poniedziałek, 2 maja 2022
Farmhand. Rob Guillore
czwartek, 28 kwietnia 2022
Piękna. Hubert/Kerascoet
Niepamięć Absolutna. Serkowski/Pitura
poniedziałek, 18 kwietnia 2022
Punisher. Tom 2. Marvel Knights. Ennis/Dillon
Oto Frank. Znacie go bardzo dobrze. Od Egmontu dostajemy jego kolejne przygody zebrane pod flagą imprintu Marvel Knights. Ja sam śledzę przygody Punishera od wczesnego dzieciństwa i nie skłamię, jeśli powiem, że jestem ultrasem tej serii w każdej możliwej odsłonie i to moja ulubiona mainstreamowa postać komiksowa, zaraz po Batmanie.
Punisher to koleś naznaczony traumą po śmierci żony i dzieci, którzy zginęli przypadkowo podczas porachunków mafijnych. W zemście zabija tabuny przestępców i inszych karków: nie je, nie pali i nie ma robali. Co znamienne, to również weteran wojny w Wietnamie. I bardzo fajnie, że tu nic nie było zmieniane i nie uczyniono tej postaci byłym policjantem czy jakimś ochroniarzem z securpolu. Wietnam i wspomnienia z dżungli są wszak częścią genezy tego bohatera. Nie sposób jednak nie odczuć, że autorzy coś tam namieszali w genomie tej postaci. Niekoniecznie wyszło to komiksowi na dobre.
Jestem też fanem Gartha Ennisa i nie marudzę już tak bardzo jak kiedyś na rysunki świętej pamięci Steve'a Dillona. Czytało mi się to wszystko więc bardzo przyjemnie, bo większość runu to właśnie ich wspólna robota. To jednak w lwiej części ten śmieszkowaty, groteskowy styl Ennisa, który nie do końca pasuje do przygód Franka. Dla mnie, Punisherowego weterana, nie wszystko tu jest Si. Nie gra to tak dobrze jak późniejsze komiksy Ennisa o tej postaci z imprintu MAX, gdzie serwował on poważniejsze historie i wyzbył się niemal całkiem grotechy. Mam wrażenie, że szalony Irol, tworząc te zeszyty, nie do końca jeszcze poczuł atmosferę opowieści o Franku Zamku. Nie miał też zawsze odpowiednich pomysłów na te historie, mimo iż oczywiście chciał dobrze. Przykładem niech będą zeszyty, w których Punisher jedzie do Belfastu. Europa dla Franka i jego czytelników to cudowny, bajkowy wręcz region świata, jest w nim w co nakurwiać. Ten event wypada jednak słabo w porównaniu ze słynnym, genialnym Eurohitem. Jeśli oczekujecie czegoś na jego miarę to srogo się zawiedziecie tą podróżą. Ani rysunkowo ta Europa jakoś specjalnie nie wygląda, ani nie mamy tu porażającej fabuły. Frank zabija kilka osób i wraca do Stanów, goni za następnymi handlarzami prochów, tyle. Zdecydowanie zmarnowano ten samograj, a przecież Ennisowi cudownie wychodzą opowieści o podróżach.
Najfajniej wypada chyba, czerpana garściami z kina eksploatacji (był taki brytyjski film o kanibalach w metrze, zabijcie, nie pamiętam, jak się nazywał) opowieść, w której Frank eksploruje tunele nowojorskiego metra. Czuć tu street-levelową atmosferę z najlepszych historii o Punisherze. Rysował ją o dziwno nie Dillon, a Tom Mandrake (nie znam typa). Może jest to poniżej poziomu Dillona jeśli o grafiki chodzi, ale za pomocą brudnej i obskurwiałej historii wpuszczono trochę powietrza do tego runu i czytając to potakiwałem głową. Tak, to jest Frank którego lubię. Takie historie chciałbym czytać.
Jeśli jesteście fanami spółki Ennis/Dillon to zapewne przeczytacie ten komiks z dużą przyjemnością. Cokolwiek by się nie działo, to sprawdzony tandem, na pewno lubiący wspólną pracę. Trochę jednak szkoda, że rozmienił się na drobne, bo to nie jest komiks na miarę Kaznodziei. A wszyscy, łącznie z włodarzami Marvela, tego chcieli.
Miałem pomysł, żeby na koniec napisać, że to nowe oblicze Punishera, ale przecież dostajemy zeszyty sprzed ponad 20 lat. Większość młodych czytelników nie zna Franka z dawnych czasów i dla nich to jest właśnie prawilny Punisher. Niemniej w MAXie wszystko wychodziło Ennisowi lepiej i ja wolę zdecydowanie tę serię. Nie znaczy to, że źle się bawiłem i pozbędę się tych komiksów. To po prostu jeszcze nie to, co tygryski lubią najbardziej.
sobota, 9 kwietnia 2022
Doktor Strange. tom 2. Mark Waid
Magicznego szuruburu ciąg
dalszy, tym razem z mile widzianym powiewem świeżości, którego
brak całkiem chyba słusznie zarzuciłem poprzedniemu tomowi. Jak
zresztą stwierdziłem poprzednio, nie mam fioła na punkcie
superbohaterskiego czarnoksięstrwa, zupełnie przeciwne odczucia mam
jednak w stosunku do wędrówek w kosmos, kropki Kirby'ego krążą
mi w żyłach. Dlatego cieszy mnie, że Mark Waid pod jednym względem
pozostał wtórny – swoje oczy nadal kieruje ku gwiazdom i właśnie
tam, choć nie tylko, wysyła Doktora Strange'a.
Waid wbija
zresztą w gwiezdną próżnię na całego i pełnymi garściami
czerpie z wątków najważniejszych dla trykociarskich zabaw
astronautycznych. Pierwsza połowa albumu stawia w centrum uwagi
Galactusa, bo bardziej oczywistym wyborem byłby chyba tylko Thanos.
Wszechpotężna ofiara kompulsywnego, planetarnego amciu przywdziała
bowiem śliniaczek łypiąc na niewłaściwą planetę. Zarksjanie to
rasa magów-wojowników, więc najpotężniejszy z nich, kradnąc
wcześniej Strange'owi sporo bajerów, odsyła kosmicznego żarłoka
do wymiaru mistycznego. Ezoteryczne energie okazują się dla kolosa
mieszanką amfetaminy i ociekającego tłuszczem fast-fooda, a w
rozwiązanie wynikającego z tej sytuacji zagrożenia dla całego
wszechświata zamieszani zostaną Dormamu, Mephisto, a nawet Living
Tribunal i Eternity. Wielu mniejszych graczy, takich jak Gladiator,
Terraz i Inhumans, też obligatoryjnie ryje swe na stronach tego
komiksu pokaże.
Druga część tego tomu jest już
zdecydowanie luźniejsza, epizodyczna i bardziej przyziemna, a ja
jestem ogromnym zwolennikiem wpychania takich form w spandeks, pomimo
uwielbienia dla fantazyjnej kosmologii Marvela. Na pierwszy plan
wchodzi tutaj chyba najbardziej rewolucyjny wątek scenariusza Marka
Waida – pragnąc pomóc dziecku poszkodowanemu w wypadku
spowodowanym przez ducha ochlejmordy, Stephen magicznie naprawia
sobie łapska i zaczyna tęsknić za robotą chirurga. Przy okazji
dostajemy też całkiem fajne, mniejsze historie, z których
destrukcyjne polowanie na demona w mieszkaniu przypadkowej pary jest
szczególnie urocze.
Wspomniany wyżej wątek, w którym
Strange rozpiedziela chawirę dwojga bogu ducha winnych ludzi
przypadł mi do gustu najbardziej, bo podkreśla największy kwas w
podejściu Waida do czołowego czarnoksiężnika Ziemi. Dopiero w
drugiej połowie tomu Strange zaczyna objawiać jakieś minimum
interesującej osobowości. To przecież powinna być postać pełna
uroku, charyzmatyczny mistrz miotany wątpliwościami i wyrzutami
sumienia. Tymczasem, podczas prania się z galaktycznymi
zagrożeniami, głównie biadoli on w mało naturalny sposób o tym,
jak to tęskni za swoją ex. Fajnie mieć na co ponarzekać, ale nie
takiego Strange'a chcę. Ten gość ma być wyrazisty, niekoniecznie
sympatyczny, ma budzić emocje. Bajkę Waida o ratowaniu wszechświata
czyta się niestety bardziej jak teatr ekspozycji z lat 80. i to
jeden z tych gorszych, wypełnionych sztywnymi dialogami i milionem
laserów z tyłka. Punktuje tutaj sam koncept, ale poza całkiem
zadowalającym tokiem akcji, reszta leży i kwiczy. Kurde, dostajemy
tu nawet tak bzdurne momenty jak typowa, znana nam dobrze, zbiórka
sił „dobra” pod szyldem „Idziemy ci wpierdolić, Galactusie”,
gdzie raczej słaba liczebnie ekipa nagle zostaje zasilona hordą
sprzymierzeńców, którzy chyba czekali tłumnie za drzwiami, by
zrobić jak najbardziej dramatyczne wejście (w epickich pozach). No
nie pisze się już tak komiksów, a jeśli to miał być
samoświadomy hołd dla nostalgii, to wyszedł zdecydowanie zbyt
kampowo.
Na całe szczęście druga połowa tomu jest o niebo
lepsza i o dziwo skuteczni są nie tylko inni scenarzyści, ale i
wciąż odpowiedzialny za objętościową większość Waid. Doktor
Dziwago nagle faktycznie ma jakiś charakter, pokazuje motywacje i
prowadzi wewnętrzny dialog. Halloweenowa opowieść z annuala nie
musi opuszczać ziemskiej atmosfery, by cieszyć bogatą fantazją, a
kwestia tęsknoty za dawną świetnością nadaje głównemu
bohaterowi odrobinkę głębi, nie za dużo, no bo to nadal jest
trykociarstwo średnich lotów. Kolejny przykład na to, że
porywanie się z motyką na Słońce nie do końca jest tym, czego
potrzeba czytelnikom.
Wizualnie pierwsza połowa też trochę
trąca oldskulem i niekoniecznie jest to zarzut, bo większość
kosmicznych promieni, barwnych wybuchów i wygibasów w nieważkości
wygląda efektownie. Mamy tu jednak uzdolnionych artystów, pojawiają
się nazwiska takie jak Scott Koblish i Barry Kitson, tych ludzi stać
na dostarczenie prawdziwego sztosu, co prawda zwykle w ramach
oklepanej stylistyki superhero. Tu mam wrażenie, że nikt do końca
się tak naprawdę nie postarał. Wtedy wchodzi Jesús Saiz, wraca
właściwie, cały na kolorowo. Jak ostatnio moje zdanie na temat
jego ilustracji można by streścić umiarkowanie entuzjastycznym
„klawo”, to w tym tomie wypadł naprawdę kapitalnie. Nie jara
mnie realizm w komiksie, ale robota tego pana jest bardzo przyjazna w
odbiorze, wchodzi gładziutko. Mój laur tym razem zdobywa Andy
MacDonald, który rysując „Noc duchów” z annuala, pozwolił
moim oczom odpocząć od sterylnej sztampowości. Nieco chaotyczne
(ale nadal czytelne) i kipiące wręcz dynamiką cartoony zawsze będą
moim faworytem.
Marvel Fresh nadal daleko od propsów, ale
jakość rośnie. W takim tempie za jakieś pięć tomów możemy
dostać komiks naprawdę wybitny, ale w sumie składniki recepty na
miksturę doskonałości objawiają się już tutaj. Przydałoby się
trochę więcej osobistego podejścia do Strange'a, który powinien
być przecież klejnotem koronnym tej historii, nieco mniej brnięcia
w tę chorą, przesadnie rozdmuchaną epickość. Dorzuciłbym też
kapkę magicznego realizmu, bo ten czuć tylko troszkę w drugiej
połowie tomu, a reszta to raczej pozbawiony uroku spandeksowy
debilizm. Mark Waid wyraźnie wie co robić, pozostaje jedynie
kibicować, by przestał silić się na odwoływanie się do średniej
jakościowo klasyki w swoich marzeniach o podboju magicznego kosmosu.
Pewnie się tak nie stanie, ale dla pewności kolejny tom też
sprawdzę.
Autor: Rafał Piernikowski
Batman Death Metal. Tom 3.
Na wszelki wypadek, gdyby
jakiś obłąkaniec z nieokreślonego powodu dotarł do recenzji
trzeciego tomu „Batman Death Metal” bez absolutnie żadnego
kontekstu, postawię sprawę jasno od samego początku. Ten komiks to
perwersyjna, intensywna i mało bystra rozrywka. Coś jak bieganie po
podwórku z kupą na kiju, mieszanie różnych alkoholi, oglądanie
kompilacji na YouYube po zmahaniu, czy też właśnie
(nieprzypadkowo) spora część muzyki metalowej. Wszystkie tomy
odpałowego eventu Scotta Snydera działają na podobnej zasadzie –
odbiorcę pretensjonalnego, czuba mającego czelność wymagać
jakiegoś sensu, ładu i składu odstraszają właściwie od razu,
niepewni zaawansowania własnej martwicy mózgu odpadają stopniowo
później. Ci, którym nie pozostała już żadna nadzieja, do samego
końca bawią się dobrze. Nawet jeśli coraz bardziej im ta kupa z
kija zaczyna cuchnąć.
Nie wiem, czy w ogóle jest cel kusić
się na szczątkowy opis fabuły, skupmy się może zamiast tego na
tym, co jest tu faktycznie istotne. Napierdzielają się potężnie,
Nightwing jeździ na metalowym koniu, bootlegowy crossover Supermana
i Kiss walczy z świadomym Bat-mechem złożonym z fragmentów
Gotham, a Detektyw Szympans paraduje w stroju gladiatora. To tylko
początek, drobna garść przykładów z całego zbioru nastoletnich
fantazji nadpobudliwego fana komiksów w latach 90. Reszty nawet
dobrze nie pamiętam, bo jak to często bywa z chwilowymi uciechami,
mój umysł w ramach reakcji obronnej kazał mi zapomnieć powody
dobrej zabawy, chyba by uchronić mnie przed wstydem. Musicie
wiedzieć tylko, że jest tu też powalająco duża dawka Lobo i do
żadnej historii Ważniak nie pasował już od dawna tak dobrze. Nie
świadczy to dobrze ani o nim, ani o tym komiksie.
Oczywiście główny wątek krucjaty złowrogiego Batmana, który śmieje się już coraz rzadziej, dalej jest rozwijany. Tak samo idzie do przodu opowieść o poczynaniach dotkniętego porażką Lexa Luthora i całej zgrai superbohaterów dotkliwie nieskutecznych w swojej misji ratowania wszechświata. Trudno jednak tą fabułą się cieszyć, nie powinno się nawet próbować, bo jej bieg to bezmyślna i spazmatyczna kawalkada napędzana pretekstami. Skuteczne i od zawsze dostępne ciosy zachowywane są na ostatnią chwilę dla zachowania minimum dramatyzmu, złole stają się sprzymierzeńcami na skutek (jak przypuszczam) najbardziej przyfarconego rzutu na charyzmę w wykonaniu Dicka Graysona, a wszechpotężny strażnik niesamowicie istotnej konstrukcji niszczy ją promieniem śmierci w wyniku banalnej prowokacji. Promieniem śmierci, który (muszę dodać) zabija mniej skutecznie od wszechobecnej tu patetycznej ekspozycji w dialogach. Dla nieszczęśników szukających w komiksowie intelektualnego wyzwania trzeci tom „Batman Death Metal” może okazać się źródłem marzeń o zamieszkaniu na odludziu Alaski w celu odcięcia się od najdrobniejszych śladów cywilizacji.
Załóżmy jednak, że za nic mamy aktualną
wiedzę naukową i faktycznie możemy cofnąć się w czasie, ale nie
tak całkowicie. Nie zachowujemy świadomości, gustu i
doświadczenia, które zrodziło w nas tak zbędną zdolność
krytycznego myślenia. Wracamy do tego magicznego czasu, gdy parodie
toksycznego męstwa jeszcze nie zżarły własnych ogonów z dupami
włącznie, w sklepach dało się kupić pałkowate lody po 30
groszy, a większość sensu w komiksowych historiach musieliśmy
wygrzebywać ze strzępków dostępnych w przypadkowo wybranych
zeszytach. Z takim nastawieniem, obym nigdy go nie stracił, naprawdę
da się wciąż dobrze bawić w kontakcie z roześmianym wujaszkiem
Snyderem, który od dobrych kilku lat bez przerwy wypluwa strumień
świadomości napędzany narkotyczną mieszanką wspomnień z Wacken
i zeszytówek wygrzebanych ze śmietnika osiedlowego kiosku. To smak
nostalgii i prostszych czasów, smak dobry tylko przez konotacje, ale
niech mnie dunder świśnie, jeśli nie odnajduję w tym komfortu. No
i gdzie jeszcze miałbym okazję przeczytać „DOOM METAL”
uformowane z różowych, świecących gwiazdek, hę? No właśnie, a
tu to ma nawet jakiś sens, trochę mnie to przeraża.
Ładnie
też jest, o ile nagle nie postanowimy zmienić sobie nastawienia i
wymagać awangardowego artyzmu. Nadal mam mieszane uczucia co do
kreski Grega Capullo, a i mówienie, że "jego styl pasuje do
tego komiksu" nie jest jednoznaczną pochwałą, ale dynamika
pierdolnika pod jego ołówkami zdecydowanie nie cierpi. Dużo
bardziej przyszpanowali Robson Rocha, Xermánico i inni artyści
odpowiedzialni niestety za króciutkie, kilkustronicowe wtrącenia.
Strona wizualna całego eventu od samego początku jest zresztą
nieporównywalnie bardziej spójna i starannie przygotowana od jego
fabuły, więc entuzjaści obserwowania mięśniaków odzianych w
obcisły spandeks powinni być zadowoleni, nie ma przecież nic
bardziej metalowego. Będę też po wsze czasy wdzięczny Snyderowi,
bo dzięki tej niedorzecznej serii powstała cała masa kapitalnych
okładek i w tym tomie trafiłem kilku ulubieńców z Lobo
narysowanym przez Rafaela Grampę na czele. Już kombinuję, gdzie
zdobyć printa.
Jeśli to jeszcze nie jest jasne, nadal mi się podoba. Tak to już jest z tym metalem, muzyką się znaczy, że dzieli się on na ten traktujący się poważnie i na ten pozornie operujący w kontekście patosu w celach… najpewniej satyrycznych, mam taką nadzieję. Istnienie trzeciego rodzaju, który otwarcie bawi się w śmieszki, zignoruję na potrzeby argumentu ze względu na osobistą pogardę (whatever floats your boats though!). Jestem fanem pierwszego typu, drugi szanuję za dystans i stworzenie bardzo specyficznej bańki eskapizmu. Taka sztuka, tak samo jak „Batman Death Metal” to wbrew pozorom bardzo konkretnie zaplanowane dzieła, rozważania na temat naturalnej ewolucji czegoś, co słusznie zdechło lata temu. Może nie mam racji i to po prostu debilna akcja scenarzysty, któremu zdolności samokrytyki odebrało otoczenie się gromadą głąskających potakiwaczy, ale wolę mieć jakieś szczątkowe chociaż usprawiedliwienie dla swojej nieustającej sympatii do tego tytułu. Nigdy nie czujta się winni za to, że coś lubicie, no ale na salonach trzeba zachować twarz.
Autor:Rafał Piernikowski
wtorek, 5 kwietnia 2022
DCEased – Nadzieja na końcu świata
Jakoś tak wyszło, że poprzednie dwa albumy z nadgniłymi superbohaterami DC Comics recenzowałem w innym miejscu nerdowskiego netświata (klik tu i tu ). Dlatego też pozwolę sobie szybciutko streścić, bo nie ma co zwlekać, gdy herosów zżera równanie antyżycia. Pierwsza część, główna historia, jest świetna, rozrywkowa i pokolorowana tuszem pobranym z miłości do uniwersum. Spin-off o antybohaterach, czyli „Niezniszczalni”, choć trupem nie wali, sporo stracił przez ugrzeczniającą buntowników zabawę w odkupienie, mniej funu po prostu było. Nie miałem pojęcia, gdzie jeszcze powędrować może „DCEased”, ale Tom Taylor (na całe szczęście) pomysłów na dodatkowe wątki nie utkał chyba z przymusu.
„Nadzieja na końcu świata” nie odcina bowiem kuponów z poprzednich opowieści, poza tymi wymaganymi do operowania w tych samych realiach. To zbiór wątków faktycznie pobocznych i dopowiedzeń, uzupełnienie braków, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Wally West zasuwa po świecie rozwalając sprzęty elektroniczne niekoniecznie w celu zamanifestowania w ekstremalny sposób sprzeciwu wobec rosnącego wpływu mediów społecznościowych na nasze życia, Jimmy Olsen odnajduje w światowej tragedii zawodowe spełnienie, a Detektyw Szympans w zespole z Krypto i Bat-psem ratują przed hordą nieumarłych dziewczynkę i jej konia. Oczywiście jest w albumie też grubszy temat, bo oto armia zgniłków pod przewodnictwem nawet mniej sympatycznego niż zwykle Black Adama szturmuje skrywającą ocalałych twierdzę Jotunheim, ale to nie on stanowi o sile tego konkretnego zbioru.
Najlepsze są te teoretycznie zbędne pierdółki – urocze anegdotki, które podchodzą do tematu trawiącego Ziemię antyżycia na tyle przyziemnie, na ile to możliwe w komiksie o zombie nadludziach. To w nich skrywa się inność podejścia usprawiedliwiająca istnienie tego tytułu. Pierwsze dwa albumy cechowała, poza rozeznaniem autora i miłością do postaci, spora dawka zajebistej akcji, czasem over the top, czasem brutalnie, po prostu było grubo. W tych prostszych momentach „Nadzieja na końcu świata” kupiła mnie kameralnością, po przemęczeniu najnowszego „Batman Death Metal” potrzebowałem takiego oddechu świeżości, paradoksalnego w przypadku opowieści o zombie. Zeszyt o super-zwierzakach sprawił nawet z dwa razy, że się uśmiechnąłem i nie żebym był jakimś szczególnym cynikiem, ale naprawdę rzadko się to zdarza przy lekturze. Morda ogólnie cieszy się głównie z powodu całkiem rozgarniętego scenariusza. Wiadomo, nie jest to głęboka wędrówka w dekonstrukcję, samoświadomość medium lub psychologiczną analizę kruchości superego w obliczu przytłaczającej beznadziei (ten temat Tom King nam zepsuł na długo). Tom Taylor nie odwalił jednak fuszerki i nie czułem się, jakby obrażał moją inteligencję. Tak, jako czytelnik i fan (!) superhero nadal oczekuję od scenarzystów przynajmniej szacunku.
Wątek, który z konieczności nazwałbym „głównym”, nie podjarał mnie równie mocno, ale też ma swoje mocne strony. Fajnie obserwować, jak przy nagłym ukróceniu kariery części największych koksów na planecie, główne skrzypce zaczyna grać młodzież. Jon Kent i Damian Wayne to mój bromance wszechczasów, relacje juniorów cieszą chemią i wigorem, choć ich entuzjazm w obliczu apokalipsy bywa nieco dziwny. Co ja tam wiem, jestem już przecież zgredem, a seria od samego początku nie próbowała być jakoś cholernie poważna. Trafił się nawet żart, który wywołał u mnie coś na kształt parsknięcia. Żart prosty, slapstickowy wręcz, ale skuteczny. Cała ta wojna z Black Adamem i jego rozlazłymi poplecznikami była jednak moim zdaniem niestety zbyt powolna. Z radością oddałbym połowę jej czasu ekranowego jakiejś opowieści, na przykład, o czarnych koniach uniwersum kryjących się przed antyżyciową zarazą w sieci kanalizacji i tworzących ostatecznie funkcjonalne, podziemne społeczeństwo. No proszę, byłby to też przy okazji doskonały zamiennik dla zbędnie uciekających w patos „Niezniszczalnych”, można by było do tego wrzucić też cameo Żółwi Ninja! Pomarzyć można, pulpa ma swoje granice przesady (tylko nie mówcie tego nigdy Scottowi Snyderowi, tak czy inaczej nie uwierzy).
Pamiętam, że przy okazji pierwszego tomu narzekałem na oddanie większości ilustracji w ręce najmniej interesującego artysty z grona wszystkich wymienionych ostatecznie zaraz pod twardą oprawą. Nikt nie potrafi tak uparcie powtarzać błędów, jak największe wydawnictwa komiksowe. Głównymi rysownikami w „Nadziei na końcu świata” zostali Marco Failla i Renato Guedes, obaj to porządni rzemieślnicy o stylach na tyle odmiennych, by zapewnić różnorodność, ale w porównaniu do niektórych kolegów po fachu w ramach tego samego tomu wypadli po prostu średnio ciekawie. Najlepiej w moich oczach wypadł najbardziej odległy od zabawy w realizm Jon Sommariva i jego pełna wyrazu, nieco dziecinna i cartoonowa przesada. Zwróciłem też uwagę na niesamowitą dynamikę i drobiazgowość ilustracji Carmine di Giandomenico (zawsze idealny wybór do historii o speedsterach) oraz na technicznie doskonałą szczegółowość roboty Karla Mosterta. O dziwo tego ostatniego przy recenzji „Niezniszczalnych” trochę obrzuciłem hejtem. Widać jest bardziej sprawny w mniejszych dawkach, no i może w historiach nie skupionych na ludziach (tu kreślił ten fajowy wątek o zwierzakach) wypada po prostu mniej jak nieco nieudolna kopia Franka Quietly. Kolory całości nadał Rex Lokus i o jego robocie mam do powiedzenia tylko tyle, że przyjemność z jej odbioru zależy w dużej mierze od tego, na czyje szkice przyszło mu kłaść barwy.
Mogę spokojnie stwierdzić, że „DCEased – Nadzieja na końcu świata” zasługuje na wasze zainteresowanie, jeśli lubicie trykoty i zabawy w alternatywne historie. Wartość dodaną znajdą tu również ci z was, którym jeszcze jakimś cudem nie wychodzi bokiem tematyka żywych trupów, bo nie oszukujmy się – antyżyciowe pierdololo to nadal tylko pretekst do wciśnięcia zombiaków w świat DC Comics, pretekst całkiem skutecznie przekuty w czyn. Ostatecznie możecie ten tom postawić sobie na półce obok pierwszego, a darować sobie „Niezniszczalnych”. To pozycja stricte rozrywkowa, do rozrywki podchodząca w miarę możliwości z głową i szacunkiem zarówno do czytelnika, jak i do postaci uwielbianego przez wielu z nas uniwersum. Żadne arcydzieło, pokłonów bić nie trzeba, ale odbiorca z oczekiwaniami odpowiednio zaniżonymi przez jakość większości peleryniarstwa raczej bez wątpliwości stwierdzi, że w tym temacie może i często dostajemy rzeczy równie dobrze, lecz rzadko kiedy dużo lepsze.
Autor: Rafał Piernikowski.









