czwartek, 6 grudnia 2018

Batman. Rozbite Miasto. Azarello/Risso



Mając w pamięci ich najsłynniejsze, wspólne dokonanie, czyli serię „100 Naboi”, można uznać, że Brian Azarello i Eduardo Risso stanowią prawdziwy dream team. Jeśli biorą się więc wspólnie za Batmana, nie może być żadnej lipy.  

No i nie ma. Azzarello robi to, w czym jest najlepszy. Znakomicie snuje mroczną, noirową narrację, przedstawiając historię brutalnego zabójstwa, które wstrząsnęło opinią publiczną w Gotham. Rzecz tyczy się śmierci pewnej kobiety będącej siostrą handlarza szemranych samochodów, który stanie się głównym podejrzanym w tej sprawie. W trakcie rozwoju fabuły panie więcej trupów, podejrzani się zmienią, na horyzoncie pojawi się rasowa femme fatale, a w wyniku działań Batmana Killer Croc kilkakrotnie straci zęby. Opowieść być może nie jest petardą, ale jest bardzo sprawnie poprowadzona, nie ma mielizn. Komiks podobał mi się zdecydowanie bardziej od (nie szukając daleko) interpretacji postaci Jokera stworzonej przez tego samego autora, o której pisałem Wam wiele lat temu: klik



Eduardo Risso musiał tu rysować trochę inne rzeczy, niż zazwyczaj. Mniej tu seksownych kobiet i napakowanych, murzyńskich gangsterów ze spluwami. Więcej studium skąpanej w deszczu postaci Batmana, rozmyślającego o swojej przeszłości, którą przypominają mu nakreślone w scenariuszu wydarzenia. To sprawia, że Rissso musiał zmierzyć się z ilustrowaniem strumienia świadomości, podejść do sprawy sekwencyjności bardziej impresyjnie. Sztuka mu się udała, i mimo iż komiks ten nie jest najlepszą wizytówką jego stylu, to jego romans z Batmanem możemy zdecydowanie uznać za artystyczny sukces potwierdzający jego wysoki status wśród mainstreamowych rysowników. 

Prócz głównej historii w albumie znajdziemy pomniejsze opowieści z nietoperzem, jakie na przestrzeni lat stworzył ten duet (między innymi rzecz wyjętą z antologii Batman Black and White). Wszystkie są w porządku, i bardzo fajnie, że główne danie zostało uzupełnione o te przystawki. 



Być może nie jest to ścisły top komiksów o Batmanie, ale moim zdaniem „Rozbite Miasto” zasługuje na swoje miejsce w kolekcji każdego szanującego się fana Batłomieja. O koneserach ceniących twórczość Risso nie wspominając, bo do tego, że od strony plastycznej ten komiks to klasa sama w sobie chyba nie muszę nikogo przekonywać.  Ja sam zaliczam się do obu grup i nie mam zamiaru rozstawać się z tym albumem. 


Konkurs imienia Janusza Christy

Przedruk artykułu który napisałem do 32 numeru kwartalnika o książkach dla dzieci i młodzieży RYMS. 


Konkurs imienia Janusza Christy to wspaniały ewenement w naszym krajobrazie wydawniczym. Impreza ma za zadanie promować i wspierać młodych twórców chcących zajmować się komiksem przeznaczonym dla najmłodszego czytelnika. Scenarzystom i rysownikom od kilku lat konkurs daje szansę wyeksponowania na naszym rynku nowych bohaterów komiksu dla dzieci. Wsparcie jest długoterminowe i obejmuje nie tylko wydanie pierwszego albumu, ale też następnych tomów serii. Nieprzypadkowo więc patronem tego wydarzenia został nieżyjący już tuz komiksu dla najmłodszych czytelników – Janusz Christa. Trudno bowiem w polskim komiksie szukać większej i bardziej wyrazistej marki niż jego słynna seria „Kajko i Kokosz”. Warto śledzić losy nagrodzonych serii, gdyż kapituła jest kompetentna i wybiera dla czytelników naprawdę wartościowe pozycje. Wśród nagrodzonych próżno szukać topornych, edukacyjnych wydawnictw, których wartość windowana jest samą tematyką. Jurorzy nagradzają twórców nie za szczytne treści, a za umiejętność opowiadania historii za pomocą komiksu i za walory rozrywkowe. To komiksy wolne od wszechobecnej ostatnio polityki, stawiające na rozrywkę na wysokim poziomie. W niniejszym artykule chciałem wyłonić te, które z całej puli są moim zdaniem najlepsze. Selekcjonując je, nie musiałem ich zanadto przesiewać, gdyż w większości są to pozycje bardzo dobre.

W ofercie sygnowanej logo konkursu znajdują się książeczki dla małych dzieci ("Malutki Lisek i Wielki Dzik", "Kubatu") i odrobinę starszych w wieku do 10 lat (Lil i Put, "Krasnolud Nap"), ale nie obejmuje ona niemal wcale komiksów dla młodzieży – te pojawiają się wszak w innym segmencie rynku. Niemniej muszę przyznać, że ja, dorosły, odczuwałem dużą frajdę, czytając te komiksy, więc granice wiekowe podane przez wydawcę są rzeczą dość umowną i z powodzeniem niektóre z tych pozycji wręczyłbym nawet starszym nastolatkom.

Moją ulubioną z dotychczas wydanych serii jest licząca już trzy tomy opowieść dla bardzo małych dzieci: "Malutki Lisek i Wielki Dzik", firmowana nazwiskiem Bereniki Kołomyckiej. Na rynku trudno szukać lepszej pozycji dla tej grupy docelowej. Komiks jest namalowany z dużym wyczuciem estetycznym, a przy tym jest bardzo przyjazny graficznie i stroni od jaskrawych kolorów i infantylizmu, więc nie skrzywi wrażliwości dziecka. "Malutki Lisek i Wielki Dzik" jest zdecydowanie dziełem osobnym, niestarającym się wpisywać w standardy współczesnej popkultury – opowiada historie kameralne, związane z naturą, a przy tym porusza bardzo frapujące tematy, jak na przykład przemijanie.

Drugą perełką, którą możemy znaleźć w pokłosiu pierwszej edycji tego konkursu, jest seria „Niezła draka Drapak”. Dzieło duetu Bartosz Sztybor (scenariusz) i Tomasz Kaczkowski (rysunki) to całkowite przeciwieństwo komiksu Kołomyckiej, bo do bólu nasiąknięte jest popkulturą. Łączy je jednak grupa docelowa – małe dzieci. Komiks opowiada o podobnym do Batmana superbohaterze, który broni miasta przed złoczyńcami. Mimo pulpowych konotacji nie jest to jednak typowa dla tego gatunku bitka, lecz sympatyczny, przystępny i uroczo narysowany (prace Kaczkowskiego charakteryzuje niepowtarzalny styl) komiks Co więcej, autorzy szpikują opowieść takimi motywami, które rozpozna rodzic, o ile założymy, że wychował się w latach 90. Może to więc być lektura satysfakcjonująca dla obu pokoleń.

Zupełnie gdzie indziej sytuuje się komiks "Rysiek i Królik". To radosna twórczość opowiadająca o dwóch zanimorfizowanych uczniach szkoły podstawowej. Całość jest stworzona w cartoonowym stylu i prócz tego, że jest serią humorystyczną, to jest też mocno osadzona w rzeczywistości, którą znają dzieci: bohaterowie tak jak prawdziwe dzieciaki męczą się z zadaniami domowymi, grają w gry komputerowe albo spotykają się na boisku przy piłce. Komiks stylem przypomina dzieła zachodnie (czy to animowane, czy komiksowe) i widać, że autorzy nie mają kompleksów względem zagranicznych produkcji. Mimo iż nie jest to ani fantastyka, ani komiks przygodowy, to chyba najbardziej przebojowa seria z opisywanych w tym artykule.

Natomiast pierwszy tom serii „Oto Tosia” autorstwa Marty Falkowskiej kojarzy mi się z genialną "Hildą" i "Gdzie mieszkają dzikie stwory". Niestety, jakością nie dorasta do tych dzieł, ale nie znaczy to, że to zła opowieść, bo przecież gatunkowo autorka celuje w dobre rejony, a arcydziełom trudno dorównywać. Komiks opowiada o małej, piegowatej dziewczynce, która mieszka blisko lasu i pewnego dnia natyka się na ślady jakiegoś ogromnego, nieznanego nauce stworzenia. Tosia rusza jego tropem, chcąc opisać nowy gatunek, który nazywa Pietrostworem. To bardzo prościutka historia, więc mniej radochy przyniesie dorosłym, ale przecież nie do nich jest kierowana. Jako komiks dla małych dzieci sprawdzi się znakomicie, acz nie jest to ta artystyczna klasa, co opowieść o "Malutkim Lisku i Wielkim Dziku". Graficznie jest tylko poprawnie, ale z drugiej strony świetnie Falkowskiej wychodzą dziwaczne stwory, które pojawiają się w tej historii, i właśnie dla nich warto po ten komiks sięgnąć.

Innym tytułem wartym odnotowania jest (już trzytomowa) seria „Kubatu” z rysunkami Przemysława Surmy i scenariuszem Jakuba Sytego. To historia maskotki, która ożywa i zabiera bohatera do magicznej krainy. Tam poznaje zwariowanego inżyniera, który za pomocą specjalnie przygotowanych pluszaków podgląda sny dzieci. Scenariusz pełen jest też przeróżnych machin konstruowanych przez owego naukowca. Graficznie album wypada przyzwoicie i czuć w nim (głównie w kolorystyce i ilustracjach przedstawiających dziwne wynalazki) echa twórczości Tadeusza Baranowskiego, ale kreska Surmy jest na tyle indywidualna, że trudno porównywać ją do konkretnych prac innych autorów. Cały album, zarówno od strony graficznej, jak i scenariuszowej, to rzemieślnicza dobra robota, w którą włożono sporo serca.

Jedyną nagrodzoną pozycją kierowaną do starszych dzieci jest "Wszystko będzie dobrze" Januarego N. Misiaka. To komiks będący metaforyczną podróżą dziesięcioletniej dziewczynki w głąb siebie. Jej rodzice się rozwodzą, dziecko przeżywa trudne chwile, a ta historia ma być ucieleśnieniem zagubienia dziewczynki w świecie i trudnych emocji, z którymi musi się zmierzyć. Scenariusz może wydawać się pretekstowy, ale komiks wyróżnia szata graficzna, która przypomina szkic, przez co rysunek ma w sobie bardzo dużo swobody i dynamiki, i głównie ze względu na znakomity warsztat Misiaka warto po ten album sięgnąć.

Konkurs, prócz trzech wyróżnień głównych, ma również specjalną kategorię, która pozwala wyłowić humorystyczno-przygodowe albumy stworzone „w duchu Janusza Christy”. Jak sama nazwa wskazuje, są w niej nagradzane komiksy stylem sytuujące się niedaleko twórczości mistrza. Wyróżnionym w pierwszej edycji był komiks Lil i Put, humorystyczna opowieść autorstwa rysownika Piotra Bednarczyka i scenarzysty Macieja Kura. Komiks zilustrowany jest dynamiczną, cartoonową kreską, a żarty dotyczą spraw związanych ze światami fantasy – prócz głównych postaci, wzorowanych na hobbitach małoludów, występują tu elfy, krasnoludy, magia i czarownicy. To produkcja na tyle udana, że jej odcinki premierowo publikuje obecnie miesięcznik „Nowa Fantastyka”.

W podobną tonację wpisał się też komiks nagrodzony w następnej edycji konkursu. "Krasnolud Nap" to pełnokrwiste humorystyczne fantasy dla najmłodszych, które wyróżnia się szatą graficzną stworzoną przez Krzysztofa Trystułę. Strona plastyczna tego albumu powala, bo stoi na światowym poziomie i przypomina nieco prace europejskiego tuza opowieści obrazkowych Joanna Sfara, szczerze więc przyznam, że chętnie zobaczyłbym komiks dla dorosłych zilustrowany przez Trystułę. Natomiast scenariusz do tej opowieści stworzył Maciej Jasiński (autor między innymi Misia Zbysia) i choć może nie dorównuje rysunkom, to jest przynajmniej dobry.

Kategorię „w duchu Janusza Christy” szczególnie wziął sobie do serca Mieczysław Fijał, laureat zeszłorocznej nagrody, autor komiksu "Oskar i Fabrycy". Straszne Smoczysko, opowiadającego o dwóch chłopcach, którzy przenieśli się do średniowiecza. Jego praca na każdym poziomie wydaje się kalką charakterystycznego stylu Christy. Mimo tego epigoństwa – z którym autor się wcale nie kryje i do swoich inspiracji dolicza również pokrewną twórczość Alberta Uderzo – jego zabawny, pełen przygód komiks czyta się bardzo przyjemnie i trudno szukać w nim fałszywej nuty.

Reasumując, dobrze, że istnieje konkurs imienia Janusza Christy, i dobrze, że biorące w nim udział prace są tak zróżnicowane. Inicjatywa ta sprawia, że młodzi twórcy nie muszą tworzyć sobie a muzom, siłować się z prawami rynku. Ktoś dba o to, by znalazło się miejsce dla zdolnych ludzi, chcących opowiadać za pomocą komiksu historie dla najmłodszych.

Pisząc te słowa, patrzę na stertę komiksów wyróżnionych w konkursie i mam poczucie, że są to dzieła może nie wybitne, ale przynajmniej bardzo dobre, i nawet ja, stary drań, bawiłem się bardzo dobrze podczas lektury. Oby po tej recenzji znalazły jeszcze więcej czytelników.

piątek, 30 listopada 2018

Garfield. Tom 1. Jim Davies.

Tekst pierwotnie ukazał się na łamach RYMS.



Garfield narodził się czterdzieści lat temu, 19 czerwca 1978 roku. Z tej okazji Egmont wprowadził na rynek nowe wydanie słynnego komiksu tworzonego przez Jima Daviesa.Wszystko będzie publikowane po bożemu, chronologicznie, pasek po pasku – wcześniejsze wydania prezentowały paski wybrane i były czarno-białe, to jest w pełnym kolorze. Do sprzedaży trafił właśnie pierwszy „tłusty koci trójpak” zbierający trzy tom wydania oryginalnego.

Garfield to tłusty kocurek, łasy na lasagne, a na myszy polujący jedynie hobbystycznie (i bezskutecznie). Paski kręcą się wokół jego codziennych perypetii, naprawdę poważnych zmartwień (czy wstać i zjeść śniadanie, czy może dalej smacznie spać w legowisku?). Jego panem jest Jon Arbuckle, rysownik komiksów, nudziarz, który ma odwieczny problem z tym, że nikt nie chce się z nim umówić na randkę i prawdopodobnie jest to alterego samego Davisa. Z czasem do serii pasków wprowadzeni są inni bohaterowie, z których najważniejszy jest głupiutki piesek Odie, któremu Garfield często płata przeróżne figle.


Powiem szczerze, że jestem nieco zawiedziony tym tomem, bo Davis dość długo się rozkręcał, nim zaczął robić naprawdę śmieszne paski (zaczynają się pojawiać w okolicach trzeciego zebranego tu albumu). Niemniej jednak, kiedy wejdą już na wysoki poziom, to się na nim utrzymują do samego końca. Mimo wszystko i tak bardzo polecam ten komiks, bo wielką przyjemnością jest śledzenie rozwoju Garfielda (jego wygląd ewoluował na przestrzeni lat), pierwszych występów Odiego czy epickich koszy, jakie dostaje Arbuckle od kolejnych dzierlatek. To wszystko ma niebagatelną wartość historyczną i mimo tego, że może nie uśmiejecie się na tym komiksie jak norka, to warto posiadać go w swojej kolekcji. Tym bardziej, że to tylko zapowiedź prawdziwej czytelniczej uczty.

Trudno mi do końca stwierdzić, czy Garfield spodoba się dzieciom – acz ja w dzieciństwie, jako leniwy grubas szalałem za nim, utożsamiałem się z tym grubym kotem. Jeśli więc macie na pokładzie zaokrąglone wszystkojadki kochające włoską kuchnię (proszę nas nie oskarżać o propagowanie otyłości, ale duże jest piękne!), to z Garfieldem walcie do nich jak w dym. No, i raczej komiks ten wręczyłbym dziecku 10+, niż jakiemuś małemu szkrabowi.


Jak wspomniałem, od premierowego komiksu o Garfieldzie mija już czterdzieści lat. Jim Davies nieprzerwanie aż do dziś tworzy paski o nim. Na rynku anglosaskim ukazało się już dwadzieścia tomów. U nas komiks będzie się ukazywał co kwartał, w formie zbierającej po trzy albumy, co pozwala sądzić, że szybko dogonimy zagraniczną edycję. Cieszę się, że kolejna komiksowa klasyka doczekała u nas przyzwoitej edycji i liczę, że wydawcy częściej będą sięgali po zbiorcze wydania pasków. Marzy mi się polska edycja komiksów o „Nancy” Erniego Bushmillera, albo „Pogo” Walta Kelly'ego, które odegrały niebagatelną rolę w rozwoju sztuki komiksowej. Tymczasem przytulam Garfielda.


czwartek, 22 listopada 2018

Corto Maltese. Tom 8. Złoty dom w Samarkandzie. Hugo Pratt




Cykl o Corto Maltese to jedna z najsłynniejszych serii w dziejach komiksu europejskiego. Historia rozpięta na kilkanaście tomów opowiada o przygodach tytułowego nieustraszonego marynarza, dzielnego awanturnika wiecznie goniącego za skarbami, tajemnicami i wikłającego się w różne kabały. Często w tle opowieści o nim przechadzają się autentyczne, historyczne postacie, które bardzo uatrakcyjniają fabułę. Do księgarń trafiła właśnie 8 odsłona tego cyklu.

Tom „Złoty dom w Samarkandzie” rozpoczyna się na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku na wyspie Rodos, gdzie Corto szuka tropów mających doprowadzić go do zaginionego rękopisu Lorda Byrona. Stamtąd wskazówki powiodą go do afgańskiego Kafirstanu, gdzie jeszcze za czasów Aleksandra Macedońskiego podobno został ukryty wielki skarb. Przy okazji Corto będzie próbował uwolnić wiezionego w tytułowej Samarkandzkiej twierdzy swojego przyjaciela Rasputina. Tak, jedną z ważnych dla tej serii postaci jest nie kto inny jak sam Grigorij Jefimowicz Rasputin, który na kartach tej opowieści stał się rządnym skarbów awanturnikiem. Co więcej, jest wykorzystywany przez autora by wprowadzać do fabuły elementy specyficznego humoru. Według mnie, gdy tylko pojawia się na horyzoncie, bezwstydnie kradnie ten komiks głównemu bohaterowi.  


Uważam Hugo Pratta, autora serii o Corto Maltese za mistrza komiksu, ale muszę przyznać, że tym razem stworzył historię tak poplątaną i pełną zwrotów akcji, że nieomal się pogubiłem. Niemniej była to przyjemna lektura i jak zawsze cieszyłem się, że wracam do kreowanego przez niego świata pełnego zagadek, burzliwych konfliktów i ukrytych skarbów. Tło historyczne, jak to zwykle bywa w tej serii, jest bardzo istotne, ale tym razem zostałem tak przytłoczony informacjami, że niewiele z nich zostanie ze mną. Karty komiksu zapełniają różne armie i plemiona, a piłeczka w konfliktach między nimi odbijana jest tyle razy, że trudno się we wszystkim połapać.

Stronie graficznej tego albumu nie można nic zarzucić. Pratt miał wyrobiony swój niepowtarzalny styl, mocno opierający się na grubych krechach tuszu. Jest to co prawda realizm, ale okraszony tak unikalnymi cechami, że rysunki są od razu rozpoznawalne, głównie dzięki niebywałemu operowaniu czernią. Mimo iż twórczość Pratta próbowali podrabiać najlepsi (cechy jego stylu obecne są i u Franka Millera i Mike'a Mignoli), to nikomu ta sztuka się jeszcze nieudała. Jego nieco niedbała kreska przypomina wizualne notatki z kajetu dawnego podróżnika. 


Oryginalnie komiks drukowany był w czerni i bieli, my dostajemy wersję koloryzowaną. Na początku byłem zdecydowanie przeciwny temu zabiegowi, ale z każdym tomem coraz bardziej przekonuję się do tych kolorów i obecnie zupełnie mi nie przeszkadzają.

Niniejszy tom był już kiedyś opublikowany w naszym kraju przez wydawnictwo POST. Ominął mnie wtedy, i teraz czytałem go po raz pierwszy. Nie jest to mój ulubiony album z przygodami Corto, ale z lektury jestem zdecydowanie zadowolony.

Warto pochwalić też formę, w jakiej Egmont wydaje albumy o przygodach Maltese – twarda oprawa, dobry papier, świetne kolory. Brakuje w nich jedynie obszernych wstępów, które zawierało wydanie POSTu, i które pozwalały bardziej wczuć się w tło historyczne opowieści (może wtedy coś by pozostało w mojej głupiej głowie po lekturze tego tomu?). Niemniej to maleńki mankament i szczerze nakłaniam Was do kompletowania tej serii. 


Punisher tom 5. Ennis/Parlov




Punisher to najbardziej bezwzględny pogromca w świecie Marvela. Za jego mitem stoi tragiczna przeszłość. Bohater stracił rodzinę (żonę i dwójkę dzieci) podczas porachunków mafijnych. Znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Od tego momentu ten antybohater żyje wyrzucony poza nawias społeczeństwa i uzbrojony po zęby tępi z determinacją całe zastępy gangsterów, próbując (bezskutecznie, bo  ostatecznie jego wojna nie ma końca i nie przynosi mu to satysfakcji) zemścić się za doznane krzywdy.

W pierwszej połowie niniejszego tomu na jego drodze stanie niewidziany od jakiegoś czasu bandzior Barakuda, którego, o ile dobrze pamiętam, Frank kilka części temu zostawił na pożarcie rekinom. Gangster jednak przeżył, jest mocno wkurwiony i znajduje świetny, wyszukany sposób by zemścić się na Castle'u. Nie zdradzę jednak sedna opowieści, żeby nie psuć Wam zabawy. 



Następna część tomu mocno odnosi się do wojny Wietnamskiej, w której Frank brał udział i która pozostawiła na jego życiorysie głębokie ślady. Prócz tego ktoś wykorzystuje sympatie, jakie Castle żywi do amerykańskich żołnierzy i napuszcza na niego elitarny odział komandosów, wiedząc, że samozwańczy stróż prawa nie będzie chciał ich skrzywdzić.

Jeśli czytaliście poprzednie tomy autorstwa Gartha Ennisa, to wiecie czego się spodziewać. Irlandczyk odrzucił swój rubaszny, komediowy styl skupiając się bardziej na opowiedzeniu mocnej, sensacyjnej historii. Efekt jest znakomity i przedstawia Ennisa jako nieprzeciętnego rzemieślnika, który potrafił wczuć się w trochę inną stylistykę, niż ta, którą obiera zazwyczaj. To rzecz pisana z szacunkiem do starszych odsłon Punishera, niebagatelizująca jego wojennej przeszłości, udanie pogłębiająca rys psychologiczny i umacniająca mit największego twardziela w uniwersum Marvela.



Głównym ilustratorem tej odsłony przygód Punishera jest Goran Parlov. Jest świetny w tym co robi, a do tego jego prace przypominają nieco rysunki Joe'go Kuberta. To jest s mojej strony bardzo duży komplement, bo uważam tego twórcę za jednego z mistrzów mainstremowego rysunku. Ilustracjom Parlova nie zaszkodziły nawet komputerowo nakładane kolory, które zresztą też wypadają nieźle. To chyba najlepiej zilustrowana odsłona ze wszystkich pisanych przez Ennisa. Cieszy mnie fakt, że w końcu podczas lektury współczesnego, komercyjnego komiksu oczy nie krwawią od końskiej dawki kiczu.

Wraz z niniejszym tomem kończy się przygoda Gartha Ennisa z Punisherem. To był bardzo dobry ciąg zeszytów (łącznie 60). Będę tęsknił za tą serią, bo czytając ją dobrze się bawiłem. Chciałbym teraz zobaczyć na naszym rynku starsze odsłony przygód Franka, które na zachodzie Marvel wypuszcza obecnie w formacie Epic Collection, ale chyba dostaniemy teraz serię pisaną przez Jasona Aarona.  Czytałem ją kiedyś i wspominam chłodniej, niż wersję Ennisa, niemniej z radością przywitam polskie wydanie i chętnie ją sobie powtórzę.

czwartek, 15 listopada 2018

Człowieka, który zabił Lucky Luke'a. Matthieu Bonhomme



 Nie zbieram regularnych przygód Lucky Luke'a tworzonych przez Morrisa i Goscinnego, które obecnie ukazują się na rynku. Nie mam na to ani kasy ani czasu, bo jestem zajęty innymi komiksami. Jednak opatrzona niesamowitą okładką, współczesna interpretacja losów słynnego kowboja autorstwa Matthieu Bonhomme, która wyszła niedawno od razu wpadła mi w oko. Miałem ją sobie kupić, ale Egmont zrobił mi niespodziankę i dorzucił ten album do egzemplarzy recenzyjnych, o które prosiłem. Bardzo się ucieszyłem, mimo iż nie planowałem pisać o tym komiksie, bo nie jestem wdrożony w regularną serię. Skoro już tak wyszło, to spróbuję Wam o tym albumie opowiedzieć.

Nasz samotny jeździec przybywa do małej osady Froggy Town. Tak się składa, że niedawno miał miejsce napad na dyliżans transportujący złoto. Miejscowy szeryf nie przejawia dużego zainteresowania sprawą, więc mieszkańcy miasteczka postanawiają wynająć Luke'a, by odnalazł sprawców. Ślad prowadzi na posesję pewnego poszukiwacza złota. Przeczy to oficjalnej wersji, według której w sprawę podobno zamieszani byli Indianie. Intryga zaczyna robić się coraz ciekawsza, a do tego dochodzą miejscowi rewolwerowcy, którzy chętnie zmierzyliby się z Lukiem. Stanowi to tym większy problem, że w mieście nie było od dawna dostawy tytoniu, i naszemu kowbojowi na fajkowym głodzie trzęsą się ręce (uroczy wątek!). Czy ktoś skorzysta z okazji i w końcu naprawdę zabije legendę Dzikiego Zachodu? 



Serię o samotnym kowboju znam tylko z kilku albumów, które czytałem w dzieciństwie, ale wydaje mi się, że Bonhomme w swojej pracy w mniejszym stopniu niż w oryginale skupia się na komedii, a w większym na westernie. Mamy tu całą plejadę gatunkowych charakterów, począwszy od szalonych poszukiwaczy złota, poprzez rewolwerowców, na Indianach skończywszy. Jedną z głównych ról w całej historii odegra też postać inspirowana słynnym rewolwerowcem-suchotnikiem Dockiem Hollideyem – tu jest człowiekiem, którego zdrowie zrujnowały papierosy. Natomiast sam tytuł opowieści nawiązuje do klasycznego westernu „Człowiek, który zabił Liberty Valance'a”. 



  Warstwa graficzna „Człowieka, który zabił Lucky Luke'a” to prawdziwa perełka. Na kartach opowieści Bonhomme'a odżywa Dziki Zachód, małe osadnicze miasteczka, a w nich drewniane saloony i ich podejrzana klientela. Na pierwszy rzut oka widać, że autor nieco urealnia historię. Morris posługiwał się stricte cartoonową kreską, natomiast autor „Człowieka, który zabił Lucky Luke'a” rysuje semi-realistycznym stylem, acz dalej zachowuje pewną kreskówkowość, która jest nieodłącznym znakiem rozpoznawczym tej słynnej serii. Wszystko, łącznie z kolorystyką wypada fenomenalnie i album czyta się dzięki temu bardzo przyjemnie.

  Osobiście bardzo doceniam to, jak autor pogrywa sobie z mitami Dzikiego Zachodu i zapewniam, że komiks, mimo iż jest dość niezobowiązującą lekturą, to spodoba się fanom westernów.



Daredevil. tom 6. Brubaker/Lark



Dzięki niniejszej serii wydawanej przez Egmont i znakomitemu serialowi telewizyjnemu, którego możemy już oglądać trzeci sezon (jest zajebisty!) dostałem na punkcie Daredevila prawdziwego pierdolca. Oczywiście, to drugoligowy bohater Marvela, ale to, że nim jest daje twórcom dużą swobodę w pisaniu o jego losach i możliwość opowiadania niebanalnych historii. Zresztą, dzieje się to nie pierwszy raz, bo podobną wolność przy tworzeniu jego przygód miał przecież Miller, najważniejszy twórca w historii Diabła z Hell's Kitchen. Brubaker idzie jego śladem i tworzy cykl naznaczony tragediami rodem z kina noir, gangsterką i scenami akcji żywcem wyjętymi z filmów których tematyką są sztuki walki.

Nie ma tu wcale laserów z dupy, wielkich bitw o losy świata, które mogą być kojarzone z flagowymi tytułami od Marvela. Zamiast tego są tabuny ninja z klanu Dłoń, złowieszcza Lady Bullseye oraz znakomicie rozpisany Kingpin, który staje się na kartach tego komiksu bardzo niejednoznaczną, tragiczną postacią. Jest w końcu miasto, tętniące życie, pokryte śniegiem, brudne i zdeprawowane – duża w tym zasługa rysunków Michela Larka. Jest i on, diabeł w czerwieni mocujący się zarówno z bandziorami jak i z życiem prywatnym, w które ingerują źli ludzie, by jak najmocniej go skrzywdzić. To już standard, że łotrzy czepiają się bliskich Murdocka – to i ujawnienie tożsamości Daredevila zdaje się zresztą głównym tematem całego runu zarówno Bendisa jak i Brubakera. Istotna jest też „dzienna” praca Matta, który jest przecież prawnikiem i często ze złem musi zmagać się na wokandzie. 



Większością grafik w tym tomie zajął się Michael Lark. Już wspomniałem jak wygląda miasto w jego interpretacji i muszę tylko dodać, że jest znakomitym rzemieślnikiem. Bardzo dobrze obcuje mi się z jego kreską i mimo iż wszystko jest wykonane komputerowo – a nie przepadam za taką techniką – to muszę przyznać, że bardzo cenię jego krechę.

Niniejszy tom zawiera wszystko co fajne w ciągu zeszytów Dardevila oznaczanym jako vol 2., więc jeśli podobały wam się poprzednie odsłony serii to i ten komiks weźmiecie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Według mnie wart jest każdej złotówki i to jedna z najlepszych serii jakie ukazały się w tym roku w naszym kraju. 



Szóstym tomem wydawca kończy prezentowanie nam nowszych komiksów (jak wspomniałem oznaczonych w historii publikacji jako vol. 2) i teraz ma zamiar cofnąć się do czasów w których nad Diabłem z Hell's Kitchen pracował Frank Miller (czyli jeszcze vol.1). Oczekuję jego ciągu zeszytów, ale trochę żałuję, że nie dane mi na razie będzie poznać tego co dalej działo się z Murdockiem. Co prawda na ostatnich stronach tego tomu jest napisane „koniec”, ale jestem bardzo ciekawy jak inni współcześni twórcy obeszli się z Daredevilem i mam nadzieje, że po runie Millera doczekamy jeszcze kontynuacji tej serii.