządku zatem. Drugi plan w miarę rozbudowany - piraci, kosmiczne zakonnice, sekciarze, członkowie korporacji. Scenarzystka ma miejscami inklinacje do pouczania czytelnika i pokazywania mu, które wartości są uniwersalne, a jakie relatywne. Niemniej jednak nie przesadza z tym. Nie ma więc moralizowania na koturnach, ale powiem szczerze głębi też nie ma się co w tym doszukiwać. Dzieje się generalnie sporo, aczkolwiek nie powiedziałbym, że to space opera. Do tego brakuje w scenariuszu rozmachu, odwagi i za dużo tu szlifowania starych bruków. Dlatego, po przeczytaniu pięciu, czy sześciu zeszytów wzmogło się we mnie uczucie zaskoczenia i mimo wszystko rozczarowania. Poważna wydawałoby się nagroda, a tymczasem mamy do czynienia z czymś, co niczym specjalnym się nie wyróżnia. Tym bardziej, że konkurencja nie była wcale słaba i miała naprawdę niezłe karty do gry. Zwłaszcza seria Snydera. Stąd zacząłem szukać przyczyny tego mało zasłużonego docenienia i obiektu fałszywych zachwytów. Tym bardziej, że miałem inne rzeczy do czytania. W takich chwilach trzeba zwrócić uwagę na stronę emocjonalną opowieści, jeśli jest.
 
Seria zbudowana jest na silnych, kobiecych bohaterach. Mężczyźni, wyjąwszy może kapitana piratów, są raczej sympatycznymi gamoniami, niż przywódcami. Ale ok, główne bohaterki można polubić, zwłaszcza dzielną kapitan statku. Pani kapitan zakochuje się w zakonnicy. Ta początkowo nie chce, bo śluby w zakonie, ale wiadomo - miłość nie wybiera. Serce nie sługa. Ok. Wszystko to jednak na poziomie dramy dla nastolatek. A ponieważ mam już czterdzieści lat to nie byłem w stanie się wczuć w całą tę atmosferę miłości, która w pewnym momencie komiks zaczęła nieco przytłaczać. Wydawało mi się to po prostu infantylne, zwłaszcza, jak na serię niekierowaną bynajmniej do młodszego czytelnika. Dziwne. Mam jednak przeczucie, że to chemia między głównymi bohaterkami urzekła jurorów. Niemniej jednak i w tym aspekcie żadnego nowatorstwa nie widzę. Podobne sceny i dramaty widziałem w różnych mediach, a jest to podane w sposób przywodzący na myśl kolorowe pisma dla nastolatków w wieku licealnym. Nie ma w tym niczego złego, jednak to zwykłe banały.
Strona wizualna może się podobać. Ch. Ward ma pomysły na świat przedstawiony. Planety, pojazdy, kombinezony (zwłaszcza zakonnic) projektuje w sposób naprawdę ciekawy. Widać, że stara się wszystko pokazać łącząc elementy z różnych znanych nam kultur i religii. Jest to może i nieco eklektyczne, ale też interesujące, bo mamy różne skojarzenia. Widząc zapożyczenia ze świata chrześcijańskiego i muzułmańskiego w jednym, kosmicznym związku wyznaniowym, nie jesteśmy w stanie prosto zidentyfikować tego, co znamy z rzeczywistości. To fajny zabieg i widać, że ilustrator ma spory talent. To jest plus.
 
Kolory w komiksie są naprawdę dobre. Przykuwają uwagę, są bardzo energetyczne i w tym zakresie nagroda dla Warda była moim zdaniem zasłużona. Jeśli jednak odrzucimy na bok kwestię kolorów, to same rysunki są ubogie graficzne. Artysta nie jest pedantem, w wielu miejscach raziła mnie niedokładność. Naprawdę mógł zadbać o detale, zwłaszcza, gdy chodzi o rysy postaci, załamki odzieży itd. Perfekcjonistą ilustrator z pewnością nie jest. Wydanie czarno białe, jestem przekonany, pokazałoby wszystkie jego słabości. Dobrze więc, że koloruje świetnie, bo to pozwala niejako ukryć ułomniejsze cechy strony graficznej. Mimo to, Ch. Ward potrafi rysować i sceny emocjonalne i dobrze sobie radzi z pokazywaniem dynamiki. Po prostu można byłoby pewne rzeczy lepiej dopracować, ale nie ma też tragedii. 
 
Konkludując, Invisible Kingdom to komiks zwyczajnie przeciętny. Jeśli podejdziecie do niego, jak do kolejnego "czytadała", które można przeczytać na szybko w jakiś chłodniejszy wieczór, to może uczucia zupełnie zmarnowanego czasu nie będzie. Mimo to, ta nagroda dla najlepszej nowej serii jest zdecydowanie na wyrost i mam wrażenie, że jakieś pozamerytoryczne czynniki tutaj zadziałały. Szkoda. W ten sposób nagrody będą się pauperyzować i ludzię stracą do nich zaufanie. Nie jestem może tak rozczarowany jak dziełem M. Tamaki (Laura Dean keeps breaking up with me, też Eisner), ale mimo wszystko trochę mnie to zawiodło. Liczyłem na więcej a dostałem po prostu zwykłe rzemiosło, nic ponadto. 
 
Autor:AN

wtorek, 22 lutego 2022

Heavy Liquid. Paul Pope.

 

 
Heavy Liquid to komiks autorski Pola Pope'a. Być może wypuściłem się zbyt daleko na łowy, bo nie znam dobrze jego twórczości. To co czytałem zapadło mi w pamięć. Chodzi dokładniej o dwa komiksy z Mrocznym Rycerzem. Jedna to ta z Batman: Black and white ze złamanym nosem głównego bohatera. Druga zaś to nagrodzony bodajże Eisnerem "Rok setny". Charakterystyczny, zamaszysty i nietypowy styl artysty spodobał mi się na tyle, że uznałem sięgnięcie do Heavy Liquid za dobry pomysł. 
 
Fabuła jest początkowo wciągająca. Główny bohater ma talent do odnajdywania różnych rzeczy i osób. Dostaje zlecenie odnalezienia artystki od tajemniczego kolekcjonera. W tle narkotyk o niezwykłych właściwościach i paru niezbyt sympatycznych gości, którzy będą poszukiwania starali się nieco utrudnić. Dobry pomysł wyjściowy. Wszystko dzieje się w surowym, industrialnym otoczeniu, w przyszłości, której kulisy są dla czytającego mało oczywiste. No i szereg pozytywnych wibracji - tajemnica, artyści, sztuka, w tak zwanym międzyczasie Paryż, który trudno rozpoznać. Ponadto gang agresywnych nastolatek, które starają się zaspokoić różne swoje żądze. Może i nieco eklektycznie, ale w sumie fajnie. Dobry pomysł to jednak nie to samo, co dobry komiks. 
 
Jasne, że miło się patrzy na to, jak Paul Pope rysuje. Ilustracje nadają opowieści ciekawy klimat. Nie da się ukryć, że to największa zaleta komiksu. Autor ma też sporo pomysłów - na głównego bohatera, a także np. na zakończenie swojej opowieści, które nie jest oczywiste. Pope zostawia sobie otwartą furtkę do tego, aby pójść z historią dalej. Być może więc, o ile seria będzie kontynuowana, zmienię o niej zdanie. Na razie jednak prezentuje się ono w szczegółach, jak niżej.
Jak dla mnie głównym problemem Heavy Liquid jest scenariusz. Nie ma zachowanych odpowiednich proporcji między wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Po tym, jak główny bohater udaje się do Paryża, następnie podróżuje do Pragi jest już ciekawiej. Akcja jest bardziej dynamiczna. Zwłaszcza sceny w pociągu. Tym niemniej część wstępna historii jest po prostu długa i nudna. Jest inaczej mówiąc zbyt rozwleczona. Nie można przy tym oprzeć się wrażeniu (ja przynajmniej nie mogłem), że autor traktuje fabułę miejscami po prostu, jako pretekst do pokazania świata przedstawionego i swoich pomysłów wizualnych. Te pomysły Pope ma, one są niewątpliwe. Niemniej jednak komiks z fabułą m. zd. na 50 stron urasta do znacznie większych, a wręcz powiedziałbym zbyt dużych rozmiarów. Można było całość opowieści zamknąć w o wiele mniejszej objętości, zamiast tkać i tkać pajęczynę dziwności. W miarę czytania poszczególne nici tej pajęczyny wydają się zbędne. Nie wiem, czego się spodziewałem. Być może więcej akcji, jak przystało na osobę, która czyta głównie superhero. Możliwe zatem, że problem tkwi w tym, co napisałem na początku. Wypuściłem się na nieznane przestrzenie i mam za wąskie horyzonty do takiej lektury. Nie można tego wykluczyć. Wrażenie ułomności fabularnych mimo to pozostaje. I mam poczucie, że autor mógł to wszystko lepiej sobie poukładać. Gdyby było to bardziej uporządkowane na pewno miałbym dużo większą przyjemność z czytania. 
 
W komiksie pojawia się cała rzesza postaci, które w opowieści nie pełnią żadnej roli. Można byłoby je usunąć i nie wpłynęłoby to na opowieść. Tym bardziej, że główny bohater to raczej intuicyjny geniusz. To znaczy, że kieruje się przeczuciem poszukując artystki na zlecenie wspomnianego, tajemniczego kolekcjonera, a nie dedukcją, jak Holmes. Skoro tak, to stawia to pod znakiem zapytania sens wprowadzania poszczególnych epizodów i mnożenia drugoplanowych bohaterów. Nie sposób się zresztą do nich przywiązać. W zasadzie nie ma po co - te postaci znikają szybciej, niż się pojawiają. Tymczasem "S" (główny bohater) jest co chwilę lokowany w innych częściach industrialnej rzeczywistości. Może szkoda, bo sporo drugoplanowych bohaterów jest ciekawych. Niektórzy jednak (jak klauni) są wtórni, ale tego zupełnie w komiksach pewnie nie da się uniknąć. Nie będę więc stawiać zarzutu, skoro nie przeszkadza mi po tylu latach, jak Batman gania za Jokerem. A fakt faktem, że na ogól nie mam z tym problemu.
 
Komiks klimatem przypominał mi film "Johnny Mnemonic". Nie wiem w sumie dlaczego. Klimatem jedynie, nic więcej. Brakuje uporządkowania fabuły. Pope rysuje rzeczywiście dobrze i tu się z Marcelim Szpakiem zgodzę, że to jego (Pope'a) bardzo duże osiągnięcie. Podoba mi się prosty dobór kolorów. Dodaje on ilustracjom głębi oraz surowości. Autor nie przesadza z detalami, ale wszystko, co widzimy w kadrach, jest do czegoś potrzebne. Rysunki są starannie zrobione. Ilustracje architektury wywołują pozytywne wrażenia. W tym zakresie Pope przekonuje do obrazu, który tworzy. To fajne było. Autor nie stara się przy tym nikogo powielać, ma swój własny, nietuzinkowy styl. Tym niemniej, ta opowieść nie jest dla mnie. Zakończenie historii zaskoczyło mnie, co przyznaję. Tego się zupełnie nie spodziewałem. Doczytałem więc jak widzicie do końca. Jednak po kilkudziesięciu stronach tej pogoni za niczym straciłem nią całkowicie zainteresowanie. Dokończyłem wyłącznie z kronikarskiego obowiązku. Nie zostawiam komiksu w połowie. Wyszedłem z założenia, że skoro zacząłem czytać, to dokończę. Dla mnie zabrakło w tym komiksie kogoś, kto powiedziałby twórcy "Ok, pomysł jest ciekawy, ale albo to skróć trochę albo wzbogać wątki i fabułę. To nie może tak zostać". Dlatego dobry redaktor, czy inna osoba czuwająca nad procesem twórczym, to skarb. Zostało mnóstwo pojedynczych, klimatycznych scen w pamięci, ale też wrażenie chaosu i nieuporządkowania. 
 
Autor: AN

 

środa, 2 lutego 2022

Monsters. Barry Windsor Smith.

 


 

Wiadomość, że Barry Windsor-Smith wydaje nowy komiks przyjąłem z rezerwą. Jak spojrzę na niektórych moich bohaterów z dzieciństwa, takich jak choćby Frank Miller, to słyszę fragment piosenki "trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść". Sporo jest takich przypadków rozmieniania talentu na drobne. Na niektóre nowsze dokonania znanych i cenionych twórców trudno patrzeć. Podobne obawy miałem w stosunki do "Potworów". Szczęśliwie okazały się one zupełnie nieuzasadnione. "Monsters" to poważne dzieło. Komiks przez duże "K". Cieszę się, że BWS był w stanie pokazać, że sporo gazu jeszcze ma w zbiorniku i chce robić jak najlepsze komiksy. Zasługuje to na słowa uznania. Ufam, że nie powiedział ostatniego słowa i czekam na więcej.


Już ze wstępu wynika, jaka będzie konkluzja co do oceny "Potworów", ale spróbujmy dojść do tego po kolei. Spoilerów niżej nie będzie. Taką przynajmniej mam nadzieję.

Sięgając po komiks spodziewałem się czegoś na kształt monumentalnego "Weapon X". Początkowo zresztą w ten klimat czytelnik jest wprowadzony. Wojsko, eksperyment, super-żołnierz itd. Szybko jednak okazuje się, że komiks jest nie o tym. Dla mnie przynajmniej to opowieść innego rodzaju. Eksperymenty, wątki nadprzyrodzone itd. to środek do celu. Historia ma pokazać, że na zło trzeba reagować szybko i stanowczo. Bo jeśli się przybiera taktykę znoszenia i wyczekiwania, to owe zło zdewastuje wszystkich i wszystko dookoła. Niby banalna teza, ale podana przez autora w wyrafinowany sposób. Mamy więc do czynienia z dramatem obyczajowym. Zło niszczy najpierw ojca głównego bohatera (tym bohaterem jest chłopiec, który zostaje poddany eksperymentowi wojskowemu). Potem zło stopniowo dewastuje matkę chłopaka. Następnie, totalnie pozostałą część jego rodziny. Próba poszukiwania przez głównego bohatera szczęścia prowadzi do kolejnych tragicznych zdarzeń. Zaciągnięcie się do wojska nie poprawia sytuacji. Finał całej historii jest taki, jak od początku można było zakładać. To znaczy, trudno go przewidzieć w szczegółach, ale można przypuszczać, że będzie bez happy endu. Coś tam autor zostawia na otarcie łez, ale nie da się powiedzieć, że wszystko skończyło się dobrze. To byłaby gruba przesada.

Mimo tego, że można się pewnych rzeczy domyślać, komiks wywołuje emocje, przykuwa uwagę czytelnika, który chce sprawdzić, co będzie dalej. O to chyba w tym medium powinno chodzić, a nie tylko o kolejne beznamiętne historie, które się czyta, odkłada na półkę, zapomina. Jasne, że lubimy sprawdzić co tam u Petera Parkera, ale czujemy też głód historii na wysokim poziomie. Ten apetyt BWS w "Potworach" zaspokaja.
 
Historia głównego bohatera jest osadzona w określonych realiach, które twórca wydaje się znać i rozumieć. Postacie rozmawiają ze sobą, a nie recytują anemiczne dialogi. Każda z nich ma własną osobowość, która nie jest kolejną kalką popkultury. Dzięki temu zyskują one na autentyczności, są przekonujące. 
 
Gdybym powiedział, że nie widzę mankamentów, byłbym nieuczciwy. Można mieć wątpliwości, czy epatowanie przez autora przemocą i makabrą zwłaszcza w końcowej części historii było potrzebne. Sporo tego się pojawia. Sceny kanibalistyczne momentami mnie odrzucały. Nie wiem, czy były rzeczywiście niezbędne do osiągnięcia celu postawionego sobie przez autora. Wydaje mi się, że nie. I bez tego możemy sobie wyobrazić traumatyczne okoliczności, które mogą zrobić z kogoś tytułowego potwora. Niemniej jednak wiarygodności owym brutalnym, czasami makabrycznym scenom odmówić nie można. Twórca usiłuje nas przekonać, że obraz który tworzy jest prawdziwy. I to mu się udaje. Nawet, jeśli popełnia grzech przesady.
 
Porównując Monsters do Weapon X jestem zaskoczony tym, jak BWS zbudował opowieść i dialogi. Te ostatnie są bardzo zróżnicowane i rozbudowane. W Weapon X wydawały się takie ascetyczne, zamknięte. Tutaj jest inaczej. Nie ma tej klaustrofobiczności, jaką czytając Weapon X odczuwałem. Całość odbieram jako bardziej przestrzenną opowieść, która pokazuje erudycję autora. Dotyczy zwłaszcza znajomości konkretnej, powojennej epoki w historii Stanów Zjednoczonych Ameryki.
Wielkim walorem pracy BWS są ilustracje. W większości rysunki to koronkowa, jubilerska robota. Mimika postaci, ubiory, zdobienia biżuterii, czy sztućców - wszystko jest zazwyczaj dopracowane. Wkład pracy włożony w stronę wizualną jest doprawdy imponujący. Sceny pościgów samochodywch są dynamiczne, nie ma wrażenia sztuczności. Styl BWS może się podobać lub nie, to kwestia oceny. Mimo to pieczołowitości autorowi na ogół nie można odmówić. Piszę na ogół, gdyż komiks ponoć powstawał na przestrzeni wielu lat. Końcowa część utworu sprawia wrażenie nieco uboższej graficznie, zwłaszcza w zestawieniu z pozostałą częścią komiksu. Nadal pozostaje na bardzo wysokim poziomie. Tym bardziej, że autor sam nakłada tusz na swoją pracę. Liternictwo również jest jego dziełem. Jak w Weapon X, wnosi wkład w niemal każdą warstwę komiksu, co jest podejściem chyba unikalnym. W każdym z tych elementów komiksu widać twórczy wkład, rozwiązania oryginalne i nowatorskie. "Potwory" nie są więc powielaniem utartych, komiksowych schematów wizualnych. 
 
Naturalnie niektóre pomysły BWS są dyskusyjne i będą kontestowane. Dotyczy to pojawiającego się czasami niemieckiego języka w dymkach. Raz jest on tłumaczony na angielski, innym razem nie - i nie do końca wiadomo dlaczego, co przez część osób słusznie zostało odnotowane. Bądźmy jednak uczciwi. Nie ma komiksów idealnych i zapewne w każdym można znaleźć jakieś mniejsze lub większe usterki. Nie wpłynęły one jednak na moją, bardzo wysoką ocenę tego komiksu.

Kończąc zachęcam do lektury, bo mamy do czynienia z czymś zupełnie nietuzinkowym na rynku komiksowym. Cieszę się, że autor, który ma na swoim koncie sporo wartościowych prac, chce być nadal dobrze zapamiętanym. To budujące. Stworzył coś, co jest określonym wkładem do dziewiątej sztuki wyzwolonej. To dobrze, że nasz rodzimy Wydawca zdecydował się zaprezentować ten komiks polskim czytelnikom. Trzymam za to szczerze kciuki i mam nadzieję, że się to uda. Myślę, że takich komiksów będzie coraz mniej. Dlatego tym bardziej trzeba kibicować polskiej edycji, po którą sięgnę. Czytajmy Potwory, bo warto. 
 
Autor: AN

piątek, 8 października 2021

Rorschach (King/Fornes)

 


Żeby nie być więźniem własnych fobii trzeba zabić strażnika, który nazywa się niemoc - Sławomir Kuligowski 


Eksperyment zupełnie nieudany
 
Tom King jest jednym z moich ulubionych scenarzystów. Podoba mi się sposób, w jaki pisze. Stąd sięgając do Rorschacha, byłem przekonany, że zetknę się z udanym komiksem. Już sam śródtytuł wyżej sugeruje konkluzję i moje rozczarowanie. Niemniej jednak spróbujmy dojść do tego po kolei. A więc o co chodzi z tytułowym Rorschachem?
 
Miłe złego początki
 
Nową serię Kinga i Fornesa zbierałem cierpliwie w zeszytach. Było ich dwanaście. Pierwszy wydał się bardzo interesujący. Nie będę zdradzał szczegółów fabuły, jednak pokrótce was w niej osadzę. Inaczej się nie da o tym pisać. Serię otwiera nieudany zamach na polityka, kandydującego na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki. Zamachowców jest dwóch - bardzo młoda kobieta i sędziwy mężczyzna w masce tytułowego Rorschacha. Oboje giną już na pierwszych stronach komiksu. Śledztwo zaczyna prowadzić doświadczony detektyw. W tak zwanym międzyczasie dowiadujemy się, że Strażników od dawna nie ma i w sumie nie wiadomo co się z nimi stało. I choć świat przedstawiony wygląda jak Ameryka z lat osiemdziesiątych XX w., to okazuje się, że jest rok 2021 r. Ciekawe? Mnie się spodobało więc sięgnąłem po kolejny zeszyt. I niestety był to błąd, bo nic dobrego mnie dalej nie czekało.
 
Im dalej w las ...
 
Siła Toma Kinga tkwi według mnie w prostocie. Najlepiej sprawdza się w bardzo oszczędnej formie. Lubię, jak wrzuca po kilka słów do dziewięciu kadrów na stronie stopniowo budując napięcie. Szybko w to wsiąkam i jestem ciekawy, co dzieje się w tle. Bo tło jest w jego historiach niewątpliwie ważne i niepokojące - tak było na przykład w Visionie, podobnie w Mister Miracle. Tutaj postanowił pójść w kierunku stylistyki dawno minionej, długie monologi, rozległe dialogi itd. Problem w tym, że nie potrafi robić tego, co umie Moore, DeMatteis czy podobni autorzy. King pada ofiarą własnej niemocy. Dialogi i monologi są tyleż rozbudowane, co zwyczajnie nudne. Dodatkowo, niczego nie wnoszą do historii, która ślimaczy się niemiłosiernie. Cierpi na tym fabuła, na którą King nie ma (globalnie) zbytniego pomysłu. Dzieje się to z uszczerbkiem dla bohaterów. Detektyw, o który powiedziałem, nie ma żadnej historii. Jest obły, ciężko się do niego przywiązać. Główny bohater (detektyw) stara się sprawę rozwikłać i zastanawia się w kółko, o co chodzi z Rorschachem. Czy to po prostu człowiek, który padł ofiarą młodej intrygantki? To zamachowiec? Czy może jest tu drugie dno. Takie mianowicie, że dr Manhatan ukrył esencję głównego bohatera pośród różnych śmiertelników. Co jakiś czas trzeba Rorschacha obudzić, żeby walczył ze złem które opanowało ziemię w "nowej skórze". Ciekawe? No może i ciekawe na poziomie bardzo ogólnym. Niestety, dobry pomysł ginie w gąszczu pretensjonalnych monologów i dialogów, które do niczego nie prowadzą. Po kilku zeszytach straciłem tym "dnem" zainteresowanie. Ale musiałem doczytać do końca. Inaczej bym tego nie pisał. I przeczytałem całość nad czym ubolewam.
 
Drugi plan w tym komiksie nie istnieje. Jest wprawdzie pełno jakichś postaci, które pojawiają się tu i tam. Ale niczego nie wnoszą. Równie dobrze mogłoby ich nie być. I tak czytając to dzieło o wątpliwych walorach z coraz większym upodobaniem skupiałem się na reklamach w moich zeszytach. Było ich pełno. Nie były takie złe, te z Justice League i batonami miały początek, środek i koniec. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że poświęcam im więcej uwagi, niż komiksowi i świadomie odwlekam lekturę. Czytałem nawet głupoty, które wypisywał J. Ridley o "Future state". Komiks jednak nie dał o sobie zapomnieć, w końcu go kupiłem. Dlatego ciąg dalszy nastąpił. Zupełnie niepotrzebnie. Niestety. 
 
Błyskotki
 
Niedostatki fabuły autor stara się wypełniać kontrowersyjnymi tezami. Jedne są bardziej poważne, inne mniej. Szybko ujawnia swoje preferencje polityczne. Stawia m. zd. dość karkołomną tezę, że tylko ludzie o określonych poglądach powinni być prezydentami. Innych należałoby odstrzelić. I to szybko. Nic złego w tym, że ma się poglądy, ale dydaktyzm, pouczanie audytorium, to zupełnie inna sprawa. Tym bardziej, że autor zapomniał chyba do kogo pisze. Chce czy nie chce jego komiks będzie postrzegany jako kontynuacja dzieła A. Moora i D. Gibbonsa. A że apostołów Strażników nie brakuje, to najpewniej dadzą Kingowi odczuć, co sądzą o jego wariacji na temat kanonu milowego komiksowej popkultury. Sposób, w jaki King wplótł to, o czym teraz piszę (poglądy) do swojego komiksu razi banalnością i pretensjonalnością. I myślę, że to nikogo nie przekona. W każdym razie ten polityczny nazwijmy to wątek to "błyskotka". A więc coś, czym autor stara się wypełnić niedostatki fabuły, która według mnie na żadnym poziomie się nie broni. Tu i ówdzie podróżujemy z autorem przez różne pomysły, które są luźno ze sobą powiązane. Wycieczka na manowce. A żeby przykuć uwagę czytelnika, rzucimy mu błyskotkę. Może po nią sięgnie wracając do domu z przedszkola. Bo chyba jako przedszkolaka King czytelnika traktuje. 
 
Druga błyskotka - King chce pokazać jak ocenia współczesny komiks. Bez większego trudu możemy odnaleźć w Rorschachu S. Ditko. Są też inni twórcy. Jedni pisali komiksy naiwne i urocze. A inni mroczne. Wśród tych ostatnich jest Frank Miller. On w Rorschachu występuje jako pełnoprawna postać drugoplanowa. Opowiada o kulisach stworzenia komiksu Mroczny Rycerz Powraca. To ciekawy pomysł, przyznaję. King jednak na końcu znowu poucza. Mówi tak - prawdziwe i szczere są te naiwne, urocze komiksy. A te duszne i mroczne są wypaczeniem trendów, jakie pojawiły się w latach 30. i 40. ubiegłego stulecia. Karkołomna i śmieszna teza zważywszy, jakie sam pisze (King) komiksy. Czyta się to ze zdumieniem, a autor prezentuje się wręcz groteskowo i komicznie. W każdym razie i to moim zdaniem się publice nie spodoba. Ludzie wiedzą jakie chcą czytać komiksy i projekcja Pana Kinga jest im niepotrzebna. Miało mu to dodać, nie wiem, atencji? Estymy? Poza tym - co to w ogóle ma wspólnego z zamachem, Rorschachem itd.? Absurd. No niestety, trzeba było popracować nad scenariuszem, a tu nic. Może sięgną, jak droga z przedszkola się im wydłuży ponad miarę, myśli King. I mi się uda. Tak nie będzie cwany lisku. 
 
Kolorowy kwiat na bagnie
 
Jorge Fornes robi co może, rysując rzeczony komiks, żeby ocena dzieła była przynajmniej poprawna. To pozytywny aspekt Rorschacha. Uważam, że ten ilustrator jest osobą utalentowaną i ma własny styl. Bardzo podoba mi się sposób rysowania świata przedstawionego. Magnetofony szpulowe, pagery, firanki i charakterystyczne wykładziny przywodzą na myśl kryminały z lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nie koloryzuje Ameryki, pokazuje ją także zaniedbaną i nieschludną. Dzięki temu to, co jest na ilustracjach, wygląda przekonująco i autentycznie. Nie znałem wcześniejszych prac Fornesa, ale będę śledził jego dokonania. Niewątpliwie na to zasługuje. King zresztą też, bo to utalentowana osoba. Każdy z nas miewa momenty lepsze i gorsze. Ten był w komiksowym życiu Kinga fatalny, wręcz dramatyczny, ale pozostaje mi żywić nadzieję, że będzie lepiej. 
 
Zamiast zakończenia
 
Zacząłem od cytatu i żeby do niego nawiązać chcę powiedzieć tak - Kingowi nie udało się zabić strażnika, który nazywa się "niemoc". Innych Strażników też nie uśmiercił, mają zbyt mocną pozycję w kulturze komiksowej. Scenarzysta stworzył jednak w mojej ocenie dzieło po prostu nieudane. Nieuczesane intelektualne, bo pełne łopatologicznych treści i przegadane. Komiks nie jest bełkotem. Co to to nie. Treści w nim zawarte są zrozumiałe, jasne. Niemniej jednak są podane w tak nudny i nieprzystępny sposób, że zapoznawanie się z nimi jest zwyczajnie nieprzyjemne. Zakończenie da się przewidzieć bez większych problemów. Zdradza je charakterystyczne chrząknięcie detektywa w jedenastym zeszycie, jak doczytacie, będziecie wiedzieć, o co chodzi. Więcej nie powiem.
Zmierza do mnie "Strange Adventures". Pozostaje żywić nadzieję, że nie będzie tak niemiłym zaskoczeniem, jak Roschach. W dziesięciostopniowej skali ocena: 2/10. Każda inna, co piszę z pełnym przekonaniem, byłaby sporą przesadą. 
 
Autor: AN

środa, 22 września 2021

Hulk by Peter David Omnibus.

Na Arkham gościnnie pojawia się nowy recenzent podpisujący się tajemniczym "AN". Na warsztat bierze zagramanicznego omniaka Hulka od Petera Davida. Przywitajcie go ciepło. 
 


 

Bo nikt inny nie chciał tego dłużej pisać - rzecz o Hulku Petera Davida


Peter David na pytanie, dlaczego w pewnym momencie zaczął pisać Hulka, odpowiada właśnie tak. “Nikt inny nie chciał tego dłużej pisać”. Tak zaczęła się przygoda autora z Hulkiem, która w serii The incredibile Hulk (1968) liczyła sobie ponad 130 zeszytów. Pomijam późniejsze epizody, takie jak Hulk: Koniec, czy Hulk: Tempest fugit (ten ostatni Peter napisał po świetnym runie, który stworzył Bruce Jones). Myślę, że można mu wierzyć. W czasie, gdy Bob Harras zaproponował Peterowi przejęcie steru serii, ten ostatni pracował w Marvelu przede wszystkim, jako menadżer sprzedaży. To odważne posuniecie zaowocowało opowieściami, które na trwałe ukształtowały świat Hulka. Do dzisiaj dobrze wytrzymują próbę czasu. Teraz prawie 40 zeszytów tej kanonicznej opowieści możemy czytać w bardzo ładnie wydanym omnibusie. I to jego dotyczy przede wszystkim niniejszy wpis.


Tych, którzy dotarli aż do tego miejsca - uspokajam. To nie będzie recenzja, nie ma dalej “spoilerów” (tak sądzę). Bardziej chcę napisać o tym, dlaczego warto i co przesądza o sile spojrzenia Petera Davida na Hulka, którego przecież wielu z nas zna i lubi.

Nowy kierunek


Pierwsza historia, którą Peter David napisał do regularnej serii o Hulku miała numer 328 (1987 r.). Rzeczywiście, poprzednicy w pewnym momencie zabrnęli w ślepą uliczkę. Bruce Banner przestał być Hulkiem. Zielonym goliatem był wtedy Rick Jones. Sam Bruce, w przedziwnym wdzianku, stał się członkiem ekipy “Hulkbusters”. Okropieństwo. A im dalej w las, tym niestety więcej drzew...

Gdyby rola Petera ograniczyła się do usunięcia absurdów, które pojawiły się po ponad trzystu numerach serii, i tak powinien mieć zasłużone miejsce w panteonie gwiazd komiksu. Ale na tym się nie skończyło. Facet najpierw pozamiatał, potem wywindował serię do bardzo wysokiego poziomu. Czyli w sumie - znowu pozamiatał.

Jeśli zaczniecie czytać, musicie “przebić się” przez pierwsze zeszyty Petera. Porządkowanie rzeczywistości nigdy nie jest łatwe i musi mieć swój rytm. Tak rozumiem te początkowe historie. Chodzi o płynne przejście do nowych opowieści. Zabieg zapakowania wszystkich pomysłów poprzednika do worka i wyrzucenie ich do rzeki nie jest dobry. Tak zrobił następca Joe Kelly’ego w serii Deadpool, co moim zdaniem wpłynęło na obniżenie się jej poziomu. Zatem stopniowa ewolucja, powolne oczyszczanie sobie przedpola. Tak od pojawienia się Rosomaka widać, że o dawnych wpadkach można zapomnieć. Autor (David) ma swój plan, swój cel, który zamierza konsekwentnie realizować.

Stawiamy na dialog


Jeśli ktoś śledzi twórczość Petera Davida wie, że należy do grona autorów, których najmocniejszą stroną są dialogi. Do nich zaliczam np. Dana Slotta, czy Kevina Smitha. Przy tym założeniu, konwencja Hulka, jako tępego osiłka z one-linerem “Hulk smash” powinna się zmienić. Inaczej stalibyśmy w miejscu. Hulk musiał być na tyle bystry, żeby zacząć nawijać, a nie tylko rozbijać. Kluczem jest, żeby te dwie rzeczy połączyć. Davidowi się udało. Co więcej, inne postaci przestały być statystami. Stały się prawdziwe, z krwi i kości.

To, co lubię w historiach Petera Davida, to ich spójność i brak udziwnień. Jego run nie jest chaotyczny. Wszystko ma swój początek, środek i koniec. Scenarzysta pisze ze swadą. Rozumie konwencję postaci i jej ograniczenia. Stara się dostarczyć czytelnikom rozrywki, ale w zasadzie nic ponad to. Wie, że nie pisze komiksu o Sandmanie, tylko serię regularną, która ma swoich stałych odbiorców. Komiks musi też, jakby prozaicznie to nie zabrzmiało, się po prostu sprzedać. Na to w końcu liczą ludzie, którzy dali mu angaż.

Zmniejszamy porcję sałaty i jedna twarz greya. Zupełnie inny Hulk rusza do kasyna. Będzie się działo.


W pierwszych latach serii pod egidą Davida bohater staje się wygadany, mniejszy i słabszy, niż zielony Hulk, ale za to mądrzejszy. Żeby pokonać Thinga, musi zdrowo kombinować. No i jest szary. Wyposażony przez scenarzystę w spryt bazarowy, czarny humor, ciętą ripostę i uśmiech perlisty - doskonale radzi sobie w otaczającej go rzeczywistości. Bardzo lubię część, w której Hulk ląduje w Vegas (czy, jak sam często poprawia, w “Las Vegas”) i tam rozwiązuje problemy posiadacza lokalnego kasyna. Ma pieniądze, uznanie i kobiety. W tym fragmencie opowieści jest też sporo humoru, co akurat ja w komiksach bardzo lubię. Zwłaszcza te odniesienia i żarty z postaci należących do DC Comics zapadły mi w pamięć, dobrze je wspominam. Scenarzysta wie, w odróżnieniu od niektórych właścicieli sklepów z komiksami, jak postępować z konkurencją. Jeśli się to robi grzecznie i z klasą, nikt się nie będzie obrażał. Wszyscy docenią poczucie humoru. Dlatego nawet redaktorzy DC Comics dobrze odebrali uśmiercenie pewnego Alfreda w wannie (jak widać Tom King wcale nie był pierwszy. Miejmy nadzieję, że też nie ostatni. Ja przynajmniej mam taką nadzieję. Trzeba tylko trochę podgrzać lazarus pit, żeby się nasz angielski dżentelmen nie przeziębił).

Współtwórcy (rysownicy)


Pierwszy okres życia Hulka Petera Davida to współpraca przede wszystkim z dwoma rysownikami. Jednego z nich nie trzeba przedstawiać. Epokę “przed-Vegas” ilustruje Todd McFarlane. Według mnie, to co sam pokrywa tuszem, jest dobre. Natomiast tam, gdzie inkerem jest ktoś inny - no, powiedzmy eufemistycznie, że wypada to średnio. Drugim rysownikiem jest znaczenie mniej znany Jeff Purves, którego fanem nie jestem. Niemniej jednak w trakcie ilustrowania bardzo się rozwinął i z czasem zaczyna wyglądać dobrze. Staje się przyzwoitym rzemieślnikiem. Nie mam zastrzeżeń do kwestii perspektywy, proporcji, a tło, krajobraz Purves rysuje świetnie. W końcowych zeszytach stał się finezyjny, aż w pewnym momencie zacząłem żałować zmiany rysownika. Ciekawe, jak by się to dalej potoczyło. Mimo wszystko, tak trochę po macoszemu potraktowali Purvesa w omnibusie. I na obwolucie i na twardej okładce są ilustracje Todda. Jeffa nie ma. Tymczasem, to Purves narysował większą cześć historii, którą znajdziecie w omnibusie. To dziwne. Szacunek się należy, starał się.

Fajny jest epizod, który gościnnie rysuje Sam Kieth. Pod koniec omnibusa pałeczkę przejmuje Dale Keown, co jest zapowiedzią nowej epoki i najważniejszej części runu Davida. Ale to będzie w kolejnym omnibusie Hulka Petera Davida, zapowiedzianym już przez Marvel Comics. Dlatego znana historia “Niemy krzyk” pojawi się w vol. 2.

Czy warto sięgnąć po omnibus?

Jak w większości podobnych przypadków odpowiedź na pytanie zaczyna się od słów: “to zależy”. To są historie, które zaczynają się w końcówce lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Mają one swój rytm, inny, niż obecnie pisane opowieści. Na początek - na stronach jest czasem całkiem sporo czytania w porównaniu do współczesnych komiksów. No, może nie tyle, co w Potworze z Bagien Alana Moore’a, jednak i tak sporo. Ale Peter David pisze tak dobrze, że to prawdziwa przyjemność go czytać.

Trzeba też się odpowiednio nastawić. To jest po prostu porcja dobrej rozrywki, ale w zasadzie nic więcej. Poszukiwanie w tym przypadku głębi zakończy się jednakowym powodzeniem, jak szukanie czegoś słodkiego w paluszkach beskidzkich. Dlatego nieposkromieni fani ukrytego przekazu itd. - będą rozczarowani. Jednak, jeśli chcielibyście odskoczni po przeczytaniu Doom Patrol Morrisona, to myślę, że to coś dla Was. Sam omnibus, jest bardzo solidnie wydany. Jest porządnie zszyty, papier jest ok. Od strony edytorskiej nie ma się zasadniczo do czego przyczepić. W każdym razie ja zachęcam, dawno się tak dobrze nie bawiłem. Mam nadzieję też, że w końcu wydadzą omnibus Hulka, którego pisał Bruce Jones. To godny następca Petera Davida. Niemniej jednak to już zupełnie inna historia.


Autor: AN