Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egmont. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą egmont. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 listopada 2011

Joker - Brian Azzarello i Lee Bermejo


Komiks do recenzji podesłało wydawnictwo Egmont.
Bardzo dziękuję



Azzarello nie pierwszy raz wziął na warsztat łotra z DC Comics. W 2005 roku napisał znakomitą miniserię z Lexem Luthorem w roli głównej. Można o tych tytułach myśleć jako o dylogii, ale z racji tego, że "Joker" to rasowe noir, to na poziomie narracyjnym jest mu bliżej do innego komiksu z bibliografii scenarzysty, do wydanego u nas w 2007 roku "Batman: Rozbite miasto". Zresztą oba cierpią na podobny problem - warstwa fabularna jest w nich najzwyczajniej pretekstowa. Sięgając po "Jokera" wiedziałem, że to nie jest opus magnum Azzarello, więc nie zawiodłem się wcale. Wręcz przeciwnie - mimo tego, że trudno jednoznacznie go ocenić, to bawiłem się dobrze i uważam go za jeden z najciekawszych komiksów, jakie ukazały się w tym roku na naszym (niestety zubożałym) rynku.

CZYTAJ WIĘCEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>



środa, 3 sierpnia 2011

Carlos Gardel. Głos Argentyny



Początkowo chciałem tę recenzję zatytułować " O tym, jak Egmont dobił Zebrę...", ale doszedłem do wniosku, że Gardel jest tak naprawdę spełnieniem obietnic wydawcy i tym wszystkim, czym ta seria w zamyśle miała być. W końcu dostajemy coś, co jest "nowatorskie, a nawet awangardowe pod względem artystycznym" ale wydaje mi się, że czytelnicy i (o zgrozo) niektórzy dziennikarze komiksowi nie byli przygotowani na tego typu atrakcje...

CZYTAJ DALEJ NA KOLOROWYCH ZESZYTACH>>>



niedziela, 22 maja 2011

Wyspa Burbonów. Rok 1730 - Appollo i Lewis Trondheim







Szał na piratów trwa. Gdy przeglądam newslettery z księgarni internetowych, dość często widzę kolejne "wielkie" nazwiska literackich wyrobników - czy to piszących na co dzień fantasy czy to horror - którzy dla zysku wciągnęli na maszt piracką banderę. W kinach od niedawna gości czwarta część hollywoodzkiego tasiemca z Johnnym Deppem. U mnie kontrapunkt dla tej produkowanej masowo pulpy: Wyspa Burbonów.

P
iszę kontrapunkt, bo Wyspa Burbonów mimo tego, że podpiera się tematyką piracką, to ostatecznie jest komiksem odległym głównemu nurtowi i innym niż można by się spodziewać. Wbrew temu, co sugerowałaby tematyka, nie jest to rzecz wpasowująca się w ramy kina nowej przygody. To raczej kameralna i nostalgiczna opowieść zajmująca się końcem pewnej epoki. Tytułowa Wyspa Burbonów to miejsce gdzie osiedliły się objęte amnestią wszelkie szumowiny z wód karaibskich. Autorzy przypatrują się temu, jak piraci reagują na schyłek swego świata i jak traktują zrodzony za ich życia romantyczny mit. Jedni dawno zapomnieli kim byli, siedzą w bujanych fotelach i bogacą się na plantacjach kawy, inni stali się pijaną karykaturą tego, czym byli kiedyś, a jeszcze inni nie mogąc się pogodzić z nową rzeczywistością żyją przeszłością i wykorzystują związany z prosperowaniem wyspy problem niewolnictwa po to, by świat w koło nich znów zapłonął.



Owa piosenka, tycząca się bodaj AKowców ma całkiem podobny wydźwięk...


Nie uświadczymy tu jednak morskich bitew, rabunków, podpaleń i gwałtów. Nawet jeśli się pojawiają wzmianki o tego typu wyczynach, to są już tylko podkoloryzowanymi historiami przekazywanymi z ust do ust... zupełnie jak wątek pojmania i stracenia legendarnego pirata - Kapitana Myszołowa - wokół którego napisana jest cała opowieść. Autorzy celowo ani razu nie pokazują postaci Kapitana, przez co jeszcze dosadniej podkreślają, że jest on już tylko legendą, opowieścią, staje się "mitem za życia". Co ciekawe, obok Ran Wylotowych to kolejny komiks, w którego warstwie literackiej można odnaleźć ten chwyt narracyjny (znany choćby z literatury). Wg mnie, w konwencji Wyspy Burbonów wypada on z jednej strony zdecydowanie naturalniej, z drugiej dużo bardziej trafnie i symbolicznie. Widać, że nie jest tylko efektowną zagrywką formalną, ale przemyślanym zabiegiem i kluczem do odczytywania wydźwięku całej historii.


(kliknij aby powiększyć)

Warstwa graficzna również odbiega od tego, czego moglibyście się po "komiksie pirackim" spodziewać. Ze wstydem wyznaję, że to moje pierwsze spotkanie z Trondheimem. Nie da się powiedzieć, że jego styl w jakikolwiek sposób przypomina rysunki Stana Sakai, ale zamysł użycia animorfów przy tego typu historii daje ostatecznie bardzo podobny efekt. Przyznam, że rozbroił mnie kompletnie aestetyczny styl rysunku Francuza - w wielu aspektach podobny do tego, jaki znajdziemy w recenzowanym przeze mnie niedawno Cafe Budapeszt, ale jeszcze bardziej niechlujny i nieczytelny. Nieczytelny już nie tylko w planach totalnych. Najpierw mamy uczucie, że widzimy nieudolne bazgroły, ale gdy zaakceptujemy tę konwencję ... to, co zastosował Trondheim daje nam wrażenie "czytania kadrów", bo trzeba chwilę poświęcić, żeby zrozumieć co na nich jest. Biorąc pod uwagę to, że większość akcji dzieje się w gęstej dżungli, efekt tego zabiegu jest powalający.


(kliknij aby powiększyć)

Jak wspomniałem na początku, Wyspa Burbonów to komiks inny, niż można by się spodziewać. Lojalnie uprzedzam, że nie jest komiksem wielkim... a jego realizacja i wydźwięk daleki jest od rozmachu, który utożsamiany jest zazwyczaj z arcydziełami (i nie mówię tego tylko z perspektywy komiksowego medium). Nie zmusza do wielogodzinnych refleksji, nie zmieni Wam życia, pozostawi z niedosytem... Jest za to tworem bardzo oryginalnym i mądrze opowiedzianym, który mimo swej niepozorności urzekł mnie na tyle, że od tej pory będę o nim myślał jako o jednym ze swoich ulubionych komiksów.

W moim odczuciu seria wydawnicza Zebra to jedna z lepszych rzeczy jakie w ostatnich latach wyszły "spod Egmontu". Tanie, o lekko zmniejszonym formacie, czarno białe, dobrze wydane komiksy, celujące raczej w wyrobionego czytelnika. Czego chcieć więcej? Szkoda, że przez kryzys i cyrki z VAT-em seria przymarła na dłuższy czas... na szczęście , sądząc po ostatnich zapowiedziach, projekt był tylko zawieszony. W najbliższym czasie szykuje się w jego ramach coś specjalnego...

sobota, 25 września 2010

Predator: Grom z niebios


Nikt chyba nie sądził że Forfiter... tfu! Predator! Predator: Grom z niebios to będzie jedno z najważniejszych wydarzeń komiksowych tego roku. A dla mnie jest. Kupienie komiksu w kolekturze totolotka to niemal metafizyczne przeżycie. Towaru na mieście nie było ładnych parę lat (nie licząc fantasy komiks, którego ostatecznie nie zacząłem kupować, bo nie jestem targetem). Miejmy nadzieję, że wraz z Predatorem nadchodzi nowy wspaniały komiksowy świat.

Gdzieś w Afryce południowej oddział najemników wynajęty przez rząd USA ma zająć się rozgromieniem grupy rebeliantów. Jak wskazuje tytuł komiksu, spotkają się raczej z ręką bożą w postaci Hunterów, którzy urządzili sobie polowanie w tym rejonie. Tak mniej więcej mogę Was wprowadzić w fabułę tej pozycji, korzystającej z darmowej reklamy, jaką zafundował jej film Predators Nimróda Antala.

Grom z Niebios kupiłem od razu (nawet dzień wcześniej zerkałem po kioskach), odłożyłem wszystkie inne rzeczy które aktualnie czytam - bo to sprawa wagi państwowej - i połknąłem na raz co by jak najszybciej zdać raport.

Nie ma co owijać w bawełnę. Rysunki są takie se, kolory komputerowe, ale zjadliwe, za to scenariusz naprawdę OK - oczywiście w kategoriach totalnej pulpy. Komiks kosztował 10 zł i jest zdecydowanie wart tych pieniędzy. Dla fana Predatora to pozycja obowiązkowa - tym bardziej, że w środku oprócz komiksu znajduje się fajny artykuł Przemysława Pieniążka i bibliografia Predka w Polsce. Co prawda "Grom.." nigdy nie będzie miał szans konkurować z najlepszymi forfiterowymi pozycjami (Alien Vs Predator i Batman vs Predator), ale jak już mówiłem - nie jest źle, jest dobrze...

Powinniście kupić Predatora. Choćby po to, żeby pokazać Egmontowi że to dobry pomysł. Cudownie byłoby iść co tydzień do kiosku i kupować tak wydany komiks (cienki, śliski papier - taki, jak w prasie kobiecej - to lepiej się prezentuje, niż pozycje TM Semic ). Można byłoby tak wydać w pół roku Batman Long Halloween, można by było puścić Hellblazera, Dardevil vol. 2, Punisher MAX. Dokładnie 4 serie - co tydzień jedna po 10 zł - można by dzielić większe TP na pół. Idźcie i kupcie Predatora... W grudniu ma być Alien.

Edit: a no i Życie i czasy Sknerusa McKwacza (Dona Rosy - uhonorowane Eisnerem) ma byc w kioskach chyba w poniedziałek.

środa, 4 sierpnia 2010

Incognegro - Mat Johnson i Warren Pleece





"Urodziłeś się już czarny i na zawsze pozostaniesz
Choćbyś cały się wybielił, to nikogo nie okłamiesz..."

...śpiewały Baranki Boże o MDŻeju. Incognegro jest dokładnie o tym samym.

Pomysł jest gupi. Opiera się na założeniu, że biały - czarny tzn. Mulat, tfu... wróć! Autor we wstępie wyjaśnia to tak: sam od urodzenia miał skórę dość białą jak na mudźina ( wiadomo, niewolnictwo, gwałty, itd. ... zdarza się), dojrzewał w czasach, gdy afroamerykańskie ruchy wolnościowe bardzo silnie dochodziły do głosu. Z powodu koloru swojej skóry bardzo źle mu się żyło w "kulcie czarnucha". Snuł wtedy z kuzynem - notabene, pół asfaltem, pół żydem - fantazje o tym, że są zamaskowanymi szpiegami, bojownikami w wojnie rasowej - są Incognegro!... No tak, jak wspomniałem, pomysł gupi... Nabiera sensu, gdy zestawimy go z komiksową konwencją i mitologią superbohaterskiej pulpy, gdzie niemal wszyscy herosi są właśnie bojownikami w przebraniu...

Rzecz dzieje się w początkach XX wieku. Nasz bohater pisuje do nowojorskiej czarnej gazety artykuły o bestialskich linczach, na które może wkradać się dzięki swojej niespotykanie białej (jak na czarnucha) skórze.

Poznajemy go w chwili, gdy ledwie uszedł z życiem z jednej z takich imprez i postanawia z tym skończyć. Niestety okazuje się, że nie tak łatwo zrzucić kostium... Los zmusza go, by wyruszył do Tupelo i przyjrzał się sprawie zabójstwa dokonanego przez czarnego na białej kobiecie.

Z pozoru Incognegro wpisuje się idealnie w niemiłą tendencje wtórności komiksu wobec innych tworów kultury. Już sama tematyka przywodzi na myśl In the Heat of the Night, Black Day in Black Rock i wiele innych antyrasistowskich przypowieści o południu Stanów, z tą różnicą, że wątek antyrasistowski jest tu tylko pretekstem do opowiedzenia kryminalnej historii, a nie na odwrót. Co prawda można mu zarzucić, że podtrzymuje stereotypy, ale nie jest to zbyt nachalne, przez co komiks nie denerwuje i nic nie udaje. Brutalność, dynamika, zwroty akcji i świetne dialogi czynią z niego naprawdę zajmującą lekturę. To po prostu dobrze napisany, idealnie wpisujący się we wzorce gatunkowe kryminał.

Niestety, po warstwie graficznej nie możecie się spodziewać zbyt wiele - wręcz ocieka kreskówkowością, a do tego rysownik często robi błędy w proporcjach ludzkiego ciała. Co ciekawe, plany totalne, które mają dodawać tej opowieści dramaturgii, narysowane są znakomicie i idealnie spełniają swoją funkcję. Z tego, co widzę w googlach, Warren Pleece to raczej utalentowany rysownik, szkoda, że rysował Incognegro na odpierdol.

Zabawę psuje też koszmarne tłumaczenie... Tłumacz (Krzysztof Uliszewski) zdaje się być jedyną osobą, którą zasłużyła na lincz. Jego brak pomysłowości i polotu w rzemiośle wprawia mnie w zażenowanie. Wystarczyłaby odrobina słowotwórstwa, albo zabawa z gramatyką, a podkreślenie południowego akcentu białych wypadłoby znacznie lepiej. Mam nadzieję, że to ostatni komiks w jego tłumaczeniu jaki czytam, bo ten koleś się po prostu do tego nie nadaje. Mimo to polecam zakup polskiego wydania, bo na allegro można je nabyć za nieduże pieniądze. To naprawdę świetny komiks na wakacyjną odmułę po tych wszelkich artystyczno/biograficznych cegłach.

sobota, 13 marca 2010

Jodorowsky vol II : Szalona z Sacre Coeur i Biały Lama

Szalona z Sacre Coeur

Opowieśc o wykładowcy filozofii na Sorbonie który wplątuje się w romans ze studentką... zapowiada się kompletnie nie Alejandrowy temat - wiem. Ale to zdecydowanie najbardziej osobista praca Jodorowskyego z jaką się do tej pory spotkałem.

Sam J. powiada że to wszystko wydarzyło się naprawdę.Wierzyc mu oczywiście nie można, ale komiks i tak robi niesamowite wrażenie. Z początku dość kameralna opowieść o życiowych i filozoficznych problemach podstarzałego wykładowcy, ostatecznie okazuje się bardzo zaskakująca, zabawna i urasta do międzynarodowej intrygi z iluminacją w tle. To komiks który prawdopodobnie przekonał by do Jodorowskyego niejednego zajadłego wroga jego twórczości. Mimo dośc dużego nawału "filozoficznego bełkotu", nie posiada przytłaczającego ciężaru innych pozycji naszego ulubieńca. Jak zekranizują kiedyś tą historie to pewnikiem wyjdzie coś ala filmy Allena połączone z Rodrigezem. Jest nawet rola dla Maczete:). Trochę mi ten komiks dał do myślenia, nie mam tu na myśli refleksji co do jego treści. Nie. Raczej myślałem o tym że moje ulubione rzeczy Jodorowskyego to te w których troszkę bardziej trzyma się ziemi... Śmiało postawił bym go gdzieś w okolicach mojego największego favu - Juan Solo - który nawet tematyką jest w kilku momentach podobny.

Rysunki Moebiusa - jak zwykle masterstwo, z charakterystycznymi dla niego zmianami stylów(wydanie zbiera 3 albumy - 2 pierwsze podobnie narysowane , trzeci już z widoczną zmianą kreski).Komiks jest czarnobiały więc żaden gnojek - jak w przypadku Incala - tego komputerem nie mógł popsuć. Największym minusem jest nieproporcjonalna do ceny jakośc polskiego wydania - pomniejszony format, podatność na odkształcania, nieraz słabo nasycona czerń, syf , chujnia, mrok...ale zapewniam że i tak warto kupić. To komiks tak dobry że po lekturze dojebało mi do tego stopnia że zamówiłem z miejsca "białego lame", którego ze względu na horrendalną cenę miałem wcale nie kupować.

Polecam.

Biały Lama

Bardzo mieszane uczucia. Zbiorcze wydanie 6 tomów, napisanych między 1988 a 1993 rokiem, rzekomy klasyk europejskiego komiksu. Zaczyna się jak bardzo dobry europejski komiks przygodowy z elementami fantasy zaczerpniętymi z mitologi buddyjskiej. Aż trochę byłem zadziwiony takim stanem rzeczy, jakoś to mało Jodorowskie było. Mało szalone i zbyt gatunkowe. Ale było naprawdę dobre... J. nie oszczędził jak zwykle "religii" czy raczej struktur władzy(" I donít like religion-religion is killing the planet. (...) I believe in mysticism."). Pokazał zakłamanie i korupcje w klasztorach, fałszywych proroków i zgniliznę duszy kapłanów. Potem nastąpiły jakieś podróże astralne i akcję przygniótł nawał filozofii ale dalej było dobrze, czułem że Alejandro znowu opowiada mi tą samą historie co zawsze (droga do oświecenia przez traumę itd). Niestety, bardzo zawiódł mnie koniec tego komiksu... Alejandro ubódł moją inteligencje i uduchowienie serwując filozoficzną brednie pokroju Anthonyego de Mello. Nie chodzi już o sam jej wydźwięk, tylko o to że czytałem te 300 stron tylko po to żeby takie coś mi dojebał(zresztą owy motyw pojawiał się już w tym komiksie wcześniej). Możliwe że to komiks nie dla mnie. Może celem Jodorowskyego był mainstreamowy, nastoletni czytelnik. Niemniej mam mu to zdecydowanie za złe. Poczułem się jak w tej słynnej piosence Rollinsa "Liar" ("And I'll tell you things that you already know so you can say:I really identify with you, so much.")... Krótko mówiąc nie doznałem katharsis. Za to odparłem "Mistrzowi" jak słynny facet z TV Shopu: "panie daj pan spokój".


Co do rysunków: nie będę ukrywał że od czasu Juana Solo uwielbiam Bessa. Mimo kilku słabszych plansz i monotonnej kolorystyki - która skądinąd pasuje do geograficznego umiejscowienia wydarzeń - to pod kątem grafiki jestem z tego albumu więcej niż zadowolony. Co prawda mało tu cycków i przemocy ale jakoś przeżyje... Jednak patrząc na cenę to zdecydowanie nie polecam tego zakupu. No chyba że ktoś jest kolekcjonerem... tyle że wtedy to już go pewnie ma.


wtorek, 1 września 2009

Opowieści Szeherezady - Sergio Toppi



W internecie piejo kury nad tym, jaki to ten album nie jest wybitny. Patrząc na rysunki Toppiego nie dziwię się im. Przypominające linoryty, a mające najwięcej wspólnego z malarstwem Klimta i miejscami przywodzące mi na myśl niektóre prace Salvadora Dali, Vrubla i bóg wie kogo jeszcze – po prostu zapierają dech w piersiach.

Cudownie narysowany komiks. Każda plansza jest małym arcydziełem. Toppi momentami zapomina o kadrze, a raczej po mistrzowsku komponując plansze mieści to, co powinno być kilkoma kadrami na jednej połaci, często będącej czyjąś sylwetką. Mimo, że wciska to w dość karkołomne miejsca, to wkomponowuje postacie i akcje tak, że wszystko jest klarowne. Ta warstwa zaskakuje na każdym kroku. Ale komiks to nie tylko warstwa plastyczna... a fabularnie jest przeciętnie. A to i tak łagodnie mówię. Czytałem ten komiks zachłystując się kilkadziesiąt sekund każdym rysunkiem, by poświęcić kilka sekund na przeczytanie tekstu, po którym się krzywiłem. Oczywistą sprawą jest, że może mi ktoś zaraz napisać, że ''to są opowieści 1001 nocy i nic się nie da z tym zrobić''. A gówno prawda. Już w (sprawdza) siydymdzisiuntym czwartym jego krajan z przepchanym jelitem - Pasolini - pokazał jak duży potencjał fabularny posiada Księga tysiąca i jednej nocy. Jego Kwiat tysiąca i jednej nocy jest często porównywany do Rękopisu znalezionego w Saragossie. Na wyrost, bo na wyrost, ale gdy pada przy jakimś tworze ten tytuł, świadczy to ewidentnie o tym, że warstwa fabularna jest nieprzeciętna. W każdym razie Toppi potencjału tych miniatur kompletnie nie dostrzegł, albo nie umiał go wykorzystać. Najbardziej nie mogę mu wybaczyć tego, że nie wykorzystał szkatułkowości owych opowieści. Za to podał wszystko - jako dość sztywno połączone osobą Szeherezady - szorty*. Zero większego zamysłu odnośnie tej warstwy... oprócz tego, że rysuje je tak, że szczeka opada, to nic ciekawego nie robi z tymi historiami. Żebyśmy nie zrozumieli się źle: to nie jest okaz takiej pulpy jak w przypadku Otta, o którym pisałem jakiś czas temu. Toppi jest masterem, z tym komiksem spędza się dużo czasu i ma się wrażenie obcowania z wielkim artystycznym zjawiskiem. Ale wartość tego albumu to niestety tylko i wyłącznie warstwa wizualna. Mam cichą nadzieję, że Egmont rzuci jeszcze jakimś jego dziełem. Kupię na 100%... ale myślę, że ten pan ma na pewno w dorobku coś bardziej wyszukanego od strony fabularnej. Podsumowując. Mam mieszane uczucia, ale nie powiedziałbym, że jestem zawiedziony. Patrząc na rysunki Toppiego nie można być zawiedzionym.


[*zapewne komiks ukazywał się w jakimś miesięczniku... ale to nie jest usprawiedliwienie dla całego albumu, który można było stuningowac.]

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

''Towarzysze zmierzchu'' François Bourgeon (1983-1990)



Dzieło wybitne - klasyka europejskiego komiksu.Napisali już o nim ludzie dużo bardziej kompetentni niż ja. Ale jako że jestem pod dużym wrażeniem, postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze i przede wszystkim polecić ten integral, niestety nie tani ale zdecydowanie wart tych pieniędzy.

Pan Bourgeon, z zawodu wyuczonego witrażysta, mający w zwyczaju budowanie makiet co ważniejszych budowli które rysuje, serwuje nam historie niemającą nic wspólnego z komiksami do których przyzwyczaił mnie typowy historyczno/fantastyczny nurt europejski. Ta piekielnie ciężka w odbiorze trylogia zdecydowanie wykracza po za ramy typowej opowieści obrazkowej. Nie ma tu skrótów, nie ma też odwrotnej sytuacji czyli przerostu treści nad rysunkiem, jest za to - w szczytowych momentach - misternie sklecona intryga z postaciami z krwi i kości wraz z ich małostkami i pragnieniami na czele.

''War, war never changes'' równie dobrze od tych słów mógł by się zaczynać każdy z tomów tej opowieści... ale zaczyna się od ''Powiadają, że trwała sto lat...Nie różniła się niczym specjalnym od poprzedniej.Ani tej która nastąpi po niej''. W pierwszej opowieści ,na dość mglistym tle zawieruchy wojny stuletniej, Bourgeon przedstawia trzy postacie: oszpeconego rycerza( skądinąd przedstawionego jako zbrodniarza wojennego ), tchórzliwego wieśniaka Aniceta i młodą dziewczynę imieniem Mariotte. Zbieg okoliczności, a może raczej przeznaczenie przeplotło ich drogi w tej z pozoru po macoszemu, nakreślonej we wstępie rzeczywistości a potem wpycha w oniryczny, zaludniony mitycznymi stworzeniami - i udzielający się całej kompani - świat sennych majaków rycerza. Rysunek z pozoru wydaje się klasyczny, z narracją jest jednak zupełnie inaczej. Już w drugim albumie widzimy bezkompromisowość i brak chęci do brania jeńców spośród czytelników. Twórca nam samym każe układać historie w całość, mieszając retrospekcje z bieżącą akcją. Jednak nie leci w samopas...puzzle pod koniec się zazębiają,z przyjemnością cofamy się kilkadziesiąt kartek w tył i czytamy tą historie jeszcze raz. Potem następuje nie oczekiwane.Cały tryptyk wieńczy, monumentalny cztero częściowy ''Ostatni śpiew Malaterreów''. Opowieśc ta, jak słusznie sugeruje mesje Szyłak w swojej recenzji na Gildii Komiksu, powinna byc podawana w oderwaniu od pierwszych epizodów. Burgeon poszerza galerie postaci, rezygnuje w dużej mierze z onirycznego fantasy na rzecz rozbudowanej dworskiej intrygi. Zaskakuje mnogością wątków, brawurowym rysunkiem architektury (nierzadko na całą plansze), wulgarnością średniowiecznej mieszczańskiej rzeczywistości i przede wszystkim dużo poważniejszą treścią.

Komiks Bourgeona jest cyniczny i z pozoru obdarty z pozytywnych postaci. Jednak szybko zgnilizna świata przedstawionego przerasta ''nieciekawe'' charaktery głównych bohaterów. Do tego wychodzi na jaw przeszłość oszpeconego rycerza, nieuchronna przyszłość, wreszcie wychodzą na wierzch intencje i pragnienia wszystkich postaci. Wielu recenzentów twierdzi że wojny w tym komiksie nie ma... jest to bzdurą. Mimo że nie dotykamy jej może dosłownie to cały czas nad komiksem wisi apokaliptyczna, specyficzna atmosfera zniszczenia i beznadziei.

W posłowiu do owego komiksu Wojciech Birek wskazuje jego pokrewieństwo z ''Imię Róży'' Umberto Eco. Jest w tym trochę prawdy, ale mi ten komiks bardziej kojarzył się z ''siódma pieczęcią'' Bergmana. Z tym że... Pewnie was zdziwię ale w przypadku ''Towarzyszy zmierzchu'' mamy do czynienia, może z mniej uniwersalnym i mniej filozoficznym ale za to dużo cięższym w odbiorze tworem. Już tylko biorąc pod uwagę poziom nawarstwienia brutalności i sexu czyni ''siódma pieczęć'' przy ''Towarzyszach...'' filmem familijnym...


Na koniec muszę dodac że największą zmorą tego komiksu zdaje się byc tłumaczenie. Co prawda przekład pewnikiem był dośc karkołomnym wyczynem, szczególnie że ponoc już dla francuzów warstwa literacka była ciężkim orzechem do zgryzienia. Nie zmieni to faktu że tłumaczenie niezbyt się udało i miejscami czyta się to fatalnie, co bardzo utrudnia już i tak niełatwą lekturę. Mimo wszystko cholernie cieszę się że mogę sobie postawić ten album na półce!

czwartek, 2 lipca 2009

Jodorowsky vol I : Księżycowa Gęba i Bouncer

Mam nadzieję że każdy kto tu czasem wchodzi dobrze wie kto to Alejandro Jodorowsky(... Jak nie wie to niech więcej nie wchodzi) więc po prostu przejdę do (drogich ''blink'';) rzeczy .

Księżycowa Gęba

Po pierwsze to najdroższy komiks jaki w życiu kupiłem więc jak by był słaby to bym się nim chyba napierdalał w potylice do momentu aż przestane dawac znaki życia.Po drugie jest bardzo dobry.Mam z nim problem bo czytałem go zaraz po ''From Hell'' Moorea więc nie zrobił na mnie aż tak wielkiego wrażenia jak powinien. Nie oszukujmy się po ''From Hell'' już chyba nic nie zrobi...Nie chce mi się pisac jakiejś wielkiej recenzji,ale skrótowo przedstawiając sprawe nt. atmosfery - to taki album jaki by zrobił Piotr Szulkin gdyby się zajął komiksem.Dosc fajnie przedstawiony obskurwiały dystopian-totalitarne społeczeństwo w nieokreślonym miejscu i czasie,garbaty mesjasz,derwisz panujący nad falami, retro mundury,państwo religijne,kufajki;) etc.Atmosferą i stylem haczy okolice Dieselpunku ,chodź nie mam zamiaru wsadzac tego dzieła w jakieś ramy bo skrzywdził bym typowych przedstawicieli.Rysownik daje z siebie całą dusze i widać że wczuł się w ten komiks(z Bouncerem mu tak nie szło) chodź fanem Boucqua nigdy nie będę to tu go doceniam. W każdym aspekcie to po prostu kawał sztuki mogący stac obok El Topo i Świętej góry czy właśnie wspomnianych filmów Szulkina(rytualne łowy na wieloryby!).... I tak jak mówiłem,dobry album itd ale pozostaje pytanie czy wart tyle pieniędzy? Na to już sami sobie byście musieli sobie odpowiedzieć.

Ja sobie odpowiedziałem - dla mnie to chyba jednak zbyt dużo jak za 260 stronicowy komiks. Wydany powiedzmy że ok. Ale za tą cenę to krajalnice do chleba powinien mieć wmontowaną albo przynajmniej podgrzewacz do kubka na USB.

Nakład się kończy więc jeśli ktoś ma ochotę to niech się spieszy bo będzie jak z Incalem nieszczęsnym a ja skanera niestety nie mam...

Bouncer

Z Bouncerem to jest tak że, jak na moje to nie jest tak do konca komiks dla fanów Jodorowskyego...tzn to co w nim ''jodorowskie'' to bardzo wtórne i patetyczne i takie są dwa pierwsze rozdziały(stanowiące jedną całośc).Do tego wydaje mi się że Jodorowsky tworząc ten wstep nie wiedział jeszcze co zrobi... czy zrobi cos jak el topo , czy zrobi typowy (anty)western.Dzięki bogom , w następnych trzech rozdziałach idzie już tylko w (anty)western z bardzo małą ilością ''udziwnień''. Trzy ostatnie rozdziały bronią się znakomicie i mają niesamowity potencjał ciągnięcia serii dalej,co chyba się we francji nie stało,a szkoda bo najprawdopodobniej mieli byśmy najlepszy westernowy cykl w historii komiksu.Więc dla kogo to komiks? Dla fanów westernu! I to niekoniecznie tego komiksowego, bo scenariusze trzech ostatnich tomów mogły by byc równie dobrze skryptami do ''Deadwood''. Aha, żeby nie było tak słodko to Boucqowi temat najwyraźniej nie leży.Nie odnajduje się ani rysunkowo ani kolorystycznie ,nudzi zarówno siebie jak i odbiorców. Szkoda że J. nie zrobił tej serii z kimś kto podszedł by do tego z pasją. Na pewno komiks dużo by na tym zyskał. No ale może po prostu nie sikam za Boucqiem i stąd ten problem. Album drogi (chodź ja wyrwałem za 100) ale ma prawie trzysta stron więc cena zjadliwa. Lakier, szmery bajery ekskluziw.


Teraz przede mną sprowadzenie z hameryki Incala (i tu prośba... jesli ktoś wie gdzie bym edycje ze starymi kolorami\poprawiane było\ dostał to byłbym zobowiązany za info bo te komputerowo zrobione kolory są tak ochydne ze mi sie zbiera gdy na to patrze ) i z następną partią książeczek dla analfabetów łyknę ''Szalona z Sacre-Coeur''... O Borgi naszkrobie raczej jak się seria zakonczy ale szczerze polecam już teraz bo nakład pierwszego tomu niemal już wszedzie wywietrzał, więc to prawdo podobnie ostatnie chwile by kupic ten komiks za ludzkie (ale jebnołem orta ''lódzkie'' ;D jak ktos ma szabry dziadka z czasów wojny i je sprzeda to może i nawet ''Łódzkie pieniądze'';D) pieniądze. Białego Lame chyba sobie daruje ze względu na cene, ewentualnie wyrwę podniszczony egzemplarz na allegro (gdzies z 80 zł bym dał z jakiś ze sfatygowaną okładką... nawet był jeden ale ktos mi podjebał:/).