czwartek, 13 lutego 2020

Miasto Wyrzutków. Tom 1: Mężczyzna, który gromadził rupiecie. Lambert.




Jacques Peupiler to prywatny detektyw odnajdujący zaginione przedmioty i kawał harpagana. Tak się składa, że posiada bardzo przydatną w swoim fachu umiejętność – mianowicie umie rozmawiać z martwymi rzeczami takimi jak radia, kubki do kawy czy bilbordy reklamowe. Tak, wszystko wkoło do niego mówi. Owszem, zdaję sobie sprawę, że może to brzmi nieco niedorzecznie, ale fabuła ogólnie trzyma się kupy i ten zabieg fabularny uważam za trafiony, bo najzwyczajniej urozmaica dość sztampową historię detektywistyczną. Pewnego dnia główny bohater dostaje niecodzienne jak na siebie zadanie odnalezienie córki pewnej dużej szychy. Dziewczyna prawdopodobnie została porwana i znajduje się w złych rekach. Peupiler rusza jej tropem.

„Miasto wyrzutków” to do bólu urbanistyczny komiks. Najlepiej opiszę jego zwartość, klasyfikując go jako neonoir, a do tego to ten rodzaj opowieści, w którym ważnym bohaterem po jest właśnie miasto, które siłą rzeczy staje się niemym (Ha! Nie do końca. Wszak przedmioty mówią do Jaquesa) narratorem tej opowieści. Wszystko wyszło tak sprawnie, że nie boję się porównać tego albumu do dzieł Franka Millera, który bardzo podobnie traktuje metropolie w swoich komiksach, często oddając jej najczarniejsze zakamarki bardzo drobiazgowo. Jeśli więc szukacie dobrego, mocnego czarnego kryminału to w „Miasto wyrzutków” walcie jak w dym.



Rysunek w tym albumie to dość nowoczesna robota, charakterystyczna dla dzisiejszego komiksu niezależnego. To jednak cały czas przyzwoite rzemiosło, żadna amatorka i trzeba przyznać, że nie rzuciło autora w jakieś niestrawne artystyczne rejony. Jego styl przede wszystkim świetnie nadaje się do opowiedzenia historii, którą nam zaprezentował. Owszem, rysunek może być niestrawny dla fanów realistycznej kreski, bo bliżej mu do obskurwiałego undergroundu niż do Thorgala, ale reszta powinna czuć się ukontentowana. Jeśli zostałbym przyparty do muru i miał do czegoś porównać kreskę Juliena Lamberta, to powiedziałbym, że jego prace to połączenie Scotta Pilgrima z twórczością Franka Millera. Kolory zostały położone komputerowo, ale na tyle umiejętnie, że nie kaleczą tego dzieła, które jest dostatecznie mroczne. To rzecz stworzona z bardzo dobrym wyczuciem, stylowa a gdzie trzeba należycie groteskowa.



Przyznam szczerze, sięgnięcie po ten komiks po „X-Menach” Jima Lee było dobrym pomysłem. Odpocząłem od siermiężnego najtisowego mainstreamu i muszę przyznać, że jestem bardzo zadowolony z lektury. Jedynym moim problemem jest to, że nie wydano całości naraz. Komiks bowiem został podzielony na dwa tomy i mimo domknięcia niektórych wątków pozostaliśmy z otwartą historią. Pewnikiem do premiery drugiej odsłony zapomnę wszystko, co się w tej części wydarzyło. No cóż, podobało mi się na tyle, że przy premierze następnego tomu chętnie powtórzę pierwszy. 


niedziela, 2 lutego 2020

X - Men. Lee/Claremont




Jim Lee to amerykaniec koreańskiego pochodzenia, który w branży ma wręcz legendarny status. Facet jest bezsprzecznie tuzem komiksu lat 90. – kimś, kto mocno wpłynął na jego mainstreamowe oblicze. Jego kreską inspirowało się bowiem całe pokolenie rysowników i po dziś dzień spotkać można na kartach komiksów superbohaterskich prace jego – mniej lub bardziej zdolnych – epigonów.

Zdaje się, że obecnie mówi się jednak o jego twórczości dość zachowawczo i chłodno a wpływy jego rzemiosła uznawane są często za coś złego, kiczowatego. Sięgałem po ten komiks mając w pamięci prace innego giganta komiksu tamtego okresu, o którym pisałem Wam w zeszłym roku, mianowicie Todda McFarlane (kliku klik). O jego pracy krążą podobne opinie, że jego kreska się zestarzała i stanowi znak czasów, a nie koniecznie coś, co się dziś dobrze czyta. Mnie jednak Spider-Man, który wyszedł spod jego ręki bardzo się podobał i spodziewałem się, że podobnie będzie z X-Menami rysowanymi przez Lee, a pisanymi głównie przez niemal równie legendarnego Chrisa Claremonta, wieloletniego scenarzystę tej serii.



Nie będę Wam ściemniał i wyłożę kawę na ławę. Może nie jestem przyzwyczajony do czytania tasiemców z tamtego okresu, ale najzwyczajniej męczyłem się obcując z tym komiksem, z bólem odliczając zeszyty, jakie pozostały mi do końca albumu. Fabularnie komiks się mocno zestarzał, a dodatkowo bardzo szkodzi mu swoista serialowość. Sprawy nie ułatwia fakt, iż dostajemy jedynie fragmenty opowieści, bo w albumie zebrane są tylko zeszyty rysowane przez Lee, a ten miał w swoim runie jakieś przerwy. Owszem, wszystko jest tak napisane,  że da się połapać, ale miałem jednak wrażenie, że coś mi w tych historiach umyka. Tym samym komiks ten zupełnie nie sprawdza się jako zamknięta powieść graficzna. Nie jest jednak tak, że nie podobał mi się całkowicie. Są tu bowiem fragmenty bardzo dobre. Na przykład urzekła mnie opowieść o pierwszym spotkaniu Wolverine'a z Kapitanem Ameryką, czy cały zeszyt, który został opowiedziany za pomocą poruszającego monologu wewnętrznego Magneto (rewelacyjnie wykreowana postać, to trzeba przyznać). Są to jednak tylko urywki i szczerze powiedziawszy więcej mi się tu nie podobało, niż podobało.



Przejdźmy jednak do najważniejszego elementu tego komiksu, czyli do grafik, bo to właśnie ze względu na robotę Lee komiks ten został wydany i jest firmowany jego nazwiskiem. To kawał kultowego już popartu, ogląda się to wszystko bardzo miło i album ten zapewne będą chcieli mieć na półce fani Marvelowskiego oldskula. Oczywiście możemy potraktować ten komiks jako artbook Lee (o to chyba w tym wydaniu chodziło), ale szkoda, że tom ten nie wnosi o wiele więcej do historii komiksu, a spodziewałem się porządnej lektury. McFarlane'a najzwyczajniej czytało się lepiej i to chyba świadczy o pewnej wyższości nad kolegą po fachu, bo jego komiksy o Pajęczaku zdecydowanie przetrwały próbę czasu.

Po X-Menach kariera Lee nabrała jeszcze większego tempa i mając już status jednego z ulubieńców czytelników, zaczął tworzyć dla niezależnego Image Comics swoją autorską serię WildCats. Próbowałem to czytać jakiś czas temu (bo chciałem się przygotować do przeczytania runu Moore'a, który również robił tę serię), ale poległem sromotnie. Czyta się to jeszcze gorzej niż X-Menów i w tym dopiero czuć, że Lee poszedł w niekontrolowany kicz. Troszkę lepiej (od strony graficznej, bo fabularnie jest to straszliwa chujoza) Jim wypadł tworząc mroczny „Batman: Hush” do scenariusza Josepha Loeba, ale prace Lee dla DC to już zupełnie inna historia... 


sobota, 1 lutego 2020

Bez Twarzy. Dubois/Kasprzak




„Bez twarzy” to kolejny komiks z wątkiem batalistycznym, o którym przyszło mi pisać. Tym razem wojna jest jednak tylko tłem, bo choć opowieść rozgrywa się w XVII wieku, w czasie wojny trzydziestoletniej, to głównym motywem jest ucieczka od bitewnej zawieruchy w sielankową i wiejską scenerię.

Banda zamaskowanych najemników uchodzi przed atakiem wroga i przypadkowo trafia do zapomnianej przez świat doliny ukrytej za skalnym przejściem. Tak się składa, że zamieszkuje ją prosty, acz szczęśliwy, typowo wiejski lud. Z początku miejscowi są nieufni wobec obcych, ale z czasem zaczynają ich akceptować i banda powoli asymiluje się ze społecznością. Niestety nie wszyscy jej członkowie są pozytywnie nastawieni do wieśniaków. Nie będę dalej spoilerował, napiszę tylko, że wszystko skończy się tragicznie, a autorzy będą mieli na końcu pretekst do narysowania spektakularnej potyczki.



W poprzednim tekście, pisząc o „Bitwie”, zarzucałem jej fakt, że to twór niedomagający rysunkowo. W tym przypadku jest na odwrót. Ilustracjami w „Bez twarzy” zajął się sprawdzony duet, czyli Zbigniew Kasprzak (jeden z naszych towarów eksportowych na rynek frankofoński) i jego żona Graza, którą zapewne kojarzycie jako wybitną kolorystkę „Thorgala” (według mnie w tym fachu to jedna z najlepszych osób w branży). Muszę przyznać, że jestem fanem tej pary i z wielką przyjemnością sięgam po tworzone przez nich albumy. Jakiś czas temu pisałem o ich innej wspólnej pracy przy „Halloween Blues” (klik), więc mam do czego porównać niniejszy komiks. Ilustracje w „Bez twarzy” są diametralnie inne. Kreska Kasprzaka jest bardziej rozedrgana, przypominająca szkic, a i kolory są położone bardziej swobodnie. Efekt ten świetnie pasuje do batalistycznej opowieści, bo przypomina szkice z pola bitwy. Mimo zamierzonego wrażenia pewnej niedokładności nie ucierpiała tu szczegółowość i znakomicie ogląda się przedstawionych przez Kasa wojowników, uzbrojenie i efektowne krajobrazy.




Komiks to oczywiście nie tylko rysunek. Fabuła tutaj jest jednak bardzo prościutka i sztampowa (acz gdzieś w połowie zastanawiałem się, czy nie pójdzie w folk horror, a byłoby to ciekawe) i zachwycać się tym albumem można jedynie ze względu na warstwę graficzną. Niemniej wszystko trzyma się kupy i jeśli potraktujemy treść jako pretekst do tego, żeby Kasprzak sobie ładnie porysował, to możemy ją uznać za dobrą.

„Bez twarzy” to zdecydowanie udany album. Nie ma się jednak co oszukiwać, wydany został u nas nie ze względu na treść, a na rewelacyjne grafiki Kasprzaków. Warto sięgnąć po ten komiks nawet tylko po to, żeby zobaczyć jak nasi dają radę na zachodzie. Sam jestem z nich najzwyczajniej dumny. 


czwartek, 23 stycznia 2020

Bitwa. Rambaud/Richaud/Gil



Jak sam tytuł wskazuje komiks ten traktuje o bitwie. Na tapetę wzięto walkę pod Essling, jedną z najsłynniejszych potyczek z czasów wojen napoleońskich. To będący adaptacją nagradzanej książki drobiazgowy fresk historyczny, po który zapewne powinni sięgnąć przede wszystkim miłośnicy tematu. Ja, kompletny laik patrzący na tę opowieść po prostu jak na komiks, mam jednak pewne zastrzeżenia.

Przede wszystkim niniejsze dzieło nie podoba mi się graficznie. Widziałem jednak rysunki tego autora bez komputerowych kolorów i werdykt jest jeden – to cyfrowo nakładane barwy zniszczyły jego robotę, bo z tego, co dostrzegłem w jego pracach, w wersji sauté jest bardzo zdolnym rzemieślnikiem. Da się to przeżyć, ale nie kupiłbym tego albumu ze względu na grafiki, a w opowieści batalistycznej to bardzo ważny element składowy. Marzeniem w takich wypadkach jest, by rysunki wyglądały jak realne ryciny z pola walki. W tym wypadku tak nie jest i na tym poziomie potencjał został zmarnowany. To jak powinna wyglądać ta opowieść, ukazuje okładka albumu. Niestety to zwykłe oszukaństwo typowe dla anglosaskich komiksów, bo to, co znajdziemy w środku, nie ma nic wspólnego z awersem okładki.



Fabularnie jest również przeciętnie. Część dotycząca walk jest oczywiście podana całkiem sprawnie, ale prowadzone na arenę fikcyjne postacie, przez których pryzmat mamy odbierać snutą historię, są dość nieciekawe i osobiście nic do nich nie czuję. Nie jestem specem od tego okresu w historii, lubię jednak bardzo film „Pojedynek” Ridleya Scotta osadzony w tych realiach i to chyba jedyna rzecz, do której mogę porównać niniejszy komiks. Wspominam o tym obrazie też dlatego, że dwóch głównych bohaterów „Bitwy”, podobnie jak postacie z filmu Scotta, wchodzi ze sobą w konflikt. Motyw ten jednak nie zostaję podchwycony i nie ma niemal wcale konsekwencji tej zwady. Rozumiem, że w zamyśle autora chodziło o opowiedzenie o bitwie, a nie o konflikcie dwóch postaci, ale gdyby ta historia była lepiej nakreślona, laikowi komiks czytałoby się przyjemniej.



Najważniejsza jest tu jednak bitwa znajdująca się oczywiście na pierwszym planie. Została ukazana bardzo sprawnie i jako bryk z historii album ten sprawdza się bardzo dobrze. Po lekturze zostałem ze sporą ilością informacji z przebiegu działań wojennych i z powodzeniem mógłbym zostać z tego odpytany, bo bez problemu streściłbym przebieg walk. Dodatkowo autorom udało ukazać się bezsens i tragedię wojny, a to zawsze się chwali.

Bardzo lubię linię wydawniczą Egmontu „Plansze Europy”, bo chętnie obcuję z frankofońską klasyką, ale akurat ten komiks to dla mnie niewypał. Istnieje szansa, że miłośników wojen napoleońskich „Bitwa” może oczarować, ale według mnie, ze względu na to, że rysunki wyglądają najzwyczajniej źle (wspomniane kolory), szanse na to są nikłe, a sam przebieg bitwy zainteresowani pewnie znają bardzo dobrze.



środa, 22 stycznia 2020

Sandman: Śnienie i Uniwersum.



Nie jestem wielkim fanem Sandmana. Mam co prawda całość na półce (łącznie ze wszelkimi spin-offami), ale bardzo podoba mi się tylko pierwsza część – „Preludia i Nokturny”, która w ostatecznym rozrachunku jest bardziej horrorem niż fantasy. Późniejsze tomy, eksplorujące  baśniowość mocniej od grozy, kręcą mnie znacznie mniej. Wcale nie ucieszyła mnie więc informacja, że z okazji 25-lecia komiksu Gaimana Vertigo postanowiło wskrzesić serię o Morfeuszu, bo oznacza to, że jako chory na zbieractwo komplecista będę musiał po to sięgnąć.

 

Dodatkowo to nie jest jeden cykl. Na początek dostaliśmy komiks startowy pod tytułem „Sandman: Uniwersum” i dopiero z niego wychodzą następne gałęzie opowieści. Mnie w ręce jak na razie trafił właśnie ten numer startowy i pierwsza część z cyklu pod tytułem „Śnienie”. Co istotne Gaiman tego wszystkiego nie pisze, tylko nadzoruje serię. Komiks tworzą scenarzyści, których autor oryginału określa jako najlepszych ludzi w branży. Co ciekawe ja ich nazwisk kompletnie nie znam, a przecież nie od dziś interesuje się komiksem.

Numer startowy trudno oceniać w kwestiach artystycznych, bo to tylko wprowadzenie. Jednak nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia, a oryginalny Sandman zaczynał się przecież od wielkiego trzęsienia ziemi. Natomiast „Śnienie” jest przyzwoicie zrobionym komiksem, w którym zostają wprowadzone na scenę nowe postacie. Z jednej strony są dobrze napisane, z drugiej, uniwersum Morfeusza posiada już takie zatrzęsienie bohaterów, że nie do końca rozumiem, po co potrzebni są nowi. Doceniam jednak wykreowanie niektórych postaci, takich jak Sędzia Stryk, koszmar związany z wisielcami, pamiętający czasy rasistowskiego południa. To indywiduum na miarę słynnego, pochodzącego z oryginalnego cyklu Koryntczyka i dla niego warto ten komiks przeczytać.



Warstwa graficzna nie jest wybitna, ale chcąc być uczciwym wobec tej serii, muszę przyznać, że jest przynajmniej dobra. Bardzo podobają mi się kompozycje plansz, które stronią od typowych kadrów, a stawiają na swobodne rozpięcie wydarzeń na przestrzeni dwóch kartek. Sam styl rysunku jest realistyczny i jeśli na siłę miałbym tej warstwie coś zarzucić, to powiedziałbym, że jej największym grzechem jest zachowawczość. Najzwyczajniej brak tu szaleństwa. Niemniej „Sandman” nigdy nie miał wielkiego szczęścia do rysowników, więc od tej strony jego nowa odsłona wypada przynajmniej zadowalająco.

Nowe oblicze Sandmanowskiej serii to rzemieślnicza robota. Nie są to komiksy ani szczególnie złe, ani też bardzo dobre. Według mnie to typowy skok na kasę i strzelam, że Gaiman zgodził się na to ze względu na czek, jaki otrzyma od DC. Obiecuję sobie walczyć sam ze sobą i nie zbierać tej serii. Przynajmniej na razie, bo będę obserwował opinie kolegów po fachu i jeśli będą pozytywne to może jeszcze dam jej jedną szansę. Na razie jednak mówię pas. 


niedziela, 12 stycznia 2020

Goon. Tom 3. Eric Powell




„Goon” (czy jak kto woli „Zbir”) – komiks, który wyszedł spod ręki Erica Powella to bardzo nietypowe dzieło. Wybuchowa mieszanka wielu pulpowych motywów przynależnych zarówno horrorowi, jak i noir, a dodatkowo doprawiona elementami komediowymi.

Oto mamy ulicę Samotną, enklawę w mieście dręczonym przez hordy zombie. Głównym bohaterem natomiast jest lokalny opryszek. Gdy nie jest zajęty przemycaniem whiskey albo robieniem innych rzeczy, które robią gangusy, chroni swoją ulubioną dzielnicę i znajdujący się w niej bar przed nieumarłymi. Dzięki temu on i jego kumpel Frankie są ulubieńcami miejscowych i zarazem ich ostatnią nadzieją. Ważną postacią w całej sadze jest również tajemniczy starzec Sęp – człowiek, na którego została rzucona straszna klątwa i od tego czasu musi się pożywiać ciałami zombie.




To już trzeci, potężny (wydanie prezentuje się naprawdę wspaniale) zbiorczy album „Goona”. Pisałem już raz o tej serii na łamach Mortal (klik). Niestety muszę zaznaczyć, że autor w tym tomie nie skorzystał z możliwości zrobienia czegoś głębszego ze swoimi bohaterami i na razie najlepsze co czytałem z tego uniwersum, to zawarta w drugim albumie powieść graficzna „Chinatown”, która ukazywała Zbira w zupełnie innym, tragicznym kontekście. Owszem, i w tym tomie Powell zaznacza, że jego bohater ma złamane serce, ale potencjał nie zostaje wykorzystany i motywy te są dość płytko poprowadzone. Zamiast tego dostajemy zwyczajową, szaloną, pulpową jazdę bez trzymanki, z której słynie ta seria. Jeśli to ktoś lubi, to będzie się czuł czytając „Goona” jak świnka w błotku. Niemniej, moim zdaniem łatwo jest ten komiks przedawkować ze względu na powtarzalność zawartej w nim akcji. Warto dozować sobie lekturę i nie wciągać wszystkiego naraz. Zapewniam, że wtedy będzie smakowało lepiej.

Piszę ten tekst na bloga i tym razem nie będę się silił na obiektywizm. Przyznam, że nie podoba mi się humor w „Goonie”. Może jestem starym dziadem, ale wyrosłem z żartów o kupie, które raczej wywołują we mnie niesmak niż uśmiech na twarzy („–Jakie znasz sztuczki? – Umiem gwizdać i pierdzieć na raz”.). Niestety jest ich tu sporo, a ja kompletnie ich nie łapię. Nie czyni to jednak dla mnie z „Goona” serii niezjadliwej, bo mimo wszystko czerpię przyjemność z lektury – na szczęście lubię bardzo horror i noir.


Dochodzimy do największego atutu „Goona”. Powell jest bardzo sprawnym rysownikiem, czerpiącym między innymi z estetyki, jaką prezentował Will Eisner w swojej serii o „Spiricie”. Strzelam, iż to właśnie dzięki temu, że ma taką moc w łapie, Powell jest dziś tak bardzo uznanym twórcą i na sucho uchodzą mu te wszystkie żarty o kupie podczas przyznawania nagród imienia (oczywiście) Eisnera, których seria ma na koncie sporo. Kolorystyką zajmuje się tu natomiast genialny Dave Stewart, czyli facet odpowiedzialny za barwy w uniwersum „Hellboya”. Nie ma co się oszukiwać, jest idealnym gościem do tej roboty i warstwie wizualnej „Goona” nie można nic zarzucić.

Jak pewnie już zauważyliście, nie jestem ultrasem tej serii. Nie zmienia to faktu, że cenię ją i chce mieć na półce. Non Stop Comics należą się brawa za to, jak wydaje „Goona”, bo tomy są tak grube, że z powodzeniem można nimi ubić jakąś nieumarłą gadzinę. Prawdopodobnie też chcecie mieć ten komiks w swojej kolekcji. 


wtorek, 10 grudnia 2019

Przygody wielkiego wezyra Iznoguda. Gościnny/Tabary

 Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMSu



„Przygody wielkiego wezyra Iznoguda” to klasyka frankofońskiego komiksu humorystycznego. Dzieło słynnego scenarzysty Rene Gościnnego, który ma na koncie takie tytuły jak  „Asteriks”, „Mikołajek”, czy „Lucky Luke”. Na  przestrzeni ostatnich dwóch dekad komiks ten był już dostępny u nas, najpierw we fragmentach na łamach „Świata Komiksu”, potem w zbiorczych zeszytowych wydaniach (nie wypuszczono jednak całości). Teraz Egmont atakuje rynek edycjami kolekcjonerskimi, zawierającymi po cztery albumy w twardej oprawie.

Rzecz dzieje się w pięknym, malowniczym Bagdadzie. Mikry, wredny i podstępny wezyr Iznogud za wszelką cenę chce wygryźć dobrotliwego, safandułowatego Kalifa z jego fuchy. Tym samym co rusz knuje kolejne spiski, mające odsunąć jego przełożonego od władzy. Komiks ten to festiwal przeróżnych, mniej lub bardziej śmiesznych gagów, obrazujących zmagania wezyra, który w każdym epizodzie szykuje serię karkołomnych zamachów na Kalifa. Iznogud starając się usunąć szefa zazwyczaj sam kręci na siebie bat, co skutkuje licznymi sytuacjami komicznymi. Są tu ograne wszelkie motywy i rekwizyty znane z „Księgi tysiąca i jednej nocy”, ale jest też sporo satyry na współczesność. Strzelam, że komiks był w swoim czasie (seria powstawała w latach 60-tych) śmieszniejszy, bo Gościnny pewnikiem odwoływał się do różnych zjawisk w ówczesnej  Francji. W przekładzie uleciało też zapewne wiele żartów słownych – część z nich wyraźnie tłumacz próbuje rekonstruować, ale wychodzi to średnio.

Komiks ten podzielony jest na cztery albumy, a każdy z nich zawiera po kilka historyjek. Taka epizodyczność mu nieco szkodzi i w treść szybko wkrada się powtarzalność. Myślę, że gdyby opowieści były rozpisane na kilkadziesiąt stron, czyli na cały album, wypadłoby to lepiej. Dobrym pomysłem jest powolne dawkowanie sobie lektury, bo wciągając wszystko naraz łatwo ten komiks przedawkować.

Obrazkami do serii zajął się Jean Tabary. Jego pomysł na szatę graficzną jest dość prosty. To karykaturalne,  rysowane dość dynamiczną kreską postaci. Niestety tła nie zawsze są odtwarzane i często bohaterowie stoją na pustych przestrzeniach. Szkoda, wszak Bagdad jest przecież pięknym miejscem, wdzięcznym do obrazowania. Czuć, że autor by temu podołał, bo gdy przychodzi mu rysować przedmioty i architekturę, to wychodzi mu to dobrze, ale zapewne goniły go terminy. Mimo wszystko Tabary to jednak dobry rysownik, który z powodzeniem ilustruje ten humorystyczny komiks i jego krecha zdecydowanie pasuje do narracji. Nie jest to jednak twórca tej klasy co Albert Uderzo, czyli autor rysunków do słynnego „Asteriksa”.

Nie do końca jestem pewien jak album ten odbiorą dzieci i trudno mi wskazać konkretny wiek potencjalnego czytelnika. Myślę, że to komiks kierowany głównie do koneserów, świadomych tego, że obcują z klasyką, a nie przypadkowych odbiorców. Niestety mam też wrażenie, iż czas obszedł się z „Iznogudem” nieco gorzej niż na przykład ze wspomnianym „Asteriksem”. Nie jest to jednak zły album i bardzo się cieszę, że Egmont zaserwował nam lekcję historii z francuskiego komiksu humorystycznego. Chętnie więc sięgnę po następny album zbiorczy.